Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 05 marca 2017
Każdy człowiek jest kuszony

Księga Rodzaju 2,7-9; 3,1-7
List do Rzymian 5,12-19
Ewangelia Mateusza 4,1-11
Kościół rzymskokatolicki poleca swoim wiernym czytać dzisiaj w Biblii o pokusach. Mamy zatem przypomnianą opowieść o wężu, który zbałamucił moralnie Adama i Ewę, oraz o tymże kusicielu, który chciał zrobić to samo z Jezusem na pustyni. Obie opowieści są obrazami człowieczej doli-niedoli, polegającej na tym, że od czasu do czasu wybierać musi. 
Obrazami teologicznymi, nie historycznymi: pierwsi nasi rodzice to postacie w ogóle legendarne, Jezus z Nazaretu naprawdę istniał, ale też kuszenie Go na pustkowiu nie jest opowieścią reportażową, sceny opisane świadków nie mają i Jezus zapewne nie zwierzył się apostołom z takich przeżyć. Tamte opisy to ewangelistów teologia zbudowana na znajomości Chrystusa.
A Paweł tłumaczy, że przez jednego człowieka grzech wszedł w świat, a przez grzech śmierć, ale też przez jednego człowieka spłynęła na wielu łaska Boża. Był problem z jednym człowiekiem Adamem: mało który biolog jest w stanie przyjąć, że ludzkość pochodzi od jednej tylko pary. Na szczęście teologowie, władze kościelne nie upierają się dzisiaj przy dosłownej interpretacji pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju: ewolucja doprowadziła do powstania niejednej pary homo sapiens. Spór monogenizmu z poligenizmem został w ten sposób rozstrzygnięty na korzyść nauki przyrodniczej.

12:33, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 marca 2017
Świętego Kazimierza za co czcić powinniśmy?

Mądrość Syracha 51,13-20
„Będąc jeszcze młodym, zanim zacząłem podróżować, szukałem jawnie mądrości w modlitwie. U bram świątyni prosiłem o nią, aż do końca szukać jej będę.”
Takie oraz następne są na dzisiaj Syrachowe słowa, bo mamy w tę sobotę w Polsce liturgiczne wspomnienie świętego Kazimierza. Dużo by o nim pisać niehagiograficznie. Co zresztą jest hagiografią, a co nie? To, że był „młotem na schizmatyków”, czyli urzędując w Wilnie prawosławnych usilnie zwalczał, pewnie nie było kiedyś świętobliwym lukrem na jego życiorysie, tylko radosnym odnotowaniem faktu bezspornego, dzisiaj jednak plamą raczej, czyli pominięcie go hagiografią jest.
Co prawda, profesor Zbigniew Mikołejko w swoim opasłym dziele „Iskier” pt. „Żywoty świętych poprawione ponownie” (czyli przedstawienie wszystkich Polaków na ołtarzach dzisiaj będących) napisał coś, co świętokazimierzowy „aekumenizm” stawia pod pewnym znakiem zapytania. „Dawni hagiografowie utrzymywali, że to właśnie pod presją królewicza Kazimierza jego ojciec, Kazimierz Jagielończyk, zakazał budowania na Litwie nowych cerkwi prawosławnych. Skarga napisał nawet, że taki właśnie dokument znajduje się w archiwum kapituły wileńskiej. Współcześni historycy kościelni twierdzą jednak, że król nigdy go nie wystawił. Nie wystawił, bo – ten argument wart jest głębokiego namysłu – go nie odnaleziono. Jednak piętnastowieczna  erkiew żywiła wobec młodego Jagiellona jakąś zaciętą – żeby nie powiedzieć więcej – niechęć. I niechęć ta przetrwała parę stuleci parę ładnych stuleci, wcale nie ustępując”. A wtedy nie mogło być chyba inaczej, jeżeli wojowaliśmy z „Moskwicinami”, którzy jako żywo prawosławni byli i z kolei „papistów” za schizmatyków paskudnych mieli. Takie były czasy, dzisiaj jest wreszcie inaczej.Jaki był poza tym patron Polski i Litwy? Mikołejko, który hagiografem katolickim absolutnie nie jest i tych bohaterów narodowych traktuje z ironicznym dystansem, o królewiczu potrafi jednak napisać sporo dobrego. Broni go przed wymyśleniami żywotopisarzy, cytując Feliksa Konecznego: „Kto go zna tylko z legendy, mniema o nim, że umiał tylko odmawiać modlitwy, chodząc od kościoła do kościoła nawet po nocy. Zabawna jest legenda, gdy opowiada, jak królewicz klęczy na śniegu przed kościołem, bo kościół właśnie zamknięty!
Dziwy nie lada! Lubił chadzać w sam raz do kościołów zamkniętych (...) Są tacy święci, którzy w największym wirze świata, na najwybitniejszych stanowiskach i wśród nawały różnorodnych spraw świeckich starali się zaprowadzić sprawiedliwość chrześcijańską w praktyce i dbali o moralności w polityce. O zasadzie swych rządów sam napisał w pewnym piśmie do wrocławian, że chce wybadać, czego wymaga sprawiedliwość «którą nad wszystkie cnoty uprawiać winienem i pragnę»”. Czyli – chyba pisząc to nie przerobię go lakierniczo na katolika otwartego AD 2017 – po prostu starał się o jakąś elementarną pośród polityki etykę. Mikołejko odnotowuje na przykład, że po nieudanej wojnie o koronę węgierską dla niego zachował się tak, jaki był: pokornie. Uznał to „przedsięwzięcie za niegodne chrześcijanina połączone z daremnym przelewem krwi, bratobójstwem oraz ślepą, bezlitosną przemocą żołdactwa”. Choć spętany międzywyznaniową nienawiścią nie za bardzo rozumiał, że prawosławny taki sam jak rzymski katolik człowiek, też chrześcijanin zresztą ityle samo mu się należy duchowej wolności.
Według Piotra Skargi lekarze obiecali mu ozdrowienie „jeśli czystości [seksualnej] odstąpi”. Tę propozycję łóżkowej kuracji odrzucił z oburzeniem i można się nad tym uśmiechnąć, ale nie uznać go za obsesjonata. A jego duchową i socjologiczną sylwetkę kończy Mikołejko sugestią, że kult Kazimierza przez komunistów zwalczany był symbolem litewskiej niepodległości.

09:46, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
piątek, 03 marca 2017
Post: rozerwać kajdany zła

Księga Izajasza 58,1-9a
Izajasz jest jak zawsze niezawodny, wyprzedza ewangelie kapitalnie: post nie tyle na „umartwieniach” polega, ale na tym, by innych ludzi nie umartwiać. Prorok wypomina: „Otóż w dzień waszego postu wy znajdujecie sobie zajęcie [tak tłumaczy Tysiąclatka, chyba lepiej Poznanianka: „zajmujecie się swoimi sprawami] i uciskacie wszystkich swoich robotników (...) Czyż nie jest raczej postem, który Ja [Bóg] wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić na wolność uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać, dzielić swój chleb z głodnym, do domu wprowadzić biednych tułaczy [uchodźców!] i nie odwrócić sięod współziomków”.
Myślę o tych bardzo długich wiekach, kiedy to „dobrzy” chrześcijanie uciskali potwornie chłopów pańszczyźnianych, ludzi czarnoskórych, czerwonoskórych; żółtoskórych rzadziej, ale czemu nie. Pościli, Biblię mając w nosie.

19:26, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 marca 2017
Życie nie jest romansem...

Ewangelia Łukasza 9,22-25
Słowa Biblii znane dokładnie, ale mogą mylić niewąsko. Że Jezus musi wycierpieć wiele, zanim zmartwychwstanie, że jeśli chcemy iść za Nim, musimy się zaprzeć samego siebie, codziennie nieść swój krzyż. Co więcej, jeśli chcemy zachować swoje życie, stracimy je, a kto je straci z powodu Jezusa, ten je uratuje. „Co za pożytek miałby człowiek, zdobywając cały świat, siebie zaś gubiąc lub sobie szkodząc?” (EPP). Egocentryzm? Zupełnie co innego: niesiemy swój krzyż na ogół w ten sposób, że wytrzymujemy bliźnich swoich czy raczej staramy się, że było łatwo nas wytrzymać. To nie jest żadne cierpiętnictwo. To zrozumienie, że życie nie jest romansem, żeby je dobrze przebyć, trzeba sporo ascezy. Takiej zupełnie naturalnej, żadne tam biczowanie się. Choć nie wiem, może pomagało ono Karolowi – jeśli je rzeczywiście stosował – poskromić jakieś niedobre skłonności. Jeżeli nie mylił się myśląc, że bez nich będzie lepszy.
PS. Pisząc wczoraj na blogu i w „GW”, nie wyjaśniłem, czemu wczorajsza środa zwie się popielcową: młode pokolenie może tego na ogół nie wie. Otóż to od popiołu, którym posypuje się katolickie głowy ze słowami „Prochem jesteś i w proch się obrócisz” (Księga Rodzaju 3,19). Pokora, świadomość własnej znikomości, pokuta. U ewangelików takiego obrzędu nie ma, co nie znaczy, że myślą o sobie inaczej.

