Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
środa, 25 lipca 2018
Apostoł Jakub Większym zwany, chciał być pierwszy. Inny Żyd wybitny zwał się Jakub Rotblat

Ewangelia Mateusza 20,28
Wspominamy dzisiaj apostoła Jakuba. Imię to jeszcze w tym biblijnym przypadku mało, bo wśród apostołów było takich ludzi trzech. Ten, który ma dzisiaj święto,czyli tak zwany Większy, syn Zebedeusza, brat Jana. Jakub zwany Mniejszym,czyli syn Alfeusza. Owo rozróżnienie wprowadził nie jakiś pożyteczny biblista, ale sam autor biblijny, mianowicie Marek (15, 40), wspominając „Marię, matkę Jakuba Mniejszego” . Takich imienników było w czołówce pierwotnego Kościoła zapewne więcej. Pomijając toże niektórzy bibliści nie są pewni, czy ten Jakub jest na pewno tą samą osobą(sorry - osobem, przecież był płci męskiej), co ów Alfeuszowicz, bo był jeszcze
być może jakiś Jakub Średni czy też może Najmniejszy. Otóż chodzi o to, czy ten występujący w Dziejach Apostolskich ważny uczeń Chrystusa, filar ówczesne jwspólnoty, pewnie autor listu biblijnego, uchodzący za przywódcę ówczesnych konserwatystów (List do Galatów 2, 12), należał do Dwunastu, czy też na razie przeciwnie, jako brat Jezusa przyrodni (może jednak rodzony), jeden z tych, co
weń, póki co,nie wierzyli, nawrócili się późnej i potem, jak na konwertytów przystało,przodowali w tej mierze. Wracam jednak do Większego. Zginął z powodu tej wiary jako drugi zaraz po Szczepanie (Dzieje 12,20). Nie spodziewał się na pewno, kiedy
załatwiał u Jezusa przez swoją matkę miejsce poczesne u Jego boku w KrólestwieNiebieskim, że będzie ono wyglądało podobnie. Pierwsi będą ostatnimi - historiateż w tym sensie paradoksem stoi.
Nie znamy jednak przyszłości, z przeszłością lepiej, ale też bywają niespodzianki. 1sierpnia ukaże się w Znaku rewelacyjna książka Marka Górlikowskiego. Pomnażaona liczbę naszych rodaków noblistów. Należał do nich także Józef Rotblat, fizyk
genialny (1908-2005). Podobnie jak Maria Curie Skłodowska otrzymał tę nagrodę,chociaż nie naukową, tylko Pokojową. Albowiem był również wybitnymdziałaczem społecznym. Specjalistą od bomby wodorowej, atomowej, niemniej jejzaciekłym wrogiem. Tak twardym, że FBI posądzało go długo o szpiegostwo narzecz ZSRR. Jego biografia pasjonująca nazywa się „Noblista z Nowolipek. Józefa
Rotblada wojna o pokój”. Liczy 500 stron, ale czyta się prawie jak powieśćsensacyjna. Może też trochę dlatego, że noblista był właśnie Żydem zwarszawskiego getta. Czuł się jednak Polakiem, nie przyjął brytyjskiegoobywatelstwa, choć mieszkał w Anglii od początku wojny.

19:53, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 24 lipca 2018
Wrzuci w morze grzechy nasze, albowiem miłosierny jest. Franciszek, miłosierdzia papież

Księga Micheasza 7,18-19
Któryż Bóg podobny Tobie, co oddalasz nieprawość, odpuszczasz występek Reszcie dziedzictwa Twego. Nie żywi On gniewu na zawsze, bo upodobał sobie miłosierdzie. Ulituje się znowu nad nami, zetrze nasze nieprawości. Wrzucisz w morskie głębiny wszystkie ich grzechy.”
Tak, taki jest Bóg nasz, naprawdę taki. Nie wszędzie w Piśmie wydać to niestety: Biblia jest całą biblioteką dzieł autorów różnych, o poglądach niejednakowych. Wiara wspólna monoteistyczna łączyła bardzo mocno, niemniej jednomyślności nie było. Różny stosunek do innowierców między innymi, poza tym właśnie różny Boga obraz: zresztą bardzo często w jednym człowieku, który miota się ciągle między ufnością a rozpaczą. A owa Reszta to Izraelici, co w czasach klęsk różnych uniknęli śmierci albo wygnania: nie grozi im gniew
Boży, jeżeli się nawrócą. Jak wiadomo, lepiej późno, niż wcale (powiedział nekrofil...) Na szczęście wrócił w moim Kościele wizerunek Boga nie mającego nic wspólnego z jakimkolwiek sadyzmem, a papież Franciszek z tamtym obrazem walczy z właściwym sobie zapamiętaniem. Pan całego stworzenia, wręcz Absolut, choć stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, czyli osobą tak jak i my jest, to jednak od gatunku homo sapiens różni się nieopisanie. Tym na przykład, że wciąż wśród wyznawców obecny teologiczny antropomorfizm jest herezją absolutną. On nie gniewa się nie tylko na zawsze, jest naprawdę absolutnie wszechmocny, czyli radzi sobie niezawodnie z każdym grzesznikiem, każdego od piekielnego zaparcia się w duchowym bagnie uratować potrafi. Amen, alleluja!
Akapit mój tutaj końcowy będzie już tylko o słudze Bożym z Argentyny. W internecie obejrzałem przypadkiem filmik o nim nie typowy. Dowcipkuje sobie oto bardzo złośliwie rozmawiając z jakimś innym biskupem. Na temat, który ostatnio często eksploatuje: plotkarstwo... Była sobie pewna niewiasta niezmiernie elokwentna, niezwykle mobilna poza tym. Potrafiła obsłużyć ludzi różnych legion, upowszechniając wiedzę o wszystkich ich bliźnich słabościach. Ale kiedyś sama zasłabła fizycznie, nie mogła wstać ze swego łóżka,
więc poprosiła pobliskiego księdza, by przyszedł do niej z Komunią. Otóż odmówił: ma pani przecież język tak długi, że zupełnie wystarczy, by sięgnął do kościoła, gdy będzie tam sprawowany właśnie ten sakrament. Następne „franciscanum” jest bibliograficzne: polecam arcygorąco książkę Jarosława Makowskiego pod tytułem: „Pobudka, Kościele!” (Warszawa 2018, Arbitror, s. 192). Dziełko niewielkie, kapitalne jednak, publicystycznie znakomite. A autor Polakiem i katolikiem jest, zatem o papieżu pisze, porównania nieuniknione czyniąc.

19:29, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 23 lipca 2018
Paweł radykał totalny

List do Galatów 2,19-20
Ja dla Prawa umarłem przez Prawo, żeby żyć dla Boga: razem z Chrystusem zostałem przybity do krzyża. Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary jest życiem Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał na śmierć.”
Oto ten Pawłowy radykalizm. W postawie wobec Prawa, zdecydowanym odcinaniu się od żydowskiej tradycji: inni apostołowie, Jakub brat Pański, nawet i Piotr, nie byli tu tak ostrzy, przynajmniej w słowach. Prawo, kręgosłup dotychczasowej religii apostoła, którą teraz tak mocno krytykuje, to jakby przeciwieństwo Boga samego. Po drugie, radykalizm w postawie wobec Jezusa. Chrześcijaństwo jest w Pawłowym pojęciu skoncentrowane całkowicie na Jego osobie. To nie specjalność myślowa apostoła narodów, rzecz jasna, to sedno nowej wiary, czy jednak na pewno każdego rzymskiego katolika? To się dopiero teraz tak wyraźnie mówi i tak już nieraz potocznie wierzy. Trudno to przyswoić sobie ludziom, którzy szli dotąd za Dekalogiem, najwyżej za ewangelijnymi Błogosławieństwami; ja się do nich niestety zaliczam, choć staram się wychodzić poza przeciętność. Chodzi nie tylko o to, że nasza religia to nie tylko etyka, moralność, nie tylko imperatyw etyczny, bo to w końcu nic szczególnego, choć systemy etyczne różne. Każda chyba religia to także „indykatyw zbawczy”, ujęty w jakichś dogmatycznych systemach. Ale to nie wszystko. Chodzi o to właśnie, że drogowskazem naszym życiowym jest osoba Chrystusa. Mamy iść za Nim i tyle. Aż tyle. PS. Komentarze do tych pisanek oczywiście czytam, dziękuję bardzo wszystkim, osobliwie jednak Autorowi, co mi tu niedawno dość niespodziewanie słowa miłe przesłał.

16:03, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 lipca 2018
Jezus uśmiercił wrogość. Kochaj i rób, co chcesz

List do Efezjan 2, 13-18
Chrystus (czyli Mesjasz) zbliżył do siebie obie części ludzkości, Żydów i resztę narodów, zburzył mur ich rozdzielający, przez żydowskie Prawo zbudowany, ogłosił między nimi pokój. Paweł, sam Żyd, nawet faryzeusz, myślący niegdyś zgodnie z żydowską tradycją, opowiada teraz w ten sposób o Jezusie, też Żydzie oczywiście, który dokonał pojednania przez swoją śmierć na krzyżu. No cóż, taka jest (nie)dola ekumenistów wszelakich. Narażają się nieraz jednym i drugim. Za śmierć Jezusa odpowiadają, owszem Żydzi, którym jako prorok nadepnął na narodowe i (czyli) religijne ambicje, ale i Rzymianie, którzy ludzi nie szanujących państwowej władzy tępili. Tacy bywamy i my, Polacy, katolicy rzymscy. 
Dzień 22 lipca, było kiedyś takie niezbyt narodowe święto. Jest natomiast dzisiaj święto rzymskokatolickie, ustąpiło jednak niedzieli, bo każda jest wręcz uroczystością. św. Marii Magdaleny, uczennicy Jezusa duchowo wielkiej. Owszem, opanowało ją kiedyś siedem duchów najgorszych. Nie wiemy, jak się zachowywała, powstała plotka, że cudzołożyła nałogowo, pochodzi nawet od papieża, Grzegorza zresztą Wielkiego, należał on do tych licznych pobożnych mężczyzn, którym się wydawało, że to grzech najcięższy oraz specjalność kobieca (chłopom wybaczyć trzeba, bo muszą) . Dziś na szczęście wzorem prawosławnych mamy Marię z Magdali za Apostołkę Apostołów, nie żadną prostytutkę, nawet i nie ladacznicę. Ma dzięki Franciszkowi nie tylko liturgiczne wspomnienie: jest ono w teraz randze święta. Pewnie była nieznośna, chyba chorowała psychicznie (co właśnie mylono z opętaniem). Ale kochała najserdeczniej, stosowała w życiu zasadę Augustynową: kochaj i rób, co chcesz.

04:44, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
sobota, 21 lipca 2018
A narody swoje...

Ewangelia Mateusza 12,20-21
„Trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi. W Jego imieniu narody nadzieję pokładać będą”
Niestety jednak z narodami na razie tak dobrze nie jest. Ideału tego, który ewangelista zacytował tu za Księgą Izajasza (Tryto-Izjasza), gdzie mamy obraz pokornego Sługi JAHWE, ludy nie traktują na ogół jako modelu etycznego stosunków wzajemnych. Przyświeca im raczej ideał nacjonalistyczny, ambicje imperialne, zbiorowy egoizm. Pokój oczywiście, nawet - starsi pamiętają -była kiedyś tak zwana walka o pokój, ale arcyimperialistyczna, krwawa raczej (pax sovietica). Wojna tylko sprawiedliwa naturalnie, ale nawet w wykonaniu chrześcijan było tego zabijania dziwnie dużo, szczególnie przed encykliką „Pacem in terris”. I tylko czasem głowa jednego mocarstwa usiłuje się dogadać z innym prezydentem, na dudka zupełnego wychodząc.

20:14, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lipca 2018
Szabat ważniejszy niż drugi człowiek?

Ewangelia Mateusza 12,7
„Gdybyście zrozumieli, co znaczy: «Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary», nie potępialibyście niewinnych. Albowiem Syn Człowieczy jest Panem szabatu”.
Jezus cytuje tutaj Księgę Ozeasza (6,6), akcentującą istotę wiary i moralności. Jaśniejsza niż ta z „Oremus” jest zresztą wersja polskiej Biblii Jerozolimskiej: „Miłości pragnę, nie krwawej ofiary”. Bogu niepotrzebne są w ogóle nasze materialne dary. Bardziej niż one, nawet niż praktyki ascetyczne, szabatowe rygory. Miłość Boga spełnia się najlepiej w miłości człowieka, trosce o bliźniego naszego. Wystarczy tylko tyle, deklaracje, że Bóg istnieje, są mniej ważne nieporównanie, nawet niekonieczne jest takie filozoficzne przekonanie. 
Wystarczy tylko tyle. Ale to zgoła niemało. Dlatego Janusz Korczak pobożniejszy był niż niektóry Kowalski.

15:44, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
czwartek, 19 lipca 2018
Fundamentalna kwestia smaku. Antykoncepcja antyetyczna?

Ewangelia Mateusza 11,28-30
„Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie”.
Zacznę słowami, którymi zapomniałem zakończyć wpis wczorajszy: trzeba przekraczać próg wiary. Potem nadziei i miłości oczywiście, ale u podstaw wiara jakaś. Bez niej nie może być słodkie jarzmo duchowe i lekkie brzemię życia powszedniego. Kwestia gustu, owszem, ale smak także duchowy ewoluuje. W dzieciństwie nie lubiłem smaków ostrych, ale na starość potrafię docenić wino wytrawne, cytrynę znacznie wcześniej. I powolutku sens krzyża.
A teraz też o wierze, nadziei i miłości, ale o wiele konkretniej. O miłości małżeńskiej mianowicie. O tym, że dzieci są darem Bożym, kłopotliwym, ale cennym i często jednak cudownym. A kłopot między innymi jest taki, że człowiek nie królik (pogląd też papieża Franciszka) i liczbę potomstwa trzeba jakoś planować. W tym tylko problem, jak. W „Tygodniku Powszechnym” bardzo, bardzo ciekawe zauważenie rocznicy, 50-ej już, ogłoszenia przez papieża Pawła VI encykliki „Humanae vitae” na powyższy temat. Był to dokument potępiający nie tylko aborcję, także antykoncepcję. 
Dopuszczał za Piusem XII, który okazał się, nie tylko zresztą tutaj, jakimś nowatorem, stosowanie metod zwanych naturalnymi, polegających na wykorzystywaniu dni bezpłodnych kobiety, ale odrzucał antykoncepcję, prezerwatywy, pigułki. Stanowisko Pawła VI wzbudziło liczne krytyki także w Kościele rzymskokatolickim, nie tylko wybitnych teologów, także niektórych biskupów. Otóż w „Tygodniku” ks. Adam Boniecki wraz z Arturem Sporniakiem przedstawiają obszernie tę sprawę, a najciekawsze w tekście Sporniaka jest to, co wyszło na jaw dopiero teraz. Paweł VI nie zgodził się na wersję dokumentu znacznie łagodniejszą. Czyniła ona to w sposób podobny do tego, jak nauczanie o „rozwodnikach” złagodził duszpastersko papież obecny.
Może pójdzie i tutaj tamtym śladem. Dałby Bóg. Moje to marzenie od pół wieku, od kiedy zacząłem tym temacie w „Więzi” rozrabiać. Przecież też nawet prawosławni zostawiają tę kwestię raczej sumieniu zainteresowanych.

17:44, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
środa, 18 lipca 2018
Błogosławieni nieroztropni

Ewangelia Mateusza 11,25
„Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Biblia Tysiąclecia). Możliwe są naturalnie różne przekłady. Prostaczkowie” mogą być „tymi, którzy są jak małe dzieci”, „maluczkimi”, „małoletnimi”, „najmniejszymi”. Chodzi po prostu o ludzi niewykształconych (nie o żadnych „wykształciuchów”), także, rzecz jasna, o małe dzieci, ale w ogóle o tak zwanych ludzi prostych. Czyli konkretnie nie o uczonych w Piśmie, nie o faryzeuszy, przeciwników Jezusa według Ewangelii głównych. Przemądrzałych potężnie.
Trudniejszy jest natomiast problem ze zrozumieniem określeń poprzednich. Właściwie tylko drugiego, bo ci „mądrzy”, to właśnie tacy w cudzysłowie. Co jednak zrobić z owymi „süneton”, jak ich nazwać po naszemu? Albowiem jedni oddają ich słowem „uczeni”, czyli równoznacznikiem słów tamtych, drudzy wszakże piszą inaczej: „roztropni” czy „rozumni” i takich tłumaczy jest chyba większość. Chodzi im o jakąś życiową praktykę, nie o poznanie bardziej teoretyczne. Pogadałem z Michałem Czajkowskim i z jego pomocą pierwszych z drugimi godzę jakoś sylogizmem takowym. Roztropni w cudzysłowie przeciwstawieni prostaczkom to ci zadufani w sobie po same własne uszy, we własną ludzką mądrość, bez przerwy coś kalkujący, żeby tylko przypadkiem nie wypaść na wariata, nie dać się oszukać, w ogóle nigdy nie przegrać. Którzy każdego ryzyka jak ognia się boją. Pasuje może tu nieźle określenie mieszczańscy. Czyli w gruncie rzeczy myślący tylko o sobie, o swoim interesie, zapominający o wszystkich bliźnich, ale i zapominający, że jest ktoś od nas mądrzejszy absolutnie i czasem można rzucić się w nieznane, w przepaść wiary. Niekoniecznie explicite religijnej, może w jakąś wiarę podstawową, jak ją nazwał kiedyś nasz mędrzec Stefan Wilkanowicz.

