Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
środa, 30 sierpnia 2006
Szczęście

Psalm 128


"Błogosławiony każdy, kto się boi Pana,
kto chodzi Jego drogami.
Bo z pracy rąk swoich będziesz pożywał,
szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie".


Język hebrajski, podobnie jak grecki, ma dwa wyrażenia oznaczające człowieka szczęśliwego. Mniejsza o te niepolskie terminy, ważniejsze są odpowiadające im słowa polskie. Słowa - bo też są dwa: "błogosławiony" i "szczęśliwy". W Psalmie 128 jak również w pierwszym mamy w różnych polskich tłumaczeniach człowieka błogosławionego albo szczęśliwego. A to dlatego, że w judeochrześcijańskiej tradycji religijnej słowa te są bliskoznaczne. Po prostu szczęśliwy jest ten, komu Bóg błogosławi, czyli zapewnia szczęście.


Tyle biblistyki. Teraz trochę nauki o szczęściu, nazwijmy ją "felicystyką", od łacińskiej nazwy szczęściarza: felix. Zacznę od odnotowania paru powiedzeń. "On ma więcej szczęścia niż rozumu", "pewna kategoria ludzi ma szczęście". To drugie jest bardziej złośliwe, a już najbardziej złośliwy był komentarz mego kolegi do stwierdzenia jego brata: "mam więcej szczęścia niż rozumu". Uznał mianowicie to stwierdzenie za mało samokrytyczne i uzupełnił: "ale to oczywiście nie znaczy, że masz dużo szczęścia".


Dowcip jednak polega przede wszystkim na tym, że szczęście jest nie tylko zmienne (niestałość bogini Fortuny to stały temat literacki od starożytności do renesansu, również polskiego: "Fortuna szalona, co upornie błądzi" Mikołaja Sępa Szarzyńskiego), też niełatwe do osiągnięcia, bośmy sami zmienni. Genialny był ten filozof, co powiedział, że szczęście to nic innego, jak różnica między stanem obecnym i poprzednim: jeśli jest na korzyść, tośmy szczęśliwi, niezależnie od tego, jak skromny był ten pierwszy. Ale do tego drugiego przyzwyczajamy się szybko i znowu nam smutno. No i jeszcze ks. Jana Twardowskiego słowa o "małym głupim szczęściu, co liże nas po twarzy": wystarczy czasem drobny "fart".


A na koniec myśl, że jednak szczęście czeka nas nie tylko za grobem. Wystarczy chodzić za życia Jego drogami, np. nie załamać się podczas przesłuchania: jaka radość potem. Której zresztą nie umiem sobie wyobrazić, bo bezpieka prawie się mnie nie czepiała. Może dlatego, że odnawiałem raczej Kościół niż państwo, czyli miałem jej niewiele do powiedzenia.

12:30, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 29 sierpnia 2006
Jan bez głowy

Ewangelia Marka 6,17-20


"Herod kazał pochwycić Jana i związanego trzymał w więzieniu, z powodu Herodiady, żony brata swego Filipa, którą wziął za żonę. Jan bowiem wypominał Herodowi: - Nie wolno ci mieć żony twego brata. A Herodiada zawzięła się na niego i rada byłaby go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał".


Ciąg dalszy jakby powieściowy. Herod wyprawia ucztę dla prominentów swego państewka, taniec pasierbicy robi na nim takie wrażenie, że obiecuje spełnić każdą jej prośbę, nawet o połowę królestwa, ale Herodiada i tak ma wpływ na całe królestwo a może ugrać zemstę. Jan zwany Chrzcicielem zostaje ścięty i dziś obchodzimy pamiątkę jego męczeństwa (narodzenia 24 czerwca). Wraz z prawosławnymi,  ale oni czczą go bardziej niż my, bardziej niż św. Józefa, nawet jeden z ich teologów gotów był uznać, że jego rola była większa niż Matki Jezusa. Każdy wtorek jest u prawosławnych jego dniem, a poza tym ma dni szczególnych w roku nie dwa, ale pięć. Wspominają też jego poczęcie (w kalendarzu juliańskim 6 października), razem pierwsze i drugie odnalezienie jego głowy (9 marca), jak również trzecie (7 czerwca). Co brzmi dla nas zabawnie, bośmy mniej tradycjonalistyczni od nich, kult relikwii u nas doktrynalnie prawie zanikł (w "Katechizmie Kościoła Katolickiego" tylko wzmianeczka najmniejszą czcionką), wiele przekazów o relikwiach mamy za legendy - ale gdy się pośmiejemy, podziwiajmy ogólną wielkość prawosławnej myśli, naprawdę równie głębokiej, jak - by tak rzec - nowoczesnej, czyli po prostu mądrej. Np. w sprawie będącej poniekąd tematem dzisiejszego fragmentu Ewangelii: rozwodów. Prawosławie zamiast w moim odczuciu zbyt jurydycznego postępowania rzymskokatolickiego (stwierdzanie prawnej nieważności małżeństw) akceptuje jakoś kolejne małżeństwa, choć nie uważa takich faktów za powód do wesela, tylko do żałoby.

00:24, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Biada

Ewangelia Mateusza 23,13-15


„Biada wam,  uczeni w piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą. Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo obchodzicie morze i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę. A gdy się nim stanie, czynicie go dwakroć bardziej winnym piekła niż wy sami."
Mocne słowa. Język tamtych miejsc i czasów w ogóle był mocny, szczególnie u proroków, którzy „z istoty swojej" mówili ostro. Komentarz współczesny? Nasuwa się porównanie tamtejszych nauczycieli moralności do obecnych. Dziś też księża moralizują na ambonie i w konfesjonale, stawiają wygórowane wymagania, a sami często nie lepsi. Choć są też kapłani pokorni, którzy stosują pierwszą osobę liczby mnogiej: mówią „my", gdy „rachują sumienia".


