Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
sobota, 31 października 2009
Wywyższyć Reformatorów

Ewangelia Łukasza 14,11

„Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony".

Formuła syntetyzująca Ewangelię. Odniosę ją do tematyki dzisiejszego Święta Reformacji, Do Lutra i Kalwina przez katolików przez wieki poniżanych, teraz wreszcie wywyższanych . Odsyłam do dzisiejszej „Arki Noego" (jest także w internecie: wyborcza.pl/swiateczna), do wywiadu z luteraninem księdzem Hintzem, profesorem Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej (i proboszczem u stóp Jasnej Góry - Polska jest jednak pluralistyczna!). Mówi o dwustronnie nowym spojrzeniu na Lutra, stereotypach luterańskich i katolickich, także o dzisiejszych luteranach, ich rzeczywistych poglądach teologicznych i etycznych (antykoncepcja, aborcja, eutanazja, homoseksualizm).

To o rehabilitacji Lutra - wyważonej: też luteranie nie wynoszą go na ołtarze, nie tylko dlatego, że w ogóle nie lubią takiego wywyższania ludzi (nie ma u nich sformalizowanej czci świętych - choć w ich kalendarzu liturgicznym pod datą 1 listopada mamy napisane tak: „Pamiątka Świętych Pańskich. Pamiątka Umarłych".) Ale był też Jan Kalwin. Urodzony 500 lat temu, wydawnictwo SEMPER dało nam do czytania po polsku jego biografię pióra uczonego Alistera E. Mc Gratha, profesora Oksfordu. Książka (księga - 400 stron!) rewelacyjna! Autor podważa w szczególności obraz Kalwina jako potwornie surowego moralnie teokraty. Pisze np. tak w rozdziale pt. „Genewa: umocnienie władzy":

”Wokół okresu tego narosło również mnóstwo mitów odzwierciedlających głęboki niesmak, z jakim postrzegano Kalwina w XIX i XX w. Warto może wspomnieć o kilku z nich, by wskazać, jak głęboko mit «wielkiego dyktatora Genewy» zakorzenił się w popularnej literaturze religijnej i historycznej. 

Balzac w Komedii ludzkiej informuje czytelnika, że natychmiast po przybyciu Kalwina do Genewy w 1541 r. «zaczęły się egzekucje i religijny terror». Być może francuski powieściopisarz używając daleko posuniętej licentia poetica pomylił Kalwina z Robespierrem; w żadnym razie w Genewie nie panował terror, a Kalwin nigdy nie cieszył się pozycją pozwalającą mu wszcząć podobną kampanię, nie wspominając nawet o tym, by mógł nią kierować. Od powtórnego przybycia reformatora do Genewy aż do jego śmierci, w Genewie odbyła się tylko jedna egzekucja z powodów religijnych, związek zaś Kalwina z tą sprawą był - jak się przekonamy - dosyć peryferyjny [chodzi o spalenie Serweta - JT]. 

Bliżej naszych czasów usiłował zdyskredytować Kalwina Aldous Huxley twierdząc - bez żadnego udokumentowania tej tezy - że «za czasu teokratycznych rządów wielkiego Kalwina w Genewie, publicznie ścięto głowę dziecku, które poważyło się podnieść rękę na swych rodziców». Po pierwsze, nie znajdujemy żadnej wzmianki o podobnym wydarzeniu w genewskich archiwach (kompletnych i dostępnych na każde życzenie), po drugie, w genewskich kodeksach prawa, zarówno karnego, jak i cywilnego, brakuje podstawy prawnej uzasadniającej podobne oskarżenie, nie wspominając nawet o tak drakońskiej karze; po trzecie, ani treść, ani egzekucja panującego w Genewie prawa nie zależały od Kalwina. Owszem, jako prawnik z zawodu, brał on niekiedy udział w tworzeniu prawa, np. ok. 1543 r. poproszono go o opracowanie zbioru praw dotyczących straży miejskiej. Nie były to jednak jego prawa, lecz prawa miejskie. Po czwarte, można Huxleyowi wytknąć dyletanckie użycie sformułowania «rządy teokratyczne». Istotnie, często sugerowano głęboko teokratyczny charakter myśli politycznej Kalwina. Należy jednak wyjaśnić znaczenie tego subtelnego terminu. Powszechnie przyjmuje się, że oznacza on ustrój polityczny, w którym władza cywilna znajduje się pod wpływem duchowieństwa bądź innego kościelnego instrumentu władzy. Nietrudno więc wykazać, że Kalwinowi nigdy nie udało się ustanowić - nigdy też zresztą, mimo zapewnień Huxleya, nie zamierzał ustanawiać - teokracji w Genewie.”

No, fajnie! Takie to było brzydkie poniżanie wielkiego człowieka przez niekalwinistów. Czy jednak tylko przez nich?

Zajrzałem do „Encyklopedii Katolickiej" i o Kalwinie przeczytałem, że „1536 (...) przeniósł się do Genewy, aby zaprowadzić tam porządek i karność kościelną; bezkompromisowość w ewangelizowaniu społeczeństwa przez narzucanie surowych praw i obyczajów, a zwłaszcza próby regulowania szczegółowymi przepisami życia prywatnego obywateli i nadzorowania ich moralności metodami policyjnymi, doprowadziły go do konfliktu z władzami miasta. (...) W następnych latach Kalwin wprowadził w mieście rządy teokratyczne."

Otóż napisał to hasło nie żaden katolik, jeno ewangelik reformowany, czyli kalwinista śp. ksiądz Jerzy Stahl! Ciekawe!

07:53, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
piątek, 30 października 2009
Żal też Żyda

List do Rzymian 9,1-5

”Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, potwierdza mi to moje sumienie w Duchu Świętym, że w sercu swoim odczuwam wielki smutek i nieprzerwany ból. Wolałbym bowiem sam być pod klątwą i odłączonym od Chrystusa dla zbawienia braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami. Są to Izraelici, do których należą przybrane synostwo i chwała, przymierze i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. Do nich należą praojcowie, z nich również jest Chrystus według ciała, który jest ponad wszystkim. Bóg błogosławiony na wieki. Amen.”

Nuta bardziej osobista. Zdecydowany, święcie przekonany o własnej racji, porywczy Paweł bywa inny: pokłócony śmiertelnie ze swymi współplemieńcami i do niedawna współwyznawcami, wyznaje jednak swoją więź z nimi. Mówi nie tylko o uczuciach, także „teologizuje": zapewnia, że Żydzi, którzy nie przyjęli Chrystusa, nie przestali być narodem wybranym. Zwraca uwagę owa „klątwa": w oryginale jest „anatema", którą sam chciałby być Paweł, oczywiście nie jako ją rzucający, ale właśnie jako nią ukarany.

Daleko Apostołowi do dalszych pokoleń wyznawców Chrystusa, którzy przyjęli tylko Pawłową krytykę Prawa, zapominając zupełnie, co ciepło pisał o tych, którzy przy Prawie pozostali.

Kalambur (antyantysemicki): ob-żyd-liwy. Paweł z Tarsu taki nie był.

21:37, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
czwartek, 29 października 2009
Jeśli Bóg z nami

List do Rzymian 8, 31b-39
”Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i nam wszystkiego nie darować? Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł za nas śmierć, co więcej, zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i wstawia się za nami? Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak to jest napisane: «Z powodu ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce przeznaczone na rzeź». Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani potęgi, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.”

Paweł pisze rozmaicie. Często, na mój gust za często, są to zawiłe wywody teologiczne i pastoralne, nie zawsze zrozumiałe, a w każdym razie nużące, może dlatego, że po prostu dyktowane, nie pisane. Czasem jednak, za rzadko, mamy w jego epistołach perły literatury religijnej. Hymn o miłości nie jest wyjątkiem, są inne cudowne teksty w rodzaju tego dzisiejszego.

Można by rzec, że jest to z kolei hymn o nadziei. Mamy tu obraz Boga zatarty przez różne inne wizje, owszem, też biblijne. Zresztą sam Paweł nieczęsto tak mocno pociesza. Raczej gani, niemal wymyśla nawet, moralizuje zawzięcie. Tu jednak krzepi i to fantastycznie. Nadzieja powszechnego zbawienia...

