Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
piątek, 08 września 2006
Maria z Nazaretu

Ewangelia Mateusza 1, 18-23


"Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż jej Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić jej na zniesławienie, zamierzał oddalić ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: - Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej małżonki. Albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów. A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: «Oto dziewica pocznie i porodzi syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami»".


Ewangelia opowiada wydarzenie, które należy do istoty wiary wszystkich chrześcijan a zarazem jest początkiem dramatu Marii z Nazaretu. Chociaż katolicy ( i prawosławni  stosujący kalendarz gregoriański) świętują dzisiaj jej narodzenie, nic o nim z Biblii nie wiemy, więc wybrano opowieść o poczęciu Jezusa. Niewiele myślimy o wydarzeniach biblijnych, więc niejednemu z nas nie przyszło do głowy (mnie przyszło, ale późno), że Matka Jezusa przeżywała swoisty dramat "panny z dzieckiem". Dziś to rzecz normalna, niedawno jeszcze była kompromitująca, a dwa tysiące lat temu w Ziemi Świętej mogła grozić śmiercią: wiarołomną kobietę kamienowano. Gdyby Józef wyparł się ojcostwa, dosłownie doniósłby na Marię.


Dowiadujemy się z Ewangelii, że oczywiście tego nie zrobił, ale nie jest jasne, co chciał zrobić, zanim poinstruował go anioł. Dać jej list rozwodowy, czyli ją oddalić, jak mamy w powyższym przekładzie Biblii Tysiąclecia, czy też raczej oddalić się samemu, zniknąć. Rzecz dla mnie w słówku "potajemnie": rozumiem, po co chciał w tej sytuacji oddalić się sam - by nie musieć odpowiadać na pytania, czy to jego dziecko. Nie rozumiem natomiast, jak można było potajemnie a zarazem legalnie oddalić żonę, dać jej rozwód. Są i inne interpretacje, ale nie mogę referować wszystkich.


Bardzo ciekawą sprawą jest też końcowy cytat z Izajasza (7,14). Otóż w tekście hebrajskim jest słowo, które oznacza tak dziewicę (pannę), jak i młodą mężatkę, więc można owo proroctwo racjonalizować i twierdzić, że nie dotyczyło w sposób cudowny wydarzenia o wiele późniejszego, tylko po prostu żony ówczesnego króla Achaza. I jest to pogląd większości obecnych biblistów, ale jest również faktem, że przedchrześcijański, żydowski przekład Biblii na grecki (tzw. Septuaginta) ma tutaj termin, który już oznacza tylko dziewicę. To już jakieś bezsporne proroctwo, jakieś niezwykłe przeczucie religijne.


A "Jezus", "Jeszua", w pełnej formie semickiej "Jehoszua", znaczy "Zbawiciel", "Bóg zbawia", "Boże, zbaw". Zbawiał przez kolejne dramaty.

12:49, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 07 września 2006
Ludołówstwo

Ewangelia Łukasza 5,1-11


Streszczę. Jezus już działa publicznie, ale zapewne nie ma jeszcze swego sztabu dwunastoosobowego, w każdym razie jego szef, Szymon zwany Piotrem, jeszcze nie rzucił swego zawodu. Rzecz dzieje się nad jeziorem Genezaret (Galilejskim), Jezus wsiada do łodzi Szymona, prosi go, by trochę odbił od brzegu, i stamtąd naucza. Gdy skończył, poleca rybakowi, by wypłynął na głębię i zarzucił sieci. Szymon jest sceptyczny, powołuje się na całonocny bezskuteczny połów - ale autorytet Mistrza działa, robi, jak kazał. Tym razem skutek jest niebywały, cud powala Szymona Piotra na kolana i każe mu powiedzieć: "Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny". Porażeni są również wspólnicy Piotra, Jakub i Jan, inni późniejsi przyboczni Jezusa. On uspokaja Piotra i wypowiada słynne słowa będące hasłem chrześcijaństwa: "Odtąd ludzi łowił będziesz". Wraz z tamtymi rybakami porzuca wszystko i idzie za Nim.


Każdy chrześcijanin ma też uprawiać takie "ludołówstwo". Świadkowie Jehowy i niektórzy chrześcijanie zwani "ewangelikalnymi" (lepiej: ewangelicznymi), a także czasem katolicy z nowych ruchów religijnych rozumieją to dosłownie: aż do chodzenia po domach. Metoda jest dyskusyjna, choćby ze względu na wątpliwą skuteczność (nie lubimy bezpośredniej agitacji, mówiąc mocniej: nachalstwa), niemniej darem trzeba się dzielić. Byleby to była rzeczywiście Ewangelia, czyli Dobra Nowina. Nie propaganda, złośliwa polemika, nawet nie namolna apologetyka (ileś dowodów na...), ale świadczenie dobrym słowem (oczywiście lepiej czynem), że w naszej rozpaczliwej rzeczywistości nie jesteśmy sami: JEST KTOŚ (tytuł książki niedawno zmarłej Hanny Święcickiej) mądry i dobry nieskończenie.

11:00, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
środa, 06 września 2006
Sława

Ewangelia Łukasza 4, 40-41


"O zachodzie słońca wszyscy, którzy mieli cierpiących na rozmaite choroby, przynosili ich do Niego. On zaś na każdego z nich kładł ręce i uzdrawiał ich. Także złe duchy wychodziły z wielu, wołając: - Ty jesteś Syn Boży. Lecz On je gromił i nie pozwalał im mówić, ponieważ wiedziały, że On jest Mesjaszem".


