Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 22 kwietnia 2018
Nie wiedzieli, co czynią. Ojciec Święty o świętości

Wpis na niedzielę 15 kwietnia 2018
Dzieje Apostolskie 3,17
„Lecz teraz wiem, bracia, że działaliście w nieświadomości, tak samo jak zwierzchnicy wasi.” Termin grecki „agnoja” tłumaczą też inni jako „niewiedzę”. Ale to słowa Piotra bardzo zagadkowe, choć mające potwierdzenie w słowach Jezusa, które powiedział do Boga, gdy znalazł się na krzyżu: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Ewangelia Łukasza 23, 24a). Nie chodziło Mu chyba tylko o żołnierzy rzymskich, bo to oni, nie straż żydowska, wykonywali wyrok Piłata. Jak to, to tylko on był winien, nawet nie arcykapłan Kajfasz, nie większość ówczesnej religijno-politycznej elity żydowskiej? Dzisiaj także teologowie katoliccy w dialogu z żydowskimi przyznają, że ciężar tej winy trzeba rozkładać inaczej niż dawniej, nie usprawiedliwiać Piłata, co widać nawet jakby w ewangeliach Mateuszowej i Janowej. Ale tutaj autor, zresztą też najpewniej Łukasz, cytuje słowa Piotra, który usprawiedliwia jakby wszystkich ludzi w tę sprawę zamieszanych. Co na to dzisiejsi uczeni w Piśmie? Otóż mówią, że tu niewiedza nie znaczy niewinność. Myślę, że należy to tłumaczyć tak: oczywiście Piłat, ale również tamta elita naprawdę nie wiedziała, kim był Jezus. Że był wysłannikiem Boga, czyli dla Żydów Mesjaszem, wręcz Bożym Synem. Nie uwierzyli w to, bo zaślepiała ich żywiona do Niego pogarda (co może być dobrego z Galilei...), zazdrość z powodu Jego popularności i wręcz nienawiść. Tak wielka, że podjęli decyzję zabójczą. A już ona sama jest przecież poważnym grzechem.
A oto, jak tutaj często, felieton Jonasza, może ktoś nie czytał go w „MiŚ”-u sprzed tygodnia.
Świętość znaczy łagodność Franciszek napisał swoje dzieło kolejne. Nazwał je adhortacją, nie encykliką, bo to rzecz mniej doktrynalna, bardziej duszpasterska, i opatrzył łacińskim tytułem: „Gaudete et exsultate”, czyli „Cieszcie się i radujcie”, wezwanie z Ewangelii Mateusza 5,12. Podtytuł wyjaśniający, o jaki temat radosny chodzi, brzmi: „O powołaniu do świętości w świecie współczesnym”. No cóż, Ojciec Święty na niej znać się musi...
Radość to hasło tego pontyfikatu, już w tytułach jego dokumentów widoczne, ale tu Franciszek rozwija myśl Chrystusa zawartą w owym cytacie z Ewangelii: mamy być radośni mimo prześladowań. Tak, o tym - jak rzadko u tego papieża - aspekcie życia chrześcijanina jest mowa w tej adhortacji. Albowiem „prześladowania nie są rzeczywistością z czasów minionych, ponieważ również dzisiaj je znosimy, czy to w sposób okrutny, jak wielu współczesnych męczenników, czy to w sposób subtelniejszy, przez oszczerstwa i fałszerstwa”. Franciszek zaznacza jednak, że mówi „o prześladowaniach nieuniknionych, a nie o tych, które możemy sami sprowadzić na siebie przez niewłaściwy sposób traktowania innych. Święty nie jest osobą ekscentryczną, oddaloną, która staje się nie do zniesienia z powodu swojej próżności, swojego negatywnego podejścia i urazów”. 
No właśnie: papież nie omija tego tematu, ale traktuje go inaczej niż niektórzy Polacy, którzy sugerują, że u nas bywa prawie jak państwach arabskich czy komunistycznych, albo nie rozumieją, że nikt nikogo nie nawrócił złością. „Nawet w mediach katolickich może dojść do przekroczenia granic, tolerowania obmowy i oszczerstwa” - Oj tak... Hasłem Franciszkowym jest właśnie łagodność. Mam być taki nawet za cenę ryzyka, że zostanę uznany za głupca, naiwnego albo słabego. Papież komentuje na ten użytek ewangelijne osiem błogosławieństw, przypominając, że cisi posiądą ziemię. Krytykę naszego Kościoła musimy łagodnie znosić, choćby grzeczna nie była. Na przykład ta na manifestacjach kobiecych, a tam widniały słowa mało dialogowe, co wiem od mojej znakomitej wnuczki Marysi, nie radiomaryjnej zgoła.
W ogóle to „kryterium oceny naszego życia stanowi przede wszystkim to, co uczyniliśmy dla innych”. Ważna jest modlitwa, Franciszek kładzie na nią wielki akcent, ważne są normy etyczne, ale stosunek do innych ludzi jest weryfikacją wszystkiego. „Choć miłosierdzie nie wyklucza sprawiedliwości i prawdy, to trzeba przede wszystkim powiedzieć, że miłosierdzie jest pełnią sprawiedliwości i najjaśniejszą manifestacją prawdy Bożej . Jest ono kluczem do nieba”. No cóż, jakiś ksiądz powiedział arcybiskupowi Rysiowi, że już rzyga tym miłosierdziem, mnie się jednak zbiera na wymioty, gdy słyszę coś wręcz przeciwnego. Bardzo niekatolickie są dla mnie opory wobec papieskiej rewolucji teologicznej, kwestionującej wielowiekowy obraz Boga, okrutnika bez granic.

19:24, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 kwietnia 2018
Tomasz, apostoł wierny. Więźnia Komendy droga zaprawdę krzyżowa. Franciszek, kowadło i młot

Ewangelia Jana 20,19-31
I znowu wnet po niedzieli Zmartwychwstania, perykopa o dwóch, mówiąc z grecka, chrystofaniach. Jezus ukazuje się najpierw dziesięciu apostołom, bo oczywiście bez Judasza, ale i bez Tomasza. Gdy mu powiedzieli potem, że Go widzieli, wypowiedział słowa, które mogą być rozumiane niemal jako manifest osobistego „empiriokrytycyzmu”: nie można dawać wiary opowieściom o zjawiskach niezwykłych, jeśli się ich nie sprawdzi własnym zmysłami, wzrokiem i dotykiem. Potem już jest na spotkaniu z Mistrzem
także ten sceptyk i Chrystus wzywa go do owej weryfikacji, ale Tomaszowi wystarczają już oczy, wyznaje: „Pan mój i Bóg mój”. Na co padają słowa o błogosławionych, którzy nie widzieli, a uwierzyli.
Komentarz mój będzie tutaj taki: po pierwsze, Tomasz niewierny, jak się go nazywa krzywdząco, zgoła nie był, gotów był z Jezusem umrzeć (J,11-16). Termin grecki można tłumaczyć jako „błogosławieni” albo też jednak „szczęśliwi”. Druga wersja tu bardziej mi pasuje: dla mnie ci „empiriokrytycy” to ludzie, którzy czegoś ważnego od Stwórcy nie otrzymali. To się nazywa po teologicznemu „łaska wiary”. Nie mógł jednak na pewno Chrystus ukazać się wtedy na przykład Kajfaszowi i Piłatowi, nie tylko swoim wybrańcom, chociaż potem licznym, bo aż pięciuset (1 Kor 15,6)? Czemu tego świętego daru jakoś dziwnie skąpi? Problem jest oczywiście przepastny, tłumaczony już przez tysiąc lat i tyluż teologów, na przykład tak, jak zrobił to wielki Yves Congar, że ci niektórzy zobaczyli Go po prostu oczami wiary właśnie, ale ja napiszę tu tylko o tym, co sam zobaczyłem w telewizorze. W Wielki Piątek Drogę Krzyżową w rzymskim Koloseum, a w sobotę w opowieści człowieka, który przesiedział się niewinnie w więzieniu jako potworny morderca 18 lat. Skojarzyło to mi się teraz, bo na pytanie dziennikarza, czy jest wierzący, Komenda odpowiedział, że niestety nie. Acz, jak zrozumiałem, pomoc w tej potwornej niedoli zawdzięcza papieżowi Janowi Pawłowi II, chyba raczej jakoś „pozazmysłowo”: chce pojechać na jego grób.
Dołączam coś o człowieku, któremu dana jest wiara radykalna, papieżu Franciszku, czyli tekst, który przeznaczyłem do „Magazynu Świątecznego”.
Głośne myślenie
Franciszek, kowadło i młot
Jonasz
Papież na ustach wszystkich. Zaprawdę arcycelebryta. Książkowe wywiady jeden po drugim, tłumaczone także grzecznie u nas. Po tamtej głośnej rozmowie Dominique’a Woltona dwie śliczne Znakowe książeczki: „Ojcze nasz” i „Bóg jest młody”. W pierwszej pytał Franciszka kapelan więzienny, Marco Pozza, w drugiej też Włoch, dziennikarz Thomas Leoncini. Niektóre odpowiedzi były trochę do przewidzenia. Bóg jest ojcem najdobrotliwszym, tatusiem po prostu, potężnym w swej bezradności, żebrakiem proszącym o uwagę. Obok różnych wykluczanych Franciszek broni także młodych, dla których brak miejsca w dzisiejszych społeczeństwach.
Wracam do papieskiej popularności: może jak na człowieka wzywającego do pokory ten za bardzo dba o rozgłos? Na pewno chce być słyszany, pewnie ma trochę egocentrycznych ambicji, przede wszystkim jednak zrozumiałe poczucie swej nauczycielskiej roli. A wywiadowcy cisną, bo liczą na arcynowatorstwo i na ogół nie czują się zawiedzeni. Co prawda, przeciwstawianie Franciszka Janowi Pawłowi II jako po prostu konserwatyście wynika z braku pamięci: ile tamten papież zrobił choćby dla dialogu z judaizmem, nie mówiąc o islamie, o innych chrześcijanach. Niemniej Franciszek pędzi dalej.
Owszem, aborcję potępia bardzo mocno bez zmian, owszem, nie zauważa, że antykoncepcja jest dziwnie podobna do tak zwanych metod naturalnych. Polecam tutaj bardzo cenny artykuł Andrzeja Paszewskiego w magazynie „Plus Minus” z 10-11 marca, przedstawiający kościelną historię tej kwestii moralnej. A co do aborcji, to jest duszpastersko istotne, że pozwolił Franciszek wszystkim księżom na rozgrzeszanie z niej, nie tylko specjalnym „penitencjarzom”. Co do prezerwatywy, to bardzo ostrożnie dopuścił jej stosowanie, gdy grozi AIDS, co jednak zrobił już Benedykt XVI. W sprawach uważanych za doktrynalne, czyli niepodlegające ewolucji, Franciszek bardzo uważa, nie tylko z przyczyn taktycznych, naprawdę tak myśli. Zarazem jednak jest naprawdę duszpasterzem, czyli zajmuje się nie tylko zasadami, także samym konkretnym człowiekiem, jego winą albo jednak niewinnością subiektywną. Tak jest ze stosunkiem do „rozwodników”, którym w „Amoris laetitia” otwiera furtkę do sakramentu komunii, co jest doktrynalną nowością ogromną. I z tego nie wycofuje się ani o kroczek, chociaż w ten sposób podzielił nieźle Kościół. Nie mówi ludziom, że nie grzeszą, ale powstrzymuje ich kamienowanie, za przykładem wiadomo czyim. No i wobec rygorystów obrzydliwych jest jak Chrystus bezlitosny: porównałem go z Lutrem, ale jeszcze bardziej przypomina mi ewangelijnego krytyka faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Tacy prorocy podpadają jednak nieraz bardziej niż nowatorzy teoretyczni.
Jest Franciszek z Argentyny między młotem tych, co narzekają, że nic realnie nie zmienia, a kowadłem kościelnego betonu. Tylko Bóg wie, co będzie w moim Kościele dalej.