PS. A ta wyliczanka czynników działających przeciwko nam rzeczywiście dość dziwna, te wysokości i głębokości, nawet i aniołowie jakby nam niechętni (chyba jednak nie demony). Ale to mało ważne: ważna jest naprawdę tylko tej perykopy myśl główna: miłość Boża do nas jest absolutna! 
Nie przejmujmy się też tym „nieoszczędzeniem" Syna, „wydaniem" Go. To tylko taki język - nie dość powtarzać, że to ludzie nie oszczędzili Jezusa, nie Jego Ojciec! On tylko chciał, by Syn podjął dolę człowieczą ze wszystkimi jej dramatami, niemożliwością obrony przed nienawiścią innych ludzi. By szedł przez życie nie skrywając swoich poglądów, ukrywając jednak jakby swoją moc, rezygnując ze swojej nadziemskiej siły. By był do końca barankiem, nigdy wilkiem. By zło dobrem zwyciężył.

18:52, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 28 października 2009
Judasz nie zdrajca

Ewangelia Łukasza 6,13-16

„A kiedy nastał dzień, przywołał swoich uczniów i wybrał z nich Dwunastu, których nazwał apostołami:
Szymona, którego nazwał Piotrem,
i Andrzeja, brata jego,
i Jakuba,
i Jana,
i Filipa,
i Bartłomieja,
i Mateusza,
i Tomasza,
i Jakuba Alfeuszowego,
i Szymona zwanego Zelotą,
i Judę Jakubowego,
i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą”
.

Zatytułowałem wpis przekornie, ale jeden i drugi apostoł zwie się w oryginale greckim Judą, dopiero przekłady zaczęły przekładać oceny etyczne na ortografię. A piszę o Judzie sprawiedliwym, bo dziś ma swój dzień wespół z Szymonem nie Piotrem. O obu tych apostołach wiemy mało wiele, ale o każdym na tyle, by dwoje naszych luminarzy kościelnych, profesor Świderkówna i biskup Pieronek, mogli napisać o nich do zrobionej przeze mnie kiedyś książeczki Znaku „Dwunastu apostołów”. Pani Anna napisała o Zelocie (Gorliwcu?), biskup o Judzie. Przepisuję poniżej tekst drugi, bo Autora właśnie imieniny. Ma na imię Juda? Niekoniecznie, choć i jemu również żydostwo zarzucano - ale apostoł był jakby dwuimienny. Oto o nim wiedza podstawowa.

”«Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego i mieszkanie u niego uczynimy. Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca» (J 14, 23-24). Dzięki relacji św. Jana, zawartej w jego Ewangelii, wiemy, że słowa te wypowiedział Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy, zwracając się bezpośrednio do Apostoła Judy Tadeusza. Wśród Dwunastu figuruje on dwukrotnie pod imieniem Tadeusz (Mt 10, 3 i Mk 3, 18), raz jako Juda, syn Jakuba (Łk 6, 16), raz jako Juda, brat Jakuba (Dz 1, 13), i raz jako Juda, ale nie Iskariota (J 14, 22). To właściwie wszystko, czego o tym popularnym w Polsce świętym i patronie spraw beznadziejnych dowiadujemy się z Pisma Świętego. Współcześni bibliści nie mają pewności, czy Juda Tadeusz to brat Apostoła Jakuba Mniejszego i czy to właśnie on był autorem jednego z listów wchodzących w skład ksiąg kanonicznych Nowego Testamentu, o czym była przekonana cała plejada dawnych egzegetów, m.in. takie powagi jak św. Atanazy i św. Augustyn. Według Paulina z Noli, Juda Tadeusz apostołował w Libii, a według Wenancjusza Fortunata, głosił Ewangelię w Mezopotamii i zginął wraz z Apostołem Szymonem w Persji, zabity pałkami. Tradycja kościelna mówi nam o Judzie Tadeuszu znacznie więcej, ale i te wiadomości nie są pewne i giną we mgle. Legenda, w którą zdaje się wierzyć św. Hieronim, jest piękna i opowiada o współczesnym Chrystusowi królu Edessy (dzisiejsza Urfa w Turcji) - Abgarze V. Zarażony trądem król miał napisać do Chrystusa list z prośbą o uzdrowienie, zaś dostarczycielem listu został malarz, któremu król polecił sportretować Chrystusa. Jednak dzieło malarza okazało się tak nieudolne, że sam Chrystus wziął pędzel i uzupełnił je. Spojrzenie na wizerunek Mistrza uwolniło króla z choroby, doznał też łaski nawrócenia, a Juda Tadeusz udzielił mu chrztu. Ten cudowny autoportret Chrystusa został umieszczony na bramie Edessy, przez co stała się ona niezdobytą twierdzą. Tyle legenda, która zresztą ma kilka wersji, zaś listy Abgara V do Chrystusa i Chrystusa do Abgara można znaleźć u Euzebiusza z Cezarei. Z legendy zostało tyle, że Juda Tadeusz przedstawiany jest zawsze z portretem Chrystusa w ręku.

Ilekroć słyszałem, że mój Patron, bo i ja jestem Tadeusz, potrafi orędować w sprawach beznadziejnych, oburzałem się, chyba podświadomie myśląc o wszechmocy Bożej. U Boga bowiem nie ma spraw beznadziejnych i wszystko jest możliwe. Z czasem zrozumiałem, że tu przecież chodzi o ludzką słabość. Tyle jest problemów, wobec których człowiek staje bezradny, i jeżeli nikt mu nie może pomóc, pozostaje zwrócić się do Boga za pośrednictwem Judy Tadeusza, który jako Apostoł, najbliższy współpracownik Chrystusa, po prostu zna się z Nim dobrze i tak jak każdy porządny Tadeusz zlecanie mu sprawy skutecznie załatwia.
W wielu polskich kościołach św. Tadeusz cieszy się dużym kultem, co zapewne wiąże się z wielością ludzkich spraw beznadziejnych. Z całą pewnością jednak przebija w tym Polaków czeska Praga, gdzie swaty Tadeaszek jest szturmowany przez wierzących i niewierzących, którzy zasypują go prośbami o pomoc spisywanymi na kartkach i wkładanymi w każdą szparę w drzewach w pobliżu kapliczki z jego figurą. Nie wiem, czy z tak obszerną korespondencją sam daje sobie radę, czy może zatrudnia kilkunastu aniołków, ale nic nie zapowiada, by chciał się wycofać z tej trudnej, lecz jakże ludziom potrzebnej posługi.”

13:31, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 października 2009
O beatyfikację kociej mamy!

List do Rzymian 8, 18-25
„Sądzę, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić. Bo stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Stworzenie bowiem zostało poddane marności nie z własnej chęci, ale ze względu na tego, który je poddał, w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. Lecz nie tylko ono, ale i my sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha, i my również całą istotą swoją wzdychamy oczekując przybrania za synów, odkupienia naszego ciała. W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni. Nadzieja zaś, której spełnienie już się ogląda, nie jest nadzieją, bo jak można się jeszcze spodziewać tego, co się już ogląda? Jeżeli jednak, nie oglądając, spodziewamy się czegoś, to z wytrwałością tego oczekujemy"

Fragment Biblii unikalny ze względu na zdanie o „całym stworzeniu". Nigdzie tak wyraźnie (choć bardzo skrótowo i przez to tajemniczo) nie zostało powiedziane w Piśmie Świętym, że nadzieja lepszego losu dotyczy również innych gatunków zwierząt. Tylko zwierząt? Rośliny też żyją i nawet jakoś czują. Na wspominanych w Biblii ”nowej ziemi i nowym niebie” będą jakoś obecne.  

Wrażliwość na cierpienie reszty stworzenia nie jest oczywiście obca poszczególnym duchownym. Podobno pewien polski biskup kochał swoją wilczycę bardziej niż zakonnicę, która go obsługiwała... Niemniej przesłanie zoologiczne" świętego Franciszka z Asyżu wciąż czeka na dowartościowanie w duszpasterstwie katolickim. Benedykt XVI w niedawnym dokumencie otworzył się na ruch ekologiczny idąc śladem patriarchy Konstantynopola Bartłomieja I, ale nie widzę podobnej nowości w Episkopacie Polski. Szczególnie ucieszyłbym się listem pasterskim wzywającym do ewangelicznego współczucia dla tylu gatunków zwierząt katowanych przez „homines sapientes": poczynając od psów i kotów, kończąc na karpiach wigilijnych. Niektórzy franciszkanie przodują w różnych mszach dla zwierząt, nawet i te zakony (a samych męskich jest przecież aż trzy) nie spieszą jednak z jakąś mocną inicjatywą z okazji swojego 800-lecia. Przeszkadza w tym zapewne pobożne przekonanie , że pozakościelny ruch ekologiczny (mający nawet swoją sekciarską gałąź) troszczy się o ziemię z wielkim impetem, ale ignoruje człowieka (aborcja, eutanazja). Otóż można przecież pogodzić te dwie wrażliwości. Tak jak kocha się własne dziecko jeszcze przed urodzeniem, ale własnego psa również, nie dywagując, którego życie jest świętsze. 