Gonimy za sławą. To oczywiście banał, ale w końcu morały to zazwyczaj banały: wszyscy to wiemy, tylko z praktyką gorzej. Nikt z nas nie przyzna, że okropnie lubi, jak o nim głośno, jak mówią o jego artykule,  niejeden z nas nawet po trochu wyznaje zasadę: "źle czy dobrze, byle z nazwiskiem". Skłania do tego prawo rządzące dziś mediami, które robi bożka z "wyrazistości". Gdy opinią publiczną, bo w ogóle wszystkim, rządziła partia, ocena wartościująca brzmiała "słuszny" ("słuszny i naukowy"...); dziś, kiedy rządzi pieniądz (mniej dyktatorsko - to prawda), ogromnie liczy się ostrość wyrazu, hałas, czyli każde działanie "sławotwórcze".


Jezus nie chciał być sławny. Owszem, wiedział, czym ona grozi w Jego przypadku: prowokuje wrogów. Ale poza tym był prorokiem, czyli kimś, dla kogo ważne jest wyłącznie "meritum". Nie on sam, tylko jego misja. Synostwo Boże było dla Jezusa zadaniem, nie przywilejem. Rozgłos Go zgoła nie radował. Co piszę smutny, bom sam nie bez winy: lubię być drukowanym, lubię, gdy o mnie piszą, choćby niedobrze.


PS. Tu miejsce na podziękowanie wszystkim moim tutejszym dyskutantom.

11:52, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
wtorek, 05 września 2006
Bóg jest liberałem

Psalm 145


"Pan jest łagodny i miłosierny,
nieskory do gniewu i bardzo łaskawy.
Pan jest dobry dla wszystkich,
a Jego miłosierdzie nad wszystkim, co stworzył.
Niech Cię wielbią, Panie, wszystkie Twoje dzieła
i niech Cię błogosławią Twoi święci.
Niech mówią o chwale Twojego królestwa
i niech głoszą Twoją potęgę."


Biblia jest biblioteką, nie książką, ksiąg w niej kilkadziesiąt, bardzo różnych. Różny w nich jest też obraz Boga, szczególnie w Starym Testamencie: miłosierdzie obok gniewnej sprawiedliwości. W dziejach chrześcijaństwa też było rozmaicie, obecnie jednak dominuje wizerunek Kogoś, kto jest "bogaty w miłosierdzie" (słowa św. Pawła,  encyklika Jana Pawła II). Już się raczej nie mówi, że Bóg karze, twierdzi się, że to my sami fundujemy sobie karę, łącznie z wieczną - a i wieczność piekła próbują postawić pod znakiem zapytania współcześni teologowie: Polak ks. Wacław Hryniewicz, przed nim Szwajcar Hans Urs von Balthasar.


I nie miałbym problemu, gdyby nie pytanie odwieczne: jak pogodzić owo nieskończone miłosierdzie z równie wielką potęgą? Jeśli jest tak dobrze, to czemu jest tak źle... Pytanie odwieczne też dlatego, że żadna odpowiedź nie zadowala i pewnie zawsze tak będzie. Niemniej jakieś myślowe próby wciąż trzeba czynić: niech rozum nie śpi.


Znaczna część ziemskiej niedoli bierze się stąd, żeśmy podli. Nasz gatunek: inne są niemniej okrutne, ale świadomość moralna u nich podobno najwyżej w zalążku. Po co zatem Bóg dał nam wolność? Gra jest warta świeczki? Otóż może tak, jeśli świeczką jest wolna wola stanowiąca samo nasze człowieczeństwo, coś, co nas odróżnia od reszty stworzeń. Może jest z nią tak jak z demokracją w polityce: ustrój fatalny, ale nikt nie wymyślił lepszego. Może Bóg jest demokratą? Może jest liberałem?

11:53, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 04 września 2006
Nie biografia: ewangelia

Ewangelia Łukasza 4,16-30


Znowu streszczam. Na początku swej działalności publicznej, ale już jako człowiek znany, Jezus przychodzi w szabat do synagogi w swoim rodzinnym Nazarecie. Spotkanie zaczyna się bardzo spokojnie. Gość zgłasza się do czytania i komentowania Pisma albo raczej jest o to poproszony.

Rozwinąwszy Księgę (był to zwój, więc Łukasz nie napisał "otworzywszy") natrafia na słowa Izajasza i czyta je: "Duch Pański spoczął na mnie, ponieważ mnie namaścił i posłał mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok łaski od Pana." I komentuje: "Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli", co bynajmniej nie złości słuchaczy, przeciwnie: "wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego". Dziwili się co prawda, że człowiek dobrze im znany tak "wdzięcznie" mówi ("Czy nie jest to syn Józefa"), ale jest to właśnie podziw, nie wściekłość.


I nagle Jezus jakby prowokuje. Zanim zaczęli krytykować, zgaduje, co powiedzą: "Z pewnością powiecie mi to przysłowie: lekarzu, ulecz samego siebie; dokonajże i tu w swojej ojczyźnie tego, co się wydarzyło, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum". I dalej słowa: "Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie" oraz wywód mający wykazać na podstawie Biblii, że obcokrajowcy często więcej warci niż Żydzi. Efekt takiego wystąpienia niezbyt nas dziwi znając krewkość ludzi Wschodu: o mało Go nie zamordowali.
Laik zapyta: po co Jezus prowokował? Biblista ks. Michał Czajkowski tłumaczy: Łukasz nie pisał biografii Jezusa, nieważna była dlań psychologia, tylko teologia. Głosił Ewangelię, Dobrą Nowinę o zbawieniu nie tylko Żydów, także innych narodów, jako Grek kładł na ten uniwersalizm szczególny nacisk, pisząc zresztą szczególnie dla swoich rodaków. Jasność narracji, logika postępowania Jezusa, ścisłość faktograficzna były to dla autora sprawy mało ważne. Wciąż trzeba pamiętać o rodzaju literackim ksiąg biblijnych.

