Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
piątek, 31 października 2014
Szabat. Ten straszny Kasper czy Mędrzec pierwszy? Pamiątka Reformacji

Ewangelia Łukasza 14,1-6
„Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. A oto zjawił się przed Nim pewien człowiek chory na wodną puchlinę. Wtedy Jezus zapytał uczonych w Prawie i faryzeuszów: - Czy wolno w szabat uzdrawiać, czy też nie? Lecz oni milczeli. On zaś dotknął go, uzdrowił i odprawił. A do nich rzekł: - Któż z was, jeśli jego syn albo wół wpadnie do studni, nie wyciągnie go zaraz nawet w dzień szabatu. I nie mogli Mu na to odpowiedzieć.”
Niejedyny to przypadek, kiedy Jezus zwycięża w tego rodzaju potyczce słownej. Tu – podobnie jak w tej samej ewangelii 13,10-17 – wykazuje absurdalność takiego poszanowania szabatu, ale operuje argumentem jeszcze mocniejszym, bo odwołuje się do uczuć rodzinnych swoich wrogów. Skądinąd chyba nikt z nich nie był naprawdę aż takim legalistą, nie o szabat im chodziło, ale o walkę z Nim.
Lektura moja ostatnia pasjonująca: potężny, sześciusetstronnicowy „buch” kardynała Waltera Kaspera pt. „Kościół katolicki. Istota, rzeczywistość i posłannictwo”. Wydawnictwu jezuickiemu WAM w Krakowie należą się słowa ogromnego uznania i podziękowania za szybkie udostępnienie polskiemu czytelnikowi myśli hierarchy i teologa, który jest dziś koryfeuszem głębokiej odnowy Kościoła w duchu papieża Franciszka, jego najpewniej teologicznym doradcą. Dzieło to muszę później porządnie omówić, tu tylko kilka informacji początkowych.
Kasper jest w swoim kraju jako teolog bardzo ceniony, nie darmo ma nazwisko pierwszego z Mędrców, których relikwie są w Kolonii podobno autentyczne: jest w Niemczech instytut jego imienia. Nad Wisłą inaczej, wręcz przeciwnie, dzieci nim niedługo straszyć się zacznie. Trzeba zaznaczyć, że – jak pisze – chciał był początkowo po prostu proboszczem, duszpasterzem, nie kościelnym dyplomatą. No i że był dziewięć lat „arcypasterzem” (tak się u nas nazywa biskupa), kiedy to właśnie wraz z dwoma sąsiednimi biskupami zainicjował zastopowaną przez Watykan próbę dopuszczania do komunii tak zwanych rozwodników. Ma więc od dawna przyszywaną łatkę „liberała”, ale sam uważa, że jest w centrum teologii katolickiej. Pisze: „Byłem i jestem przekonany o tym, że Tradycję apostolską w ten sposób, jaki przekazywano ją na przestrzeni dziejów w Kościele, winno się zachować i rozwijać jako rzeczywistość żywą. Nie można jednak zachować tradycji przez to, że zamienia się ją w wyryte w kamieniu formuły, po prostu powtarza i ponownie surowo nakazuje. Zachowuje się Tradycję tylko przez to, że otrzymaną w Tradycji wiarę przekazuje się w sposób żywy, że tłumaczy się ją na nowy język i przekazuje się dalej w ukierunkowaniu na przyszłość.” Też ważne są takie zdania: „Przede wszystkim martwi mnie i budzi mój niepokój wewnętrzny stan duchowy mojego Kościoła: brak wizji i entuzjazmu, wewnętrzne wycofanie się i narastający dystans częściowo już prawie de facto schizma między hierarchicznym punktem widzenia « na górze » i częściami Kościoła «na dole», milcząca emigracja wielu, do tego zjadliwość, z jaką « prawicowcy » i » lewicowcy » atakują siebie nawzajem i przy tym zajmowaniu się sobą wśród wtajemniczonych wcale nie zauważają, że rzeczywiste problemy i wyzwania leżą zupełnie gdzie indziej. Nie dziwi więc, że wielu przeżywa rozczarowanie, odwraca się od Kościoła.”
A dzisiaj ewangelicka Pamiątka Reformacji. Jak tu pisałem, referując bardzo ciekawy dokument wspólny luterańsko-katolicki, zapoczątkowana 497 lat temu protestancka reforma Kościoła przestała być w moim Kościele po prostu dziełem heretyckim; dostrzega się już dzisiaj niejedno dobro, które do chrześcijaństwa wniosła. Gdyby nie ona, nie doszłoby do reakcji na nią, jaką była kontrreformacja, która przecież na swój sposób oczyściła Kościół, choć nie poddał się późniejszym protestanckim pomysłom, utwierdzając się obrończo na pozycjach skrajnie przeciwnych.

07:43, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
czwartek, 30 października 2014
Rynsztunek Chrystusowego żołnierza

List do Efezjan 6,10-20
Zbroja Boża, biodra przepasane prawdą, pancerz sprawiedliwości, obuwie czyniące gotowym do głoszenia Ewangelii pokoju, wiara będąca tarczą przeciw Złego pociskom, jeszcze też hełm zbawienia i miecz Ducha – oto ubiór kogoś, kogo gdzie indziej żołnierzem Chrystusowym zwie się. Ale tak wojowniczo wyposażony ma głosić właśnie Ewangelię, czyli Dobrą Nowinę o Pokoju, a nie wojnie. Dżihad chrześcijański jest bowiem absolutnie wyzbyty przemocy, dokonuje się mieczem ducha, czyli takim, który wygląda zupełnie jak krzyż: jest samą rękojeścią, ostrza zupełny brak.

17:17, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
środa, 29 października 2014
Pedagogiki problem nieśmiertelny

List do Efezjan 6,4
„A wy, ojcowie, nie pobudzajcie do gniewu waszych dzieci, lecz wychowujcie je, stosując karcenie i napominanie Pańskie.”
Znakomita psychologicznie instrukcja pedagogiczna. Oryginalna w epoce, kiedy karcenie odbywało się oczywiście przy pomocy batów, a gniew wychowanków był problemem niewielkim. Przecież dopiero nasze czasy przyniosły opinię, że każda przemoc fizyczna jest moralnym problemem i nie wolno jej nadużywać. Doszło do powstania pedagogicznego poglądu, że nawet żaden klaps dzieci nie wychowuje, i nie jest to teoria owocująca bachorami przeraźliwie rozpuszczonymi, choć takie często bywają i trudno je jakoś okiełznać. Tu miejsce, aby zaznaczyć, że są w języku polskim terminy różne dwa: pedagogia, czyli wychowywanie, i pedagogika, czyli tej działalności teoria, nauka na ten praktyczny temat. Podobnie rzecz się ma z psychologią i psychiką: tu też mamy językową beztroskę, ludzie mają na ogół problemy psychiczne, nie psychologiczne, choć te drugie też im się czasem zdarzają.

18:22, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
wtorek, 28 października 2014
Czy pierwszy Juda był też Tadeuszem, a drugi Juda koniecznie Judaszem? Kogo najbardziej dręczą diabły?

Ewangelia Łukasza 6,12-19
Z dzisiejszej biblijnej czytanki wybieram do skomentowania dwa zdania. Najpierw to o wybraniu spośród uczniów „dwunastu, których nazwał apostołami”. Są tam mianowicie wymienieni „Szymon z przydomkiem Gorliwy i Juda, syn Jakuba”, bo dzisiaj w Kościele rzymskokatolickim święto tych dwóch apostołów. O obu poza tym w Biblii bardzo mało, choć z oboma jest pewien kłopot.
Z tym Szymonem jest u Łukasza w Ewangelii i Dziejach problem tamtejszego przydomka. Albo oznacza on przynależność do radykalnie antyrzymskiego stronnictwa zelotów, albo żydowską gorliwość religijną, jako że przymiotnik zelotes gorliwy znaczy i słowo zelota to samo w języku polskim. Co do tego apostoła jeszcze, to trzeba wiedzieć, że Mateusz i Marek zwą go w analogicznych miejscach Kananejczykiem, a ten przydomek na Kanę jednoznacznie wskazuje (może to jego tam było owo cudowne wesele) .
Juda jest kłopotliwy inaczej. Po pierwsze, na liście apostołów Mateusza i Marka nie ma go wcale, jest za to Tadeusz, ale to pewnie inne jego imię. Po drugie, trzeba wiedzieć, że w oryginale greckim Judów wśród apostołów jest zgoła dwóch: ten drugi nie zwie się żadnym Judaszem (choć było takie imię: Dzieje 5,37), tylko nazywają go tak odróżniająco tłumacze (co najmniej od Wulgaty), niestety również EPP, gdzie moje reformatorstwo nazewnicze nie znalazło uznania (choć wiele w tej sprawie mówi Ewangelia Jana 14,22).
Tyle o apostołach, teraz o opętanych. Czytamy dzisiaj, że dręczyły ich duchy nieczyste i jeśli mamy tu do czynienia na pewno z chorobą nadnaturalną, to w każdym razie bardziej diabelskie wydaje mi się postępowanie islamistów potwornie ludobójczych. Cóż to jest wobec tamtych masakr duchowe dręczenie, o którym tu mowa.
Wszystkim Szymonom i Judom Tadeuszom życzenia imieninowe najlepsze!