21:24, jan.turnau
Link Komentarze (285) »
niedziela, 01 kwietnia 2018
Pascha to nie prima aprilis

Ewangelia Jana 20,8
„Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył.” Prima aprilis spotkał się kiedyś ze śmigusem dyngusem, ale żeby z Wielkanocą, tego moja już, co prawda sklerotyczna, pamięć nie zanotowała. W tej niezwykłej sytuacji planowałem napisać w poniższym tekściku, że jednak Jezus nie zmartwychwstał. Że znaleziono Jego rzeczywisty grób, nie ten, który dotąd uważano za owo miejsce święte, i tam było jednak zabalsamowane ludzkie ciało, które najlepsi w tej
dziedzinie specjaliści uznali definitywnie za doczesne Jego szczątki. Nie wiem, czy ktokolwiek dałby się na taką moją informację nabrać, nie wiem też, czy byłby to dowcip taktowny. Zrezygnowałem zatem, pomyślałem sobie natomiast, że problem jest oczywiście fundamentalny. Na imię mu nie tylko prawdziwość chrześcijańskiej części Biblii, wiary wszystkich wyznawców tej religii i pewnie większości innych. To po prostu pytanie zasadnicze egzystencjalne, również „esencjalne” czy jak je uczenie nazwać: istnieje jedynie świat empirycznie stwierdzalny albo jednak jest coś jeszcze, nawet sporo, to coś, co zobaczymy dopiero po śmierci. Tamto coś inne od tego „ziemskiego” absolutnie, ale rzeczywiste, nie mniej niż owo doczesnym zwane. Otóż by wywód myślowy szybko, nieźle upraszczając, skończyć: jesteśmy zatem, a jakże, nieśmiertelni czy to niestety ułuda. Otóż chrześcijanie upatrują na naszą nieśmiertelność dowód w tym, że Jezus z Nazaretu „powstał z martwych”, więc my za Nim również.
Mamy rację albo nie, pokaże się to każdemu z ludzi po śmierci, my jednak, chrześcijanie, do podobnego optymizmu, do takiej nadziei wszystkich nieśmiało zachęcamy, w to nasze największe święto osobliwie. Ze mną naturalnie na czele! Amen!
PS. No i informacja egocentryczna: ukazała się właśnie w Wydawnictwie Książkowym „Agora” moja książka pt. „Moja Arka”. Potężny zbiór moich tekstów dawnych, w szczególności dużo tych z tego blogu w formie „alfabetowej”, także niektóre na tematy ekumeniczne oraz moje glosy komentarzowe do tak zwanego Składu Apostolskiego, przede wszystkim jednak dziennikarskie rozmowy ze mną Doroty Wodeckiej oraz Konrada Sawickiego. Wiadomości takowej pod korcem nie skryłem...

08:58, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
niedziela, 25 marca 2018
Opuścił Go Bóg. Aborcja, etyka, polityka

Ewangelia Marka 15,34

Niedziela zwana Palmową albo jednak już Męki Pańskiej: w dzisiejszych tekstach biblijnych są podstawy do obu nazw. Samą mszę poprzedza bowiem procesja, a przed nią czyta się z Ewangelii Marka 11, 1-10 lub też Jana 12, 12-16 opis triumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy, podczas którego życzliwy Mu wtedy entuzjastycznie tłum wielbi Go gałązkami palmowymi czy jakimiś innymi. Natomiast podczas samej mszy mamy dzisiaj z Ewangelii Marka  elację o dalszych, już całkiem innych wydarzeniach. Tylko u Mateusza i Marka jest zapis Jego słów z krzyża: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Słowa zaskakujące: Syn Boży czuje się przez Boga Ojca opuszczony? Biblia Paulińska przyznaje, że Ukrzyżowany „odczuwał bolesne ludzkie opuszczenie także ze strony Boga”, ale zaraz dodaje, że „słowa te należy interpretować w kontekście całego psalmu 22 [są na samym jego początku], z którego bije głęboka nadzieja ostatecznego zwycięstwa Boga i wdzięczność za okazane miłosierdzie”. Uważałbym to może za niepotrzebne wygładzanie ewangelijnego tekstu, ale podobny komentarz przeczytałem kiedyś w wydanym także w Polsce dziele „Jezus Chrystus” ks. Waltera Kaspera, teologa niemieckiego, a ci przecież na ogół nie boją się śmiałych interpretacji. Wyjaśnił, że słowa Jezusa, pochodzące może od redaktorów tekstu, „ wcale nie są krzykiem rozpaczy, lecz modlitwą, modlitwą, która ma pewność, że będzie wysłuchana, i wierzy, że królestwo Boże jest bliskie”. Można dodać, że ówczesny czytelnik Ewangelii Mateusza, a pewnie i Marka znał dobrze Biblię i całą treść tamtego psalmu. A modlitwa jest nieraz jakąś dyskusją: „Ojcze, odwróć ode mnie ten  ielich”. Co zaś jeszcze do Kaspera, tego dzisiejszego kardynała, to daje przecież dowody myślowej odwagi, gdy wspiera radą papieża Franciszka w jego kościelnej rewolucji. 
Na koniec coś bardzo aktualnego, felieton do „Magazynu Świątecznego”, już teraz jeszcze uaktualniony dopiskiem.  
Głośne myślenie 
Aborcja, etyka, polityka 
Jonasz
Jak można było przewidzieć, dyskusja o aborcji rozgorzała w mediach na nowo. Włączę się do niej. Otóż pisze się, że zakwestionowanie przesłanki eugenicznej mogłoby oznaczać zakaz tej operacji w ogóle, bo jej najczęstsza przyczyna to właśnie ta oto: „gdy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu”. I tu właśnie nie tylko moja wątpliwość pierwsza: czy w praktyce nie tracą w ten sposób życia płody, z których urodzą się dzieci z zespołem Downa? Trudno powiedzieć o nich, jak się mówi ogólnie o przypadkach owych chorób: że powodują one, iż ci urodzeni do końca życia  wymagają  całodobowej opieki: są to przecież ludzie zdolni na przykład do twórczości artystycznej. Niezwykle serdeczni, iloraz inteligencji mają niski, iloraz serca jak szczyt K2. Przesłanka eugeniczna jest zatem sformułowana bardzo nieprecyzyjnie i to przede wszystkim winno być przedmiotem dyskusji. 
Kwestia następna jest filozoficzna jakby. Otóż spór jest także o to, jak nazwać ów dyskusyjny embrion: człowiek to czy nie człowiek? Słowo to jest bowiem wieloznaczne: oznacza, że można mówić od razu o osobie ludzkiej czy jednak tylko w ogóle o ludzkim życiu. Mamy tu jakiś problem semantyczny: bo czy na przykład larwa jest motylem? Już embrion stanowi jakieś stadium rozwoju jednostki ludzkiego gatunku i pogardliwe mówienie o nim, że to tylko parę komórek, precyzyjne nie jest. Jest to duże upraszczanie poważnej sprawy etycznej. 
Ale myślę sobie także, że po pierwsze, człowiekowi niosącemu ogromny ciężar trzeba zawsze oddawać głos przed tym, który idzie sobie obok leciutki. Sprawa aborcji jest przede wszystkim sprawą kobiet! Jeżeli wymaga heroizmu, to od nich, nie od nas. Po drugie, jest nieodzownie sprawą polityczną, nic więc dziwnego, że w partyjnych celach przez rządzonych ochoczo wykorzystywaną. Prawu i Sprawiedliwości opłaca się bardzo mieć dobre stosunki z hierarchią kościelną i z polityczną prawicą, więc zrobi wiele, żeby wykoncypowane przezeń prawo było zgodne z ich postulatami. Ale liczą się też słupki poparcia, więc nie jestem pewien, czy zaryzykuje PiS, że obniżą się mocno. Po trzecie, ryzykuje niebezpiecznie swoim naleganiem Episkopat Polski. Naraża się na zarzut, że wtrąca się do polityki, a skutek nowego zapisu prawnego może być taki, że liczba aborcji realnie nie spadnie, natomiast liczba obywateli na Kościół rozwścieczonych wzrośnie całkiem sporo. Liczy się sam zapis prawny czy raczej ten w ludzkich umysłach i sercach? Będą jego nauczanie lekceważyć jeszcze bardziej niż dotąd. Jeżeli taka linia ewangelizacyjna jest jednak słuszna, bo nie należy ulegać w ten sposób światu, to na pewno Franciszkowa nie jest. Biskupi niechaj odłożą swój bat duszpasterski do eklezjalnego lamusa. 
PS. A partia Kaczyńskiego już prace nad ustawą wstrzymała.

20:04, jan.turnau
Link Komentarze (127) »
niedziela, 18 marca 2018
Prawo Boże jest najgłębiej w nas

Księga Jeremiasza 31,33b
„Złożę Prawo moje w ich wnętrzu
i wypiszę je w ich sercu!
I będę ich Bogiem,
a oni będą mi ludem!”
Tak to przetłumaczyła Biblia Poznańska i nie ma tu raczej problemów translatorskich, ja mam natomiast interpretacyjny. Mam własne, choć też prawowierne rozumienie tych słów Pisma Świętego w taki oto sposób. Autor mówi tutaj o ludzie żydowskim, ale należy jego „narrację” odnosić do całej ludzkości. Bo wszyscy mamy coś, co nazywa się sumieniem, jakiś radar moralny wewnętrzny, który kieruje naszym postępowaniem. Jednak nie tylko coś, co podpowiada nam, jak się w tym życiu najlepiej urządzić: także wewnętrzne urządzenie pozwalające nam na przykład zauważać innych ludzi nie tylko jako instrumenty własnego szczęścia, również może tamtego „ichniego”. Żeby im, bliźnim przynajmniej nie szkodzić.
Jedni mają ten drugi radar bardziej rozwinięty, inni mniej, jeszcze inni w stanie szczątkowym, wręcz jakiegoś uśpienia (albo i diabelskiego opętania jak Hitler i Stalin), ale chyba każdy ma w sercu pewien podobny zapis. Niemniej różnimy się w kwestii owego boskiego pisarza. Czy on aby na pewno istnieje? Przez bardzo długie wieki dla wszystkich, może prawie wszystkich oczywiste raczej było istnienie stwórcy świata, Pierwszej Przyczyny wszystkiego, co jest. Tak jak i to, że ci, co w Boga nie wierzą, nie tylko błądzą myślowo, ale i moralnie, ponieważ nie są przez ten najwyższy autorytet przynaglani do dobrego życia.
Historia pokazała z czasem, że sprawa nie jest żadną miarą prosta. Są przecież ludzie, którzy deklarują ateizm czy w każdym razie agnostycyzm, a żyją równie moralnie, jak ci religijni. Heroiczne postawy zdarzają się niezależnie od myślowego środowiska. Owszem, ludzie spoza Kościołów miewają inne poglądy na niektóre kwestie etyczne, głównie te dotyczące jakoś życia seksualnego, na przykład rozwodów, aborcji, stawiają w podobnych sprawach mniej ostre wymagania, ale nawet papieże przyznają dzisiaj, że po stronie katolickiej wiele było tutaj przesady, Franciszek mówi wręcz o neurotycznej tematycznej obsesji. A jeżeli chodzi o etyczną praktykę, to coraz wyraźniej widać, że deklarowany „teizm” nie zabezpiecza przed podłością także w sprawach „poniżej pasa”. Molestują seksualnie dzieci także duchowni i takie zachowania były przez władze kościelne praktycznie tolerowane, księży deprawatorów nie pozbawiano kontaktów umożliwiających podobne okropności. Religia i etyka to zatem sprawy odrębne, choć nie zupełnie inne. Już sporo lat temu wymyślono zatem po stronie katolickiej takie określenia jak „chrześcijaństwo anonimowe”, wiara (religijna) „implicite” itp., po to, żeby od tamtych osądów moralnych  radykalnie się odciąć. Co zaś do tego, czy Bóg istnieje, czasem wydaje mi się, że dla niektórych ludzi ważna jest tutaj nie tyle filozofia lub kościelna apologetyka, ile socjologia osobista: jestem ateistką, bo Kościół okropny.