17:27, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
Żeby Góra była Jasna

Wpis na wtorek 17 lipca 2018 r.

Psalm 48,2-3a
„Wielki jest Pan i godzien wielkiej chwały
w mieście Boga naszego.
 Święta Jego góra, wspaniałe wzniesienie,
radością jest całej ziemi”.
Góry są w Izraelu miejscami sakralnymi. Bo tam bliżej nieba, mieszkania Bożego. Wspominaliśmy wczoraj Maryję z Góry Karmel, w tym psalmie na dzisiaj mowa dalej o Górze Syjon, tej, na której zbudowano Jerozolimę, ale ja, Polak katolik, myślę raczej o Jasnej Górze, stolicy duchowej Polski... Są u nas inne sanktuaria, ale to wciąż jednak chyba króluje, Maryja jest tutaj szczególnie królową Polski. To tytuł tradycyjny, pewnie do zwyczajnej Nazaretanki nie bardzo pasuje, tak jednak poetycki , od polityki daleki, że mnie raczej nie razi, choć nie pasuje w ogóle do mentalności współczesnej. Co innego „królowanie” nad Polską Jezusa. Jeśli to władza podobna choć trochę do tej naszych niegdysiejszych monarchów, to trudno nie zauważyć, że Chrystus jest w takim razie tak zwanym królem malowanym, bo rzeczywistym raczej zwykły poseł Jarosław Kaczyński. 
Wracam do Jasnej Góry. Nie mogę nie przypomnieć tego, co napisałem tutaj 8 bm. „Wydarzyło się w polskim Kościele rzymskokatolickim coś ważnego, a mało głośnego. W mojej gazecie z 27 czerwca br. przeczytałem, że Rada Konferencji Episkopatu Polski ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek wypowiedziała się o pielgrzymkach narodowych. Odniosła się do takich spotkań organizowanych na Jasnej Górze. Zwłaszcza dwa z nich - kibiców i narodowców - wzbudzają kontrowersje nie tylko wśród katolików. W dokumencie podpisanym przez biskupa Krzysztofa Zadarkę, jej przewodniczącego, czytamy, że „Jasna Góra stała się od pokoleń miejscem modlitwy o jedność i symbolem trudnej wolności Polaków. Zgodnie z tą tradycją sanktuaria nie mogą być miejscem manifestowania nienawiści względem grup politycznych, społecznych lub etnicznych. (...)
Nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę właściwego patriotyzmu”. Dodam jeszcze, że episkopalnej radzie chodzi nie tylko o nacjonalizm, czyli niechęć do ludzi innego narodu. W ogóle o „wykluczanie i stygmatyzowanie społeczne innych osób, różniących się światopoglądem, wiarą, pochodzeniem etnicznym czy odcieniem skóry”.
Święte słowa biskupie!
Mamy już zgoła lipiec, ale można by przypuszczać, że dopiero maj. Miesiąc skądinąd maryjny, dobry dla rolników i całego liczącego na chleb narodu, gdy jest jak teraz pożytecznie deszczowy. Kalendarz swoje, pogoda swoje.

16:51, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 lipca 2018
Kto przyjmuje proroka... Ks. Lemański, abp Grzegorz Ryś. Jestem Turnau z miasta Turnau, trochę Żyd. Osób, nie osoba jednak!

Ewangelia Mateusza 10, 41
Paręnaście zdań Jezusowych mocnych. Najpierw to, że nie będzie udawał: nie przyniósł pokoju, ale miecz. Przyniósł przykład krzyża, owszem, najpierw i potem wywołuje walkę ludzi wzajemną, bo nie wszyscy Go rozumieją albo też każdy rozumie inaczej. A w ogóle to nie wszyscy biorą krzyż na siebie, liczni ofiarowują go jako miły prezent bliźnim swoim. Kto jednak nie bierze sam swego krzyża, choćby szedł za Jezusem, nie jest Go godzien. Tak zaś postępują nawet ci, co autentycznie przejmują się losem swoich dzieci, ale niezbyt mądrze, chcą im we wszystkim ulżyć, odsunąć od nich wszystkie krzyże. O takich to między innymi mówi Jezus, gdy wygłasza pogląd, że trzeba Go kochać bardziej niż syna lub córkę: to znaczy po prostu mądrze. Jezus był również pedagogiem. Kto zaś przyjmuje Jego uczniów, Jego przyjmuje. No i padają zdania o proroku i sprawiedliwym: kto ich przyjmuje, podobne nagrody przyjmuje. Co do proroków, to muszę wyjaśnić: to w Biblii nie tyle przewidujący przyszłość, „wieszczek”, wróżbita,  choć to ktoś, kto widzi w czasie dalej niż zwykły śmiertelnik, wskazuje na następstwa działań dzisiejszych. Prorok to przede wszystkim duchowy oceniacz teraźniejszości.  Ocenia ją, ludzi teraźniejszych i dzisiejsze sprawy, tak jak to widzi, szczerze, bez ogródek. Na podobne określenie zasługuje ciągle ktoś. Zapewne nieroztropny, wariat wręcz, bo obrywa za to nieźle, ale służący sprawie słusznej. Bywa czasem bardzo niegrzeczny, na przykład  gdy - jak ks. Lemański - wyraża się  bardzo brzydko o pani premier ( i to o tej od dobrej zmiany, nie owej paskudnej, co miała na imię Ewa... Acz jest z kolei kwestia poselskiego terminu  „kanalia”...). Żydzi bywali dosadni, ich prorocy tym bardziej, język mieli niewyparzony, ale „nie za to ich cenimy”, by użyć wyrażenia radia Erywań. Co zaś do przyjmowania proroka, to jak wiadomo „Lemana” przyjął do siebie arcybiskup Ryś i zawalczę o nagrodę dla niego KIK-u warszawskiego „Pontifici”.
A w „Magazynie Świątecznym” „GW” znakomity tekst Aleksandry Klich o Bronisławie Geremku. Przypomniał mi mego pra-, pra-, pra-dziadka  Jan Nepomucena Turnau z austriackiego, dziś czeskiego miasta Turnau ( dziś czeskiego Turnov), który też był Żydem, ale nie wieszczkiem, Zagłady nie przewidział. Ale może jakby jednak: w1805 roku przechrzcił  się we Lwowie wraz z małżonką, po czym jego ród stał się nie tylko rzymskokatolickim, ale i ziemiańskim, bo zdobył dobra ziemskie w powiecie przeworskim.  Tamto brzydkie pochodzenie zostało dość starannie zatarte, aczkolwiek nie całkiem. Znali ją nawet moi kuzynowie rówieśnicy, ale też Małopolanie, nie jak osiadły potem koło Sandomierza mój ojciec. Ja uświadomiłem się w tym zakresie już w wieku dorosłym. 
W „MiŚ”-u również fajny wywiad  Kasi Wężyk z rysownikiem „GW” Andrzejem Milewskim. Zauważa on słusznie, że nie umiemy śmiać się z ludzi „naszego obozu”. Zgadzam się, na przykład z naszych kochanych feministek. Ogłaszam zatem, że nie osobą jestem - osobem!

16:54, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
niedziela, 15 lipca 2018
Apostołami wszyscy jesteśmy. Następca apostołów Joseph Ratzinger. Apostoł Wojciech Lemański

Ewangelia Marka 6, 7
„Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch”.
Byli Jego wysłannikami. Wysłany czy posłany nazywa się  po grecku „apostolos”, apostoł zatem. Nazywa się tak Dwunastu właśnie, również Pawła, także Barnabę, ale jeżeli świadkiem przenoszonej Dobrej Nowiny, czy też z grecka Ewangelii jest każdy z nas chrześcijan, to każdy jest poniekąd apostołem. Tak, mamy ją głosić wszem i wobec. Nie musimy robić tego we dwójkę, chociaż i tutaj samotność dobra nie jest. Nie musimy chodzić po domach, odwiedzając nieznanych ludzi, jak to w dalszym ciągu praktykują świadkowie Jehowy. Przekraczalibyśmy w ten chronioną dzisiaj skrzętnie granicę prywatności. W ogóle  w ewangelizacyjnej pracy powinniśmy troskliwie dbać o to, żeby nie wypaść na „nachałów”, jakichś szurniętych fanatyków, kompromitując w ten sposób nie tylko nas osobiście. Trzeba zawsze działać roztropnie, a im sprawa ważniejsza, tym to też ważniejsze. Najpierw truizm: trzeba zawsze świadczyć przede wszystkim własnym przykładem, czyli po prostu postępowaniem, zachowaniem chrześcijańskim. Bez tego nic. A co do zachowania słownego, to zacznę od tego, że z takimi sprawami, jak ze sportem: są tacy, których to kompletnie nie interesuje, nawet kto wygra mundial. Losy księdza Lemańskiego, nawet i ojciec Rydzyk. Obojętność religijna bywa niemal absolutna, także wśród Polaków. Gadanie im na ten temat  może tylko ich znudzić. Gdy jednak sami poruszą podobne problemy, nie należy rzecz jasna milczeć. Naturalnie natomiast trzeba mówić mądrze. Broń Boże nie apologetycznie, nie bronić naszego Kościoła w zaparte, bo przecież idealny nie jest, intelektualnie ani moralnie. W kwestii z najwyższej półki nie należy tłumaczyć, iż już wielki filozof Tomasz z Akwinu podał aż pięć dowodów na istnienie Boga, więc On istnieje na pewno i cześć. Pomijając wszystko inne, sam Tomasz nie nazwał tego dowodami, tylko drogami. Nie należy dalej rozpisywać się o tym, że Chrystus umarł na krzyżu, a Mahomet wojował, ile wlazło, choć to skądinąd święta prawda. Ani że nie tylko sam Budda , ale i buddyści nie stosują przemocy w przeciwieństwie do chrześcijan, albowiem skłonności wojownicze, także w upowszechnianiu własnej wiary, mają wyznawcy wszystkich religii. Nawet  uczniowie wielkiego świętego indyjskiego również, na przykład teraz wobec muzułmanów w Birmie. Żydzi zabili Jezusa, z kolei  Grecy Sokratesa, mordowanie proroków, czyli ludzi myślących samodzielnie i te swoje myśli upowszechniających, w ogóle humanum est. Co zatem mówić w sprawie filozoficznej  fundamentalnej do kogoś, kto chce nas słuchać? Po prostu przede wszystkim, że możliwości są dwie. Albo calutką rzeczywistością rządzi przypadek, albo że jednak jest Sens. Ani jednego, ani drugiego nie udowodnimy jak tego, ż dwa plus dwa jest cztery. Wybieramy natomiast fundamentalny optymizm.
Wyspałem się, więc pełen animuszu, także autorskiego, dołączam felieton Jonasza, co więcej taką wersję, która nie ukaże się na pewno w „GW”, tylko tu w blogu, bo o wiele za długa.
Głośne myślenie. Widział, jaki jest Kościół.
Jonasz
Nazwał się sam kiedyś dziadkiem świata. Joseph Ratzinger ma już lat 91. Dość dużo, by starczyło na obszerną biografię. Mamy już taką nawet i po polsku. Napisał ją włoski teolog Elio Guerriero. Polski tytuł  potężnego dzieła: „Świadek prawdy”, w oryginale pokorniej, bez lęku przed relatywizmem: w moim przekładzie: „Sługa Boga i ludzkości”. Niemniej prawda też ważna. Ratzinger brał udział w zasadniczych dyskusjach teologicznych i zajmował  wyraźne stanowisko, co autor obszernie referuje, zatem Ratzingerowa historia osobista jest po trosze dziejami całej ludzkości. Kościół rzymskokatolicki jest instytucją ważną nie tylko dla swoich wyznawców. Czytałem książkę z ciekawością nie tylko zawodową.Ale jakie miał i ma poglądy? Autor biografii streszcza je zaraz na wstępie krótko i węzłowato: „Podczas Soboru Watykańskiego II Ratzinger był zdecydowanym przeciwnikiem naturalistycznej wizji scholastyki, jaka wciąż dominowała w watykańskich kongregacjach i na rzymskich uniwersytetach papieskich. Jednak już kilka lat później z równą stanowczością zdystansował się od poglądów Rahnera, Künga, teologów wyzwolenia i innych myślicieli, którzy - jego zdaniem  - akcentując przesadnie to, co nowe, ryzykowali zerwanie ciągłości tradycji. Dla Ratzingera jest ona bowiem nieprzerwaną nicią, która - gdy pójdzie się wstecz jej śladem jej śladem - prowadzi do apostołów i samego Jezusa”.
Guerriero  poglądy swojego „temata” przyjmuje. Co więcej, broni go, choć bardzo delikatnie, jeżeli sam krytykuje, to bardzo rzadko i cichutko. Broni przede wszystkim przed krytyką „z lewa”, dziennikarzy i teologów, czasem jednak także „z prawa”. Przedstawia swego bohatera jako „centrowca”. Przez co w Polsce budzi sympatię. Wypadłby gorzej, gdyby upierał się przy opinii, że było dobrze, jak było przed tamtym  soborem, w co wierzy jednak może niewielu Polaków katolików. Oczywiście nie każdy wie, co znaczy „naturalistyczna wizja scholastyki”, pojęcie z wysokiej półki, przedstawię zatem dawne czasy inaczej. Któraś dziewczyna nie mogła uwierzyć, że jeszcze zgoła w wieku XX papieża całowało się w nogę, nie w rękę. Wydawał się rzymskim katolikom niemal półbogiem. Kościół mój był zhierarchizowany do absurdu, nie mówiąc o tym, że po renesansowym kryzysie zgoła nie idealny wielorako. Sam Guerriero reakcję papieża Piusa X na dziewiętnastowieczne próby reformy, tak zwany modernizm, nazywa „wściekłą”, bo w ogóle okularów różowych na ogół nie używa. Za tamtych rządów podejrzany był o taką nieprawomyślność nawet przyszły inicjator soborowej odnowy Jan XXIII. Rozmiar dzieła książkowego wymaga porządnego omówienia, nie tylko takiego felietoniku. Nie wszyscy zatem wiedzą na przykład , że ten wybitny profesor teologii miał poważne problemy z habilitacją. Recenzent wymaganej pracy kwestionował jej wartość naukową, ale chodziło mu nie tyle o poziom, ile pion. Postawił zarzut, że koncepcja  Objawienia u habilitanta niebezpiecznie ociera się o ów modernizm. Ratzinger poradził sobie jednak jakoś, przedstawiając tylko trzecią część utworu, mniej kontrowersyjną. Niechęć do niego budziło także tempo jego kariery naukowej, bardzo szybka profesura, a potem zapewne kościelnej: 50-letni kardynał to zjawisko rzadkie. No cóż, zazdrość, jeden z motorów ludzkiej historii, rzeczą tak ludzką właśnie jest. Ów szczegół z życia eklezjalnego prominenta  przywodzi mi jednak na myśl kwestię psychologiczną: czy będąc później surowym recenzentem dzieł innych teologów jako prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, dawnego Świętego Oficjum, prawowierności  arcyczujnie pilnującego, pamiętał o niegdysiejszych własnych w tej mierze kłopotach. Jest nawet złośliwe zoologiczne powiedzenie o zapominaniu starszych, jacy byli za młodu... Nazwiska autorów przez Ratzingera ostro krytykowanych: Curran, Küng, Schillebeeckx, Haering, Metz,  Boff, Dupuis. Oczywiście żyją, stosów się nie stosuje od wieków, pozostali na ogół księżmi, niektórzy nawet wykładają dalej na kościelnych uczelniach. Ba, można jeszcze dorzucić coś, co mi opowiadał ktoś niebędący katolikiem, że ksiądz profesor Hans Küng w swoich negatywnych ocenach Jana Pawła II wydał mu się zapalony przedziwnie. Guerriero od personalnych  cenzurek powstrzymuje się, jest relatorem, nie recenzentem, ale przydałyby się w jego książce nie tylko czasem entuzjastyczne pochwały autora, któremu ją poświęcił. Dorzucić muszę i to, że Karl Rahner, uważany przez niektórych za największego teologa wieku XX, w swojej próbie odpowiedzi na egzystencjalizm był nowatorem wielkim. Anna Morawska powiedziała mi kiedyś tłumacząc na polski tego autora (zresztą tłumacząc także w sensie przekładu na język po prostu zrozumiały, parafrazując niemal, bo pisał zbyt zawile nawet dla teologów), że „zrzyna z Heideggera”. Pewnie tak było, tylko że w podobnym sensie św. Tomasz z Akwinu zrzynał  z Arystotelesa. Ratziger woli w tym zakresie św. Augustyna i też dobrze. Są różne drogi do Boga, również do mądrego mówienia o Nim. Owszem, trzeba mówić o Nim roztropnie, by nie zamieszać w głowie ludziom prostym: tę troskę Ratzingera, którą akcentuje Guerriero, rozumiem, ale grozi również bezproblemowa teologia dla maluczkich, która poszukujących zgoła nie zadowala. Co do mnie, dwie książki przydały mi się bardzo: „Wprowadzenie w chrześcijaństwo” Ratzingera, ale też „O możliwości wiary dzisiaj” Rahnera, choć „optyka” ich inna. Trzeba wreszcie dorzucić, co wspomina także Guerriero, że w którejś sprawie ekumenicznej prefekt kongregacji doktrynalnej miał inne zdanie niż jej członkowie i to dobrze o nim świadczy, ale czy dobrze o szefowskich umiejętnościach prefekta? Ach ta Kuria Rzymska, no właśnie. Joseph Ratzinger był człowiekiem skromnym. Amerykańska zakonnica feministka bawiąc parę lat temu w Polsce opowiadała, że kiedyś leciała samolotem, dostała miejsce przy jakimś księdzu, wydał jej się sympatyczny, nawet i wtedy, gdy okazał się owym stróżem wiary. Przedstawiła mu się, a była wtedy już osobą znaną z krytycznych kościelnych przekonań, wyglądało, że o niej nie słyszał, w każdym razie był miły nadal. Uprzejmość formalna, może wynikająca z nieśmiałości, niechęci do polemiki tak zaraz? Zanim został papieżem, chodził w zwykłym czarnym berecie. W przeciwieństwie do Franciszka lubi jednak bogate szaty papieskie. Nawet mieszkał jako kardynał na trzystu metrach kwadratowych, choć  trzeba dodać za Guerrierem, że tę przestrzeń wypełniały książki. Jest profesorem, czyli przejmuje się bardzo tym, co wyrażone w słowach, czy jednak nie za bardzo. O praktyce duszpasterskiej wie niewiele, bo nie ma takiego doświadczenia, a to przecież jest księdzu niezbędne. Błędy podwładnych bierze według Guerriera często na siebie. Na zaszczytach kościelnych mu nie zależało, woli książki. Karierowiczem kościelnym nie jest. 
No i z tego najświętszego urzędu odważnie zrezygnował, co było źle odbierane. Publicznie krytykowane na przykład przez kardynała Dziwisza, który powiedział, że z krzyża się nie schodzi, choć już Paweł VI nie wykluczał takiej papieskiej osobistej decyzji i to już na początku swego pontyfikatu. Benedykt XVI tłumaczył to własnym brakiem sił fizycznych, na pewno jednak widział, jaki jest jego Kościół, że jego reforma wymaga mocarza. Chciał głębokiej odnowy.
Elio Guerriero:” Świadek prawdy. Biografia Benedykta XVI”. Przełożyła Joanna Tomaszek. S. 583. WAM
Aktualium eklezjalne polskie to naturalnie x. Lemański. Mój komentarz w „GW ”nie każdy przeczytał, więc go tu „wklejam”. „Ksiądz Lemański w paszczy drapieżnika
Dowcipkuję, ale sprawa jest poważna, tyle że wydarzenie wprowadziło mnie w humor znakomity. Otóż po długich staraniach duchownych i świeckich ks. Wojciech Lemański z diecezji warszawsko-praskiej został przeniesiony do archidiecezji łódzkiej. Tamtej szefem jest arcybiskup Grzegorz Ryś, z którym niekonwencjonalny ksiądz zgadany jest doskonale. Arcybiskupowi metropolicie dzięki kolosalne, najserdeczniejsze! Honor polskiego Kościoła rzymskokatolickiego uratowany. Alleluja!” 
Post scriptum. już tylko tutejsze: arcybiskup ma ponadprzeciętne poczucie humoru, także na punkcie swojego nazwiska, więc się nie boję obrazy. Nie lubię się jednak powtarzać, więc kończę jeszcze komentarzem poniższym. Otóż moja serdeczna przyjaciółka, wielbicielka jak ja „Lemana”, opowiadała mi coś cokolwiek „w tym temacie”, choć z nim go nie kojarzyła zgoła, dopiero ja sam. Otóż ojcu jej w czasach przedwojennych powiedziała raz „pomoc domowa”, że telefonuje do niego ktoś. Owszem, przedstawił się, ale dobrze wychowana wstydziła się powiedzieć, kto. A był on z kurii biskupiej... Otóż ta anegdota, fakt zresztą autentyczny, do obu władz kościelnych, i tamtej warszawsko-praskiej dzisiaj, i tej nowej  zupełnie nie pasuje. Amen!