15:54, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 września 2006
Czyste ręce

Ewangelia Marka 7,1-8


Nie zacytuję, tylko streszczę. Marek opowiada dzisiaj o sporze zasadniczym: między faryzeuszami i "uczonymi w Piśmie" a Jezusem o przepisy rytualne, które były (i są) w religii żydowskiej bardzo drobiazgowe. W tym przypadku chodziło o jedzenie "nieczystymi, to znaczy nie umytymi rękami", jak również rytualne mycie naczyń kuchennych. Elita religijna żydowska była w tym niezmiernie skrupulatna, poza tym - jak informuje Biblia Poznańska - różnili się tutaj w ogóle Judejczycy (mieszkańcy Palestyny południowej z Jerozolimą) od Galilejczyków (rodaków Jezusa), mniej się tym przejmujących. Na pretensje nieprzyjaciół Jezus odpowiada ostro. Powołując się na Izajasza, zarzuca swoim krytykom, że czczą Boga tylko wargami, nie sercem, że uchylają przykazania Boże, a trzymają się ludzkich tradycji. Albowiem zło może pochodzić tylko z wnętrza człowieka, nie z zewnątrz, i tylko takie zło czyni człowieka nieczystym.


Mój komentarz: nie dziwmy się za bardzo rytualizmowi judaizmu (ortodoksyjnego, są w nim przecież dzisiaj różne nurty), sami - katolicy - mamy podobne skłonności. Z rytualnego niejedzenia w piątek mięsa ssaków i ptaków zrobiliśmy sprawę fundamentalną, nazywamy postem konsumpcję łososia. To już zresztą na szczęście ulega reformie, trzeba też przyznać, że zawsze daleko nam było do rytualizmu żydowskiego - ale przecież jesteśmy uczniami Jezusa, nie faryzeuszy i "uczonych w Piśmie", więc musimy od siebie wymagać o wiele więcej.

12:32, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
sobota, 02 września 2006
Talenty

Ewangelia Mateusza 25,14-15


"Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał."


Przypowieść tak się zaczynająca jest częścią kultury śródziemnomorskiej już przez sam termin "talent". Oznaczał on wtedy miarę srebra, czyli środek płatniczy, ale dzięki Ewangelii stał się miarą ludzkich zdolności. Bóg ocenia człowieka według tego, co mu dał,  i nawet od tego, któremu dał mało, żąda niezmarnowania daru. Takie też są żądania ludzkie: w każdym razie dobrych pedagogów. Inna rzecz, że ludzie mało zdolni bywają za to bardziej pracowici, więc marnotrawców talentów więcej chyba wśród inteligentnych leniuchów. Ale to już sprawa wychodząca poza samą przypowieść.


Ma ona za puentę rozkaz pana, żeby temu, co dostał tylko jeden talent, ale go nie wykorzystał, odebrać ten jeden jedyny, a dać temu, co dostał dziesięć (i - domyślne - otrzymał je w nagrodę); marnotrawcę zaś na domiar surowości ukarać "wyrzuceniem na zewnątrz w ciemności, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów". No i jest w tekście Ewangelii zasada dająca się wytłumaczyć tylko wschodnią przesadą: "Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie, temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma." Pozorny brak logiki: komuś, kto nie ma, trudno to zabrać... Co więcej, Chrystus litował się przecież nad różnymi wykolejeńcami, a tu jakby chwali tylko bardzo porządnych. Jakby: bo przypowieść to nie opis zwykłej rozprawy sądowej, ale ostre w słowach pouczenie moralne. Podobne jest u Łukasza (19,11-27), gdzie są miny zamiast talentów, ale taki sam radykalizm. Weźmy się zatem za siebie, panie i panowie...

10:44, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 września 2006
Roztropność

Ewangelia Mateusza 25,13

Po opowieści o pięciu pannach roztropnych i tyluż nieroztropnych, którą już tu trochę komentowałem, bo była też przeznaczona na dzień Edyty Stein (9 sierpnia), Jezus powtarza: „Czuwajcie zatem, bo nie znacie dnia ani godziny". Imperatyw zwykłej ludzkiej mądrości: by nie być lekko-, tylko „ciężkomyślnym", ale też moralności, etyki, wiary religijnej. „Szalony ten, co by w dzisiejszych czasach co mniemał albo i nie mniemał" - owszem, tyle zawaliło się ideologii, systemów, autorytetów, pewników, ale jedno wciąż jest aksjomatem: bądź dobry dla ludzi. Od zaraz, nie odkładaj tego na czarną godzinę.

00:35, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 sierpnia 2006
Czuwaj

Ewangelia Mateusza 24,42

"Jezus powiedział do swoich uczniów: - Czuwajcie, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie".

Jedno jest pewne, że nic nie jest pewne (poza tym, że kiedyś umrzemy). Nawet i to, że po upale i suszy będzie słota - ale a nuż klimat zmieni się niesamowicie i deszcz przyjdzie kiedyś, ale nie zaraz i za mały. Albo przeciwnie - wybuchnie powódź.

Nieprzewidywalność przyszłości należy do ludzkiej kondycji jako niemal jej istota. Nie znamy dnia ani godziny - to jeszcze jedne "słowa skrzydlate" Ewangelii. Powód do lęku, ale lepiej właśnie do czuwania. Żeby nie było za późno. Śpieszmy się kochać ludzi - ks. Twardowski ostrzega nas w wierszu, który stał się znany prawie jak wersety Biblii.


12:21, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
środa, 30 sierpnia 2006
Szczęście

Psalm 128


"Błogosławiony każdy, kto się boi Pana,
kto chodzi Jego drogami.
Bo z pracy rąk swoich będziesz pożywał,
szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie".


