Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
czwartek, 13 września 2018
Wiedza konieczna, czasem niebezpieczna. Gdy zastaniesz męża w łóżku z przyjaciółką...

List do Koryntian 8,1b-7
„Wiedza nadyma, lecz miłość buduje”. Wiedza grozi pychą: każda. Naukowa: jej posiadacze bywają nadęci jak niektórzy profesorowie akademiccy. Ale swoiście niebezpieczna jest jakakolwiek. Drażni szczególnie w przypadku facetów, co wszystko wiedzą lepiej, po niemiecku zwą się besserwisser . Pawłowi chodzi tu o sprawę teologiczną elementarną: że żadnych bożków nie ma, jest tylko Bóg jedyny. Niektórzy są jednak prawdziwości tej wiedzy niepewni: mogą zachwiać się, gdy zobaczą kogoś odżywiającego się pokarmami ofiarowanymi bożkom, tak jakby był ich czcicielami, choć zgoła nim nie jest. Otóż skutek może być taki, że owi niepewni zaczną uczestniczyć w ucztach bałwochwalczych w celu szczerze religijnym. Tak zatem - ostrzega Paweł - sama wiedza bez miłości i odpowiedzialności bardzo ryzykowna jest. Pewnie też z kolei czyjaś krytyka Kościoła może stwarzać wrażenie, że autor ma go za jakiegoś totalnego oszusta, bo też i Bóg to mit. Dlatego staram się krytykować, tak żeby było wiadomo, żem jest katolik mimo to, a raczej dlatego. Katolicyzm jedynie słuszny to ten, co grzechy ludzi Kościoła widzi, apologetycznie ślepy nie jest, jest za mówieniem prawdy. Daje nam przykład papież Franciszek w tej mierze genialny.
A propos rada dla każdej małżonki: co masz zrobić, gdy zastaniesz męża w łóżku z przyjaciółką? Zabierz mu to pismo, a daj „Tygodnik Powszechny”. Organ katolicyzmu krytycznego właśnie! Amen.

13:59, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
środa, 12 września 2018
Małżeństwo nie grzech, ale...

List do Koryntian 7, 25
Teraz z kolei u Pawła pytanie: małżeństwo czy dziewictwo? Apostoł nie idzie tak daleko, jak ówczesne religie wschodnie, które brzydziły się seksem wyraźnie, zatem małżeństwo zdecydowanie odradzały. Niemniej widać u niego to, co było następnie w całym chrześcijaństwie, w każdym razie zachodnim, czyli jakieś preferowanie celibatu. Nie nakazuje Paweł znosić celibatariuszowskich udręk ciała, „lepiej jest bowiem żyć w małżeństwie niż płonąć”, małżeństwo to zatem nie grzech. Ale jest w liście zdanie: „Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci”. Nie chodzi mu raczej o ascezę seksualną, bo mówi wcześniej o obowiązku małżeńskim, który trzeba spełniać. Widać jednak na towarzystwie kobiecym mu nie zależało. Był zatem homoseksualistą ascetycznym czy też wdowcem z niedobrymi doświadczeniami w tamtym związku? Bo chyba nie w ogóle typem samotnika, towarzystwo uczniów było mu przecież potrzebne. Poczytam jeszcze, jak coś wymyślę, to napiszę. W każdym razie nie rozumiał zapewne Paweł oraz jego tysięczni następcy, że małżeński akt seksualny jest nie tylko obowiązkiem, aby druga strona szukała zaspokojenia swoich potrzeb u kogoś drugiego, ale wyrazem małżeńskiej miłości. Oczywiście druga strona może nie mieć na taki wyraz chwilowo ochoty.

15:38, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
wtorek, 11 września 2018
Homoseksualizm. Film „Tajemnica objawienia”, czyli katolicyzm krytyczny!

1 List do Koryntian 6,9-11
Znowu o sprawach dosłownie „seksownych”. Lista grzechów ciężkich: jest oczywiście również o rozpustnikach, cudzołożnikach, rozwiązłych, ale też o mężczyznach współżyjących ze sobą. Tak termin grecki przetłumaczyła Tysiąclatka, ja jednak przekonałem moich kolegów z EPP, by przełożyli, jak kiedyś ktoś dosłownie: „mężołożnicy” (Biblia Brzeska ma z kolei „samcołożników” ), choć to brzmi zabawnie. Tak jednak nazwał gejów św. Paweł i to też sięliczy. Ale „nie za to go cenimy”, jak według radia Erywań na pytanie, czy Czajkowski był homoseksualistą, odpowiedział ktoś z władz radzieckich. Może jednak w samym określeniu Pawłowym nie ma potępienia, jest jedynie w „meritum”. No cóż, ta orientacja seksualna była w świecie żydowskim dyskwalifikowana moralnie, inaczej niż w świecie helleńskim.Chrześcijanie jednak coraz częściej pytają, czy są dla podobnej oceny podstawy etyczne. Prawo naturalne? Raczej obyczajowe tylko, a co czas, to obyczaj. „Doctrina semper reformanda” cokolwiek, w kwestiach nie fundamentalnych, a takich liczba także zmienna jest. I tu skojarzenie moje, trochę odległe, z filmem pod tytułem „ Tajemnica objawienia”. Reżyser francuski, agnostyk zresztą raczej, zaprezentował tutaj orientację kościelną, którą nazywam katolicyzmem krytycznym. W Warszawie idzie jeszcze w tym tygodniu to dzieło w kinie na Pradze przy Jagielońskiej „Praha”: wszystkim katolikom takowym gorąco polecam! Triller poza tym jakby, ale w sprawie niecodziennej. Nieco rozwlekły, co gorsza, pod koniec nieco niejasny, ale super! Alleluja!

14:41, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 10 września 2018
Luz moralny niemal totalny

1 List do Koryntian 5,1-8
„Słyszy się powszechnie o rozpuście między wami, i to takiej rozpuście, jaka się nie zdarza nawet wśród pogan, mianowicie, że ktoś żyje z żoną swego ojca”. Chodzi tutaj zapewne o macochę, nie rodzoną matkę, taki zatem układ genów nie jest szkodliwy, nie może powodować degeneracji, grożącej w przypadku, gdy się ich nie miesza dostatecznie. Niemniej wspólna partnerka seksualna z ojcem to jednak spora moralna dziwność. Nawet dzisiaj, gdy w tych sprawach szerzy się luz moralny potężny. Nie tylko w postępowaniu, także w jego ocenach. Owszem, pod wpływem manicheizmu dostaliśmy kiedyś, my, chrześcijanie, w tych sprawach bzika, ale czy dzisiejsi niewierzący nie mają podobnego, tylko ze znakiem przeciwnym? Pewna feministka na przykład, która napisała, że zmienianie partnera to właściwie cnota, bo jest to wybór świętej kobiecej wolności. Wracając do Pawłowego tekstu, zacytuję jeszcze to, co apostoł pisze na temat kary za takie związki: „Wydajcie takiego szatanowi na zatracenie ciała, lecz ku ratunkowi jego ducha”. Brzmi bardzo okrutnie. Biblia Poznańska tłumaczy jednak, że Pawłowi chodziło tu o to, że grzesznik taki narażony jest na różne nieszczęścia, które go będą niszczyły. „W myśl ówczesnych poglądów są to dzieła szatana, w którego sferze wpływów znajduje się ekskomunikowany członek rodziny chrześcijańskiej. Kara ekskomuniki jest po to, aby duch jego dostąpił zbawienia, ma charakter czasowy i leczniczy, chodzi o zniszczenie namiętności i moralne uleczenie”. Ekskomunika czasowa to może rzeczywiście lekarstwo na takie chucie chrześcijan. Tyle że zasługiwali na nią oboje, macocha przecież również.