09:48, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 01 marca 2017
Post starannie skrywany. Przede wszystkim nie pożerajmy się nawzajem

Ewangelia Mateusza 6,1-6.16-18
Dzisiaj nie święto, ale dzień niezwyczajny: środa zwana u chrześcijan zachodnich popielcową; nie u wszystkich, ale licznych, bo różnych katolickich (rzymsko-, polskokatolickich, starokatolickich mariawitów), a i przynajmniej dwóch ewangelickich: luterańskim i reformowanym. Początek czasuduchowego przygotowania zwanego Wielkim Postem, u luteran(ów) raczej Czasem Pasyjnym. Pasyjnym, bo poprzedza pasję, czyli mękę i śmierć Chrystusa, raczej nie postem, bo ten kojarzy się z jakąś dietą, ascezągastronomiczną. Ascezą zresztą trochę dziwną, bo owo katolickie rozróżnienie między kręgowcami, jak ktoś ów obyczaj religijny nazwał złośliwie, do ludzi współczesnych raczej nie trafia: do ewangelików na przykład albo i katolików myślących mniej tradycyjnie, agnostyków naturalnie również! Ale trzeba zaznaczyć, że w tej sprawie prawosławni są bardzo po dawnemu rygorystyczni.
W znakomitym jak zwykle numerze marcowym dominikańskiego miesięcznika „W drodze” rozmowa Tomasza Maćkowiaka z Marianną Jarą z tego Kościoła, a tam między innymi informacja, że w Wielkim Poście nawet i rybę je się wtedy tylko dwa razy. Ale pani Marianna cytuje też słowa świętobliwego ukraińskiego metropolity Wołodymyra: „W poście najważniejsze jest to, aby nie «jeść» jeden drugiego”. Chodzi o to - wyjaśnia żona księdza prawosławnego z Sanoka - aby nie krzywdzić się wzajemnie. Maćkowiak rozmawia następnie z imamem polskim Youssefem Chamidem o ramadanie. To niejedzenie i niepicie od wschodu i zachodu słońca przez cały miesiąc: Przez jedenaście miesięcy w roku człowiek karmi swoje ciało jedzeniem i piciem. Ramadan to miesiąc, w którym karmimy swoją duszę.” A wreszcie mamy świetny tekst jezuity, byłego prowincjała Polski południowej, Wojciecha Ziółka. Lid: „Jestem przeciwnikiem «ubóstwiania» postu i robienia zeń jakiegoś superprzykazania. Boli mnie koncentrowanie się na poście, wstrzemięźliwości i abstynencji przy jednoczesnym pomijaniu ważności zmysłowo odczuwalnego świętowania, cieszenia się, radości.” Święte słowa Jegomości!
A w „Gazecie Wyborczej”dzisiaj mój komentarz pt.:”Postprawdy o Wielkim Poście”. Może wart lektury jako uzupełnienie tego wpisu.
Dzisiaj w różnych Kościołach chrześcijańskich Zachodu tak zwana Środa Popielcowa. Początek sześciotygodniowego okresu zwanego Wielkim Postem, duchowego przygotowania do największego święta chrześcijańskiego, Wielkanocy. Słowo „post” ma dzisiaj znaczeń wiele, katolikom kojarzy się jednak wciąż z gastronomią. Z tradycyjnym odróżnianiem ryby od ssaka i ptaka, które łatwo ośmieszyć (a ośmiorniczki?...). Sens ogólnych wskazań kościelnych jest jednak trudny do podważenia: chodzi o oczywistą dla wszystkich ludzi pracę samowychowawczą. Dobrze jest wzywać do niej szczególnie dzisiaj, ale czy nie jest nazbyt detaliczne rzymskokatolickie pouczenie, że można się dzisiaj posilić trzy razy, ale raz tylko „do sytości”. Czy nie jest to kazuistyka, której tak nie lubi papież Franciszek?
Ważniejszy niż brzuch jest tutaj nasz duch - a poza tym bliźni nasz bliski i daleki. I tu odwołam się do urzędowych reprezentantów Kościoła. Kardynał Kazimierz Nycz w mądrym liście pasterskim proponuje, żeby zaoszczędzone na poście fundusze przeznaczyć na pomoc mieszkańcom Syrii. A arcybiskup gnieźnieński prymas Wojciech Polak zapowiada, że w obchodzonym po raz pierwszy w tym roku 3 marca Dniu Modlitwy i Pokuty za księże grzechy wykorzystywania seksualnego małoletnich będzie się wraz ze swoimi współpracownikami modlił za ofiary tych haniebnych czynów, ale do pokuty i modlitwy w tej intencji wezwał wszystkich duchownych i osoby zakonne. Podobna pokuta jest na czasie właśnie w Wielkim Poście, czego zaznaczać nie muszę.

17:07, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
wtorek, 28 lutego 2017
Porzucić wszystko, czyli przecież niewiele

Ewangelia Marka 10,28-31
Dalszy ciąg, wręcz precyzyjna puenta perykopy wczoraj. Ci, co porzucą nie tylko swój dom, nie tylko swoje pola, ale i ich mieszkańców, całą swoją rodzinę z powodu Chrystusa i Ewangelii, otrzymają stokroć więcej tego teraz, w tym czasie, pośród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. Otrzymają tak wiele pośród prześladowań? To chyba znowu prorocza przesada, satysfakcja wtedy jest raczej moralna, tak zwany komfort psychiczny: chodzi tu po prostu o to, że można być szczęśliwym nie mając tego, co „normalnie” to szczęście zapewnia. A na koniec mamy tu ewangelijny refren: „Wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi”. Poznanianka sugeruje, że chodzi tu też o pierwszych,
czyli przodujących w społeczeństwie, czyli tam i wtedy kapłanów i faryzeuszy: zajmą w królestwie Bożym miejsce poślednie, a apostołowie i inni uczniowie – pierwsze. Ale podobny los spotka także bogaczy nieumiejących się z biedniejszymi dzielić.
A o filmie „Milczenie” napisało mi się tak.
Głośne myślenie
Traktat filmowy o Bożym milczeniu
Jonasz
W filmie Martina Scorsese, a przedtem powieści  Shusaku Endo oczywiście nie chodzi o milczenie człowiecze: o to, że są sytuacje, postępki, wybory tak trudne do oceny, że lepiej ugryźć się w język. O to na pewno też, ale przede wszystkim o dziwne zachowanie samego Boga. O Jego milczące patrzenie na ludzką niedolę. To dla niektórych najważniejszy problem ich wiary, problem teologii, który ma specjalną nazwę: teodycea. Po prostu apologetyka: jak bronić Boga przecież wszechmocnego, a zarazem wszechkochającego” przed zarzutem okropnej obojętności. Albo raczej przed poglądem, że nie milczy, tylko po prostu Go nie ma.
Tak, film jest nie tylko jak grecka tragedia, jest dziełem artystycznym zaprawdę genialnym, ale zarazem traktatem teologicznym. Stawia również pytanie, czy formalne, zewnętrzne wyznanie wiary jest zawsze warunkiem religijno-etycznym, którego niespełnienie czyni człowieka szmatą.
Jak każde udane dzieło artystyczne nie daje wyraźnej odpowiedzi. Mamy tylko parę ostatnich zdań usprawiedliwiających głównego bohatera, ale i Boga właśnie. Ojciec Rodrigues myśli tak: „Oto teraz popełniłem świętokradztwo i udzieliłem temu człowiekowi sakramentu, którym tylko kapłan [nie będący apostatą] może szafować. Kapłani potępiliby surowo moje
świętokradztwo, ale ja, chociaż ich zdradziłem, na pewno nie zdradziłem amtego Człowieka. Kocham Go teraz inaczej niż do tej pory. Abym poznał tę miłość, musiało się wszystko zdarzyć. Jestem teraz ostatnim chrześcijańskim księdzem w tym kraju. Tamten Człowiek nie milczał. A jeśli nawet On sam milczał, to całe moje dotychczasowe życie opowiadało o Nim”.
To cytat z książki wydanej w Polsce przez Znak, nie z filmu. Najpierw rzeczytałem, potem obejrzałem i to pierwsze zrobiło na mnie takie wrażenie, że film potem nieporównanie mniejsze. Powtórki działają przecież słabiej. Ale to czysta subiektywność: oba dzieła są genialne. W obu wieje przeraźliwa groza. Oraz myśl, co ja bym zrobił, gdybym stanął przed podobnym wyborem.
Na koniec problem religioznawczy, misjologiczny. Nawiasem mówiąc buddyści wypadają – choć raczej tylko w książce – inaczej niż w idealizujących wyobrażeniach Zachodu: łagodni jak baranki nie są. Przede wszystkim jednak myślę sobie tutaj, jak głosić Chrystusa w kulturach formowanych przez bardzo długie wieki, jakoś bardzo dojrzałych. Owszem, pewnie nie trzeba mówić, że Jezus, Budda, Konfucjusz, Mahomet to równorzędni mistrzowie duchowi, niech każdy ziemianin wierzy po swojemu i cześć. Ale przed wejściem do cudzego duchowego domu zdejmujmy nawet skarpetki.

17:35, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 27 lutego 2017
Beznadzieja powszechnego zbawienia?