20:22, jan.turnau
Link Komentarze (50) »
środa, 14 marca 2018
Woda, żywioł życiodajny. Pięciolecie pontyfikatu

Wpis na wtorek 13 marca

Księga Ezechiela 47, 1-9.12
Psalm 46,2-3.5-6.8-9
Ewangelia Jana 5,1-16
Przeznaczone na dzisiaj przez mój Kościół teksty łączy woda. Żywioł nieopisanie życiodajny, warunek powstania życia i jego trwania. W Księdze Ezechiela jest to poniekąd bohater perykopy, bo anioł prowadzi narratora przez wypływające spod świątyni potoki coraz głębsze. Zaznaczono, że woda ta zapewnia urodzajność, bo pochodzi z sanktuarium. Mamy o owym żywiole wzmiankę także w psalmie: „Nurty rzeki rozweselają miasto Boże”, a w Ewangelii Jana Jezus uzdrawia paralityka, któremu nie udaje uleczyć się w sadzawce Betesda. Nadmiar czegokolwiek szczęściu nie służy (o powodziach, bo o potopie jest także w Biblii), niemniej woda służy zawsze czystości, także duchowej (sakrament chrztu). 
Trzynasty dzień marca to imieniny licznych Krystyn. Otóż imię to w języku niemieckim kojarzy się mocno z samym chrześcijaństwem (Christine - Krystyna, Christin - chrześcijanka), a mnie przyszło do głowy, żeby to asocjacją przejść z kolei do dzisiejszej bardzo ważnej rocznicy. Pięć lat temu kardynałowie wybrali na papieża arcybiskupa Bergoglia z Argentyny i ten zaczął chrystianizować swój Kościół. Jeżeli przez to słowo rozumie się sięganie do samego sedna naszej religii.
Kościół ubogich, bo sam ubogi. Papieski przykład: mieszkanie i buty zwyczajne, samochód też bez luksusu. Powiedzenia w rodzaju, że pieniądz to łajno szatana. Ewangeliczna pokora: Franciszek podkreśla nieraz, że sam jest grzesznikiem, a jeszczeczęściej krytykuje kościelne karierowiczostwo, także oczywiście biskupie. Chrześcijańska miłość bliźniego: W marcowym „Znaku”, zredagowanym bardzo ciekawie na tę rocznicę, Janusz Poniewierski cytuje opinię ratownika imigrantów płynących nielegalnie do Europy, Oscara Campsa, że „papież jest jedynym światowym przywódcą, który konkretnie i w sposób odpowiedzialny zajmuje się dziś problemem uchodźców”.
Niemniej Franciszek rozrabia w różnych kierunkach. Dokonała się przecież w tak krótkim czasie niezła rewolucja. Stała się dziwna zmiana ról. Papieża wychwalają „postępowcy”, zwolennicy zmian, wielu zresztą spoza jego Kościoła, krytykują go natomiast ci, co niedawno świętego urzędu z oburzeniem bronili. Owszem, tak było już za Jana XXIII, który głęboką reformę zainicjował, Jan Paweł II też podpadał czasem konserwie, ale Franciszek idzie nieporównanie dalej. Niektórzy kardynałowie buntują się jawnie, nawet do niedawna urzędowy strażnik doktryny dystansuje się od nauczania Ojca Świętego, za co ten nie przedłuża mu mandatu szefa najświętszej kongregacji. Kościół wre.
O co chodzi? Może w istocie o kwestię teologiczną z najwyższej półki: kim jest właściwie Bóg? Mówili to poprzedni papieże, ale biskup rzymski dzisiejszy mocniej akcentuje ów Boży obraz. Bóg jest miłosierny absolutnie, On wręcz jest Miłosierdziem. Kościół powinien leczyć ludzkie rany raczej niż moralizować, a jeżeli już, to nie bez ustanku na temat życia seksualnego: podobną monotematyczność nazywa Franciszek neurotyczną obsesją. Stąd też bierze się, nie tylko z ewangelicznej miłosierności, jego otwartość wobec „rozwodników” w słynnej już adhortacji „Amoris laetitia”.
Papież zmienia doktrynę? Zależy, co się przez to słowo rozumie, w każdym razie gdzie indziej słyszymy, że nie można jej trzymać w naftalinie, a główny doradca papieski kardynał Kasper tłumaczy, że doktryna jest jak rzeka. Może właśnie jak ta woda dzisiejsza, która jak może, to płynie. Według Franciszka pasterze powinni pachnieć swoim owcami, które nie są przecież głupimi baranami, rozumieją czasem chrześcijaństwo lepiej niż ich przewodnicy. 
Słyszy się w Watykanie pomysł, że trzeba Kościół mocno zdecentralizować, przyznać episkopatom krajowym także jakiś autorytet doktrynalny. Komentatorzy z prawa ostrzegają, że wyniknie z tego sytuacja, w której „rozwodnik” w jednym kraju będzie mógł przystąpić doKomunii, w innym nie. Pewnie tak będzie, nawet bywa tak już i Franciszek to dopuszcza, tyle że powstaje fundamentalne pytanie, czy Kościół musi być na jedno kopyto. Nie było tak przecież „ab Ecclesia condita”, zanim centralizacja osiągnęła szczyt na Soborze Watykańskim Pierwszym: w dogmacie o prymacie i nieomylności papieża, rozumianym potem tak, jakby tylko biskup rzymski był naprawdę biskupem, a reszta to po prostu jego podwładni.
Vaticanum Secundum musiało to potem mocno doprecyzować. Ale przecież - wojował będzie ktoś - nie może być różna tu i tam sama doktryna. Odpowiem tutaj tak: za decyzją lokalnego biskupa, że nikogo z „rozwodników” nie można dopuścić do tego sakramentu, chyba że nowe małżeństwo obywa się bez seksu (a tak stawiają sprawę za Janem Pawłem II przeciwnicy Franciszka) kryje się sporo teologii i antropologii innej od tej papieskiej. 
Gdy jestem przy tym sporze fundamentalnym, pochwalę polskie pisma katolickie zasadniczo propapieskie, które potraktowały poważnie tę rocznicę, powiedziały także, co się Franciszkowi zarzuca. „W drodze” lutowe, „Znak” marcowy, „Tygodnik Powszechny” z datą 11 marca pokazały wspólnie dużą wątpliwość. Mniej więcej taką, jaką wyraził amerykański autor, redaktor naczelny konserwatywnego miesięcznika „First Things” Russel Ronald Reno: „Martwię się o atmosferę dezorientacji i wieloznaczności, która otacza papieża Franciszka. W większości przypadków rodzi ona podziały i konflikt, a nie prowadzi do rozstrzygających i jasnych świadectw jego papieskiej władzy”. No cóż, chyba w tym właśnie rzecz, że Franciszek nie jest zupełnie dyktatorem. Choć czasem on albo raczej jego kurialni współpracownicy zachowują się jakby inaczej. A w ogóle to sytuacja wymaga właśnie ujawniającej podziały dyskusji, bo tylko w niej uda się znaleźć sposób, by natchnąć chrześcijańską wiarą i nadzieją świat laicki tak bardzo od nich daleki. Na koniec jeszcze dwie wypowiedzi w serwisie Katolickiej Agencji Informacyjnej, w tamtejszym cyklu wypowiedzi na temat „Czy(m) papież Franciszek odmienił Kościół?”.
Biskup Wiesław Śmigiel, ordynariusz toruński: Niewątpliwie papież Franciszek odmienił Kościół, zresztą jak jego wielcy poprzednicy. Przyszedł przecież z dalekiego kraju, z otrzymanymi charyzmatami i własnym doświadczeniem wspólnoty Kościoła.
Nie można mówić o rewolucyjnej zmianie, która zakłada zerwanie z tradycją, raczej jest to kontynuacja nauczania i misjipoprzedników – św. Jana Pawła II oraz Benedykta XVI. W jednym wszakże przypadku jest to papież zerwania, a mianowicie odcinasię od tryumfalnej wizji Kościoła. 
Po prostu nasz Ojciec Święty nieco inaczej rozkłada akcenty.
Przede wszystkim podkreśla ewangelizację, która jest głoszeniem Dobrej Nowiny. Ponadto zwraca uwagę na peryferie, czylidowartościowanie tego, co słabe, skromne, pokorne, często zapomniane lub zagubione. Stąd troska papieża Franciszka o nowyzapał misyjny, bo poszukiwać, odnajdywać, towarzyszyć i pomagać w powrocie tym, którzy się z różnych powodów zagubili.Papież Franciszek otwiera drzwi Kościoła na poranionych i poszukuje dróg ich powrotu. Stąd troska o duszpasterstwo związków niesakramentalnych. Jest to również papież szerzący Miłosierdzie Boże, w tym nawiązuje do przesłania św. Jana Pawła II. 
Jednak w misji miłosierdzia podkreśla, że jedną z jego istotnych form jest pomoc biednym, zmarginalizowanym i potrzebującym.To papież rozdający chleb ubogim!
A teraz teolog paulin ojciec Michał Legan: „Mam wrażenie, że bardzo wielu z nas, wiernych Kościoła w Polsce, przyjęło prostą strategię: przeczekać, ten pontyfikat, przecież (wkrótce/kiedyś) się skończy… Niektórzy postulują pilne wprowadzenie dogmatu o omylności papieża w samolocie, inni wściekają się za promowanie polityki otwartych drzwi dla uchodźców, środowiska Tradycji nie cierpią Franciszka programowo, obrońcy małżeństwa widzą (niesłusznie) zagrożenie dla dziedzictwa i nauczania JPII. Podczas, gdy angielsko- i włoskojęzyczny Youtube po wpisaniu frazy «papież Franciszek» wyświetla w pierwszych dziesięciu wynikach «podróże apostolskie» i «audiencje środowe», w polskim YT pierwsze dziesięć filmików to montażówki na temat przynależności papieża do masonerii, jego herezji i czci oddawanej lucyferowi. 
Wszystko bzdury, ale popularne bzdury. Jednym słowem: dzieje się dokładnie to, co obiecywał swoim uczniom Jezus Chrystus. Papież Franciszek jest oskarżany, osądzany, odrzucany we własnym domu jak niechciany prorok, obrażany, ignorowany, wyśmiewany i biczowany. Tak właśnie realizuje się najważniejszy rys każdego pontyfikatu – znak sprzeciwu. Od czasów Piotra przybitego do odwróconego krzyża.
Czym Franciszek odmienił Kościół? Sobą. Swoim przenikliwym rozumieniem rdzenia Ewangelii. Papieże nie są od odmienianiaKościoła, bo co (na miły Bóg) może uczynić jeden – nawet tak uprawniony - człowiek wobec tej gigantycznej Instytucji, w której poruszenie kolejnych hierarchicznych struktur i poziomów jest niemalże niemożliwe? Jak przemieniać Kościół sobą uczy nas Franciszek, gdy na oczach całego świata klęka przy kratkach konfesjonału, gdy przytula przeraźliwie zniekształcone twarze, gdy głaszcze jasnogórską ikonę, gdy wybija nas z dobrego samopoczucia i gdy powtarza: miłosierdzie, miłosierdzie!”