15:45, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
niedziela, 09 września 2018
Ubodzy, niemniej bogaci. Prymas Polski od Żydów

List Jakuba 2,1-5
„Czy Bóg nie wybrał ubogich tego świata na bogatych w wierze oraz na dziedziców królestwa przyobiecanego tym, którzy Go miłują?”. Pytanie jest retoryczne, oczywiście takiego wyboru dokonał. Chodzi wyraźnie o jakichś biedaków w sensie finansowym, statusu społecznego zatem, bo mowa jest tutaj o wierze, więc mógłby ktoś co innego pomyśleć. Biblia jest „socjaldemokratyczna” w swoim nieustannym akcentowaniu wartości duchowej ludzi niebogatych materialnie. Tak Stary, jak i Nowy Testament, kontrują mentalność „tego świata”, wyrażającą się w perykopie dzisiejszej o kimś przystrojonym w szatę bogatą i tym przybranym w przybrudzoną. Status społeczny nie świadczy o wierze, ubogi bywa u Boga bardziej niż bogaty. Co oczywiście nie znaczy, że bogaty nigdy. Swoją drogą mam problem językoznawczy tego religijnego rdzenia „bog”, to przypadek jakiś? No i zaznaczam, że jest widoczny w Biblii proces dojrzewania świadomości religijnej do zrozumienia, że zwyczajne powodzenie w życiu nie jest dowodem na dobrą Bożą człowieka ocenę. Nawet i bogactwo w liczbę potomków nie jest na to dowodem. 
Pochwalę się natomiast tutaj (może już w tym blogu drugi raz, chwalipiętą jestem) dorobkiem pisarskim: taką pisanką o nietypowym polskim biskupie.
Głośne myślenie. Prymas Polski od Niemców i Żydów. Jonasz
Właściwie to postać kościelna dziwna. Poglądy jakby niepatriotyczne. Może i nie Żyd, ale czemu tamten naród tak niemal pieści? W końcu splamiony jest śmiercią Jezusa na wieki wieków, a i teraz niejednym. Także ta miłość do Niemców, narodu nam wrogiego odwiecznie? Czemu tak pięknie wydane dzieło zostało mu poświęcone przez kościelne Wydawnictwo „Bernardinum”?
Zacząłem ironicznie, zamiast polemiki trzeba czasem żartować, gdy brać narodowa się burzy. I cieszyć się, że powstała księga, w której polski dostojnik kościelny już na emeryturze (rocznik 1933) opowiada swoją historię osobistą, a przez to i po trosze ogólnokościelną. Profesor biblistyki, biskup pomocniczy, potem ordynariusz, na koniec kariery hierarchicznej prymas Polski.Z arcybiskupem Henrykiem Muszyńskim rozmawiają dominikanin Tomasz Dostatni oraz teolog świecki Lidia Ciecierska. Rzecz ciekawa także historycznie, na przykład opowieść o ciężkim sporze na temat klasztoru karmelitanek w Oświęcimiu.
Temat eklezjalny ciekawy: prymasowstwo. Podobne rządy w Gnieźnie dość szybko połączono personalnie z zarządzaniem sąsiednią metropolią poznańską. Zmieniło się to dopiero po wojnie na współrządzenie w Warszawie i w Gnieźnie. Uznano jednak tę unię po czasach PRL, gdy ważna była w ciężkich politycznie warunkach centralizacja władzy, za niezbyt duszpastersko owocną, i dwa te urzędy rozdzielono. Prymas Józef Glemp wybrał pozostanie w stolicy i tylko był problem, kto będzie miał w nowej sytuacji zaszczytny tytuł prymasa. Mianowany tym czasem do Gniezna arcybiskup Henryk czy jednak po staremu arcybiskup Józef jako „kustosz relikwii św. Wojciecha”, które są właśnie w Gnieźnie (kult ciągle ważny, choć dla „Katechizmu Kościoła Katolickiego” to religijność jakby marginesowa). Pomysł kustoszowski dla zwykłych ludzi dzisiejszych wielorako dziwny. Po śmierci kardynała Glempa tytuł prymasowski wrócił na szczęście do Gniezna.
Dzisiejszy prymas senior referuje tamtą sprawę tak, aby nikt nie pomyślał, że był to gorszący spór o zaszczyty. Oczywiście jest coś takiego, jak kościelna dyplomacja, o podobnych sporach nie mówi się głośno, dostrzegam tu jednak również osobistą delikatność narratora. Także ostrożność w słowach, ale nie widać jej na przykład u tego hierarchy żadnego zrozumienia dla biskupich poglądów obśmianych w ortografii „E-PIS-KOPAT”. Oczywiście otwartość duchowa i myślowa, stąd skłonność do dialogu. Do zbliżeń międzynarodowych, polsko-niemieckich, także polsko-rosyjskich, polsko-żydowskich właśnie, czyli też międzyreligijnych, międzywyznaniowych, ekumenicznych. Był za tę postawę z różnych stron nagradzany, do watykańskich instancji powoływany. Dla następnych hierarchów stanowi przykład pożyteczny, również dla zwykłych wiernych, jak żeby nie. Wzorów podobnych nie mamy u siebie na pęczki.
Arcybiskup Henryk Muszyński: „Posługa Słowu. W prymasowskim Gnieźnie w rozmowie z Tomaszem Dostatnim OP i Lidią Ciecierską”. Pelplin 2018.

10:24, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
sobota, 08 września 2018
Z Ducha Świętego jest

Ewangelia Mateusza 1,20
Anioł we śnie uspokaja Józefa z Nazaretu: „Z Ducha Świętego jest, co się z Niej poczęło.” Czemu przeznaczono nam dzisiaj do czytania tę mariologiczną perykopę. Ponieważ tak „rzymscy” katolicy, jak i „gregoriańscy” prawosławni oraz starokatoliccy mariawici wspominają dzisiaj liturgicznie narodzenie Bogarodzicy, a nie ma nic o tym w ewangeliach kanonicznych, zatem wybrano nam zatem na dziś ów biblijny fragment. A czytamy dzisiaj o dziewiczym poczęciu Jezusa. Pisałem nieraz, że dzisiejsi teologowie sugerują raczej, iż takie stwierdzenia w ewangeliach Mateusza i Łukasza (tylko w tych dwóch księgach) tłumaczyć należy raczej nie dosłownie, ale „jako teologiczny symbol nowego początku, który dokonał się w dziejach świata mocą Boga za pośrednictwem Jego Syna” (ks. Wacław Hryniewicz). Odsyłam do swojej książki „Moja Arka”, do mojego komentarza do chrześcijańskiego wyznania wiary, od którego się tamta moja publikacja zaczyna. Inni teologowie, np. Joseph Ratzinger, przyznają, że do wiary w synostwo Boże Jezusa ta wiara nie jest potrzebna, niemniej do tradycji doktrynalnej należy. Ludzie starożytni, Żydzi także, lubili czytać o różnych nadzwyczajnościach, o wiele łatwiej niż nam było im uwierzyć w cuda, my jesteśmy „naturaliści” i takie wydarzenia nie są nam bynajmniej do naszej wiary potrzebne, niektóre nawet przeszkadzają. Teologowie są tacy także, ich zadaniem jest rzucać myśli nowe, chociaż niezgodne z dotychczasową interpretacją dogmatów wiary naszej. A ja sobie spokojnie myślę, że w każdym razie był Jezus z Ducha Świętego, natchniony przez Boga jak nikt. Jak Bóg człowiek.