15:02, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 27 października 2014
Nie świnić

List do Efezjan 5,3-4
„O nierządzie zaś i wszelkiej nieczystości albo chciwości niechaj nawet mowy nie będzie wśród nas, jak przystoi świętym, ani o tym, co haniebne, ani o niedorzecznym gadaniu lub nieprzyzwoitych żartach, bo to wszystko jest niestosowne”.
Seks jest dziedziną życia szczególną: bardzo tu łatwo o nadmierny rygoryzm albo, przeciwnie, o niestosowną swobodę. Także w tematyce rozmów: albo – tak bywało w niektórych środowiskach – dzieci słyszały słowo „ciąża” jedynie w pieśni wielkanocnej, gdzie jest mowa o „kamieniu ciąży wielkiej”, albo nie ma absolutnie żadnego tematycznego tabu, również w sposobach rozśmieszania bliźnich. Seks do efektów komicznych nadaje się znakomicie, bo jest to właśnie kwestia pikantna, ale też łatwo tu o nadmierny luz słowny. Czy jest to jednak sprawa etyki czy tylko elementarnej elegancji? Albo też po prostu tego, żeby nie być monotematycznym. O takich, którym wszystko kojarzy się z pewnymi częściami ciała, jest dowcip niejeden.
No i obejrzałem w sobotę w TVP Kultura film o filmie niemym pt. „Artysta”. O filmie niemym, w którym nie tylko nie ma dźwięku, ale i seksu. To znaczy on jest, ale przedstawiony tak dyskretnie, że można by zrozumieć, iż była wtedy zupełna wstrzemięźliwość. Co czas, to obyczaj, w życiu nie zmienia się wiele, ale w sztuce ogromnie.

13:07, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
niedziela, 26 października 2014
Jak siebie samego...

Ewangelia Mateusza 22,39
„Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego.”
Przykazanie potwornie surowe: EGO to przecież nasz Absolut. Zakochani jesteśmy w sobie na tak zwany umór, przeskoczyć siebie nam raczej nie sposób. A jednak niektórzy umieją. Na przykład niejaki Maksymilian Kolbe w Auschwitz, gdy każdy chciał przede wszystkim przeżyć, gdy działał potężnie ten instynkt fundamentalny, ów zakonnik spod znaku Franciszka z Asyżu poszedł na śmierć, żeby ktoś inny żył. Heroizm zaprawdę nieziemski.

20:43, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
sobota, 25 października 2014
Ludzie różni, talenty rozmaite

List do Efezjan 4,11
„On ustanowił jednych apostołami, innych prorokami, innych ewangelistami, innych pasterzami i nauczycielami.”
Nadajemy się do różnych spraw, bośmy sami nie na jedno kopyto. Jeden na przykład nadaje się na administratora, czyli na zarządzającego sprawami i ludźmi, innych na ewangelistę, czyli na głoszenie Ewangelii słowem mówionym czy pisanym. Karol Wojtyła nie bardzo nadawał się na administratora w podobnym sensie: nie lubił rządzić ludźmi, chyba był na to za miękki. Ale ewangelistą był przeogromnym.

14:57, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
piątek, 24 października 2014
Z bliźnim swoim wytrzymywać. Kołakowski Jezusem oczarowany!

List do Efezjan 4,1-2
„Zachęcam was ja, więzień w Panu, abyście postępowali w sposób godny powołania, jakim zostaliście wezwani, z pokorą i cichością, z cierpliwością znosząc siebie nawzajem w miłości.”

Przykazanie miłości bliźniego ukonkretnione: miłować, kochać to z kimś drugim wytrzymywać cierpliwie, bez awantur, to siedzieć cicho, pokornie, nie odszczekiwać się, kiedy nam przygaduje. Ale to powołanie do wysiłków wielkich.
Miłość. Głosił ją Jezus z Nazaretu. Przeczytałem wczoraj o Nim książkę niebywałą: „Jezusa ośmieszonego” Leszka Kołakowskiego. To esej filozoficzny tego autora, odnaleziony po jego śmierci w jego papierach. Napisany po francusku w połowie lat osiemdziesiątych, niedokończony, nigdy nieopracowany ostatecznie i nieprzygotowany do publikacji, ale teraz za zgodą żony opublikowany w Wydawnictwie „Znak”; doskonale przetłumaczony przez Dorotę Zańko, opatrzony posłowiem przez znawcę twórczości tego pisarza, dominikanina, profesora Jana Andrzeja Kłoczowskiego.

Podtytuł tekstu pochodzący także od samego autora brzmi: „Esej apologetyczny i sceptyczny”. Kto trochę zna całe jego dzieło filozoficzne, w szczególności rzecz pt. „Jeśli Boga nie ma”, także przez Znak wydaną, nie zdziwi się główną tezą eseju nowo odkrytego. Wystarczyłby jako takie przygotowanie artykuł Kołakowskiego w ateistycznym tygodniku „Argumenty”, opublikowany prawie pół wieku temu pod tytułem „Jezus Chrystus – prorok i reformator”. Kłoczowski przypomina jedno zdanie z tamtego tekstu: „Dlatego wszelka próba « unieważnienia Jezusa » , usunięcia Go [ciekawe, czy ukazał się tam z tą wymowną dużą literą?] z naszej kultury pod takim oto pretekstem lub na takiej oto zasadzie, iż nie wierzymy w Boga, w którego On nie wierzył – wszelka taka próba jest śmieszna i jałowa.” Po dwudziestu latach filozof, który zaczynał od agresywnego ateizmu (pamiętam jego artykuł pt. „Prawa osoby przeciwko prawom człowieka”, atakujący tomizm, czyli w ogóle chrześcijaństwo), idzie tu dużo dalej. Tak daleko, że powinienem chyba potraktować ten tekst jak inne publikacje Kołakowskiego z tego czasu, czyli jako wezwanie dzisiejszych katolików otwartych (raczej wręcz rozwartych) do rachunku sumienia. Czy nie przesadzają w swoim reformatorskim zapędzie, w swojej skłonności do ulegania mentalności świata laickiego? Czy nie mają wobec niego kompleksu niższości, czy nie wstydzą się swojej wiary? „Być chrześcijaninem to wstyd. Można odnieść wrażenie, że na wydziałach teologii ostatnią rzeczą, o której się słyszy, jest Bóg: mówi się o symbolach religijnych, o sprawiedliwości społecznej, o zaangażowaniu, o wymiarze historycznym. Cóż to za spektakl! Załamuje się wiek oświecenia i racjonalizm, światła oświecenia gasną wszędzie, ale nie w Kościołach i u teologów.” (...) Księża nie wiedzą już, czy w cokolwiek wierzą i nie widzą już sensu w idei, że są odpowiedzialni poprzez obecność Jezusa w świecie, że są Jego kapłanami i apostołami, są bezsilni, nawet jeśli szczerze przywiązani do wiary chrześcijańskiej, do Kościoła, nawet jeśli żywotność tej tradycji jest dla nich ważna. Ileż to razy słyszy się takie uwagi: « Chrześcijaństwo chyli się ku upadkowi, bo ukazało się niezdolne do tego, by uznać za własną taką czy inną sprawę świecką » . Kościołowi udziela się rad: ma energicznie wspierać to czy tamto – feminizm, reformy rolne, rewolucje polityczne, prawa homoseksualistów, rozbrojenie – w ten sposób odzyska to, co stracił. Złudzenia! Tak jakby chrześcijaństwo mogło uratować się jako chrześcijaństwo przyjmując za swoją jakąś sprawę – nawet absolutnie słuszną – dlatego, że jest popularna.”