18:09, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 lipca 2018
Biblia jednak księgą ludzką. August Hlond jednak błogosławiony. Inność jednak lubić trzeba

Ewangelia Marka 6,1-6
Mamy na dzisiaj opowieść o Jezusowej wizycie w rodzinnym Nazarecie. Bardzo nieudanej. Za bardzo był tam znany jako zwyczajny cieśla. Zwyczajny zjadacz chleba, nie jakiś prorok, nie był przedtem długo na pustyni, jak Jan Chrzciciel asceta, nie żaden uczony w Piśmie. A tu On gromko naucza w synagodze. Tak o tych reakcjach opowiadają Mateusz i Marek. Jezus skomentował je słowami przysłowia żydowskiego, może raczej sentencji, która weszła do kultury europejskiej: „Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju”. Łukaszowa narracja jest trochę inna. Ewangelista napisał najpierw, że Nazaretanie dziwili się, owszem, iż tak pięknie mówi, zaraz jednak odnotował też Jego przypuszczenie, że owi krytycy powiedzą Mu agresywnie: : „Lekarzu, ulecz się sam” [to też złośliwa rada żydowska, stosowana potem w narodach licznych]. „Tyle słyszeliśmy o tym, co się stało w Kafarnaum, uczyń to tutaj, w swojej ojczyźnie”. I tu Łukasza tamten komentarz o odrzucaniu proroka tyko w jego ojczyźnie, potem dalsza Jezusowa krytyka. Prowokacyjna prawie, dotycząca właściwie całej historii Izraela. Zachowywał się ten lud podobnie za czasów Eliasza i Elizeusza, kiedy to pomoc Bożą otrzymywali poganie, nie Żydzi. Słuchaczy rozwścieczył tak, że chcieli Go zamordować, już wtedy, nie Judejczycy w ów czas jeszcze, ale właśnie rodacy nazaretanie.
Opowiada o tym zamachu tylko Łukasz, łagodzący na ogół opisy. U Marka i Mateusza mamy natomiast informację, że z powodu ich niedowiarstwa Jezus nie mógł tam uczynić żadnego cudu. Chyba podobnie jak uzdrowiciel dzisiejszy Harris: potrzebne był mu też było odpowiednie „medium”. Na jednych jakoś działał, na innych nie, choć tu raczej nie z powodu osobistego do niego stosunku. Sprawa psychologii podobnych relacji chyba jest bardzo skomplikowana.
I teraz myśl moja, że to kwestia teologii tym bardziej. Otóż cuda Jezusa nazywane są w ewangeliach nieraz, na przykład tutaj, „dziełami mocy”. Jest zatem sprawa owej mocy właśnie. W ubiegłą niedzielę czytaliśmy u Marka o uzdrowieniu chorej na nieustanne krwotoki.. W dwóch pierwszych ewangeliach jest tam dziwne zdanie, że gdy owa kobieta dotknęła Jego płaszcza i już to samo cud spowodowało, Jezus dowiedział się o tym w ten sposób, że „poczuł„ iż moc wyszła z [od] Niego”. Owe cudowne dzieła mocy wyobrażamy sobie jednak przecież nie tak, że nie działa ona poza Jego świadomością. W ogóle raczej nie tak, że jest to jakieś działanie fizyczne, fizjologiczne, a już na pewno nie takie, że działa wtedy sam organizm cielesny cudotwórcy, bez jego wiedzy a nawet i jakby woli, kiedy ktoś inny z zewnątrz go do tego mobilizuje. Jakby wystarczała prawie sama wiara „przedmiotu” działania, która staje się niemal podmiotem.
To oczywiście interpretacja tekstu biblijnego laicka - w sensie niefachowości jednak, nie optyki areligijnej. Albowiem rozumiem przede wszystkim, że w tej perykopie ważne jest to, Chrystus uzdrawiał, ważniejsze nieporównanie, niż tamto, w jaki dokładnie sposób.
Rozumiem nieźle również, iż Biblia jest księgą Bożą, ale i ludzką zarazem. Autorzy starali się jakoś przedstawić, po ludzku właśnie, po swojemu, każdy nieraz inaczej, sprawy niełatwe do zrozumienia psychologicznie i teologicznie. Duch Święty działał na nich, bardziej niż na innych pisarzy, ale redaktorem tekstów, w każdym razie adiustatorem na pewno nie był.
Amen!
PS. Powinienem chyba pielgrzymować do Canossy. Bo chyba we wpisie na 10 czerwca nie doceniłem kardynała Augusta Hlonda jako kandydata na ołtarze. Nie przeczytałem wtedy jeszcze ważnych artykułów Macieja Müllera w „Tygodniku Powszechnym”, potem Aleksandry Klich w naszym magazynie „Ale historia”. Z tamtych tekstów wnioskuję, że była to postać jednak duchowo niebywała. A antysemitą jak inni Polacy chyba jednak nie był, jeżeli jak ktoś jeszcze inny o nim napisał, endecji nienawidził. Przed wojną przecież o Żydachnawet brzydziej pisał młody Stefan Swieżawski, potem wielka ikona myślowa nasza. Tempora mutantur...
A o miłości do inności Jonasz napisał był felietonik takowy. Inność wytrzymać niełatwo Reklamuję tutaj mądre książki, wizerunek mego Kościoła jakoś poprawiające. Odłożyłem jednak teraz „na zaś” omówienie dwóch tomów potężnych o dwóch ludziach wybitnych. Dzieła teologa włoskiego Elia Guerriera o człowieku, który stał się Benedyktem XVI, oraz książkowej rozmowy Tomasza Dostatniego OP i Lidii Ciecierskiej z emerytowanym prymasem Henrykiem Muszyńskim, biskupem polskim bardzo ciekawym, aż dziwnie mało polskim.Albowiem wydarzyło się w polskim Kościele rzymskokatolickim coś ważnego, a mało głośnego. W „Gazecie Wyborczej” z 27 czerwca br. przeczytałem, że Rada Konferencji Episkopatu Polski ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek wypowiedziała się o pielgrzymkkach narodowych. Odniosła się do takich spotkań organizowanych na Jasnej Górze.Zwłaszcza dwa z nich - kibiców i narodowców - wzbudzają kontrowersje nie tylko wśród katolików. W dokumencie podpisanym przez biskupa Krzysztofa Zadarkę, jej przewodniczącego, czytamy: ,Jasna Góra stała się od pokoleń miejscem modlitwy o jedność i symbolem trudnej wolności Polaków. Zgodnie z tą tradycją sanktuaria nie mogą być miejscem manifestowania nienawiści względem grup politycznych, społecznych lub etnicznych. (...)Nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę właściwego patriotyzmu”. Dodam jeszcze, że episkopalnej radzie chodzi nie tylko o nacjonalizm, czyli niechęć do ludzi innego narodu. W ogóle o „wykluczanie i stygmatyzowanie społeczne innych osób, różniących się światopoglądem, wiarą, pochodzeniem etnicznym czy odcieniem skóry”.
Wspaniale! Księże Biskupie, uchodźców także miłośniku, Bóg Ci zapłać! Szkoda tylko, że nie jest to wypowiedź całego episkopatu mojego. Był, owszem, rok temu bardzo ważny i bardzo potrzebny dokument pt. „Chrześcijański kształt patriotyzmu”, mało zresztą reklamowany, niemniej na ten temat słów nigdy dosyć, szczególnie jeżeli dotyczą miejsca tak niezwykłego, jak częstochowskie sanktuarium. Szkoda też, że moja gazeta kochana od razu nie ucieszyła się w druku tą dobrą nowiną, acz sama przecież ją przykładnie podała. Ja zatem, choć bardzo już markotny starzec, z radości podskakuję. Ja, ksenofil, czyli ktoś obcość przedziwnie kochający.
Jeśli nas żaden inny nie brzydzi moralnie, chyba że podlec wstrętny jakiś, to może również ktoś o innej seksualnej orientacji. W gazecie mojej profesor prawa Wojciech Sadurski zamieścił 26 czerwca br. krótki, ale węzłowaty tekścik, w którym napisał, że w naszej konstytucji nie ma nic zupełnie na temat związków partnerskich. Z tego, że małżeństwo jest pod opieką RP, nie wynika, iż inne związki nie mogą tam być. Tak jak z tego, że specjalną opieką otacza weteranów, nie wynika, że inni weterani nie mogą być przez nią zaopiekowani! 
A w „Wysokich Obcasach” trzy lesbijki proszą: „Chcemy usłyszeć: Wasza miłość nie jest gorsza od naszej” . Nie jest! Amen!

11:00, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
niedziela, 01 lipca 2018
Gwałtownicy i ich wrogowie

Psalm 32, 2
„Sławię Cię, Panie, bo mnie wybawiłeś i nie pozwoliłeś mym wrogom naśmiewać się ze mnie”.
Najpierw pro domo sua. Często wydaje mi się, że właściwie nie mam wrogów. Ani tutaj w „Wyborczej”, bo chociaż różnię się od innych pracowników i pracownic stosunkiem do mojego Kościoła i religii w ogóle, to jakoś mnie lubią, może przede wszystkim jako sympatycznego staruszka. A na zewnątrz owszem, co wnioskuję na przykład z wpisów do mojego blogu, chyba to jednak nie wrogowie ani nawet nieprzyjaciele osobiści, tylko samych moich poglądów na to i owo. Na lewicy, prawicy, w Kościele moim i innych Kościołach albo i całkiem innych środowiskach., Episkopat mój, jaki jest, taki jest, ale spora część hierarchów zdaje się rozumieć, że jestem na pozycji bojowej szczególnie wysuniętej i przydaję tam się jednak. W każdym razie niedola moja, jeśli w ogóle jest takowa, to drobiazg w porównaniu do Franciszkowej. On ma na głowie cały mój Kościół, całe chrześcijaństwo również, świat cały. A w Kościele jak przy stole rodzinnym niejednym, czyli pluralistycznie, nieraz wojowniczo. Ma opozycję jawną i to niemal zewsząd. Konserwa nie tylko kurialna, episkopaty zgoła myślowo różne, od polskiego do niemieckiego, a ten drugi mocno ekumeniczny, jest w większości za komunią dla małżeństw mieszanych, co się mniejszości tak nie podoba, że odwołała się do Watykanu, a tam ma sojuszników.
Papież jest i tutaj między młotem a kowadłem, bo konserwa ma doktrynę tradycyjną, a ekumeniści nową, świat pozakościelny tym bardziej. W sprawie aborcji stanął zdecydowanie i nie taktycznie po stronie tej pierwszej, choć chyba bez narzucania określonych reguł prawnych, tak jak też w kwestiach mówiąc ogólnie „gender”. Natomiast jest antyklerykałem, czyli dostojników kościelnych bardzo ostro krytykuje ciągle oraz twardo podtrzymuje otwarcie komunijnej furtki dla rozwiedzionych w swojej rewolucyjnej adhortacji. Ciekawe, że zyskał umiarkowane poparcie nawet biskupów polskich, o czym napisałem tutaj przed kilkoma dniami i teraz jako Jonasz na weekend. Można być ostrożnym, ale Królestwo Boże zdobywają jednak raczej „gwałtownicy”. Franciszek należy do nich, choć jako papież uważać musi. Jako strażnik jedności szczególnie, on także jej samej Opoką być musi. Co do mnie znowu na koniec, ja chyba gwałtownikiem nie jestem, ale nie mnie sądzić o tym.