13:46, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
piątek, 07 września 2018
Perykopa o zamrażarce z komentarzem na temat Franciszka

Ewangelia Łukasza 5,33-39
Byli uczniowie Jana, ci, co nie przeszli do Jezusa, jak brat Szymona Andrzej, ci, co pościli, jak należało, ale byli i tamci, co zmienili Mistrza, niektórych paragrafów starego Prawa nie zachowywali. Przyszli zatem do Jezusa faryzeusze i uczeni w Piśmie i wytknęli Mu tę różnicę. Na co odwołał się On do obyczajów technicznych winiarskich, padły słynne słowa o tym napoju i bukłakach. Padnie też tutaj zaraz komentarz, morał tamtej przypowieści aktualizujący. Taki, że także sama Ecclesia semper reformanda est, nie tylko wspólnoty świeckie. Są jednak dzisiaj w moim Kościele nawet i kardynałowie jakby łacinę źle znający. Pośród zaś polskich są tacy katoliccy publicyści, jak Tomasz Terlikowski, który oskarża potężnie Franciszka w numerze w „Gazecie Polskiej” z 5 września. że mianowicie dla tego papieża „walka z pedofilią i homolobby jest tylko sposobem budowania swojego wizerunku, a nie realną strategią, że ta walka to tylko słowa, a nie postawa. Istotnym zaś celem pozostaje walka z konserwatystami, tradycjonalistami”. Tak rzymski katolik ocenia moralnie papieża. Ma do tego prawo, ale ja też mam prawo, aby zauważyć, iż taki sam zarzut można postawić kościelnym konserwatystom: że naprawdę obchodzi ich tylko walka ze zbyt reformatorskim Franciszkiem, a nie los ofiar dokonywanych przez księży zbrodni, jak to gwałty na nieletnich nazywa Franciszek. Tymże duchownym (i świeckim) na obronie owych nieletnich nie zależało kiedyś szczególnie, jeżeli nie byli na ogół zwolennikami ich ogłaszania, wręcz przeciwnie. No i na własnym wizerunku też im raczej zależy. Ale jest też na szczęście „Tygodnik Powszechny”, a w nim w numerze też ostatnim obszerny artykuł Edwarda Augustyna i Marcina Żyły, opisujący obszernie, ale w duchu wręcz przeciwnym, aferę z arcybiskupem amerykańskim Viganò. Polecam mocno, kto czyta, nie błądzi, zawsze głębiej sądzi! Amen!

11:11, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
czwartek, 06 września 2018
Co cesarskie, a co boskie

„Do Pana należy ziemia i wszystko, co ją napełnia, świat cały i jego mieszkańcy” .
Oczywiście tak, Stwórca ma prawo własności najświętsze, ale już nie ci, co Go czczą tak czy inaczej, nawet i nie tacy, co Go nie czczą słowem żadnym, ponieważ nie wierzą w Jego istnienie, choć nieraz zachowują się, tak jakby On był, dobra Absolut. Teokracja nie, demokracja tak, czyli założenie, że ziemskim „suwerenem” jest jednak człowiek, tyle że każdy bez żadnej różnicy. Nie jedna partia, rasa, naród czy partia polityczna. Ale i nie jeden Kościół, nawet żaden, w sensie jego hierarchii czy wiernych ogółu. Boskie i cesarskie sprawy całkiem różne są. Niełatwo je odróżnić w poszczególnych przypadkach: czy chodzi wtedy o jakieś kwestie fundamentalne, w których mamy wspólne poglądy, w każdym razie my, obywatele danego państwa, ich większość wyraźna, tak jak to było nieraz za „komuny”, gdy krytykowali ówczesne władze nasi biskupi, w imieniu reszty wyznawców, którzy głosu nie mieli. Czy też teraz, gdy jeszcze jest wolna prasa i są jeszcze wolne wybory. Dzisiaj również głos biskupów jest czasem w Polsce potrzebny, ze względu na to szczególnie, że rządzi partia, która się z nimi liczy na ogół (choć wcale nie zawsze). Przydałby się na przykład teraz głos prezydium Episkopatu, gdy łamane są elementarne zasady demokracji. Chodzi ogromnie o to, żeby nie był na miejscu dowcip ortograficzny „E-PiS-KOPAT. Przede wszystkim jednak chcę tu powtórzyć za różnymi mądrymi ludźmi, a czasem i kościelnymi dostojnikami, że Kościół, cały Kościół, biskupi i laikat, powinni przestrzegać przed aborcją na przykład, jednak bez ustanawiania w tej kwestii jakiegoś konkretnego prawa, bo to już jednak sprawa raczej „cesarska”. Tu trzeba brać pod uwagę poglądy rozmaite.

16:24, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
środa, 05 września 2018
Podziały, podziały, podziały

1 List do Koryntian 3,1-9
„Ja jestem Pawła, a ja Apollosa”. Kościół jest społecznością także ludzką bardzo, zawiść i niezgoda zaczęły się w nim niemal od razu. Tylko krowa nie ma poglądów, zatem ich nie zmienia, ludzie różnić się muszą, taka ich człowiecza natura, nawet dobrze, że opinie są różne, bo prawdę poznaje się w dyskusji. Ale kiedy prowadzi to do rozłamów, wojen religijnych wręcz z czasem, to nic dziwnego, że niektórzy wolą jakąś bezreligijność. A dzisiejsze podziały w moim Kościele? Doszło do tego, że urząd papieski przestał być tabu, niekrytykowalny. Nie jestem tym właściwie zgorszony, jak kolegialność to kolegialność, wolność słowa, a jakże, martwi mnie raczej co innego. Eklezjalny beton myślowy, Ecclesia non reformanda. Klerykalizm, tak krytykowany przez Franciszka, słusznie przezeń uważany za współwinny zbrodni pedofilii.

Wpis na wtorek 4 września 2018
Egzorcyzmy
Ewangelia Łukasza 4,31-37
Jezus dokonał egzorcyzmu, wypędził z człowieka „ducha nieczystego”. Nauczanie kościelne czy raczej teologia i w tej sprawie ewoluuje. Odróżnia się mocniej tak zwane opętania, czyli zjawiska wyraźnie nadnaturalne, od jednak naturalnych, czyli szczególnych objawów jakiejś psychicznej choroby. Czyni się to tak bardzo, że niektórzy kościelni specjaliści w tej sprawie możliwość występowania tych pierwszych redukują dość radykalnie. Sprawa jest bardzo trudna, pokusa „naturalizacji” wszystkiego spora, niemniej problem stanął. Albowiem można zapytać, czy działania diabelskiego ducha nie widać bardziej w postępowaniu takich arcyzbrodniarzy, jak Stalin czy Hitler, niż w niesamowitym zachowaniu jakichś biedaków.
Szatan istnieje, owszem, ale działa po kryjomu raczej, starając się nie ujawniać, bo i po co, ważny jest dla niego sam efekt, nie rozgłos. O opętaniach mówi się na dobre dopiero w Nowym Testamencie, choć o samym duchu kusicielu oczywiście wcześniej. Dlatego nawet częste opisy takich zjawisk w ewangeliach bywają przedmiotem dyskusji interpretacyjnej: czy jednak nie da się uznać ich uznać na pewno za przypadki chorobowe? Oczywiście sami opętani za takich się mają, słowa samego Jezusa świadczą o tym jeszcze bardziej („Milcz i wyjdź z niego” - Łk 4,1), tekst literalny nie pozwala na wątpliwości, że sam diabeł przemawia przez nich osobiście, ale nie zamykajmy dyskusji. Można w ogóle pytać, czy jest na pewno aż osobą, czy nie jest to jakaś siła nieosobowa, co nie znaczy, że niewielka, niemniej katolickie nauczanie pozostaje w tej mierze bez zmian. W każdym razie jednak światem rządzi Bóg i tylko Bóg, mówmy o Nim więcej niż o Jego wrogu, Nie zasłaniajmy tym drugim Stwórcy. No i oczywiście to, że Jezus leczył także te straszne choroby i nakazał je leczyć apostołom, nie znaczy, że dzisiaj każdy się do tego nadaje. Niech każdy uważa, by nie wmówić nikomu, że jest w mocy diabelskiej, raczej przekonywać trzeba że nie jest tak źle, uspokajać, odsyłać do psychiatry i oczywiście się razem z nieszczęśnikiem modlić.

16:10, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 03 września 2018
Nie błyszczeć słowem. Przepraszać!