Kołakowski zastrzega się: Kościół nie może milczeć w sprawach doczesnych. Ale nie może również identyfikować się z nimi, tak że staje się politycznym lobby. Nie może zarazem nie kłaść nacisku na nie-absulutny charakter wartości doczesnych. I dalej: „Przesłanie Jezusa było takie: w obliczu nieuniknionego Końca wszystkie dobra i rzeczy ziemskie są jeśli nie bezwartościowe, to w każdym razie drugorzędne i względne, nigdy nie powinny uchodzić za dobra same w sobie, a tym bardziej za wartości absolutne. Myśleć inaczej to idolatria, to oddawanie najwyższej czci temu, co nietrwałe, bez znaczenia, pozbawione wagi.” Za tą idolatrią idzie to, co się nazywa konsumpcjonizmem, oraz zanik poczucia grzechu, „filozofia całkowitej niewinności jednostki”.

Kołakowski zaznacza, że nie opowiada się za teokracją, dość daleko mu też do naszych polskich autorów, którzy na „ten świat” wygadują stale i ile wlezie. Ale powiada również coś trochę podobnego do tego, co twierdził Jan Paweł II, mówiąc, iż demokracja pozbawiona wartości prowadzi do totalitaryzmu. Według Kołakowskiego „całkowita eliminacja sacrum (...) doprowadziłaby więc do przypisania wszystkiemu pseudosakralnego aspektu, do powszechnej pseudosakralizacji w formie totalitarnej. Totalitaryzm to całkowita sekularyzacja, która osiąga kulminację w przeniesieniu tego, co absolutne na rzeczywistość profanum, a więc karykaturalna imitacja zbawienia wiecznego.” I znów zastrzeżenie, że „ani sacrum, ani profanum nie dają się unicestwić, jako że obydwa są rzeczywiste, a więc nieuniknione”.

Kołakowski nie nawrócił się na katolicki integryzm. Ale jest oczarowany Jezusem z Nazaretu. Napisał: „Czy był Bogiem? Nie mam pojęcia. Ale jeśli jakiś Boży człowiek żył kiedykolwiek na tej ziemi, był nim On”. Nie stał się wierzącym chrześcijaninem: w dalszej części książeczki jest dialog sceptyka z apologetą, z którego taka konwersja nie wynika. Niemniej napisał: „To, że ze słabych, pozbawionych ozdób rąk galilejskiego Żyda wyłonił się nowy wszechświat, jest niepojęte, jeśli próbujemy spojrzeć z perspektywy Jego epoki. Korzeniem tej przemiany - świat chrześcijański zawsze był zgodny w tym punkcie - jest miłość. Nie przez ideę miłości, ale przez doktrynę: miłość jako fakt, jako rzeczywista energia, którą On przelał w świat i której odbiciem jest ta odrobina, jaką ludzie noszą w sobie – odbiciem słabym, niedoskonałym, zmieszanym ze złem, ale zawsze żywym”.

Streszczenie tekstu to słabe, niepełne: trzeba przeczytać go samemu koniecznie. Już powinien być w księgarniach.

14:50, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
czwartek, 23 października 2014
Tak - ogień, wręcz rozłam

Ewangelia Łukasza 12,49.51
„Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął (...)Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam.”
Gdyby rewolucyjny kardynał Kasper chciał pokoju w Kościele, to milczałby na watykańskim synodzie jak zaklęty. Nie, on przyniósł coś jakby rozłam. Albowiem jest pokój i tak zwany święty spokój, Ewangelii groźny wróg. 
A też o sprawach synodalnych napisało mi się takie coś do najbliższego „MiŚ-a”.
Głośne myślenie
„Wiara i Tęcza”
Jonasz
Środowisko działające pod taką nazwą przypomina mi się, gdy czytam o większym otwarciu mojego Kościoła na różne międzyludzkie związki, dotąd traktowane po prostu jako „ciężko grzeszne” i cześć. Końcowy dokument watykańskiego synodu nie wniósł w tej sprawie nic nowego, ale słusznie napisał w poniedziałek Tomasz Bielecki, że wielką nowością są już tamtejsze głosy w dyskusji. Choćby ten przewodniczącego episkopatu niemieckiego kardynała Reinharda Marxa: „Weźmy przykład dwóch homoseksualistów żyjących razem od 35 lat. Troszczą się o siebie także w ostatnim etapie życia. Jak mógłbym powiedzieć, że to nie ma wartości?” Mniej więcej to samo mówił świętej pamięci kardynał Carol Maria Martini: teraz jest jego wspaniałe za grobem zwycięstwo. Otóż „Wiara i Tęcza” to właśnie środowisko osób o innej orientacji seksualnej oraz transseksualnych, głęboko wierzących po chrześcijańsku, bardzo się starających tą wiarą żyć, dokonujących trudnych wyborów moralnych, decydujących się na współżycie seksualne albo nie. Trudno im było znaleźć księdza, który poprowadziłby dla nich rekolekcje, na szczęście znalazł się duchowny rzymskokatolicki zawsze śmiało otwarty i odpowiedzialny za wszystkich swoich bliźnich.
Polecam tu ponownie naprawdę wstrząsającą książkę Katarzyny Jabłońskiej i Cezarego Gawrysia pod tytułem „Wyzywająca miłość. Chrześcijanie a homoseksualizm”. Mamy tam wyznania (bez ujawniania się: działał jeszcze świadczący o postawach środowiska strach), zagraniczne dokumenty kościelne (przykład do naśladowania dla naszych biskupów) oraz dyskusję polskich duchownych, niewątpliwie śmiałą, choć jeszcze raczej ostrożną, było to jednak przecież przed tamtą debatą na szczycie. Wydawca katolicki niebojący się: Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2013. Zareklamuję tu także świetny numer „Tygodnika Powszechnego” z 19 października: biskup Grzegorz Ryś zauważa tam, że w dokumencie roboczym watykańskiego synodu mówi się o takich ludziach po nowemu. Nie uznaje się ich związków za małżeństwa, ale i nie mówi, że nie są w stanie wychowywać dziecka po chrześcijańsku. Zgadzam się, że zapowiada to rewolucję. Daj Boże, amen.

12:32, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
środa, 22 października 2014
Czuj, czuj, czuwaj...

Ewangelia Łukasza 12,40
„Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie.”
Przyjdzie na Końcu, ale przedtem przychodzi ciągle i zaskakuje nas drzemiących. Okazuje się nagle, że zagrzebani we własnym łóżeczku nie zauważaliśmy Chrystusa, który przychodzi do nas w każdym bliźnim naszym.
PS. Męczy mnie ciągle sprawa „rozwodników” w Nowym Testamencie. Szczególnie sprawa chrześcijan porzuconych przez współmałżonka i ożenionych ponownie. Napisałem już w poniedziałek o stanowisku prawosławnym, o „wstawce” Mateuszowej różnie interpretowanej, teraz myślę o tych Markowych wersetach 10,11 i 12: „Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo”. Otóż można postawić pytanie, jak Ewangelia ocenia mężczyznę albo kobietę porzuconych przez współmałżonka, a decydujących się na nowy związek. Szczególnie w sytuacji, gdy małżonek porzucony wiąże się z kimś „stanu wolnego” albo z kimś również porzuconym.

14:27, jan.turnau
Link Komentarze (43) »
wtorek, 21 października 2014
Nie obcy, nie przychodnie

List do Efezjan 2, 19-22
„A więc nie jesteście już obcymi i przychodniami, ale jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga - zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, gdzie kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus. W Nim zespalana cała budowla rośnie na świętą w Panu świątynię, w Nim i wy także wznosicie się we wspólnym budowaniu, by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha.”
Tak, jesteśmy współczłonkami Kościoła, to znaczy, że ponosimy za niego odpowiedzialność. Z winy obu stron, ale przede wszystkim hierarchii laikat jest w Polsce ciągle milczącym olbrzymem. Także z własnej winy, bo nam się nieraz zwyczajnie nie chce. Może teraz, gdy zwykły Polak katolik usłyszał i zobaczył, jak na synodzie prominenci dyskutują żwawo, ruszy do boju o Kościół bardziej mu bliski.
PS. Komentatorka zwróciła mi uwagę, że zdanie z Ewangelii Marka 10,12 o żonie opuszczającej męża wczoraj skróciłem roztargniony tak, iż nie było nic o tym, iż wyszła za innego, co przecież zmienia ocenę moralną. Przepraszam. A problem „rozwodników” drążę w myślach dalej.