A różne kocie i psie mamy niech cieszą się naszym szacunkiem, wręcz kościelnym - a jakże! Między innymi Ariana z podświdnickich Gołoszyc vivat!

17:05, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 26 października 2009
Ojcowanie. Co to jest ciało?

List do Rzymian 8,15

„Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: - Abba, Ojcze"
.
„Encyklopedia biblijna" powiada, że to słowo aramejskie znaczy „ojciec", ale słusznie tłumaczone jest też jako „mój ojciec" lub „nasz ojciec". Jezus zwrócił się tak do swego Ojca w Ewangelii Marka w momencie szczególnym: w ogrodzie Getsemani, gdy prosił: „Ty wszystko możesz, zabierz ode mnie ten kielich. Lecz niech się stanie nie to, co ja chcę, ale to, co Ty". Paweł upoważnia do takiego zwrotu również czytelników Listu do Galatów (4,6), a jest to zwrot - zauważa „Encyklopedia" - sugerujący rodzinną bliskość. Tamże wyczytałem też, że „wielu uczonych znajduje potwierdzenie takiego użycia w judaizmie starożytnym, ale inni dowodzą, że pochodzi ono od Jezusa". Kiedyś gdzieś znalazłem nawet wyjaśnienie, że „Abba" to właściwie „Tatusiu".

Rewolucja religijna. Oddzielanie „grubą kreską" Starego Testamentu od Nowego to już myślowy przeżytek, niemniej obraz Boga w Biblii Hebrajskiej jest niewątpliwie bardziej groźny. Pomijając wszystko inne, nie jest to Bóg, który „Syna swego jednorodzonego dał, aby nikt wierzący w Niego nie zginął, ale miał życie wieczne" (J 3,16). Paradoksalnie jednak groźny bywał również Jego obraz w chrześcijaństwie. Sędziwa już jest myśl, że z owej groźności wynikła mało prawowierna mariologia, zsyntetyzowana w słowach pieśni katolickiej: „A kiedy Ojciec rozgniewany siecze, szczęśliwy, kto się do Matki uciecze". Dziś znaleziono nawet w Biblii hebrajskiej nazwanie Boga Matką, a w każdym razie przestaje On być strasznym Sędzią. Chociaż właśnie powoli. Wizja grożącego każdemu wiecznego potępienia wciąż robi swoje.
Ojcostwo. Być ojcem: temat modny dzisiaj, szkoda, że nie wcześniej. Wstrząsająca ankieta „Gazety Wyborczej", cenna także książeczka ewangelickiego pisarza religijnego Henryka Wiei pt. „Moc błogosławieństwa ojca" (wydawnictwo KOINONIA w Ustroniu). Jestem tu umiarkowanym optymistą. Gdy porównuję siebie i mojego syna, myślę sobie, że dzisiejsi mężczyźni w małżeństwach partnerskich są o wiele lepszymi ojcami niż byli ich płodziciele. Po prostu więcej czasu są z dziećmi, a często też więcej okazują im umysłu i serca.

List do Rzymian 8,12-13
„Jesteście, bracia, dłużnikami, ale nie ciała, byśmy żyć mieli według ciała. Bo jeżeli będziecie żyli według ciała, czeka was śmierć. Jeżeli zaś przy pomocy ducha uśmiercać będziecie popędy ciała, będziecie żyli. Albowiem wszyscy, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi".
Wracam do tekstu listu, bo w warszawskim KIK-u spotkałem kogoś, kto mi ponarzekał na Pawłową „antycielesność". Jest to istotnie problem. Bardzo łatwo o interpretacje sugerujące, że mamy u Apostoła neoplatońską nienawiść do naszej ziemskiej powłoki, które to uczucie owocowało potem przez długie wieki chrześcijaństwa, a nie było bynajmniej zakorzenione w Biblii. W przeciwieństwie do potężnego nurtu filozofii greckiej, myśli Platona i Plotyna, Pismo Święte, czyli antropologia żydowska, pojmuje w ogóle człowieka jako jedność: nie ma tu rozdzielenia go na duszę i ciało. Słowo „dusza" występuje wielokrotnie, ale chodzi o zasadę życia, czynnik ożywiający (Bóg tchnął duszę czy też właśnie życie - jedno słowo - w glinę, by powstał Adam). Tylko w bardzo późnej, wyraźnie grecyzującej Księdze Mądrości dusza jest przeciwstawiona śmiertelnemu ciału, które ją przygniata (3, 1-3, 9,15). Tego dualizmu nie ma też w księgach Nowego Testamentu. 

No właśnie - ale u Pawła? Otóż bibliści upierają się, że u tego myśliciela pogardy dla ciała nie ma. Paweł przeciwstawia ciału nie duszę, ale ducha. Grzechy (tak cielesne, jak i duchowe) są uczynkami ciała, cnoty owocem ducha. Może trochę tak - to już pomysł mój - jak w zawołaniu: „W zdrowym ciele zdrowy duch!". Ciało jest tym elementem, który wymaga duchowego ożywienia, bo samo z siebie ciąży.

Pewien problem jest jednak też z rozumieniem słowa „duch". Czy - na przykład właśnie tutaj - chodzi o ducha z małej litery, naszego własnego, czy wręcz o Ducha Bożego? W cytowanym tu przekładzie Tysiąclatki mamy ducha małego, w naszym, bandy czworga, tłumaczeniu też, ale np. Biblia ekumeniczna 11 Kościołów ma Ducha (Świętego), który zresztą pojawia się bezspornie zaraz dalej.

No i wreszcie w tej samej perykopie jest trzeci rodzaj ducha, wręcz negatywny: ów duch niewoli, przeciwstawiony duchowi usynowienia. Ta niewola to życie duchowe pod Prawem: Paweł jest przeciwnikiem duchowości swej pierwotnej religii zaprawdę niezmordowanym.

15:28, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
środa, 21 października 2009
Grzech nie śmiech

List do Rzymian 6,12

„Niech grzech nie króluje w waszym śmiertelnym ciele, poddając was swoim pożądliwościom.”

Z kontekstu wynika, że nie chodzi tu tylko o grzechy „cielesne”, o głównie szóste przykazanie katechizmowe. Chodzi w ogóle o uchybienia moralne, nazywane w języku religijnym grzechami. Niezależnie od języka są one faktem. Można by rzec, że grzech nie śmiech. Ale może zarazem śmiech? Czy w swoim zapatrzeniu we własny pępek nie jestem po prostu komiczny?

Tyle refleksji dzisiejszej, którą wróciłem do „pisankowania”, tylko jednak dzisiaj: grypa twarda jak kamień.

17:51, jan.turnau
Link Komentarze (119) »
poniedziałek, 19 października 2009
Mamona, ekonomia, etyka. Zięba przeciw BXVI

Ewangelia Łukasza 12,13-21

„Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: - Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem”. Lecz On mu odpowiedział: „Człowieku, któż mnie ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami?. Powiedział też do nich: - Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia. I opowiedział im przypowieść: - Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: - Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: - Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: masz wielkie zasoby dóbr na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj. Lecz Bóg rzekł do niego: - Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie, komu więc przypadnie to, coś przygotował? Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem”.

Nieśmiertelny problem bogactwa nieduchowego. Nie mamy tym razem metafory ucha igielnego, jest natomiast obrazek olbrzymich spichlerzy. Mam w oczach wspomnieniowych podwórze we Wlonicach, majątku moich rodziców, a w jego (podwórza) rogu spichlerz średniej wielkości. Nawet wspomnienie trochę pasuje do dzisiejszej perykopy, bo w roku Pańskim 1945 wlonickie zbiory zbożowe zmieniły właściciela: nadeszła powojenna reforma rolna, eksmisja „obszarników”. Pasuje tylko trochę: nie jestem wobec tamtej klasy społecznej bezkrytyczny, ale muszę przyznać, że wielu „ziemian” gromadziło skarby nie tylko materialne. W nowej, wrogiej im rzeczywistości radzili sobie bardzo dobrze, okazało się, że byli dobrze przygotowani do pracy na nieswoim: intelektualnie i duchowo. By mieć ważniejsze stanowiska, musieliby mieć lepszą przeszłość albo zmazującą ją czerwoną legitymację (mój ojciec odmówił), ale na niższych pracowali często naprawdę dzielnie. Zresztą na przykład moi rodzice nie rozpaczali po wyrzuceniu na bruk także dlatego, że przedwojenny ustrój wsi polskiej, na poły feudalny, wydawał im się nie bardzo etyczny. Na mojej matce ogromne wrażenie wywarły rekolekcje księdza Ziei, proroka naprawdę chrześcijańskiej etyki społecznej.

