Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
środa, 31 października 2012
Paweł pedagog wyborny. Święto Reformacji

List do Efezjan 6,4
„A wy, ojcowie, nie pobudzajcie do gniewu waszych dzieci, lecz wychowujcie je, stosując karcenie i napominanie Pańskie."

Potomstwo swoje krótko trzymać, ale zarazem ciepło - i mądrze. Pedagog powinien być psychologiem, inaczej w domu same awantury. Co piszę smutny, bom sam nie bez winy za to, co było kiedyś.

A dzisiaj przed tym rzymskokatolickim święto luterańskie: Reformacji. 95. rocznica ogłoszenia przez Marcina Lutra jego też 95 tez, póki co zresztą jeszcze bardzo umiarkowanych, niemal do przyjęcia przez dzisiejszy Kościół rzymskokatolicki. Tak się zaczął rozłam, stopniowo coraz większy - aż po czterech wiekach powstał proces odwrotny. Przyhamowany obecnie, między innymi z powodu nowych problemów, tym razem moralnych: aborcja, eutanazja, homoseksualizm... Chrześcijaństwo podzieliło się w nowy sposób: nie Rzym kontra reszta Kościołów, ale Rzym z Cerkwią kontra protestantyzm. Niemniej Luter już teraz nie diabeł jak jeszcze przed pół wiekiem, Reformacja nie wybryk buntowników. Przeszłość jest widziana inaczej.

20:29, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
wtorek, 30 października 2012
O szczęściarzach

Psalm 128,1-5
„Szczęśliwy człowiek, który się boi Pana
i chodzi Jego drogami.
Będziesz spożywał owoc pracy rąk swoich,
szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie.
Małżonka twoja jak płodny szczep winny
w zaciszu twojego domu.
Synowie twoi jak oliwne gałązki
dokoła twego stołu.
Tak będzie błogosławiony człowiek,
który się boi Pana.
Niech cię z Syjonu Pan pobłogosławi
i abyś oglądał pomyślność Jeruzalem
przez wszystkie dni twego życia."

Terminy „szczęśliwy" i „błogosławiony" występują tu jakby wymiennie, niemniej dobrze, że tłumacz je odróżnia. Piękno porównań zachwyca. Także patriotyzm: pomyślność Jeruzalem... Tej cnoty Ludowi nie brakowało, przechodziła nawet nieraz w nacjonalizm, czyli miłość do swoich, nienawiść do obcych.

15:35, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 29 października 2012
Żarty łagodzą obyczaje. Ks. Boniecki o śmierci

Psalm 1,1
„Szczęśliwy, kto nie słucha rady bezbożnych, nie wstępuje na drogę grzeszników i nie zasiada w gronie szyderców".

Tym razem podałem tłumaczenie Biblii zwanej Paulińską, bo opracowanej pod egidą Towarzystwa św. Pawła i przez wydawnictwo tegoż towarzystwa opublikowanej. Zwracam uwagę na „szczęśliwego", nie „błogosławionego": język hebrajski, podobnie jak grecki, ma owe dwa terminy i dzięki Bogu są tłumacze, którzy ów fakt uwzględniają, nie „błogosławiąc" w zaparte.

W dzisiejszym wersie są jednak również „szydercy". Miałem już z nimi problem, gdy też niedawno psalm ten nam czytać (śpiewać!) zalecono. Przeczytałem w on czas w Biblii Poznańskiej, że „wyraz »szydercy« jest tu użyty w sensie religijnym; oznacza on ludzi, którzy wprawdzie wierzą w Boga, ale postępują, tak jak gdyby nie istniał". Paulistka uważa natomiast, że „chodzi o tych, którzy kpią z prawa Bożego, jak i o leniwych, którzy marnują swój czas przy każdej sposobności, zaniedbując lekturę Pisma". A może jednak - jak mi tłumaczył ks. Czajkowski - Biblia potępia po prostu szyderstwo jako brak miłości bliźniego. W każdym zaś razie, jak wyłożył mi to ks. Kwiecień, mowa jest w tym psalmie nie o wrogach Ludu, ale o jego źle postępujących członkach.

Reklamowałem już tu parę razy dwa zbiory szmoncesów wydane ostatnio przez PROMIC. We wstępie do tego cieńszego pod tytułem „O rabinach, oszustach i żebrakach” Daniel Lifschitz pisze tak oto:
”Tradycja judaizmu   zakazuje żartów, kpin i sprośności i takie same zasady obowiązują biblijny lud Izraela. Również chrześcijańska Biblia zawiera podobne zakazy. Prorok Izajasz upomina: «A teraz przestańcie drwić, żeby wasze pęta się nie zacieśniły» (Iz 28, 22). Podobny ton pobrzmiewa w Psałterzu zaczynającym się słowami: «Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą występnych, nie wchodzi na drogę grzeszników i nie siada w kręgu szyderców» (Ps l, 1). Księga Przysłów zaś przestrzega: «Dokąd naiwni mają kochać naiwność? szydercy pragnąć szyderstwa?» (Prz l, 22), a w innym miejscu: «Pyszałek, zarozumiały, szyderca mu na imię, i działa z nadmierną wyniosłością» (Prz 21, 24).

Także Talmud uczy: «Szkodliwe jest szyderstwo. Jego początek rodzi smutek, a jego koniec zniszczenie». W traktacie Berachot czytamy: «Pewien szojchet kpił sobie z rabina Seary. Rabin wezwał go więc do siebie, aby go ukarać. Lecz kiedy posłańcy rabina przyszli do domu szojcheta, natknęli się na orszak żałobników niosących ciało kpiarza na cmentarz. Zmarł z powodu swoich kpin». Zaś w traktacie Sotah znajdujemy myśl: «Jednym z czterech rodzajów ludzi, którzy nie dostąpią chwały Bożej są prześmiewcy». (...)

Ortodoksyjna tradycja żydowska zdecydowanie potępia kpiny i frywolne żarty, równocześnie jednak chętnie otwiera się na prostą radość i niewinną wesołość. I nawet w Talmudzie, który tak surowo traktuje żart i kpinę, znalazła się między innymi taka oto historia:

«Rabin Berekiah z Hozei zwykle przy drodze do Lapat przyjmował wizyty proroka Eliasza. Pewnego razu rabin Berekiah zapytał Eliasza:
- Czy jest tu ktoś w okolicy, kto byłby godzien mieć udział w świecie, który nastanie?
- Nie! - odpowiedział krótko Eliasz.
W tym samym momencie przechodzili tamtędy dwaj bracia. Na ich widok Eliasz wykrzyknął:
- Oni będą mieli udział w świecie, który nastanie. Rabin Berekiah zaciekawiony podszedł do nich i zapytał:
- Czym się zajmujecie?
- Jesteśmy kuglarzami i błaznami, rozweselamy tych, którzy są smutni, a kiedy spotykamy ludzi, którzy się kłócą, naszymi opowiastkami staramy się ich pojednać.«”
No właśnie, żart jako działanie swoiście ekumeniczne. Przeżyłem już dwóch papieży Janów (wczoraj 54. rocznica wyboru pierwszego), którzy rozumieli ową rolę. Oczywiście byli „zgrywni" z natury, ale też wiedzieli, że powaga nie zawsze pomaga, trzeba czasem zakłócić ją żartem, aby pogodzić skłóconych.

Inne lektury. Czytam tom wywiadów dokonany przez Annę Wacławik-Orpik. Książka zwie się „Życie. Zderzenie czołowe" i są to rozmowy z Evą-Elvirą Klonowski, ks. Adamem Bonieckim, Krystyną Starczewską, Andą Rottenberg, siostrą Małgorzatą Chmielewską. Z Bonieckim o niejednym: o nim samym, o życiu, o śmierci. Zaduszki już zaraz, więc taki cytacik: dziennikarka pyta, czy ksiądz się boi śmierci, duchowny odpowiada.
„Dzisiaj się nie boję, ale jutro, jak się sytuacja zmieni... Kiedyś wezwano mnie do szpitala, do pewnej umierającej kobiety. Zastałem ją siedzącą na łóżku, promienną, nieźle wyglądającą. Pytam: - Pani tak nic, nie boi się? W odpowiedzi cudowny uśmiech: - Przecież ja całe życie do Niego idę. I umarła zaraz potem, po mojej wizycie. To było przed wielu laty, ale pamiętam, jakby to było dzisiaj. Towarzyszyłem różnym ludziom w ostatnich chwilach życia. W człowieku jest tyle emocji. Jednego dnia się boi, drugiego dnia nie, jednego się godzi, drugiego chce żyć. Przerażenie, nadzieja, wszystko się miesza".
Co będę myślał umierając? Teraz śmierci boję się bardzo: tej podróży w tak bardzo nieznane. Jak będzie ze mną wtedy?

PS. Na koniec znów coś pogodniejszego w związku z wpisem sprzed paru dni: pani redaktor bardzo fachowa Monika Kwiecień (córka pastora Mieczysława) powiedziała, że z roślinami może być różnie, można było napisać: „pewien człowiek miał figowiec", ale również: „figowca". Tak jak na przykład: „kupił mi kwiatka". Ulga: błędu mojego jednak nie było.