Ewangelia Marka 10,17-27
Rozmowa z bogatym młodzieńcem. Mateusz tak go odmładza, Łukasz nie zajmuje się wiekiem, tylko pozycją społeczną i nazywa dostojnikiem, Marek pomija w ogóle podobne kwalifikacje, podaje natomiast, że ten ktoś pytając pada na kolana. A ma w tej pozycji problem z tym, jak osiągnąć życie wieczne. Jezus przypomina mu przykazania; nie wszystkie, natomiast jedno dzieli na dwa, rozszerza o kwestię w życiu częstszą: „nie zeznawaj fałszywie”, ale i „nie oszukuj” (Mateusz też przykazanie dodał, to o miłości bliźniego jak siebie samego). Tu kończę może nudne, mnie jednak takie biblistyczne detale pasjonują, porównywanie trzech wersji i przechodzę do sprawy w tej perykopie podstawowej. Jezus uzupełnia odpowiedź o pouczenie radykalne: „Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za mną”. Tu już mamy problem religijno-etyczny, przez Jezusa dalej akcentowany: „Jakże trudno tym, którzy w dostatkach pokładają ufność, wejść do królestwa Bożego”. Pada obrazowe zdanie słynne: „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa Bożego”. Hipotezy, że chodzi tu o linę okrętową (kamilon), nie wielbłąda (kamelon), albo że ucho igielne to nie coś takiego w igle, ale nazwa wąskiej bramy do świętego miasta, wydają mi się niepotrzebne. To jest po prostu mowa świadomie przesadna, czyli prorocza. Jednak zatem nie wynika z niej beznadzieja powszechnego zbawienia...
I tutaj mój komentarz, którego nie byłoby, gdybym nie nudził owymi detalami. Otóż tylko u Marka, choć uchodzi głównie za amatora mowy krótkiej i węzłowatej, szczegół dodatkowy, może jednak ważny: „Jezus spojrzał na niego z miłością” (tak Tysiąclatka i inne; Michał Wojciechowski tłumaczy dosłownie jako „A Jezus przypatrzywszy mu się, umiłował go”). Nie znaczy to przecież, że Chrystus spojrzał nań litościwie, wiedząc, że tego człowieka czeka piekło, może raczej przeciwnie: gdy ktoś jest komuś szczególnie bliski, chciałby, żeby był mu też bliski etycznie, stawia mu szczególne, radykalne wymagania. Oczywiście z nadzieją, że je spełni, a ów facet odszedł smutny – ale może nie sprzedał wszystkiego, niemniejgospodarował tak, żeby ubogich wspierać szczodrobliwie. Albowiem gdyby też nie bogacze majętni dzisiejsi, nie byłoby niejednej akcji bardzo sensownej: księdzu Stryczkowi kłaniam się serdecznie! Amen!

15:24, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
niedziela, 26 lutego 2017
Być jako ptak niebieski

Ewangelia Mateusza 6, 24-34
„Przypatrzcie się ptakom podniebnym: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec  wasz niebieski je żywi”. Słowa niemal skrzydlate, jeden z ważnych obrazów ewangelijnych. Kiedyś za głębokiej „komuny” cenzura chciała je wyciąć z drukowanego tekstu biblijnego, bo miałby utrudniać tak zwany wyścig pracy, demobilizując w tej mierze czytelników.
Sensu logionu nie trzeba chyba wyjaśniać: nie jest to wezwanie do lekkomyślności ani tym bardziej do lenistwa, nie żadne z goła potępienie roztropności, tylko nadmiernej „ciężkomyślności”. Ideałem moralnym nie jest „niebieski ptak”, jak się określa(ło) człowieka nieprzejmującego się niczym poważnym (na przykład płaceniem alimentów), ale ptak niebieski, czyli ktoś, kto też na przykład naruszy swój fundusz „na czarną godzinę”, gdy dowie się, że ktoś inny jest teraz bez grosza.

20:14, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
sobota, 25 lutego 2017
Pedagogika Ewangelii

Ewangelia Marka 10,13-16
„Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie, nie przeszkadzajcie im, do takich bowiem należy królestwo Boże” - powiedział Jezus z oburzeniem. Trzeba sięgnąć w przeszłość, by zrozumieć rewolucyjność owych słów, w tamte czasy, kiedy królowała taka pedagogia kija, że hej!
Dzieci jakby nie były wtedy ludźmi, osobami. Należały do zwyczajnego dobytku rodziców, wraz ze swoimi matkami - oraz niewolnikami. Przesłanie Ewangelii, także Pawłowe (”Ojcowie, nie rozdrażniajcie waszych dzieci, aby nie traciły ducha”, List do Kolosan 3,21) jest z gruntu inne. Inna rzecz, że nie dotarło od razu do różnych wychowawców, raczej dopiero w czasach nowożytnych. W wychowawczych instytucjach trwał na ogół rygoryzm niemal starożytny, co też zresztą ułatwiało molestowanie nieletnich. Panował w ogóle paternalizm, relacje partnerskie między rodzicami a dziećmi z trudem wkraczały do rodzin. Ciągle bardzo troszczono się o tradycyjną hierarchię we wszystkich strukturach społecznych, co kształtowało także ówczesną pozycję wychowanków.
Może nastąpił dziś jakiś przechył w drugą stronę, może dzisiejsza walka z każdym klapsem bywa pewną przesadą (choć dziwię się politykom hurrakatolickim, którzy chwalą się niemal, że dostawali pasem), ale o powyższych słowach Jezusa pamiętajmy zawsze i wszędzie.
PS. W tytule wpisu „pedagogika”, bo chodzi mi tam raczej o teorię, w samym tekście „pedagogia”, bo myślę o działaniu: rozróżnienie rzadko stosowane.

17:37, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
piątek, 24 lutego 2017
Charyzmat zwyczajnej uprzejmości

Mądrość Syracha 6,5
„Miła mowa przyciąga przyjaciół, a język uprzejmy miłe słowa.” Zaraz potem autor biblijny przestrzega przed przyjaciółmi życzliwymi tylko na pozór, takim, którzy nas opuszczą, gdy nadejdzie nieszczęście, i oczywiście ma rację, niemniej istnieje cnota zwykłej uprzejmości. Ksiądz, który nie jest uprzejmy zawsze, wszędzie i dla każdego, jest kapłanem niedobrym.
Wszystko można powiedzieć tak, by nie urazić: na ambonie, w konfesjonale (!), w kancelarii parafialnej, w szkole. Duchowny jest reprezentantem całej kościelnej instytucji, nie ma rady!
On przede wszystkim przyciąga do niej ludzi i nade wszystko on odciąga, na co dowodów legion. Znałem pewną panią, intelektualistkę katolicką, a jakże, która chwaliła się, że ma charyzmat mówienia rzeczy nieprzyjemnych. Dar to nie od Boga przecież, raczej wręcz przeciwnie.

19:00, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
czwartek, 23 lutego 2017
Miłosierdzie, grzech i cukiernica. Integryzm oraz „Klątwa”

Mądrość Syracha 5,1-8
Ewangelia Marka 9,41
Przesłanie perykopy z Księgi Syracydesa jest takie, żeby nie za bardzo liczyć na Boże Miłosierdzie. „U Niego bowiem jest miłosierdzie, ale i gniew, a na grzeszników spadnie Jego zapalczywość. Nie odwlekaj nawrócenia do Pana ani nie odkładaj z dnia na dzień; nagle bowiem gniew Jego przyjdzie i zginiesz w czasie odpłaty”. Argumenty powołujące się na stany emocjonalne Boga nie za bardzo do mnie trafiają, antropomorfizmów jakoś nie lubię, niemniej niewątpliwie jedyna decyzja, której nie można odwlekać, dotyczy nawrócenia.
Zarazem jednak czytamy u Marka, że „kto wam poda kubek wody do picia, dlatego że należycie do Chrystusa, nie utraci swojej nagrody”. Jest to argument za miłosierdziem mocny, chyba że przynależność do Chrystusa rozumie się konfesyjnie: jako członkostwo Kościoła chrześcijańskiego jakiegoś. Nieochrzczeni zasługują w takim razie najwyżej na pobyt pośmiertny w „otchłani”, razem z niemowlętami nieochrzczonymi: takie były wKościele poglądy niegdysiejsze. Jeśli natomiast nadziei mamy więcej, to może wręcz uznamy za uzasadnioną teologicznie przypowieść o człowieku, który znalazł się w niebie ze zdziwieniem, bo wydawało mu się, że na nie nie zasłużył. No więc siedzi z kilkorgiem zbawionych, zwierza im się ze swego miłego rozczarowania i słyszy tłumaczenie jakiejś dziewczyny: – Jak to, nie wiesz, za co tu jesteś? Nie pamiętasz, jak kiedyś siedzieliśmy też w kilka osób przy stole, piliśmy herbatę i podałeś mi cukiernicę?
Teraz wiadomość dnia…: skończyłem dzisiaj 84 lata. Duch Święty natchnął mnie, by sprawdzić, co na ten dzień w roku przeznaczył wybitny włoski pisarz katolicki, świecki duszpasterz wręcz, Alessandro Pronzato. Otóż okazało się, że coś absolutnie dla mnie, tematycznie i „tetycznie” (od słowa teza) napisał na dzisiaj w swoim książkowym kalendarzu z myślami na każdy dzień. „«Integryzm jest automatycznym dystrybutorem.Naciskasz przycisk i wychodzi odpowiedź, odpowiednia i gotowa do użycia (Jean Montaurier) ».Różnica w stosunku do dystrybutorów określonych produktów jest taka, że niekiedy się zacinają, wywołując w nas gniew (uderzamy w nie, by przynajmniej oddały pieniądze, które złodziejsko przetrzymują), integryści zaś nie zacinają się nigdy – niestety – i hurtem wyrzucają (chciałem powiedzieć: wypluwają) odpowiedzi. Dlatego budzi się w nas chęć grzmotnięcia ich w usta: by połknęli słowa, które z nich płyną. Ten sam autor [to znaczy ten Montaurier - JT] zauważa, że »integryzm służy do użytku zewnętrznego«. Nie jest łatwe, byte przygotowane wcześniej odpowiedzi przeniknęły do środka, drążyły w żywym ciele i dotarły do sedna problemów. Jedyną obroną jest trzymanie się od nich z daleka. I przekonanie się, ze brak odpowiedzi jest znacznie bardziej budujący niż nazbyt przewidywalna odpowiedź. Zapytajcie o to Hioba.” Genialna charakterystyka teologicznego konserwatyzmu!
Książka Wydawnictwa Księży Marianów PROMIC (przekład Krystyny Kozak) zwie się po polsku „Radość na każdy dzień” sprawiła mi urodzinową radość dużą! Potwierdziła tym tekścikiem moje tyloletnie starania, by ukazywać katolicyzm inny: poszukujący odpowiedzi, niezadowalający się stwierdzeniem, że tak uczy Kościół i kwita. Nielekceważący wątpliwości mnożących się w środowiskach zlaicyzowanych, a i w tych nadal głęboko religijnych, ale właśnie myślących głębiej niż katechizmowe formułki.
PS. Integrystą nie jestem, ale przedstawień w rodzaju owej „Klątwy” nie lubię. Mówię ogólnie: przedstawień, raczej w ogóle tego typu sztuki. Po prostu mam inny gust. Ale też dlatego nie obejrzę i tyle. Za zakazami nie jestem: takie klątwy to tylko reklama dla sztuki podobnego typu. Może zresztą reżyser ma dobre intencje, ale chęć zabłyszczenia też chyba potężną.