10:17, jan.turnau
Link Komentarze (73) »
niedziela, 11 marca 2018
Ktoś nas bardzo kocha. Moje tajemnice żydowskie. „Więź” ma już 60 lat! Przeprośmy także wszystkie kobiety

List do Efezjan 2,4
Napisał główny doradca papieża Franciszka, kardynał Walter Kasper, że mamy dzisiaj w teologii do czynienia ze zmianą paradygmatu: należy na nowo zadać najbardziej fundamentalne ze wszystkich pytań teologicznych: kim naprawdę jest Bóg. Zacytowałem potężnie kontrowersyjnego nie tylko w Polsce teologa niemieckiego za Januszem Poniewierskim, który w marcowym „Znaku” napisał o Franciszku już na pięciolecie pontyfikatu (13 marca br.). Tak, rzeczywiście: mówi się dzisiaj, że jest nie tylko problem, czy jest Bóg, ale i jaki jest, w jakiego Boga mamy wierzyć. Czy w owego bardzo groźnego Sędziego, który karze za każdą grzeszną myśl, czy jednak raczej tego „bogatego w miłosierdzie”, jak Go nazywa poetycko polecony nam dzisiaj List do Efezjan. Nie tylko bogatego w to dobro duchowe, ale wręcz będącego tym właśnie dobrem. Samym miłosierdziem, miłością absolutną! Można z kolei zadać inne pytanie równie fundamentalne, a pewnie i równie stare: „unde malum”, skąd zło? Jak pogodzić wiarę w Bożą dobroć z tamtą w Jego wszechmoc? Kiedy to jedno tsunami potworne goni przecież drugie, a Boże stworzenia mordują się, ile wlezie. W każdym niemniej razie On taki miłosierny jest albo nie ma Go wcale. W innego uwierzyć dzisiaj nie sposób.
Lecą dni wspomnień o Marcu 68`. Ja też miałem swoje tajemnice żydowskie. Pierwsza: jestem trochę Żydem. Dowiedziałem się o tym, dopiero gdy dorosłem, nie dlatego, że moi rodzice nie chcieli mnie uświadomić za wcześnie. Nie wiedzieli. Nie mógł wiedzieć mój ojciec, że jego ojciec był półkrwi Żydem, bo był gadułą i gdyby wiedział, nie robiłby z tego tajemnicy. Dowiedziałem się o tym później od trochę dalszej rodziny, która to odkryła w genealogii familijnej, gdy ojciec już nie żył. Takie pochodzenie było ukrywane. Ziemianin i Żyd ...?
Tajemnica druga: rodzice przechowywali zaprzyjaźnionych Żydów w swoim majątku ziemskim we Wlonicach w rejonie Sandomierza. Nie bardzo chyba długo, w stogach siana. Starsze rodzeństwo nosiło im jedzenie, ja byłem jeszcze za mały. Chyba to przede mną ukrywano, w każdym razie dowiedziałem się o tym też długo po wojnie. Ale jest to tajemnica, która trochę trwa dotąd. Gdyby teraz rodzice żyli, zapytałbym ich, czy na przykład nie bali się denuncjacji przez kogoś z tak zwanej służby folwarcznej. Nikt by z niej o tym nie wiedział? Niemożliwe.
Tajemnica trzecia, też długotrwała. Dopiero po śmierci rodziców od starszej siostry dowiedziałem się, co zawdzięczam Żydom, których rodzice ukrywali. Zaraz po wojnie dzięki nim zapewne miałem z bratem wspaniałe wczasy na wsi w majątku PGR na Dolnym Śląsku. Ja, wciąż głupi smarkacz, nie wiedziałem, od kogo ten dar. To w związku z tym, co było pół wieku temu, ale minęła rocznica jeszcze jedna. 60 lat temu ukazał się pierwszy numer warszawskiego katolickiego miesięcznika „Więź”. Moi tamtejsi przyjaciele, koledzy z pracy dawnej, przeszło 30-letniej, wydali swój numer nazwany wiosennym (bo to już teraz, by było taniej, kwartalnik, mam nadzieję, że przejściowo). Dołączyli doń tamten prastary, najpierwszy, w pomysłowym także graficznie skrócie. Jako zbiór cytatów z niektórych artykułów tamtejszych, a jeden tekst w całości: programowy wstępny pod tytułem „Rozdroża i wartości” . Otóż w numerze dzisiejszym nawiązanie do tamtego historycznego: rzecz pt. „Inne rozdroża, te same wartości”. Rozdroża inne i inni redaktorzy, inne pokolenie, ale wartości nie zmieniły się: katolicyzm otwarty, choć nie rozwarty, patriotyzm, choć nie nacjonalizm, dialog, nie pyskówka.  Temat aktualny jeszcze jeden: ten z 8 bm., na czasie naszym zresztą od dawna. I trudno się dziwić, bo patriarchalizm przeraźliwy, dzisiaj zgoła niepojęty, panował tak bardzo długo. I trudno się dziwić, że nasze panie wychodzą na ulice. Że wołają, co wołają, nieraz zbyt ostro, przesadnie: feminizm w każdej formie jest naturalnym wynikiem tego, co było. I za co my, mężczyźni, przepraszać powinniśmy na duchowych klęczkach najserdeczniej.

22:27, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
niedziela, 04 marca 2018
Dziesięć Bożych przykazań

Księga Wyjścia 20,1-17
Do tego biblijnego Dekalogu mój komentarz taki oto. Przyjąłem wersję przykazań katolicko-katechizmową, bo Pismo jest święte, co nie znaczy, że takie jest każde jego słowo.
I. Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną. Kontrolujmy się stale: może nasz Bóg jest już w gruncie rzeczy Bogiem cudzym, może nie jest to już ten, którego objawił nam Jezus Chrystus. Może jest Bogiem na nasz własny obraz i podobieństwo, np. na podobieństwo naszej ciasnoty albo też naszego neurotycznego lęku? Czy nie jest to ciągle jeszcze starszy pan z siwą brodą, w jakiego wierzyliśmy jako dzieci? Co gorsza, z ogniem gniewu zamiast największej miłości w oczach. Czy w ogóle nasz Bóg jest jeszcze Bogiem naprawdę żywym?
W obu wersjach dekalogu biblijnego (także z Księgi Powtórzonego Prawa 5) mamy po pierwszym przykazaniu zakaz tworzenia i kultu obrazów. Szanując inne interpretacje, nie rozumiem jednak tego prawa dosłownie. Choć nie neguję w zaparte niebezpieczeństwa ikonolatrii, straszy mnie ono mniej, odkąd znam nieco lepiej prawosławnych, tamtejszą cześć dla ikon. Bałwochwalcy to przecież nie są. Istnieją natomiast w chrześcijaństwie dwie wrażliwości w tej dziedzinie. I bardzo dobrze, że tak jest. Na różnorodności zyskuje nie tylko kultura, także w pewnej mierze religia. Ja jestem ciągle w tej mierze raczej protestancki (nawias: cieszyłbym się, gdyby zniknął zwyczaj dodatkowego ubierania Maryi z Dzieciątkiem w korony i królewskie suknie. Przecież jest to faktyczne zasłanianie jej wizerunku, jakieś w praktyce minimalizowanie go). Zastanówmy się natomiast tutaj nad jakimś sensem przenośnym biblijnego przykazania. Odnieśmy go np. do obrazów Boga, jakimi są sformułowania teologiczne: o ileż mniej byłoby sporów i rozłamów, gdybyśmy pamiętali, że owe sformułowania to zawsze tylko nieudolne obrazy Rzeczywistości, a nie ona sama, że zatem z natury rzeczy mogą być różne.
II. Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno. Cytat z „Przygodyżycia” Luise Rinser, powieści, która dała mi wiele do myślenia: „ (...) językzrutynizowany, zużyta, zakurzona, stęchła mowa (...). Niektóre wyrazy tego językapowtarzają się za często, jak na mój gust: Bóg, ofiara, miłość, cnota, krzyż,cierpienie, pokora. Nie znaczy to, że odczuwam wstręt do tych słów. Lecz mieszcząone w sobie wszystkie tajemnice i aczkolwiek pojmuje się je zaledwie w postaci domysłów, nie można używać ich tak sobie zwyczajnie, jak wymawia się np. słowa:ścierka, szczotka, łóżko czy samolot (...). To wszystko, w czym byłam biegła, przezswoje spowszednienie stało się niezrozumiałe.”Cenne jest to wyznanie bohaterki powieści. Nie będziesz nadużywał imienia PanaBoga... Nie mówiło się kiedyś w Polsce o Nim publicznie, teraz jest na ustach wielu, z niektórymi politykami na czele. Opłaca się to im, tylko czy na pewno w Niebiesiech.
III. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. W Dekalogu biblijnym jest to oczywiście szabat, sobota. Szanując inne zwyczaje, czcimy jednak jako cotygodniowe święto niedzielę - dzień Zmartwychwstania. Niemniej nie wybór dnia jest tu najważniejszy, ale to, żeby w ogóle były stale takie dni w naszym życiu. Dni, w których jesteśmy beztroscy, odprężeni, weseli. Czy wolno w niedzielę pracować? Zapytajmy może raczej, czy wolno w niedzielę być ponurym, zatroskanym codziennością. Oczywiście nie jest to propozycja nowego jurydyzmu: nie lansuję idei śmiechu na komendę! Po prostu zastanawiam się nad tym, jak moglibyśmy autentycznie przeżywać ów dzień niepowszedni.
IV. Czcij ojca swego i matkę swoją. Z ojcami gorzej, bo lubią przecież odchodzić w całkiem siną dal. Czy dzisiaj w rodzinach partnerskich tak samo często jak dawniej? Bo przecież na mojej codziennej trasie do pracy, gdzie jest po drodze przychodnia lekarska, widzę tylu młodych ludzi z wózkami, czasem z dwójką potomstwa. Czcij poza tym również dzieła poprzednich pokoleń, także idee, którymi żyły. Nie depczcie przeszłości ołtarzy, choć macie sami doskonalsze wznieść - napisał Adam Asnyk. Z czasem zresztą zrozumiesz, że doskonałość ta jest względna; historia kultury zna już tyle powrotów! Tak jak poszczególny człowiek dochodzi nieraz do wniosku, że jego rodzice mieli rację w niejednym, tak i każde pokolenie przeżywa swoje rewaloryzacje.
V. Nie zabijaj. Bądź konsekwentny: czy można być bardzo liberalnym wobec tzw. przerywania ciąży, jeśli się rygorystycznie zabrania eutanazji? Odpowiesz być może tak jak ja – że nie. Twoja wrażliwość moralna w tych sprawach musi jednak również przejawiać się jakoś w sprawie kary śmierci i udziału w wojnie. Dla wielu ludzi o innej tradycji etycznej dopiero wtedy staniesz się w pełni wiarygodny.
VI. Nie cudzołóż. Najkrótsza recenzja ze sławnego filmu „Sceny z życia małżeńskiego”: olbrzymie łóżko niemal wypełniające ekran. Trochę tak jak w niektórych tradycyjnych ujęciach teologii moralnej. Nihil novi sub Jove. Łożnica wciążna piedestale.
VII. Nie kradnij. Etyka zawodowa, obywatelska: ileż może tu zdziałać Kościół! Siódme przykazanie niby zaraz po szóstym, a w duszpasterstwie jakby sto mil po nim. Podatki. Który spowiednik pyta o nie jak o regulację poczęć? Trzeba tu czasem naprawdę heroizmu, by nie dać się zdemoralizować – ale któż jest powołany do heroizmu, jeżeli nie chrześcijanin?
VIII. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. Przykazanie to – i w Biblii, i w katechezie - brzmi tak właśnie. Czyli że w przykazaniu rozumianym potocznie jako „nie kłam” najważniejsze jest, by nie krzywdzić bliźniego. Oczywiście, wierność prawdzie sama przez się jest wartością, lecz przecież nie absolutną. Pamiętając o tym sensie biblijnego zakazu, nie będziemy sobie zaprzątali głowy problemami w rodzaju, czy walcząc o dobrą sprawę (np. z okupantem), można okłamywać policję w czasie tzw. przesłuchania, a zajmiemy się raczej np. kwestią, ile razy mówimy prawdę przeciw bliźniemu swemu, obgadując go na prawo i lewo.
IX. Nie pożądaj żony bliźniego swego. Jest taki szmonces ironiczny: Icek pyta rabina, jaka musi być żona. Ładna? – Niekoniecznie. Mądra? – Nie zawadzi, ale obejdzie się. A zatem dobra? – Przydałoby się, oczywiście, ale i to nie jest konieczne. Obowiązkowo natomiast musi być cudza...
X. Ani żadnej rzeczy, która jego jest. Z takiego pożądania brały się i biorą też różne wojny. Zawsze zazdrość piekielna, że on ma, a ja nie.