Spór może być też o to, które wymagania są wygórowane, a które tylko nam się takimi wydają. Spór ten bywa ogólnokościelny, na najwyższych szczeblach, np. o antykoncepcję. Ale są też wymagania, które mnie wydają się niewygórowane: mam na myśli aborcję. Nie chodzi mi o słowa, jakich używa się mówiąc na ten temat, nie aprobuję oczywiście upolitycznienia tej sprawy, zresztą z obu stron, nie potępiam nikogo, jako mężczyzna może w ogóle nie powinienem się wypowiadać - ale mam taką intuicję moralną, że tu katolicka czy ogólnochrześcijańska obrona życia ludzkiego od samego poczęcia nie jest „wygórowana" w zestawieniu  np. z wrażliwością ekologiczną, która też idzie daleko, choć w innym kierunku. Może jakoś jedna wrażliwość uzupełnia drugą?

14:01, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 27 sierpnia 2006
Antyfeminizm?

List do Efezjan 5, 21-24


"Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej. Żony niechaj będą poddane swym mężom jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus głową Kościoła: On, Zbawca Ciała. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom we wszystkim".


Słowa denerwujące dzisiejszą płeć nadobną. No cóż, trudno zaprzeczyć, że ta wizja małżeństwa jest patriarchalna. I można cytować dalsze mocne słowa tej księgi biblijnej o miłości męża do żony, która jest wręcz przyrównana do miłości, jaką żywi Chrystus, Głowa Kościoła, do Ciała, jakim jest Kościół, za którego się wydał na śmierć. Co więcej, trzeba zwrócić uwagę na zdanie początkowe: "Bądźcie sobie wzajemnie poddani". Niemniej współczesnego feminizmu (także katolickiego) tu nie ma i nie mogło być: takie były czasy i miejsca. Jak na to, jest to tekst "postępowy".


A co do patriarchalizmu w dzisiejszej Polsce, to wydaje mi się, że rodziny są bardzo różne. W wiejskich czy małomiasteczkowych mamy wciąż często męską przemoc, ale w rodzinach inteligenckich pantofel żony bywa wciąż potężny, pani Dulska kłania się nisko.

00:37, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 sierpnia 2006
Wino

Ewangelia Jana 2, 1-4


"W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: - Nie mają już wina. Jezus Jej odpowiedział: - Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Jeszcze nie nadeszła godzina moja".


Dziś w Polsce duża uroczystość kościelna: Matki Boskiej Częstochowskiej. Katolicyzm, a jeszcze bardziej prawosławie, czci ikony, a dziś sławimy najsławniejszą. W przeznaczonej nam cząstce Ewangelii wspominamy wydarzenie także sławne: temat świetny dla malarzy. Czytamy o czymś bardzo obrazowym: samo wesele to jeszcze nic, brak wina, napoju elementarnego tam nie tylko z okazji szczególnych, to już większa sensacja, ale największa to rodzaj cudu: Jezus zamieniając wodę w wino dostarcza uczestnikom alkoholu! Żartuję: w Biblii mamy sporo o grzechu opilstwa, niedawno cytowałem św. Pawła - miesiąca trzeźwości dzisiejszy fragment Ewangelii nie zakłóca. Co natomiast ciekawe, to to, że poproszony przez Matkę Jezus najpierw jakby się wykręca. Jego słowa można jednak różnie rozumieć, egzegeci mają co robić, jedno natomiast wydaje się pewne: nie obrażał Matki nazywając Ją niewiastą, przeciwnie: słowo to oznaczało większy szacunek. A jeśli rzeczywiście najpierw odmówił, to być może dlatego, że Jego "godzina" była godziną śmierci. Wiedział, że gdy zacznie czynić cuda, czyli być sławny, wzbudzi nienawiść, albowiem taki jest los proroków.

11:19, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 sierpnia 2006
Miłość jest jedna

Ewangelia Mateusza 22, 34-40


"Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że Jezus zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał Go, wystawiając Go na próbę: - Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? On mu odpowiedział: »Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem«. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: »Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego». Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy".


W niedawnym wywiadzie, którego fragment wydrukowaliśmy w ostatniej "Arce", Benedykt XVI tłumaczył dziennikarzom, czemu w Hiszpanii mówiąc o rodzinie nie powiedział nic o homoseksualizmie, aborcji i antykoncepcji: albowiem "chrześcijaństwo, katolicyzm nie jest zbiorem zakazów, ale czymś pozytywnym". Istotnie katolicyzm kojarzy się z tym, czego nie wolno: z zakazami. A jeśli z nakazami, to też szczegółowymi, gdy przecież największe jest przykazanie najogólniejsze: miłość Boga i bliźniego.


Druga rzecz nie przez wszystkich rozumiana to jedność tych dwóch miłości. Nie można kochać Boga nie miłując ludzi. Nie ma tu żadnej konkurencji: wprawdzie w tejże Ewangelii wcześniej (w rozdziale 10) są słowa Jezusa: »Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien« i takie same o synu lub córce, ale z całego nauczania Jezusa wynika, że to "bardziej" oznacza miłość niemądrą; na przykład wykluczającą pójście do klasztoru (bywa, że rodzice nie puszczają córki, choć to zdeklarowani katolicy - nie rozumieją, że przyda im się tam swoją modlitwą). Bóg chrześcijan jest osobą, owszem, ale w jakimś sensie zawiera w sobie wszystkie inne osoby (choć rozumiemy to inaczej niż religie Dalekiego Wschodu).


No i można kochać Boga nie będąc przekonanym o Jego istnieniu: wiara chrześcijańska sprawdza się w stosunku do bliźnich (Ewangelia Mateusza, rozdział 25).

00:21, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 sierpnia 2006
Bartłomiej, Natanael

Ewangelia Jana 1,45-49


"Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: - Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy, Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu. Rzekł do niego. Natanael: - Czyż może być co dobrego z Nazaretu? Odpowiedział mu Filip: - Chodź i zobacz. Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: - Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu. Powiedział do Niego Natanael: - Skąd mnie znasz? Odrzekł mu Jezus: - Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym. Odpowiedział Mu Natanael: - Rabbi, Ty jesteś synem Bożym, Ty jesteś królem Izraela!"