1 List do Koryntian 2,1
„Bracia, przyszedłszy do Was, nie przybyłem, aby błyszczeć słowem i mądrością, głosząc wam świadectwo Boże”. Tematem Pawłowej misji jest Jezus i to ukrzyżowany, czyli owa chrześcijańska specyfika religijna, która polega na wizji Syna Bożego, który dla zbawienia ludzi poszedł wręcz na śmierć. Bo taka też jest specyfika tej religii, ten moralny ideał, by dać się raczej zabić, niż samemu sięgnąć po przemoc, a mógł tamto uczynić Chrystus skutecznie, mając moc Bożą absolutną. Ale w dalszych słowach apostoła mamy znów powiedzenie o „uwodzącym przekonywaniu słów mądrości”, czyli po lekturze tej perykopy można by sobie pomyśleć nie tylko o retoryce greckiej, ale o jakimkolwiek błyszczeniu własną mową, jeśli rzeczowość argumentacji zastępuje elokwencja. Ile tego u polityków, ale jakoś i u kaznodziejów niektórych. Pomijając patos kościelny, który już powoli przechodzi do lamusa, kazania muszą być po prostu dobrze przemyślane. Homilie, czyli wyjaśnianie dopiero co przeczytanych tekstów biblijnych! Może najlepsze są kazania mówione całkiem zwyczajnie, jakby „w cztery uszy”. Argumentacja musi być na tyle przemyślana, żeby to nie były jednak pobożne frazesy. Księżą muszą dbać także o celność w doborze grupy społecznej, do której się zwracają, by nie walczyli z aborcją mówiąc do bardzo pobożnych starszych pań. Brać pod uwagę też czas, w którym się mówi. A jest on dla mojego Kościoła bardzo trudny, sprawa duchownej pedofilii jest na ustach wszystkich. Trzeba może przede wszystkim przepraszać za te zbrodnie w imieniu całego stanu duchownego. Pewien hierarcha amerykański stwierdził nawet, że aby tę sprawę gruntownie przemyśleć, zanim poświęci się jej planowany synod ogólnokościelny, odłożyć ją na „zaś” i zająć się najpierw samą hierarchą właśnie. A wracając do kaznodziejów, niech nie bronią Kościoła na przykład tym, że pedofilia kwitnie także w rodzinach, ojcowie gwałcą córki. I co z tego? Jak tyle ciężkich grzechów wokoło, to mnie także wolno? Mnie, moralności nauczycielu i własnym przykładzie?

14:50, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
niedziela, 02 września 2018
Słowa to jeszcze nie czyny. Mentorskie mea culpa

List Jakuba 1,22
„Jeżeli bowiem ktoś przysłuchuje się tylko słowu, a nie wypełnia go, podobny jest do człowieka oglądającego w lustrze swe naturalne odbicie. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zapomniał, jakim był. ”
Bardzo łatwo zapomnieć też w ogóle, że każde moralizatorskie słowo musi mieć odpowiednik w zachowaniu. Szczególnie gdy ów mówca, kaznodzieja kościelny albo jakiś zwyczajny, mentor prywatny któryś, powołuje się na Ewangelię, na chrześcijaństwo swoje. Księże proboszczu, polityku, publicysto, bardzo pilnujcie się! Może tak by przytwierdzać do kazalnicy niewielkie lusterko, może już ono samo wystarczyłoby, aby przynajmniej tak zwany kler byłby w swoich morałach wstrzemięźliwszy. On do nich szczególne ma prawo, zastrzegałby się jednak w każdym razie zawsze, że bije się także w klatkę piersiową własną. Refleksja oczywiście na bardzo ponurym czasie dzisiejszym. Proponuję ją nieśmiało, sam w siebie jako też moralizator krytycznie zerkając.

12:57, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
sobota, 01 września 2018
Wybrał, co wzgardzone. Kościół ubogich, Ewangelii, nie prawa

1 List do Koryntian 1,27-29
Słowa Pawłowe szeroko demokratyczne. On, uczony w Piśmie, intelektualista i z warstwy społecznej nie najuboższej na pewno, ujmuje się za biedakami na majątku i wykształceniu. Za urodzonymi nieszlachetnie i w ogóle wzgardzonymi - „aby się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga”. Polska dzięki PRL-owi zdemokratyzowała się bardzo, pochodzenie społeczne „nieszlachetne” stało się nawet ważne przesadnie, bo politycznie lepsze niż to „obszarnicze” albo „burżuazyjne”. Snobów, co prawda, i teraz nie brak, co gorsza, nawet przybywa tych, co się chwalą swoim herbem, ale jest nieporównanie lepiej. Nam, Polakom, lepiej, różnice majątkowe są ogromne, ale „slumsów” nie ma, w każdym razie nie takie, jak w Ameryce Łacińskiej. I tutaj trochę o tym właśnie, ale nie tylko, o Kościele rzymskokatolickim całym kapitalnie!
W książce jezuity Victora Codiny „Kościół wykluczonych” (podtytuł „Teologia z perspektywy Nazaretu”), przetłumaczonej dla jezuickiego „WAM-u” przez Kaspra M. Kaspronia OFM, czyli franciszkanina z gałęzi zakonu zwanej bernardyńską, przeczytałem bardzo jak na Polskę śmiały program odnowy Kościoła. Pada, powtarza się wiele stwierdzeń mocnych. Autor, Hiszpan, pracuje od 30 lat w Ameryce Łacińskiej, w slumsach tamtejszych. Zajmuje się przede wszystkim losem ludzi ubogich.
Napisał, że na tym kontynencie „z największą liczbą katolików na świecie współistnieje także największy stopień nierówności i społecznego rozwarstwienia”. Używa słowa „także”, bo napisał przedtem, że „rozdział między wiarą a życiem jest realny i dlatego skandalem są tamte nierówności”. Takie spojrzenie na Kościół nie musi iść w parze z postulatem głębokiej odnowy w ogóle, hiszpański duchowny domaga się jednak w ogóle odejścia od koncepcji „Christianitas”, tego, co było przez tyle wieków, czyli dominacji społecznej chrześcijaństwa. Mamy tu całą litanię postulatów. „Od Kościoła klerykalnego, identyfikowanego z hierarchią, do Kościoła społeczności Ludu Bożego, gdzie wierni świeccy stanowią większość [jakościową także, mają głos współdecydujący] i to oni są protagonistami dzieła nowej ewangelizacji. Od Kościoła dbającego o przestrzeganie praw i doktryny do Kościoła, którego priorytetem jest doświadczenie osobistego spotkania z Panem”. I tak dalej: „depatriarchalizacja”, decentralizacja, Kościół, który nie szuka wsparcia ludzi bogatych i dobrze wykształconych - Kościół ubogich, Kościół, który nie czuje się Matką, Nauczycielką i Strażniczką Prawdy, ale taki, który chce służyć wszystkim, ze wszystkimi rozmawiać i potrafi rozpoznać znaki czasów, „Kościół, który pragnie dawać państwu wskazówki odnośnie do norm prawnych, który głosi Ewangelię wszystkim ludziom, jednak nie narzuca tych norm i nikogo pod karą sankcji nie zobowiązuje do ich przestrzegania”. No właśnie, właśnie, właśnie!
Przy takim nastawieniu nawet i ideologia „gender” nie jest dla księdza Codiny lewicowo-liberalnym absurdem. Alleluja! Brawo dla autora, dla tłumacza, dla wydawnictwa! Bóg wam wielki zapłać!

09:56, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
Człowiecze głupstwa nasze. Dnia ani godziny nie znamy

Wpis na piątek 31 sierpnia
1 List do Koryntian 1,25
„To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi”. Właściwie to truizm: jeżeli istnieje ktoś taki, jak Bóg, czyli mądrość absolutna, to nasza mądrość przy niej to tak zwany mały pikuś. Swoją oceniamy przecież realistycznie, wiemy, jak mało wiemy. Im dalej w głąb lasu rzeczywistości, tym raczej drzew więcej, mimo że nauka pędzi na przód w tempie pendolinowym. Ale na tym nie koniec. Jeszcze jest sprawa Bożej mocy, która przewyższa i to absolutnie naszą siłę. Ciągle bowiem wydaje się wielu z nas, żeśmy bardzo potężni. Wydaje się tak władcom autorytarnym, choć historia uczy stale, że władza ich na dłuższą metę krucha, ale nam też, śmiertelnikom najzwyklejszym, widzi się, że poradzimy sobie ze wszystkim i okazuje się to złudzeniem ogromnym. Myślę, że w ogóle dlatego, iż przyszłość jest tajemnicą fundamentalną. Jeśli zna ją ktoś i ktoś taki w ogóle jest, to tylko On. Bo rządzi absolutnie wszystkim i wie, co zaraz zarządzi. Pisze jednak po liniach krzywych, czyli zobaczyć w tym logikę jakąś niełatwo zgoła. Albowiem co myślimy na ten temat, czy jest w tym wszystkim sens jakiś, istnieje Sens nad sensy albo nie, to sprawa kontrowersyjna aż do skończenia świata. Filozoficzna, nie tak rozstrzygalna, jak to, jaka będzie pogoda jutro albo czy dwa razy dwa na pewno cztery jest.