11:03, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
środa, 22 lutego 2017
Opoka, owszem, ale nie z żelaza

Ewangelia Mateusza 16,13-19
Cykl cytatów z ewangelii Marka zostaje przerwany, bo przypada dziś liturgiczne wspomnienie rzymskiej katedry św. Piotra: trzeba też tutaj napisać o roli apostoła opoki. O Jego wyznaniu, że Jezus jest Mesjaszem. Jest nim w sensie szczególnym, w którym ta oczekiwana przez Żydów postać nabiera rysów ponadludzkich, co – jak gdzieś przeczytałem – dojrzewało jeszcze przed ewangeliami: rysów Mesjasza, Syna Bożego. Ale w odpowiedniej wersji Markowej, inspirowanej przez samego Piotra, który samokrytycznieuznał, że to nie cała prawda o nim, mamy potem kontrapunkt. Jezus zapowiada swoją mękę i śmierć z rąk żydowskiej elity, Piotr odwodzi Go od takich myśli, na co On nazywa go wręcz szatanem, bo „trzeba się zaprzeć samego siebie”, wziąć, jak Jezus, swój krzyż. Wizja papiestwa jakby ostrzegająca przed tym, co Kościołowi grozi, co bywało skandaliczne we wczesnym średniowieczu, przed stopniowym wynoszeniem Piotrowego następcy ponad cały rodzaj ludzki. Sam Piotr zaparł się kiedyś Jezusa, niektórzy jego następcy zdradzali Go jeszcze gorzej. Opoka bywała krucha.
PS. Trzeba tu dodać najpierw poważnie coś ważnego: u Marka nie ma natomiast, może też na życzenie samego Kefasa, słów zapisanych u Mateusza : ”I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”. Trzeba, po drugie, zaznaczyć, że taką samą władzę nauczania moralnego dał Jezus wszystkim apostołom: Ewangelia również Mateusza 18,18, także Janowa 20,23, czyli władza w Kościele jednak kolegialna. I nie zaszkodzi zakończyćbrodatym dowcipem, owszem, nawet rzymskokatolickim: któryś papież umarł w nocy, poszedł zaraz do nieba, ale tam też wszyscy śpią, nie może się dopukać, a dzwonków elektrycznych nie ma. W końcu walnął w drzwi tak, że kogoś obudził, ale i zezłościł: - A co, własnych kluczy nie masz?!
Niech będzie jednak jeszcze jeden dopisek: myślę sobie, że Franciszek swoją reformatorską śmiałością, przede wszystkim w sprawie rozwodników, zmienił trochę pozycję papiestwa w swoim Kościele: jego autorytetu bronili tradycjonaliści, nadszarpywali je rzecznicy zmian, teraz jest sytuacja odwrotna. W trudnej sytuacji znalazł się główny urzędowy obrońca doktryny, szef odnośnej kongregacji kardynał Müller: zajmuje stanowisko faktycznie kwestionujące nowatorstwo Franciszka, bo twierdzi, że rozwiedzeni mogą przystępować do Komunii tylko wtedy, jeżeli rezygnują z seksu. Taką swoją egzegezę adhortacji papieskiej„Amoris laetitia” uważa za obowiązującą i krytykuje innych hierarchów, osobliwie swoich kolegów niemieckich, za poglądy odmienne. Panta rei...

13:59, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
wtorek, 21 lutego 2017
Nie chcieć być biskupem

Ewangelia Marka 9,30-37
Jezus nie ma ochoty błyszczeć przed tłumami swoją siłą uzdrowicielską, usiłuje się ukrywać. Rozmyśla ciężko nad tym, co Go czeka. Powiada uczniom: „Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie”. Ale takie słowa do nich są raczej grochem o ścianę. „Nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać”, może, ponieważ wiedzieli, że drażni Go taka ich tępota duchowa. Zresztą mieli problem zupełnie inny. Tak inny od znanej im przecież trochę Jego skali wartości, że bali się przyznać do podobnych zainteresowań: „Posprzeczali się w drodze o to, kto z nich jest największy”
Ale On przejrzał ich i powiedział: „Jeśli ktoś chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich”. W Towarzystwie Jezusowym, zakonie Franciszka z Argentyny, jest takie kryterium awansu: podpada potężnie ten, który dąży do biskupstwa.
Niestety nie bywa tak we wszystkich wspólnotach katolickich, a zresztą chyba nie zawsze łatwo wykryć u kogoś takową potrzebę bycia „większym”. W każdej zaś strukturze mocno zhierarchizowanej żądza awansu nęka niejednego, na co papież Bergoglio wybrzydza wciąż, ile wlezie.
A swoją drogą antyhagiograficzność Biblii zadziwia mnie nieustannie i buduje moralnie: swoich bohaterów przedstawia bardzo realistycznie, grzechy ich niemal akcentuje. Skąd się potem wzięły bajeczki dla grzecznych chrześcijan?

11:05, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 lutego 2017
Epilepsja, islamizm i dialog

Ewangelia Marka 9,14-29
Obszerny opis uleczenia opętanego. Objawy były takie, że chłopiec był niemy i głuchy, a poza tym rzucał się i pienił, zgrzytał zębami i drętwiał. Przyszło mi do głowy, że to mogła być po prostu epilepsja, czyli jednak choroba „naturalna”, a potwierdziła to w przypisie Biblia Poznańska. Ba, w samym tekście odpowiedniej relacji Mateusza (17,14-21) chłopak nazwany jest właśnie tak, epileptykiem! Choć tamta wersja też sugeruje oczywiście, bo taka była epoka, „nadnaturalność” przypadku. Co więcej jeszcze, jeśli to były zjawiska naturalne, to może inne „opętania” również. Tym bardziej, że w tekście dzisiejszym niemota i głuchota, kalectwo równie zwyczajne, nazwane jest: „ma ducha niemego”. Tak rzecz określił jego ojciec, ale ewangelista też tu widzi „ducha nieczystego”, co więcej, sam Jezus wyrzucając go mówi doń: „duchu niemy i głuchy”. Można to wyjaśnić w ten sposób, że On jako człowiek mówił, ale i myślał w niejednej „ziemskiej” sprawie po „ziemsku”, czyli zgodnie z epoką, ale spróbuję skomentować inaczej. Jezus mógł wiedzieć więcej niż ludzie tamtocześni, ale nie czuł się w obowiązku oświecać ich naukowo. Szczególnie, że z punktu widzenia religijnego każde ludzkie nieszczęście jakoś pochodzi od Szatana.
Tyle tylko, że jak twierdzę uparcie, dużo wyraźniej, bo to potworność o wiele większa, pochodzi od niego na przykład ów dzisiejszy nurt islamu tak agresywny morderczo. A to skojarzyło mi się z książką, którą właśnie czytam: Joanna Petry Mroczkowska, „Bóg, islam i ojczyzna”. Rzecz wydana niedawno przez Znak na stulecie śmierci bł. Karola de de Foucauld, który miał z tamtą religią związki bardzo silne. Owszem, zamordowali go ludzie wyznający islam, ale z innymi przyjaźnił się serdecznie, wręcz przyjął z powrotem chrześcijaństwo, wktórym był wychowany, jakoś poprzez religię proroka Muhammada. Reklamuję tutaj wymienioną książkę, bo dostarcza ona bardzo wiele wiadomości nie tylko o Karolu, także w ogóle na temat dialogu z islamem: dużo tu na temat podobnych inicjatyw, sporo o wybitnej postaci francuskiej, Ludwiku (Louis) Massignon, ogromnie w ten dialog zaangażowanej.

13:39, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
niedziela, 19 lutego 2017
Nadstaw drugi policzek

Ewangelia Mateusza 5,39
„A ja wam powiadam: nie stawiacie oporu złemu, lecz kiedy ktoś cię uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi”.
Najpierw informacja: chodzi tu o uderzenie w prawy policzek, ale wierzchem dłoni, co uchodziło u Żydów za zniewagę większą niż to samo dłonią otwartą. A zaczyna się od policzka prawego, bo bijąc oczywiście ręką prawą o wiele to łatwiejsze.
Teraz o sprawach mniej technicznych. Nie stawiać oporu złemu (złu) - sprawa nie jest moralnie prosta. Opór ów obowiązkowy, chodzi natomiast o używane środki. Powinny być tak zwane ubogie, czyli non violence, działanie bez przemocy, bez użycia siły, jakiejkolwiek poza duchową. Ideał moralny to wskazany Ewangelią (krzyż) równie znany, jak trudno osiągalny. Co więcej, grozi faktycznym oportunizmem: pokorne cielę dwie matki ssie, człowiekowi ducha bardzo łagodnego może łatwo brakować odwagi cywilnej, żeby się czasem „postawić”: nie tyle we własnej obronie, bo to na ogół łatwiejsze, ile mniej egocentrycznie. Na dzisiaj tyle, raczej aż tyle.