Język hebrajski, podobnie jak grecki, ma dwa wyrażenia oznaczające człowieka szczęśliwego. Mniejsza o te niepolskie terminy, ważniejsze są odpowiadające im słowa polskie. Słowa - bo też są dwa: "błogosławiony" i "szczęśliwy". W Psalmie 128 jak również w pierwszym mamy w różnych polskich tłumaczeniach człowieka błogosławionego albo szczęśliwego. A to dlatego, że w judeochrześcijańskiej tradycji religijnej słowa te są bliskoznaczne. Po prostu szczęśliwy jest ten, komu Bóg błogosławi, czyli zapewnia szczęście.


Tyle biblistyki. Teraz trochę nauki o szczęściu, nazwijmy ją "felicystyką", od łacińskiej nazwy szczęściarza: felix. Zacznę od odnotowania paru powiedzeń. "On ma więcej szczęścia niż rozumu", "pewna kategoria ludzi ma szczęście". To drugie jest bardziej złośliwe, a już najbardziej złośliwy był komentarz mego kolegi do stwierdzenia jego brata: "mam więcej szczęścia niż rozumu". Uznał mianowicie to stwierdzenie za mało samokrytyczne i uzupełnił: "ale to oczywiście nie znaczy, że masz dużo szczęścia".


Dowcip jednak polega przede wszystkim na tym, że szczęście jest nie tylko zmienne (niestałość bogini Fortuny to stały temat literacki od starożytności do renesansu, również polskiego: "Fortuna szalona, co upornie błądzi" Mikołaja Sępa Szarzyńskiego), też niełatwe do osiągnięcia, bośmy sami zmienni. Genialny był ten filozof, co powiedział, że szczęście to nic innego, jak różnica między stanem obecnym i poprzednim: jeśli jest na korzyść, tośmy szczęśliwi, niezależnie od tego, jak skromny był ten pierwszy. Ale do tego drugiego przyzwyczajamy się szybko i znowu nam smutno. No i jeszcze ks. Jana Twardowskiego słowa o "małym głupim szczęściu, co liże nas po twarzy": wystarczy czasem drobny "fart".


A na koniec myśl, że jednak szczęście czeka nas nie tylko za grobem. Wystarczy chodzić za życia Jego drogami, np. nie załamać się podczas przesłuchania: jaka radość potem. Której zresztą nie umiem sobie wyobrazić, bo bezpieka prawie się mnie nie czepiała. Może dlatego, że odnawiałem raczej Kościół niż państwo, czyli miałem jej niewiele do powiedzenia.

12:30, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 29 sierpnia 2006
Jan bez głowy

Ewangelia Marka 6,17-20


"Herod kazał pochwycić Jana i związanego trzymał w więzieniu, z powodu Herodiady, żony brata swego Filipa, którą wziął za żonę. Jan bowiem wypominał Herodowi: - Nie wolno ci mieć żony twego brata. A Herodiada zawzięła się na niego i rada byłaby go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał".


Ciąg dalszy jakby powieściowy. Herod wyprawia ucztę dla prominentów swego państewka, taniec pasierbicy robi na nim takie wrażenie, że obiecuje spełnić każdą jej prośbę, nawet o połowę królestwa, ale Herodiada i tak ma wpływ na całe królestwo a może ugrać zemstę. Jan zwany Chrzcicielem zostaje ścięty i dziś obchodzimy pamiątkę jego męczeństwa (narodzenia 24 czerwca). Wraz z prawosławnymi,  ale oni czczą go bardziej niż my, bardziej niż św. Józefa, nawet jeden z ich teologów gotów był uznać, że jego rola była większa niż Matki Jezusa. Każdy wtorek jest u prawosławnych jego dniem, a poza tym ma dni szczególnych w roku nie dwa, ale pięć. Wspominają też jego poczęcie (w kalendarzu juliańskim 6 października), razem pierwsze i drugie odnalezienie jego głowy (9 marca), jak również trzecie (7 czerwca). Co brzmi dla nas zabawnie, bośmy mniej tradycjonalistyczni od nich, kult relikwii u nas doktrynalnie prawie zanikł (w "Katechizmie Kościoła Katolickiego" tylko wzmianeczka najmniejszą czcionką), wiele przekazów o relikwiach mamy za legendy - ale gdy się pośmiejemy, podziwiajmy ogólną wielkość prawosławnej myśli, naprawdę równie głębokiej, jak - by tak rzec - nowoczesnej, czyli po prostu mądrej. Np. w sprawie będącej poniekąd tematem dzisiejszego fragmentu Ewangelii: rozwodów. Prawosławie zamiast w moim odczuciu zbyt jurydycznego postępowania rzymskokatolickiego (stwierdzanie prawnej nieważności małżeństw) akceptuje jakoś kolejne małżeństwa, choć nie uważa takich faktów za powód do wesela, tylko do żałoby.

00:24, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Biada

Ewangelia Mateusza 23,13-15


„Biada wam,  uczeni w piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą. Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo obchodzicie morze i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę. A gdy się nim stanie, czynicie go dwakroć bardziej winnym piekła niż wy sami."
Mocne słowa. Język tamtych miejsc i czasów w ogóle był mocny, szczególnie u proroków, którzy „z istoty swojej" mówili ostro. Komentarz współczesny? Nasuwa się porównanie tamtejszych nauczycieli moralności do obecnych. Dziś też księża moralizują na ambonie i w konfesjonale, stawiają wygórowane wymagania, a sami często nie lepsi. Choć są też kapłani pokorni, którzy stosują pierwszą osobę liczby mnogiej: mówią „my", gdy „rachują sumienia".