I tak doszedłem do weekendowej lektury tekstu bardzo ciekawego. W październikowym numerze dominikańskiego miesięcznika „W drodze” były prowincjał tego zakonu, obecnie dyrektor Europejskiego Centrum „Solidarności” w Gdańsku Maciej Zięba, powiedział swemu konfratrowi Romanowi Bieleckiemu o encyklice „Caritas in weritate” bardzo śmiało. Krytycznie. Cytuję:

„...encykliki społeczne podzieliłbym na realistyczne oraz postulatywne, niekiedy wręcz życzeniowe. Realistyczne mówią o tym, jak powinno być, i ukazują kierunki osiągania zamierzonych celów. I jest to nurt, który uznałbym za istotniejszy i bardziej potrzebny.

Encykliki postulatywne i życzeniowe również mówią o tym, jak być powinno, ale nie ma w nich wskazań, w jaki sposób ten stan można osiągnąć. I choć jest to myślenie jak najbardziej pozytywne - porusza je pragnienie, żeby było dobrze, żeby było lepiej, to jeżeli nie ma w nich tego momentu, „jak”, wówczas przekaz staje się jedynie krytyczny wobec realnego świata. Nolens volens staje się kontestacją, która nie przedstawia konkretnych rozwiązań pozytywnych.

Obecną encyklikę zaliczyłbym do tego drugiego nurtu encyklik społecznych. Dużo jest w tym tekście haseł słusznych, ale opatrzonych słowami takimi jak: „powinno być”, „należy”, „dobrze by było”. W 18 lat po realistycznej Centesimus annus oczekiwałbym jednak czegoś więcej. Wszyscy wiemy, że świat powinien być lepszy, sprawiedliwszy, powinno w nim być więcej solidarności, więcej dobra wspólnego i troski o to dobro, a mniej ludzi pokrzywdzonych i żyjących w trudnych warunkach. Z tym się zgadzamy wszyscy, każdy uczciwie myślący człowiek. Pytanie zasadnicze brzmi: jakie są postawy i środki, dzięki którym można te cele osiągnąć, co robić, by zbliżyć się do celu? W tej encyklice odpowiedzi na nie jest, niestety, za mało. Ona ma swoją istotną wartość, np. gdy mówi o ochronie życia i godności ludzkiej czy też o znaczeniu społeczeństwa obywatelskiego, ale jak powinno być” przeważa nad „jak to osiągnąć”.

To druga encyklika Benedykta XVI, która w tytule ma słowo „miłość ”. Papież daje do zrozumienia, że uratuje nas miłość.

Tak. I jestem głęboko przekonany do tej tezy. Tylko trzeba pokazać, jak w perspektywie miłości ma racjonalnie działać społeczeństwo polityczne i społeczeństwo ekonomiczne. Trzeba w sensowny sposób wskazać, jak życie społeczne powinno być przeniknięte miłością. Nie można tego pozostawiać tylko w sferze apeli. One są mniej skuteczne, choć, oczywiście, apelowanie też ma znaczenie. Żałuję jednak, że encyklika jest raczej zbiorem apeli niż rozwiązań, które należy kreować, które nas przybliżają do celu, czyli do tego, co należy robić, by na świecie było więcej miłości, by było więcej społeczeństwa obywatelskiego i lepsza ekologia ludzka.

Papież wyraźnie odnosi swoje rozważania do encykliki „Populorum progressio” Pawła VI. Wskazuje, że to właśnie treści zawarte w tekście z 1967 roku są odpowiedzią na problemy czasów współczesnych.

Populorum progressio jest tekstem, w którym prócz wielu zalet, przeważało - z punktu widzenia gospodarki - niezrozumienie współczesnych stosunków ekonomicznych. Wzmianki na temat ustroju społeczno-gospodarczego mają w niej niejednokrotnie abstrakcyjny i jednostronny charakter. Weźmy na przykład własność prywatną, o której mówią tylko dwa paragrafy i oba odnoszą się do niej negatywnie. Krytyka systemu ekonomicznego jest prowadzona przez Pawła VI en bloc i nie ma zakreślonych wyraźnie granic. W pewnych kwestiach encyklice wyraźnie brakuje realizmu, np. jeśli chodzi o postulat podniesienia podatków w krajach bogatszych i przekazywania nadwyżek krajom uboższym. Po pierwsze, podwyżka podatków jest niezmiernie kosztowną formą zwiększania dochodów. Po drugie, kto miałby dzielić kraje na te dwie kategorie? Polska, Bułgaria czy Rumunia miałyby już płacić innym, czy jeszcze otrzymywać od bogatszych? Po trzecie, komu i ile by przekazywano? Jeżeli rządom, to kraje najuboższe z zasady nie mają porządnej demokracji, więc wspierałoby się głównie satrapów. Po czwarte, oznaczałoby to transfer za granicę krajowych środków, a więc zmniejszanie budżetów państw, czyli niższe emerytury i słabszą opiekę zdrowotną, co uderzyłoby głównie w najuboższych ludzi żyjących w tych państwach. Czy uzyskałoby się od tej grupy akceptację na realizację takiego pomysłu?

Przy każdym z takich najszlachetniejszych nawet postulatów pojawiają się bardzo konkretne pytania. Takich przykładów w Populorum progressio jest więcej, co tylko pokazuje niespójność wizji i postulatów ekonomicznych.

W Caritas in veritate jest dosyć podobnie. Niestety, w realnym życiu musimy się zgodzić, że elementarną zasadą ekonomiczną jest: nie ma obiadu za darmo, zawsze jest jakieś coś za coś, albo transferujemy fundusze w tę konkretną stronę i w takie środki działania, albo w inną i w inne środki działania. Mniej państwa albo więcej państwa, większe dopłaty do produkcji rolnej albo też mniejsze dopłaty. Konkretne posunięcia ekonomiczne wywołują konkretne skutki i nie można żądać dwóch sprzecznych rzeczy naraz.

W Populorum progressio takie myślenie było obecne, w nieco słabszej formie jest też obecne w Caritas in veritate. Choćby wtedy, kiedy Papież krytykuje przenoszenie produkcji do krajów o niższych jej kosztach, bo niszczy to bezpieczeństwo socjalne i prawa pracowników w krajach bogatszych. W znacznej mierze jest to prawda, ale - przykładowo - dzięki temu takie biedniejsze kraje jak Polska, Czechy czy Słowacja, w których powstały wielkie zakłady samochodowe, zmniejszyły występujące w nich w bardziej dramatycznym stopniu bezrobocie, dostały zastrzyk nowych technologii i produkują takie same samochody za niższą cenę, a więc dostępne dla biedniejszych. Chwilę później Papież krytykuje bariery celne ustanawiane w krajach bogatszych, które utrudniają dostęp na rynek towarów z krajów uboższych. Tyle tylko, że właśnie te bariery zwiększają bezpieczeństwo socjalne w krajach bogatszych”.

Dalej sporo podobnie krytycznych myśli, aż taki akapit:

„Brakuje mi też tego, co było obecne w nauczaniu Jana Pawła II, czyli definiowania pojęć. Jeżeli encyklika chce dyskutować z nurtami współczesnej filozofii, ekonomii i politologii, to brak mi ich jasnego zdefiniowania. Brak mi też precyzyjnej definicji nauki społecznej Kościoła. Jan Paweł II definiował ją jako przygotowanie przesłanek do podjęcia konkretnych działań w społeczeństwie, na podstawie ustaleń nauk szczegółowych i w świetle pryncypiów Ewangelii. Dlatego uznał ją za część teologii moralnej. Natomiast w Caritas in veritate Benedykt XVI definiuje naukę społeczną Kościoła jako głoszenie prawdy miłości Chrystusa w społeczeństwie. Takiej frazy z radością użyłbym podczas homilii, ale na uczelnię poszedłbym jednak z definicją Jana Pawła II.

Dlatego sądzę, że Caritas in veritate to mądra i ciekawa encyklika, ale o charakterze bardziej duszpasterskim niż ściśle społecznym. Minęło dwadzieścia lat od ukazania się encykliki Centesimus annus i warto było zrobić kolejny krok do przodu. Wydaje mi się jednak, że Benedykt XVI tego kroku nie uczynił”.