17:03, jan.turnau
Link Komentarze (36) »
poniedziałek, 20 października 2014
Kościół bogatszy w miłosierdzie. Znowu o „rozwodnikach”

List do Efezjan 2,4-6
„A Bóg bogaty w miłosierdzie przez wielką miłość, którą nas umiłował, i to nas, którzy byliśmy martwi z powodu przestępstw, współożywił przez Chrystusa – Łaską jesteście zbawieni – i współwskrzesił, i posadził na niebiosach w Chrystusie Jezusie”.
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Słowa te na temat miłosierdzia skojarzyły mi się oczywiście z watykańskim synodem, który właśnie się skończył. A był zgoła rewelacyjny przez śmiałość jego uczestników, przez ostrość otwartej dyskusji: niech tak zawsze będzie, lepsze to niż groźne mruczenie po kątach. I może był rewolucyjny, jeżeli niepłonna jest nadzieja na wzbogacenie miłosierdzia kościelnego.
Czyli domagam się moralnych luzów, miłosierdzia wobec „rozwodników”, z których przynajmniej jedna ze stron cynicznie zdradzała drugą, łamała obietnicę wierności? Odpowiadam jak zawsze, że chodzi o tyle samo luzów, ile stwarza rzymskokatolicka praktyka stwierdzania nieważności małżeństwa, która wydaje mi się o wiele mniej czysta moralnie niż metoda prawosławna. Jak tę drugą krótko przedstawić? Zaglądam do nieocenionego „Porównania wyznań rzymskokatolickiego, prawosławnego, ewangelicko-augusburskiego, ewangelicko-reformowanego”, wydanego przez czwarty z tych Kościołów (jest już wydanie nowe, rozszerzone !) i cytuję z rozdziału o sakramentach: „Materią sakramentu jest wzajemna miłość i dlatego małżeństwo jest sakramentem miłości według słów Jana Chryzostoma. Małżeństwo chrześcijańskie może być jedno i jest ono nierozerwalne. Tajemnica małżeńskiej miłości zawiera się w tym, że mężczyzna i kobieta przez sakrament stanowią jedną istotę połączoną na wzór Chrystusa i Kościoła (Ef 5,31-32). Miłość małżeńska jest mierzona wiecznością i dlatego w Kościele prawosławnym nie ma w zasadzie rozwodów. Jednak Kościół powołując się na przykład Mojżesza (por. Mt 19,3-12)i troszcząc się, « aby nie było większego grzechu » , może zdjąć swoje błogosławieństwo w przypadku cudzołóstwa lub całkowitego rozkładu pożycia małżeńskiego. W takim przypadku zezwala też stronie pokrzywdzonej na powtórne zawarcie związku małżeńskiego.” Poza tym ponowny związek nie jest uważany w Cerkwi za sakrament, jest dopuszczony jako rzecz bolesna, nie weselna zupełnie, jak ten pierwszy - ale ten drugi może nie być ostatni, bo istnieje możliwość jeszcze jednego związku czy nawet dwóch.
Ten blog jest jednak wtórnie ekumeniczny, przede wszystkim biblistyczny, zatem teraz trochę o tym, jak sprawa wygląda w Nowym Testamencie. Otóż istnieje ewentualna podstawa do dopuszczenia powtórnych związków: tylko u Mateusza jest dwukrotnie (5,32 i 19,9) dyskutowana przez wieki stwierdzająca wyjątek wstawka do zdania potępiającego rozwody, brzmiąca: „„poza sprawą rozpusty” czy też „nierządu”. Otóż chrześcijański Wschód skłonny jest widzieć tu wyjątek od zasady nierozerwalności, natomiast mój Kościół oficjalnie (opinie biblistów bywają inne) przyjmuje hipotezę, że chodzi tu o interesujące tylko Mateusza piszącego do Żydów przypadki małżeństw żydowskich nielegalnych z punktu widzenia Synagogi, będących faktycznie rozpustą.
No cóż, bywają w Biblii słowa Jezusa bardzo surowe, niektóre z nich jednak uważane są za prorocką przesadę, na przykład te o wyłupienia oka czy obcięcie ręki: czy na pewno nie dotyczy to także tej sprawy? Dopowiadam też, że denerwuje mnie okropnie prawnicze, jurydyczne, legalistyczne załatwianie tej sprawy w moim Kościele, ale też cytowana formuła prawosławna, że nie ma tam „w zasadzie” rozwodów, brzmi mi nienajlepiej, bo rozwody jednak są. I żeby nikt nie pomyślał, że chwalę zawsze Kościół inny niż mój, zauważam tutaj, że w sprawie gejów i lesbijek jest on bardziej niż Cerkiew otwarty: jest tam tradycyjna (choć tylko przy tradycyjnej interpretacji Biblii uzasadniona) dezaprobata homoseksualistów radykalna. Synod watykański tutaj kolejnego, choć na razie maleńkiego otwarcia.
PS. Jeszcze co do sprawy rozwodów w Nowym Testamencie: U Marka (10,12) cudzołożnicą jest również żona, która opuści swego męża.

15:51, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
Boskie, nie cesarskie zupełnie

Wpis na niedzielę 19 września

Ewangelia Mateusza 22,21
„Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.”
Mieliśmy taką sytuację „za komuny”, gdy władza państwowa widziała nam się taka, jak tamtym Żydom rzymska. I oczywiście były trudne wybory, pokusy oportunizmu albo właśnie oporu bez żadnego sensu. Banalne jest twierdzenie, że dopiero chrześcijaństwo stworzyło podobne problemy, bo przedtem władza religijna pokrywała się z państwową. Że jest bardzo niedobrze, gdy ten układ jakby się powtarza, szczególnie kiedy, jak bywało w Ameryce Łacińskiej, na domiar złego władza państwowa jest opresyjna okrutnie. Że - jak ktoś powiedział – najlepszy dla Kościoła jest może stan delikatnego prześladowania, a sojusz ołtarza z tronem szkodzi temu pierwszemu fatalnie. Niestety nie rozumie tego rosyjski patriarcha Cyryl, zapominając o lekcji przedrewolucyjnej historii, ale trochę i nasi biskupi, którzy nabierają się na pochlebstwa PiS-u, obiecującego Kościołowi niebezpieczne ciepełko. Niebezpieczne przede wszystkim dla kościelnego „piaru”: po cholerę brać na siebie wszystkie rządowe błędy. Konieczny jest życzliwy dystans do wszystkiego, co cesarskie.
A PO w roli Cezara? Może i faktycznie jest tak uległa wobec Ołtarza, jak głosi list piętnastu w sprawie klerykalizacji kraju. Tylko że antyklerykalizm też bywa niemiły: robienie z profesora Chazana po prostu człowieka żądnego sławy to jednak nieładne uproszczenie.

15:50, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
sobota, 18 października 2014
Nie wszyscy go opuścili

2 List do Tymoteusza 4,9-17a
Słowa Pawłowe bardzo osobiste. W swoim pisaniu nigdy nie ukrywa się za chłodnym wykładem myśli ogólnych, ale tutaj mamy wręcz skargę na swoją dolę. Prosi, by Tymoteusz przybył do niego szybko, bo czuje się samotny, choć ma koło siebie Łukasza: Demas go opuścił „umiłowawszy ten świat”, więc pewnie zdradziwszy Ewangelię, inni powyjeżdżali z powodów zapewne usprawiedliwionych. Prosi nawet o przysłanie Marka, późniejszego ewangelistę, który mu kiedyś podpadł. Powiada, że wszyscy go opuścili, ale w tym samym zaraz zdaniu stwierdza, że Bóg stanął przy nim. Narzeka, ale nie pozwala sobie na żadne jęczenie. To nie trzymanie fasonu na siłę, wbrew swoim uczuciom: on wierzy naprawdę i naprawdę ufa Bogu.