15:20, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
niedziela, 28 października 2012
Hymn nadziei. Wystarczy czasem byle żart

Psalm 126,1-6
„Gdy Pan odmienił los Syjonu,
wydawało nam się, że śnimy.
Usta nasze pełne były śmiechu,
a język śpiewał z radości.
Mówiono wtedy między poganami:
- Wielkie rzeczy im Pan uczynił.
Pan uczynił nam wielkie rzeczy
i ogarnęła nas radość.
Odmień znowu nasz los, Panie,
jak odmieniasz strumienie na Południu.
Ci, którzy we łzach sieją,
żąć będą w radości.
Idą i płaczą,
nosząc ziarno na zasiew,
lecz powrócą z radością,
niosąc swoje snopy."
Życie jest zmianą: raz śmiech, raz łzy. Chrześcijanin ufa, że końcem wszystkiego jest Radość.

Znowu szmonces, nawet jakby à propos. „Rabin Baruch z Międzyborza często bywał smutny i pogrążony w melancholii. Na długi czas zamykał się w sobie i nie chciał z nikim rozmawiać. Pewnego razu, kiedy rabin znów popadł w melancholię, a jego sługa Herszele nie wiedział już co ma robić, zaczął krzyczeć: - Pomocy, pomocy! Rabin od razu przybiegł zaniepokojony: - Co się dzieje, Herszele? Co się stało? Och, rebe, moja żona ugryzła się w język. - Nie martw się, to przecież drobnostka. - Wcale nie! Język mojej żony jest pełen jadu! I wtedy rabin Baruch znów zaczął się uśmiechać."

Ma podobnym celom służyć ta podwójna książka Daniela Lifschitza, z której przepisuję szmoncesy. Subtelne one nie zawsze są, lecz wystarczy czasem żart byle jaki.

13:36, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
sobota, 27 października 2012
Bóg nierychliwy

Ewangelia Łukasza 13, 6-9
„Miał ktoś zasadzonego w swojej winnicy figowca i przyszedł szukać na nim owocu, lecz nie znalazł. Rzekł więc do winogrodnika: - Oto od trzech lat przychodzę szukać owocu na tym figowcu i nie znajduję. Zetnij [więc] go, po co bowiem na próżno ziemię zajmuje. A on odpowiadając mu, mówi: - Panie, zostaw go jeszcze na ten rok, póki nie okopię go i nie obrzucę nawozem. Może by wydał owoc w przyszłości; jeśli zaś nie, zetniesz go."
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Ze smutkiem - bom przecież polonista - widzę dopiero teraz w naszym tłumaczeniu błąd językowy: powinno być oczywiście: ”miał ktoś figowiec”, tak jak „miał dąb" (język polski trudny bardzo...). A „morał" z tych słów jest taki, że Pan Bóg bardzo nierychliwy. Ufam, że czeka nawet nieskończenie, a nie skazuje na nieskończoną mękę.

08:53, jan.turnau
Link Komentarze (61) »
piątek, 26 października 2012
Znosić siebie. Szmonces

List do Efezjan 4,1-2
„Zachęcam was ja, więzień w Panu, abyście postępowali w sposób godny powołania, jakim zostaliście wezwani, z całą pokorą i cichością, z cierpliwością znosząc siebie nawzajem w miłości."

Może być też: „przyjmując siebie nawzajem" (EPP), ale „znosząc siebie nawzajem" bardziej mi się podoba jako mocniejsze. „Wytrzymać bliźniego swego" - powinno brzmieć przykazanie. Choć często bywa ciężko.

Dowcip z książki Daniela Lifschitza „Śmiech po żydowsku od a do z": „Dwaj Żydzi przyjechali nad Jezioro Tyberiadzkie i chcą przedostać się na drugi brzeg. W końcu znaleźli rybaka, chrześcijanina, który zgodził się ich przewieźć za pięćdziesiąt dolarów. Żydzi nie kryją oburzenia: - Zwariowałeś. Tak drogo? - Cóż chcecie, drodzy panowie, to jest jezioro, przez które przeszedł nasz Pan. - No tak, przy takich cenach."

13:53, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
czwartek, 25 października 2012
O teściach, synowych, zięciach i szmoncesach

Ewangelia Łukasza 12,51-53
„Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: twoje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej."

Złośliwiec antychrześcijański (takich nie brak - każdy wie) ucieszy się: oto jaka była „pokojowość" Jezusa; albo oto oczywiste sprzeczności w przekazie Jego nauczania. A tym czasem Chrystus przepowiada jedynie nieuniknione skutki Jego nauki. Nie wszyscy zdołają ją pojąć i przyjąć, bo przecież była rewolucyjna. Nie tak jeszcze jak teologia Pawłowa, która zakwestionowała wręcz obrzezanie, ale wystarczyło pokazanie że Samarytanin bywa bardziej wdzięczny niż Żyd albo że jest bardziej spolegliwym opiekunem.

Konflikty synowej z teściową to samo życie, zięcia z teściową również. Jest na ten drugi temat sporo anegdot, jedna nawet biblistyczna: - Czemu św. Piotr zaparł się Jezusa? Bo mu uzdrowił teściową...

Anegdoty są mądrością narodów, to aksjomat. W szczególności szmoncesy są mądrością Ludu Wybranego. Wydawnictwo Księży Marianów PROMIC wydało ślicznie i bardzo inteligentnie dwa tomiki tychże. Jeden zwie się „Śmiech po żydowsku od a do z", drugi - „O rabinach, oszustach i żebrakach", a autor obu książeczek nazywa się Daniel Lifschitz, tłumaczki z włoskiego - Barbara Durbajło i Anna Kowalewska, a fajne ilustracje na okładce są dziełem Hanny Woźnicy-Gierlasińskiej.

Będę tu przepisywał codziennie niektóre anegdoty, dzisiaj będzie jednak nie o teściu i zięciu, tylko taka o wiele bardziej teologiczna: o życiu pozagrobowym (Zaduszki za pasem). „Kiedy była mowa o Mesjaszu, pewien ateusz wykrzyknął: - Mesjasz! Niech nas Bóg przed nim broni! Poproszony o wyjaśnienie, powiedział: - Kiedy przyjdzie Mesjasz, zmartwychwstaną ci wszyscy, którzy już pomarli. Zmartwychwstaną moi dziadkowie, pradziadkowie i wszyscy moi przodkowie. I gdzie ja ich wszystkich pomieszczę?” To mi przypomina moją własną refleksję na temat tego, czy w zadumie nad naszym losem pośmiertnym najważniejsza jest smoleńska sprawa identyczności naszych szczątków pośmiertnych w grobie. Przecież i tak nie zmartwychwstaniemy z tej właśnie cząstki materii Ziemi, a w ogóle będzie to materia inna, z ”nowego nieba i nowej ziemi” .

Aha, i anegdota chrześcijańska, rzymskokatolicka wręcz, bo pochodząca z Zakładu dla Niewidomych w Laskach (cytowałem ją już w „Gazecie Wyborczej"). Oto ona. Prymas Wyszyński przyjeżdżał (oczywiście rzekomo) tam na tenisa. Zawsze zabierał ze sobą jakiegoś kleryka, bo trudno grać w tę grę z samym sobą, i zawsze był to sportowiec mniejszej klasy niż on sam. Ale raz zdarzyło się coś odwrotnego. Zaskoczony tym Prymas, ile razy spudłował, przeklinał: „O k..., chybiłem". Kleryk czerwieniał ze wstydu, za trzecim razem pomodlił się o interwencję z Góry. I nastąpiła: spadł piorun i zabił.... kleryka. Ale odezwał się głos Stamtąd: „O k..., chybiłem!"

19:58, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
środa, 24 października 2012
Małowierność

Księga Izajasza 12,2
„Oto Bóg jest moim zbawieniem.
Będę miał ufność i bać się nie będę.
Bo Pan jest moją mocą i pieśnią,
On stał się moim zbawieniem".

Wierzę przecież, że Bóg zbawia, nie wyrzuca, a jednak boję się, małowierny. Boję się życia, boję się śmierci. Śmierci przede wszystkim, choć przecież głoszę ciągle, że to przejście do świata nieporównanie lepszego.

17:09, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
wtorek, 23 października 2012
Mur runął i nie runął jeszcze

List do Efezjan 2, 14-15
„On jest naszym pokojem. On wprowadził jedność w rozdartą ludzkość, ponieważ usunął mur, który ją przegradzał i dzielił. On w swoim ciele pozbawił mocy Prawo [z Jego] przepisami i nakazami. Przywrócił pokój, tworząc w swojej osobie z dwóch [nieprzyjaznych] stron jednego nowego człowieka”.