Spór może być też o to, które wymagania są wygórowane, a które tylko nam się takimi wydają. Spór ten bywa ogólnokościelny, na najwyższych szczeblach, np. o antykoncepcję. Ale są też wymagania, które mnie wydają się niewygórowane: mam na myśli aborcję. Nie chodzi mi o słowa, jakich używa się mówiąc na ten temat, nie aprobuję oczywiście upolitycznienia tej sprawy, zresztą z obu stron, nie potępiam nikogo, jako mężczyzna może w ogóle nie powinienem się wypowiadać - ale mam taką intuicję moralną, że tu katolicka czy ogólnochrześcijańska obrona życia ludzkiego od samego poczęcia nie jest „wygórowana" w zestawieniu  np. z wrażliwością ekologiczną, która też idzie daleko, choć w innym kierunku. Może jakoś jedna wrażliwość uzupełnia drugą?

14:01, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 27 sierpnia 2006
Antyfeminizm?

List do Efezjan 5, 21-24


"Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej. Żony niechaj będą poddane swym mężom jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus głową Kościoła: On, Zbawca Ciała. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom we wszystkim".


Słowa denerwujące dzisiejszą płeć nadobną. No cóż, trudno zaprzeczyć, że ta wizja małżeństwa jest patriarchalna. I można cytować dalsze mocne słowa tej księgi biblijnej o miłości męża do żony, która jest wręcz przyrównana do miłości, jaką żywi Chrystus, Głowa Kościoła, do Ciała, jakim jest Kościół, za którego się wydał na śmierć. Co więcej, trzeba zwrócić uwagę na zdanie początkowe: "Bądźcie sobie wzajemnie poddani". Niemniej współczesnego feminizmu (także katolickiego) tu nie ma i nie mogło być: takie były czasy i miejsca. Jak na to, jest to tekst "postępowy".


A co do patriarchalizmu w dzisiejszej Polsce, to wydaje mi się, że rodziny są bardzo różne. W wiejskich czy małomiasteczkowych mamy wciąż często męską przemoc, ale w rodzinach inteligenckich pantofel żony bywa wciąż potężny, pani Dulska kłania się nisko.

00:37, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 sierpnia 2006
Wino

Ewangelia Jana 2, 1-4


"W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: - Nie mają już wina. Jezus Jej odpowiedział: - Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Jeszcze nie nadeszła godzina moja".


Dziś w Polsce duża uroczystość kościelna: Matki Boskiej Częstochowskiej. Katolicyzm, a jeszcze bardziej prawosławie, czci ikony, a dziś sławimy najsławniejszą. W przeznaczonej nam cząstce Ewangelii wspominamy wydarzenie także sławne: temat świetny dla malarzy. Czytamy o czymś bardzo obrazowym: samo wesele to jeszcze nic, brak wina, napoju elementarnego tam nie tylko z okazji szczególnych, to już większa sensacja, ale największa to rodzaj cudu: Jezus zamieniając wodę w wino dostarcza uczestnikom alkoholu! Żartuję: w Biblii mamy sporo o grzechu opilstwa, niedawno cytowałem św. Pawła - miesiąca trzeźwości dzisiejszy fragment Ewangelii nie zakłóca. Co natomiast ciekawe, to to, że poproszony przez Matkę Jezus najpierw jakby się wykręca. Jego słowa można jednak różnie rozumieć, egzegeci mają co robić, jedno natomiast wydaje się pewne: nie obrażał Matki nazywając Ją niewiastą, przeciwnie: słowo to oznaczało większy szacunek. A jeśli rzeczywiście najpierw odmówił, to być może dlatego, że Jego "godzina" była godziną śmierci. Wiedział, że gdy zacznie czynić cuda, czyli być sławny, wzbudzi nienawiść, albowiem taki jest los proroków.

11:19, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 sierpnia 2006
Miłość jest jedna

Ewangelia Mateusza 22, 34-40


"Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że Jezus zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał Go, wystawiając Go na próbę: - Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? On mu odpowiedział: »Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem«. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: »Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego». Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy".


W niedawnym wywiadzie, którego fragment wydrukowaliśmy w ostatniej "Arce", Benedykt XVI tłumaczył dziennikarzom, czemu w Hiszpanii mówiąc o rodzinie nie powiedział nic o homoseksualizmie, aborcji i antykoncepcji: albowiem "chrześcijaństwo, katolicyzm nie jest zbiorem zakazów, ale czymś pozytywnym". Istotnie katolicyzm kojarzy się z tym, czego nie wolno: z zakazami. A jeśli z nakazami, to też szczegółowymi, gdy przecież największe jest przykazanie najogólniejsze: miłość Boga i bliźniego.


Druga rzecz nie przez wszystkich rozumiana to jedność tych dwóch miłości. Nie można kochać Boga nie miłując ludzi. Nie ma tu żadnej konkurencji: wprawdzie w tejże Ewangelii wcześniej (w rozdziale 10) są słowa Jezusa: »Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien« i takie same o synu lub córce, ale z całego nauczania Jezusa wynika, że to "bardziej" oznacza miłość niemądrą; na przykład wykluczającą pójście do klasztoru (bywa, że rodzice nie puszczają córki, choć to zdeklarowani katolicy - nie rozumieją, że przyda im się tam swoją modlitwą). Bóg chrześcijan jest osobą, owszem, ale w jakimś sensie zawiera w sobie wszystkie inne osoby (choć rozumiemy to inaczej niż religie Dalekiego Wschodu).


No i można kochać Boga nie będąc przekonanym o Jego istnieniu: wiara chrześcijańska sprawdza się w stosunku do bliźnich (Ewangelia Mateusza, rozdział 25).

00:21, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 sierpnia 2006
Bartłomiej, Natanael

Ewangelia Jana 1,45-49


"Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: - Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy, Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu. Rzekł do niego. Natanael: - Czyż może być co dobrego z Nazaretu? Odpowiedział mu Filip: - Chodź i zobacz. Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: - Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu. Powiedział do Niego Natanael: - Skąd mnie znasz? Odrzekł mu Jezus: - Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym. Odpowiedział Mu Natanael: - Rabbi, Ty jesteś synem Bożym, Ty jesteś królem Izraela!"