19:59, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
sobota, 18 lutego 2017
W szatach lśniących nieziemsko

Ewangelia Marka 9,2-13
Przemienienie, opisane też oczywiście przez innych synoptyków (przypominam, że to nie meteorolodzy, ale ewangeliści Mateusz, Marek i Łukasz: wszyscy trzej napisali tak, że można zestawić obok siebie ich podobne również tematycznie relacje, co w przypadku ewangelii Jana bardzo trudne). Są oni zgodni w tym, że Jezus zabiera na nienazwaną górę Piotra, Jakuba i Jana (Andrzeja jakoś nie) oraz we wszystkim, co tutaj ważne. A ważne jest, że daje im znak swojej boskości: owe szaty lśniące w sposób nieosiągalny dla żadnego ziemskiego folusznika ( Marek tak tę biel zaznacza). Przede wszystkim jednak takim znakiem jest głos z obłoku: „To jest Syn mój umiłowany, Jego słuchajcie”. Z tym, że zjawia się też tutaj tak zwany sekret mesjański, u Marka akcentowany szczególnie: „Nie rozpowiadajcie o tym, zanim Syn Człowieczy zmartwychwstanie”.
Kontrapunktem dla tej, póki co, chwilowej chwały są Jego dalsze słowa: „Syn Człowieczy musi [przedtem] wiele wycierpieć i być wzgardzony”. Przydałoby się nam kiedyś zobaczyć Go choćby i bez tego cudownego odzienia... Nie każdemu to wciąż dawane.

14:04, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
piątek, 17 lutego 2017
Co nam mówi wieża Babel?

Księga Rodzaju 11,1-9
Niełatwo mi „blogować” na temat Biblii. Pewnie jestem w swoich wpisach nazbyt hermetyczny, zakładam u czytelników wiedzę nazbyt zaawansowaną. Jest owej wiedzy dowcipny miernik. Zagadka: dokończ zdanie „Była sobie wieża Babel, a Kaina zabił...”. Obawiam się, że wielu młodych katolików dzisiejszych zrymowałoby od razu albo raczej nie wiedziałoby w ogóle nic o obu braciach.
W każdym razie donoszę, że dzisiejsza tytułowa budowla to według Pisma Świętego pomysł ludzi, którzy chcieli mieć coś takiego sięgającego nieba, punkt obserwacyjny pozwalający im nie rozproszyć się po całej ziemi. Niełatwo pojąć, czemu Bóg uznał tę normalną ochronę przed jakimś niebezpieczeństwem za amoralną i „pomieszał im język [dotąd wspólny], aby jeden nie rozumiał drugiego”. Mówiąc bardzo uczenie: jest to zatem biblijna hipoteza na temat genezy sytuacji lingwistycznej? Ale gdzie tutaj właśnie związek wymienionej intencji budowniczych z gniewną reakcją Najwyższego? Niektórzy bibliści tłumaczą to tak, że dlapiszącego wieża (fakt rozpoczęcia budowy chyba historyczny) była symbolem bałwochwalstwa babilońskiego, i najpewniej mają rację, ale w tekście o tym ani słowa. Nie ma też wyraźnej werbalnej podstawy do innej interpretacji, której mnie uczono: że zamiar zbudowania takiego arcywieżowca grzeszył pychą, zarozumiałym przecenianiem własnych możliwości: „A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić”. Myślę, że zdecydowała w istocie owa niechęć do cudzej religii, jej wyznawców, wkażdym razie czegoś mi w tekście biblijnym brak. Duch Inspirator, nie Adiustator, co widać w całej Księdze (antologii ksiąg!) nierzadko. A w tej perykopie Bóg jawi się jako dziwny zazdrośnik, ludzkiemu postępowi technicznemu niechętny, a nawet jakby niezadowolony, że „wszyscy są jednym ludem i mają jedną mowę”.
Bracia ewangelicy słusznie twierdzą, my teraz również, że Biblię trzeba upowszechniać, ale oczywiście roztropnie, szczególnie pośród niedouczonych w tej mierze katolików. To lektura trudna, o niezrozumienie, złe zrozumienie naprawdę bardzo łatwo. Amen.

12:27, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
czwartek, 16 lutego 2017
Tęcza, czyli na koniec miłosierdzie

Księga Rodzaju 9,1-13
Bóg teraz bardzo łaskawy. Błogosławi Noego i jego synów (córki pewnie też, ale one nieważne), uspokaja i oddaje im we władanie wszystko. Zakazuje też spożywania mięsa (zwierzęcego) z krwią, która jest symbolem życia (tak zwane prawo noachickie) oraz zabijania ludzi: „Jeśli ktoś przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelewana krew jego, bo człowiek został stworzony na obraz Boga”.
Z tym zabijaniem ludzi jak wiadomo wielki moralny problem, z czasem wojny sprawiedliwej i kary śmierci, czyli historia myśli etycznej bardzo długa, zakończona szczęśliwie odpowiednią wrażliwością chrześcijan wielu. W każdym razie puentą opowieści jest przymierze z ludźmi i całym żywym stworzeniem, obietnica, że „nigdy już nie zostanie zgładzona wodami żadna istota żywa”. Znak owego przymierza - tęcza. Miałem ochotę przygadać znów autorowi biblijnemu zauważając, że potopy, choć pewnie mniej rozległe, mimo tęczowego przymierza nachodzą ziemię ciągle (tsunami), ale się pohamowałem, bo nie jestem świeckim religioznawcą z epoki szczęśliwie minionej. Mówiąc inaczej, stwierdzam różnicę między umysłowością ludzi sprzed dwudziestu kilku, jeśli nie trzydziestu kilku wieków, a naszą,  i nawet się ową różnicą dziwię, ale nie sugeruję, że tekst jest wobec tego niewarty lektury. Rozumiem go jako przesłanie o Bożym miłosierdziu, które nadchodzi z naszego, dzisiejszego punktu widzenia późno, dopiero gdy tyle stworzeń zginęło, niemniej w końcu nadchodzi, nawet jakby z ogólną zmianą Bożego stosunku do własnych stworzeń. Antropomorfizm, to oczywiste, ale i - aby było następne słowo uczone... - mizerykordyzm (od misericordia  - miłosierdzie). A tamta woń ofiary oznaczać może przecież sygnał, że człowiek, Noe, który tu reprezentuje całą ludzkość, też się nawrócił  zrozumiał swój błąd.

22:42, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
środa, 15 lutego 2017
Pan Bóg zupełnie jak człowiek

Księga Rodzaju 6-13.20-22
W tegorocznym cyklu biblijno-liturgicznym wspomina się potop tylko ułamkowo: jego zakończenie oraz wywołaną przezeń zmianę w postawie duchowej Boga. Czytamy zatem o ptakach wysyłanych na zwiady i o całopalnej ofierze, jaką złożył Noe dowiedziawszy się, że ziemia już prawie sucha. No i mamy w tekście biblijnym antropomorfizm dużej klasy. Otóż „gdy Pan poczuł miłą woń [pieczonego mięsa], rzekł do siebie:- Nie będę już więcej złorzeczył ziemi ze względu na ludzi, bo usposobienie człowieka jest złe już od młodości.
Przeto już nigdy nie zgładzę wszystkiego, co żyje, jak to uczyniłem. Będą zatem istniały, jak długo trwać będzie ziemia: siew i żniwo, chłód i upał, lato i zima, dzień i noc”. Dziwne to słowa, dziwny to obraz Boga, któremu wystarczył zapach złożonej mu ofiary, żeby niespodziewanie zmienił swój stosunek do rodzaju ludzkiego. Podobne uczłowieczenie Absolutu zdarza się w Biblii nieraz, ale tu razi dzisiejszego czytelnika szczególnie. Bóg tak zmienny w nastrojach jest dla nas niemal zabawny. Może trochę dlatego, że nie zdajemy sobie sprawy, ile w nas ciągle podobnej, choć mniej prymitywnej skłonności do wyobrażania sobie Stwórcy na nasz obraz i podobieństwo. Na koniec pytania o sens niektórych zdań: co tutaj może znaczyć powiedzenie o złości ludzkiej od młodości? Ano ma zapewne usprawiedliwić człowieka trochę jako coś, na co nie ma rady - ale to też myśl zrezygnowana dziwnie jakoś niepasująca do Wszechmocnego. A te pory produkcji rolnej, w ogóle roku oraz doby mają być symbolem porządku, który znowu wróci do normy.
PS. Komentując dzisiejszy tekst w przypisie Biblia Poznańska podała, że w poemacie ludu ościennego „Gilgamesz” mamy w opisie potopu też coś o miłym zapachu ofiary, tyle że wdychają go bogowie, a u nas monoteizm. Wydaje mi się zresztą, że owa opowieść o wodnym kataklizmie znalazła się w Biblii głównie dlatego, że jest w tamtym sławnym utworze.