Powiedziane, jak na księdza wcale nie krytycznego dotąd wobec Magisterium, bardzo odważnie. Sedno sprawy natomiast jest takie, że Zięba - co zresztą też tutaj pisze - lewicy nie cierpi, a Benedykt XVI okazał się jej bliski. Nie chodzi więc chyba właściwie o krok do przodu, ale w stronę społeczno-politycznej prawicy, neokonserwatyzmu kwitnącego w USA.

W tamten straszny czwartek tak zmarzłem i zmokłem, że nie mogę wyjść z grypy, robię sobie na trochę urlop zdrowotny.

18:27, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
niedziela, 18 października 2009
Jezus był naprawdę człowiekiem

List do Hebrajczyków 4,15

„Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu"
.

Chyba najmocniejsze w Biblii stwierdzenie, że Jezus był w pełni człowiekiem. Niby to wiadomo, niby to oczywiste, naprawdę jednak okropnie dużo w nas starożytnej herezji monofizytyzmu, która zaprzeczała  człowieczeństwu Chrystusa. Co prawda, okazało się po 15 wiekach, że wcale nie zaprzeczała, że Ormianie, Koptowie, Jakobici wcale nie byli monofizytami, że zaszło nieporozumienie językowe, ale to inna sprawa (swoją drogą: po co jedliśmy tę żabę?...). A współczesna teologia także katolicka wyciąga z „polifizytyzmu" daleko idące wnioski. W wersji ortodoksyjnej (co nie znaczy wcale: ciasnej, betonowej, tylko po prostu prawowiernej) mówi się, że Jezus nabierał świadomości swego mesjaństwa, wręcz Synostwa Bożego stopniowo, nie miał jej już dzieckiem w kolebce. W wersji heterodoksyjnej to coś na kształt arianizmu: Jezus w ogóle nie miał takiej świadomości, to pomysł dopiero Jego uczniów, to oni Go ubóstwili.

Niezależnie jednak od  tego zasadniczego problemu przyjmijmy całkiem do wiadomości, że Jezus z Nazaretu cierpiał wszystkie ograniczenia ludzkiej (nie)doli: nie chodzi tylko o finał na krzyżu, w ogóle nie tylko o cierpienia w potocznym sensie tego słowa, fizyczne i psychiczne (depresje, czemu nie). Przecież zapewne cierpiał też naszą człowieczą niewiedzę. Sporo jest takich „logiów" w ewangeliach, Jego oświadczeń, że to wie tylko Bóg: świadkowie Jehowy budują na tym swoją arianistyczną doktrynę, ortodoksja chrześcijańska widzi tu tylko właśnie „polifizytyzm". Jak w jednej osobie mogła istnieć ludzka niewiedza i boska wiedza? Pytanie przekraczające nasze pojmowanie.

12:49, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
sobota, 17 października 2009
Izraelu, Izraelu...

Psalm 105, 8-9

„Na wieki On pamięta o swoim przymierzu

obietnicy danej tysiącu pokoleń,

o przymierzu, które zawarł z Abrahamem,

przysiędze danej Izaakowi."


Bóg pamięta? Nie cofnął swego wybrania? A Szoah? Jest przecież taki szmonces, że Icek mówi Bogu: - Panie Boże, ja za takie Twoje wybranie mnie dziękuję. Nowe państwo Izrael? Nie wszyscy współcześni Żydzi są syjonistami, nie wszyscy widzą w państwie Izrael spełnienie mesjańskiej obietnicy. Marek Edelman miał wobec tej politycznej rzeczywistości spory dystans.

A przecież tamto państwo to coś niezwykłego: trudno mi tego nie kojarzyć z tamtą świetnością, upadkiem i nadzieją na odnowę.

13:00, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
Skrupulaci oraz święci. Święto nasze narodowe

16 października 2009

Psalm 32,1

„Szczęśliwy człowiek,

któremu odpuszczona została nieprawość,

a jego grzech zapomniany."


Oczywiście to szczęście, ale nie wszystkim dane. Znam człowieka, którego wciąż męczą potworne skrupuły, wpędzają go w ciężkie depresje, i to w sprawach, w których na ogół mamy skrupułów minimum, mianowicie podatkowych. Takim skrupulatem jest też inny mój brat cioteczny Jerzyk Marszałkowicz, duchowny olbrzym, bo inicjator polskiego ruchu opieki nad bezdomnymi. Nie przyjął święceń kapłańskich (ściślej: prezbiteratu), bo uważał, że nie jest godzien. Powinien przyjąć święcenia stałego diakonatu - bo jest już takim sługą - gdy będą takowe dawane w jego diecezji.

Czy święci byli, są skrupulatami? Na pewno mają sumienia superwrażliwe, ale przecież nie wszyscy nadwrażliwe patologicznie. Myślę sobie o dwóch naszych kandydatach na ołtarze: Jerzym i Janie Pawle II. Żaden z nich nie był typem skrajnego „depresjonisty". Pierwszego rocznica śmierci już niedługo, drugiego dzień szczególny już dzisiaj.

Rocznica, już trzydziesta pierwsza: w roku 1978 o godz. 17-ej z minutami kolegium kardynalskie Kościoła rzymskokatolickiego wybrało na papieża arcybiskupa metropolitę krakowskiego, kardynała Karola Wojtyłę. Pierwszego nie-Włocha od prawie pięciu wieków, pierwszego Polaka w naszych dziejach, człowieka ze świata opanowanego przez komunizm. Zaskoczenie było powszechne, mimo że kardynał Wojtyła był już postacią znaną w całym Kościele katolickim. Był bliski poglądami papieżowi Pawłowi VI jako zwolennik  odnowy Kościoła, ale umiarkowanej: podobnie jak tamten zmarły dwa miesiące wcześniej papież był za utrzymaniem zakazu antykoncepcji. Paweł VI lansował przyszłego Jana Pawła II powierzając mu na przykład prowadzenie rekolekcji dla Kurii Rzymskiej. Kardynał z Polski miał jednak także dobrą opinię w radykalniej reformatorskich kręgach kościelnych, np. u kardynała wiedeńskiego Franza Koeniga, a nawet u ostrego krytyka struktur kościelnych, wybitnego teologa, dominikanina ojca Chenu. Zaskoczenie było wielkie, mimo że czuć było w powietrzu już jakąś zmianę: ówczesny redaktor naczelny „Więzi" Tadeusz Mazowiecki powiedział w południe swoim kolegom, że chyba zostanie wybrany Murzyn albo Polak. Choć gdy mu zwiastowałem tę nowinę usłyszaną wcześniej od kogoś, nie uwierzył... Tłumaczył mi potem, że to dlatego, żem w ogóle przecież kawalarz.  

Władze PRL trafił grom: jak to ogłosić? Przemilczeć  się nie da, trzeba jednak podać jako informację średnio ważną. Media wykonały rozkaz w sposób dziś przezabawny.

Ale naród miał także inne źródła informacji, przede wszystkim Radio Wolna Europa, którego komunikat przekazywaliśmy sobie tak gwałtownie, że padała sieć telefoniczna, a ja walczyłem z moją córką o dostęp do aparatu (telefonicznego, nie partyjnego!). Radowaliśmy się jak prawie nigdy w swej historii, choć mało kto przewidział, że był to początek końca komunizmu.

12:59, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 października 2009
”Grzech” brzmi niedzisiejszo

Psalm 130, 1-6

”Z głębokości wołam do Ciebie, Panie, 
Panie, wysłuchaj głosu mego.
Nachyl Twe ucho 
na głos mojego błagania.
Jeśli zachowasz pamięć o grzechach, Panie, 
Panie, któż się ostoi? 
Ale Ty udzielasz przebaczenia, 
aby ze czcią Ci służono.
Pokładam nadzieję w Panu, 
dusza moja pokłada nadzieję w Jego słowie.
Dusza moja oczekuje Pana 
bardziej niż strażnicy poranka.”