Dziś święto tego Apostoła, jednego z mniej znanych z Biblii (legend oczywiście sporo).
Jednego z kłopotliwych: czy to ten sam uczeń, którego pozostałe Ewangelie nazywają Bartłomiejem? Ks. Michał Czajkowski w książce Znaku "Dwunastu Apostołów", przedtem w "Gazecie Wyborczej", pisze: "Od wieku IX na Wschodzie, a od XI na Zachodzie, wbrew opinii niektórych Ojców Kościoła, utożsamia się Bartłomieja z Natanaelem. Pełne jego imię mogło brzmieć: Natanael bar-Tolomaj (Natanael syn Tolomaja). Identyfikacja była tym łatwiejsza, że w spisach Apostołów w Ewangeliach synoptycznych Bartłomiej wymieniany jest zaraz po Filipie, o którym wiemy z czwartej Ewangelii, że przyprowadził Natanaela do Jezusa, który znad Jordanu wracał do Galilei." Wiemy, bo przeczytaliśmy wyżej. Wiemy też, że Natanael-Bartłomiej najpierw wzgardził Jezusem, bo pochodził z wioseczki Nazaret (dziś to miasto z uniwersytetem!), a on sam był z miasteczka Kana Galilejska (Ewangelia Jana 21,2); ale gdy Ten pokazuje mu, że wie więcej niż zwykły śmiertelnik, zaraz wyznaje wiarę w Jego wielkość.


Nam też czasem trzeba cudu...

12:23, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 sierpnia 2006
Zazdrość

Ewangelia Mateusza 20, 1-16a


Przypowieść o robotnikach w winnicy, bardzo współcześnie brzmiąca, bo jest rynek pracy, na szczęście chłonny, jest robota kojarząca się z rodzajem zatrudniania naszych rodaków w krajach winorośli - i są konflikty między pracownikami. A to w Ewangelii Mateusza jakby z winy pracodawcy, który nie skąpi denarów i płaci tyle samo ludziom niezależnie od czasu pracy, czy pracowali od rana, czy znacznie krócej. Wina jest oczywiście żadna, bo płaci każdemu tyle, ile obiecał, ale niestety "lista płac" jest znana i wywołuje zazdrość. Jakże "ludzką", czyli ujawniającą niedobre cechy gatunku "homo sapiens".  Pracodawca pyta zazdrośników: "Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?" I komentarz końcowy, niemal identyczny z tym, który zamykał wczorajszą "perykopę" ewangelijną: "Tak ostatni będą pierwszymi a pierwsi ostatnimi".


Co ma sens bardzo ogólny, bo ci na pozór ostatni to mogą być poganie a pierwsi - Żydzi, albo węziej: grzesznicy "dowartościowani" przez Chrystusa i przeciwstawiani im, uważający się za bezgrzesznych, faryzeusze i tp. Mamy tu w każdym razie myśl charakterystyczną dla całej Ewangelii, czyli Dobrej Nowiny, że ludzkie, w sensie negatywnym, oceny są zawodne: mamy nieodpartą skłonność do przeceniania siebie a niedoceniania bliźnich. Ks. Piotr Nitecki w komentarzu "Agendy liturgicznej Maryi Niepokalanej" pisze o "pysze ludzi wiary, którzy nigdy nie przeżywali jej kryzysu, upadku w wielki grzech, potrzeby wielkiego nawrócenia, zawsze trwali przy Bogu i często patrzą krytycznie na tych, którzy po czasem bardzo skomplikowanym życiu docierają do Boga w ostatniej chwili".


Pycha, ale i właśnie zazdrość. Jest ona na równi z tą pierwszą motorem wielu myśli i czynów. Ile zawodowych rywalizacji np. między mediami. Także katolickimi... Zamiast jednak rozwijać temat smutny ucieszę może drobną, ale dobrą nowiną. Otóż najstarszym pismem katolickim w Polsce jest miesięcznik "Posłaniec Serca Jezusowego", wydawany przez jezuitów krakowskich (Wydawnictwo WAM). Absolutny Matuzalem, wychodzi od Roku Pańskiego 1872. I właśnie w jakimś sensie przestał wychodzić - w najbardziej pozytywnym: zmienił mianowicie imię.


Ukazał się jego wrześniowy numer pod tytułem krótszym a bardziej współczesnym: "Posłaniec". "Serce Jezusa" to wyrażenie pełne najgłębszej treści, ale terminologia nie jest najlepsza, kojarzy się mimo wszystko "dewocyjnie". Decyzja była - domyślam się - trudna, nowa redakcja złagodziła ją informując, że nowe pismo zastąpi dwa stare: także miesięcznik bliźniaczy wydawany w USA pod tytułem "Posłaniec Serca Jezusa". Tematyka pierwszego zeszytu "Posłańca" pasująca mi do mojej zadumy nad mediami: o nich tam właśnie. Że są "czwartą władzą", czy kłamią itp. Pisanie jest sympatyczne, bez agresji, ale - patrząc z punktu widzenia rzemiosła dziennikarskiego -  chyba za bardzo ogólne, bez konkretów, które - choćby niektórych dotykały - oczywiście ożywiają teksty i zwiększają ich wartość informacyjną. Ale nie od razu Kraków zbudowano... Pismo wychodzi dalej w tym mieście, u księży jezuitów, ul. Kopernika 26, (012) 6293291, redakcja@poslaniec.pl
Wszystkiego najlepszego, pomocy Bożej i ludzkiej, weny autorskiej i redaktorskiej!

12:49, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 sierpnia 2006
Ucho igielne

Ewangelia Mateusza 19,23-24

„Zaprawdę powiadam wam: bogaty z trudem wejdzie do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz wam powiadam: łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego".