17:37, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
piątek, 29 czerwca 2018
Duumwirat dziwnie przykładny

List do Galatów 1,11-20
Wskazałem ten tekst, bo czytamy tam o ich obu razem, o Pawle i Kefasie. Obu dzisiaj w moim Kościele (także u prawosławnych stosujących kalendarz gregoriański oraz u mariawitów) wspomnienie liturgiczne: u nas uroczyste, ma swoją wigilię i z tej mszy właśnie tamto czytanie. Obu apostołów świętujemy jednego dnia, podkreślając w ten sposób, że zgodnie przodowali wspólnocie kościelnej w stolicy rzymskiego imperium i w całym Kościele. 
Choć byli tacy różni. Łączyła ich wspólna wiara w Jezusa Chrystusa, również na pewno przekonanie, że wiara ta nie oznacza żydowskich rygorów gastronomicznych ani obowiązku obrzezania, niemniej dzieliło wiele. Można powiedzieć, że charakter, temperament, z którego może wynika myślenie radykalne, bezkompromisowe jakoś. W tymże Liście do Galatów w rozdziale drugim Paweł napisał o Kefasie, czyli Opoce, w duchu braterskiej szczerości, wręcz bez tak zwanych ogródek, krytykując go za oportunistyczny lęk wobec „tych z otoczenia Jakuba”. Może nie oportunistyczny: komentuje Tysiąclatka, że Piotr chciał uniknąć niepokojów. Nie bał się może osobistego podpadnięcia „judaizującym” konserwatystom, troszczył się raczej o jedność młodego Kościoła. Był za nią przecież szczególnie odpowiedzialny jako jednak pierwszy pośród równych. Wśród równych - takie poczucie równości musiał mieć Paweł, jeśli go skrytykował i to jakoś publicznie, nie w cztery oczy, „otwarcie”. Zaznaczam, że sam Pawłowy radykalizm merytoryczny, nie taktyczny, na pewno Opokę cechował, przecież on jako pierwszy w Kościele pouczony został przez Niebiosa, że między pokarmami nie ma religijnych różnic (Dzieje Apostolskie 10-11).
Zapewne przecież łatwo zrozumiał, że ta operacyjka nie obowiązuje na przykład Greków. Warto też wiedzieć, że w 2 Liście Piotra (3,15-16) mamy jego (lub raczej ucznia jego późnego któregoś) słowa o Pawle, gdzie nazywa go „umiłowanym”, powołuje się na jego teksty, zaznaczając wszakże, że są w nich „pewne sprawy trudne do zrozumienia, które ludzie niedouczeni i mało utwierdzeni opacznie tłumaczą, tak samo jak i inne Pisma, na własną swoją zgubę”. Był wobec także Pawła bez wątpienia bardziej niż on dyplomatyczny, by nie rzec, że jakoś pokorny. Może nawet tamten jakoś uczony troszkę lekceważył prostego rybaka. A ten w zachowaniu i słowach był ostrożniejszy i to międzyludzka rzecz zrozumiała. Dziwniejsze to, że na czele wspólnoty stali dwaj tacy i żadnego rozłamu nie było. Każdy miał inny charyzmat, ale wiarę i moralność podobną. Przypomina się postać Jana Chrzciciela, dzięki któremu też nie było walki o pierwszeństwo dwóch samców alfa: uznał mesjańską wyższość Jezusa. Alleluja!

20:07, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 26 czerwca 2018
Jan Chrzciciel, arcyprorok. Prorok papież Franciszek i polscy biskupi

Wpis na niedzielę 24 czerwca 2018
Ewangelia Łukasza 1,5-17
Dzieje Apostolskie 13,22-26
Ewangelia Łukasza 1,57.66.80
Patron mój Jan: tak wielki, że ma swoją liturgiczną uroczystość z wcześniejszą mszą wigilijną, uroczystość tak najwyraźniej ważną., że „wypchnęła” liturgicznie dzisiejszą niedzielę. Pojedynek podobny niełatwo wygrać: uroczystość Bożego Ciała pokonała 31 maja bm. oparte na Biblii przecież święto Nawiedzenia Elżbiety przez matkę Jezusa. 
Czytamy o tym Janie dzisiaj słowa Anioła Pańskiego do Elżbiety skierowane, że będzie wielki w oczach Pana i napełniony Duchem Świętym już w łonie matki, co niektórzy teologowie wschodni interpretują tak, że podobnie jak Maryja był Jan wolny od pierworodnej skazy duchowej. Prawosławni czczą go jeszcze mocniej: u nas tylko wspomnienie jego męczeńskiej śmierci 29 sierpnia, u nich jeszcze wspomnienie jego poczęcia oraz trzech kolejnych odnajdywań się jego ściętej głowy, która się chyba jakoś dziwnie gubiła. Poza tym jak u nas maryjna jest sobota, tak u nich Janowy jest wtorek. Był poprzednikiem Chrystusa najwspanialszym: ustąpił Mu społecznego miejsca, choć już był ludu obu ogromnym chrzcicielem. I choć miał koncepcję odnowy tego ludu inną niż Krewniak: wydawało mu się, że Mesjasz przyjdzie z groźnym „wiejadłem” w ręku, nie da największego przykładu niestosowania przemocy.
A teraz o proroku dzisiejszym. Jest pokorny naprawdę po chrześcijańsku, ale rządzi twardo. Walczy z aborcją porównując ją jak Jan Paweł II do Holocausta, ale w sprawie furtki dla rozwiedzionych nie ustępuje. Polecam gorąco lekturę studium Austriaczki, pani Sigrid Müller w letniej „Więzi”. Oto niektóre podkreślone przez redakcję w formie „wyimków”zdania.
„Sakramentów nie wolno postrzegać jako nagrody, ponieważ są one narzędziem łaski; Eucharystia nie stanowi premii za doskonałość, lecz pomoc we wzroście wiary”. „Miarą wartości przepisów prawa kanonicznego oraz rozważań dogmatycznych powinna być ich użyteczność w głoszeniu orędzia żywej obecności Boga i umożliwianiu jej doświadczenia” . Oraz też jedno z wyjaśnień końcowych: „Franciszek bynajmniej nie odstępuje od norm jako wzorca, ale uwzględnia osobiste ograniczenia konkretnego człowieka”. A w „Tygodniku Powszechnym” z 24 czerwca z kolei Artur Sporniak obszernie i bardzo ciekawie pokazuje, że Episkopat Polski zrewidował swoje stanowisko na temat „Amoris laetitia ”. Zwyciężyło jednak przekonanie, początkowo najpewniej mniejszości, że nauczanie papieża, także tego rewolucjonisty, należy przyjąć. Co prawda, biskupi zrobili unik: ogłoszony dokument ostateczny nie mówi wcale wyraźnie, że komunia dla tych grzeszników nie jest wykluczona (a był podobno poddany dyskusji gotowy tekst, cytowane było z niego zdanie negatywne), ale nie mówi też nic przeciwnego. No i zaprzecza się oficjalnie, że Watykan naciskał. Wiele jednak w Kościele dzieje się za ścisłą kurtyną. Także wewnątrzepiskopalne dyskusje.
Sporniak słusznie krytykuje taki obyczaj, sugerowanie trwania jednomyślności, której przecież nie ma - i być nie może, bo to humanum est.

12:27, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 18 czerwca 2018
Pociecha botaniczno-religijna. Oraz inna: ks. Krzysztof Grzywocz, duszpasterz na medal

Wpis na niedzielę 17 czerwca 2018

Księga Ezechiela 17,22-24
Ewangelia Marka 4,26-34
U Marka czytamy: „Z Królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię” . Trzeba zacząć od wyjaśnienia, co ta monarchia w słowach Jezusa oznacza. W „Encyklopedii Biblijnej” wyczytałem, że to „panowanie Boga lub sfera, w której Bóg sprawuje lub będzie sprawował swoją władzę”. W tamtym cennym dziele znalazłem też informację, iż do końca XIX wieku katolicy i protestanci uważali, że Królestwo Boże można utożsamiać z Kościołem. Że to interpretacja błędna, głosił według „Encyklopedii” francuski teolog rzymskokatolicki Alfred Loisy, za co był za to ekskomunikowany i przez kilkadziesiąt lat jego prace były zakazane. Niemniej są dzisiaj wciąż problemy egzegetyczne: czy Jezus ogłosił, że Jego królestwo nadeszło już, czy że dopiero nadejdzie, czy już wtargnęło w historię, czy już w niej wzeszło. Mogę chyba powiedzieć, że już wzeszło w tym samym, że On przyszedł na świat.
Dalej mamy w tekście Markowym o tym, co z tego wynika. Inaczej niż u wszystkich trzech synoptyków, np. u tegoż Marka 4,1-8, gdzie mamy także o możliwościach efektu pesymistycznego: że z jakichś przyczyn roślina z nasienia nie wyrosła. Jednoznacznie optymistyczny obraz jest też u Ezechiela: mowa tam nie o sianiu, tylko sadzeniu, ale również tylko o tym, że owa działalność rolnicza się powiodła. W naturze już u nas prawie lato, więc obrazy botaniczne na czasie. Nastrajają optymistycznie, gdy się przeczyta w dzisiejszym tekście Ezechielowym, że wszystkim rządzi nie tyle biologia, ile Bóg, Pan historii całej. No i morał z tego taki, że niech żywi nie tracą nadziei, przede wszystkim chrześcijanie, ale też inni ludzie religijni. Można by też skomentować, że jest jakiś powód do optymizmu: Królestwo Boże to nie Kościół, to było jawne samochwalstwo, Kościół jest jakoś święty, ale i grzeszny, co widać coraz jaśniej, niemniej z gromadki uczniów rozwinęła się największa wspólnota naszego globu i w końcu ma to coś wspólnego z urzeczywistnianiem Królestwa. Można wszakże między innymi zapytać, czy ten sukces liczbowy jest trwały. Goni nas islam i chyba dogania. Kolebka chrześcijaństwa Europa raczej się wyludnia i laicyzuje. Przede wszystkim w Afryce, ale i Azji chrześcijan przybywa, w Ameryce może nie ubywa, ale nie wiadomo, co będzie dalej. Na co zawsze powinniśmy odpowiadać: „A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Czyli zawsze nadzieja. Przyszłość jest przed nami zakryta, nawet i każde jutro niepewne, niemniej wiara nadzieję rodzi. Taką mocną bardzo, jak nic innego chyba.
A na koniec kropla optymizmu: w felietonie Jonasza przeznaczonym dla „Magazynu Świątecznego” „GW”, a prezentującym duszpasterza na medal.
Świeccy nie gęsi, ...też swój rozum mają. O czym jeszcze mocniej niż dotąd napisał opolski teolog i duszpasterz, ks. Krzysztof Grzywocz w swojej książce „Na początku był sens” (Biblioteka „Więzi” 2018). Jest tam pośród innych bardzo ważna rozmowa z nim Zbigniewa Nosowskiego pod tytułem „Magiczna norma i nadopiekuńczy Bóg”. Ów odważny duchowny zachęca tam wierne owieczki do dużo większej samodzielności myślowej. I to w sprawach bardzo delikatnych: żeby samemu rozstrzygać, co jest moim grzechem, a co nie.
Cytuję: „Trzeba się wybijać na samodzielność chrześcijańską! Pewien dojrzały, wykształcony mężczyzna z długim stażem małżeńskim spytał mnie, czy może całować swoją żonę w miejsca intymne. I natychmiast okazało się, że jej samej nigdy wcześniej o to nie pytał! Przyszedł z tym pytaniem do księdza, który miał dać mu gotowe rozstrzygnięcie. A dlaczego ja, celibatariusz, mam rozstrzygać, gdzie i jak on będzie całował żonę? Takie pytanie bierze się z infantylnego rozumienia norm moralnych. Istnieje
jakaś magiczna norma – stworzona przez nadopiekuńczego Boga – która nie ma żądnego związku z realnym życiem, ale jak człowiek jej nie będzie przestrzegał, to mu się małżeństwo zepsuje. Tyle że nie patrzy się na to w kontekście relacji, np. czy taka forma wyrazu seksualności zbliża te dwie osoby, czy nie.
Niestety, dość często księża dają się wciągać w takie dywagacje i niepotrzebnie odpowiadają na takie pytania. Dają się wtedy wciskać w rolę wszystkowiedzącego narcystycznego guru i pozwalają traktować spowiedź jako spotkanie z normą, a nie z miłującym Bogiem. (...)Takie rozumienie Boga i moralności może ludzi wyprowadzać nawet poza Kościół. Niedawno pewna studentka powiedziała mi, że odeszła od Kościoła Spytałem, dlaczego: - Bo chcę być samodzielna.”
Zaznaczam, że ks. Grzywocz nie twierdzi, iż każda decyzja spowiadającego się jest poprawna, niemniej takie rozeznawanie etyczne jest decyzją w pewnym procesie, do zrozumienia pewnych norm trzeba dojrzeć. Napisał także: „Zdarza się, że słyszę w konfesjonale: - Współżyłem z narzeczoną. Gdy pytam, dlaczego jest to grzech, zdarza się, że szybko słyszę: - Co się ksiądz czepia, przecież uważacie to za grzech.” A przecież „ w nauczaniu Kościoła grzech to zło uczynione świadomie i dobrowolnie. A świadomie - to znaczy, że nie tylko wiem o istnieniu takiej normy, ale też potrafię ją, na ile mi rozum pozwala, uzasadnić”.
Jeszcze jeden cytat, równie ważny: „Na początku adhortacji [tej o małżeństwie, Amoris laetitia] Franciszek pisze, żeby nie zbiegać się do Magisterium Kościoła jak do nadopiekuńczej matki. «Nie wszystkie dyskusje doktrynalne, moralne czy duszpasterskie powinny być rozstrzygane interwencjami Magisterium».” Ba! Franciszek robi, co może, ale może nie wszystko. Monarchą jest pewnie, ale nie absolutnym. Ks. Grzywocz zaś duszpasterzem arcymądrym. Raczej był, bo zaginął w Alpach i najpewniej już nie żyje.

22:49, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
niedziela, 10 czerwca 2018
Jak się zaczęło to nasze paskudztwo? Kardynał Hlond kandydatem na ołtarze