Czytając takie teksty człowiek współczesny skrzywi się trochę. Bośmy współcześni, nie mówimy tyle o naszych grzechach. Co nie znaczy, że grzeszymy ciężej: owszem, była Zagłada i Kołyma, są miliony aborcji i potwór terroryzmu, niemniej tamte czasy były nieporównanie bardziej brutalne, nie przesadzajmy. Cywilizacja śmierci? A ta dawna była cywilizacją życia, choćby z tyloma wojnami, które toczyły narody pod hasłami chrześcijańskimi także między sobą. Kara śmierci była codziennością, stosy naprawdę płonęły, choć Galileusz się wywinął.
A przecież ten psalm jest dla nas, a jakże. Bośmy grzeszni. Czy zatraciliśmy pojęcie grzechu, jak mówią wybitni nasi myśliciele? Pewnie tak, nie lubimy tego słowa, bo brzmi niedzisiejszo, nie spowiadamy się religijnie - ale sumienia nam nie wyschły. Wiemy, co to znaczy zrobić komuś świństwo. Psychoterapeuta nam tego nie powie, to nie jego powołanie, ale gdy sami popatrzymy sobie głęboko w oczy, widzimy, ile w nas dyktatury własnego JA.

15:16, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
środa, 14 października 2009
Nie jesteśmy lepsi

List do Rzymian 2,1-11

”Nie możesz wymówić się od winy, człowiecze, kimkolwiek jesteś, gdy zabierasz się do sądzenia. W jakiej bowiem sprawie sądzisz drugiego, w tej sam na siebie wydajesz wyrok, bo ty czynisz to samo, co osądzasz. Wiemy zaś, że sąd Boży według prawdy dosięga tych, którzy się dopuszczają takich czynów. Czy myślisz, człowiecze, co osądzasz tych, którzy się dopuszczają takich czynów, a sam czynisz to samo, że ty unikniesz potępienia Bożego? A może gardzisz bogactwem dobroci, cierpliwości i wielkoduszności Boga, nie chcąc wiedzieć, że dobroć Jego chce cię przywieść do nawrócenia? Oto przez swoją zatwardziałość i serce nieskłonne do nawrócenia skarbisz sobie gniew na dzień gniewu i objawienia się sprawiedliwego sądu Boga, który odda każdemu według uczynków jego: tym, którzy przez wytrwałość w dobrych uczynkach szukają chwały, czci i nieśmiertelności - życie wieczne; tym zaś, którzy są przekorni, za prawdą pójść nie chcą, a oddają się nieprawości - gniew i oburzenie. Ucisk i utrapienie spadnie na każdego człowieka, który dopuszcza się zła, najpierw na Żyda, a potem na Greka. Chwała zaś, cześć i pokój spotka każdego, kto czyni dobrze, najpierw Żyda, a potem Greka. Albowiem u Boga nie ma względu na osobę.”

Uczeni bibliści powiadają, że to mowa do Żydów i nie ma powodu, by im nie wierzyć. Trzeba tylko wyjaśnić, że „takie czyny” to nie tyle stosunki homoseksualne, o których mowa w wersetach 1,26-28, ile w ogóle „niesprawiedliwość, przewrotność, chciwość, podłość, zawiść, zbrodniczość, kłótliwość, podstępność, obmowa, oszczerstwa, nienawiść do Boga, pycha, wyniosłość, szukanie zła, nieposłuszeństwo wobec rodziców, nierozumność, zdradliwość, nieczułość, niemiłosierność”. Taką litanię grzechów (w formie przymiotnikowej, ja zmieniłem na rzeczownikową) wyrzuca z siebie apostoł gwałtownik pod adresem także swoich współplemieńców. Bo oni nielepsi, niesłusznie zadzierają nosa osądzając innych.

Komentarz: skojarzyło to mi się z krakowskim marszem ateistów i agnostyków, którzy głoszą, że obywają się bez pojęcia Boga, ale i bez grzechu. Bardzo możliwe, czemu nie? A jeśli grzeszą, to w naszym dobrym towarzystwie.

18:05, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
wtorek, 13 października 2009
Paweł pogromca pogan

 

List do Rzymian 1,16-25

”Bracia: ja nie wstydzę się Ewangelii, jest bowiem ona mocą Bożą ku zbawieniu dla każdego wierzącego, najpierw dla Żyda, potem dla Greka. W niej bowiem objawia się sprawiedliwość Boża, która od wiary wychodzi i ku wierze prowadzi, jak jest napisane: «Sprawiedliwy zaś z wiary żyć będzie». Albowiem  gniew Boży ujawnia się z nieba na wszelką bezbożność i nieprawość tych ludzi, którzy przez nieprawość nakładają prawdzie pęta. To bowiem, co o Bogu można poznać, jawne jest wśród nich, gdyż Bóg im to ujawnił. Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty, wiekuista Jego potęga oraz bóstwo stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić od winy. Ponieważ choć Boga poznali, nie oddali Mu czci jako Bogu ani Mu nie dziękowali, lecz znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce. Podając się za mądrych, stali się głupi. I zamienili chwałę niezniszczalnego Boga na podobizny i obrazy śmiertelnego człowieka, ptaków, czworonożnych zwierząt i płazów. Dlatego wydał ich Bóg poprzez pożądania ich serc na łup nieczystości, tak iż dopuszczali się bezczeszczenia własnych ciał. Prawdę Bożą przemienili oni w kłamstwo i stworzeniu oddawali cześć i służyli jemu zamiast służyć Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki. Amen.”

I oto mamy nowe oblicze apostoła narodów. Może za bardzo sądzę według siebie, ale wydaje mi się, że Paweł kojarzy się na ogół z rewolucyjnym otwarciem na pogan, a nie z ich tak ostrą krytyką. Przecież wojował z Żydami, co nie chcieli otworzyć się na pogan, a nie z tymi nowymi obywatelami prawdziwej wiary. Otóż i tu wojuje zaraz dalej, ale najpierw gromi bałwochwalców.

Czy nie za mocno, nielitościwie? Dziś nie pisze się tak - również w dokumentach Magisterium - o wyznawcach innych religii. Dokonuje się subtelniejszych analiz ich wierzeń, tłumacząc na przykład, że nie ubóstwiają oni po prostu różnych „bałwanów", nie są one same bogami, tylko ich wizerunkami. Bibliści (niektórzy) dziś powiadają, że „złoty cielec", którego Aaron ulepił Żydom na pustyni, bo konieczna im była taka - za przeproszeniem - ikona, był swoistą ikoną właśnie a nie odpowiednikiem niewidzialnego Jahwe. Do takich poglądów trzeba było jednak dochodzić długie wieki: Paweł, choć przecież ogromnie otwarty, żył na początku owej myślowej drogi. Nie każdy jego pogląd jest nieomylny, tak jak to jest w ogóle z nieomylnością Pisma.

Bóg Tomasza z Akwinu, Byt Konieczny, istniejący w ogóle inaczej niż byty przygodne, jest - owszem - poznawalny, ale zarazem całkiem przecież ortodoksyjna „teologia negatywna" zaznacza, że o Bogu nieporównanie więcej nie wiemy, niż wiemy. Nawet my, cóż dopiero ludzie sprzed tylu stuleci.

U Pawła mamy tu dalej wyraźne powiedzenie, o jakie „bezczeszczenie własnych ciał" tu chodzi: o homoseskualizm. Czy i w tej sprawie Paweł nie upraszcza? Temat osobny.

19:57, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 października 2009
Mój znak Jonasza, moi niniwici. Polacy nie gęsi...

Ewangelia Łukasza 11,29-32

”Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić: - To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia. Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz”.

Te słowa Jezusa na temat dziwnego żeglarza są i u Mateusza, ale tam mamy odniesienie do epizodu „wielorybnego”: „Jak bowiem Jonasz był trzy dni i trzy noce we wnętrzu ogromnej ryby, tak Syn Człowieczy będzie trzy dni i trzy noce w głębi ziemi”. Łukasz, który pisał dla Hellenów, nie dla Żydów, opuścił to porównanie niewiele mówiące ludziom nieznającym Biblii. Nie mamy w tej ewangelii przepowiedni Zmartwychwstania, jest tylko po proroczemu nieuprzejme porównanie żydowskich słuchaczy do przebrzydłych pogan z asyryjskiej Niniwy, co kiedyś napadła królestwo Izraela. Jest główne przesłanie Księgi Jonasza, zadziwiająco „internacjonalistyczne”, mocno zapowiadające Pawłową formułę „nie ma Żyda ani Hellena” (nie Greka, lepsze jest to szersze określenie, zgodne z terminem oryginału).

Znak Jonasza: może właśnie to nie tyle owo zniknięcie w jakiejś głębokości, by potem się cudownie objawić, ile po prostu ukazanie się jakiejś społeczności z Ewangelią. Każdy chrześcijan ma tak znaczyć.