Ktoś wymyślił, że Jezus nie miał na myśli zwykłej igły. Że w Jerozolimie była brama zamykana na noc, ale w niej jakby furtka, przez którą mógł przecisnąć się człowiek i z największym trudem można było przepchać wielbłąda. Ale to legenda: nie było nic takiego i mamy tu znów biblijną hiperbolę. Nie potępienie kapitalizmu (Balcerowicz nie musi odejść...) ani ludzi majętnych jako takich, ale empirycznie sprawdzalne twierdzenie, że bogatemu dalej do Boga niż ubogiemu (choć Bóg w rdzeniu obu tych słów), acz bywa i na odwrót.

A w dzisiejszym fragmencie Księgi Ezechiela (28,1-10) występuje władca Tyru jako postać mało sympatyczna. Co skojarzyło mi się współcześnie: Tyr i Sydon to przecież miasta dzisiejszego Libanu, tyle że Sydon to dziś Saida... Zresztą Biblia często kojarzy się aktualnie z powodu ludu, który jest jej autorem i bohaterem. O ludzie owym sporo było w filmie Krzysztofa Żurowskiego „Tęcza - Benedykt XVI w Polsce", który TVP I nadała w niedzielę w porze przedwieczornej. Filmie znakomitym: bez krzty landrynkowej pobożności, z mocnym wątkiem polsko-niemieckim, ale i żydowskim („magma antysemityzmu", a jakże), z obrazami nie tylko pozytywnej młodzieży, ale i antyklerykalnego lumpenproletariusza. Owszem - z tęczą nad Birkenau, owszem - z patosem, ale bez łezki w oku, choć przecież było wtedy podniośle.

18:58, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 sierpnia 2006
Doskonałość

Ewangelia Mateusza 19,21-22


"Jezus mu odpowiedział: - Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za mną. Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości".


Mnie akurat posiadłości nie bawią, ale gdyby mi Jezus powiedział: - Rzuć pisanie i chodź za mną - odszedłbym zasmucony jeszcze bardziej... Może jednak doskonałość w moim przypadku nie na tej rezygnacji polega.

11:59, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
niedziela, 20 sierpnia 2006
Chleb i wino

List do Efezjan 5,18


"A nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości, ale napełniajcie się Duchem."


Wybrałem fragmencik Listu Pawłowego, bo również przeznaczony na dzisiejszą niedzielę wykład Jezusa na temat Eucharystii z 6 rozdziału Ewangelii Jana komentowałem już tydzień temu. Któryś poseł postkomunistyczny zarzucił mojemu Kościołowi, że łamie ustawę antyalkoholową odprawiając Eucharystię. Dowcip (?) wyjątkowo głupi, by nie rzec gorzej, ale wiem skądinąd, że pewna wspólnota katolicka w Arabii Saudyjskiej nie mogła używać do Komunii wina, tylko niesfermentowany sok winogronowy, bo bała się muzułmańskiego otoczenia.


Chleb i wino - pożywienie powszednie starożytnego Izraela: wino było napojem "normalnym" jak u nas herbata. Służyło czasem szczególnemu rozweseleniu: przypominam wesele w Kanie Galilejskiej, kiedy to Jezus cudownie zadbał, żeby goście sobie popili (Ewangelia Jana, rozdział 5) . Z alkoholem jak z seksem i w ogóle  wszystkim: co za dużo, to nie zdrowo. To morał, usprawiedliwiony w Miesiącu Trzeźwości, ale teraz myśl mniej banalna: rezygnacja katolicka z karmienia wiernych pokarmem duchowym pod obiema postaciami odbiera sporo temu obrzędowi. Symbole są ważne, co prawosławie rozumie o wiele lepiej. Chciałbym zawsze czuć się nakarmiony i napojony. To jest mniej praktyczne, ale niewykonalne chyba tylko, gdy wiernych tłum ogromny. A nawet i wtedy odważna parafia dominikańska jakoś poradziła sobie, bodaj w Wielką Sobotę.

15:09, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 sierpnia 2006
Dziecięctwo

Ewangelia Mateusza 19,13-15


"Przynoszono do Jezusa dzieci, aby włożył na nie ręce i pomodlił się za nie; a uczniowie szorstko zabraniali im tego. Lecz Jezus rzekł: - Dopuście dzieci i nie zabraniajcie im przyjść do mnie. Włożył na nie ręce i poszedł stamtąd". Marek i Łukasz mają jeszcze pouczenie moralne: trzeba przyjąć Królestwo Boże jak dziecko. Dziecięctwo jest cnotą: chodzi o prostotę duchową, taką, jaką miał brat Roger czy Jan XXIII. Nie jest to to samo, co naiwność, a tym bardziej co innego niż infantylizm. Pewna pani, daleka skądinąd od typowego feminizmu, mówi, że wszyscy mężczyźni są infantylni. Trochę pewnie tak jest (sądzę podług siebie...): Kobiety są na ogół bardziej opiekuńcze, odpowiedzialne, w ogóle dojrzewają szybciej. Ale nie ma reguł bez wyjątków. A gdy jesteśmy przy kobietach: w zapisie na 9 sierpnia napisałem, że "panny nierozsądne rzekły do nieroztropnych", gdy chodziło przecież o „roztropne", a nie o monolog wewnętrzny nierozsądnych. Dziękuję koleżance z "Gazety", że zauważyła ten błąd. Staram się na starość nie być gapą, ale to ciężka sprawa...

10:10, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 sierpnia 2006
Rozwody

Ewangelia Mateusza 19,9

"Powiadam wam, że każdy, kto rozwodzi się z żoną, z wyjątkiem przypadku rozpusty, a żeni się z inną, cudzołoży".