09:53, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 sierpnia 2018
Zadanie arcytrudne

Psalm 135,4
 „Pokolenie pokoleniu głosi Twoje dzieła”. Powinno, nie wie jednak za dobrze, jak to właściwie robić. Jak ja mam mówić moim wnukom, że jest Bóg, że głosi Go jednak dobrze mój Kościół, kiedy to zalewa go słuszne oburzenie z powodu księżej pedofilii. Zresztą sprawa jest bardziej skomplikowana, bo też w ogóle ogólniejsza. Kościół ze swoimi zwyczajami liturgicznymi na przykład (te biskupie infuły, to wszystko tak pompatyczne, że aż groteskowe) pociągać może mocno tylko nielicznych chłopców, dziewczyny. Po prostu młodzieżowy styl dzisiejszy jest zgoła inny. Inna kultura. To truizm, ale chyba nie w kościelnych kręgach decydenckich. Franciszek to raczej rozumie, różnych eklezjalnych ozdób nie lubi, tych o władzy, randze świadczących tym bardziej, ale on w Kurii Rzymskiej jak kwiatek przy kożuchu, zwyczajnej urzędowej pychy nie znosi.

16:08, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
środa, 29 sierpnia 2018
Kolumna ze stali

Księga Jeremiasza 1,18
„A ja czynię cię dzisiaj twierdzą warowną, kolumną ze stali i murem spiżowym przeciwko całej ziemi.” Te piękne po biblijnemu słowa dopasowano do dzisiejszego świętego, a jest nim Jan Chrzciciel. Dziś w katolicyzmie rzymskim, także w starokatolicyzmie mariawickim, w prawosławiu „gregoriańskim” liturgiczne wspomnienie jego męczeńskie j śmierci. Był również prorokiem, również nieustraszonym, naraził się między innymi Herodowi, osobliwie jego żonie, którą odebrał swemu bratu. Prorocy są zawsze i wszędzie niezbędni, choć pewnie ci bardziej dyplomatyczni również. Tym zastrzeżeniem sam usprawiedliwiam się trochę, bo nawet dla niektórych katolików „rzymskich” jestem za ostrożny cokolwiek, choć dla innych po „gazetowemu” okropny. W każdym razie jestem omylny, coraz mniej wierzę swojej coraz bardziej sklerotycznej pamięci, ale ciągle za bardzo. Przykładzik wczorajszy: tekst na temat kościelny Oli Klich nie był w „GW” w sobotę, ale dopiero w poniedziałek. Donoszę też zatem, że wczoraj był tam tekst niewierzącego pisarza Jacka Dehnela, a dzisiaj komentarz doń czytelnika katolika. Zgadzam się szczególnie z tym drugim, ale z tym pierwszym też: odpowiadamy jakoś za swój Kościół wszyscy, jego członkowie rozmaici. Ja moim poglądom daję wyraz publiczny, mam taką możliwość dzięki Bogu i redakcji lubiącej staruszka, niektóre władze kościelne czytają mnie również. Tylko pana Dehnela o jedno proszę: o ortografię „Bóg”, a nie „bóg”, ponieważ ta druga przypomina mi obyczaje ateistyczne myślałem, że dawno minione. Co innego bogowie greccy, zdaniem profesor Świderkówny postacie po trosze literackie. Oni zresztą też mają imiona, tak jak ci hinduscy, a nasz na szczęście bezimienny, bo to znaczyłoby Jego jakąś poznawalność. Albo jednak inaczej: za Jego imię własne niech wystarczy ta majuskuła właśnie.

14:38, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
wtorek, 28 sierpnia 2018
I znowu biada. I znowu tamten temat: Kościół zatopiony w bagnie

Ewangelia Mateusza 23,23
„Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz zaniedbaliście to, co najważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę.” Skomentuję to tak: dziesięcina to w starożytnej religii żydowskiej danina na rzecz  świątyni. Odpowiednik, oczywiście niedokładny, w Kościele dzisiejszym to może być w obowiązkach wszystkich wiernych - czyli też duchownych, bo oni też przecież wierni, powinni świecić wierności przykładem - jakaś zewnętrzna, formalna poprawność. Ale chodzi naturalnie o coś nieporównanie ważniejszego. Nie mogę nie pomyśleć i nie napisać o tym, co Franciszek nazwał ostatnio wręcz kanibalizmem: bo przecież jest to absolutnie bezprawne pożywianie się cudzym ciałem. Papież ten lubi w ogóle wyrażenia bardzo mocne.
Wstrząśnięty opowieściami irlandzkich ofiar pedofilii pozwolił sobie nawet na wulgaryzm. Postawy duchowe niektórych duchownych nazwał wyrażeniem włoskim caca, co znaczy właściwie po prostu „gówno”. No cóż, zmienia się urząd papieski, także jego język. Wiele zrobił tu Jan Paweł II, zrezygnował ze swoistej pompatyczności eklezjalnej. Pozwalał sobie także na dowcipy: kiedyś powiedział, że oglądane przezeń podczas podróży po Polsce hasło „niech żyje papież” mogłoby też brzmieć „niech żyje łupież”.
Ale żartowanie na temat naszego do niego stosunku (bo też i w ogóle kościelnego „kultu jednostki” - wyrażenie oficjalne w czasie rosyjskiej „odwilży”) to żarty właśnie, a Franciszek jest od takiego nastroju jak najdalszy: dał wtedy wyraz swemu najgłębszemu moralnemu oburzeniu. Połączonemu ze zdziwieniem przeraźliwym. W takie zbrodnie nauczycieli moralności uwierzyć niełatwo. Szczególnie ludziom bardzo moralnie wrażliwym, a takimi są teraz biskupi Rzymu. Nic dziwnego, że przychodzi to im naprawdę z trudem. Bo też zresztą posądzenia bywają niesłuszne. Naprawdę są takie przypadki, stwierdzone przez sądy cywilne, choć oczywiście także zgoła inne i gdy Franciszka przekonał do tego ktoś z samego „kleru” zresztą, wycofał się i przeprosił publicznie.
U nas, pod rządami „komuny” zwyczajna ostrożność szła w parze z troską, by nie stanąć w szeregu wstrętnej propagandy także antykościelnej. Ale ja już wtedy słyszałem nie tylko o posądzeniu niesłusznym, ale i z całą pewnością o próbie molestowania chłopaka. Zdobyłem się wtedy na poinformowanie zakonnego zwierzchnika. Podał ten fakt w wątpliwość, a potem dowiedziałem się, że zareagował zgodnie z ówczesnym obyczajem: przeniósł księdza do innego klasztoru. No i wiem, że tam miał z podopiecznymi kłopoty, może jednak na zupełnie innym tle. Tak jak i plotki o owym zwierzchniku, że sam taki, były jednak może fałszywe. W każdym razie wiem o niejednym przypadku trochę podobnego rodzaju.
Moja koleżanka redakcyjna Aleksandra Klich napisała w sobotnim numerze, co trzeba zrobić, żeby zwalczać pedofilię naprawdę skutecznie. Znieść obowiązkowość celibatu. Owszem, mimo że nie jest to środek radykalny, bo ta skłonność jest inna od tamtej normalnej, dorosła kobieta to nie dziecko, jakaś ogólna potrzeba seksu jednak ta sama. Zgadzam się także, że kapłanami mogą być również kobiety. Istnieje odwieczna tradycja przeciwna Wschodu i Zachodu, ale czas patriarchatu minął. Apostołami w sensie Dwunastoma byli sami mężczyźni, bo Jezus uwzględniał realistycznie myślenie żydowskie, ale tempora mutantur. A męskie getta duchowne to wylęgarnia pedofilii: chłopcy są bardzo blisko po prostu. To dlatego pedofilami (efebofilami raczej) w tym zamkniętym środowisku są homoseksualiści raczej, ale w rodzinach na przykład ojcowie córeczek.