Jak tu już pisałem, Jonasz to mój „pseudopatron”. Podpisywałem tak felieton w „Gościu Niedzielnym” (gdy był inny), teraz w „Gazecie Wyborczej” (w rubryce „Arka Noego” - to też Biblia, też żeglowanie). Czy przypominam apostoła niniwitów? Na pewno nie z powodu mej niechęci do środowiska „Gazety Wyborczej”, bo bynajmniej nie uciekłem przed tą misją, gdy mi redakcja zaproponowała przejście do niej z katolickiej „Więzi”: to było dla mnie jak wyjście z wielkorybiego ukrycia (nakład miesięcznika) na światło wielkiego dziennika. Nie bałem się też liberalizmu światopoglądowego „Wyborczej”. Pewnie dlatego, że nie przewidywałem takiej konfrontacji Kościoła z poglądami „laicy”, jaka była zaraz na początku mojego żeglowania (religia w szkole, aborcja).

Miałem, owszem, trudne chwile, nawet i tygodnie, miesiące, właściwie to miewam je stale, ale w końcu misjonarz nie jest posłany na wygodne posłanie. Nie ma świadczyć leżąc do góry brzuchem, raczej stojąc jak znak dobrze widoczny. Wydawało mi się jednak i wydaje dalej, że nie powinienem wygrażać pięścią: raczej wyciągać rękę do zgody. Nie do zgody na wszystko, co inni piszą, ale do porozumienia w wielu sprawach, w których katolik może myśleć to samo, co liberał, albo prawie to samo.

Przede wszystkim głoszę i usiłuję urzeczywistniać teorię, że jeszcze nikt nikogo nie nawrócił złośliwością. Trzeba myśleć po swojemu, ale nie wymyślać. Zresztą nie jestem w tym środowisku jedynym wierzącym religijnie - choć tylko mnie profesor Bartoszewski nazywa etatowym katolikiem.

Staram się też nie wymyślać w tej mojej osobistej gazetce. Czy mi się to udaje, nie mnie sądzić. „Nemo est iudex in causa sua”, by tak powiedzieć w języku rzymskokatolickim.

Krakowska oficyna Salwator wydała książeczkę z przemówieniami Benedykta XVI w Czechach i komentarzami do nich Marka Zająca, dziennikarza różnych mediów, obecnie telewizyjnej Jedynki. Z przemówienia na spotkaniu ekumenicznym wynotowuję takie powiedzenie papieża: „Termin «zbawienie» obfituje w znaczenia, niemniej wyraża coś fundamentalnego i uniwersalnego, dotyczącego ludzkiej tęsknoty za szczęściem i pełnią. Nawiązuje on do żarliwego pragnienia pojednania i komunii, która spontanicznie wypływa z głębi ludzkiego ducha. Jest to centralna prawda Ewangelii i cel, do którego zmierza wszelki wysiłek ewangelizacji i troski duszpasterskiej”. Jeżeli tak jest, to nie wolno ewangelizować ogłaszając doktrynę nie zważając przy tym na osoby, które mogą być w ten sposób zranione. Ani to chrześcijańskie („czyńcie prawdę w miłości”), ani skuteczne: ogłaszanie wiary nie może być odstraszaniem. Myślę o sprawie Alicji Tysiąc i „Gościu Niedzielnym”, ale i w ogóle o sposobie (anty)ewangelizacji.

Autokomentarz

Mówi się, że Kościół rzymskokatolicki w Polsce konserwatywny jest. Jeśli nawet to prawda, to nie całkiem. Drukujemy dzisiaj w ”Gazecie Wyborczej” Oli Klich i trochę moją rozmowę z wybitnym polskim teologiem, ks. prof. Alfonsem Józefem Skowronkiem, który wypowiada się za kościelnym awansem połowy ludzkości, wręcz za kapłaństwem kobiet. Uzasadnia to stanowiskiem Jezusa, który swoim nauczaniem i zachowaniem przygotował grunt dla takiej rewolucji. Jan Paweł II zrobił sporo dla tej sprawy, ale zatrzymał się w połowie drogi, wręcz zakazał dyskusji na temat kobiecego kapłaństwa. Dla ogółu prawosławnych to też dotąd herezja, ale dla wielu  katolików już nie: dyskusja wśród nich dalej trwa. Polacy też już nie gęsi...        

PS. Robiąc wywiad zapomnieliśmy pochwalić ks. Skowronka za dodatkowy argument za księżmi płci odmiennej, którego użył w ”Tygodniku Powszechnym”: chciała być kapłanką św. Tereska z Lisieux (a niemal też św. Edyta Stein). Święci nie są nieomylni, ale..

 

19:27, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
niedziela, 11 października 2009
Słowo ostre, ukryte

List do Hebrajczyków 4, 12-13

”Żywe jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek.”

Piękny cytat z tej księgi, tajemniczej, bo nie ma żadnej mocnej hipotezy na temat jej autorstwa (nie Paweł, autor listów: ta hipoteza upadła, to traktat teologiczny, nie epistoła). Tajemniczej też, ponieważ - powiedział mi mój przyjaciel pastor Kwiecień - trudnej do przełożenia: greka elegancka, nie koine, ale styl bardzo zawikłany.

Mój komentarz: Bóg widzi wszystko, to należy do Jego istoty, ale czemu się chowa? Czemu Go nie widzimy? Bo inaczej nie mielibyśmy żadnej zasługi uwierzywszy (Pascal)? Dziwny argument.

00:47, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
sobota, 10 października 2009
Czemu ciemność

Psalm 97,1-2

„Pan króluje, wesel się ziemio,

radujcie się, wyspy mnogie!

Obłok i ciemność wokół Niego,

prawo i sprawiedliwość podstawą Jego tronu
.

Czemu akurat wyspy? Izrael narodem wyspiarskim nie był. Cenna Biblia Paulińska wyjaśnia: „Wyspy w języku biblijnym oznaczały najdalsze zakątki świata”. Przemogłem lenistwo i zajrzałem również do Poznanianki: tak jak podejrzewałem, „autor ma niewątpliwie na myśli głównie mnogie wyspy Morza Śródziemnego”. Może to niesprzeczne z tamtym: niektóre były istotnie daleko, a zresztą nawet odległość od Cypru była dla ludu nieżeglarskiego daleka.

„Prawo i sprawiedliwość”... Gdybym był partyjnie złośliwy, napisałbym, że PO stara się tu o nowy przekład. Alem apolityczny, zresztą już raczej platformistyczny, nawet bardzo raczej.

Czemu „obłok i ciemność”? Jahwe objawiał się w Biblii w takich zjawiskach atmosferycznych, ale ja westchnąłem: czemu tyle ciemności w wierze mojej, czemu On nie oświeca nas mocniej?

15:44, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 października 2009
Ciasnota nie cnota

Ewangelia Łukasza 11,23

„Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie, kto nie zbiera ze mną, rozprasza"

Ale jest też w ewangeliach logion: „Kto nie jest przeciwko nam, jest z nami". Wcale nie sprzeczny z tym dzisiejszym, jeśli się nie deifikuje litery Pisma, tylko jej Ducha. Jezus nie był ciasnym ideologiem, nie uważał, że jest z Nim tylko Żyd albo tylko rzymski katolik, nie dzielił ludzi, ale zbierał i łączył. Niestety natomiast ludzie kochają się dzielić, albowiem nie kochają się. Owszem, kochają się, to znaczy siebie: bliźnich niekoniecznie. Grzechu pierworodnego wykorzenić nie sposób.

Niemniej widzę postęp: na imię mu ekumenizm, dialog między religiami, pokój - nie wojenka. Jednak jej mniej. Jonathan Swift, ten od „Podróż Guliwera", wymyślił między innymi taką złotą myśl: „Mamy wszyscy dosyć religii, aby w jej imieniu nienawidzić, ale nie mamy jej dosyć, aby kochać jedni drugich".

Terroryści wciąż szaleją, nie da się ukryć, aborcja, eutanazja, owszem - ale ongiś zabijano się czasem nawet zgodnie z rzekomym prawem i nikt nie wołał, że życie ludzkie święte jest. Zaczynamy rozumieć, że ciasnota nie cnota.