Rygoryzm. Można by go łagodzić powołując się na owo zastrzeżenie "z wyjątkiem przypadku rozpusty" (jest ono również w innym miejscu u Mateusza - 5,32), na podstawie którego chrześcijaństwo wschodnie (prawosławie) pozwala na rozwód, gdy jedna ze stron nie dochowała wierności. Dyskusyjne od wieków jest tutaj znaczenie słowa greckiego "porneia": czy chodzi tu o rozpustę, cudzołóstwo, zdradę małżeńską, jak to rozumieją prawosławni (oraz niektórzy bibliści katoliccy), czy też o żydowski związek małżeński tylko pozornie legalny, który nie był przeszkodą do następnego małżeństwa. Ta druga interpretacja, obowiązująca urzędowo w Kościele katolickim, zwraca uwagę, że o tym wyjątku mówi tylko Mateusz, piszący dla Żydów: milczy Marek, Łukasz oraz Paweł.

Kościół katolicki wyklucza rozwody (dopuszcza tylko stwierdzenie nieważności małżeństwa), prawosławni i protestanci są mniej rygorystyczni. W Kościele katolickim są dziś silne tendencje do "liberalizacji" prawa kościelnego w tej sprawie; są za tym także niektórzy biskupi, podobno rzecz jest na warsztacie w Watykanie. Ja mam tu odczucia bliższe stanowisku niekatolickiemu (starożytny chrześcijański Wschód był przecież mniej rygorystyczny także wtedy, gdy jeszcze nie było rozłamu, oba stanowiska były wtedy jakoś ortodoksyjne), ale zarazem boję się zbytniego "poluzowania": gdy się wie, że nie ma rozwodu, łatwiej o wysiłek, by dochować wierności.

13:16, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
czwartek, 17 sierpnia 2006
Przebaczenie
Ewangelia Mateusza 18, 21-22
"Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: - Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: - Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy".
Biblia Poznańska: "W mniemaniu Piotra liczba siedem oznaczała bardzo wielką wyrozumiałość, zwłaszcza, że rabini uczyli, iż Bóg daruje winy do trzech razy. Piotr usłyszał w odpowiedzi, że ma przebaczać aż siedemdziesiąt siedem razy (albo też siedemdziesiąt razy siedem: tekst grecki dopuszcza jedno i drugie tłumaczenie)".
Jest oczywiste, co wyjaśnia dalej poznański tłumacz ks. Marian Wolniewicz, że nie o liczby chodzi, które tu są, jak często w Biblii, symboliczne, ale o radykalizm przebaczenia. A przebaczyć w ogóle trudno. Mamy dalej przypowieść o słudze, któremu pan darował olbrzymi dług, ale on nie zachował się tak samo wobec innego sługi, choć tamten był mu winien nieporównanie mniej. Ów pan to oczywiście Bóg, a morał mamy wiadomo, gdzie: "I odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom"... Przebaczyć trudno, bo nasze winy wydają nam się malutkie, a cudze kolosalne. Co zaś do Boga, to jest On miłosierny absolutnie, ale wyrzuty sumienia są jak deszcz, który musi nadejść prędzej czy później: dopadną nas może dopiero po śmierci, ale na pewno - i wtedy sami będziemy się karać niezgorzej.
Wyznanie: ja mam już teraz swój mały czyściec. Jak mogłem się tak zachować, bezlitośnie wręcz, tyle razy wobec tylu ludzi. Może mi się uda ich TAM przeprosić!
Lektura pozabiblijna: czytam po trochu, także "do poduszki", "Metafizyczny pejzaż" ks. Tadeusza Bartosia, rzecz o Tomaszu z Akwinu (Wydawnictwo homini, Kraków 2006). Zresztą już po raz drugi, teraz wydaje to mi się bliższe myślowo (jeśli dalekie, to nie tylko dlatego, że minęło tyle wieków: jestem w ogóle w filozofii laikiem).
09:34, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 sierpnia 2006
Brat Roger

Ewangelia Mateusza 18,15

"Jeśli brat twój zgrzeszy , idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata."

Dalej jest o tym, co trzeba robić, gdy brat nie usłucha, ale tu nawiążę tylko do tych słów Ewangelii. Kojarzą mi się z dzisiejszą pierwszą rocznicę śmierci brata Rogera Schutza, założyciela i pierwszego przeora ekumenicznego klasztoru w Taizé. Gdyby przyjąć wersję ze słowami "przeciw tobie", która jest tylko w niektórych rękopisach Ewangelii, to trzeba by napisać, że gdyby brat Roger przeżył zamach i mógł rozmawiać ze swoją morderczynią, to by jej nawet nie upomniał: po prostu przebaczył i tyle. A bez tych słów? Brat Roger w swym nauczaniu nie był od upominania, tylko od przypominania, że Bóg jest miłością, trzeba mieć do Niego zaufanie. Gdyby gromił i groził, nie gromadziłby tylu młodych.

11:26, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 sierpnia 2006
Rewolucjonistka

Ewangelia Łukasza 1,48-53

"Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia. Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, święte jest imię Jego. A Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie nad tymi, którzy się Go boją. Okazał moc swego ramienia, rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich. Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił."

"Błogosławić mnie będą" - tłumaczenie tradycyjne - albo też "nazywać mnie będą szczęśliwą" wg np. Biblii Poznańskiej, bo słowo greckie "makarios" można tłumaczyć jako "błogosławiony" albo bardziej dosłownie: "szczęśliwy". Trzeba też wiedzieć, że ten przesławny hymn "Magnificat" "nie jest stenograficznym zapisem słów Maryi, ale hymnem wdzięczności ułożonym później przez nieznanego autora" (Biblia Poznańska). Hymnem zaiste rewolucyjnym... Bo też Matka Jezusa z Nazaretu, którą dziś czcimy szczególnie, wychowała swego Syna na rewolucjonistę. A rewolucji tej imię: Krzyż.

00:22, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 sierpnia 2006
Ojciec Kolbe

1 List Pawła do Koryntian

"Kiedy już to, co zniszczalne, przyodzieje się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, przyodzieje się w nieśmiertelność, wtedy sprawdzą się słowa, które zostały napisane: zwycięstwo pochłonęło śmierć. Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?"