08:39, jan.turnau
Link Komentarze (45) »
piątek, 17 października 2014
Zaplanowani. Synod największych nadziei


List do Efezjan 1,11-12
„W Nim też jesteśmy powołani do udziału w dziedzictwie i zgodnie z zamysłem Jego woli przeznaczeni do tego, abyśmy istnieli ku chwale Jego majestatu, my, którzyśmy już dawno złożyli nadzieję w Chrystusie.” Tłumaczenie Biblii Poznańskiej.
Zatrzymało mnie, zamyśliło jak zwykle słowo „przeznaczenie”. W tych skomplikowanych słowach Pawłowych (czy też jakiegoś Pawłowego ucznia) nie widać myśli o „predestynacji” w sensie, w którym straszył nas szczególnie Jan Kalwin, ale nie bez oczywistego wpływu Augustyna. Owszem, Bóg jest Panem naszego losu, jest on zaplanowany przez Kogoś, kto swoje plany wykonuje w stu procentach, ale nie przeznacza nas do zguby, tylko do zbawienia. Nadzieję mamy w Chrystusie, a nasze istnienie ma głosić Jego chwałę. Czy zawsze głosi, to już sprawa inna, ale plan nie przewiduje klęski ostatecznej. Dla nikogo: nadzieja powszechnego zbawienia...
A jeszcze przedtem nadzieja na synodalną wiktorię. Na zwycięstwo Kościoła otwartego, ekumenicznego, jak ktoś tam rzecz nazwał: otwartego na niedolę „rozwodników” oraz ludzi o innej orientacji seksualnej, o wiele bardziej niż tamci obrażanych, wyśmiewanych, poniżanych. Dziś nie obowiązuje już bojkot towarzyski tamtych, a ci to dla przeciętnego Polaka chyba ciągle jeszcze po prostu „pedały”. Dla Kościoła nauczającego zaś to ciągle jeszcze seksualni luzacy: obowiązuje ich przecież celibat i cześć. Polecam w ostatnim „Tygodniku Powszechnym” rozmowę z biskupem pomocniczym krakowskim Grzegorzem Rysiem, szczególnie jego sceptycyzm wobec argumentacji „prawami natury”: pewnie jakieś takie są, ale coraz trudniej stwierdzić, jakie.
Sprawa „rozwodników” nie jest prosta: mądre jest powiedzenie mojej kuzynki, że gdy człowiek wie, że rozwodu nie ma, bardziej się stara. Ale jest przecież „stwierdzanie nieważności”, nietrudne do uzyskania, ta droga miłosierdzia okropnie kręta, pachnąca potężnie „jezuickimi wykrętami”. Franciszek jest jezuitą, nie pójdzie jednak, mam nadzieję, tą dotychczasową drogą, raczej prawosławną, o wiele uczciwszą. A jezuitą jest na szczęście, bo w tym zakonie nauczył się roztropności: słusznie powiedział ktoś, że umiejętnie oswaja Kościół z reformatorskimi pomysłami kardynała Kaspera. No i może wreszcie papież zrozumiał, jaki jest polski katolicyzm, że od jego katolicyzmu inny!
Wreszcie co do „rozwodników” jeszcze: czy odmawianie im prawa do komunii: nie jest ekskomuniką: przecież komunia jest znakiem obecności w Kościele, przynależności do niego realnej.

14:06, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
czwartek, 16 października 2014
Sami nie wchodzicie. Święty Jan Paweł II, błogosławiony Paweł VI

Ewangelia Łukasza 11,52
„Biada wam, uczonym w Prawie, bo wzięliście klucze poznania; samiście nie weszli, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli.”
To skojarzyło mi się z molestowaniem nieletnich przez duchownych: dobrze, że wreszcie hierarchia kościelna zrozumiała, iż są to czyny skandaliczne. Owszem, molestują nie tylko księża, ale każdy taki przypadek wywołuje zgorszenie w pełni zrozumiałe: przecież „wzięli klucze poznania”, powinni świecić przykładem, tak jak każdy, kto jakieś zasady głosi. Nie mówiąc o również skandalicznym ukrywaniu owych potworności, niezapobieganiu im przez izolowanie owych zboczeńców. To była naprawdę Sodoma i Gomora. Dobrze, że czas przeszły jest tu jakoś uzasadniony: oczywiście nie wszystkie sprawy wyszły już na wierzch, ale przynajmniej widać mocną wolę jakiejś moralnej sanacji.
Dziś nasza papieska rocznica, myślę o Janie Pawle w tamtym kontekście. Każdy sądzi według siebie, nie był w stanie uwierzyć, że ktoś może być aż tak amoralny, jak ów Maciel. W ogóle jednak - to już stwierdzenie banalne - administratorem był w Krakowie, a potem w Rzymie zgoła średnim, w nominacjach biskupów mylił się często. Świętość to nie nieomylność na pewno.
A w niedzielę beatyfikacja, czyli wyniesienie na ołtarze (częściowo: w kraju pochodzenia, w zakonie, do którego człowiek należał) innego współczesnego papieża: Pawła VI. Napisało mi się o nim do najbliższego „MiŚ-a” felietonik taki.
Głośne myślenie
Papież pokory przepotężnej
Jonasz
I tak to w niedzielę beatyfikowany zostanie papież, którego jego poprzednik, św. Jan XXIII, nazwał publicznie hamletycznym. Czemu go tak ocenił, czemu przypisał mu „adecyzyjność”? Albowiem, po pierwsze, lubił zachować się niekonwencjonalnie (prymas Wyszyński nie skrytykował za to jego samego, ale już pewnego księdza, który o tym napisał w „Tygodniku Powszechnym”: bo to psuje w Polsce opinię przyszłemu papieżowi). Po drugie, ponieważ sam nie dzielił włosa na czworo, spokojnie zwołał Sobór Watykański II i potem pilnował, żeby dokonał głębokiej reformy.
Papież Paweł VI, subtelny intelektualista, a tacy bywają niezdecydowani, nie zdecydowałby się pewnie na kroki tak radykalne. Nie zdecydował się w każdym razie na dopuszczenie antykoncepcji, ogłosił encyklikę „Humanae vitae”, która podtrzymała nauczanie tradycyjne. Dokonał jednak kiedyś czynu niesamowitego: 14 grudnia roku Pańskiego 1975 ukląkł i ucałował stopy metropolity prawosławnego Melitona. Najwyższy zwierzchnik arcydumnego Kościoła rzymskokatolickiego uczynił gest największego samouniżenia wobec reprezentanta patriarchy Konstantynopola, najdostojniejszej stolicy prawosławia. Najpokorniej przeprosił w ten sposób za śmiertelne grzechy wobec Cerkwi. To było dokładnie tak, jakby proboszcz jakiejś polskiej parafii katolickiej ucałował stopy nawet nie samego proboszcza sąsiedniej parafii prawosławnej, ale wysłanego przezeń wikarego.
Paweł VI nie potrzebował żadnego cudu, by zasłużyć na miano błogosławionego. Choć uznano w Watykanie, że takowy zdarzył się za jego przyczyną, stwierdzam wszem i wobec, iż dokonał za życia cudu bardziej oczywistego. Padając na twarz przez przecież schizmatykiem paskudnym.