Dziś święto tego Apostoła, jednego z mniej znanych z Biblii (legend oczywiście sporo).
Jednego z kłopotliwych: czy to ten sam uczeń, którego pozostałe Ewangelie nazywają Bartłomiejem? Ks. Michał Czajkowski w książce Znaku "Dwunastu Apostołów", przedtem w "Gazecie Wyborczej", pisze: "Od wieku IX na Wschodzie, a od XI na Zachodzie, wbrew opinii niektórych Ojców Kościoła, utożsamia się Bartłomieja z Natanaelem. Pełne jego imię mogło brzmieć: Natanael bar-Tolomaj (Natanael syn Tolomaja). Identyfikacja była tym łatwiejsza, że w spisach Apostołów w Ewangeliach synoptycznych Bartłomiej wymieniany jest zaraz po Filipie, o którym wiemy z czwartej Ewangelii, że przyprowadził Natanaela do Jezusa, który znad Jordanu wracał do Galilei." Wiemy, bo przeczytaliśmy wyżej. Wiemy też, że Natanael-Bartłomiej najpierw wzgardził Jezusem, bo pochodził z wioseczki Nazaret (dziś to miasto z uniwersytetem!), a on sam był z miasteczka Kana Galilejska (Ewangelia Jana 21,2); ale gdy Ten pokazuje mu, że wie więcej niż zwykły śmiertelnik, zaraz wyznaje wiarę w Jego wielkość.


Nam też czasem trzeba cudu...

12:23, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 sierpnia 2006
Zazdrość

Ewangelia Mateusza 20, 1-16a


Przypowieść o robotnikach w winnicy, bardzo współcześnie brzmiąca, bo jest rynek pracy, na szczęście chłonny, jest robota kojarząca się z rodzajem zatrudniania naszych rodaków w krajach winorośli - i są konflikty między pracownikami. A to w Ewangelii Mateusza jakby z winy pracodawcy, który nie skąpi denarów i płaci tyle samo ludziom niezależnie od czasu pracy, czy pracowali od rana, czy znacznie krócej. Wina jest oczywiście żadna, bo płaci każdemu tyle, ile obiecał, ale niestety "lista płac" jest znana i wywołuje zazdrość. Jakże "ludzką", czyli ujawniającą niedobre cechy gatunku "homo sapiens".  Pracodawca pyta zazdrośników: "Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?" I komentarz końcowy, niemal identyczny z tym, który zamykał wczorajszą "perykopę" ewangelijną: "Tak ostatni będą pierwszymi a pierwsi ostatnimi".


Co ma sens bardzo ogólny, bo ci na pozór ostatni to mogą być poganie a pierwsi - Żydzi, albo węziej: grzesznicy "dowartościowani" przez Chrystusa i przeciwstawiani im, uważający się za bezgrzesznych, faryzeusze i tp. Mamy tu w każdym razie myśl charakterystyczną dla całej Ewangelii, czyli Dobrej Nowiny, że ludzkie, w sensie negatywnym, oceny są zawodne: mamy nieodpartą skłonność do przeceniania siebie a niedoceniania bliźnich. Ks. Piotr Nitecki w komentarzu "Agendy liturgicznej Maryi Niepokalanej" pisze o "pysze ludzi wiary, którzy nigdy nie przeżywali jej kryzysu, upadku w wielki grzech, potrzeby wielkiego nawrócenia, zawsze trwali przy Bogu i często patrzą krytycznie na tych, którzy po czasem bardzo skomplikowanym życiu docierają do Boga w ostatniej chwili".


Pycha, ale i właśnie zazdrość. Jest ona na równi z tą pierwszą motorem wielu myśli i czynów. Ile zawodowych rywalizacji np. między mediami. Także katolickimi... Zamiast jednak rozwijać temat smutny ucieszę może drobną, ale dobrą nowiną. Otóż najstarszym pismem katolickim w Polsce jest miesięcznik "Posłaniec Serca Jezusowego", wydawany przez jezuitów krakowskich (Wydawnictwo WAM). Absolutny Matuzalem, wychodzi od Roku Pańskiego 1872. I właśnie w jakimś sensie przestał wychodzić - w najbardziej pozytywnym: zmienił mianowicie imię.


Ukazał się jego wrześniowy numer pod tytułem krótszym a bardziej współczesnym: "Posłaniec". "Serce Jezusa" to wyrażenie pełne najgłębszej treści, ale terminologia nie jest najlepsza, kojarzy się mimo wszystko "dewocyjnie". Decyzja była - domyślam się - trudna, nowa redakcja złagodziła ją informując, że nowe pismo zastąpi dwa stare: także miesięcznik bliźniaczy wydawany w USA pod tytułem "Posłaniec Serca Jezusa". Tematyka pierwszego zeszytu "Posłańca" pasująca mi do mojej zadumy nad mediami: o nich tam właśnie. Że są "czwartą władzą", czy kłamią itp. Pisanie jest sympatyczne, bez agresji, ale - patrząc z punktu widzenia rzemiosła dziennikarskiego -  chyba za bardzo ogólne, bez konkretów, które - choćby niektórych dotykały - oczywiście ożywiają teksty i zwiększają ich wartość informacyjną. Ale nie od razu Kraków zbudowano... Pismo wychodzi dalej w tym mieście, u księży jezuitów, ul. Kopernika 26, (012) 6293291, redakcja@poslaniec.pl
Wszystkiego najlepszego, pomocy Bożej i ludzkiej, weny autorskiej i redaktorskiej!

12:49, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 sierpnia 2006
Ucho igielne

Ewangelia Mateusza 19,23-24

„Zaprawdę powiadam wam: bogaty z trudem wejdzie do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz wam powiadam: łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego".