Czytanie przeznaczone na wigilię uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, ale dziś też jest dzień, w którym wspominamy liturgicznie św. Maksymiliana Marię Kolbego, w 65. rocznicę jego śmierci i słowa tego tekstu (hymnu) znakomicie pasują do niezwykłego męczennika Oświęcimia, który odniósł za grobem zwycięstwo.

Niezwykła to zaprawdę postać. Przeciętny umysłowo polski ksiądz (sądzę też, że tylko przeciętnie antyżydowski, że "Mały Dziennik" rzeczywiście wymknął mu się spod kontroli) dokonał w Auschwitz czynu jedynego (opowieść o kimś drugim, który zachował się tam podobnie, jest chyba legendą): oddał życie za brata swego.

14:19, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 sierpnia 2006
Eucharystia

Ewangelia Jana 6,48-51

"Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który ja dam, jest moje ciało [ofiarowane] za życie świata."

Słowa Chrystusa o Eucharystii wypowiedziane po cudownym rozmnożeniu chleba i ryby. Rzecz ciekawa: o ustanowieniu tego najświętszego sakramentu chrześcijan podczas Ostatniej Wieczerzy nie ma u Jana ani słowa, jest natomiast tutaj. No cóż, czwarty Ewangelista, znając pewnie dzieła poprzednie, uzupełnia je i nie powtarza. Słowa zaś są bardzo mocne, dowiadujemy się, że nawet "wielu Jego uczniów usłyszawszy to mówiło: - Twarda jest to mowa, któż jej słuchać może?" Historia chrześcijaństwa jest pełna dyskusji na temat tego tajemniczego misterium, a w XVI wieku podzieliła chrystianizm zachodni, ponieważ reformacja protestancka (nie tyle Luter, ile Kalwin, a szczególnie Zwingli) racjonalizowała tę tajemniczość. Nie można wpadać w drugą skrajność, w jakiś "materializm" eucharystyczny, ale gdy się uczyni rozum i zmysły sędzią tej sprawy, zniknie wraz z nią sam Chrystus. Podkreślanie Jego realnej obecności w chlebie i winie potrzebne jest, byśmy mogli czuć w niej mocne oparcie. Byśmy czuli, że - napisał kiedyś w "Tygodniku Powszechnym" bodaj Jan Prokop - w naszych ciemnościach, w naszym bezładzie On Jest.

11:38, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
sobota, 12 sierpnia 2006
Wiara

Ewangelia Mateusza 17,20

"(...) zaprawdę powiadam wam: jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: przesuń się tam i przyniesie się. I nic niemożliwego nie będzie dla was."

Zacznę od ciekawostki lingwistycznej, która wydała mi się sensacją: owe "zaprawdę", część mowy polskiej, oczywiście staroświeckiej i namaszczonej, to odpowiednik hebrajskiego słowa "amen", jednego z najważniejszych w modlitwach żydowskich i chrześcijańskich, części mowy naszej codziennej (zamknąć coś "na amen").

Ale jeszcze ważniejsze jest inne słowo w tym tekście: wiara (greckie "pistis"). Mamy tu oczywiście wschodnią przesadę: zestawienie ziarnka gorczycy, ewangelijnego symbolu maleńkości , z górą ma dobitnie tłumaczyć, że wszystko zależy od nas: moglibyśmy wszystko, gdyby... Ale wiemy też przecież, że wiara jest łaską, czyli darem Bożym. Od nas tylko zależy, czy go przyjmiemy, jednak nie każdemu dany jest w tym samym czasie: Duch tchnie nie tylko kędy chce, także kiedy chce. A poza tym ostatecznym sprawdzianem wiary są uczynki. Czy Korczak nie miał wiary? Religijnej, chrześcijańskiej raczej nie, był (choć sprawa nie jest jasna) agnostykiem. Ale miał taką jakąś wiarę ogólnoludzką, która przeniosła górę olbrzymią, czyli poszedł z dziećmi na śmierć.

Jezus wypowiedział te słowa odpowiadając uczniom na pytanie, jak udało Mu się wypędzić złego ducha z epileptyka - bo oni nie umieli. W niektórych rękopisach tekstu mamy jeszcze Jezusowe tłumaczenie, że sposobem na złego ducha jest modlitwa i post. Oczywiście nie "klepanie pacierzy" i nie rozróżnianie kręgowców, ale stan wielkiego duchowego napięcia, dany nam czasem, gdy bardzo chcemy, a Bóg uważa, że nadszedł czas.

11:11, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 sierpnia 2006
Z powodu Chrystusa

Ewangelia Mateusza 16,25

"Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je". Formuła będąca istotą Ewangelii. Wczoraj przytoczyłem przeznaczoną na tamten dzień wersję Janową, dziś wersja mniej więcej taka, jaka jest u pozostałych synoptyków (Marka i Łukasza), czyli z dodatkiem "z mego powodu". Dodatek ten nie daje oczywiście innej doktryny, w każdym razie jeśli się ma stale "z tyłu głowy" to, co Ewangelia Mateusza mówi najwyraźniej, mianowicie w rozdziale 25, gdzie jest wizja Sądu Ostatecznego. Ludzkość zostaje tam podzielona na kozły, czyli paskudników, i owce, czyli porządnych. I okazuje się, że kryterium przynależności do jednej lub drugiej populacji nie jest wcale "dogmatyczne", ale etyczne. Co się zrobiło dobrego potrzebującym, zrobiło się samemu Chrystusowi, z Jego powodu. Dlatego to, co zrobił świętej pamięci Janusz Korczak, nie różni się istotnie od czynu świętego Maksymiliana Kolbego, którego rocznica śmierci i święto już w poniedziałek.