14:14, jan.turnau
Link Komentarze (35) »
wtorek, 14 lutego 2017
Cyryl i Metody, czyli święta pochwała inności

Ewangelia Łukasza 1,3
„Idźcie, oto posyłam was jak owce między wilki.”
Dzisiaj w Kościele rzymskokatolickim dzień świętych Cyryla i Metodego, mających tutaj tytuł patronów Europy. Tenże mój Kościół wybrał na dzisiaj fragment Ewangelii Łukasza, gdzie padają słowa powyższe. Kto zagraża religijnym posłańcom? Oczywiście ludzie innej wiary albo niewiary, narzucanej siłą, nieraz jednak również ludzie wiary właściwie tej samej, ale wyrażanej w innym języku. W sensie teologicznym albo tylko filologicznym, jak to było z owymi apostołami Słowiańszczyzny. Albowiem inność niektórych kole w oczy, o co w sprawach religii nietrudno, bo ta kojarzy się z nienaruszalnością tradycji. Niektórzy wówczas twierdzili, że mogą być tylko trzy języki kościelne: hebrajski, grecki oraz łacina, choć tej trzeciej w Piśmie Świętym nie uświadczysz (przodkowie lefebrystów...?). Ile w tym było troski o czystość doktrynalną, ile o zakres własnej władzy terytorialnej ówczesnych biskupów niemieckich, to inna sprawa.
Inność jako temat filozoficzny. Znak wyda za miesiąc w jednej książeczce trzy teksty księdza Tischnera, będące fragmentami książki, której nie zdążył skończyć. Publikowano je osobno, będą teraz do czytania razem, pod tytułem „Inny. Eseje o spotkaniu”. Właśnie eseje, bo tak literacko tworzył filozofię wielki Józef z Krakowa. Próbka stylu - pierwszy tekst zaczyna się tak: „Spotkanie z innym jest wydarzeniem, które otwiera przed spotkanym i spotykającym nowy wątek dramatyczny. Bodaj pierwszym następstwem spotkania jest zmiana znaczenia przestrzeni, w której znajduje się spotykający. Przestrzeń zaczyna przypominać skrzyżowanie dróg. Inny, którego spotykam, znajduje się w ruchu, co sprawia, że i we mnie budzi się świadomość możliwego ruchu. On może się oddalić i odejść - i ja mogę odejść i przybliżyć się”. Posłowie napisał Dobrosław Kot. Z czwartej strony okładki przepisuję: „Czy inność jest tym, co oddziela mnie od drugiego, czy przeciwnie? Co jest potrzebne, żeby inny stał się bliskim? W świecie, w którym ludziom - nawet podobnym do siebie, należącym do jednej wspólnoty, ukształtowanym przez tę samą tradycję - coraz trudniej się spotkać, Tischnerowska refleksja o spotkaniu nabiera wyjątkowego znaczenia”.

14:51, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 13 lutego 2017
Kain, Abel i zazdrość mordercza

Księga Rodzaju 4,1-15.25
Było tutaj przez kilka dni o grzechu zwanym u katolików pierworodnym, przyszedł czas na opowieść o grzechu konkretnym, zwanym u nas „uczynkowym”: o bratobójstwie. Najpierw w związku z tym wspomnienie świętej pamięci arcybiskupa Życińskiego: dowcipkował, że chociaż jest ekumenistą szczerym, nie może nazywać biskupa prawosławnego również lubelskiego Abla swoim bratem, bo Kainem nie jest. A był ekumenistą naprawdę, w ogóle hierarchą wielkiej mądrości, śmierć jego sześć lat temu (wczoraj była rocznica) to strata dla mojego Kościoła niepowetowana.
Teraz o treści dzisiejszej perykopy. Nie bardzo wiadomo, czemu nie podobał się Bogu od razu ten starszy brat (najstarszy, po Ablu był jeszcze Set), czemu Pan nie chciał patrzeć na niego i jego ofiarę, a na Abla i jego ofiarę wejrzał, wzbudzając u Kaina trochę zrozumiałą zazdrość. Czemu Bóg powiedział mu, że postępuje źle? Czemu jakby taka narracyjna antycypacja? Może grzeszył on jednak jeszcze nie czynem potwornym, ale jakąś głęboką złością swoją. Czytaliśmy wczoraj przecież słowa Jezusa: „Aja wam powiadam: - Każdy, kto gniewa się na swojego brata, podlega sądowi”. Same emocje są do pewnego stopnia neutralne moralnie, ale trzeba je kontrolować, pilnować, by się nie rozpalały za bardzo, jakoś je studzić. Aby jednak zrozumieć tekst biblijny, trzeba przede wszystkim pamiętać to, co powtarzam uparcie: Duch Święty Inspiratorem, nie adiustatorem, redaktorem dokładnym. Ważna perykopy myśl podstawowa: motorem grzechu bywa często zazdrość, rodząca zawiść zapiekłą i wściekłą.

14:09, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
niedziela, 12 lutego 2017
Radykalizm etyczny ewangeliczny. Prawosławie, prawosławie, prawosławie...