17:34, jan.turnau
Link Komentarze (47) »
czwartek, 01 marca 2018
Kto był w niebie już za ziemskiego życia... Noblista napisał o Jezusie

Ewangelia Łukasza 16,19-31
Perykopa o bogaczu i Łazarzu. Przesłanie takie, jak w „Dziadach”, Mickiewicz czytał Biblię: „Kto za życia chociaż raz był w niebie, ten po śmierci nie trafi tam od razu”. Tu majętnemu szczęściło się nawet permanentnie, nie może się zatem w Otchłani (piekle może nie wiecznym, niemniej niewątpliwie ognistym) doprosić u Boga o kroplę litości, Łazarz natomiast spoczywa na łonie Abrahama. W domyśle jest najpewniej założenie, że samo bogactwo nie grzech, ale niewrażliwość na nędzę bliźniego, i to w istocie mówi też tutaj Ewangelia. Łukasz „socjaldemokratyzował”, ale nie aż tak radykalnie. Zauważał przecież dobrych, a majętnych, i łajdaczków, którym się nie przelewa, los im w ogóle już za życia nie sprzyja. Mnie natomiast napisało się do „GW” taki felieton o dwóch literackich nowościach. Współczesnych apokryfów sporo, zaliczę do nich również „Dzieciństwo Jezusa” i „Lata szkolne Jezusa” J.M. Coetzeego, wydane właśnie przez Znak. Taka kwalifikacja tych książek noblisty jest oczywiście dyskusyjna. Ryzykuję ją, choć jako publicysta religijny mogę być posądzony łatwo o tego rodzaju misjonarstwo. Że zasugerowałem się informacją Anny Sak w miesięczniku „Znak” (nr 631/2007), iż urodzony w Polsce pradziadek autora Baltazar Dubiel, zanim wyemigrował do Afryki, kształcił się chyba na misjonarza. Pisarz zresztą odwiedził, a jakże, swoją praojczyznę, prarodzinny Odolanów i swego przyjaciela Ryszarda Kapuścińskiego. Wracam do mojej egzegezy powieści.Apokryf to naturalnie w sensie słowa szerokim. Można by nawet upierać się, że sześcioletni bohater nie ma z tą religijną postacią właściwie nic wspólnego. Tyle że jest dzieckiem dosyć niezwykłym, jednak zwyczajnie nieznośnym, wiedzącym wszystko lepiej niż jego przybrani rodzice, upierającym się przy swoich pomysłach. Ja wszelako, nie tylko dlatego, że to moja tematyczna inklinacja, obstaję przy poglądzie, że tytuły tych książek mają zasadnicze znaczenie. Moim zdaniem ów David to jednak jakoś dziecię Jezus. Jego opiekunowie też są postaciami dziwnymi. Uchodźcy, to normalne w dzisiejszym świecie, ale zupełnie nie wiadomo, skąd, bez pamięci o przeszłości. Nie przypominają raczej Maryi i Józefa, Dawidek natomiast podkreśla sam swoją szczególność. Owszem, nie swoją boską osobowość, trzeba wszelako wiedzieć, że bibliści dzisiejsi nie twierdzą wcale, że Chrystus czuł się Synem Bożym już dzieckiem w kolebce: „Czynił postępy w mądrości, w łasce u Boga i u ludzi” - powiada Łukasz (2,52). To dziecko ma u Coetzeego samoświadomość niejasną, ale całkiem niezwykłą. Autor zaznacza to, głównie w drugim tomie, wielokrotnie. Nie twierdzę, rzecz jasna, że jest to tak zwana powieść katolicka czy chrześcijańska, nie wciskam tu żadnego apologetycznego kitu. Dodam tylko, że zachowanie Dawidka, choć nie przypomina on zgoła łagodniutkiego baranka, świadczy o jego niezwykłej duchowej wrażliwości na cudzą niedolę. Nie dowodzę swojego dalej, odsyłam do tekstu, radzę własną lekturę. Można natomiast zapytać, czy David jest opowieści bohaterem głównym. Najwięcej niewątpliwie jest o jego opiekunie Simonie. Ten człowiek znalazł chłopca, opiekuje się nim niezmiernie troskliwie, w drodze jakiegoś dziwnego natchnienia znajduje mu matkę, uznaje za nią niejaką Ines i skutecznie przekonuje ją do tej roli. Niezwykłości podobnych, w tej skądinąd „normalnej”, wręcz staroświeckiej narracji, sporo. Co zaś do Simona, to on nadzwyczajności podopiecznego chyba nie rozumie, choć zakończenie drugiego tomu jest dla mnie wieloznaczne. Religia jako taniec? Poczekajmy na tom trzeci, bo to podobno trylogia.

14:27, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
niedziela, 25 lutego 2018
Bóg nie chciał tej ofiary

Księga Rodzaju 1-2.9-13.15-18
Sławna perykopa o tym, jak Abraham chciał złożyć swemu Bogu ofiarę z człowieka: ze swojego syna ukochanego. Bóg bowiem wystawił patriarchę na próbę: czy będzie aż tak swemu Panu posłuszny. Abraham chciał wykonać to polecenie, już sięgał po nóż w tym ofiarnym celu, aż tu nagle został zatrzymany przez Anioła Pańskiego, bo zdał egzamin z Bożej bojaźni. Co więcej, otrzymał obietnicę, że zostanie nagrodzony potomstwem przelicznym oraz pokonującym swoich nieprzyjaciół. Opowieść ta była komentowana kościelnie jako w istocie zakaz ofiar z ludzi, które były w on czas na porządku dziennym, ale w kręgach pozakościelnych w takie tłumaczenie raczej mało kto wierzył i perykopa budziła
moralny niesmak. No i faktycznie Bóg mógłby żądać czegoś tak moralnie potwornego, nawet gdyby okazało się, że to nie jest potrzebne? Może raczej tekst biblijny jest tutaj na miarę ludzi ówczesnych, odpowiada ich wyobrażeniom Boga. W Starym Testamencie jest podobnych obrazów Boga sporo, żąda On nawet wymordowania całego osiedla z kobietami i dziećmi. Na szczęście ksiądz Tischner w książkowej rozmowie z Eweliną Puczek wyjaśnił, że patriarcha myślał po swojemu, ale my też wiemy swoje. Boga trzeba się bać, ale Tego, który jest Dobrem - i tyle teologicznej egzegezy. Aż tyle!

21:43, jan.turnau
Link Komentarze (41) »
niedziela, 18 lutego 2018
Wszelkie istoty żywe

Księga Rodzaju 9,8-15
1 List Piotra 3,20
„Oto ja zawieram przymierze z wami i waszym potomstwem, które po was będzie; z wszelką istotą żywą, która jest z wami: z ptactwem, ze zwierzętami domowymi i polnymi, jakie są przy was, ze wszystkimi, które wyszły z arki, z wszelkim zwierzęciem na ziemi.”
Oczywiście to opowieść o potopie. W liście przypisywanym samemu apostołowi Piotrowi jest także mowa o Arce Noego, owym statku zbawiennym, w którym uratowała się od utopienia reprezentacja różnych gatunków zoologicznych, nie tylko człowieka. W dzisiejszym przydziale tekstowym z Księgi Rodzaju jest także o tym, że na obłoki położył Bóg na znak przymierza łuk (świetlny): to ten, który nazywamy tęczą, meteorologiczny znak optymistyczny. Obiecując, że nie ukaże już nigdy całego „jestestwa” (tak właśnie Tysiąclatka, dosłownie „ciała”; „istoty cielesnej”, jak w Poznaniance) w tak potworny sposób, okazuje Bóg wtedy, że - by tak rzec - jakoś „zmiłosierdział”. Co prawda, nie byłoby chyba tego, gdyby Noe nie podziękował Bogu za ocalenie ofiarą całopalną ze wszystkich zwierząt czystych i takichże ptaków, niemniej  jest tu mowa jakby o jakiejś Bożej skrusze. Antropomorfizmów tu w bród, można też zapytać o niejedno, ale ja pomyślałem sobie o owych stworach żywych  jak my, które mają z nami wspólną historię. Starajmy się dla nich o los mniej okrutny. Na szczęście już nie uważamy, że Bogu potrzebna jest ich śmierć ofiarna.