16:04, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 27 sierpnia 2018
Biada wam... A w Kościele ponuro, Franciszkowi bardzo współczuję

Ewangelia Mateusza 23,15
„Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, że przemierzacie morze i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę, a gdy się nim stanie, czynicie go dwakroć winnym piekła, niż wy sami.”
Dalszy ciąg mowy przeciw współnauczycielom Synagogi. Poznanianka komentuje, że do dawnych grzechów prozelitów, czyli sympatyków judaizmu, owa elita intelektualno-moralna dołącza własne grzechy, których wiernych skutecznie naucza: obłudę, pychę, pogardę dla innych. A może przenieść tę Jezusową ocenę na dzisiejszych „funkcjonariuszy kultu”. O kościelnej kadrze duchownej krytykującej papieża Franciszka za jego rzekomy minimalizm moralnych wymagań powiedzieć należy, że to nie minimalizm, ale duszpasterska roztropność. 
Nie można młodemu pokoleniu przedstawiać kościelnego wzoru życia w taki sposób, jakby polegał on przede wszystkim na przedślubnej ascezie seksualnej, a już na pewno nie walić w tych ludzi zakazem antykoncepcji! To jest kwestia jakiegoś rozsądku misyjnego. A że młoda Polska jest terenem misyjnym i tak rzecz wygląda w innych krajach europejskich, to chyba pewnik. Niezależnie od tego, czy w swoich alarmujących twierdzeniach socjoreligijnych ma Piotr Sikora rację czy nie. To komentarz do polemiki Kawi 3 et consortes. Różni się to pokolenie od mojego starego i następnego, czyli średniego, kolosalnie. Trzeba „główkowania” ogólnokościelnego potężnego. Oraz myślenia bardzo śmiałego. Przynajmniej takiego, jakie wykazuje Franciszek.
To jedna myśl, a druga w związku z perykopą dzisiejszą odnosi się do obecnej burzy w Kościele moim rzymskokatolickim. Napiszę o tym jeszcze jutro i pewnie nieraz, ale już dziś myślę sobie, że Benedykt XVI, który wybrał emeryturę, oraz Franciszek, który zdecydował się przejąć po nim kościelne stery, nie wiedzieli, że i tak są optymistami. Że jest  jeszcze o wiele gorzej. Eklezjalny trup w szafie robi się coraz groźniejszy. Jego smród szkodzi przeraźliwie.
PS. Komentarze miłych Czytelniczek i Czytelników czytam z opóźnieniem, ale dosyć porządnie. Wszystkim dziękuję bardzo, także za sprostowanie w sprawie arcybiskupa Makariosa, który - wbrew temu, co napisałem - całym Cyprem kierował był, nie tylko jego grecką (maronicką?) częścią. Aż ten cenny pojednawczy układ się skończył, bo nastał w Grecji reżym pułkowników.

16:58, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
niedziela, 26 sierpnia 2018
Jezus nie chciał pomóc? Kaznodzieje, wierni wasi nie są głusi!

Ewangelia Jana 1,45-51
Scena z wesela. Zabrakło wina, matka Jezusa prosi Go wspomożenie cudowne. Ale On, choć tak chętny do pomocy potrzebującym, opiera się. Mówi wręcz, że to nie ich dwojga sprawa. Odpowiedź zadziwiająca: „Jeszcze nie nadeszła godzina moja”. Oraz tłumaczenie: „Jeszcze nie nadeszła godzina moja”. Otóż to znaczy, że najpierw, owszem, sława, niemniej taka, co sprowokuje żydowskie elity i władzę rzymską do pozbycia się rozrabiacza. Wiedział, co Go czeka nieodwołalnie. Ale był oczywiście odważny i napoju jeszcze lepszego biesiadnikom dostarczył. A ja wracam do kazań. Każdy odpowiedzialny duszpasterz powinien wytłumaczyć wiernym tę ewangelijną dziwność, pytania prowokującą. Chyba że założy, iż siedzieli znudzeni na uszach swoich i myśleli o migdałach niebieskich, nie niebiańskich raczej.
Załączam felieton napisany dla „Magazynu Świątecznego” „Gazety Wyborczej”, chociaż na temat inny trochę.
Głośne myślenie. Wrogiem Kościoła bywa on sam. Jonasz
Był w „Tygodniku Powszechnym” (8 lipca) artykuł Piotra Sikory, zatytułowany „Polska niekatolicka” i z tezą główną socjoreligijną. Otóż nasze społeczeństwo sekularyzuje się najszybciej ze wszystkich krajów świata. Nasza żywa religijność to tylko pozór. Religia jest raczej powinnością, obowiązkami, a nie rozwojem, życiowym celem. Polega znacznie mniej niż gdzie indziej na zaangażowaniu osobistym, modlitwie własnej, lekturze Biblii. Dzieci wdraża się do udziału w nabożeństwach (osławione kartki ze spowiedzi), a te celebrowane są w sposób, który nie pozwala odkryć ich głębokiego sensu. Przypomniał mi się tamten tekst, gdy czytałem w „Tygodniku Lisickiego”, czyli „Do rzeczy”, jego rozmowę z podobnym mu poglądami kardynałem Gerhardem Müllerem. Byłym, bo Franciszek nie przedłużył mu urzędowania na drugą kadencję. Kardynał ma o to żal do papieża, nie powiedziano mu o powodach tej decyzji. Ale są według mnie oczywiste: ci dwaj dostojnicy kościelni mają zapatrywania całkiem różne. Kardynał wypowiada się obszernie, a bardzo krytycznie na temat prób dialogu z protestantyzmem czy muzułmanami, bagatelizowania zasadniczych różnic. Zdaje się zgadzać z Lisickim, że im bardziej jest Kościół liberalny i otwarty, tym szybciej przebiega proces destrukcji. Franciszek widzi natomiast zagrożenie raczej w samym Kościele. Niezwykle ostro krytykuje jego hierarchów. Można by chyba powiedzieć, że dla niego wrogowie Kościoła są raczej w nim samym. W ich, owszem, przystosowywaniu się do świata, ale w naśladowaniu go moralnym, w gonieniu za karierą. W wielkim kompromitowaniu Kościoła zbrodniami wobec nieletnich. Owszem, Müller nie jest wobec duchownych bynajmniej bezkrytyczny, też mówi, że tamto to okropność, ale - co prawda prowokowany pytaniami rozmówcy - zaczyna od wielkiego narzekania na wszelkie dialogowe zapędy.
Odnowa Kościoła to wielki problem. Nie twierdzę naturalnie, że zewnętrzna jego krytyka jest zawsze słuszna, że nie ma w niej zacietrzewienia, dużego braku obiektywizmu. Niemniej wciąż pytam, czy dosyć jest w jego obronie koniecznego samokrytycyzmu. Szczególnie w naszym polskim katolicyzmie, do którego kardynał Müller doskonale pasuje. Nic dziwnego,że jest do Polski zapraszany, a zaprasza się także przecież jeszcze ostrzejszego krytyka Franciszka, także z woli papieża już kurialnego emeryta, kardynała Raymonda Burkego. Nawet w sprawie seksualnego molestowania słychać u nas głosy sugerujące, że winien jest tutaj raczej demoralizujący wpływ laickiego świata, najczęściej pedofilami są homoseksualiści. Wygląda to tak, jakby sam Kościół właściwie nie był winien, „nakazowa” katecheza idzie dobrze, molestowanie to u nas problem niewielki. A co do Franciszka, to podejrzane jest, że chwalą go głównie niewątpliwi Kościoła wrogowie.