20:05, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
środa, 15 października 2014
Ciężary nie do uniesienia. „Wiara i Tęcza”. Eutanazja

Ewangelia Łukasza 11,46
„I wam, uczonym w Prawie, biada. Bo wkładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie.”
To odnosi się też do spraw, które wymieniłem wczoraj, do nauczania moralnego mojego Kościoła na temat etyki seksualnej. Nie przesadzajmy, rygorystyczna katolicka etyka małżeńska to nie to samo, co tamte przepisy („dziesięcina z mięty i ruty i z wszelkiego rodzaju jarzyny”, której pilnie przestrzegają faryzeusze, ale pomijają sprawiedliwość i miłość Bożą”). Poza tym również duchowieństwo rzymskokatolickie dotyka owego rygoryzmu przestrzegając zasady celibatu: nie wszyscy księża łamią go po cichu. Niemniej jest jakieś podobieństwo w akcentowaniu spraw przecież nie najważniejszych: papież Franciszek tłumaczy, żeby nie od nich zaczynać duszpasterską rozmowę. A na watykańskim synodzie głoszona jest zasada stopniowości: że, owszem, wzorcem są heteroseksualne, nierozwiązywalne i otwarte na dzieci małżeństwa, ale niebezwartościowe są związki inne: te „rozwodników” albo tamte gejów i lesbijek. Co do tych drugich, informuję z radością, że jest już środowisko ogólnopolskie gromadzące osoby o innej orientacji seksualnej oraz transseksualne, głęboko wierzące religijnie. Nazywa się „Wiara i Tęcza”, bardzo się stara wiarą tą żyć. Trudno im było znaleźć księdza, który poprowadziłby dla nich rekolekcje, na szczęście znalazł się ktoś dostatecznie otwarty i odpowiedzialny za wszystkich swoich bliźnich. Polecam tu też książkę Katarzyny Jabłońskiej i Cezarego Gawrysia „Wyzywająca miłość”. Chrześcijanie a homoseksualizm”. Co się wydaje
Eutanazja: nieznośna ciężkość życia
A tamtym „Znaku” październikowym też dyskusja o eutanazji. Uczestnicy: postać w tych sprawach symboliczna, bo założyciel hospicjum i sam z rakiem – ks. Jan Kaczkowski, były wiceminister sprawiedliwości, profesor prawa Michał Królikowski i profesor bioetyki Paweł Łuków. Prowadzi redaktor naczelna Dominika Kozłowska, a „lid” brzmi: „Zadajmy sobie kilka pytań. Pierwsze: czy eutanazja w Polsce jest zakazana? Odpowiedź: jedynie w części. Drugie: czy istnieje podstawa prawna, która pozwala lekarzowi odstąpić od uporczywości terapeutycznej [bynajmniej nie nakazanej przez Kościół katolicki]? Odpowiedź: nie istnieje. Trzecie: czy możemy, widząc, że jesteśmy ciężko chorzy, powiedzieć pro futuro [na przyszłość – JT], iż nie chcemy być reanimowani lub też, iż nie chcemy w sytuacji utraty świadomości być poddani pewnym procedurom medycznym, które mają charakter uporczywości terapeutycznej? Odpowiedź: nie możemy.” Jest też akapit mówiący szczególnie dużo. Ks. Kaczkowski: „W tej dyskusji pobrzmiewa często przedzałożenie, że człowiek, który „rozkminia” – czyli wnika w sedno sprawy – problem eutanazji, nie cierpi w sensie etycznym. Nic bardziej mylnego, on przecież zderza się z tą nieznośną ciężkością życia, polegającą na tym, że najtrudniejszych wyborów musimy dokonać osobiście i nikt nas z nich nigdy nie zwolni. Prof. Paweł Łuków powiedział, że nie możemy dziś przyznać sobie prawa do bycia normatywnymi wobec innych, że antropologia chrześcijańska nie jest jednym źródłem zasad etycznych. Rozumiem to założenie, ale jednocześnie uważam, że nie zwalnia nas ono z obowiązku poszukiwania, wraz z innymi, wspólnej płaszczyzny etycznej.”
Księże Janie, dzięki! To szukanie to przecież moja mania.

15:07, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
wtorek, 14 października 2014
Co jest dla nas obrzezaniem?

List do Galatów 5,1-3.6
„Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. A zatem trwajcie w niej i nie poddawajcie się na nowo pod jarzmo niewoli. Oto ja, Paweł, mówię wam: jeżeli poddacie się obrzezaniu, Chrystus wam się na nic nie przyda! I raz jeszcze oświadczam każdemu człowiekowi, który poddaje się obrzezaniu: jest on zobowiązany zachować wszystkie przepisy Prawa.”
Ale co jest wolnością, a co obrzezaniem dla chrześcijanina, szczególnie dla katolika dzisiaj? Co jest w świetle Ewangelii przestrzeganiem przepisów Prawa, a co etyką ewangeliczną, etyką wolności. Paweł powiada dalej: „Albowiem w Chrystusie Jezusie ani obrzezanie, ani jego brak nie mają żadnego znaczenia, tylko wiara, która działa przez miłość.” Miłość: a kiedy dwoje ludzi naprawdę się kocha i wierzy Jezusowi, że właśnie trzeba kochać bliźnich, ale w stosowaniu antykoncepcji nie widzi nic niemoralnego? Albo w nieczekaniu na ślub, żeby miłość ową wyrażać cieleśnie? Albo w nowym związku, kiedy pierwszy się zupełnie rozleciał? Oto pytania katolika dzisiejsze, na które niełatwo odpowiedzieć przekonująco. W sprawie „rozwodników” przecież nawet na synodzie w Watykanie są śmiałe głosy reformatorskie.
W każdym razie jest problem spowiedzi: czy tacy ludzie mają prawo do rozgrzeszenia, jeśli naprawdę nie zostali przekonani do nauczania Kościoła, nie uważają swego postępowania za grzeszne: przecież nie powinniśmy w ogóle spowiadać się z czegoś, czego za grzech nie uważamy? Znam księży, którzy takich ludzi jednak rozgrzeszają. A w ogóle to fatalna jest częsta sytuacja, gdy w świadomości wiernych całkiem osobno są grzechy, czyli łamanie kościelnych przykazań, i to, co rzeczywiście uważają za świństwa moralne, na przykład kradzieże, zabójstwa, jakieś czyny uznane powszechnie za paskudne.

13:54, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 13 października 2014
Co nam dzisiaj znaczy Jonasz? Znów o „Znaku” październikowym, o misjonarstwie, przekładach, pastorkach...