Tłumaczenie Biblii Poznańskiej (z małą poprawką). W przypisie tegoż przekładu cenna wiadomość, że „wzmianka o murze stanowi wyraźną aluzję do muru, który odgradzał dziedziniec pogan od dziedzińca Żydów. Poganom pod karą śmierci nie wolno było wejść na dziedziniec przeznaczony dla żydowskich kobiet i mężczyzn (por. Dz 21, 28-29)”. Była międzyreligijna wrogość, poza tym brak szacunku dla ludzkiego życia, niezrozumiały w dzisiejszym europejskim świecie, ale na innych kontynentach skutkujący dalej śmiertelnie w imię religii, a jakże. Co zaś do Prawa, to ostrość jego Pawłowych ocen wciąż mnie zadziwia. Był ów apostoł zaprawdę gwałtownikiem. A „jeden nowy człowiek” to fakt teologiczny, duchowo jakoś realny, do socjologicznego ciągle daleko.

13:38, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 22 października 2012
Książę powietrznej mocy i Bóg w miłosierdzie bogaty. Arcybiskup Alfons Nossol

List do Efezjan 2,1-10
”I wy byliście umarli na skutek waszych występków i grzechów, w których żyliście niegdyś według doczesnego sposobu tego świata, według sposobu Władcy mocarstwa powietrza, to jest ducha, który działa teraz w synach buntu. Pośród nich także my wszyscy niegdyś postępowaliśmy według żądz naszego ciała, spełniając zachcianki ciała i myśli zdrożnych. I byliśmy potomstwem z natury zasługującym na gniew, jak i wszyscy inni. A Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas i umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteście zbawieni. Razem też wskrzesił i razem posadził na wyżynach niebieskich, w Chrystusie Jezusie, aby w nadchodzących wiekach przemożne bogactwa Jego łaski wykazać na przykładzie dobroci względem nas, w Chrystusie Jezusie. Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił. Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czasów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili.”
Perykopa nie za długa, a tyle problemów.

Cóż to za „władza mocarstwa powietrza"? Na pewno nie Hitler, który jak wiadomo miał lotnictwo potężne. Choć może i ów Führer, jeśli przyjąć moją myśl, że był on opętany przez Złego bardziej niż różni pacjenci egzorcystów - bo o Złego właśnie tu chodzi. Tłumaczenia są różne, łącznie z naszym: „księciem mocy przestworzy" albo Poznanianki „władcy sfer powietrza". „Synowie buntu" mogą być „synami nieposłuszeństwa" albo krótko i węzłowato „buntownikami" - w każdym razie chodzi o rodzaj ludzki.

„Bóg bogaty w miłosierdzie" to tytuł encykliki Jana Pawła naszego „Dives in misericordia”, którego dzień kalendarzowy dziś świętujemy. Data związana oczywiście z dniem Wyboru. Co prawda, nie tym faktycznym, tylko formalnym, oficjalnym, kiedy to urząd urzędowo objął (może nie przydzielono mu 16 bm., żebyśmy nie mieli jednego dnia dwóch patronów, bo już mamy dziś Jadwigę Śląską). Kalambur „Bóg bogaty" (też zresztą „ubogi") najwyraźniej ma swój łaciński odpowiednik.
Dalej o „przywróceniu do życia". Przez pół sekundy myślałem, o co tu chodzi, bo przecież adresaci Pawłowi zgoła żyją: śmierć i życie w sensie duchowym to pojęcia w literaturze religijnej (pewnie nie tylko chrześcijańskiej) nierzadkie.

Zbawienie przez wiarę, nie uczynki, choć bez nich niemożliwe „aby nikt się nie chlubił" - samochwalstwo humanum est, także to w sprawach fundamentalnych. Rola Boga tutaj przemożna: przygotowuje je wręcz dla nas. Jeśli jednak tak nas kocha, to jak uwierzyć, że mógł przygotować świat, w którym niektórzy z nas są skazani na wieczną mękę? Wolna wola? Powiedział któryś rabin, że dziękuje Bogu za przynależność do Narodu Wybranego, ale prawdę mówiąc, obszedłby się bez tego: ciężka to łaska, z wolną wolą to samo.

Lektury: „Arcybiskup Nossol. Radość jednania". Dziennikarze opolscy Krzysztofowie Ogiolda i Zyzik zrobili dla miejscowego wydawnictwa Świętego Krzyża książkę na 80-lecie tej naprawdę niezwykłej postaci. Głównie głosy o niej: od prymasa Glempa poprzez Tadeusza Mazowieckiego do Kazimierza Kutza, ale też parę wywiadów z Tematem i teksty-dokumenty od historycznego orędzia biskupów polskich po przemówienie Benedykta XVI w Birkenau. Rzecz niby to pomnikowa, ale bardzo ciekawa, bo przecież arcybiskup jest nie tylko bardzo dobrym człowiekiem, ale i śmiałym myślicielem, który jednoczy nie przez zdania tak okrągłe, że aż puste. Panowie Krzysztofowie rozpoczęli swoje „Wprowadzenie" od takiego cytatu z Tematu (raczej Temata): „Trafiałem w życiu na ludzi szerokich. Więc dziś człowiek zacieśniony, także ksiądz zacieśniony, entuzjazmu we mnie nie wzbudzi. Choćby był i święty, jeśli jest ciasny, budzi mój niepokój". Ale ważne są też słowa tegoż autora w tymże wstępie: „Najkrótszą człowieka do Boga jest drugi człowiek". To oczywiście myśl Jana Pawła II, przesłanie jego pierwszej encykliki, w wersji jednak jakby mocniejszej. Wyraźniej tu widać, że trzeba Boga kochać przez miłość bliźniego. Powtarzam po raz tysięczny: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci najmniejszych....". Ktoś kiedyś napisał, że nie można kochać Boga, którego się nie widzi, nie kochając człowieka, którego zobaczyć bardzo łatwo. Oczywiście miłość bliźniego to niekoniecznie lubienie go - na uczucia nie ma lekarstwa...

I jeszcze książka przeczytana miesiąc temu: myślę wciąż, co o niej napisać. Zwie się „Robinson", autor nazywa się Krzysztof Pachocki (Wyd. W drodze). To notatki człowieka chorego psychicznie, który zmarnował sobie życie, chciałby, ale nie może wrócić do żony i syna. Bardzo zdolny, inteligentny, oczytany, wciąż coś czytający, cytujący, komentujący. Komentujący zawsze krytycznie, wyzłośliwiający się nie tylko na temat Kościoła zakazującego wszelkiego seksu poza małżeństwem, też na księże autorytety w rodzaju Tischnera, Salija, także na np. Holoubka. Niezadowolony z siebie do kwadratu, ale też ze wszystkiego, co poza nim. Podoba mu się tylko mistyk późnośredniowieczny Eckhart.
Narracja jest dynamiczna. Nie ma słodkiego happy endu, ale pod koniec książki coraz więcej myśli w rodzaju takiej: „Nie, niesłusznie może zadręczam się własnym egoizmem. Jakiejże ulgi bym doznał, gdyby ten właśnie Jezus przyszedł kiedy i powiedział mi: »Wiesz co, w zasadzie nie byłeś egoistą. Jesteś dla siebie zbyt surowy. Ta surowość wobec siebie wpędziła cię w rozpacz. Kimże jesteś, by siebie samego osądzać? Zostaw to najwyższemu Sędziemu«. Gdybym tak dowiedział się kiedyś, że nie jestem wcale takim złym człowiekiem... Ale kto jest? Przecież nie znam żadnego złego człowieka poza samym sobą. Bo siebie tylko znam!" Oraz wyznanie: „Wierzę w Boga, ale nie wierzę w siebie. I to źle".
Książka dla tych, których nie omija ciężka depresja. Lektura raczej nuży (nadmiar erudycji) niż gorszy. Nie musiał je bronić w „Słowie wstępnym" ks. Mariusz Pohl. Nie dla wszystkich, ale dla niektórych książka warta uwagi i uznania.

13:52, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
niedziela, 21 października 2012
Bardziej świecki, mniej światowy

Ewangelia Marka 10,42-45
„Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał stać się wielki, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz by służyć i dać swoje życie na okup za wielu.”

Pomyślałem sobie kiedyś, że każdy Kościół powinien być bardziej świecki, mniej światowy. Duchowni niech się nie stroją w specjalne mundury, by wyglądać „duchowo”: świecki garnitur (nawet i z krawatem, choć wolę koloratkę) nie gorszy mnie wcale (niech będzie tylko krzyżyk w klapie). Mało ewangeliczne jest natomiast swoiste małpowanie świata przez ustrój Kościoła nazbyt hierarchiczny, przez duchowną (ale nie duchową) wyniosłość.

Jutro w kalendarzu liturgicznym rzymskokatolickim dzień błogosławionego Jana Pawła II. Ten papież starał się bardzo nie być światowy: dowcip „papież-łupież” był teologiczną (doktrynalną wręcz) rewolucją. Szkoda, że jego następca nie idzie dalej, zakazując na przykład eklezjalnego cmok-nonsensu, owego całowania papieskiej dłoni, które tak odstaje od dzisiejszego obyczaju. Niestety prawosławni czczą swoich biskupów bardzo podobnie, a niektórzy protestanci ulegają owej tradycji (patetyczne tytułowanie zwierzchników, dziwne kolorki w niektórych strojach).