10:05, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
sobota, 25 sierpnia 2018
Tak zwany dzisiaj antyklerykalizm. Lektury religioznawcze bardzo cenne, film także!

Ewangelia Mateusza 23,1-12
„Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą”. To jakby o księżach dzisiejszych. W nauczaniu papież Franciszka słychać podobne opinie nawet o biskupach, kardynałach, bo dzisiejszy biskup rzymski karci hierarchów bez dyplomacji zgoła. Klerykalizm, mentalność kastowa prawie. „Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze miejsca w synagogach”. Pogoń za zaszczytami, karierowiczostwo po prostu. „Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie” . No właśnie, ciągłe wzywa się nas do seksualnej ascezy, ale własne grzechy (zbrodnie - mówi Franciszek) ukrywa się, póki się da. W konfesjonałach, na ambonach trzeba koniecznie księżom bić się także we własne piersi. Moralista jest dopiero wtedy wiarygodny.
Lektury. Przeczytałem książkę niewielką, adresowaną do młodzieży, ale pożyteczną także dla mnie, staruszka niby to w tym temacie wykształconego, popularyzację znakomitą. Emerytowanego prymasa Kościoła episkopalnego Szkocji, Richarda Hollowaya, pod tytułem „Krótka historia religii” (tłumaczenie Sergiusza Lipnickiego, Wydawnictwo RM). Równie zwięzła, jak z werwą napisana, bardzo ciekawa prezentacja różnych religii, od najstarszej, hinduizmu zaczynając, na dzisiejszej, fundamentalistycznej kończąc. Zawsze krytycznie, bez propagandowego czy dyplomatycznego, apologijnego smrodku, podstawowe pytania o istnienie Boga, czy istnieje życie po śmierci. Na koniec też pytanie, czy religia jako taka przeżyje ateistyczny humanizm. Odpowiedź bez tromtadracji, że chyba jednak tak, w każdym razie pozostaje ona największym spektaklem duchowym na ziemi. No i zaproszenie do kupienia biletu (moje także, a jakże). O międzyreligijnym dialogu w książce prawie nic, może to jednak inny temat, w każdym razie skojarzył mi się tutaj  artykuł Piotra Sikory w ostatnim „Tygodniku Powszechnym” o niedawno ogłoszonym dokumencie teologicznym komisji anglikańsko-katolickiej. Jak dialogować, choć całkowite porozumienie nie jest możliwe? Ano niebezkrytycznie wobec własnej tradycji, z chęcią uczenia się od partnera, bo przecież jest czego. A wracając do podstawowego pytania religijnego, polecam w ostatniej „Polityce” rozmowę Janusza Wróblewskiego z autorem filmu o tak zwanych religijnych objawieniach prywatnych pod tytułem „Tajemnica objawienia”. Dzieło wchodzi właśnie do polskich kin. 
Reżyser francuski Xavier Giannoli opowiada o swoich przekonaniach religijnych bardzo ciekawie i sympatycznie. „Co do objawień - nie mogę powiedzieć, że jestem pewien, że się zdarzyły. Ale też nie twierdzę, że z całą pewnością ich nie było. Jak pan widzi - same wątpliwości, więc musiało się to jakoś przełożyć na film”. Oglądnijmy go przed tą lekturą albo po niej - w każdym ja obejrzę na pewno!

17:26, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
piątek, 24 sierpnia 2018
Bartłomiej, Natanael, pogarda

Ewangelia Jana 1,45-51
Dzisiaj dzień jednego z Dwunastu, apostoła Bartłomieja. U trzech pierwszych ewangelistów i w Dziejach Apostolskich znany tylko z tamtejszych list apostołów, u Jana jest jednak o nim wzmianka ważna, jeśli tylko utożsamiać go z uczniem Natanaelem, jak to czyni tradycja i większość biblistów. A w ewangelii czwartej usłyszawszy o Jezusie z Nazaretu pyta on sceptycznie, czy może być coś dobrego z takiej dziury. Podobna pogarda dla czegoś nieznacznego jest odruchem myślowym prawie każdego z nas, sam się też na tym łapię. Co duże i sławne, wydaje się lepsze. Koleżanka z „Gazety” mówiła mi, że wstydzi się pochodzenia z Łęczycy, miasteczka, które takie małe. Powiedziałem jej, że przecież to miejscowość sławna, znana z historii Polski! Gdyby tak Jezus nie był zwykłym cieślą z Nazaretu, tylko jakimś rabinem choćby z Kafarnaum, może nie oburzałby tak uczonych w Piśmie. Co wolno księciu, nie tobie, prosięciu... Prestiż pochodzenia, formalnego wykształcenia, czasem przynależności wyznaniowej. Forma zawsze, nie treść żadna.

14:35, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
czwartek, 23 sierpnia 2018
Scena groźna, gdy rozumiana dosłownie

Ewangelia Mateusza 22,11-14
„Gdy król wszedł, by zobaczyć biesiadników, ujrzał tam człowieka nieprzyodzianego w szaty weselne. I mówi mu: - Druhu, jak wszedłeś tu nie mając szaty weselnej? A on milczał. Wówczas król rzekł sługom: - Związawszy mu nogi i ręce, wyrzućcie go w ciemność zewnętrzną. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wielu bowiem jest powołanych, ale mało wybranych” .
Jakaś scena potworna. Nie chodzi naturalnie o elegancki strój wizytowy, jak zrozumiałem jako dziecko, nawet sama ta kara przeraża. Co prawda, słyszałem także wyjaśnianie biblistów, że nie chodzi tutaj o żadne piekło wieczne, jedynie o ciemność nocną (uczty bywały nie za dnia) poza lokalem. Niemniej groźna jest w końcu puenta. Wybranych mało? Poznanianka wyjaśnia, że chodzi tu chyba w ogóle o wszystkich zaproszonych na ucztę, z których wielu nie przyszło. Tak czy inaczej jednak, jak to się ma do zapewnienia Jezusa, że w niebie jest mieszkań wiele (Ewangelia Jana 14,2)? Sprzeczności w Piśmie Świętym? Myślę, że nie są to stwierdzenia „arytmetyczno-eschatologiczne” U Jana słowa do uczniów uspokajające, tu u Mateusza skierowana do tłumów przestroga przed zbytnim spokojem w tejże sprawie najważniejszej.
PS. Cytowałem Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Zwyciężył u nas pomysł chyba arcybiskupa Jeremiasza, żeby był ten „druh” (u Mateusza także w scenie aresztowania, 26, 50) nie był „przyjacielem”, jak w Tysiąclatce, Poznaniance, Warszawiance, Ekumenicznej 11 Kościołów. Choć to brzmi może zbyt harcersko, ale „przyjaciel” z kolei też dziwnie, choć tak się mówi również dzisiaj nieco ironicznie. Muszę jeszcze dodać westchnienie, kiedy nadejdzie wreszcie u nas kaznodziejski obyczaj powszechny wyjaśniania tekstu właśnie przeczytanego. Nie same morały średniej świeżości. Biblia nie zawsze jest zrozumiała, a nie wszyscy wierni odmawiają zamiast uważnego słuchania różaniec. Oj, ten nasz Kościół nadwiślański...