Ewangelia Łukasza 11,29-32
Perykopa dzisiejsza dobrze pokazuje różnice między Ewangelią Mateusza i Łukasza. Jonasz znaczył w nich nie to samo. W przeciwieństwie do drugiej ta pierwsza została napisana dla Żydów, którzy znali swoją Biblię, Stary Testament, także Księgę Jonasza. Może nawet pamiętali ją lepiej niż inne, bo ta krótka, mówiąc po naszemu, nowelka, opowieść „beletrystyczna”, niechcąca przedstawiać faktów historycznych, ma fabułę wyjątkowo barwną. Bohater utworu (nie autor!) tak bardzo nie ma ochoty posłuchać Boga i pójść nawracać obrzydliwą Niniwę, że nawiewa na kraj świata. Ale nie są te świata krańce za górami, za lasami, jeno wręcz za morzami, trzeba zatem podróżować okrętem, co bezpieczne zgoła nie jest. Nadchodzi burza, statek zaczyna tonąć, żeglarze starożytni wierzą, że winien temu jest któryś z pasażerów, los pada na Jonasza. Otóż prorok zachowuje się nad wyraz pokornie, prosi, żeby rzucili go do morza. Mają skrupuły, modlą się, w końcu decydują spróbować takiego ratunku – i poskutkował. Jonasza połyka wielka ryba, bawi w jej brzuchu trzy dni i trzy noce, obiecuje Bogu spełnić jego polecenie – ryba wypluwa go na ląd. Co dalej, radzę przeczytać samemu, bo to także bardzo fajne, w każdym razie obrzydzenie niniwitami Jonaszowi nie chce minąć. Nie cieszy się bynajmniej z efektu swojej działalności misyjnej, czyli ich nawrócenia i pokuty.
Tak więc Mateusz (12,38-42) przedstawia jako znak Jonasza jego trzydobowe przebywanie w wielorybich wnętrznościach jako odpowiednik Jezusowego równie długiego pobytu „w sercu ziemi”, Łukasz tamto wydarzenie pomija. W jego ewangelii Jezusa powiada tylko, że niniwici Jonasza posłuchali, Jego słuchacze powinni pójść ich śladem, albowiem „tu jest coś więcej niż Jonasz”.
Problem misjonarskiej skuteczności. Dzisiejszy prorok oczywiście nie jest bohaterem pozytywnym, „morał” zatem, przesłanie tekstu powinno być takie, żebyśmy naturalnie poszli śladem niniwitów, ale z Jonasza przykładu nie brali. Ludzie, którym głosi się Ewangelię, trzeba wyraźnie kochać, nie wolno brzydzić się nimi. Nawet jeżeli odnoszą się do nas niesympatycznie, atakują nas złośliwym słowem. Misjonarz nie może płacić pięknym za nadobne, odpowiadać atakiem na atak: jeszcze nikt nikogo nie nawrócił werbalną agresją. Przymilać się nie należy, ale nasza mowa musi być dobrotliwa, tak jak ta papieża Franciszka: misyjny teren to szpital polowy, gdzie się leczy różne ludzkie zranienia, a nie dokłada nowe. Kościół powinien leczyć najróżniejsze rany duchowe słowem gojącym: powinien pocieszać, nie „dołować”, uspokajać, nie antagonizować. Nie może nigdy zapominać, że Ewangelia jest nowiną dobrą, nie złą, że „nie posłał Bóg Syna na świat, aby sądził świat, ale aby był przez Niego zbawiony”. Trzeba dawać przykład dialogu, świętej cierpliwości. I jeszcze jedno: misjonarz powinien czuć się w danym kraju nie tyle gospodarzem, ile gościem, skromnym, nieśmiałym, ciągle uważającym, żeby nikt nie pomyślał, iż chce w jakikolwiek sposób dominować. Wszelki tupet jest zawsze antyewangelizacją.
W sobotę ogłoszona została nominacja nowego biskupa (ordynariusza) kieleckiego: wygląda na to, że w przeciwieństwie do swego poprzednika, Kazimierza Ryczana, będzie on prawdziwym głosicielem Ewangelii, czyli Dobrej, nie złej Nowiny. Jan Piotrowski, ostatnio sufragan w Tarnowie, przedtem był misjonarzem w Kongo, potem w Peru, w biednych przedmieściach stołecznej Limy, czyli zapewne wie, co i jak mówić do ludzi od Kościoła w różny sposób dalekich. Albowiem także Polska, i to coraz bardziej, jest krajem misyjnym: procenty katolickości już mało kogo łudzą. Nie czujmy się w naszym kraju panami: jeżeli, to raczej służącymi, sługami pokornymi.
Po weekendzie czas na relację z lektur. Wracam do październikowego numeru „Znaku”. Mamy tam też obszerną rozmowę z duchownym niekatolickim, pastorem luterańskim (ewangelicko-augsburskim) ks. Romanem Prackim. Najpierw mówi o Lutrze, jego historycznym dziele, jakim był przekład Biblii na niemiecki, mówi, że Luter chciał stworzyć tłumaczenie zrozumiałe dla przeciętnego człowieka. Szukając właściwych słów, powiadał, że « trzeba pytać dookoła siebie, matkę w domu, dzieci na ulicy, patrzeć jak mówią, i według tego tłumaczyć » , należy dosłownie patrzeć człowiekowi na « gębę » . Dlatego zaproponowane przez Lutra zwroty były świadectwem żywego języka, który nie występował jeszcze w tamtym czasie w literaturze, a za sprawą przekładu został wprowadzony w obieg. Tłumaczenie objęło swym zasięgiem cały obszar językowy i w zależności od regionu kształtowało kulturę językową jeszcze przez kolejne 200, a nawet 300 lat.”
Pyta dalej redaktor naczelna „Znaku” Dominika Kozłowska: „Przekłady Lutra nie tylko ukształtowały język niemiecki, ale i luterańską teologię, noszą one ślady teologicznych przekonań Lutra. Poglądy te są zresztą wyłożone wprost w komentarzach poprzedzających listy św. Jakuba, Judy, w Liście do Hebrajczyków oraz Apokalipsie. Dlaczego do tych ksiąg podchodził z większą powściągliwością?” Ks. Pracki odpowiada: „Luter nigdy nie pokusił się o to, żeby zrezygnować z którejś z 27 ksiąg Nowego Testamentu. W księgach wyznaniowych luteranizmu, które kształtowały się do roku 1570, w ogóle nie ma wskazań odnośnie do kanonu Starego i Nowego Testamentu. Tak więc nie istnieje coś takiego, jak kanon protestancki Pisma Świętego. Zresztą w oficjalny sposób kanon w Kościele zachodnim został ustalony dopiero podczas Soboru Trydenckiego. Reformacja przyjmowała więc zastany kanon z dobrodziejstwem inwentarza. Jeszcze w XVII wieku w przekładzie Biblii Gdańskiej Pismo Święte Starego Testamentu zawiera księgi deuterokanoniczne. Dopiero Biblia Warszawska z roku 1975 lokuje te księgi w formie dodatku na końcu Starego Testamentu. Obecnie w niektórych wydaniach księgi te są w ogóle pomijane, co moim zdaniem jest błędem, ponieważ należą do tradycji teologicznej Kościoła. Nie wiemy, czy ich hebrajski lub aramejski tekst nie zachował się, czy też nigdy nie były spisane w tych językach, ale na pewno są one świadectwem hellenistycznej myśli o judaizmie. Dlatego mimo że na ich podstawie nie formułujemy dogmatów, stanowią one ważną część dziedzictwa Kościoła.” Trzeba tu dodać, że w Przekładzie Ekumenicznym firmowanym przez 11 Kościołów polskich ukazał się tomik z owymi księgami deuterokanonicznymi (Estery, Judyty, Tobita, 1, 2 i 3 Machabejska, Mądrości, Mądrości Syracha, Barucha, List Jeremiasza, Daniela). A w ogóle mój prywatny, laicki pogląd na sprawę ksiąg deuterokanonicznych jest taki, że odmawianie im prawa do (deutero)kanoniczności (czyli traktowanie ich jako po prostu apokryfów, jak to bywa wśród ewangelików) naprawdę nie wytrzymuje krytyki. Synagoga odrzuciła je, bo były napisane po grecku, pachniały myślą obcą, czy jednak musimy tutaj iść za naszymi starszymi braćmi?
W artykule ks. Prackiego myśli i wiadomości przeciekawych legion, jednak dopiero „tres faciunt collegium”, zatem jeszcze przynajmniej jeden cytat. „Konfesja augsburska [główny luterański dokument wyznaniowy - JT] w jednym z artykułów definiuje posługę Słowa i sakramentu za pomocą odpowiedniego powołania i należytych kompetencji. Kapłaństwo w luteranizmie jest oparte na wspólnocie chrztu, ma zatem charakter płciowo-inkluzywny, dzięki czemu część Kościołów [krajowych luterańskich - JT] wyświęca na urząd duchowny zarówno mężczyzn, jak i kobiety. (...) Można powiedzieć, że nakaz Jezusa, który znajduje się w Ewangelii według św. Mateusza w 28 rozdziale: «Idźcie i oznajmijcie braciom, że poprzedzam ich w drodze do Galilei», powinno się czytać jako powołanie kobiet do zwiastowania zmartwychwstania. Moim zdaniem Kościół nie powinien w tak oczywisty sposób rezygnować z 50% świadectwa o Jezusie. Prawdopodobnie dlatego większość luteran przyjmuje kapłaństwo kobiet i mężczyzn za równoważne. Mimo że luterańskie księgi wyznaniowe nie rezerwują urzędu prezbitera włącznie dla mężczyzn, luteranie w Polsce ordynują kobiety jedynie na urząd diakona. Jak przewrotna w tym względzie jest tradycja, może świadczyć fragment Listu do Rzymian 16,7, gdzie w zależności od przekładu mamy Junię lub Junijasza. Przykład ten pokazuje, że Słowo, w tym aspekcie, w którym nie jest wprost Słowem zbawczym, bywa różnie interpretowane i wykorzystywane w sposób kulturotwórczy. Każdy przekład jest już teologią samą w sobie. Każdy jest już jakąś interpretacją, wyborem tej a nie innej drogi rozumienia. W tradycji nie mamy czegoś takiego, jak jeden kodeks Pisma Świętego. Dziś za podstawę tłumaczenia Nowego Testamentu bierzemy edycję krytyczną Nestlego-Alanda i Hebraica Stuttgartensia, jeśli chodzi o przekład Starego Testamentu. Na podstawie greki, hebrajskiego i aramejskiego jesteśmy jednomyślni. Nawet w protestantyzmie panuje takie przekonanie, że tylko ten tekst [oryginału - JT] jest natchniony przez Ducha Świętego, pozostałe teksty to przekłady, a więc i interpretacje.”
Po długim cytacie trochę mojego komentarza. Jak widać, Polska w ogóle zachowawcza jest, na tak zwanym Zachodzie pastorek, nawet anglikańskich i protestanckich biskupek (słowo potworne!) wiele, a u nas tylko malutki Kościół ewangelicko-reformowany („kalwiński”, jak mówi się nieściśle) pozwolił sobie na ordynację osoby płci „odmiennej”. Co zaś do argumentacji za taką decyzją, to jej luterański zwolennik używa argumentu biblistycznego, który trzeba wyjaśnić: otóż w Liście do Rzymian Paweł o dwóch ludziach opowiada, że „się wyróżniają między apostołami” i jeden z tych ludzi jest mężczyzną albo kobietą, a jeżeli kobietą to apostołem, czyli już wtedy zdarzało się „niewiastom” takie wyróżnienie, pastorowanie dzisiejsze przypominające. Co do moich poglądów na pastorstwo (kapłaństwo) kobiet, to oporów wobec takiej decyzji ciągle nie rozumiem, natomiast mam wątpliwości, czy z takiego translatorskiego dylematu można wyciągać wniosek, że „każdy przekład jest teologią samą w sobie”. Moje doświadczenie jako sekretarza EPP nie skłania mnie do takiego poglądu, ale, rzecz jasna, szanuję zdanie innych. Amen!