21:32, jan.turnau
Link Komentarze (38) »
czwartek, 08 lutego 2018
Dobry dotyk

Księga Kapłańska 13,1-2.45-46
Ewangelia Marka 1,40-45
W obu tych księgach czytamy dzisiaj, zresztą w kościelnym Dniu Chorego, o trądzie, strasznej chorobie krajów raczej pozaeuropejskich. Księga Kapłańska wskazuje sposoby walki z zarazą: trędowaci muszą mieszkać z dala od innych ludzi, odstraszać od siebie też swoim wyglądem (rozerwane szaty, rozczochrane włosy). A Jezus nie tylko chorego nie odgonił, ale wręcz dotknął go uzdrawiając.
O dobrym dotyku jest także w moim napisanym dla „Magazynu Świątecznego” felietonie o nowej książce papieskiej.
Głośne myślenie. Franciszek reformuje dalej
Jonasz
Nowa książkowa z papieżem rozmowa: Dominique’a Woltona, wybitnego intelektualisty francuskiego. W tłumaczeniu polskim nazywa się to „Otwieranie drzwi. Rozmowy o Kościele i świecie”, a wydawcą jest WAM. W książce też fragmenty Franciszkowych dokumentów, ale w rozmowie jest oczywiście śmielszy.
Napisał o publikacji miło, bo szczerze, Tomasz Terlikowski, że mu się niezbyt podoba. Mnie natomiast bardzo i tak już musi być, bo -napisał tenże autor słusznie - Kościół nasz wspólny jest podzielony i tak już być musi. Byle tylko - i tu też ma Terlikowski rację - nie doszło do schizmy. Mam nadzieję, że nie dojdzie, jak nie doszło kiedyś do rozłamu, gdy jedni trwali przy obrzezaniu i rytualnym rozróżnianiu pokarmów, inni już nie.
Powiedziano o nim celnie, że jest biskupem ulic. To znaczy ludzi najzwyklejszych, szczególnie tych niemajętnych, ale w ogóle różnych „maluczkich”, których najłatwiej skrzywdzić. Zgadza się z rozmówcą, specjalistą od społecznej komunikacji, że jest to sprawa fundamentalna. Ale w niej z kolei chodzi o to, by znikło wszelkie poczucie wyższości. Wtedy osiąga się duchową bliskość. Ważna jest - termin papieski ulubiony - czułość. Też czuły dotyk: zaznacza Franciszek potrzebę również takiego międzyludzkiego kontaktu. Nie wyczytałem sformułowania, że międzyludzką bliskość wytwarza między innymi seks, ale może dlatego, że papież to doskonale rozumie, jest w tych sprawach „liberalny”. Nie żeby zniósł zakaz sztucznej antykoncepcji, ale w sprawach „poniżej pasa” obsesję na ten temat wręcz wyśmiewa. Powołuje się na  pewnego kardynała, który gdy penitent zaczyna od tych grzechów, mówi:  - Zrozumiałem, przejdźmy do innego tematu, czy masz coś ważniejszego? Gdy ten mówi że nie wie, pyta go, czy się modli, szuka Boga, czyta Ewangelię. Bo moralność to w ogóle żaden rygoryzm, tylko naśladowanie Chrystusa. A doktryna nie jest niezmienna, tradycja to nie naftalina, tylko ruch, ona wzrasta w dialogu ze światem. No i różnice poglądów nie są wcale niedobre, lęk przed nimi zubaża.O wojnie mówi, że to rak, o pieniądzu, że to łąjno szatana. Niektórzy duchowni, także biskupi, to karierowicze i  aferzyści. O reformie Kurii Rzymskiej żartuje, że najlepiej ją zlikwidować. Dawne grzechy Kościoła wyznaje ochoczo.
Co nie znaczy, że lekceważy sprawę aborcji, ostatnio martwił się coraz większą w tej sprawie obojętnością polityków włoskich, choć nie wypowiedział się na temat konkretnych regulacji prawnych. Dziwi się pomysłem małżeństw jednopłciowych, co innego dlań to prawna legalność takich związków. Dla mnie też, wydaje mi się, że „nie wsio ryba”. Zgadzam się też z papieżem, że płci się nie wybiera samemu, ale psychiczna bywa od biologicznej różna.
Streściłem, jak umiałem, książka jest już na szczęście od 12 bm. w księgarniach, polecam zaraz tam polecieć i wnet czytać. Amen, czyli polsku ”zaprawdę”!

19:15, jan.turnau
Link Komentarze (59) »
niedziela, 04 lutego 2018
Życie zmienne, bardzo zmienne jest

Księga Hioba 7,1-4.6-7
„Życie człowieka na ziemi - to żołnierska służba,
a dni jego bytowania - to dni najemnika.
Jak niewolnik wzdycha do cienia,
jak najemnik oczekuje zapłaty,
tak udziałem moim są miesiące męki,
a przeznaczeniem noce [pełne] cierpienia.
Kładąc się, mówię: - Kiedyż dzień nastąpi,
a ledwie wstanę, myślę: - Czemu wieczór się spóźnia?
Dni moje biegną szybciej niż czółenko [tkackie]
i kończą się bez nadziei.
Wspomnij, że życie moje tchnieniem tylko,
a moje oko nie wróci już, aby widzieć szczęście.”
Przekład Biblii Poznańskiej. Wybrałem go, choć jest ten samego Miłosza, bo ciekawy ze względu na tę „służbę żołnierską” zamiast tradycyjnego bojowania. Bohater miał życie na początku tragiczne, stracił niemal wszystko, dzieci i majątek. O tym prawie cała księga, wraz z debatą, czy nieszczęścia są zawsze konsekwencją grzechu. Na samym końcu jednak los Hioba (czy też „Joba”, jak nietradycyjnie, choć mniej elegancko, chce Poznanianka) odmienia się radykalnie: rodzi mu się nowe, liczniejsze potomstwo i wraca majątek jeszcze większy. Czyli mamy przesłanie, że życie nasze bardzo zmienne jest i trzeba zawsze ufać Opatrzności. Co jeśli się wierzy, że On istnieje, jest wyjściem myślowym jedynym, byleby tylko też wierzyć, że miłosierdzie Boże granic nie zna i nikt w piekle na wieki nie skończy.

16:56, jan.turnau
Link Komentarze (50) »
sobota, 03 lutego 2018
Nie mieć czasu dla siebie

Ewangelia Marka 6,30-34
Czytamy znowu, że On i Jego uczniowie nie mają czasu nawet na jakiś posiłek, nie mówiąc o wypoczynku. Taka jest dola ludzi działających społecznie czy zawodowo bardzo aktywnie. I nikt nie powie, w zasadzie słusznie zresztą, że nieregularne odżywianie się i sen niedostateczny nie służą zdrowiu; nie doda że to grzech, choćby i powszedni. Bliźni ważniejsi są i tyle. Doradzać nawet nie warto, raczej o wikt dla nich zadbać równie aktywnie oraz podsunąć go im jakoś. A o emerytów zatroszczyć się także w ten sposób, że dostarczać im zajęcia na miarę ich sił. Przecież tyle lat przywykali do pracy z tak dobrym skutkiem.


10:31, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 02 lutego 2018
Tamta Anna, ta biblijna. Kościelny dzień cichych kobiet...

Ewangelia Łukasza 2,22-40
Dzisiaj w Kościele rzymskokatolickim, starokatolickim mariawitów, polskokatolickim oraz Cerkwiach prawosławnych tam, gdzie stosuje się nowy kalendarz, wspomina się ofiarowanie maleńkiego Jezusa w jerozolimskiej świątyni. Na Zachodzie nazywa się to świętem Ofiarowania Pańskiego (potocznie, przynajmniej w Polsce, Matki Bożej Gromnicznej), u prawosławnych - Spotkaniem. Podstawa biblijna jest tylko w Ewangelii Łukasza. Zwało się to u nas kiedyś świętem Oczyszczenia NMP, a przekonanie, że kobieta jest po porodzie nieczysta, co wiemy z pierwszych słów dzisiejszej perykopy (gdzie jest powiedziane „ich oczyszczenia”, nie bardzo wiadomo, dlaczego, Poznanianka ten zaimek w ogóle opuszcza), zachowało się na długo także w chrześcijaństwie: moja matka wspominała mi, że był w naszym Kościele dzisiaj jakiś obrzęd zwany chyba „wywodem”. Napisałem to, żebyśmy pamiętali, że wszystko płynie, w Kościele raczej też. Bohaterami tekstu poza Świętą Rodziną są napotkani przez nią w świątyni dwaj święci ludzie, Symeon i Anna. Ta druga, zwana w tekście wręcz prorokinią, rozpoznała w Dzieciątku oczekiwanego Mesjasza, bo „sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy”. Cóż jednak to wyzwolenie oznaczało dla niej? Także dla Symeona, który „oczekiwał pociechy Izraela”. Można tak przypuszczać dalej, zauważając, że powiedział Maryi, iż Jezus jest „znakiem, które sprzeciwiać się będą”, a potem, że jej duszę „przeniknie miecz”, czyli miał wizję Mesjasza zwycięskiego nie politycznie. Ale pewnie dotyczyło to także Anny: Łukasz nie pokazywałby przecież jako tak świętych ludzi tak po staremu myślących. W każdym razie ta Anna, córka Fanuela, to ważna postać biblijna (obok starotestamentalnej matki proroka Samuela), choć w kalendarzu liturgicznym znaleźć ją niełatwo (1 września?), gdy natomiast patronka przeróżnych pań Anna, matka Marii z Nazaretu, występuje tylko w apokryfach.
Na koniec napiszę o tym, że dzisiaj także w moim rzymskokatolickim Kościele Dzień Życia Konsekrowanego, przede wszystkim zakonników i zakonnic, ale też różnych świeckich osób konsekrowanych. Myślę o siostrach zakonnych, których niestety ubywa szybko. Czemu? Czy też nie dlatego, że przy księżach to wciąż kobiety do prac „przynieś, podaj”, czynności wyłącznie służebnych. Maskulinizm tradycyjny jest ciągle mocny.

21:01, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
czwartek, 01 lutego 2018
Zły duch jest, ale w kim?

Ewangelia Marka 6,7


„Wyrzucali też wiele złych duchów.”

Nie chcę przekonywać, że szatan nigdy nie manifestuje się „psychiatrycznie”, zachowaniem niesamowitym, nie zaś tamtym okropnie niemoralnym, laik jednak w tej sprawie jestem. Niemniej ciągle wydaje mi się, że owo diablisko przejawia się przede wszystkim w zbrodniarzach tej miary, co Hitler, Stalin, a także ci, co wymyślili współczesny terroryzm, demoniczny wręcz przecież. Jest to wszak jakieś zło dokonywane z „czystej” nienawiści, którą trudno wytłumaczyć jakąkolwiek uczynioną zbrodniarzom krzywdą albo lękiem, że może być uczyniona; jakieś zło jakby dla zabawy jakiejś przeraźliwej. By podobne uczucie włożyć dzisiaj do serca komuś, ludziom licznym mordującym niewinnych, trzeba siły zaprawdę diabelskiej. Oczywiście natomiast nie jest taka moja interpretacja problemem poznania zwanego naukowym, empirycznego, ale filozoficznego, teologicznego - gdy się nie wyklucza istnienia niczego, co nie da się zważyć i zmierzyć. To jest, nie przymierzając, tak jak z istnieniem Boga, dobra czystego i wielkiego nieskończenie. No dobrze, ale tamci egzorcyzmowani przez samego Jezusa? Z opisów ewangelijnych jakoś mi dziwnie wynika, że diabeł siedział w nich raczej tak jak w każdym wariacie. Na dzisiaj wpisu dosyć.