14:36, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
środa, 22 sierpnia 2018
Wiara ostatnich najszczersza

Ewangelia Mateusza 20,1-16
Przypowieść o wynagradzaniu za pracę. Egzegeza dosłowna oczywiście nie ma sensu, nie chodzi o jakieś rozważania, czy pracodawca ma prawo płacić każdemu ile chce, tyle samo niezależnie od długości pracy, od tego, ile ktoś się narobił. Tutaj sprawa podobnej sprawiedliwości nie ma nic do rzeczy. Tu chodzi nie o ekonomię, ale wiarę. Ci ostatni to tacy, co przeżyli z czasem religijne nawrócenie, nie tamci, co byli w Kościele od urodzenia. Dla konwertytów wiara nie wynika z rutyny, jest świeża, traktowana najbardziej serio. Owszem, jest nieraz trochę bezkrytyczna, naiwna, ale wcale nie zawsze. Myślę o Joasi Święcickiej z rodziny komunistycznej , kompletnie ateistycznej, na przykład ona świeci mi przykładem wiary bardzo autentycznej, sprawdzającej się w miłości bliźniego bardzo konkretnej.

13:07, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 sierpnia 2018
Niewidomi właściwie jesteśmy. Widzieć wrogów Kościoła także w nim samym

Ewangelia Mateusza 19,30
„I wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi.”
Ten niemal refren ewangelijny zacytowałem tym razem według naszego przekładu przyjacielskiego, nie Tysiąclatki, żeby było czasem inaczej, choć akurat tutaj jest prawie tak samo. Dobra jest czasem jakaś odmiana. Pozwolę sobie także na inną, znacznie ważniejszą. Otóż tę złotą myśl ewangelijną można uznać za ogólniejszą. Tutaj chodzi konkretnie o zmienność naszego losu w tym sensie, że wyrzeczenie się jakiegoś szczęścia może nam się jakoś „opłacić”: brak sukcesu „ziemskiego” okaże się o wiele większym w życiu przyszłym. Albowiem ”każdy, który zostawi domy lub braci, lub siostry, lub ojca lub matkę, lub dzieci, lub pola dla imienia mego, stokroć więcej otrzyma i życie wieczne odziedziczy”. Próbowałem wczoraj wyrazić tę myśl ogólniej, tak aby mieściła w niej się także etyka laicka, pozareligijna, dzisiaj napiszę o tym, jakim wiara religijna może być pocieszeniem, gdy zdaje nam się, że stało się nieszczęście albo tylko, że postąpiliśmy głupio. To drugie uspokojenie zsyła na mnie Bóg, ukazując postępek mój jako jednak roztropny. Ale ów ewangelijny logion przypomina mi inną myśl złocistą, radę z literatury staropolskiej : „W każdej rzeczy końca patrzaj”. Tylko że właśnie jednak do zobaczenia owego końca na ogół niezdolni jesteśmy, pomijając naturalnie jasnowidzów, a są przecież autentyczni. Przeszłość jest przed nami zakryta zasadniczo, to naszej człowieczej doli wyznacznik nieunikniony. Można powtarzać coś też na swój sposób mało odkrywczego, jak tamto stwierdzenie stanu rzeczy, choć jak każda praktyka to niełatwe: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, i tyle. Mnie chodzi natomiast nie o etykę, ale praktyczne działanie etycznie neutralne. O to, że składnikiem naszej niedoli, na który nie ma rady, jest ryzyko. Żadna tu roztropność nie pomoże.
Moja dzisiejsza lektura ważna: w „Tygodniku Lisickiego”, czyli „Do rzeczy”. 
Myślowy mistrz polskiej prawicy, Kościoła niewątpliwy znawca rozmawia obszernie z wybitnym teologiem podobnego ducha, kardynałem Gerhardem Müllerem, byłym szefem doktrynalnym Kościoła rzymskokatolickiego. Byłym, bo papież Franciszek nie przedłużył mu urzędowania na drugą kadencję. W rozmowie jest także o żalu kardynała do papieża z tego powodu, ale w ogóle o tych dwóch kościelnych dostojnikach. Widać jasno jak na dłoni, że różni ich rzecz zasadnicza. Ujmę ją tak: ubywanie Kościołowi wiernych ma jako przyczynę zasadniczą złą strategię duszpasterską, polegającą na zbytnim dogadywaniu się ze światem laickim, protestantyzację itp. czy też na czymś w istocie wręcz przeciwnym. Czyli na niezachowywaniu powszechnych zasad moralnych. W Irlandii chodziło o molestowanie nieletnich, gdzie indziej o co innego, ale ta na przykład sprawa, którą również kardynał Müller uważa za moralny skandal, bywa przyczyną potężną. 
Mówiąc inaczej, chodzi o wizerunek Kościoła. Jego krytycy święci nie są ani też bardzo bezstronni, ale jak powiedział jakoś tak przerażony tym grzechem śmiertelnym papież Benedykt XVI, Kościół musi spojrzeć na siebie bardzo samokrytycznie. Wrogów ma nie tylko na zewnątrz.

16:04, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 sierpnia 2018
Skarb we własnym sumieniu

Ewangelia Mateusza 19,16-22
Cóż czynić mamy, aby otrzymać życie wieczne? Jezus mówi najpierw o przykazaniach dekalogu i miłości bliźniego, ale kiedy młodzieniec zapewnia, że tego wszystkiego przestrzega, pyta, czego mu zatem brakuje, Mistrz odpowiada: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i daj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za mną”. Młodzieniec zmarkotniał, bo majątek miał duży. Do rozmaitych wartości „ziemskich” przywiązujemy się mocno, nie stać nas na ich zlekceważenie. Radują nie tylko dobra materialne, „mamona”, trochę luksusu, także przecież sława celebrycka na przykład. To, co jednak najważniejsze, to ów skarb w niebie. Konto w tamtym banku to zupełny pewniak. Niezależnie od wiary lub niewiary w życie pozaziemskie można po prostu rozejrzeć po ludziach: zauważyć cudzą niedolę oraz tych, co starają się dzielnie zmniejszać ją choć trochę działaniem przeróżnym. Pójście ich śladem to tak czy inaczej owo chodzenie za Nim. Nagrodą jest wtedy radość z cudzej radości, ale i nasz uzyskany w ten sposób komfort psychiczny, Spokój wrażliwego sumienia.

14:25, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 sierpnia 2018
Chleb i wino to Chrystus pośród nas

Księga Przysłów 9,1-6
Ewangelia Jana 6,51-58
Wraca temat eucharystyczny. W Księdze Przysłów czytamy zaproszenie Mądrości, w Biblii jest nią częściej Duch Święty, lecz przynajmniej raz Jezus: „Chodźcie, nasyćcie się moim chlebem, pijcie wino, które zmieszałam”, a w Ewangelii Jana Jezus zapowiada Eucharystię: „Amen, amen, mówię wam: jeślibyście nie spożywali ciała Syna Człowieczego i nie pili jego krwi, nie będziecie mieli życia w sobie”. Powtarzam: trzeba przede wszystkim zrozumieć, że dla starożytnych (ale i dzisiejszych wierzących religijnie) Żydów chleb i wino to był podstawowy posiłek rodzinny. Nie jakiś inny alkohol, nie herbata ani kawa, ale ten napój z winogron, rośliny tam równie ważnej, jak pszenica czy jęczmień. Posiłek łączący, tworzący wspólnotę. Otóż Jezus ustanawia sakrament życiodajny duchowo, wspólny pokarm, którym jest On sam. Ciało i krew to w języku hebrajskim po prostu cały człowiek. Mówi się już dzisiaj na szczęście, że dawne scholastyczne dyskusje na temat tego, czy Jego obecność pod tymi postaciami jest tylko po prostu symboliczna (Zwingli), jedynie duchowa (Kalwin), jednak jakoś realna według Lutra (choć nie materialna, jak tłumaczył wielki francuski teolog dzisiejszy, z czasem kardynał Yves Congar ). Owa przemiana nie była według doktora Marcina transsubstancjacją (termin rzymskokatolicki), jej wynikiem nie jest konsubstancjacja, raczej kompanacja: panis to po łacinie chleb, owszem, to jest chleb, ale i Jego ciało. Otóż to są dyskusje, które zwykłych wiernych niewiele obchodzą: ważne jest, że w tym sakramencie szczególnym spotykamy się rzeczywiście z Nim samym. Pomaga nam w naszym duchowym rozwoju, nie jest nagrodą za dobre życie, ale pomocą, by się ulepszało.

09:40, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
Archiwum