08:52, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
sobota, 20 października 2012
Pyłek myślący

Psalm 8,4-7
„Gdy patrzę na Twoje niebo, dzieło palców Twoich,
na księżyc i gwiazdy, któreś Ty utwierdził,
czym jest człowiek, że o nim pamiętasz,
czym syn człowieczy, że troszczysz się o niego?
Uczyniłeś go niewiele mniejszym od aniołów,
uwieńczyłeś go czcią i chwałą.
Obdarzyłeś go władzą nad dziełami rąk Twoich,
wszystko złożyłeś pod jego stopy."

Myśli jak z Pascala (raczej na odwrót: to psalmista Pascala czytał): dzieło „palców Bożych” (ktoś inny ma: „rąk”) zaprawdę stworzone zostało ze swoistym polotem. Przestrzeń przeraźliwie bezkresna, a na jej atomiku syn człowieczy, co jest przestrzennie zerem prawie, ale swą myślą ogarnia „księżyc i gwiazdy”, pod jego stopami jest poniekąd Wszystko. 

08:53, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
piątek, 19 października 2012
Wróble

Ewangelia Łukasza 12,6
„Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa asy? A przecież żaden z nich nie jest zapomniany w oczach Bożych.”

W ewangelii chodzi tu o pocieszenie, że Bóg ma nas w swojej opiece, ale ja zauważyłem również zapewnienie o opiece Bożej także nad wróblami i skojarzyłem je sobie eschatologicznie. Z tajemniczymi słowami Pawła z Listu do Rzymian 8,21, że również inne stworzenia „wyswobodzone zostaną z niewoli zniszczenia (skażenia)”: czyli nie tylko nas czeka na „nowej ziemi” znacznie lepszy los. Czeka także te wszystkie wróble polskie oraz tamte izraelskie, które w ogromnej liczbie latały nad Morzem Martwym, gdy się tam kiedyś udałem z wycieczką KIK-u. Jak to będzie możliwe? A naszą przyszłość ostateczną łatwo sobie wyobrazić?

20:05, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
czwartek, 18 października 2012
Święty Łukasz: pewności i plotki

2 List do Tymoteusza 4, 9-11
„Staraj się przybyć do mnie szybko. Bo Demas mnie opuścił umiłowawszy ten świat i udał się do Tesaloniki, Krescens - do Galacji, Tytus do Dalmacji. Tylko Łukasz jest ze mną".
Tłumaczenie tym razem Biblii Poznańskiej. A ten fragment został wybrany w Watykanie, ponieważ dzisiaj święto ewangelisty Łukasza. Występuje on w Biblii wyłącznie w listach Pawłowych: do Filemona 24, do Kolosan 4,14, drugim do Tymoteusza jak widać - 4,11. Związek Łukasza z Pawłem był oczywiście silny, umacniany trudami podróży: w Dziejach Apostolskich są fragmenty, w których używa się 1 osoby liczby mnogiej - te opisują wydarzenia przeżywane wspólnie, czyli znane Łukaszowi z autopsji. Bibliści dostrzegają wspólne myśli również w teologii obu autorów. Oczywiście jednak nie widać u Pawła Łukaszowego zainteresowania i zachwytu wobec matki Jezusa, której apostoł nigdy nie wspomina z imienia, a raz tylko jako „niewiastę". Obaj zapewne nie znali jej osobiście.
Łukasz jest autorem biblijnym zupełnie wyjątkowym jako człowiek nienależący do Ludu Wybranego. Zapewne natomiast pochodził z okolic dość bliskich Ziemi Świętej, bo z Antiochii Syryjskiej. Czy jednak może był uczniem Jezusa, tym, który wraz z jakimś Kleofasem uciekał z Jerozolimy do Emaus? Bibliści wątpią, choć zastanawia w tej opowieści Łukaszowej ów brak imienia drugiego uciekiniera: takie milczenie w ewangeliach Jana i Marka wskazuje na ich autorów. Pewniejsze jest w każdym razie, że był lekarzem (tak go wspomina List do Kolosan), niepewne, że również malarzem, zgoła wątpliwe, że namalował ikonę jasnogórską. No i na koniec pewnik absolutny, bo arytmetyczny: jego ewangelia jest nie tylko najdłuższa z czterech, ale i w ogóle najdłuższa z ksiąg Nowego Testamentu.

16:29, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
środa, 17 października 2012
Śmiech to grzech? Biskup Ryś broni oświecenia

Psalm 1,1
„Błogosławiony człowiek, który nie idzie za radą występnych, nie wchodzi na drogę grzeszników i nie zasiada w gronie szyderców".

Zawsze miałem na samym początku Psałterza spory kłopot: z tymi szydercami. Niby dlaczego została wyróżniona negatywnie ta właśnie forma polemiki? Zły przekład? Sprawdziłem w kilku tłumaczeniach, łącznie z francuską Biblią Jerozolimską: wszędzie to samo, tylko czasem trochę inaczej, na przykład u Miłosza „naśmiewcy". Poznanianka tłumaczy, że chodzi o „ludzi, którzy wprawdzie wierzą w Boga, ale postępują tak, jak gdyby nie istniał" - ale zupełnie nie wiadomo, czemu tego rodzaju grzesznicy są nazywani tym właśnie słowem (przekład 11 Kościołów wyjaśnia podobnie, nic też nie wyjaśniając). Ks. Czajkowski twierdzi natomiast, że chodzi po prostu o walkę z ludźmi słowem tak dotkliwym, tak bardzo upokarzającym. I to by pasowało, gdy się pamięta, że Jezus potępiał obelgi, różne „raka" itp. Przecież język nie jest moralnie neutralny, a śmiech jest orężem strasznym. Napisałem kiedyś, że zamiast gorszyć się różnymi „artystycznymi" bluźniercami lepiej ich obśmiewać - może jednak właśnie nie lepiej, tylko gorzej: im też należy się trochę litości.

PS. Teraz komentarz do wczorajszych komentarzy na temat mej koncepcji religioznawstwa w szkole jako skupionego głównie na chrześcijaństwie: że to ma być z powrotem katecheza. Ktoś pomylił chrześcijaństwo z katolicyzmem, zapominając poza tym, że w Polsce wyznawców innych religii, póki co, bardzo mało: trzeba wyjaśnić przede wszystkim zjawiska najczęstsze, o innych oczywiście nie zapominając.

Lektury: „Znak" październikowy, a w nim rozmowa tamtejszej naczelnej, Dominiki Kozłowskiej, z biskupem Grzegorzem Rysiem, a w niej (rozmowie) cenna teza hierarchy krakowskiego, że za klęską Kościoła po rewolucji francuskiej odpowiada nie oświecenie, tylko związek ołtarza z tronem. Nie zjawisko elitarne, ale społeczne, polityczne. Cytuję:

”Sobór był moim zdaniem odpowiedzią na rozchodzenie się Kościoła i świata, które trwało przez cały XX w. Przyczyny tego były tak złożone i wielopłaszczyznowe, że nie da się ich moim zdaniem sprowadzić do jednego mianownika. Jest świetna książka Mieczysława Żywczyńskiego ”Kościół i rewolucja francuska”. Żywczyński pokazuje, że oświecenie było ideologią elitarną. Co więcej, wśród oświeceniowych elit byli również duchowni, łącznie z biskupami i papieżami. A tymczasem Kościół francuski został zmieciony z powierzchni ziemi nie przez elity, tylko przez masy. Oświecenie nie miało takiego charakteru jak barok, który był kulturą masową. Dziś dość łatwo mówi się, że wszystkiemu było winne oświecenie. Nie, nie oświecenie było winna kryzysu, tylko pewien model funkcjonowania Kościoła, oparty na monarchii, związany z nią na śmierć i życie. Gdy stan trzeci zmiótł z powierzchni ziemi monarchię, to wraz z tronem zawalił się i Kościół. Przed rewolucją w Kościele francuskim jeden kapłan przypadał na 2500 osób. Z punktu widzenia socjologii religii jest to model wzorcowy. Idealny. Nic lepszego nie można by wymyślić. Jak to więc możliwe, że mając takie możliwości ludzkie, instytucjonalne, Kościół został zredukowany niemalże do poziomu zerowego? Powiedzieć, że wszystkiemu jest winne oświecenie, to już nawet nie jest wytrych. To łom, którym ostatecznie niczego się nie otwiera. Cały wiek XIX, który ukształtował się pod wpływem rewolucji francuskiej, był epoką upływającą pod hasłem rozmaitych liberalizmów. Pewnie to wszystko byłoby przez Kościół inaczej przyjmowane, gdyby nie uwikłanie papiestwa w politykę włoską. Tu jest milion czynników, które należy wziąć pod uwagę. To wszystko sprawiało, że Kościół rozchodził się ze światem w sposób dramatyczny. Świat się zmieniał dynamicznie, a ponieważ Kościół te wszystkie zmiany przyjmował jako uderzające w niego, coraz bardzie umacniał się na pozycjach konserwatywnych.” Święte słowa Jegomości.