19:53, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
środa, 31 stycznia 2018
Nie mógł zdziałać cudu

Ewangelia Marka 6,1-6
Dziś ta opowieść, o której wspomniałem wczoraj: Jezus w rodzinnym miasteczku. W przypadku jego mieszkańców zawiniło może nierzadkie przekonanie, że można rozpoznać człowieka najgłębiej, na przykład jego duchową siłę. Trudno jednak odtworzyć sobie w myślach tamte lata Jezusa. Pojąć, jak to się stało, że tamtejsi Jego krajanie nie zauważyli, iż nie był to zwykły cieśla. Nie lubili Go aż tak bardzo, niechęć do Niego oślepiała ich do tego stopnia? Działała tak przemożnie zła opinia o Nim Jego braci, sprawa, którą poruszałem tu nieraz? Pamiętajmy jednak w ogóle, że ewangelie to nie biografie, nie historia, ale teologia, nie reportażowa faktografia, ale teksty z wyraźnym przesłaniem duchowym, moralnym wręcz. Tutaj może takim, że „tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu prorok może być tak lekceważony”. Tacy już jesteśmy głupi i grzeszni. Sami nie wiemy, co posiadamy...

18:55, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 30 stycznia 2018
Spotkały się dwie moce

Ewangelia Marka 5,21-43
„Posłyszała o Jezusie, więc weszła z tyłu między tłum, dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: - Żebym choć dotknęła się Jego płaszcza, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w swym ciele, że jest uleczona z dolegliwości. A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego” (BT).
Spotkały się dwie moce: moc wiary chorego i uzdrowicielska moc Jezusa. Co mi przypomniało moje niegdysiejsze spotkanie ze sławnym niegdyś, zupełnie nie (na pozór?) religijnym uzdrowicielem Harrisem. Podszedłem wtedy do niego, dotknął mnie w miejscu, które uważałem za potrzebujące uleczenia, i nawet nic nie poczułem. Podszedł potem mój syn, niepotrzebujący takiej pomocy, tylko podtrzymujący mego chorego kuzyna, i powiedział potem, że aż  o kopnęło. Moją żonę z kolei uzdrowił z bólów głowy na pół roku, a jak poszła do niego drugi raz, to na stałe. Tak też było z moją kuzynką. Tłumaczenie (para?)psychologiczne: są uzdrowiciele i są „media” dobre i złe. Zapewne jestem tym drugim, choć podobnych mocy Harrisa bynajmniej nie kwestionowałem. A mieszkańcy rodzinnego Nazaretu, których nie mógł uzdrawiać, bo nie wierzyli, że ten znany im dobrze zwyczajny cieśla może mieć takie niezwykłe zdolności? No właśnie, nie byli dobrymi mediami, tyle że jakoś  - jak sugeruje Marek (6, 1-6) i inni synoptycy - z własnej winy, nie z powodu takiego braku wrodzonego. A co do Harrisa, to pamiętam zasłyszane podejrzenie, że ma moc szatańską, i dowód na to, że jak kiedyś uzdrawiał w kościele, to poprosił, żeby wynieść do zakrystii Najświętszy Sakrament. Niemniej nie wiadomo, czemu o to prosił - trudno mi uwierzyć, że tyle dobra może czynić Zło.

18:26, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 29 stycznia 2018
Czy diabeł jest osobą?

Ewangelia Marka 5,1-20

Chrystusowy egzorcyzm: wypędza On z człowieka wręcz cały legion (kilka tysięcy) „duchów nieczystych”, których też na ich prośbę posyła potem w stado świń. Na marginesie tej perykopy taka myśl moja nieustanna: nie mogą księża milczeć na temat poglądów wielu dzisiejszych biblistów, także katolickich, choć niekoniecznie polskich, że teksty biblijne, także ewangelijne, nie są dzisiejszymi reportażami historycznymi, w których dba się o prawdziwość każdego obrazu: także tysięcy wieprzów opętanych przez szatana. Poza tym melduję, że jest w ostatnim „Tygodniku Powszechnym”, który tu reklamowałem z innych przyczyn, ważny artykuł bardzo mądrego jezuity Jacka Prusaka pt. „Diabeł nie jest projekcją”. Nie przepiszę go, nawet nie streszczę, zacytuję tylko jedno ważne twierdzenie. „Kościół naucza o osobowym złu, a Franciszek naukę tę powtarza. Trzeba jednak pamiętać, że Kościół  nigdzie nie definiuje, co należy w tym przypadku rozumieć przez ów «osobowy» charakter zła - nie można więc relacji egzorcystów traktować jak «brakującego Magisterium» - co niestety stało się normą w polskim Kościele. Jak podkreśla teolog Marion Wagner, «mówienie o diable jako osobie lub nie-osobie stanowi próbę wypowiedzenia jakiejkolwiek prawdy na temat rzeczywistości zła absolutnego, które określa się dzisiaj mianem diabła. Alternatywą byłoby bowiem milczenie. Jeśli więc z braku jakiegoś lepszego pojęcia odwołujemy się do kategorii osoby, to staje się jasnym, iż chodzi wówczas w najlepszym przypadku o analogię. Znaczy to mniej więcej tyle, że niepodobieństwo jest większe niż podobieństwo. Mówienie o diable jest wówczas czymś więcej niż modus loquendi [sposobem mówienia - JT], ale zdecydowanie mniej niż definicją. Z braku lepszej terminologii pojęcie osoby staje się pewną kategorią porozumiewawczą, która może nam pomóc we wzajemnym komunikowaniu sobie informacji na temat pochodzenia i istoty zła, a także sposobu radzenia sobie z nim. Przy pomocy pojęcia osoby nie jesteśmy jednakże w stanie definitywnie powiedzieć, czym lub kim jest właściwie to coś/ten ktoś, przed czym/kim człowiek kapituluje i popada w grzech. Zło, jego pochodzenie, pozostają tajemnicą»”. No właśnie.


16:47, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
niedziela, 28 stycznia 2018
Czy w małżeństwie jest Boga mniej?

1 List do Koryntian 7,32-35
W islamie dojrzewa dopiero zrozumienie, że tamtejsza księga święta Koran nie jest nieomylna w każdej swojej myśli, my już podobną wiarę religijną mamy na szczęście za sobą. Apostoł Paweł mógł się mylić. W sformułowaniach na temat małżeństwa, przeznaczonych na dzisiaj w moim Kościele, jednak nie ma racji. Nie musi być przecież tak, że „tylko człowiek bezżenny troszczy się o sprawy Boże”, żonaty czy mężatka tylko o sprawy świata zabiega, jak się współmałżonkowi przypodobać. Miłość Boga i bliźniego to są dwa przykazania niekonkurencyjne, wręcz jedno. Kochamy Boga kochając bliźniego! Starając się prrzypodobać się mężowi albo żonie. Oczywiście mądrze, wspierając się wzajemnie w dobrym, nie złym, ale to inna sprawa. Małżeństwo i celibat to dwa różne powołania, to drugie nie jest lepsze, można na przykład zostać egoistycznym starym kawalerem, cóż z tego, że w sutannie. Warto zastanawiać się, skąd u Żyda takie poglądy, rabini mieli (mają) obowiązek posiadania żony. Chyba czerpał je Paweł z kultury pozażydowskiej, helleńskiej, która otaczała apostoła, gdzie zaczynała kwitnąć gnoza, był przecież platonizm, by o manicheizmie nie wspomnieć. Jest taki wierszyk, który może podobałby się Pawłowi: „Leci pies przez pole, ogonem wywija, pewnie nieżeniaty, szczęśliwa bestyja...” Ale jest i chyba żydowska opowiastka, że przyszedł Icek do rabina i pyta: - Rebe, żenić się, czy się nie żenić? Rabin: - Icek, jak byś nie zrobił, będziesz żałował”... O wcześniejszym życiu apostoła nic nie wiemy, a już po nawróceniu mieszkał w swoim Tarsie paręnaście lat: może był kiedyś żonaty i małżeństwo mu się jakoś nie udało? W każdym razie jego poglądy w wersji jeszcze o wiele mocniejszej ciążyły na chrześcijaństwie bardzo długie wieki (św. Augustyn!). Dobrze, że i one minęły jak sen jakiś ciemny. Dziś mówimy na przykład, że i tak zwany celibatariusz troszczy się o sprawy ludzi, duszpasterz nawet szczególnie, tyle że nie wyróżniając rodzinnie niektórych.

09:19, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
sobota, 27 stycznia 2018
Nie bać się burzy niełatwo. Turowicz Powszechny

Ewangelia Marka 35-41
Burza na jeziorze, a Jezus spokojnie śpi. Budzą Go uczniowie przerażeni. Uciszył wicher, ale zapytał ich, po co ten strach, i zarzucił brak wiary. Nam też jej brak bardzo często, pośród gromów losu, w świecie naprawdę strasznym. Niełatwo wierzyć, że Bóg nigdy nie drzemie, jeżeli w ogóle jest.
Wspomnę tu jednak o pewnym człowieku bardzo wierzącym. O założycielu i redaktorze naczelnym „Tygodnika Powszechnego” Jerzym Turowiczu. Dziś rocznica jego śmierci, już dziewiętnasta. Humorysta tamtejszy Stefan Kisielewski nazywał go „Turowiczem Powszechnym”, bo z tym pismem kojarzy się absolutnie. W najnowszym numerze o tej dużej postaci historycznej edytorial stały ks. Adama Bonieckiego oraz obszerny i pasjonujący tekst współredaktora dzisiejszego, Michała Okońskiego, pod tytułem „Historia pewnego kłamstwa”. O rzekomym poważnym konflikcie między Jerzym Turowiczem i całym tygodnikiem a Janem Pawłem II. Lektura naprawdę bardzo ważna! Lecimy do kiosków...

19:00, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
piątek, 26 stycznia 2018
Zaczyna się od ziarenka. Robotników kwalifikowanych pewien brak. Dzień Islamu