Jak się zaczęło to nasze paskudztwo? Kardynał Hlond kandydatem na ołtarze
Księga Rodzaju 3, 9-15
Oto, co dzisiaj poleca nam między innymi do czytania mój rzymskokatolicki Kościół: kawałek tekstu o grzechu pierworodnym (przekład, jak tu najczęściej, Biblii Tysiąclecia). Nie należy tego oczywiście rozumieć dosłownie, jako jakby faktu historycznego. Są w Biblii tego rodzaju informacje, ale ta jest innego gatunku literackiego. Nie rozumiem, czemu kiedyś bardzo dawno temu, oburzyłem się na kolegę, kiedy mi powiedział, że to symbol. Miał przecież rację, choć może jest tutaj określenie bardziej fachowe. Owszem, to fakt, ale jest nim to, żeśmy - ludzie - mniej lub bardziej moralnie świniowaci. Tłumaczy się tutaj w języku narracyjnym, skąd się to wzięło, jak się zaczęło. Naturalnie postacie literackie Adama i Ewy są literackie właśnie, Bóg jest przedstawiony jak w Biblii w ogóle nieraz, antromorficznie, ale inni bohaterowie opowieści bardzo realistycznie. Są jak żywi w tym swoim zwalaniu winy na innych: Adam na Ewę, Ewa na węża. No cóż, diabeł jest jakoś naszego grzechu winien, bo nas kusi potężnie, ale w końcu decyzja należy do nas. Owszem, jesteśmy uwarunkowani wielorako, jest w ogóle pytanie, czy Bóg musiał nas stworzyć takim, czy koszt wolnej woli nie jest za wielki, ale grzech, świństwa nasze, gołym okiem widać. Myśląc dalej, można powiedzieć rzecz oczywistą, że pojęcia moralne ewoluują: co kiedyś było oczywistością, na przykład kara śmierci, jawi się jednak niektórym jako okrucieństwo, z kolei homoseksualne związki, uważane za amoralne, za dopuszczalne tak jak heteroseksualne uważane są przez niektórych. Można również zauważyć w moim Kościele mocniejsze akcentowanie roli decyzyjnej własnego sumienia także świeckich. Wspomnę tutaj  raz jeszcze znakomitą książeczkę ks. Krzysztofa Grzywocza „Na początku był sens”, w Bibliotece „Więzi” niedawno wydaną, gdzie owa niesamodzielność myślowa laikatu wyśmiana jest niemal. Rozwinę to wspomnienie w felietonie Jonasza kolejnym. To wszystko o rozwoju etyki święta prawda, atoli również tamo, iż ułomność etyczna natury naszej wciąż ciąży przeraźliwie. Można sobie żartować, jak Konstanty Ildefons w którejś chyba swojej „Zielonej gęsi”, że Ewa nie dała Adamowi ugryść choć trochę zakazanego jabłka, zatem cała Biblia na nic - ale niestety stało się inaczej, Księga się nie myli.
Wracam do tekstu. Do tego zwierzaka, bez którego byłoby cudownie. Tu ciekawa biblistyczna egzegeza: dopiero w ostatnim dziele Starego Przymierza, Księdze Mądrości, mamy utożsamienie tego gada z szatanem. Potem w Nowym Testamencie są podobne przekazy w Ewangelii Jana (8, 44) oraz w Apokalipsie (12, 9 i 20,2), według mnie dopiero w ostatniej księdze całkiem wyraźne. Najpierw nie jest to tylko zwykłe zwierzę, to - powiada Biblia Poznańska - jakby pseudonim istoty wrogiej człowiekowi i Bogu. Choć i nie zawsze wrogiej: wąż miedziany z Księgi Liczb 21, 9 symbolizuje coś przeciwnego. A na  końcu dzisiejszego przydziału tekstowego słowa o wężu, niewieście i ich odmiennych potomstwach, czyli tak zwana Protoewangelia, pierwsza prorocza wieść o Mesjaszu.
Dołączam felieton nie o grzechach już, ale cnotach. Kardynał Hlond na ołtarze?
Katolicka Agencja Informacyjna doniosła, że pozytywną opinię o heroiczności cnót prymasa Augusta Hlonda wyraziła Komisja Komisja Kardynałów i Biskupów z Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Hm... Dziwna to dla mnie decyzja. Budzi podejrzenia, że na drodze na ołtarze z urzędu pierwszeństwo mają hierarchiczni prominenci. No bo nie rozumiem, jakie są argumenty na rzecz takiej oceny moralnej tego duchownego. Na pewno biskupa dużej klasy, jak na tamte czasy i miejsce myślowo otwartego, ale w czym widać u niego aż heroizm?  Domyślam się, że ów termin kościelny nie oznacza bohaterstwa w sensie świeckim, narażania życia w obronie innych, a w każdym razie szczególnego poświęcenia dobru innych, ofiarności wykazywanej na przykład  przez liczne matki. Co można by może powiedzieć również o prymasie Wyszyńskim, który decydując się ostatecznie na opór wobec komunistycznego reżymu, brał pod uwagę to, co go za to z tamtych rąk czeka. Hlondowi się przecież zarzuca, że wyjeżdżając z Polski z rządem sanacyjnym, po prostu uciekł zostawiając swoją owczarnię. Nie wiem, czy słusznie, w każdym razie mam z tą sprawą problem.
Tyle że raczej nie taki, jaki ma na  przykład Stanisław Obirek („Beatyfikacja antysemityzmu”, „Gazeta Wyborcza” z 6 czerwca). Chodzi mu, podobnie jak rabinowi  Rosenowi, dyrektorowi Amerykańskiego Żydowskiego Komitetu do Spraw Relacji Międzyreligijnych, o wypowiedzi Hlonda na temat Żydów właśnie. W tej sprawie jestem naprawdę uczulony, pochodzeniem z tego narodu wręcz  się chwalę, ale mam wątpliwości, czy to jest tutaj akurat najważniejsza sprawa. Szczególnie po przeczytaniu obszernego tekstu na ten temat arcybiskupa Henryka Muszyńskiego, który przeczytałem w Internetowym Dzienniku Katolickim KAI z 5 bm.. Jest to przecież hierarcha jak na biskupa polskiego w dialog z judaizmem wyjątkowo  zaangażowany.  Otóż ten były prymas swego poprzednika broni. Oczywiście nie wszystkich jego sądów, ale nie wyjmuje ich z kontekstu, cytuje je w całości, przytacza różne, a te na tamtym polskim tle historycznym wydają mi się bardzo umiarkowane. O tamten kontekst historyczny właśnie mi przede wszystkim chodzi. Zresztą Obirek przyznaje sam, że Hlond „nie był agresywnym antysemitą, jednak szczególną sympatią do Żydów nie pałał, można więc powiedzieć, że był dzieckiem swego czasu”. Otóż to, było to jeszcze przed Holokaustem oraz Soborem Watykańskim II, niemal powszechna opinia była przecież taka, że Żydzi są  w ogóle bogobójcami i cześć. Chyba można by poglądy na Żydów kardynała Hlonda porównać do tychże ojca Maksymiliana Kolbego. Poglądy, nie postawę, bo ten drugi poszedł na śmierć za bliźniego swego.

09:14, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
sobota, 02 czerwca 2018
Szabat znaczy odpoczynek. Pokora zwyciężyć musi!

Wpis na niedzielę 3 czerwca 2018 r.
Księga Powtórzonego Prawa 5,12-15
Ewangelia Marka 2,23-3,6
Szabat... Obraz tego dnia w ewangeliach piękny nie jest. Oczywiście jednak Jezus mówi o jego rozumieniu rygorystycznym absurdalnie, superlegalistycznym. Owszem, nakaz biblijny jest twardy, mocny, ale przecież nie oznacza, że nie wolno zaspokoić głodu kłosami zboża, gdy się przechodzi przez pole, bo taka czynność to zabroniona praca, przestępstwem jest też nawet uzdrowienie człowieka w szabat. Można chyba podejrzewać ówczesnych faryzeuszy, że interpretowali tak Prawo nie dlatego, że byli takimi rygorystami, tylko z nienawiści do proroka z Nazaretu, który im podpadł w ogóle, w każdym razie odpoczynek jest wręcz obowiązkiem człowieka, nie tylko jego prawem. „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” to dla wierzących religijnie obowiązek czynności ściśle religijnych, ale dla wszystkich ludzi jest oczywistą także medycznie zasadą, że tak zwany pracoholizm zabija. Przykazanie dekalogu jedenaste: ODPOCZYWAJ! Choćby porządnie się wyśpij! Ks. Krzysztof Grzywocz wraz z psychoterapeutą Adamem Jawińskim tłumaczy to między innymi bardzo ciekawie w swojej książeczce Biblioteki „Więzi” po tytułem „Na początku był sens”. Polecam ją jako lekturę po pracy, a może i wręcz na plaży, gdy nadejdzie ochota na taką też rozrywkę.
A teraz felieton taki. Pokora zwyciężyć musi!
W niedzielę rocznica nieokrągła, ale warta uwagi. 55 lat temu zmarł papież Jan XXIII. Postać na tronie najwyższym niebywała. Kościół rzymskokatolicki stracił swe Państwo Kościelne, pozostała mu tylko watykańska resztka, niemniej biskupi rzymscy czuli się wyniesieni już pod same niebiosa, nieomylni w każdym calu. A tu papieżem został filuterny grubasek, zwykły chłopek roztropek, prostaczek, ale ewangeliczny. Pełen zawsze dobrego humoru, ale wiedzący świetnie, jaki jest jego Kościół, widzący wady straszliwe. Na teologii się znał się słabo, niemniej na tyle, żeby doskonale rozumieć , co jest w Kościele najważniejsze. Zainicjował wydarzenie ogromne pod tytułem Sobór Watykański II, puścił w ruch reformatorską machinę. Rozpoczął korowód papieży, którzy pozwalali jej się kręcić. Nawet i bardzo ostrożny Benedykt XVI, bojący się jak ognia odnowicielskiej przesady, decyzją o przejściu na emeryturę błysnął po prostu pokorą. Zrozumiał, że Kościoła pełnego pychy potężnej, a brodzącego w grzechach okropnych, sam odrodzić nie zdoła. Nastał po nim zapatrzony w Jana XXIII Franciszek, antyklerykał na miarę Lutra, świadomy grzeszności własnej, ale i swego aparatu. W Polsce go księża nie lubią, jednak i tamten Jan nie był ich ulubieńcem. Taka już polska uroda kościelna. Nie rozpaczajmy natomiast: albowiem panta rei - powiedziano w języku w języku ewangelii, wszystko się zmienia naprawdę.

21:27, jan.turnau
Link Komentarze (52) »
czwartek, 31 maja 2018
Posiłek duchowy najlepszy

Ewangelia Marka 14,22 -26
„To jest ciało moje, to jest moja krew.” W Kościele rzymskokatolickim dzisiaj święto Bożego Ciała (Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa). U innych synoptyków mamy w opisie Ostatniej Wieczerzy słowa podobne do tych u Marka. Nie ma ich w Ewangelii Jana, niemniej w rozdziale 6 jest Jezusowe stwierdzenie: „ Ja jestem chlebem życia”. Jest tam też natomiast o tym, że to powiedzenie słuchaczy wzburzyło. Można rzec, że nic dziwnego, nam się to też mieści w głowie z trudem. Żeby stało się mniej niepojęte, warto napisać, że każdy szabatowy oraz sederowy (paschalny) posiłek rodzinny miał już sens religijny. Chyba można powiedzieć, że jest tam obecny w sposób szczególny Bóg - jak w każdej modlitwie. Zostało to jednak w chrześcijaństwie w obrzędzie mszy zmaksymalizowane myślowo niebywale. I tutaj od razu problem, jak słowa Biblii rozumieć. Czy mowa jest o obecności Chrystusa rzeczywistej, realnej, chociaż nie materialnej, jak wierzą katolicy i luteranie, chociaż ci drudzy zaznaczają, że chodzi o obecność tylko w obrzędzie: nie przechowują zatem konsekrowanego chleba i wina, udzielają choremu takiego posiłku konsekrując je przy jego łóżku. Ewangelicy reformowani kalwinistami zwani wolą mówić o obecności tylko duchowej, a pozostali protestanci (na przykład baptyści, zielonoświątkowcy) idą często za jeszcze innym reformatorem szesnastowiecznym Zwinglim, czyli wierzą w obecność Chrystusa tylko symboliczną. Wynika tak w każdym razie z moich długoletnich lektur i rozmów, jeśli nie całkiem, proszę o precyzację PT komentatorów.
Oczywiście poza chrześcijanami zachodnimi są jeszcze wschodni. O ich doktrynie eucharystycznej napisał obszernie w „Encyklopedii Katolickiej” wielki polski teolog rzymskokatolicki ksiądz Wacław Hryniewicz, prawosławia świetny znawca, według złośliwców wręcz wyznawca, w każdym razie ekumenista kapitalny. Nie przedstawię oczywiście wszystkich jego informacji o tej wyznaniowej doktrynie, zresztą tam ci teologowie trzymają się mocno tradycji, oczywiście wierzą w obecność rzeczywistą, lecz zarazem, tak jak i różni wschodni, nie tylko wierzą, ale i myślą. Ciekawy jest na przykład pogląd rosyjskich teologów XVIII- i XIX-wiecznych (dodam, że może potem nie tylko ich samych?), iż „przemiana eucharystyczna i sposób obecności Chrystusa pozostają tajemnicą wiary, dokonującą się mocą Ducha Świętego i dlatego nie należy dociekać, w jaki sposób przemiana ta się urzeczywistnia. Nie należy też koncentrować zainteresowań na momencie przeistoczenia ani na przemianie eucharystycznej jako dokonującej się w jednej określonej chwili, gdyż eucharystia jest skutkiem całego procesu liturgicznego, uobecniającego życie Chrystusa od Jego wcielenia do uwielbienia.” Ten cytat z tekstu ks. Hryniewicza obudził we mnie różne myśli. Przypomina mi się przede wszystkim obserwacja stara, ale jara, że myśl wschodnia różni się od zachodniej brakiem skłonności do myślowego „dopinania”, precyzacji, wręcz dogmatyzacji wszystkiego. 
W prawie, także w teologii. Język grecki jest w ogóle mniej precyzyjny niż łaciński i to wywoływało problemy teologiczne, ale pewnie owa myślowa niedokładność bardzo przydaje się w międzywyznaniowym dialogu. Wyjaśnię też, że owe słowa o sposobie i momencie przeistoczenia skierowane są oczywiście do teologów katolickich, a wynikają z tego, że w liturgii prawosławnej szczególnie ważna jest modlitwa do Ducha Świętego o dokonanie owej przemiany, co właśnie nie znaczy, że to ta chwila, a nie wypowiedzenia słów Chrystusa. No i przypominam o owej luterańskiej wierze w to, że Chrystus jest obecny tylko podczas obrzędu, czyli jednak też w obrzędzie, a nie w samych słowach. Natomiast naturalnie przechowują konsekrowane prosfory, by nakarmić nimi chorych, niemniej nie adorują ich, tylko ikony. Na koniec wiadomość o takiej dawnej teorii eucharystycznej teologów wschodnich, operujących platońskimi pojęciami pierwowzoru, obrazu, symbolu, podobieństwa czy też odbicia, które w jakimś stopniu są pierwowzorem, uczestniczą w jego rzeczywistości. Ale może, tak też to było odbierane przez niektórych w prawosławiu, brzmi to jednak nazbyt „symbolistycznie”.
Wracam do protestantów, korzystając z kolei z tekstu o dialogu ekumenicznym, napisanym „w tym temacie” dla cytowanej encyklopedii przez innego wybitnego teologa KUL-owskiego, ks. Stanisława Napiórkowskiego. W dokumencie z Paderborn luteranie (zapewne niektórzy) uznali nawet, że Chrystus jest obecny w eucharystii prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie (gdy luterański termin brzmiał dotychczas „konsubstancjalnie”). Nie da się jednak tego ująć - przyznali wspólnie z katolikami - że obecności tej nie da się ująć wyczerpująco za pomocą jakichkolwiek wyrażeń. Tamci luteranie orzekli również, że choć katolicka doktryna o przeistoczeniu zbyt racjonalizuje tajemnicę eucharystii, to jednak termin „przeistoczenie” można uznać za określenie tej przemiany.
No i wreszcie obecny spór ekumeniczno- teologiczno- duszpasterski między rzymskokatolickimi biskupami niemieckimi. Czy dopuszczać do komunii eucharystycznej ewangelików z małżeństw mieszanych, nieabsolutnie wyjątkowo, tylko zawsze, gdy są w kościele katolickim z rodziną. Większość biskupów jest za, mniejszość przeciw i odwołała się do papieża. Franciszek im powiedział, żeby się jakoś dogadali. Chodziło oczywiście o tych „heretyków”, co jednak wierzą w tej sprawie po katolicku. Otóż ja jestem za, bo myślę sobie, że jeżeli eucharystia jest tajemnicą (inny termin: słowo „misterium” nieprzetłumaczone na polski), to może wystarczy wiara, że jest w tym sakramencie Chrystus. Jak? Z tego, co napisałem wyżej, wynikać by mogło może, że nie jest to jednak najważniejsze.

18:45, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
niedziela, 27 maja 2018
Bóg jeden, w osobach trzech: jeżeli sprzeczność, to raczej etyczna

Ewangelia Mateusza 28,19
„Idąc więc, czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Świętego Ducha.” Tłumaczenie EPP, moich trzech biblistów trzech wyznań, jest tutaj bardzo wierne, bo ma właśnie: „czyńcie uczniami” zamiast „nauczajcie” - to nie to samo, bo skutek nauczania może być różny, a uczeń to człowiek już nauczony skutecznie - poza tym Duch Święty to tutaj Święty Duch. Pochwalam taką dosłowność.
Te wersety wybrano na dzisiaj w Watykanie, albowiem tydzień po święcie tego Bożego Ducha wspominamy w tę niedzielę całą Trójcę Najświętszą. My, chrześcijanie zachodni. Nie tylko katolicy „rzymscy”, także niektórzy starokatolicy (na przykład mariawici), ewangelicy (na przykład luteranie).
Natomiast prawosławni, o ile wiem, takiego święta nie mają, ponieważ sam termin teologiczny „Trójca” jest według nich niebezpieczny (choć sławny jest obraz Rublowa „Trójca”) . Grozi niedoakcentowaniem odrębności boskich osób. Chodzi szczególnie o tak zwany problem „Filioque”: czy wyznawać wiarę w Ducha Świętego (w Credo mszalnym) wyrażeniem „od Ojca pochodzi”, czy tak jak w liturgii rzymskokatolickiej, czyli „od Ojca i Syna”. Formuła pierwsza, prawosławna, zgodna jest z tekstem Symbolu Nicejsko-Konstantynopolitańskiego, dopóki Kościół rzymskokatolicki nie zdecydował się dopisać właśnie owo „Filioque”. Pomysł tego dopisku był co prawda świecki, cesarz Karol Wielki chciał takiej różnicy, by mieć własną teologię dla rywalizacji zgoła politycznej z cesarstwem wschodnim. Papieże opierali się temu, ale w końcu ulegli. Przyczyna sporu była oczywiście głębsza, nawet nie tylko wierność tekstowej tradycji, przede wszystkim samo pojmowanie podstawowej prawdy wiary. Tak to zbyt ścisły sojusz ołtarza z tronem zaciążył potężnie. No i nie rozumiano wtedy i długo potem po obu stronach, że chrześcijaństwo nie musi być na jedno teologiczne kopyto, jedność nie znaczy jednolitość.
Dzisiaj zatem w tej konkretnej sprawie zwycięża chyba mediacyjna formuła, że Duch pochodzi od Ojca przez Syna. Ojciec jest zasadą pierwszą wszelkiego pochodzenia i wszelkiej misji, Syn natomiast otrzymuje od Ojca tak władzę posłania, jak i wiekuistego „tchnienia” Ducha ( por. między innymi J 15,26, 14,26).Tamta formuła jest zresztą stara, ale nie mogąca jakoś dotąd nas w pełni pogodzić.
Niemniej dialog robi swoje. Anglikanie i starokatolicy rezygnują na ogół z „Filioque”, a katolicy, szczególnie obrządku wschodniego, skłonni są do opuszczania tego zwrotu w liturgii. Przede wszystkim jednak sam papież Jan Paweł II opuścił owo kontrowesyjne wyrażenie odprawiając mszę w 1700-lecie tamtego tak ważnego soboru!
Z Trójcą Świętą jest jednak o wiele większy kłopot, nie ekumeniczny, ale - by tak rzec - apologetyczny. Dla zwyczajnych chrześcijan, nie żadnych teologów po prostu arytmetyczny: jak jeden może znaczyć trzy? Otóż ja nie przyjmuję mojej wiary chrześcijańskiej, konkretnie katolickiej bez wysiłku tej wiary oraz umysłu, na przykład wiary w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii (wnet święto Bożego Ciała), tutaj jednak nie mam rozumowych oporów, choć wiem, że na przykład dla św. Augustyna był to problem ogromny. Myślę sobie, ja, prostaczek, tak oto. Skąd właściwie założenie filozoficzne, że Absolut musi być jednoosobowy? Można przecież chyba uważać, że nie jest w ogóle osobą. Oraz wydaje mi się, że przyczyną naszej niedowiary jest sprzeczność, jeżeli to raczej etyczna. Nie mieści nam się w głowie, nam wojującym ze sobą bez przerwy, jak mogą istnieć trzy osoby tak idealnie zgodne.