18:54, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
wtorek, 16 października 2012
Przykazania Boże rozumiem. Ojca Zięby diagnoza ponura

Psalm 119, 41.43-45.47-48
” Panie, niech zstąpi na mnie Twoja łaska,
Twoje zbawienie według Twej obietnicy.
Nie odbieraj moim ustom słowa prawdy,
bo ufam Twoim wyrokom.
A Prawa Twego zawsze strzec będę,
po wieki wieków.
I będę kroczył szeroką drogą,
bo szukam Twoich przykazań.
I będę się weselił z Twoich przykazań,
które umiłowałem.
Moje ręce wznoszę ku Twym przykazaniom, które miłuję,
i rozważam Twoje ustawy.”

Jeśli przykazania Boże odczuwa się jako narzucony niemądry rygor, to te słowa nie mają sensu. Ale gdy Boże „ustawy" rozumie się jako zwyczajny obowiązek troski o bliźnich, to ten psalm staje się modlitwą dzisiejszego człowieka. W każdym razie moją.

Czytam. W październikowej „Więzi" ważny wywiad tamtejszego naczelnego Zbigniewa Nosowskiego z dominikaninem Maciejem Ziębą. Były prowincjał tego zakonu, do niedawna wystrzegający się śmielszej krytyki naszego duszpasterstwa (kiedyś twierdził, że „Tygodnik Powszechny" i Radio Maryja to dwie błędne skrajności), teraz uderza mocno, choć bardzo dbając o niejednostronność.

”Wbrew silnej ofensywie medialnej od paru lat wieszczącej ogromny kryzys Kościoła sytuacja wciąż wygląda dość stabilnie. Niedawno na jednym z największych portali przeczytałem nagłówek: „Lawinowy wzrost wystąpień z Kościoła w Polsce" - okazało się, że w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy 2012 r. w całej Polsce było takich aktów apostazji 18! Bardzo to mizerna lawina.

Nie występują więc na szeroką skalę ani spadek powołań (który rzeczywiście następuje, ale spowodowany jest głównie zmniejszeniem całej populacji młodych ludzi), ani masowe odchodzenie od praktyk (spadek jest, ale nader niewielki), ani też kryzys zaufania do Kościoła katolickiego spowodowany jakoby pazernością i niemoralnością duchowieństwa (tu także pojawiają się zmiany, ale nadal wyraźna większość Polaków Kościołowi ufa).

Tyle że pod spodem wydarzenia mają dużą dynamikę. Są trochę jak taran, który z każdym uderzeniem niepostrzeżenie, ale skutecznie rozbija umocnienia obronne. Co więcej, ta zewnętrzna stabilność sprzyja konserwowaniu klerykalnych relacji w Kościele. Słaba jest wciąż pozycja kobiet, podtrzymywane są feudalne niekiedy relacje struktur hierarchicznych ze «zwykłymi» księżmi oraz ludźmi świeckimi. A podejmowane działania koncentrują się na trosce o instytucjonalne zabezpieczenie Kościoła oraz na «sakramentalizmie». Przez ten ostatni termin rozumiem nie tylko udzielanie sakramentów, ale też i inne oficjalne posługi, jak pogrzeby, pracę w kancelarii czy katechezę. Ich podstawowym celem jest «obsługa» świeckich rozumianych jako petentów. Wobec masowości Kościoła jest to w naszym kraju naprawdę spora praca, która zużywa wiele sił i energii, dając zarazem złudne poczucie niezagrożonej niczym stabilności. Pozbawione większego znaczenia są - niestety - nieliczne wysepki w Kościele, w których podejmowane są refleksje i działania związane z nową ewangelizacją, z nowymi formami duszpasterstwa małżeństw i związków niesakramentalnych, z ewangelizacją kultury, obecnością religii w sferze publicznej w społeczeństwie pluralistycznym czy nad nowymi problemami duszpasterskimi. Przykładowo: prawie całkiem jesteśmy bezradni wobec kluczowego problemu budowania międzyludzkiej solidarności i głębszych relacji pomiędzy ludźmi żyjącymi w świecie wirtualnych kontaktów, erozji tradycyjnej rodziny i wielkiej mobilności społecznej albo też wobec problemu prekariatu - nowej, skazanej na permanentną niestabilność, szybko rosnącej klasy społecznej: ludzi mających czasowe umowy o pracę, krótkoterminowe kontrakty, słabo płatne lub bezpłatne staże, czy wręcz (szczególnie ludzi młodych) trwale bezrobotnych. (...)

Paradoksalnie, w gruncie rzeczy środowiska, które nazywam „narodowo-katolickimi", nie posiadają realnie wielkiego wpływu społecznego. Główny ośrodek tego nurtu, Radio Maryja jest słuchane przez niecałe 2,5% Polaków, czyli ok. l mln osób, z których mniej niż połowa zgłasza akces do działań politycznych. Oglądalność TV Trwam jest śladowa. Także wśród elektoratu PiS postawa «ideologicznego» katolicyzmu nie jest większościowa - stąd np. znaczne poparcie wśród tego elektoratu dla centrowego prezydenta Komorowskiego. Szacuję, że możemy mówić w tym nurcie o kilkuset tysiącach osób realnie zaangażowanych, które wspiera jakieś 1,5-2 mln osób utożsamiających się z tą ideologiczną wizją katolicyzmu. Nie jest to oczywiście mało, ale w skali blisko 30-milionowego Kościoła żadną miarą nie jest to większość. I oczywiście istnienie takich środowisk w Kościele jest zrozumiałe. Jest bowiem konsekwencją jego powszechności oraz polifonii istniejących we wnętrzu Kościoła poglądów (pod warunkiem że nie ma w nich nienawiści i pogardy, które zawsze są antyewangeliczne).

Problem polega więc głównie na tym, że takie poglądy posiadają znaczną nadreprezentację wśród biskupów i księży, a także na tym, że są silnie powiązane z konkretną partią polityczną oraz że - przy nagłaśniającym wsparciu agresywnych antyklerykałów - uzyskały faktyczny monopol na publiczne reprezentowanie Kościoła w dzisiejszej Polsce. Tymczasem zdecydowana jego większość to ludzie «umiarkowani», choć to pojęcie obejmuje różne koncepcje i różne poziomy zaangażowania w życie Kościoła. W rezultacie są oni milczącą większością. Nie posiadają ani wspólnej diagnozy, ani wizji, ani lidera. Trwają zazwyczaj w stanie bierności, podtrzymywani w nim przez ostre ataki - zarówno ze strony «narodowo-katolickiej», jak i «obozu postępu» - na każdego, kto pragnie się wydobyć z tego binarno- konfrontacyjnego paradygmatu. 

(...) Jestem przekonany, że jeżeli nic istotnego się nie zmieni, to w ciągu l O-15 lat czeka nas ewolucja w kierunku sytuacji panującej w wielu Kościołach zachodniej Europy. Oznaczałoby to nadal realną obecność wiary w życiu publicznym, ale przy dość wyraźnie postępującej sekularyzacji, marginalizacji kulturowego i społecznego oddziaływania chrześcijaństwa oraz odejściu od Kościoła znacznej części młodego pokolenia. Byłoby to straszliwe zmarnowanie unikalnej szansy, którą dało katolikom polskim w ostatnich stuleciach silne, twórcze i ofiarne związanie Kościoła ze społeczeństwem (a nie z państwem), oraz wspaniałego potencjału zdeponowanego w całym narodzie przez ćwierć wieku nauczania i świadectwa Jana Pawła II. Nie chciałbym tego oglądać na własne oczy, ale logika wydarzeń ostatnich lat dosyć wyraźnie zmierza ku realizacji tego smutnego scenariusza.”

Obyśmy się nie obudzili - my, Kościół katolicki polski - gdy już będziemy rzeszą emerytów.

14:07, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 15 października 2012
Ów prorok Jonasz niech nie będzie wzorem! Religia albo etyka? Raczej religioznawstwo

Ewangelia Łukasza 11,29-32
Słowa Jezusa na temat znaku Jonasza. Mało kto wie, że nieco inne niż te w ewangelii Mateusza. Tam mamy podobieństwo losu proroka do Jezusowego, polegające na tym, że Jonasz był w brzuchu wielkiej ryby, a Jezus w grobie (12, 39-40, 16,4), tu analogia jest tylko między kazaniami obydwu proroków (zresztą chyba niepełna, bo nie widać, by słuchacze Jezusa nawracali się). Wersja Mateuszowa ciąży nad naszym rozumieniem starotestamentalnej księgi: pamiętamy głównie sensację „wielkorybną”, gdy przecież przesłanie utworu jest o wiele szersze. Jonasz jest przykładem człowieka, który nie chciał nawracać pogan, bo ich nienawidził i życzył im jak najgorzej. Myślę sobie czasem, że podobni mu są niektórzy polscy katolicy, którzy polskich pogan (ludzi „liberalnolewicowych”) utopiliby w łyżce wody. Oni też jednak czasem bardzo agresywni.