Ktoś wymyślił, że Jezus nie miał na myśli zwykłej igły. Że w Jerozolimie była brama zamykana na noc, ale w niej jakby furtka, przez którą mógł przecisnąć się człowiek i z największym trudem można było przepchać wielbłąda. Ale to legenda: nie było nic takiego i mamy tu znów biblijną hiperbolę. Nie potępienie kapitalizmu (Balcerowicz nie musi odejść...) ani ludzi majętnych jako takich, ale empirycznie sprawdzalne twierdzenie, że bogatemu dalej do Boga niż ubogiemu (choć Bóg w rdzeniu obu tych słów), acz bywa i na odwrót.

A w dzisiejszym fragmencie Księgi Ezechiela (28,1-10) występuje władca Tyru jako postać mało sympatyczna. Co skojarzyło mi się współcześnie: Tyr i Sydon to przecież miasta dzisiejszego Libanu, tyle że Sydon to dziś Saida... Zresztą Biblia często kojarzy się aktualnie z powodu ludu, który jest jej autorem i bohaterem. O ludzie owym sporo było w filmie Krzysztofa Żurowskiego „Tęcza - Benedykt XVI w Polsce", który TVP I nadała w niedzielę w porze przedwieczornej. Filmie znakomitym: bez krzty landrynkowej pobożności, z mocnym wątkiem polsko-niemieckim, ale i żydowskim („magma antysemityzmu", a jakże), z obrazami nie tylko pozytywnej młodzieży, ale i antyklerykalnego lumpenproletariusza. Owszem - z tęczą nad Birkenau, owszem - z patosem, ale bez łezki w oku, choć przecież było wtedy podniośle.

18:58, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 sierpnia 2006
Doskonałość

Ewangelia Mateusza 19,21-22


"Jezus mu odpowiedział: - Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za mną. Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości".


Mnie akurat posiadłości nie bawią, ale gdyby mi Jezus powiedział: - Rzuć pisanie i chodź za mną - odszedłbym zasmucony jeszcze bardziej... Może jednak doskonałość w moim przypadku nie na tej rezygnacji polega.

11:59, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
niedziela, 20 sierpnia 2006
Chleb i wino

List do Efezjan 5,18


"A nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości, ale napełniajcie się Duchem."


Wybrałem fragmencik Listu Pawłowego, bo również przeznaczony na dzisiejszą niedzielę wykład Jezusa na temat Eucharystii z 6 rozdziału Ewangelii Jana komentowałem już tydzień temu. Któryś poseł postkomunistyczny zarzucił mojemu Kościołowi, że łamie ustawę antyalkoholową odprawiając Eucharystię. Dowcip (?) wyjątkowo głupi, by nie rzec gorzej, ale wiem skądinąd, że pewna wspólnota katolicka w Arabii Saudyjskiej nie mogła używać do Komunii wina, tylko niesfermentowany sok winogronowy, bo bała się muzułmańskiego otoczenia.


Chleb i wino - pożywienie powszednie starożytnego Izraela: wino było napojem "normalnym" jak u nas herbata. Służyło czasem szczególnemu rozweseleniu: przypominam wesele w Kanie Galilejskiej, kiedy to Jezus cudownie zadbał, żeby goście sobie popili (Ewangelia Jana, rozdział 5) . Z alkoholem jak z seksem i w ogóle  wszystkim: co za dużo, to nie zdrowo. To morał, usprawiedliwiony w Miesiącu Trzeźwości, ale teraz myśl mniej banalna: rezygnacja katolicka z karmienia wiernych pokarmem duchowym pod obiema postaciami odbiera sporo temu obrzędowi. Symbole są ważne, co prawosławie rozumie o wiele lepiej. Chciałbym zawsze czuć się nakarmiony i napojony. To jest mniej praktyczne, ale niewykonalne chyba tylko, gdy wiernych tłum ogromny. A nawet i wtedy odważna parafia dominikańska jakoś poradziła sobie, bodaj w Wielką Sobotę.

15:09, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 sierpnia 2006
Dziecięctwo

Ewangelia Mateusza 19,13-15


"Przynoszono do Jezusa dzieci, aby włożył na nie ręce i pomodlił się za nie; a uczniowie szorstko zabraniali im tego. Lecz Jezus rzekł: - Dopuście dzieci i nie zabraniajcie im przyjść do mnie. Włożył na nie ręce i poszedł stamtąd". Marek i Łukasz mają jeszcze pouczenie moralne: trzeba przyjąć Królestwo Boże jak dziecko. Dziecięctwo jest cnotą: chodzi o prostotę duchową, taką, jaką miał brat Roger czy Jan XXIII. Nie jest to to samo, co naiwność, a tym bardziej co innego niż infantylizm. Pewna pani, daleka skądinąd od typowego feminizmu, mówi, że wszyscy mężczyźni są infantylni. Trochę pewnie tak jest (sądzę podług siebie...): Kobiety są na ogół bardziej opiekuńcze, odpowiedzialne, w ogóle dojrzewają szybciej. Ale nie ma reguł bez wyjątków. A gdy jesteśmy przy kobietach: w zapisie na 9 sierpnia napisałem, że "panny nierozsądne rzekły do nieroztropnych", gdy chodziło przecież o „roztropne", a nie o monolog wewnętrzny nierozsądnych. Dziękuję koleżance z "Gazety", że zauważyła ten błąd. Staram się na starość nie być gapą, ale to ciężka sprawa...

10:10, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 sierpnia 2006
Rozwody

Ewangelia Mateusza 19,9

"Powiadam wam, że każdy, kto rozwodzi się z żoną, z wyjątkiem przypadku rozpusty, a żeni się z inną, cudzołoży".