20:09, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
niedziela, 20 maja 2018
Duch Święty, istota nieznana. Katolicyzm autokrytyczny

Dzieje Apostolskie 2,1-11
Dzisiaj tak zwane w Polsce Zielone Świątki, uroczystość Zesłania Ducha Świętego, ewentualnie Pięćdziesiątnica (bo tyle dni po Wielkanocy).
Zacznę od wspomnienia z dzieciństwa. Od wspomnienia o jedynym kazaniu, jakie z tamtych czasów pamiętam. Było to w któreś z okupacyjnych Zielonych Świąt. Ksiądz Maruszewski, skądinąd pułkownik Armii Krajowej, zaczął homilię od słów: „Tak mało wiemy o Duchu Świętym...” Co mówił dalej, zapomniałem. Zostało mi w pamięci tylko wrażenie, że nie można było lepiej, celniej zacząć kazania na ten temat. Proboszcz w  Przybysławicach koło moich rodzinnych Wlonic powiedział rzecz w istocie oczywistą. No bo faktycznie: o trzeciej Osobie Bożej nie wiemy prawie nic. Mówiąc ściślej, nie odgrywa Ona niemal żadnej roli w naszej codziennej pobożności. W naszej: katolickiej, a po trosze w ogóle zachodniej. Bo w prawosławiu jest inaczej.

Duch Święty nie był nigdy w Kościele zachodnim tak uprzywilejowanym partnerem ludzkiego życia, jak Syn Boży. Przynajmniej pośród najbardziej znanych świętych, nie ma chyba nikogo „od Ducha Świętego”. Jest to poniekąd zrozumiałe: Osoba Boża wcielona przez sam fakt wcielenia jest nam szczególnie bliska i wiemy o Niej znacznie wię¬cej. Czyż jednak nie powinien nam być równie, choć inaczej bliski Duch, który - jak powinniśmy wierzyć - działa od wewnątrz w całym bycie, także w nas? Oczywiście, w katolickiej teologii i liturgii trzecia Osoba Boża nie jest  ignorowana. Trzeba zresztą  zauważyć, że wskutek odnowy posoborowej stała się bardziej „pneumacentryczna” (duch nazywa się po grecku pneuma, co w naszych uszach brzmi mało duchowo, choć chyba bardziej niż łaciński termin spiritus...). Nawet i nasza prywatna pobożność zna przecież modlitwę do Ducha o oświecenie umysłu w trudnych chwilach. Co jednak nie znaczy, że modlitwy tego rodzaju współtworzą poboż¬ność przeciętnych katolików. Naprawdę czasem można odnieść wrażenie, że osoby w Bogu są według nas dwie, a nie trzy. Z tego też punktu widzenia trzeba uznać tzw. ruch charyzmatyczny, wywodzący się z ewangelickiego ruchu zielonoświątkowego, za zjawisko godne uwagi, choć może  kontrowersyjne w niektórych swych przejawach.

Myślę, że dziedziną, w której szczególnie byłaby pożądana pobożność bardziej w tym sensie duchowa, jest nasz codzienny etos. Zachodni model etyczny chrześ¬cijanina był inspirowany rzymskim legalizmem oraz ideą naśladowania Chrystusa. Otóż wydaje mi się, że model ten zawsze będzie kulał (szczególnie w sytuacjach trudnych wyborów, wyborów, w których ani prawo nie daje instrukcji, ani owa idea naśladowcza nie daje się skonkretyzować), jeśli nie będziemy wspomagali się modlitwami do Ducha Świętego Oświeciciela.
 
Duch tchnie, kędy chce... Przecież owo pneuma to także tchnienie, to wręcz wiatr i to nawet w tym przypadku Huragan! Nie daje się „skanalizować”, „ująć w ramy”, lubi być nie „po linii”. Przemawia przez proroków i w ogóle robi bałagan. Na szcz꬜cie dzięki Vaticanum II zrozumieliśmy, że Kościół powinien być wzorem nie tylko w utrzymywaniu porządku, ale też w twórczym korzystaniu z owego nieładu, bez którego nie byłoby w ogóle rozwoju. Równoważność tych dwóch czynników kościelnych - instytucjonalnego, hierarchicznego i spontanicznego, charyzmatycznego - uzasadnia się dziś przez odwołanie się do teologii Trójcy. Mówi się, że z misji Chrystusa wynika cała rzeczywistość widzialna, instytucjonalna Kościoła, a z misji Ducha świętego rzeczywistość mistyczna i charyzmatyczna. W innych ujęciach Duch to nie tylko „wieczny rewolucjonista”, ale i wieczny indywidualista. Powiada się bowiem również, że z misji Syna wynika jedność Kościoła jako Jego jednego ciała, z misji Ducha zaś wielość, a więc zaprzeczenie wszelkiego uniformizmu. Wychodząc z tego założenia, określa się chrzest jako sakrament jedności w Chrystusie, bierzmowanie natomiast wielości w Duchu Świętym. Podkreśla się przy tym zawsze, że jedność Trójcy powinna inspirować do równowagi tego rodzaju przeciwstawnych tendencji. Czyli że jednostronne akcentowanie czynnika charyzmatyczno-pluralistycznego jest takim samym błędem, jak „hierarchistyczny” uniformizm.
 
Oczywiście wszystkie tego rodzaju ujęcia są dyskusyjne; trzeba również pamiętać, że oświetlają tylko jeden aspekt nieskończenie bogatej Rzeczywistości. Czytelnik powyższego zapyta również  może: czy już samo różnicowanie misji Syna i Ducha nie jest sprzeczne z zasadą jedności Trójcy? Myślę, że jest sprzeczne tylko z pewnym rozumieniem tej jedności, do jakiego przywykliśmy na Zachodzie. Wschód bowiem zawsze bardziej „indywidualizował” poszczególne Osoby Boże. Do czego miał i ma prawo. Prawo to daje mu właśnie sama Trójca przez swoją wielość, inspirującą do tolerancji dla różnych stylów teologicznego myślenia. A osobliwie Duch Święty - wieczny pluralista...

To wszystko było o samym Duchu, a teraz cokolwiek o dzisiejszym tekście z Dziejów Apostolskich. Otóż czytamy tam o tak zwanym mówieniu językami. To są dwa różne zjawiska: owo opisane w tekście biblijnym, cudowne, rozumienie się ludzi nawzajem, choć każdy mówił w swoim języku ojczystym, oraz zdarzające się dzisiaj takie wpadanie w entuzjazm religijny, że ogarnięty nim człowiek (tak mi to wytłumaczył  któryś ksiądz temu bliski) trochę jakby śpiewał bezsłownie „tra la la”.
     
A felieton Jonasza taki dzisiaj. Katolicyzm autokrytyczny. Czyje to słowa?

„Wiara w «jeden, święty, powszechny,  apostolski Kościół« wystawiona jest na niełatwą próbę w konfrontacji z rzeczywistością, kiedy to, czego doświadczamy na co dzień - tak z życiu publicznym, jak i zwykłym, «parafialnym» - ani jednością, ani świętością nadmiernie nie grzeszy. Ten stan napięcia prowadzić może do dwóch biegunowo różnych postaw. Jedni, bardziej czy mniej szczerze zgorszeni czy zniesmaczeni, odsuwają się na margines wspólnot, usiłując przeżywać swoją wiarę obok widzialnych struktur Kościoła, w których zostali ochrzczeni. Inni, przeciwnie, swoje zadanie zdają się upatrywać w obronie za wszelką cenę wizerunku Kościoła jako niepokalanej wspólnoty świętych i instytucji bez skazy, a priori  uznając wszelką krytykę za bezpodstawne ataki ludzi jeśli nie  złej woli, to przez takowych zmanipulowanych. O ile pierwsi członkami Kościoła pozostają jedynie nominalnie - bo zwykle nie dochodzi do aktów apostazji - o tyle drudzy nieraz samych siebie uważają  za jedyny PRAWDZIWY Kościół”. Cytat ze świeżo wydanej  książki Biblioteki „Więzi” pt. „Po co Kościół”, z rozdziału pt. „Wierzyć «pomimo» Kościoła”.
 
Otóż to nie ojciec Wiśniewski ani siostra Borkowska: to jeszcze inny arcymądry katolik mundurowy, znany teolog Grzegorz Strzelczyk z Katowic. Do jego obserwacji oczywiście celnej dodam tylko, że bywają u nas jeszcze inni katolicy: ci, co w takiej sytuacji zmieniają kościelną wspólnotę: na jedną z ewangelickich najczęściej.
 
Co ja na to? Co do zmiany wspólnoty wyznaniowej, to wyznaję zasadę, że należy ją zmieniać, ale inaczej: pozostawszy w niej, próbując ją zmienić od wewnątrz według własnego sumienia. Nie twierdzę jednak wcale, że to droga każdemu dostępna. Ja mam środki działania jako publicysta gazety o sporej sile rażenia, przekonanie o jakiejś skuteczności swojego pisania, spore zasoby cierpliwości, wreszcie zapewne wymagania nie zasadnicze: doktryna rzymskokatolicka po dzisiejszych niebagatelnych poprawkach całkiem mi odpowiada, bardziej niż inne konfesyjne. No i wreszcie dobrze mi w moim Kościele „egzystencjalnie”:  mam wokół siebie dużo ludzi podobnie jak ja czujących i myślących, a na jego szczycie papieża na mój gust idealnego, bo też krytycznego wobec tego, co jest, nieprawdopodobnie. A niżej też, w Polsce również, takich krytykantów hierarchicznych trochę. Prymas Polak na przykład, o którym tydzień temu napisałem, chyba za słabo go chwaląc.
 
A na zupełny koniec napiszę eklezjologiczny truizm: Kościół to my, to ja jakoś także. Kościół grzeszników właśnie, więc i ja grzesznik, a jakże. Mam na sumieniu nie tylko taki drobiazg, że polski urząd prymasowski odmłodziłem o sto lat: ma już sześć wieków a nie pięć. Nie tylko to, że jestem może czasem za bardzo krytyczny, a kiedy indziej za mało. Wszystko to jednak temat nie na felieton, w każdym razie nie na ten.

PS. Dopisane w poniedziałek 21 maja
Popełniłem w powyższym wpisie błąd okropny. Napisałem, że zjawisko mówienia językami jest współczesne. To zresztą prawda, ale sugerowałem w ten sposób, że nie występowało dawniej, w przeciwieństwie do tego opisanego w Dziejach Apostolskich 2.
W KUL-owskiej "Encyklopedii Katolickiej" mamy na ten temat spore hasło "Glosolalia". Podane są tam liczne wersety w Dziejach Apostolskich i listach Pawłowych, gdzie mowa jest wyraźnie o modlitwie ekstatycznej, w której pod działaniem Ducha Świętego wypowiada się wierzący w języku niepojęciowym.  Zdarzało się to i w czasach późniejszych, na przykład w doświadczeniu karmelitanki Teresy z Avila, a i potem coraz częściej w różnych wyznaniach, szczególnie w ruchu zielonoświątkowym. Jest to jakiś stan "upojenia duchowego", w którym - czytamy w tej "Encyklopedii" - , w którym boskie pocieszenie ogarnia człowieka z taką siłą, że musi to wyrazić, a nie może inaczej. Trzeba też jednak powiedzieć tutaj za" Encykopedią", że Paweł  odnosił się do tego duchowego daru, chociaż sam go posiadał, z pewnym dystansem (1 Kor14). Nie zabraniał go używać, ale występował przeciwko przecenianiu go, taki bowiem hermetyczny język nie służy budowaniu i konsolidacji wspólnoty. Pouczał, że dar ów należy badać, kontrolować oraz ograniczać takie wypowiedzi do sytuacji, w których obecny jest charyzmatyk zdolny do ich tłumaczenia. Poza tym można korzystać z tego daru tylko prywatnie. Co prawda, nie bardzo rozumiem, co ów charyzmatyk mógłby zdziałać, jeżeli jest to mowa ze swej istoty niezbyt zrozumiała dla postronnych, ale sprawa jest w ogóle bardzo skomplikowana. W każdym razie gdzie indziej w Nowym Testamencie, u Marka 16,17 i właśnie tam w Dziejach 2 chodzi jakoś o języki "normalne", Tyle że oczywiście w sposób cudowny mówienie w swoim języku staje się zrozumiałe dla słuchaczy innojęzycznych.

20:50, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
niedziela, 13 maja 2018
Odszedł, ale pozostał. Prymas trochę jak papież