Lektury. Nowy „Kontakt”, kwartalnik młodzieży z warszawskiego KIK-u, trochę zbuntowanej, ale (raczej - dlatego) bardzo fajnej. Przeglądam zeszyt (już dwudziesty), chwytam myśli ciekawe. I bliskie mi: jeden z redaktorów (ten od działu „Wiara”) Ignacy Dudkiewicz optuje za filozofią w szkole, a w związku z tym krytykuje dychotomiczny podział na „religię” i „etykę”: „Ani etyka nie jest jakąś antyreligią, ani religia nie sprzeciwia się etyce. Można bez konfliktu wewnętrznego uczestniczyć w obydwu lekcjach - przekonuje Magdalena Gawin, nauczycielka etyki i filozofii w warszawskich liceach oraz Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej. Wprowadzenie takiego podziału sprawia, że etyka bywa traktowana jako świecka wersja katechezy. Tak jakby prowadzący zajęcia z filozofii moralności musiał być zawsze człowiekiem niewierzącym, skupiającym wokół siebie grupę uczniów-ateistów lub co najmniej innowierców. O tym, że takie rozwiązanie nie ma racji bytu, świadczą motywy, ze względu na które lekcje etyki wybierają uczniowie wierzący: by poznać propozycje, nie zaś gotowe rozwiązania, albo dlatego, że na religii dowiedzieli się już wszystkiego, czego mogli się dowiedzieć.” Oczywiście! W ogóle etyka to tylko „kawałek” religii: ma ona nie tylko umoralniać, ale i (nawet przede wszystkim) pocieszać, że w naszej walce o dobro nie jesteśmy sami. Dlatego nie jestem za dwumianem „religia albo etyka”, raczej za religioznawstwem dla wszystkich, ze szczególnym uwzględnieniem chrześcijaństwa, rzecz jasna. Ale oczywiście wymagałoby to reformy potężnej, a przedtem porządnego namysłu Episkopatu, co postuluje również redaktor Dudkiewicz.

16:07, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
niedziela, 14 października 2012
Kupić by cię, mądrości...

Księga Mądrości 7,7-11
”Modliłem się i dano mi zrozumienie, przyzywałem i przyszedł na mnie duch mądrości. Przeniosłem ją nad berła i trony i w porównaniu z nią za nic miałem bogactwa. Nie porównałem z nią drogich kamieni, bo wszystko złoto wobec niej jest garścią piasku, a srebro przy niej ma wartość błota. Umiłowałem ją nad zdrowie i piękność i wolałem mieć ją aniżeli światło, bo nie zna snu blask od niej bijący. A przyszły mi wraz z nią wszystkie dobra i niezliczone bogactwa w jej ręku.”

„Kupić by, cię, mądrości, za drogie pieniądze" - wzdychał Jan Kochanowski, wpatrując się w ideał mądrości stoickiej. Chrześcijańska mądrość równie bezcenna, ale już inna. Mędrzec nie jest już sam, dumnie niewrażliwy na odmienność losu. Podziwiam tych, co obywają się bez religijnego oparcia, ale cieszę się, że je mam. I jeżeli się modlę, to nie tyle o szczęście, ale o to, bym w każdej sytuacji zachował się jak mędrzec... A jest to ideał, do którego zmierza się po kolejnych zwycięstwach i klęskach: człowiek mądrzeje powolutku; mądrzeje, mądrzeje, aż umrze...

08:58, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
sobota, 13 października 2012
Ile dzisiaj Pawła z Tarsu?

”Pismo poddało wszystko pod władzę grzechu, aby obietnica dostała się na drodze wiary w Jezusa Chrystusa tym, którzy wierzą. Do czasu przyjścia wiary byliśmy poddani pod straż Prawa i trzymani w zamknięciu aż do objawienia się wiary. Tym sposobem Prawo stało się dla nas wychowawcą, który miał prowadzić ku Chrystusowi, abyśmy z wiary uzyskali usprawiedliwienie. Gdy jednak wiara nadeszła, już nie jesteśmy poddani wychowawcy. Wszyscy bowiem dzięki tej wierze jesteście synami Bożymi w Chrystusie Jezusie. Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie. Jeżeli zaś należycie do Chrystusa, to jesteście też potomstwem Abrahama i zgodnie z obietnicą dziedzicami.”

Manifest wolności brzmiący wciąż niesamowicie. I jedności. A jak to wygląda do dzisiaj w praktyce? Nic się nie zmieniło? Nie, jednak zmieniło się zasadniczo, nie narzekajmy, ile wlezie. Bywają i dzisiaj handlarze niewolników, ale to dzisiaj skandal, nie święte prawo jak kiedyś. Podziały religijne trwają w najlepsze, ale mnożą się ludzie, którzy wołają o dialog. Kobiety są maltretowane, ale nawet wśród muzułmanów dojrzewa myśl Pawłowa ”w tym temacie”. Przeżywam myślą rocznicę otwarcia Vaticanum Secundum: ile zmieniło się także od tamtego czasu. W Polsce jesteśmy, owszem, pod władzą ojca Rydzyka, ale na tak zwanym Zachodzie dzisiejsze słowa apostoła nie brzmią już dziwnie w katolickich świątyniach, w ewangelickich tym bardziej.

09:19, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
piątek, 12 października 2012
Kto jest przeciw? Aborcja

Ewangelia Łukasza 11,23
„Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie; a kto nie zbiera ze mną, rozprasza".

Ale cóż to znaczy: nie być z Jezusem? Chrześcijaństwo rozumiało te słowa bardzo różnie. Przeciw Niemu bywał każdy, kto sądzącym podpadał odmiennością poglądów. Myślę, że czytając ten logion trzeba dobrze pamiętać słowa z ewangelii Mateusza: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci najmniejszych..." Być z Jezusem to być z potrzebującym pomocy i tyle. Aż tyle!

Aż tyle, bo to bynajmniej nie fraszka. Media pełne dyskusji nad aborcją. Co z ciężko upośledzonymi? Bronię się przed stanowiskami skrajnymi: że w tym przypadku zakaz aborcji to barbarzyństwo albo - przeciwnie - że brak tego zakazu to pozwolenie na morderstwo. Napiszę tylko tyle, że prawo państwowe nie może zmuszać do heroizmu, choć etyka do niego wzywa. Można również zapytać, co jest winne dziecko, że jego ojciec był gwałcicielem - ale tu także prawo zdaniem tylu ludzi powinno powstrzymywać się przed presją na kobietę tak strasznie zmaltretowaną. Owszem, prawo ewoluuje, tak było na przykład w sprawie niewolnictwa, niemniej, póki co, jakaś ogólna świadomość społeczna w sprawie aborcji jest, jaka jest.

17:15, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
czwartek, 11 października 2012
Prosimy, prosimy i nieraz nic z tego

Ewangelia Łukasza 11,9-13
„I ja wam powiadam: proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje, kto szuka, znajdzie, a kołaczącemu otworzą. Jeśli któregoś z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skropiona? Jeśli więc wy, choć źle jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da wam Ducha Świętego tym, którzy Go proszą”.

Problem każdej religii: jeżeli od Boga (bogów) zależy nasz los, to jak zrobić, żeby zapewnić sobie szczęście. Jezus zapewnia tutaj (jak i u Mateusza 7, 7-11), że wystarczy prosić usilnie. Literalne rozumienie tych Jego słów nie ma sensu: wiadomo, że różnie bywa. No cóż, należy się modlić, tak jak On w ogrodzie oliwnym: „...ale nie moja, ale Twoja niech się stanie wola”. Albo może powinienem powołać się na werset 13: Bóg daje zawsze Ducha Świętego (u Mateusza inaczej: ”to, co dobre”), co można rozumieć tak, że On wytłumaczy, iż Bóg pisze zawsze prosto, chociaż po liniach przeraźliwie krzywych.

14:22, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
środa, 10 października 2012
Czy wolno krytykować papieża?

List do Galatów 2,1-3.7-14
” Po czternastu latach udałem się ponownie do Jerozolimy wraz z Barnabą, zabierając ze sobą także Tytusa. Udałem się zaś w tę stronę na skutek otrzymanego   objawienia. I przedstawiłem im Ewangelię, którą głoszę wśród pogan, osobno zaś tym, którzy cieszą się powagą, by stwierdzili, czy nie biegnę lub nie biegłem na próżno. Wręcz przeciwnie, stwierdziwszy, że mnie zostało powierzone głoszenie Ewangelii wśród nieobrzezanych, podobnie jak Piotrowi wśród obrzezanych, Ten bowiem, który współdziałał z Piotrem w apostołowaniu obrzezanych, współdziałał i ze mną wśród pogan, i uznawszy daną mi łaskę, Jakub, Kefas i Jan, uważani za filary, podali mnie i Barnabie prawice na znak wspólnoty, byśmy szli do pogan, oni zaś do obrzezanych, byleśmy pamiętali o ubogich, co też gorliwie starałem się czynić. Gdy następnie Kefas przybył do Antiochii, otwarcie mu się sprzeciwiłem, bo na to zasłużył. Zanim jeszcze nadeszli niektórzy z otoczenia Jakuba, brał udział w posiłkach z tymi, którzy pochodzili z pogaństwa. Kiedy jednak oni się zjawili, począł się usuwać i trzymać się z dala, bojąc się tych, którzy pochodzili z obrzezania. To jego nieszczere postępowanie podjęli też inni pochodzenia żydowskiego, tak że wciągnięto w to udawanie nawet Barnabę. Gdy więc spostrzegłem, że nie idą słuszną drogą, zgodną z prawdą Ewangelii, powiedziałem Kefasowi wobec wszystkich: - Jeżeli ty, choć jesteś Żydem, żyjesz wedle obyczajów przyjętych wśród pogan, a nie wśród Żydów, jak możesz zmuszać pogan do przyjmowania zwyczajów żydowskich".
Bardzo ciekawa perykopa Pawłowa.