PS. Wydarzenie wielkie biblijno-ekumeniczne: ukazały się już wszystkie księgi Tory, przetłumaczonej, po raz pierwszy po Zagładzie na język polski, przez rabina dr. Sachę Pecarica. Wydawca: Fundacja Ronalda S. Laudera, Edycja Pardes Lauder, Kraków 2001-6. Przekład Pięcioksięgu został - czytamy na stronie tytułowej - dokonany „z uwzględnieniem Tory Ustnej, opatrzony wyborem komentarzy Rabinów". Pomnikowe dzieło było wydawane stopniowo od pięciu lat, pracę ukończono w roku w Polsce szczególnym: 60 lat temu dokonał się pogrom kielecki. Prezydent Kielc Wojciech Lubawski oraz prezes kieleckiego Stowarzyszenia im. Jana Karskiego Bogdan Białek ufundowali pomordowanym pomnik niezwykły. Każdej z osób, która zginęła tego tragicznego dnia, poświęcili jeden kompletny egzemplarz przekładu Tory-centrum judaizmu, i każdy taki swoisty pomnik konkretnej osoby przekazali na ręce i powierzyli pieczy innej osoby żyjącej dzisiaj. Osoby te nazwali strażnikami pamięci: są one owymi strażnikami z racji sprawowanych funkcji i takimi, które swoim życiem uczą nas, jak tę pamięć zachowywać. Nie będzie chyba samochwalstwem ujawnienie przeze mnie tutaj, że do tych osób zostałem zaliczony. Zaszczyt to oczywiście dla mnie wielki, czy zasłużony - nie mnie sądzić.

09:15, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 sierpnia 2006
Męczennicy

Ewangelia Jana 12,24-25


"Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne."


Tak się złożyło, że owe słowa o tym, jak zachować swoje życie, przeznaczył mój Kościół na wczoraj, dziś i jutro. Dziś w troszkę innej wersji - Janowej, z okazji wspomnienia człowieka, który stracił życie doczesne, bo był męczennikiem za wiarę chrześcijańską: św. Wawrzyńca (III wiek, Rzym). Prześladowania pierwszych wieków: temat sporny historyków Kościoła. Tradycyjna historiografia katolicka mnożyła liczbę męczenników, krytycy takiej apologetycznej wizji dziejów z lubością wykazywali błędy pobożnej przesady. Profesor Ewa Wipszycka, której niedawno wznowione dzieło "Kościół w świecie późnego antyku" z wielką ciekawością i zadowoleniem czytam, twierdzi, że spór nie łatwo rozstrzygnąć, bo brak danych. "Ludzie starożytności nie byli opanowani manią statystyczną, pragnieniem precyzji" - powiada. Gdy chcieli powiedzieć wielu, posługiwali się liczbą "sto", bardzo wielu - "tysiąc" itp. Widać to - wiem to z innych lektur - w Biblii, np. w liczeniu tłumów nakarmionych cudownie przez Chrystusa paroma chlebami i rybami (odsyłam do powieści "Jezus z Nazarethu" Romana Brandstaettera). Niemniej Wipszycka pisze sympatycznie wyważając swój pogląd, że choć fabrykowano żywoty męczenników tak jak i relikwie, "męczenników było więcej, niżby wynikało z wykazów ich imion odnotowanych w źródłach. Między epoką prześladowań a epoką kultu męczenników, gdy każde imię stało się drogocenne, rozciągał się długi okres, dostatecznie długi, by imiona (nie mówiąc już o faktach) poszły w niepamięć."


A potem były prześladowania heretyków i Żydów (pamiętam pogląd prof. Jerzego Kłoczowskiego, że inkwizytorzy wymordowali znacznie więcej ludzi niż rzymscy prześladowcy chrześcijan), a potem wzajemne mordowanie się uczniów Chrystusa, a potem męczennicy XX wieku. Ziarna padają w ziemię...

09:25, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 sierpnia 2006
Panna mądra

Ewangelia Mateusza 25,1-13


"Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść: - Królestwo niebieskie podobne będzie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie oblubieńca. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych.  Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły ze sobą oliwy. Roztropne zaś z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się oblubieniec opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły. lecz o północy rozległo się wołanie: - Oblubieniec idzie, wyjdźcie mu na spotkanie. Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do nieroztropnych: - Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną. Odpowiedziały roztropne: - Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie. Gdy owe szły kupić, nadszedł oblubieniec. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: - Panie, panie, otwórz nam. Lecz on odpowiedział: - Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny."


Wspomnienie: spotkanie rodzinne u mego wuja, Kazimierza Świeżyńskiego. Był to człowiek ogromnej dobroci, choć nie przyznający się do Kościoła - wzór moralny dla wielu krewnych. I zadał zagadkę: - Pamiętacie na pewno przypowieść o pannach mądrych i głupich. A ile ich było? Zawstydził szczególnie mnie, magistra teologii: nie zgadłem. Najwyraźniej porządnie czytał Biblię.  I był "anonimowym chrześcijaninem", świadkiem Ewangelii w tym, co najważniejsze.


Panny mądre wspomina dziś Kościół rzymskokatolicki, bo świętuje współpatronkę Europy, siostrę Teresę Benedyktę od Krzyża, czyli Edytę Stein. Była mądra podwójnie: intelektualistka, filozofka uczona, i roztropna religijnie, bo postąpiła, jak nakazuje Chrystus w innym fragmencie Ewangelii Mateusza, danym dziś alternatywnie do czytania: (16, 24-27): "Jeśli ktoś chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje". Można sceptycznie komentować, że Edyta-Benedykta nie wzięła krzyża, tylko został jej dany przez oprawców: była po prostu Żydówką i zginęła jak tylu Żydów. Nie jest to jednak proste. Napisała w 1939 r. w swoim testamencie: "Już teraz przyjmuję śmierć taką, jaką mi Bóg przeznaczył, z doskonałym poddaniem się Jego woli i z radością. Proszę Pana, by zechciał przyjąć moje życie i  śmierć na swoją cześć i chwałę". Po tych swoich słowach raz odmówiła komuś, kto ją chciał ratować ("Dlaczego ja albo nasza grupa mielibyśmy być  wyjątkiem"), potem jednak wraz z siostrą Różą, też karmelitanką, starała się uciec do Szwajcarii, ale już było za późno. Aresztowana przez gestapo w klasztorze holenderskim, do którego uciekła z Niemiec, powiedziała do Róży: "Chodź, idziemy za nasz naród". Została zagazowana w Auschwitz-Birkenau najprawdopodobniej 9 sierpnia 1942.