Dzieje Apostolskie 1,1-11
„Uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu. Kiedy jeszcze wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: - Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od Was do nieba, przyjdzie do Was tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba”.
Dzisiaj uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. W niektórych Kościołach krajowych, także polskim, przeniesiona z czwartku na niedzielę, bo nie każdy przyjdzie do kościoła w dzień powszedni. Zaraz jednak pytanie fundamentalne: czy Jezus rzeczywiście „wstąpił na niebiosa”? Znów coś kwestionujecie, nie uszanujecie żadnego dogmatu — zakrzyknie, być może, jakiś nerwowy czytelnik. Uszanujemy, uszanujemy...
Co najmniej od czasów Kopernika wiemy natomiast, że niebiosa nie są nad nami, że Bóg „mieszka” poza czasoprzestrzenią. A jak rzecz wygląda w Biblii? O wniebowstąpieniu mówią Marek oraz Łukasz w obu swoich dziełach. Wprawdzie tylko Dzieje Apostolskie powiadają wyraźnie, że Jezus uniósł się w górę, a Ewangelie poprzestają na określeniu: został wzięty do nieba, ale wszędzie tu mamy do czynienia z obrazem rzeczywistości, w którym ziemia jest po środku: nad nią raj, pod nią piekło. Sam Jezus używa czasem takich jakby „geocentrycznych” określeń (por. J 20,17). Sprawa wygląda analogicznie, jak z wersetami o ruchu słońca wokół ziemi. Nie żyjemy jednak w czasach Galileusza i nie boimy się pewnej „demitologizacji”. Tak jak nie bało się jej Magisterium Kościoła, używając w definicji dogmatu o Wniebowzięciu ogólnego sformułowania: została wzięta do chwały niebieskiej. Z radykalną zmianą światopoglądu, jaką przyniosły nam czasy nowożytne, wiąże się jednak potrzeba nieco głębszej reinterpretacji wiary w owo wstąpienie w niebo. Z relacji Biblii wynika, że Jezus zmartwychwstały przebywał tu na ziemi czterdzieści dni, czyli przez jakiś czas (czterdzieści jest w Piśmie jedną z liczb symbolicznych: oznacza nie określony dokładnie, ale dość długi okres czasu), po czym zasiadł po prawicy Bożej. Otóż obraz taki jest nierozdzielnie związany ze światopoglądem, w którym rzeczywistość „niebieska” niejako sąsiaduje z naszym ziemskim światem, stanowi po prostu inną część jakiejś większej całości. Dziś uważamy raczej, że Jezus przez sam fakt zmartwychwstania w ciele innym niż ziemskie, ciele „uwielbionym” właśnie, przeszedł do chwały Bożej, czyli do owej całkowicie innej rzeczywistości, do innego „wymiaru”. 
Po co więc było wniebowstąpienie? Przede wszystkim po to, żeby powiedzieć, że już więcej nie będzie się Jezus uczniom ukazywał. Ale chyba również po to, by unaocznić im Jego zwycięstwo, Jego wejście do chwały. Napisałem: unaocznić. Bo wprawdzie mogło być i tak, że żadne realne uniesienie się w górę nie miało miejsca. Jezus po prostu zniknął, ale autor Dziejów przedstawił to w sposób „geocentryczny”, żeby lepiej zobrazować czytelnikowi Boże uwielbienie Jezusa. Mogło być tak, ale mogło też być inaczej: sam Bóg w taki sposób unaocznił uczniom swoje uwielbienie Syna, dał im znak jedynie zrozumiały w ramach ówczesnej wizji świata. Nie odrzucajmy dogmatycznie podobnej możliwości. „W dziełach naukowych znaleźć można bardziej szczegółowe dane na temat stopnia dosłowności różnych opowiadań. Najbardziej wyspecjalizowana nauka wykazuje jednak w tych sprawach jeszcze mnóstwo niepewności. W obrębie obcego gatunku literackiego nie da się wszystkiego dokładnie wyznaczyć i wykreślić. Być może w naszych czasach przesadzamy w innym kierunku niż przed pięćdziesięciu laty i uważamy wiele opowiadań za mniej dosłowne, niż domagałby się tego faktyczny stan rzeczy. Możliwe, że wówczas działo się również więcej rzeczy zewnętrznie niezwykłych, niż dziś to sobie wyobrażamy. Dlaczego podobne zdarzenia miałyby się dziać tylko w Lourdes, a w ówczesnym. Izraelu nie? Jest rzeczą możliwą, że przemawiając do człowieka tamtych czasów Bóg rzeczywiście sprawiał, że głos Jego rozbrzmiewał w powietrzu, a Objawienie dokonywało się w taki sposób, że niejedno opowiadanie należałoby jednak pojmować w sensie dosłownym.” Cytat ten pochodzi ze sławnego niegdyś „Katechizmu holenderskiego” i odnosi się do Starego Testamentu. Z zachowaniem wszelkich proporcji można by chyba te słowa odnieść również do Nowego. I można by stwierdzić - również za „Katechizmem” - że kwestia dosłownego czy przenośnego rozumienia tego rodzaju szczegółów nie jest najistotniejsza. Bo przecież ostatecznie nie o to chodzi, ale o Boga, który zabiega o ludzkie serce.
I jeszcze oryginalne i śmiałe jak zwykle myśli na ten temat ojca Wacława Oszajcy w „Tygodniku Powszechnym”. „Jezusowe wstąpienie do nieba do nieba nie oznacza odejścia poza horyzont kosmosu, jeśli taki istnieje, ale wstąpienie w Kościół, w rzeczywistość materialną. (...). Od chwili poczęcia Jezusa przez Maryję nie można już przeciwstawiać naturalnego nadnaturalnemu, ziemi nieb u, ciała duszy, doczesności wieczności, nie można uważać, że Syn Boży tylko chleb i wino przemienia w swoje ciało i krew, czyli w siebie.
Jezus w siebie przemienia również Kościół. Stąd dla chrześcijanina istnieje tylko jedno sacrum: Bóg, który - mówiąc obrazowo - wypełnia sobą wszystko. Dla Boga kosmos jest najprawdziwszym tabernakulum. I tak wcielenie dopełnia się we wniebowstąpieniu.”Na koniec takie dwie myśli. Co do dalszej obecności Chrystusa na „tym świecie”, szczególnie w Kościele, to jest On tam rzeczywiście obecny, rzecz jasna, przede wszystkim w Duchu Świętym, którego nam zesłał, co też będziemy wspominać za tydzień. No i jak przyjdzie na końcu czasów, to owszem, jak dziś też przeczytaliśmy w Dziejach Apostolskich, będzie to tak, jak do nieba wstępował, co jednak nie znaczy naturalnie, że stamtąd niby jak jakiś ptak sfrunie. Amen. 
Dołączam tradycyjnie felieton Jonasza. Prymas trochę jak papież.
500 lat tego urzędu kościelnego. I państwowego, a jakże: prymas był przecież kiedyś interreksem, podczas bezkrólewia jakby monarchą. Potem przyszła PRL i nie było już szlachty, ale i rzeczywistej demokracji, wtedy królem był raczej prymas niż pierwszy sekretarz. W końcu i to minęło, co więcej, nie ma już personalnej unii Gniezna z Poznaniem ani Warszawą. Teraz arcybiskup gnieźnieński jest wyłącznie gnieźnieńskim metropolitą. Jeśli nawet należy z urzędu do episkopalnej rady stałej, to nie przewodniczy jej z urzędu. Liczy się wyłącznie splendor historii.
Moim zdaniem jednak ważna jest sama osoba Wojciecha Polaka. Jego poglądy własne. W Episkopacie Polski na pewno nie powszechne, w narodzie polskim jeszcze mniej. Samo nazwisko arcynarodowe to jeszcze nie wszystko. W internecie przeczytać było można, że to pseudo-Polak, lewak, prymasina, że to nie chrześcijaństwo, ale proislamska, antypolska sekta, że jest mułłą, a nie księdzem katolickim. Prymas się chyba temu nie dziwi, bo najpierw w ”Tygodniku Powszechnym” w roku 2017 wypowiedział się jednoznacznie za przyjmowaniem uchodźców, a teraz w książkowej rozmowie z Markiem Zającem (Znak) mówi bardzo brzydko o nacjonalizmie. Ot tak: „To jest nasz, jako Kościoła, grzech zaniedbania. Nie mamy ludzi, którzy byliby gotowi iść, stanąć przed nacjonalistami i odważnie zmierzyć się z wyzwaniem. Nie tak, jak niektórzy ich obecni duchowni, którzy często - mówię to powiedzieć szczerze, z wielkim bólem - tylko przyklaskują herezji”. Znalazł się inkwizytor, powiedziałby nacjonalista, alem ducha wręcz przeciwnego i prymasa Polaka chwalę za jego polskość dobrze rozumianą.
Po drugie za potraktowanie sprawy księży pedofilów. Też padają słowa mocne. Może mogłyby być mocniejsze, wyraźniejsze o odpowiedzialności kościelnych instytucji za czyny konkretnych duchownych, ale ja stosuję zasadę: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. A ja tego hierarchę bardzo lubię i cenię. Kolega redakcyjny Krzysztof Varga nie podziela mojego gustu (patrz „Duży Format” z 7 bm), ale on już w ogóle taki: kogoś ze zgoła niekościelnej półki za przedstawienie pt. „Klątwa” zwyczajnie zmieszał z błotem. Nie jest prymas nowatorem radykalnym, przede wszystkim w sprawach zwanych doktrynalnymi, antykoncepcji, homoseksualizmu, co więcej, krytykowania innych hierarchów nie lubi, nawet gdy chodzi o bezfioletowego arcybiskupa z Torunia. No cóż, jest biskupem Gniezna, nie Rzymu, tamtemu wolno przecież nieporównanie więcej. Upolitycznienia Kościoła w Polsce też prymas jakby nie dostrzega. Natomiast papieża Franciszka, również w obchodzeniu się z tradycyjną doktryną bardzo uważającego, przypomina w tym, co zgrabnie wyraża książki tytuł: „Kościół katoludzki”. Realne współczucie wobec ludzi po prostu. Szczególnie wobec ofiar ksenofobii, pedofilii, katolików skrzywdzonych przez spowiednika także.

21:10, jan.turnau
Link Komentarze (63) »
niedziela, 06 maja 2018
Ilu zatem teologów? Alfie Evans, Polacy i papież. Polska bez antyhinduizmu. Trochę o strategii odnowy

I List Jana 4,7-8
„Ukochani, kochajmy się wzajemnie,
bo miłość jest z Boga
i każdy, kto kocha, z Boga narodził się
i zna Boga.
Kto nie kocha, nie poznał Boga, gdyż Bóg jest miłością” (EPP).
No tak, mamy się kochać. Nie tylko w sensie węższym, erotycznym, ale i szerszym, „agapicznym”.
Agape to miłość braterska, siostrzana, agapa to spotkanie chrześcijan przy wspólnym stole, wspólne zaspokajanie głodu nie tylko fizycznego, także psychicznego, zapotrzebowania na miłość właśnie. Wyrażaną także w słowach, lecz przede wszystkim w czynach. W staraniu się, by także innym było coraz lepiej. W tym fragmenciku mówi się przy tym o sprawie nie tylko etycznej, intelektualnej jakby. Kto nie kocha, nie p o z n a ł Boga. W mentalności hebrajskiej poznanie ma sens co prawda egzystencjalny, także wręcz erotyczny, bo Maria z Nazaretu powiedziała zwiastującemu aniołowi, że jeszcze nie zna męża, w sensie najbardziej intymnym. Niemniej można by powiedzieć, że niekochanie bliźnich czyni z nas ignorantów w teologii, także tych niby w tej dziedzinie uczonych.
Powiedziałem coś o owej największej duchowo Żydówce, a maj to dla katolików miesiąc maryjny, więc chociaż jeszcze bardziej różańcowy jest październik, to niech będzie już teraz coś o owej szczególnej modlitwie. Mamy o niej ślicznie wydaną przez Znak książkę . arcybiskupa Grzegorza Rysia. Język w niej raczej nie tradycyjny: „Otóż Pan Bóg nie wymaga od Maryi, żeby ona poczęła to dziecko, lecz jej o biecuje, że pocznie syna. Normalnie to się nie dzieje. A Pan Bóg mówi: to ci się stanie. Pan Bóg nie wymaga od Abrahama, żeby stanął na rzęsach i z niepłodną żoną miał dziecko, mając lat sto. Pan Bóg nie robi z siebie wariata”. Z nas naturalnie też.
Teraz aktualia. Polacy katolicy i Franciszek z Argentyny: różnice widać teraz na przykład w komentarzach do sprawy śmierci angielskiego dwulatka Księża i politycy (niektórzy) szaleją w zbolałych słowach, świat bez Boga, cywilizacja śmierci i tp., a papież też z bólem i pytaniami, ale bez takich ataków, o nadziei na postęp w medycynie i we wspólnych naradach. Cóż, kiedy niektórzy muszą się chwalić krzyżykiem na piersi, jak pewna pani sędzia trybunalska. Na deser anegdota: pytają Hindusa, czy w Polsce takich nie biją. Odpowiada, że jego to nie spotkało. Owszem raz, ale przeprosili i wytłumaczyli, że wzięli go za Żyda... Głośne myślenie. Czy nie trzeba krzyczeć?
Mieszka w podwarszawskiej wsi, z dala od stołecznych sporów kościelnych, ale zajmuje w nich stanowisko radykalne, umiarkowanie mu nie w smak. Henryk Makowski, publicysta i poeta, autor szesnastu niewielkich książek, wydawanych we własnym nakładzie, ostatnia pod tytułem „Suplikacje polskie”. Z wykształcenia prawnik, dzisiaj na emeryturze. Niedoszły zakonnik, ale bez żadnych złych wspomnień, jakie mają byli „’mundurowi”. W klasztorze było mu bardzo dobrze: łagodne metody wychowawcze, „wspaniały mistrz nowicjatu, pełen otwartości i swobody”. Tam nauczył się naprawdę modlitwy. Sam nie wie, dlaczego wystąpił. W każdym razie pozostał człowiekiem najgłębiej religijnym. Mimo to, a raczej może dlatego bardzo ostro ocenia obecną polską rzeczywistość kościelną. Owszem, zachwyca się takimi ludźmi jak oczywiście papież Franciszek, również ks. Tomasz Halik, w Polsce arcybiskupi Życiński i Nossol, księża Heller, Boniecki, Wiśniewski, Lemański, z zakonnic Małgorzata Chmielewska, wspomina księdza Zieję i naturalnie Tischnera. Niemniej jest przecież ojciec Rydzyk i są miesięcznice smoleńskie, które go oburzały do tego stopnia, że pisał list po liście do kardynała Nycza, bez odpowiedzi. Napisał w „Suplikacjach”: „Po wielekroć błagam, wiele na ten temat piszę, proszę, skomlę, żeby mój Kościół, szczególnie polski, publicznie z żalem przeprosił za mieszanie się do polityki”. Jest jak ksiądz Lemański religijnym gwałtownikiem, bez karnych konsekwencji na szczęście, bo nie ma nad sobą w tej mierze kurii, przeżywa jednak bardzo ojczyźniane realia, jak też trochę swoje osamotnienie, bo nawet na listy do osób, które wychwala, nie ma na ogół responsu.
Otóż takich katolików, duchownych i świeckich, jest bardzo wielu, tylko odzywają się raczej całkiem prywatnie. Albo też również publicznie, ale w słowach ostrożniej. Wybierają inną strategię odnowicielską. Wychodzą z założenia, że kropla drąży kamień powoli, eklezjalnego betonu nie skruszy się zaraz. W Kościele rzymskokatolickim jednak decydentami są w zasadzie biskupi, a w Polsce większość z nich nie czuje potrzeby radykalniejszej reformy. To się zmienia, prymasem rozumiejącym sens takiej odnowy jest Wojciech Polak, Grzegorz Ryś nie został arcybiskupem krakowskim, ale Łódź też wielkie miasto i bardzo potrzebujące ewangelizacji. To nie Kraków, który trudno oddalić od Kościoła, niezależnie od tego, kto tam obecnie rządzi. Ale to są episkopalne jednostki, trzeba jednak uważać, nie zrażać do swoich zamierzeń demonstrowanym radykalizmem. Bo bardzo łatwo zasłużyć sobie na miano rozrabiacza, z którym nie warto się liczyć. Żeby nie stwarzać wrażenia, że ponoszą emocje albo brak rzeczywistej troski o upowszechnianie Ewangelii.
Co do mnie, jestem raczej zwolennikiem głosu spokojnego, nie jestem pewien jednak, czy i z tą sprawą nie jest jak ze wszystkim w życiu. Że czasem trzeba krzyknąć.

21:42, jan.turnau
Link Komentarze (73) »
niedziela, 29 kwietnia 2018
O dominikaninie Ludwiku Wiśniewskim, benedyktynce Małgorzacie Borkowskiej i krytykowaniu kościelnej władzy