Najpierw te 14 lat. Jak obliczyli bibliści, sporą część tego czasu apostoł spędził w rodzinnym Tarsie, gdzie, prawdę mówiąc, nie wiadomo, co robił. Wiemy jedynie, że to jego „życie ukryte" (termin używany w odniesieniu do niemal całego życia Jezusa w rodzinnym Nazarecie) miało służyć uspokojeniu nastrojów wśród hellenistów, którzy usiłowali go zabić (Dzieje 9,29). Owi helleniści byli, nawiasem mówiąc, chyba wyjątkowo nietolerancyjni wobec chrześcijan, bo oni też przecież zamordowali Szczepana (zresztą jednego z nich). Podpadł im również Paweł: może bardzo złościli ich ci, co w przeciwieństwie do nich nie wytrwali przy ortodoksji żydowskiej pochodząc również ze środowisk jej kulturowo obcych.

Ale jeszcze ciekawszy jest ów konflikt z przywódcą apostołów. Ktoś ruga publicznie ”prepapieża”, rozgłasza to w swoim kościelnym nauczaniu i ta jego opowieść wchodzi do Pisma Świętego! A propos jutro w kalendarzu Kościoła rzymskokatolickiego dzień błogosławionego Jana XXIII i zarazem (skojarzenie oczywiście świadome) rocznica (już pięćdziesiąta) otwarcia Soboru Watykańskiego II przez tegoż papieża. Napisało mi się o Soborze coś do tzw. MiŚ-a, czyli „Magazynu Świątecznego" „GW", z czego fragmencik poniżej przepiszę, felietonowy „Alfabet Soboru Watykańskiego II" Katarzyny Wiśniewskiej zarazem polecając.

Anioł, który został papieżem
Wspomnę oczywiście człowieka, bez którego nie byłoby soborowego wybuchu, a w każdym razie nastąpiłby później i może nie tak potężny. Bardzo stary, niebłyszczący bynajmniej intelektem ani reformatorskimi pomysłami, dobroduszny facet okazał się rewolucjonistą jak żaden jego poprzednik. Albowiem była to dobroduszność najgłębiej duchowa właśnie: przez Anioła Józefa Roncallego zawiał Ten, co wieje, skąd chce i kiedy chce oraz potrafi być tajfunem. Ten papież genialnie odgadł ducha czasu, w którym wolność jest świętością największą. Ale jeśli Kościół ma się otwierać na współczesny świat, musi też ową wartość traktować najpoważniej. Tu swoista niefrasobliwość papieża Anioła okazała się ogromnie pożyteczna. Znów błysnę anegdotą. Kiedyś przyjmując delegację diecezji mediolańskiej, zapytał, jak się ma tamtejszy Hamlet. Dowcip polegał na tym, że owym wiecznie niezdecydowanym był ówczesny mediolański metropolita, arcybiskup Giovanni Montini, późniejszy papież Paweł VI. I echo tego żartu rodzime: ks. Michał Czajkowski, który pisał wtedy z Rzymu korespondencje dla „Tygodnika Powszechnego”, przytoczył owo powiedzenie, wzbudzając niezadowolenie prymasa Wyszyńskiego: takich słów, choćby papieskich, nie rozgłasza się, bo psują opinię następnemu papieżowi. Można tu też zobaczyć właśnie kwestię wolności, od której ucieczka - uczył ks. Tischner - nie ma sensu. Papież Anioł pozwolił sobie zażartować z innego hierarchy, bo w ogóle obca była mu koncepcja autorytarna Kościoła, w której autorytet buduje się zakazem jakiejkolwiek krytyki władzy, w której Kościół jest twierdzą oblężoną przez legiony wrogów, zatem obowiązuje żelazny wojenny posłuch. Przecież jednak krytyka św. Piotra przez św. Pawła jest wręcz w Piśmie Świętym! Podobno wiele nauczyła papieża jego własna „teczka”, gdy znalazł ją w watykańskim archiwum. Zachował się tam jakiś ślad tego, że i on był doktrynalnie podejrzany: był to jeszcze pontyfikat Piusa X, kiedy to za groźnego wroga Kościoła mógł uchodzić każdy, kiedy Kościołem rządziła ściśle tajna policja.
Amen!

13:59, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
wtorek, 09 października 2012
Marta nie mniej warta

Ewangelia Łukasza 10,38-42
Dziś opowieść o Marcie nazbyt zatroskanej o sprawy „brzucha” i Marii słusznie preferującej duchowe. Tak przynajmniej można by tę perykopę rozumieć. Może zresztą i słusznie, byle by, po pierwsze, wczuć się w sytuację Marty, która też chciała posłuchać Jezusa, a tu musi sama zajmować się rzeczami bardziej przyziemnymi. W końcu ktoś musiał się nimi zająć, a ona nie chciała być sama. Po drugie, ewangelie są aż cztery, trzeba brać pod uwagę wszystkie, nie tylko jedną. Otóż o Marcie i Marii jest również mowa w ewangelii Jana 11,19-27 i tam Marta nie wygląda zupełnie na kurę domową: rozmawia z Jezusem - by tak rzec - na wysokim poziomie teologicznym. Co prawda, w wersetach tejże ewangelii 12,2-3 podział ról między siostrami jest trochę podobny: Marta usługuje „ogólnie”, Maria zajmuje się samym Mistrzem, namaszcza Mu stopy, ale tu już wyraźnie widać, że ktoś musiał przygotować wieczerzę (Łazarz jako mężczyzna należał oczywiście do obsługiwanych). Po trzecie, ciało też człowiek, gospodarze domu jedynie gadający wzniośle to na pewno nie jest ewangeliczny ideał.

23:10, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 08 października 2012
Przypowieść o opiekunie spolegliwym. O Kościele mówią biskup Pieronek, ks. Andrzej Szostek, zza grobu Stefan Swieżawski