Rygoryzm. Można by go łagodzić powołując się na owo zastrzeżenie "z wyjątkiem przypadku rozpusty" (jest ono również w innym miejscu u Mateusza - 5,32), na podstawie którego chrześcijaństwo wschodnie (prawosławie) pozwala na rozwód, gdy jedna ze stron nie dochowała wierności. Dyskusyjne od wieków jest tutaj znaczenie słowa greckiego "porneia": czy chodzi tu o rozpustę, cudzołóstwo, zdradę małżeńską, jak to rozumieją prawosławni (oraz niektórzy bibliści katoliccy), czy też o żydowski związek małżeński tylko pozornie legalny, który nie był przeszkodą do następnego małżeństwa. Ta druga interpretacja, obowiązująca urzędowo w Kościele katolickim, zwraca uwagę, że o tym wyjątku mówi tylko Mateusz, piszący dla Żydów: milczy Marek, Łukasz oraz Paweł.

Kościół katolicki wyklucza rozwody (dopuszcza tylko stwierdzenie nieważności małżeństwa), prawosławni i protestanci są mniej rygorystyczni. W Kościele katolickim są dziś silne tendencje do "liberalizacji" prawa kościelnego w tej sprawie; są za tym także niektórzy biskupi, podobno rzecz jest na warsztacie w Watykanie. Ja mam tu odczucia bliższe stanowisku niekatolickiemu (starożytny chrześcijański Wschód był przecież mniej rygorystyczny także wtedy, gdy jeszcze nie było rozłamu, oba stanowiska były wtedy jakoś ortodoksyjne), ale zarazem boję się zbytniego "poluzowania": gdy się wie, że nie ma rozwodu, łatwiej o wysiłek, by dochować wierności.

13:16, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
czwartek, 17 sierpnia 2006
Przebaczenie
Ewangelia Mateusza 18, 21-22
"Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: - Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: - Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy".
Biblia Poznańska: "W mniemaniu Piotra liczba siedem oznaczała bardzo wielką wyrozumiałość, zwłaszcza, że rabini uczyli, iż Bóg daruje winy do trzech razy. Piotr usłyszał w odpowiedzi, że ma przebaczać aż siedemdziesiąt siedem razy (albo też siedemdziesiąt razy siedem: tekst grecki dopuszcza jedno i drugie tłumaczenie)".
Jest oczywiste, co wyjaśnia dalej poznański tłumacz ks. Marian Wolniewicz, że nie o liczby chodzi, które tu są, jak często w Biblii, symboliczne, ale o radykalizm przebaczenia. A przebaczyć w ogóle trudno. Mamy dalej przypowieść o słudze, któremu pan darował olbrzymi dług, ale on nie zachował się tak samo wobec innego sługi, choć tamten był mu winien nieporównanie mniej. Ów pan to oczywiście Bóg, a morał mamy wiadomo, gdzie: "I odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom"... Przebaczyć trudno, bo nasze winy wydają nam się malutkie, a cudze kolosalne. Co zaś do Boga, to jest On miłosierny absolutnie, ale wyrzuty sumienia są jak deszcz, który musi nadejść prędzej czy później: dopadną nas może dopiero po śmierci, ale na pewno - i wtedy sami będziemy się karać niezgorzej.
Wyznanie: ja mam już teraz swój mały czyściec. Jak mogłem się tak zachować, bezlitośnie wręcz, tyle razy wobec tylu ludzi. Może mi się uda ich TAM przeprosić!
Lektura pozabiblijna: czytam po trochu, także "do poduszki", "Metafizyczny pejzaż" ks. Tadeusza Bartosia, rzecz o Tomaszu z Akwinu (Wydawnictwo homini, Kraków 2006). Zresztą już po raz drugi, teraz wydaje to mi się bliższe myślowo (jeśli dalekie, to nie tylko dlatego, że minęło tyle wieków: jestem w ogóle w filozofii laikiem).
09:34, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 sierpnia 2006
Brat Roger

Ewangelia Mateusza 18,15

"Jeśli brat twój zgrzeszy , idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata."

Dalej jest o tym, co trzeba robić, gdy brat nie usłucha, ale tu nawiążę tylko do tych słów Ewangelii. Kojarzą mi się z dzisiejszą pierwszą rocznicę śmierci brata Rogera Schutza, założyciela i pierwszego przeora ekumenicznego klasztoru w Taizé. Gdyby przyjąć wersję ze słowami "przeciw tobie", która jest tylko w niektórych rękopisach Ewangelii, to trzeba by napisać, że gdyby brat Roger przeżył zamach i mógł rozmawiać ze swoją morderczynią, to by jej nawet nie upomniał: po prostu przebaczył i tyle. A bez tych słów? Brat Roger w swym nauczaniu nie był od upominania, tylko od przypominania, że Bóg jest miłością, trzeba mieć do Niego zaufanie. Gdyby gromił i groził, nie gromadziłby tylu młodych.

11:26, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 sierpnia 2006
Rewolucjonistka

Ewangelia Łukasza 1,48-53

"Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia. Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, święte jest imię Jego. A Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie nad tymi, którzy się Go boją. Okazał moc swego ramienia, rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich. Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił."

"Błogosławić mnie będą" - tłumaczenie tradycyjne - albo też "nazywać mnie będą szczęśliwą" wg np. Biblii Poznańskiej, bo słowo greckie "makarios" można tłumaczyć jako "błogosławiony" albo bardziej dosłownie: "szczęśliwy". Trzeba też wiedzieć, że ten przesławny hymn "Magnificat" "nie jest stenograficznym zapisem słów Maryi, ale hymnem wdzięczności ułożonym później przez nieznanego autora" (Biblia Poznańska). Hymnem zaiste rewolucyjnym... Bo też Matka Jezusa z Nazaretu, którą dziś czcimy szczególnie, wychowała swego Syna na rewolucjonistę. A rewolucji tej imię: Krzyż.

00:22, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
Archiwum