Ewangelia Mateusza 5,21-32
Perykopa ważna etycznie: nie zabijaj, nie cudzołóż. Nie zabijaj nawet słowem obraźliwym, nie cudzołóż nawet wzrokiem pożądliwym. „Każdy, kto oddala swoją żonę [dając jej list rozwodowy]- poza wypadkiem nierządu – naraża ją na cudzołóstwo”; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się też cudzołóstwa”. Zauważmy najpierw, że mąż ma tu większe prawa niż żona, bo ma prawo do inicjatywy, ona nie, więc Jezus broni tu kobiet. Broni przed prawem dla nich bezlitosnym, jeśli można było wyrzucić żonę na bruk samotności i nędzypod byle pretekstem (Pwt 24,1). Stanowisko Jezusa jest bardziej radykalne niż żydowskie, trzeba je jednak dobrze rozumieć. Rady w rodzaju „jeśli więc prawe oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie” nakazują większą etyczną wrażliwość, ale przecież nie oślepianie się. Zatem nie zrównanie wzrokowych skojarzeń seksualnych z niewiernością małżeńską. Nie każdy grzech przeciw temu przykazaniu należy do tak zwanych ciężkich.
Mamy tu jednak duży problem egzegetyczny z tym „przypadkiem nierządu”. Albo chodzi tu o wyjątek w postaci małżeńskiej niewierności (tylko kobiety), albo o małżeństwo z punktu widzenia prawa żydowskiego nielegalne, choć uchodzące za ważne. Pierwszą interpretację stosuje prawosławie, drugą (rzymski) katolicyzm. Franciszek w swojej adhortacji „Amoris laetitia” poszedł poniekąd po linii prawosławnej, ale bez powoływania się na wyrażenie Mateuszowe: raczej, jak też to robią swoją drogą prawosławni, na miłosierdzie. O prawosławiu napisałem do „Buntu Młodych Duchem” taki megafelieton, wklejam go tutaj, zanim się tam ukaże.
Notatnik zwariowanego ekumenisty
Patriarcha Atenagoras:”Sypialnia małżeńska jest miejscem świętym: nie wchodzę tam”
PRAWOSŁAWIE W KŁOPOTACH, ALE MY TEŻ
Może jednak nie jestem całkiem zwariowany, samotny Don Kichot na pustyni obojętnych. Są w Polsce ludzie interesujący się tym mniej niż milionem innych chrześcijan. Tymi, co to nie są katolikami - i to konkretnie rzymskimi: bo mamy przecież nad Wisłą dwa Kościoły katolickie również, ale biskupowi rzymskiemu zupełnie niepodległe: Kościół Starokatolicki Mariawitów oraz Polskokatolicki; oba należą jakoś do jeszcze jednej rodziny chrześcijańskiej zwanej starokatolicką, oddzielonej od Rzymu po ogłoszeniu dogmatów o prymacie inieomylności papieża. Jeszcze jednej obok rzymskokatolickiej, prawosławnej, protestanckiej, czyli ewangelickiej, oraz anglikańskiej. Co tutaj króciutko przypomniałem, aby zająć się dłużej prawosławiem.
W warszawskim Klubie „Tygodnika Powszechnego”
Ano powstały takie miejsca spotkań, niezależne od Klubów Inteligencji Katolickiej. Czasem jak w Warszawie z KIK-iem bardzo zaprzyjaźnione, gdzie indziej niekoniecznie. „Tygodnik Powszechny” to wręcz rodzaj hasła: od wieków (ur. 1945) pismo otwarte na różną inność, także wyznaniową, co w ojczyźnie naszej regułą zgoła nie jest. A więc na przykład KTP warszawski w czwartek 12 stycznia zaprosił do siebie „z wygłosem” teologa prawosławnego, profesora Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej, ks. Jerzego Tofiluka. Temat: prawosławiewłaśnie, przy czym występ miał formę rozmowy, odpowiedzi na pytania, które zadawałteolog rzymskokatolicki z UKSW, ks. prof. Andrzej Perzyński. Sprawy przeróżne.Rzymy są aż trzyStatystyka: przeszło pół miliona wyznawców, głównie na Podlasiu, parafie głównie wiejskie. To w Polsce, a w świecie ok. 260 milionów, z tego przeszło połowa w Rosji, na Ukrainie i na Białorusi podlega patriarchatowi moskiewskiemu (także w Chinach, Japonii, Mołdawii, Azji Środkowej i krajach bałtyckich). Padło pytanie, co będzie z Ukrainą, z jej chęcią kościelnego uniezależnienia się od Rosji: ks. Tofiluk odpowiedział, że Cerkwie krajowe zyskują z czasem całkowitą niezależność (tak zwaną autokefalię), więc i to nastąpi nad Dnieprem, także na Białorusi, Litwie, Estonii, ale jeszcze nie zaraz.Tak zwany trzeci Rzym, czyli Moskwa, góruje statystycznie potężnie nad drugim, czyli Konstantynopolem. Tamten ma siłę, ten autorytet – powiedział ks. Tofiluk. Starał się jednak, jak w ogóle Cerkiew polska, o „ponadcerkiewność”: ocenił, że obie te stolice kościelne mają tendencje, jak je nazwał, polityczne, czyli do mocnego przewodzenia w prawosławiu. Moskwa ma do tego tytuł liczbowy, Konstantynopol to przy niej wspólnota niemal znikoma: nie podlega tej stolicy nawet Cerkiew grecka. Słyszałem, że z woli samego dawnego Bizancjum: nie chciało, by bardzo konserwatywne religijnie Ateny należąc doń ciążyły na jego decyzjach: w każdym razie mają one obecnie autokefalię. Drugi Rzym natomiast przewyższa znacznie trzeci powagą swojego starożytnego wieku: należy do Kościołów prawosławnych najstarszych, obok oczywiście Rzymu pierwszego, Aleksandrii, Antiochii i Jerozolimy (kiedyś to była tak zwana Pentarchia). Ma nawet specjalny tytuł patriarchatu ekumenicznego. Zyskał go w grze z Rzymem pierwszym, otrzymał za jakieś ustępstwo na rzecz tamtego. Trzeci jest młodszy o wiele: dopiero z wieku XV-ego.
Sobór wszechprawosławny potrzebny
W historii chrześcijaństwa było siedem soborów wspólnych, Wschodu i Zachodu, ostatni tak jak i pierwszy w Nicei, w roku 787, potępił herezję ikonoklazmu, broniąc czci dla świętych obrazów. Potem już ostatecznie nie było ani jednego. Co więcej, o ile na Zachodzie praktyka soborów jest kontynuowana, choć Wschód uznaje je tylko za lokalne, to w prawosławiu stopniowo zamierała. Różne były tego przyczyny, także oczywiście upadek cesarstwa wschodniego. Centrum prawosławia przenosi się z czasem po trochu do Moskwy, ale tam soborowa idea jakoś długo nie znajduje zrozumienia, jak też właśnie w ogóle w prawosławiu. Bo też nie sprzyja temu istnienie dwóch ośrodków dominujących: kolejnych Rzymów. Konstantynopol posądzany jest np. przez metropolitę Hilariona z patriarchatu moskiewskiego o dążenie do prawosławnego „papizmu”, o takie władcze rozumienie swego honorowego pierwszeństwa (napisał o tych sporach ciekawie w magazynie „Rzeczpospolitej” „Plus Minus” w numerze z 18-19 czerwca 2016 Łukasz Kobeszko). Objawiło się to potężnie, gdy patriarsze Konstantynopola Bartłomiejowi I udało się w końcu w czerwcu 2016 r. zgromadzić sobór prawosławny na Krecie. Moskwa oraz uzależnione od niej w różny sposób patriarchaty antiocheński, gruziński i bułgarski odmówiły udziału. Moskwa wprawdzie później wydała oświadczenie pojednawcze, ale sytuacja wygląda źle.
A sprawa Jedności?
Nie jest też bynajmniej jednakowe podejście prawosławnych do ruchu ekumenicznego. Ośrodek konstantynopolski był tego ruchu właściwie współtwórcą. Wyczytałem w ważnej dla mojego tematu książce profesora Karola Karskiego „Od Edynburga do Porto Alegre. Sto lat dążeń ekumenicznych”, że : 1920 roku patriarchat ten wystosował do wszystkich Kościołów na świecie orędzie wzywające do stworzenia wspólnoty Kościołów, której celem byłaby wzajemna pomoc: różnice dogmatyczne nie mogą stanowić przeszkody we wspólnym działaniu. Patriarchat moskiewski dał się natomiast namówić do uczestnictwa w Światowej Radzie Kościołów dopiero z nadejściem politycznego odprężenia w r. 1961. Tworzy się poza tym dzisiaj stopniowo sytuacja, w której stosunki pierwszego Rzymu z drugim ocieplają się coraz bardziej, z trzecim z dużymi oporami. Watykan robi, co może, by nie wyglądało to na chęć rozbicia prawosławia: Franciszek doprowadził do spotkania z patriarchą Cyrylem I na Kubie, ale równoległości w przyjaźni nie ma. Na przeszkodzie staje ciągle sprawa tzw. uniatyzmu, czyli istnienia struktur kościelnych wschodnich podporządkowanych papiestwu. Nie ma raczej tego rodzaju kłopotów Konstantynopol, na terenie Ukrainy natomiast działa bardzo aktywnie Kościół greckokatolicki, zwący się raczej bizantyjsko-ukraińskim, który jest wciąż solą w oku Moskwy. Utrudnia sytuację jeszcze bardziej agresja rosyjska na Ukrainę, mimo że traktowana przez Watykan ze względów dyplomatyczno-ekumenicznych niezwykle ostrożnie, ku rozżaleniu ukraińskich unitów. Warownie i mury obronne No właśnie, są w tej rodzinie wyznaniowej spory po prostu o „rząd dusz”, o władzę, o prestiż, kto ważniejszy, ale do tych nazbyt ludzkich spraw przecież rzecz się nie sprowadza. Jakie jest jej teologiczne, wręcz doktrynalne meritum? Otóż wydaje mi się, że mamy w prawosławiu rosyjskim, ale w innych też, bastiony religijnego konserwatyzmu. Dawno już miałem dowody na to, że jest tam nie jeden, jak u nas, ośrodek w rodzaju Radia Maryja, ale bardzo wiele.
Znalazłem na przykład taką informację jeszcze sprzed Soboru Kreteńskiego. „Metropolita Władywostoku i Nadmorskiego Kraju Beniamin nie wykluczył w gazecie prawosławnej «Ruś Dierżawnaja», że USA dla własnych celów wywarły wpływ na patriarchat Konstantynopola, głównego organizatora soboru. Pochwalił Cyryla i ŚwiętySynod za odmowę uczestnictwa, ale gdyby jednak patriarchat moskiewski uczestniczył, to należy zachować roztropność, cierpliwość, nie wydawać pochopnych sądów, nie rzucać klątw ani nie godzić się na ustępstwa doktrynalne, które mogą doprowadzić do braku jedności. Wezwał władze kościelne i zwykłych wiernych do jedności i niepodważalności wiary.”
To i tak wypowiedź delikatna. Za spotkanie z Franciszkiem Cyryl krytykowany był w swoim kraju dużo ostrzej. Zarzucano mu uleganie zgubnym ideom ekumenizmu, zbliżenie z heretykiem. W niektórych klasztorach przestano wymieniać jego imię w liturgii. Ekumenizm powszechny w Rosji to chyba przyszłość nie najbliższa.Oraz wiadomość Katolickiej Agencji Informacyjnej z 1 listopada 2016: „Musimy być czujni, bo w Brukseli realizują plan dechrystianizacji Europy – powiedział prawosławny arcybiskup Aten Hieronim II. Według hierarchy, na celowniku Unii Europejskiej stale są: język, historia, rodzina, instytucja małżeństwa, szkoła i wychowanie. Nasi «przyjaciele» w Europie, wykorzystując trudną sytuację gospodarczą w Grecji, wszelkimi środkami będą dążyć do doprowadzenia greckiego społeczeństwa do zepsucia. Zaczną od naszych szkół. Najgorsze, że nasi wrogowie nie są gdzieś daleko, ale już pośród nas. Widzimy to i odczuwamy. Ale jeślinaprawdę zaangażowali się i przygotowali plany zmiany naszego społeczeństwa, lekceważąc naszą historię i tradycje, niszczą podstawy rodziny, i narzucają rozpustę, ciągłą degradację naszego języka oraz pogardę dla naszej kultury, ojczyzny i świętych miejsc. Jeśli to wszystko jest częścią żądań kredytodawców greckiego rządu, to my wszyscy staniemy się warownią i murami obronnymi,, by się temu oprzeć”.
Prawosławie w kłopotach, ale wspaniałe!
W tej sytuacji myślowej trudno się dziwić, że opór prawosławnych wobec takich etycznych nowości, jak akceptacja homoseksualizmu czy kapłaństwa kobiet, napotyka w prawosławiu na opór mocniejszy jeszcze niż w „rzymskim” katolicyzmie. Znamienne jest, że patriarcha Konstantynopola nie wypowiada się na ten temat przy każdej okazji, jak to czyni patriarcha Cyryl. Jest tam tradycja personalna wspaniała: patriarcha Antenagoras I. W numerze 5 (93) „Buntu” przedstawiłem go przetłumaczonymi przez ks. Jana Zieję fragmentami jego książkowej rozmowy z prawosławnym teologiem francuskim Olivierem Clémentem. Gdy ukazały się w roku 1972 w „Więzi”, małą sensacją był brak potępienia antykoncepcji („izba małżeńska jest miejscem świętym, nie wchodzę tam”), czyli stanowisko doktrynalne inne niż papieża Pawła VI w encyklice „Humanae vitae”. Zapytany o tę sprawę ks. Tofiluk wyjaśnił to tak: rzecz w tym, że według Kościoła rzymskokatolickiego celem małżeństwa jest prokreacja, w prawosławiu natomiast miłość wzajemna. Co prawda, w moim Kościele już też obecnie jako ten cel owa miłość, nie tylko prokreacja, ale tak było długie wieki. I tutaj objawia się prawosławny – by tak rzec – etyczny zdrowy rozsądek: małżonkom nie wchodzi się do łóżka. Na szczęście jednak – zaznaczam! – tak jest w całym chyba prawosławiu, nie tylko konstantynopolskim, niezależnie od różnic w innych sprawach. Podobnie wygląda tam sprawa „rozwodników”, dzisiaj tak sporna u nas: jak wiadomo, błogosławi się w cerkwiach niektóre powtórne małżeństwa, choć nie jest to obrzęd radości. Patriarcha Atenagoras powiedział na ten temat o miłosierdziu: no właśnie, przypomina się ta papieża Franciszka mania przenajświętsza... 
Pochwalę chrześcijański Wschód dalej: inny polski teolog prawosławny, ks. Henryk Paprocki, w znakomitej książce zbiorowej pt. „Drogi chrześcijaństwa” napisał był: „Obraz Boży jest w człowieku zawsze. Może być zaciemniony, zbrukany, ale jest w nim obecny. Człowiek nie może się go pozbyć, to nie ząb, który można wyrwać, choroba, którą można przegnać. To jest dane w samej naszej istocie, w głębi duszy człowieka. Podobieństwo może, na skutek grzechu i błędnych działań człowieka, zmienić się w niepodobieństwo. Natomiast, pomimo całego tragizmu egzystencji, obraz Boży pozostaje w nas niezmieniony. Ten obraz jest gwarancją wcielenia. Chrystus, wcielając się, odnalazł w człowieczeństwie swój własny obraz, niewcielił się w coś obcego. Obraz Boży nawet na dnie najgorszego upadku człowieka jest w nim obecny i woła do swojego Stwórcy. Dlatego mówimy, że zawsze istnieje możliwość nawrócenia. Nie ma takiej sytuacji, by nawrócenie było niemożliwe. Oczywiście nawrócenie zależy od człowieka i jego wolnej woli. Zawsze jednak można dokonać aktu pokuty i nawrócenia. To jest właśnie optymizm ontologiczny tak pięknie wyrażony w zakończeniu «Wujaszka Wani» Czechowa, że wszystkie nasze sprawy i zmartwienia utoną w miłosierdziu,które nie ma granic. Ostateczną konsekwencją tej koncepcji jest pytanie o to, czy wszyscy jesteśmy predestynowani do potępienia lub do zbawienia oraz czy możliwość nawrócenia kończy się wraz ze śmiercią? A może istnieje możliwość przezwyciężenia zła również po tamtej stronie? Przecież to, co potocznie nazywamy końcem świata, w rozumieniu biblijnym nie jest żadnym końcem, lecz początkiem nowego nieba i nowej ziemi, odnowienia całej rzeczywistości.” Kłania się tutaj ks. Wacław Hryniewicz, wdzięczny prawosławiu za ogłaszaną przez siebie wszem i wobec nadzieję powszechnego zbawienia! Ale przede wszystkim kłania się chyba ks. Paprocki św. Atanazemu, od którego pochodzi powiedzenie, że po to Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek stał się Bogiem. Przebóstwienie.
Kłopoty ze spójnością
Wracam do ostrych podziałów w prawosławiu. Chciałem napisać, że przydałby się im jakiś jednak ośrodek centralny, spajający swoim autorytetem. Nie monarcha absolutny, jakim byli długo biskupi Rzymu, ale papież jakby z pierwszych wieków. Ot, taki Franciszek z Argentyny. Tylko tyle, że my mamy dzisiaj podobnego papieża, a ze spójnością problem. Podzieliła nas przecież okropnie rozwodników sprawa. Ekumenia to trud nieustanny: jak zaczęła jednoczyć całe chrześcijaństwo, to w poszczególnych rodzinach wyznaniowych robi się przeciwnie.