18:52, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
niedziela, 12 października 2014
Przywilej późnego urodzenia

Psalm 23,1
„Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie brakuje.”
Naprawdę jestem wybrańcem losu. Nie tylko moje dzieci i wnuki, którym dana jest dorosłość bez komunizmu, ale i ja sam, osiemdziesięciolatek. Gdybym urodził się sześć lat wcześniej jak mój dawny kolega, którego życiorys dopiero teraz poznałem, byłbym tak potwornie spętany przeszłością: działalnością podziemną podczas wojny i tym, co było potem: w czasie, którego nie rozumieją kompletnie tępi lustratorzy albo raczej zrozumieć nie chcą.
Ja sam jednak mam dzięki Opatrzności ubecką „teczkę” czystą. Nie moja zasługa to zgoła, nie żadne bohaterstwo na pewno. Myślę współczująco o tych, którym los, Opatrzność przecież, zaplanowała bieg z wielkimi przeszkodami.

13:48, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
sobota, 11 października 2014
Zasada zaiste rewolucyjna

List do Galatów 3,28
„Nie ma niewolnego ani wolnego.”
Potężne to słowa: podkopujące fundamenty tylu ustrojów społecznych. Nie ma panów i służących. A są, są i są: okrutny podział społeczny odradza się nieubłaganie. Chłop pańszczyźniany był prawie niewolnikiem, a potem również w ustroju kapitalistycznym robotnik fabryczny albo rolny, przypisany do swojej pracy, bo innej nie znajdzie. Na szczęście są też wciąż ludzie, którzy pamiętają tamtą zasadę Pawłową i walczą w obronie kolejnych niewolnych.

11:53, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
piątek, 10 października 2014
Przepisy, przepisy, przepisy...

List do Galatów 3,12
Paweł walczy słowem: „Prawo nie opiera się na wierze, lecz mówi: »Kto wypełnia przepisy, żyć będzie«.” Jest poważna ludzka potrzeba porządkowania wszystkiego, ale łatwo wpaść w ponurą pedanterię, szczególnie gdy usiłujemy oprzeć na porządku coś tak trudnego do przyziemnego uregulowania, jak życie duchowe. Wiara to przecież nie tylko moralność, a ta upodobniona do prawa łatwo staje się karykaturą.

14:29, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
czwartek, 09 października 2014
Wiara, nie żadne uczynki?

List do Galatów 3,5
„Czy Ten, który udziela wam Ducha i działa cuda wśród was, czyni to dlatego, że wypełniacie Prawo za pomocą uczynków, czy też dlatego, że dajecie posłuch wierze?”
A więc grunt, żeby wierzyć, uznawać bóstwo Chrystusa, a postępowanie moralne mało ważne? Oczywiście nie. Uczynki to dla Pawła paragrafy Prawa, takie jak obrzezanie czy ograniczenia gastronomiczne, a nie relacje z bliźnimi, o których pisze bardzo często. Także Lutrowi nie chodziło przecież o unieważnienie chrześcijańskich zasad etycznych. Inna sprawa, że chyba każda religia, także na przykład katolicyzm, ma skłonność do akcentowania swoich przepisów, zamiast tego podstawowego, żeby się wreszcie duchowo obudzić. Aby nie było tak, że można poznać katolika po tym, iż nie je w piątek żadnych kręgowców poza rybami.

15:13, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
środa, 08 października 2014
Po czternastu latach bojownik

List do Galatów 2,1-2.7-14
W liturgicznej lekturze testów biblijnych przyszła w moim Kościele kolej na jeden z pierwszych listów Pawła, jedną z pierwszych ksiąg Nowego Testamentu. Mamy tu najpierw lekceważoną jakby przez biblistów informację autobiograficzną: „Po czternastu latach udałem się ponownie do Jerozolimy”. Jakby lekceważoną, bo nie pamiętam u uczonych komentatorów zamyślenia na temat tego tak długiego przygotowania do teologicznego boju. Biblia Poznańska w przypisie podaje, że po nawróceniu „świadomy swego posłannictwa, Paweł natychmiast udał się do pracy. Miejscem jej stała się Arabia. Chodzi tu o tereny zamieszkałe przez arabskich Nabatejczyków, znajdujące się w pobliżu Damaszku. Tu właśnie rodziły się zręby myśli Pawłowej, którą dziś nazywamy teologią Pawła. Jak długo to wszystko trwało, nie wiemy. Z Dziejów Apostolskich wiemy, że Paweł musiał uciekać przed Żydami (Dz 9,23-25), z 2 Kor natomiast wiemy, że etnarcha Nabatejczyków Aretas chciał go uwięzić (2 Kor 11, 32). Pobyt jego w tym mieście był krótki. Tu nastąpiło pierwsze spotkanie z Piotrem, a także z Jakubem apostołem [chodzi o brata Pańskiego, chyba jednak nienależącego do Dwunastu]. Potem przebywał w okolicach Syrii i Cylicji w pobliżu rodzinnego Tarsu, a nawet w nim samym (Dz. 9,20).” I w mieście rodzinnym zabawił dosyć długo, a co tam robił, nie wiadomo. Czy można ten czas porównywać z tak zwanym życiem ukrytym Jezusa w Nazarecie? O tyle, że to też było jakieś dojrzewanie do misji, ale u Pawła było raczej „samoszlifowaniem” osobowości. Może także w sensie „samozaostrzania”: czytamy dalej o konflikcie z Kefasem. Właśnie z apostołem Skałą. Paweł z właściwym sobie impetem karci kogoś dotąd w Kościele najważniejszego (dotąd: teraz Paweł wymienia najpierw Jakuba) za taktyczną (tylko: przecież to Piotr miał reformatorską wizję w domu Korneliusza) uległość wobec „niektórych z otoczenia Jakuba”. Jak bardzo demokratyczny był Kościół zarodkowy: ktoś w nim przecież zgoła nowy, konwertyta, pozwala sobie na taką krytykę. Ba, opowiada o tym w liście niewątpliwie pasterskim i potem taka opowieść wchodzi do kanonu świętych tekstów. Niesamowite.

12:40, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
wtorek, 07 października 2014
Primum philosophari...

Ewangelia Łukasza 10,38-42
Przesławna scena z Marią i Martą, w której tę pierwszą chwali Chrystus, a może raczej jedynie broni jej przed starszą siostrą. Malutki konflikt był o kontakt z Jezusem: obie na pewno chciały Go posłuchać, ale Marta uważała, że trzeba najpierw przyjąć Go bardziej przyziemnie (uwijała się koło rozmaitych posług”) i że zająć się tym powinny obie. Powiedział jej On zatem, żeby dała spokój siostrze, bo jej działanie jest ważniejsze, czyli żeby dołączyła do nich obojga. Perykopa jest jednak może nie tyle o głupiej Marcie, uważającej sprawy brzucha ważniejsze niż ducha (z Ewangelii Jana wynika zupełnie inny jej obraz, a w dzisiaj czytanej scenie chciała raczej równo rozłożyć obowiązki), ile w ogóle o hierarchii spraw.

Primum philosophari, deindem edere! A gość nieraz woli pogadać i być słuchanym, a nie przede wszystkim pożywiać się materialnie. 

21:49, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Archiwum