Dzieje Apostolskie 9,26-30
Kościół rzymskokatolicki przeznacza dzisiaj swoim wiernym do czytania opowieść o konsekwencjach sławnej zmiany poglądów: przyjęcia wiary w Chrystusa przez Pawła z Tarsu, który wyznawców tej wiary dotąd potężnie prześladował. A była to konwersja zgoła historyczna. Trudno powiedzieć, co by było, gdyby się coś nie zdarzyło, w każdym razie późniejsza rola Pawła okazała się kolosalna. Owszem, otwarcie nowo powstałego Kościoła na świat pozażydowski zaczęło się nie od Pawłowej wizji mistycznej
w drodze do Damaszku, ale tamtej apostoła Piotra, w której zrozumiał, że nie musi przestrzegać żydowskich zasad religijno-gastronomicznych i może usiąść do stołu z poganami (Dzieje Apostolskie 10,11-18, potem 11,5-10). Paweł przyjął chrześcijaństwo już potencjalnie zdolne do odrzucenia religijnego ekskluzywizmu, ale okaże się jego przeciwnikiem bardziej zdecydowanym niż Piotr (List do Galatów 2), w nawracaniu pogan jestniewątpliwym przywódcą. Na razie jednak uchodzi za wroga chrześcijan bardzo niebezpiecznego: w tak wielką zmianę poglądów, w jej szczerość uwierzyć było niełatwo. Czytamy dzisiaj, że groziła mu z ręki jego nowych współwyznawców wręcz nawet śmierć: „Przemawiał też i rozprawiał z hellenistami, którzy usiłowali go zgładzić”.
Dlaczego jednak właśnie ci, którzy powinni byli uważać go za kogoś im bliskiego? Trudno mi powiedzieć, bibliści dyskutują.
Przecież pochodził tak jak i tamci z kraju dalekiego od Palestyny, ów jego Tars był miastem w Cylicji, dzisiejszej południowej Turcji. Język grecki, którym się posługiwali, nie aramejski Jezusa i Jego apostołów, nie powinien był mu bardzo przeszkadzać. Tak jak i ich swoboda w interpretowaniu Tory oraz życzliwość wobec pogan właśnie. Może jednak on jako wówczas jeszcze ortodoksyjny faryzeusz wtedy jeszcze brzydził się ich „rewizjonistycznymi” skłonnościami myślowymi, a „hellenizm” szedł w
otwarciu na religijność grecką naprawdę daleko? Podobnie niejasna jest przyczyna, dla której prowodyrami w konflikcie, tamtym śmiertelnym, Stefana (Szczepana) też byli owi helleniści, choć tamten pasował do nich jak ulał jako sam hellenista, nawet według niektórych ich zwierzchnik. W każdym razie bracia w nowej wierze wysłali Pawła przezornie do rodzinnego Tarsu i to na długo, na lat około dziesięciu. Zupełnie nie wiadomo, co się tam z nim działo. Na przykład to, czy się ożenił, jak przystało na rabina, w ogóle Żyda, choć nic o jego żonie nie wiadomo. Może rzuciła go jako nawróconego na ową okropną sektę? Postać apostoła równie sławna, jak tajemnicza trochę.
A teraz felieton niejakiego Jonasza. Mundurowi dzielnie niepokorni
„Przez kilkanaście wieków zakonnice słuchały kazań, konferencji, rekolekcji, pouczeń, a zawsze w pokornym milczeniu, jak te nieme bydlątka: cokolwiek im mówiono, umiały tylko potakiwać. Czasem się któraś wyłamała, ale bardzo rzadko! Założenie ze strony kaznodziejów było niewątpliwie takie, że zawsze, w każdej sprawie i w każdych okolicznościach oni wiedzą lepiej; zakonnice zaś nauczyły się to akceptować, najpierw dlatego, że potrzebują celebransa i muszą przyjmować jego warunki, a potem już z
tradycji i przyzwyczajenia. To była forma pokory, której od nich oczekiwano.”
To najpierwsze słowa benedyktynki Małgorzaty Borkowskiej z książeczki „Oślica Balaama. Apel do duchownych panów”. „Mundurowi” ludzie Kościoła bywają zatem równie krytyczni, jak tak zwany laikat, który miewa przecież o kierowanych do nich kazaniach i innych sprawach zdanie nieraz podobne.
Trzeba zresztą zaznaczyć, że rzecz wydali też jednak „panowie”, bo benedyktyni tynieccy. Podobnie zachowuje się dominikanin Ludwik Wiśniewski. W „Tygodniku Powszechnym” z 22 kwietnia walnął w popierany przez Episkopat polski projekt poselski „Zatrzymaj aborcję” oceną, że jest wręcz antychrześcijański. Paragraf prawny nic nie pomoże, tylko rozeźli ludzi do reszty. Trzeba stworzyć fundusz pomocy rodzicom dzieci upośledzonych z datków, na który mogłyby się składać ofiary pieniężne czynione na ręce księży z okazji ślubów czy chrztów (referowałem tamten tekst w moim blogu jan.turnau.blox.pl). Ciekawe, że podobnego zdania jest posłanka PiS-u Joanna Lichocka: na spotkaniu z wyborcami w Bochni nazwała tamten projekt „nieludzkim”.
Co zaś jeszcze do ojca Ludwika, to właśnie jezuicki WAM wydał mu zbiór dotychczasowych publikacji (bez tej ostatniej, ukazała się na to za późno) pod tytułem „ Nigdy nie układaj się złem. Pięćdziesiąt lat zmagań o Kościół i Polskę”. Ten znakomity pasterz młodych dusz zmagał się arcyodważnie z „komuną” oraz ze swoimi współwyznawcami, którzy byli mniej w owej materii odważni. Na przykład w artykule „Chrześcijanie wobec walki o sprawiedliwość”, wydrukowanym w piśmie „podziemnym” „Spotkania” z r. 1978. Otóż pod tamtym tekstem jest w książce fundamentalny przypis: „Trzydzieści pięć, czterdzieści lat temu stawialiśmy sobie pytanie, czy chrześcijanie z racji swego chrześcijaństwa ma obowiązek walczyć z niesprawiedliwością i bronić krzywdzonych. To pytanie jest zawsze aktualne, także dziś. Ale stają przed chrześcijaninem także inne pytania, choćby takie - czy ma on prawo i obowiązek krytykować ludzi Kościoła, którzy nie postępują po chrześcijańsku? Dawniej wielu odpowiadało - nie. I dziś także wielu mówi - nie.”
No właśnie: oto jest wielki problem wewnątrzkościelny. Czy istnieje prawo, nawet jeśli trzeba obowiązek krytyki nawet i kościelnej władzy, nawet i samych biskupów? Ja też uważam, że istnieje. Amen!

23:20, jan.turnau
Link Komentarze (90) »
niedziela, 22 kwietnia 2018
Pasterz, owce i barany. O. Wiśniewski: projekt „Zatrzymaj aborcję” antychrześcijański

Ewangelia Jana 10,11-18
Perykopa o dobrym pasterzu. Jezus przedstawia się jako opiekun owiec troskliwy radykalnie: taki, który jest gotów oddać za nie własne życie - i tak się rzeczywiście stało. Oto model międzyludzkich relacji dla wszystkich, którzy nazywają się dusz-pasterzami albo nawet arcypasterzami. Taka duchowa opieka musi być głęboko przemyślana, oparta na doskonałej znajomości podopiecznych. Jezus powiedział, że zna swoje owce i one Go znają, papież Franciszek powiedział nawet, że pasterze powinni czuć ich zapach. 

Otóż mam pytanie, czy decyzja moich biskupów, by poprzeć projekt „Zatrzymać aborcję”, była właściwa. W nowym „Tygodniku Powszechnym” ojciec Ludwik Wiśniewski ocenia tę propozycję jako faryzejską, nieludzką, wręcz antychrześcijańską. Przyjście na świat takiego dziecka to w rodzinie trzęsienie ziemi. Proponując takie rozwiązanie dba się jedynie „o poprawną formułę prawną, a nie o człowieka. Gdyby w chrześcijańskim narodzie, a takim podobno jest polski naród, uchwalono ustawę, że opiekun nieuleczalnie chorego dziecka otrzymuje comiesięczne wynagrodzenie równe przeciętnej pensji, a lata opieki nad chorym dzieckiem wliczają się do świadczeń emerytalnych, gdyby ponadto ustawa gwarantowała bezpłatne lekarstwa i bezpłatną terapię dla takich dzieci - byłaby to prawdziwa troska o nienarodzonych, godna Dumnej Polski.” Owczy gatunek to przecież także barany ostro trykają rogami: biskupi swoim stanowiskiem wywołali gniew ludu, który - powiada duszpasterz dominikański - my sami, gorliwi katolicy, kapłani i biskupi sprowokowaliśmy można było przewidzieć. Owszem, „popłynęły haniebne okrzyki, których nie godzi się tu powtarzać”, ale nie można komentować ich biskupimi epitetami «chorzy z  nienawiści», «czarownice», «ludzie bez sumienia» , bo wydawały je nasze siostry i bracia, w większości przyznający się do chrześcijaństwa. Teraz są pretensje do PiS-u, że zwleka z uchwaleniem: no cóż, kiedy słupki ostrzegają... Dziwne, że i tego nie przewidziano. Ojciec Wiśniewski komentuje: „Jeden z biskupów powiedział nawet: «Nie można dłużej zwlekać, tego domaga się zdrowe sumienie». A ja chciałbym zapytać, czyje sumienie domaga się uchwalenia takiej ustawy zamiast podania ręki zrozpaczonym rodzicom? Każde życie jest święte! I skoro państwo nie zapewnia warunków do przyjęcia i wychowania nieuleczalne chorych dzieci, a sprawa jest arcyważna, ba, najważniejsza, to powinien to uczynić Kościół. Nasz polski potężny Kościół może to zrobić i powinien! Trzeba stworzyć ogólnopolski fundusz, z którego będą wypłacane świadczenia dla takich rodzin. Stworzenie takiego funduszu jest bajecznie proste. Wystarczy, że jura stolae ze ślubów i chrztów, czyli ofiary składane przy okazji tych sakramentów, będą przesyłane z całej Polski na konto takiego funduszu. Albo można wybrać inną drogę - ofiary składane przy okazji odwiedzin wiernych w okresie Bożego Narodzenia tworzą taki fundusz. Nie trzeba się obawiać, że duchowieństwo oddając te pieniądze umrze z głodu. Trzeba wierzyć w Opatrzność, a także w hojność wiernych, którzy potrafią docenić prawdziwie ludzkie gesty.” Ojciec Ludwik kończy stwierdzeniem, że taka troska o nienarodzonych mogłaby być „wręcz manifestem, że ludzkie życie jest naprawdę święte”.
Po takim obszernym odniesieniu do współczesności wracam jeszcze do ewangelijnego tekstu dzisiejszego. Są tam też słowa Jezusa: „Mam także inne owce, które nie są z tej zagrody. I te muszę przyprowadzić, i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz”. Któryś egzegeta wyjaśnił mi, że te inne to narody nieżydowskie, co jest zresztą chyba oczywiste, bo przecież nie nierzymskokatolickie. Czyli to logion pasujący do czwartkowych obchodów rocznicowych. Jak na razie, jedności powyższej raczej nie widać, oby tylko nie zdarzył się tylko Holokaust następny. Pewnie jednak głupio kraczę: od czasów, gdy możliwa była Zagłada, dokonała się w światowym chrześcijaństwie rewolucja. To już nie bogobójcy, parchy zresztą, ale starsi bracia w jednej monoteistycznej wierze! Amen! 
Natomiast mój sobowtór Jonasz napisał do „Magazynu Świątecznego” o księżej pedofilii tak oto. Żeby nie było zgorszenia. Taki jest mianowicie tytuł niewielkiego tomu „Wydawnictwa Krytyki Politycznej” na temat pedofilii (podtytuł: „Ofiary mają głos”). Otóż owo zdanie tytułowe można rozumieć różnie. Ironicznie albo jednak serio. Gorszeniem jest według jednych ujawnianie księżych podłości i trudno z taką mentalnością nie walczyć, lecz według innych, również kochających Kościół, właśnie ich zakrywanie. Odkrywa się je po to, żeby następnych ofiar było mniej. Żeby przestano gorszyć maluczkich, deprawując je, a w inny sposób resztę społeczeństwa takim kościelnym zachowaniem. Albowiem Ewangelia powiada, że „nie może się ukryć miasto położone na górze”, a przecież Kościół widać z bardzo daleka. Żadne zło nie ukryje się zresztą na wieki wieków, a co jest brudne, musi oczyszczać się dla własnego dobra.   
Autorzy książki to adwokat Artur Nowak i Małgorzata Szewczyk-Nowak, psycholog, seksuolog. Chcieli także kościelnej odnowy. Napisali we wstępie: „ Nie chcemy dokładać kolejnych argumentów zacietrzewionym wrogom Kościoła, którym śnią się po nocach puste świątynie. Chcemy, by Kościół wysłuchał ofiar. Indywidualne przeproszenie każdej z nich i zadośćuczynienie  za krzywdy jest bardzo ważne. Zło należy nazwać złem, to istotny element procesu terapeutycznego”. Niemniej to ma być także moralna terapia instytucji kościelnej. Podobnie myśli jeden z kilku rozmówców autorów. „Wśród kapłanów i zakonników jest wielu wspaniałych ludzi. Kapitalna większość to ludzie głębokiej wiary. Mają powołanie, to widać (...). W związku z tym nie rozumiem, czemu Kościół tuszuje te sprawy. W oczach ludzi wiele by zyskał, gdyby stanął w słońcu prawdy”. Ciekawe, że wśród występujących w książce są także inni, których potworne przeżycia nie odgoniły od Kościoła. To również powoduje, że publikację państwa Nowaków trudno uważać za atak na Kościół. Na to jednak trzeba się radykalnie wyzbyć przekonania o jego nieskazitelności, zrozumieć, że największym wrogiem Kościoła jest on sam. A ów wstęp do książki zaczyna się od informacji rodzinnej. Para autorska napisała tak: „Nasza córka ma za kilka miesięcy po raz pierwszy przystąpić do komunii. Zastanawialiśmy się, czy to, że zajmujemy się tematem pedofilii wśród duchownych, jakoś jej nie zaszkodzi, nie zmąci jej obrazu świata. Umie już czytać. Gdy ukaże się ta książka, na pewno będzie się chciała dowiedzieć, czym jej rodzice zajmowali się przez tyle miesięcy. Na razie jest dumna, że książkę będzie można kupić w księgarni. Choć pewnie niekiedy brak nam czasu i cierpliwości, staramy się ją wychowywać najlepiej, jak potrafimy. (...) Widziała wiele kreskówek: o świętym Antonim z Padwy, o ojcu Pio, o Franciszku z Asyżu. Sporo słyszała od cioć i babci o Janie Pawle II. Te postacie są dla niej archetypami dobra.” Nie wątpię, że państwo Nowakowie z rodziną poradzą sobie z owym problemem wychowawczo-religijnym znakomicie. 
Ukazała się tymczasem również publikacja książkowa na ten potworny temat, wydana przez uczelnię kościelną. Nie zdążyłem jeszcze jej zdobyć i przeczytać, póki co, taka była o niej wiadomość Katolickiej Agencji Informacyjnej. Oto jej tekst.
„Książka «Seksualne wykorzystywanie małoletnich w Kościele. Problem – odpowiedź Kościoła – doświadczenie polskie» pod redakcją ks. Adama Żaka SJ i Ewy Kusz stanowi cenną publikację, najszerzej jak dotąd omawiającą problem seksualnego wykorzystywania małoletnich w Kościele oraz zasady prewencji wobec tego typu przestępstw. Publikacja jest owocem międzynarodowej konferencji zorganizowanej przez Centrum Ochrony Dziecka przy Akademii Ignatianum w Krakowie z 2014 roku.
Książka ta – jak podkreśla we wstępie o. Józef Augustyn SJ - ofiaruje czytelnikowi rozległą orientację w problematyce wykorzystywania dzieci i młodzieży w Kościele. Pokazuje długotrwałe skutki i głębię krzywdy wyrządzoną małoletnim oraz sposoby pomagania im. Publikacja wyjaśnia i precyzuje pojęcia wykorzystywania seksualnego małoletnich w ogóle oraz specyficznie w Kościele. Kreśli też bolesną historię wykorzystywania seksualnego małoletnich przez niektórych duchownych w Kościele katolickim w różnych krajach w ostatnich dziesięcioleciach. Podaje też typologię sprawców i charakteryzuje ich reakcje i postawy, w tym odsłania zróżnicowane i złożone motywy, jakimi się ci sprawcy kierują. Prezentuje stosowaną przez sprawców czynów pedofilskich taktykę, mechanizmy stosowanej przez nich manipulacji i przemocy. Prezentuje ponadto metody identyfikacji sprawców, co wcale nie jest łatwe. Cenne jest to, że prezentowana publikacja dokładnie przedstawia zaangażowanie Stolicy Apostolskiej i wybranych Kościołów lokalnych, w tym i Kościoła w Polsce, w kwestię rozwiązania problemu przestępstw pedofilskich i wdrażania profilaktyki w tym zakresie. Szczegółowo więc przedstawia przebieg postępowania kanonicznego, od dochodzenia wstępnego po wykryciu przestępstwa, aż do wydania wyroku wobec przestępcy. Określa tez ramy współpracy z państwowym wymiarem sprawiedliwości. Publikacja jest też wymownym świadectwem cierpienia i upokorzenia Kościoła, jaki został spowodowany zarówno przez same przestępstwa osób duchownych, jak i chęć ich ukrywania przez własne środowisko, co często mylone jest z «obroną Kościoła».
Książka «Seksualne wykorzystywanie małoletnich w Kościele» - podkreśla o. Augustyn - może pomoc osobom odpowiedzialnym za duszpasterstwo dzieci i młodzieży w zdobywaniu: pełniejszej świadomości potrzeby sformułowania jasnych norm i zasad ochrony w pracy duszpasterskiej z nieletnimi; wrażliwości na krzywdę, jaka spotyka małoletnich wykorzystywanych seksualnie; realnej oceny zachowań księży mających kontakt z nieletnimi. Publikacja może być również pomocą w odzyskiwaniu nadwerężonego zaufania u wiernych do Kościoła i jego pasterzy. Publikacja zawiera też cenny aneks, w którym publikuje m.in. „Wytyczne Konferencji Episkopatu Polski dotyczące wstępnego dochodzenia kanonicznego w przypadku oskarżeń duchownych o czyny przeciwko szóstemu przykazaniu Dekalogu z osobą niepełnoletnia poniżej osiemnastego roku życia”.
«Seksualne wykorzystywanie małoletnich w Kościele. Problem – odpowiedź Kościoła – doświadczenie polskie», redakcja Adam Żak i Ewa Kusz, Wydawnictwo Naukowe Akademii Ignacjanum w Krakowie, 2018.”
Dodam na koniec zupełny, że ksiądz Żak, jezuita zresztą, występuje w książce, o której sam tu napisałem, jako jeden z ekspertów. A sprawa jest dla duchownego trudna, bo słowa musi ważyć, skłonność do ukrywania owych świństw potężna i niełatwo ją niedyplomatycznie piętnować.

19:29, jan.turnau
Link Komentarze (135) »
Archiwum