Ewangelia Marka 4,26-34
Ewangelia Łukasza 10,2
Dzisiaj przypowieści kolejne, też jak tamta o siewie botaniczne, o ziarnie zbożowym i ziarenku gorczycy. Kościół zaczął się od niewielkiej grupki, teraz to więcej niż miliard wyznawców, o różnych wyznaniach oczywiście, choć na szczęście już mniej na siebie warczących, z różnych narodów i kultur. I to bardzo dobrze, bo jedność to niejednorodność, oby tylko było do tej pierwszej coraz bliżej. I oby kontynent macierzysty, Europa, nie laicyzował się duchowo dalej. Konieczna jest w tym celu jakaś zasadnicza zmiana duszpasterska, co papież Franciszek dobrze rozumie i ma sporo sojuszników, ale wielu przywódców kościelnych nie obudziło się jeszcze ze snu o ziemskiej potędze, a w każdym razie z drzemki, która utrudnia realistyczne myślenie. Nie chodzi naturalnie o to, by wracać do fundamentalizmu wieków przeszłych. Nie wzorujmy się głupio na islamie, gdzie potężny jest nurt mało przykładny; niestety nie tylko w postaci przekonania, że w Koranie święta jest każda litera, także w strasznej formie tzw. islamizmu, religii z nożem w zębach. Co napisałem, ale zaznaczam, żem też nie Polak katolik, co na polskiej granicy na straży z kałasznikowem odbezpieczonym stałby, aby żaden muzułmanin nie wszedł. Załączam na dowód tekścik, który napisałem do „Wyborczej” na dzisiejszy Dzień Islamu. Zanim jednak to zrobię, jeszcze o czymś biblijnym.
Wskazówki biblistyczno-liturgiczne w różnych Kościołach lokalnych bywają jednak chyba trochę różne. Powyżej poszedłem za tą, która jest u sąsiadów za Odrą i Nysą, w każdym razie za tą, którą znalazłem w kalendarzu wydanym przez archidiecezję freiburską, a nie za tamtą z polskiego miesięcznika „Oremus”. Niemcy mają właśnie Ewangelię Marka 4,26-34, Polacy Łukaszową 10,1-9. Rzecz w tym, że mamy dzisiaj wspominać świętych biblijnych Tymoteusza i Tytusa, co zrobili także bracia niemieccy, bo obie nacje mają perykopę Tm 2,1.1-8, ale tamci woleli kontynuować czytanie tekstu Markowego i za nimi jednak poszedłem. Niemniej przytaczam zdanie Łukaszowe: „Żniwo jest wprawdzie wielkie, ale robotników mało”. Zawsze za mało, ale jest też problem jakości. Niemniej jest przecież, także u nas, trochę duchownych i świeckich w stylu Franciszkowym. I teraz wreszcie moja pisanka międzyreligijna.
Człowiek, istota rozmaitaNa szczęście mamy w ojczyźnie naszej rzymskokatolickiej tak zwany karnawał ekumeniczny, który zaczął się 17 stycznia Dniem Judaizmu, potem był czas modlitw o jedność chrześci jan, żeby oni przynajmniej nawzajem się kochali, no i nadszedł 26 stycznia Dzień Islamu. Inicjatywa czysto polska, rzymskokatolicka, a jakże, znaleźli się tacy Polacy, którzy się muzułmanów nie boją, rozumieją, że nie każdy z nich zabija i gwałci. Jest też u nas jedyna taka organizacja na świecie, Polska Rada Katolików i Muzułmanów. Pod Legnicą przegraliśmy bitwę z Tatarami, teraz z ich współwyznawcami staramy się wygrać międzyreligijny pokój.
„Jak Czarniecki do Poznania po szwedzkim zaborze”... Szwedzi chrześcijanie, nie muzułmanie, owszem, ale myśl moja popędziła nad Wartę, bo poczytałem sobie właśnie szeroko ekumeniczny kalendarz. Nazywa się „W naszym fyrtlu. Chrześcijanie, żydzi, muzułmanie”. Fyrtel to po poznańsku dzielnica, okolica. Są też daty roczne: chrześcijańska 2018, żydowska 5778/5779 i muzułmańska 1439/1440. Każda religia ma prawo mieć swoje, islam zaś zaczął się w siódmym wieku, więc rachuba takowa. W kalendarzu wydanym przez Wydawnictwo Posnania teksty o trzech religiach, o religii dzisiejszej napisał imam Youssef Chadid. Dowiadujemy się, że dialog tych wspólnot trwa już kilka lat. Gdy wyczytałem natomiast, że pomysł kalendarzowy przyszedł do stolicy Wielkopolski z Katowic, gdzie na ten rok przygotowano już po raz szósty stosowną publikację (w języku również angielskim), to pomyślałem sobie: jak to dobrze, że mamy, póki co, świętą samorządność. Aby mimo wszystko trwała, niech modli się dzisiaj opozycjonista, jeśli w politycznej zawierusze wiary nie stracił. Amen!
PS. Jak polityka i Poznań, to o jednym kalendarzu jeszcze. Otóż mieszkańcy tego miasta dzielni, dwie artystki i prawnik, dr Agata Kulczyk, prof. Lucyna Talejko-Kwiatkowska i prof. Paweł Wiliński, są twórcami kalendarza piękności wielkiej i tematyce też bardzo na czasie, bo konstytucję mądrze prezentującego. Tę obecną, której niech nikt nie gwałci, Polak katolik również.

18:09, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 stycznia 2018
Szaweł Pawłem się staje

Dzieje Apostolskie 22,3-16 albo 9,1-22
Dziś Kościół rzymskokatolicki, starokatolicki mariawitów i polskokatolicki wspominają liturgicznie nawrócenie Pawła z Tarsu, o którym to wydarzeniu czytamy jeszcze w Dziejach Apostolskich 26,12-18. W rozdziale 9 jest to narracja Łukaszowa, w dalszych miejscach własna Pawłowa. Jest już wtedy aresztowany przez władzę rzymską, uratowany w ten sposób z rąk rozwścieczonych rodaków. Żydzi z Azji (czyli diaspory - czyżby ta była bardziej zażarta religijnie niż jerozolimska, bo to jej też podpadł śmiertelnie Szczepan?) uznali go za potwornego wroga narodu i Prawa. Podburzyli tłum, zaczęto go bić. O swojej konwersji opowiada zatem ludowi. A było to wydarzenie rewolucyjne myślowo. Otworzyło świat pozażydowski na wiarę Abrahama, Izaaka i Jakuba, kosztem jednak, rzecz jasna, zmiany doktrynalnej ogromnej. Nie wiadomo, jak dzieje nowej religii wyglądałyby bez tego niesamowitego zapaleńca, teologa i misjonarza kolosalnego. Taka już jest natura człowiecza, że zmienia on się niekiedy nagle i radykalnie. Jak takie ewenementy tłumaczyć psychologicznie? Zawsze można je jakoś „naturalizować”, jeżeli się nie przyjmuje, że jest inna, pozaempiryczna rzeczywistość. Można też wybierać tutaj drogę niejako pośrednią, uznawać rolę Boga, ale i przyczyn „wtórych”: w przypadku Pawłowym jakiegoś słonecznego udaru? A całkiem poza tym może stosowny jest tu morał, że twardość przekonań nie powinna nigdy przypominać jakiegoś materialnego betonu.

23:25, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
środa, 24 stycznia 2018
Siew jak siew. Biblia tylko z wyjaśnieniami

Ewangelia Marka 4,1-20
Przypowieść o siewie. Słuchacze, choć przecież Jego uczniowie, nie rozumieją jej. Biblia Jerozolimska podaje w przypisie, że Marek owo niezrozumienie podkreśla, Mateusz i Łukasz natomiast rzadko o tym mówią: taka już jest specyfika autorska poszczególnych ewangelistów. My dzisiaj zrozumielibyśmy bez żadnego trudu? Nie wiem, bo sam jakoś zorientowany w ewangeliach nie potrafię zgadnąć, co pomyślałby ktoś inny, który ich nigdy nie czytał, o tamtejszych sprawach nie ma pojęcia. Takich dzisiaj także u nas sporo. Co zaś do samej treści przypowieści, to myślę, że z siewem Słowa Bożego jest właśnie tak, jak zkażdym takim owocowaniem: zależy od żyzności gleby, na którą ziarno pada. Ale także od kwalifikacji siewcy: ta na różnych szczeblach kościelnych bardzo różna bywa. Nadzieja tylko w tym, że przykład Franciszka na wszystkich „rzymskich katolików” zwolna działa jednak. 
A co do tekstu perykopy dzisiejszej, to tylko jeszcze jedna sprawa. Rozumienia przedziwnych, gorszących słów Jezusa, że mówi On do szerszego grona słuchaczy w przypowieściach, „aby nie rozumieli, nie nawrócili się i nie otrzymali przebaczenia” (EPP). Otóż to cytat z Księgi Izajasza (6,10). Z wyjaśnień dzisiejszych uczonych w Piśmie wynika, że nie chodzi tu o działanie samego Boga, ale o stwierdzenie faktu, iż z ludźmi ciężka sprawa, bo są na Słowo Boże zamknięci. No i najważniejsze, że jest to odpowiednik słów Ewangelii Mateusza (13, 15) dużo jaśniejszych, ponieważ zaczynają się od słówka „bo”, nie „aby” : „bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i serce swe zamknęli”. Czy nie było tak, że najwcześniejszy tekst Markowy był poprawiany rozjaśniająco? W każdym razie nie należy go i w ogóle Biblii czytać bez objaśnień, jak wciąż uważają niektórzy bracia ewangelicy.
Skądinąd te nie zawsze łatwo znaleźć zaraz pod tekstem (to wiem z Google`a). Grunt, żebyśmy nie wątpili, iż Bóg chce zbawiać, nie potępiać: „Bóg jest dobry, dam się za to zabić” - taki jest tytuł książki jezuity Grzegorza Kramera (WAM). Ja mówię inaczej: jest dobry albo nie ma Go wcale. Niemniej jest!

14:44, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 23 stycznia 2018
On i Jego matka

Ewangelia Marka 3,31-35
Dzisiaj perykopa zastanawiająca. Bardzo podobna do tej u innych synoptyków (Mateusza 12,46-50 i Łukasza 8,19-21), ale jest między ich narracjami spora różnica. Tylko u Marka mamy perykopę wcześniejszą, którą Kościół rzymskokatolicki polecił swoim wiernym do lektury w sobotę: tę o trosce o Niego Jego bliskich. Otaczały Go takie tłumy potrzebujących pomocy, że „nie mogli nawet wziąć do ust kawałka chleba” (EPP) - w domyśle On i Jego uczniowie. No i owi bliscy przyszli, żeby Go powstrzymać, co można też tłumaczyć (EPP): „aby Go ubezwłasnowolnić”! „Mówiono bowiem: - Zwariował! ”. Z dalszych zdań Markowych wynika, że wśród owych bliskich (rodziny - EPP) byli nie tylko Jego bracia, raczej mu niechętni (vide mój wpis sobotni), była też Jego matka, bo jest o niej w dzisiejszej perykopie dalej, ale że wtedy jeszcze do ich spotkania z Nim nie doszło. Potem zapewne doszło, ale też właśnie sądzić można, że się do tego jakby nie śpieszył. Gdy Mu bowiem powiedziano, że do Niego przyszli i czekają przed domem, wygłosił słowa, że Jego braćmi, siostrami i matką są ci, co Go wtedy otaczali, czyli w ogóle ci, co spełniają wolę Bożą. Było to, owszem, zrozumiałe zaznaczenie, że węzły duchowe ważniejsze są niż węzły krwi (BT), ale w całym kontekście zabrzmiały szczególnie. Nic dziwnego, że ktoś widzi tutaj bardzo chłodną jeszcze mariologię Markową, inną od tej późniejszych ewangelistów, szczególnie Łukasza i Jana. Że mariologia biblijna rozwijała się, potem dalej kościelna, to jest bezsporne, ale pozwolę sobie popsychologizować trochę. Mogło być tak, że Maryja była po środku rodzinnych konfliktów, tu między dziećmi. Z siostrami, o których zresztą nie wiemy prawie nic, Jezus mógł mieć relację wielkiej miłości, ale bracia zazdrościli Mu najpewniej niejednego: „nie wierzyli w Niego” - J 7,3-5; owszem, do czasu, o Jakubie i Judzie wiadomo, że - zapewne po Zmartwychwstaniu -zostali Jego uczniami, ale to było później. Usiłowali Maryją manipulować i zabrali ją ze sobą, by pomanipulować również Jezusem, ale nie wynika z tego przecież, że dawała się całkiem „przekabacić”, że już nie wierzyła w Jego mesjańską misję. Wierzyła bardziej jeszcze, a o Jego zdrowie troszczyła się naprawdę. Ot, taka moja mariologiczna hipoteza laicka.

16:29, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
Archiwum