17:40, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
sobota, 11 lutego 2017
Antropomorfizm, a jakże

Księga Rodzaju 3,22
„I rzekł Jahwe-Bóg: - Oto człowiek stał się jako jeden z nas, poznając, co dobre, a co złe. Oby teraz nie wyciągnął ręki i nie zerwał również [owocu],aby go zjeść i żyć na wieki” (Biblia Poznańska). No i straż postawiona przy wejściu do ogrodu Eden, by nikt tam nie mógł wejść. Dziwne to jednak słowa. Bóg zachowuje się, jak zazdrośnik strzegący swego monopolu na nieśmiertelność. Antropomorfizm, pokusa myślowa autorów biblijnych poważna. A człowiek poznał wtedy rzeczywiście, co dobre, a co złe, być może w tym sensie, że praktycznie (takie tłumaczenie zacytowałem 8 bm.), ale też intelektualnie: zrozumiał, przynajmniej trochę, czego robić nie wolno.

19:47, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
piątek, 10 lutego 2017
Wąż, niewiasta i jej mąż

Księga Rodzaju 3,1-8
Nie da się ukryć, że zaczęło się od niej. Podkusił ją przecież, nie jego, miał zdolną pośredniczkę. Niełatwo przekonać, że nie ma w tej opowieści jakiegoś antyfeminizmu. Tyle że narrator odnotowuje sam Adamowe męskie tłumaczenie się, usprawiedliwianie się przez zrzucanie całej odpowiedzialności na niewiastę”, wyprzedza w ten sposób jakby późniejszy „maskulinizm”. A Biblia Poznańska tłumaczy niewiastę dyskusyjną tezą, że jest z natury swej wrażliwa i mniej od mężczyzny krytyczna. Acz faktycznie ciekawe, czemu wąż (nienazwany tu wyraźnie złym duchem) zaczął od niej, nie od dominującego na ogół Adama.

12:47, jan.turnau
Link Komentarze (51) »
czwartek, 09 lutego 2017
A ona to „mężyna”

Księga Rodzaju 2, 18-25
Biblia Poznańska przekłada: „Ona zwać się będzie mężową, ponieważ z męża jest wzięta”. Albowiem on to „isz”, ona to „iszsza”. Z jego żebra, ciała cała. Równość płci jakoś tu zaznaczona, że kobieta też w ogóle człowiek, ale dość łatwo sprawę „spatriarchalizować”: tak, ona moja, nawet najmojsza, ale to może znaczyć, że własność moja prywatna, z którą mogę robić, co mi się żywnie podoba. Mój dobytek: „Nie będziesz pożądał domu bliźniego twego”, czyli żony, sługi, wołu, żadnej rzeczy... I tak było długie wieki pośród nas, a jest teraz często gdzie indziej.
Napisałem do „Magazynu Świątecznego” takie coś też feministyczne, co nie wiem, kiedy wydrukują, więc „wklejam” tutaj.
Głośne myślenie
O kobietach, pierniku i wiatraku
Jonasz
Dzisiaj coś z kwartalnika młodzieży KIK-owskiej „Kontakt”. Zajęto się tam w nowym (32) numerze kobietą. Są różne teksty w podobnym reformatorskim duchu, najciekawiej jednak dla mnie napisano na temat damskich ról religijnych we wspólnotach młodziutkiego Kościoła.
Otóż „niewiasty” były wtedy prorokiniami, apostołkami, bojowniczkami! Twierdzi to Julia Lis, teolożka polska z niemieckiego Münster. Bojący się nowości późniejsi kopiści zrobili z Junii (List do Rzymian 16,7) Juniasa, kiedy przecież św. Hieronim, św. Jan Chryzostom i Orygenes uważali tę postać za kobietę, a Kościół prawosławny czci ją w gronie 72 apostołów. Co więcej, męska forma tego imienia nie występuje nigdzie indziej. Niestety nie tylko polscy tłumacze nie są tu bynajmniej zgodni: autorytatywna francuska Biblia Jerozolimska, także nasza Tysiąclatka ma Juniasa, również Ekumeniczna 11 Kościołów polskich, natomiast Warszawska, Poznańska, Paulińska - Junię. Czyli istnieje kwestia, który rękopis grecki wybrać. Podobny problem jest z Nimfasem albo jednak Nimfe z Listu do Kolosan 4,15, tu też opcje biblistów różne są. Faktem bezspornym jest natomiast, że Pryscylla, żona Akwili, została wbrew ówczesnemu patriarchalizmowi wymieniona w Liście do Rzymian 16,3 przed swoim mężem, czyli musiała być osobą bardzo kościelnie zaangażowaną. Jak też, że dwa wersety wcześniej Paweł nazywa sługą, czyli diakonem, niejaką Febe, zatem kobiety chyba mogły wówczas sprawować ten urząd. Niestety i tu mamy różne zdania: papież Franciszek powołał odpowiednią komisję, która rozstrzygnie, jak będzie dzisiaj: nawet awangardowy kardynał Kasper ma jednak wątpliwości, jakie były ich rzeczywiste kompetencje kościelne.
Autorka „Kontaktu” powiada dalej, że, owszem, Paweł zabraniał kobietom w Liście do Koryntian (11,4-16) prorokowania i modlitwy bez nakrycia głowy, ale nie zabraniał w ogóle, czyli mogły podobną rolę pełnić. I tutaj wniosek ogólny: „Wydaje się zatem, że kobiety pełniły w pierwotnym Kościele niemal wszystkie – jeśli nie wszystkie bez wyjątku - funkcje i urzędy w tym te również związane z kierownictwem duchowym”. Jednak nie wszystkie: nic chyba nie wiadomo, jakoby bywały prezbiterami albo wręcz biskupami. Ich aktywna rola, rosnąca autonomia – rację ma tu oczywiście autorka - wzbudzała kontrowersje, o czym świadczą niemiłe o kobietach słowa w 1 Liście do Tymoteusza (5,13), napisanym raczej przez Pawłowego ucznia. I być może dlatego, zgadzam się – również Kościół się cofnął.Za to teraz nadrabia zaległości. W Kościołach ewangelickich są biskupki, w niektórych anglikańskich też, prawosławnych to wręcz gorszy, a katolików rzymskich obowiązuje stanowisko tradycyjne, podtrzymane mocno przez Jana Pawła II. Co będzie jednak dalej, zobaczymy, ja nie rozumiem tych oporów: co ma piernik do wiatraka, co tu ma do rzeczy płeć?

13:23, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
Archiwum