Polecam książki: karmelitanki J. Immakulaty Adamskiej "Sól ziemi. Rzecz o Edycie Stein" (Pallottinum 1997),Berty Weibel "Edyta Stein. W okowach miłości" (Verbinum 1997) oraz Waltrauda Herbstritha "Edyta Stein, ofiara naszego czasu" (Verbinum 1998).

08:48, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
wtorek, 08 sierpnia 2006
Proroctwo

Psalm 102

"Należy to spisać dla przyszłych pokoleń,

lud, który się narodzi, niech wychwala Pana.

Bo spojrzał Pan z wysokości swego przybytku,

aby usłyszeć jęki uwięzionych,

aby skazanych na śmierć uwolnić.

Synowie sług Twoich bezpiecznie mieszkać będą,

a i potomstwo będzie trwało w Twej obecności.

By imię Pana głoszono na Syjonie i Jego chwałę w Jeruzalem,

kiedy zgromadzą się razem narody i królestwa, by służyć Panu".

Pomyślmy nad tym, co tu "zostało spisane dla przyszłych pokoleń". Co się ziściło? Sporo. Można rzec, że to, co najważniejsze: po potwornych przejściach, popadnięciu zwycięskiego narodu Dawida i Salomona w niewolę, pod okupację kolejnych mocarstw, po ostatecznym zburzeniu Świątyni, po rozproszeniu po całym świecie, po Zagładzie - Żydzi mają własne państwo, raczej nie mocarstwowe, ale jak na swoje terytorium i liczbę ludności potężne. Niemniej - zagrożone od paru stron straszliwie. Co gorsza, czy imię Pana jest głoszone w Jeruzalem? Głosi je oczywiście wielu Żydów religijnych, ale reszta? A i zgoła nie wszyscy religijni Żydzi (niektórzy już tak: chwała im za to) rozumieją rolę chrześcijan głoszących inaczej, ale przecież nie innego Pana Abrahama, Izaaka i Jakuba. I co najgorsze: Ziemia Święta jest terenem stałej walki, w której Naród Wybrany nie jest bez winy.

09:13, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 sierpnia 2006
Pięć chlebów

Ewangelia Mateusza 14, 19-21


"Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby, dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do sytości i zebrali z tego, co pozostało, dwanaście pełnych koszy ułomków.  Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci".


Jeden z wielu cudów Jezusa. Rewolucja, która ogarnęła współczesną teologię, nicuje także pojęcie cudu, właściwe przecież każdej religii. Nicuje - to nie znaczy, że twierdzi, iż nie ma w tym nic nadprzyrodzonego, że wszystko da się wytłumaczyć„naturalnie". Biblistyka jednak - awangarda teologiczna - interpretując wiele cudów, nie wyłączając Jezusowych, "racjonalizuje", wskazuje na możliwość przyczyn zwanych właśnie naturalnymi. I teologia wskazuje w ogóle na zasadnicze znaczenie cudu jako znaku: głosu Boga do człowieka. Natomiast sprawa cudu jako zjawiska "sprzecznego z naturą" jest dziś w teologii mniej ważna niż kiedyś , bo i w dzisiejszej nauce mniej jasna niż dawniej: im głębiej w "naturę", tym więcej drzew... Otóż jedni mają słuch gorszy, drudzy lepszy i dotyczy to także wrażliwości religijnej. Jedni powątpiewają nawet słysząc o ewidentnych niezwykłościach, drudzy widzą cud nawet na brudnej szybie. Natomiast ci ze złotego środka uważają np.za "własny" cud, za znak Boży dla nich, że zżarci niemal do szczętu rakiem nagle okazują się zdrowi. Choć kto inny wtedy by się zdziwił i tyle.

08:12, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
niedziela, 06 sierpnia 2006
Przemienienie

Ewangelia Marka 9, 2-8

"Jezus wziął ze sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich ze sobą osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe, jak żaden wytwórca sukna na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: - Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: - To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa".

Szczegół dla nas dzisiaj mało ważny: biel błyszcząca ubrania; gdybyśmy my zobaczyli Jezusa, kolor Jego ubrania byłby nieistotny (czego nie może dzisiejsza chemia...). Ale Jego uczniom potrzebny był znak, że to, owszem, On, ale w oczywistym związku z Niebem. Żeby nie mieli już żadnych wątpliwości co do Jego jedności z Bogiem Ojcem, odzywa się głos to potwierdzający. Czemu z obłoku, czemu Niebo lekko zachmurzone? Obłok oznaczał dla ówczesnych Żydów obecność Bożą. Czemu towarzystwo Mojżesza i Eliasza? Ano to też potwierdzenie powołania mesjańskiego Jezusa: Mojżesz to Prawo, Eliasz to reprezentant wszystkich proroków Starego Przymierza. Nie tylko mesjańskiego - poucza Biblia Poznańska: z Mojżeszem i Eliaszem rozmawiał według Księgi Wyjścia i 1 Królewskiej (też na górze - bliżej nieba...) sam Jahwe, zatem zabrani na ową "górę wysoką" apostołowie mogli wywnioskować, że ich Mistrz jest nie tylko Mesjaszem, więc jednak człowiekiem, ale samym Bogiem. No i namioty nie z obawy, że będzie deszcz albo zimno, tylko dlatego, że podczas wędrówki Narodu Wybranego przez pustynię Jahwe przebywał w takim mieszkaniu koczowników.

A gdyby mi się ukazał Jezus, jak byłby ubrany i w ogóle w jakiej scenerii? Może byłby niesamowitą światłością, jak Go widują ludzie po śmierci klinicznej?

09:22, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
Archiwum