Ewangelia Łukasza 10,25-37
Przesławna przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Punktem wyjścia jest rozmowa z jakimś uczonym w Prawie. Wystawiając Jezusa na próbę zapytał Go, co ma czynić, aby osiągnąć życie wieczne. Jezus zwyczajem swojego ludu odpowiedział pytaniem: „Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?" Tamten przytoczył przykazanie miłości Boga i bliźniego, łącząc w ten sposób dwa osobne: w Pierwszym Testamencie czytamy o obu, ale o każdym w innym miejscu (w Księdze Kapłańskiej 19,18 i Powtórzonego Prawa 6,5). Jezus potwierdził: „Dobrześ powiedział, a będziesz żył". Jednak uczony w Prawie chcąc się usprawiedliwić, zapytał: „A kto jest moim bliźnim?" I dopiero wtedy następuje przypowieść. Potem jest pytanie w jej świetle retoryczne, który z tych trzech okazał się bliźnim człowieka w potrzebie - i odpowiedź: „Ten, który okazał mu miłosierdzie". W końcu mamy pouczenie Jezusa: „Idź i ty czyń podobnie".
Przypowieść staje się mocniejsza po przeczytaniu w „Znaku" wrześniowym ciekawego artykułu, który tu referowałem. Marek Piela napisał mianowicie, że słowa Księgi Kapłańskiej o miłości bliźniego swego jak siebie samego znaczą faktycznie: masz kochać bliźniego swego, który jest taki sam, jak ty. Chodzi zatem o ludzi, którzy są do nas podobni, czyli nasi współplemieńcy. Egzegeza właściwie już znana od dawna, ale tu uzasadniona filologicznie.
No i problem egzegetyczny dotyczący samego tekstu przypowieści: są pomysłowe domysły, dlaczego nie zatrzymał się kapłan ani lewita. Być może nie ulegli zwykłej obojętności. Mogła kierować nimi troska o czystość rytualną, czyli nieskażenie się dotknięciem trupa: bo myśleli, że owi zbójcy zmaltretowali człowieka na śmierć. Chyba jednak troszczyli się po prostu o własną wygodę: sformułowana przez Tadeusza Kotarbińskiego etyka spolegliwego opiekuna była im zupełnie obca.
Lektury: po co nam Kościół? Pod takim ogólnym tytułem październikowy miesięcznik dominikański „W drodze" publikuje rozmowy z prowincjałem augustianów Wiesławem Dawidowskim i biskupem Tadeuszem Pieronkiem, a także wypowiedzi jednoosobowe dziennikarzy - Tomasza Machały, Marka Magierowskiego, Katarzyny Kolskiej oraz dominikanina Tomasza Dostatniego. Z biskupem Pieronkiem rozmawia były naczelny pisma Paweł Kozacki OP i pyta go na koniec tak oto, a biskup tak oto odpowiada.
”Mówił ksiądz biskup, że przez ostatnie trzydzieści lat Kościół przeszedł drogę od podziwianego bohatera do wyśmiewanego błazna. Czy to wyśmiewanie wynika tylko z win Kościoła - żądania szacunku, zaangażowań politycznych i braku gorliwości, czy też z faktu, że i dziś Kościół niektórym ludziom przeszkadza, że nadal jest w niektórych kwestiach znakiem sprzeciwu?
Nawet jeśli jest znakiem słusznego sprzeciwu, to go źle wyraża. To, że mamy takie czy inne niezmienne zasady, jest oczywiste. Mamy prawo je głosić, przedstawiać, proponować. Jeśli jednak wymagamy, by się im bezwzględnie podporządkować, to zaczynamy być śmieszni. To nie jest zadanie Kościoła. Możemy docierać do ludzi poprzez sumienie, a nie poprzez administracyjne nakazy.
Popatrzmy też, co się dzieje z księżmi, których posyła się na parafię. Niektórzy z nich mówią: „Nie! Nie pójdę na tę parafię, bo z takich czy innych względów mi ona nie odpowiada. Tu za małe mieszkanie. Tam ciocia czy wujek. Tam jeszcze inna przeszkoda". Dawniej tego nie było. To jest brak ewangelicznego posłuszeństwa, lekceważenie przepisów, które obowiązują w Kościele. Skoro księża i biskupi nie przestrzegają prawa, to dlaczego wymagają tego od innych? Czy biskup jest ponad wiernymi? Nieprawda. Posłuszeństwo Kościołowi obowiązuje go tak samo, jak wszystkich wiernych. Jesteśmy na tym samym poziomie.
Skoro mówimy o wadach Kościoła, porozmawiajmy też o jego zaletach. Czym my, księża, możemy przyciągnąć ludzi do Boga i Kościoła?
Naszą wartością jest ewangeliczny autentyzm. Powinniśmy sobie mówić prawdę. Nie szufladkować, nie naklejać etykietek, nie wprowadzać w Kościele poprawności politycznej czy eklezjalnej. Nie mówmy, że w Częstochowie na spotkaniu było półtora miliona ludzi, skoro na placu zmieści się 150 tysięcy. Wielu księży na kazaniu opowiada głupstwa, ale nikt nie zwróci im na to uwagi, bo poprawność wymaga, żeby podziękować kapłanowi i zachwycać się pięknem i głębią tego, co powiedział, choć wszyscy słyszeli, że nudził bez sensu. Im wyżej w hierarchii, tym kaznodzieja ma mniejsze szansę, by usłyszeć prawdę o poziomie swoich homilii. Jeśli ktoś powie kazanie w tonacji, która jest dobrze słyszalna i akceptowana, to wszystko jest w porządku. Natomiast jeśli ktoś mówi o sprawach niewygodnych, to zamyka mu się usta. Tymczasem naszą szansą jest prawda, nawet jeśli ona boli. Dobrze, że boli, bo chorobę człowiek czuje przez ból i wie, że trzeba to leczyć. A jeśli mu się da narkotyk, zaklajstruje się ranę, to stan się będzie tylko pogarszał. Tylko prawda nas wyzwoli. Jeśli chodzi o przyciąganie ludzi do Kościoła, jestem zwolennikiem starotestamentalnego myślenia o reszcie Izraela. Nie chodzi o liczbę ludzi, tylko o to, by coś z ich obecności wyniknęło. Niech przyjdzie dziesięciu, ale sprawiedliwych. Dążenie za wszelką cenę do wielkiej liczby wiernych jest myśleniem celebracyjnym. Będzie napompowana celebra, ale co z tego? A jeśli ściąga się ludzi za pomocą różnych trików, to mamy tragedię. Na przykład nakazując proboszczom, by przywieźli na diecezjalne uroczystości określoną liczbę ludzi i rozliczając ich potem z obecności parafian. Oczywiście to nie znaczy, że jestem przeciwny akcjom duszpasterskim mającym gromadzić ludzi. Są księża, którzy mają fantastyczny kontakt z ludźmi i cokolwiek zaproponują, to ci ludzie przyjdą. Ale są i tacy, że co zdanie, to konflikt, mimo ich najlepszych chęci.
A co by ksiądz biskup powiedział człowiekowi, który nie ma już ochoty chodzić do kościoła, bo proboszcz na ambonie uprawia politykę, a gdy mówi o Ewangelii, to strasznie nudzi, do biura parafialnego nie można się dostać, wszystko na zewnątrz błyszczy, a w środku próchno... Po co ja mam chodzić do kościoła?
Trudno coś w takiej sytuacji tłumaczyć. Mógłbym mu tylko doradzić, by poszukał takiego człowieka, takiego księdza, takiej parafii, która mu da inny obraz Kościoła. To jest jedyne wyjście. Słowa i tłumaczenia niewiele zmienią, konieczny jest żywy przykład. Zniechęcony człowiek musi zobaczyć, że można inaczej, autentycznie, ewangelicznie, i dlatego trzeba mu wskazać inną parafię. Oczywiście on ma prawo oczekiwać, by w swojej parafii odnaleźć to, czego szuka, ale można zapytać, czy w każdej rodzinie jest porządek? A w społeczeństwie wszystko jest w porządku? Duchowieństwo jest produktem społeczeństwa. Może się więcej modlimy, mniej mamy okazji do grzechu, bardziej staramy się żyć Ewangelią i więcej mamy respektu dla Bożych przykazań, ale jesteśmy ulepieni z tej samej gliny, co wszyscy ludzie.”
No cóż, biskup Tadeusz jakby nie biskup...
A ja czytam trochę, ale też nieco słucham. ubiegły szabat spędziłem w Laskach, dokąd zjechało się towarzystwo duchowne i świeckie bardzo sympatyczne, by powspominać trzy postacie piękne bardzo i pogadać, jak brać z nich przykład. Na warsztacie księża Władysław Korniłowicz i Tadeusz Fedorowicz oraz zupełnie świecki filozof Stefan Świeżawski. Dwaj pierwsi mocno związani z laskowym Zakładem dla Niewidomych (ks. Korniłowicz był tam duchownym sercem, a ks. Fedorowicz po jego śmierci też taką rolę spełniał), profesor Swieżawski tam nigdy dłużej nie mieszkał, ale duchem mocno do Lasek pasował. Cóż to za duch mianowicie? Otóż opowieść o nim ubarwił film Pawła Woldana, gdzie zostały wyłożone trzy zasady, którymi powinien kierować się Kościół (katolicki, ale przecież każdy): wspólnotować, służebność i otwartość. Co do tego trzeciego, mam wątpliwość językową, czy ów rzeczownik odimiesłowowy jest dziwny - zatem i „zamkniętość"? Co do wszystkich trzech myślę jednak, że trafiają w sedno, oczywiście jako właśnie zasady, ideały, a nie adekwatny opis rzeczywistości kościelnej, rzymskokatolickiej, w szczególności polskiej.
Z naszych tamtejszych pogwarków zapamiętałem „bon mot" ks. Andrzeja Szostka (etyka, byłego rektora KUL, marianina jak i ksiądz Boniecki, jego w tym zakonie zdecydowanym obrońcy): zapewne słuszne jest hasło „Bóg i Ojczyzna", byleby tylko nie mylić kolejności tych dwóch pojęć. I - to też myśl ks. Szostka - byleby nie uważać, że patriotyzm to obowiązkowo Prawo i Sprawiedliwość, jak uważa księży polskich legion, rozpolitykowanych niemiłosiernie. A podobne poglądy głoszone były w miejscu dla nich idealnie pasującym. Kto choć raz był w tamtym osiedlu wśród lasu, w tych domkach równie skromnych jak schludnych i gustownych, ten wie, o czym myślę.
Na koniec coś o czynieniu, nie gadaniu. Dojazd do Lasek dzisiaj wygodniejszy, odkąd od Metra Młociny autobusem 708 dość niedaleko, lubię jednak jeszcze bardziej tak zwane okazje samochodowe. Otóż przywiozła mnie z powrotem do Warszawy (także byłego biskupa luterańskiego Janusza Narzyńskiego z małżonką) miła bardzo para małżeńska, państwo Dubaniewiczowie. Myślałem, że mieszkają w Warszawie i wracają tam po spotkaniu ciemnym wieczorem - ale nie! Pojechali do miasta specjalnie, żeby nas odwieźć - mieszkają w Laskach. On tam pracuje zawodowo, ona już na emeryturze. a oboje są z ruchu Focolari, który realizuje trójzasadę profesora Swieżawskiego podobnie jak Laski. I podobnie jak oni sami - no właśnie!

14:58, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
Archiwum