18:32, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 października 2009
Boża niedola. Bandy czworga ewangelie

Ewangelia Łukasza 11,9

„Proście, a będzie wam dane"

Wiekuisty problem skuteczności modlitwy. Odpowiedź może być tylko jedna: Bóg wie lepiej, co nam naprawdę potrzebne, pisze prosto po liniach potwornie krzywych. Żeby jednak w to uwierzyć, trzeba, rzecz jasna, bardzo mocno wierzyć w Jego istnienie, w Jego absolutną dobroć i inteligencję, w Opatrzność. A swoją drogą jak by chciał zaspokajać wszystkie nasze potrzeby, to chyba dostałby schizofrenii. Pamiętam jakąś bajkę o tym, jak z ziemi leciały do Niego prośby jawnie sprzeczne i był w kłopocie. Wciąż tylu ludzi modli się o zwycięstwo w wojnie - po obu stronach frontu. No i był taki dowcip eklezjalny, kiedy to mówiło się, że biskup Stroba awansuje ze Szczecina do Poznania: w Szczecinie modlono się, żeby to się stało, w Poznaniu, żeby tylko nie!
Wydarzenia.

3 bm. dwóch członków naszej Bandy Czworga, naszego zespołu ekumeniczno-translatorskiego miało urodziny. Przyszli na świat tego samego dnia, tylko nie w jednym roku: ks. Michał Czajkowski przed 75 laty, arcybiskup Jeremiasz - przed 66. Świętowaliśmy ten podwójny jubileusz przedwczoraj, podczas kolejnej sesji roboczej: moja żona zrobiła wspaniałą kolację oraz komiks na ich cześć, a ja wygłosiłem poniższy panegiryk:
We dwóch mędrców dzień wspaniały, 
pastor Kwiecień i Turnauy 
wytrzeszczają swoje gały.
Inne miny nie przystoją, 
gdy uczeni wiedzą swoją 
Biblię na kawałki kroją.
I zgadują, co w niej siedzi, 
każdy się nad greką biedzi: 
to nie sprawy dla gawiedzi!
Niech ich Pan Bóg święcie wspiera, 
niech skleroza nie doskwiera, 
Świńska grypa ni cholera.
Niech tłumaczą i tłumaczą, 
czasem trochę przeinaczą: 
swym konceptem nas uraczą!
Lekka dola profesora: 
żony nie ma, więc nie chora, 
nie przeszkadza płacz bachora, 
można spłodzić znów doktora!
Jeremiasza i Michała 
niechaj świeci zawsze chwała: 
biblistyka ich wspaniała!
Niech ich wielbi Polska cała, 
denn zwei unser professoren 
unser Heimat nicht verloren!

Ostatnim punktem programu było podziękowanie dr. Ryszardowi Tomaszewskiemu, naszemu wydawcy miłościwemu. Przyniósł egzemplarze autorskie „Czterech ewangelii", pięknie wydanej książki, którą rozdajemy potrzebującym.
PS. A wczorajsze wypowiedzi o odmładzaniu „Ojcze nasz" pochodziły wyłącznie od młodzieży, co - o starcza sklerozo! - napisać zapomniałem.

17:11, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
środa, 07 października 2009
Cześć, Ojcze z Nieba!

Ewangelia Łukasza 11,1-4

„Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: - Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów. A On rzekł do nich: - Kiedy się modlicie, mówcie: - Ojcze, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie".

Podstawowej modlitwy chrześcijan wersja biblijna krótsza: korzystamy z dłuższej, która jest u Mateusza.

Napisałem tu kiedyś o młodzieżowym tłumaczeniu tej modlitwy, które znalazłem w miesięczniku „W drodze", a które brzmi tak: „Nasz Tato, co jesteś tam w niebie, niech Twoje imię będzie na maksa uwielbione, niech Twoje Królestwo tu przyjdzie. A na ziemi niech będzie to samo, co zaplanowałeś w Niebie. Odpal nam to, czego dziś potrzebujemy. I daruj nam nasze grzechy, bo my darujemy tym, co nas zranili. Nie daj nam przestać Ci wierzyć i chroń nas od niekorzystnych rzeczy". Potem też napisałem o tym pomyśle w moim piątkowym felietonie w „Metrze". Po tej drugiej publikacji otrzymałem kilka mądrych listów, między innymi taki oto. 

Marek z Będzina proponuje własną wersję: „Cześć, Ojcze z Nieba. Wiedz, że chcę być blisko Ciebie. Ufam w Twoje pomysły co do mnie. Proszę: daj mi to, czego potrzebuję. Nie gniewaj się na moje słabości i pomóż wybaczyć je innym. Nie testuj mojej wiary ponad moje siły i chroń mnie od problemów". Bardzo ładnie, dużo lepiej, niż to z ”maksem”, ale „Cześć, Ojcze z Nieba" to jednak też chyba styl supermłodzieżowy: nawet do papieża nie mówimy „cześć". 

W innych listach brak pomysłów translatorskich, są jednak ciekawe opinie. 
„Gdy już odmówimy tradycyjną formułę, możemy zwrócić się do Stwórcy własnymi słowami, więc zmienianie tekstu jest zupełnie niepotrzebne". 
„Gdy przeczytałam modlitwę przełożoną na młodzieżowy żargon, pomyślałam, że komuś się totalnie pomyliło. Osoba, do której się zwracamy, wymaga zachowania pewnej formy wyrażającej szacunek. Moje pierwotne oburzenie zmalało jednak, gdy doszło do mnie, że wychowankowie świetlicy przetłumaczyli całą Ewangelię św. Jana. Czy ja przeczytałam od deski do deski jakąś ewangelię? Jeśli więc w ten sposób młodzi ludzie biorą do ręki Biblię i rozumieją jej przesłanie (wbrew pozorom jest to sztuka), to może nie jest to takie złe rozwiązanie?"
„Tradycyjne tłumaczenia tekstów religijnych nie do końca odzwierciedlają przekaz, jaki miały w czasach, w których były tworzone. I przekładanie ich na gwarę w oparciu o młodzieżowe synonimy może te «wypaczenia» jeszcze pogłębić. Może pozostawić tekst w przekładzie tradycyjnym, ale wyjaśniać językiem nowoczesnym?"
„Gdy czytam to tłumaczenie, wyobraźnia podsuwa mi wizję Jezusa, który naciąga kaptur swojej bluzy i wypala z apostołami skręta. To już nie jest Biblia, to parodia. Może jednak po taką ewangelię sięgnie ktoś z czystej ciekawości, dla zgrywy, a jednak mu w głowie i w sercu coś zostanie. Ale nie wydaje mi się, by takich czytelników było bardzo dużo".
„Uważam, że tłumaczenie zabytków kultury w ten sposób jest niedopuszczalne. To przypomina raczej farsę niż modlitwę. Dodam, że nie jestem osobą wierzącą".
„Rozumiem, że dorośli chcą z naleźć jakąś ciekawą formę dotarcia do nas młodych, ale my nie jesteśmy tępi. Mamy przecież swój rozum i potrafimy pojąć znaczenie tak ważnych słów". Tyle że młody młodemu nie równy...

14:53, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
wtorek, 06 października 2009
Być tamtą Marią

Ewangelia Łukasza 10,38-42

„Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta imieniem Marta przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: -Panie, czy ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła. A Pan jej odpowiedział: - Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona".

Sławna scena ewangelijna, prowokująca nadinterpretacje. Łatwo rozumieć słowa Jezusa w sposób uproszczony: postponujący „uwijanie się" wokół spraw „przyziemnych", wywyższający bardzo kontemplację nad aktywność. Wiąże się z tym „contemptus mundi", pogarda świata, tak ostra w średniowieczu, wiąże się wywyższanie celibatu nad małżeństwo. Dziś to już w chrześcijaństwie raczej historia. ”Rzeczywistości ziemskie” zostały przez Kościoły radykalnie dowartościowane, a w samym świecie to oddalanie się od świata to zupełny „obciach". Spotkać można nawet przekonanie, że klasztory kontemplacyjne gromadzą osoby po prostu leniwe. Na szczęście działa moda na buddyzm z jego uwielbieniem medytacji.

Wśród moich znajomych jest kontemplatyk i mistyk niezwykły, ikonopis, zresztą rzymskokatolicki, Michał Płoski w Kielcach. Ucieka często od miasta do samotni pod Świętym Krzyżem, by tam medytować z żoną pośród przyrody. Pisze nie tylko pędzlem, także długopisem, także z zapatrzeniem w Niebo. W odpowiedzi na mój felieton w „Metrze" na temat Alicji Tysiąc i „Gościa Niedzielnego" przysłał mi taką śliczną „pisankę". 
”Chrześcijanie powinni być ogniskiem miłości w świecie, ogniskiem, przy którym każdy może się ogrzać lub w jego blasku szukać prawdy. Łatwo napisać - trudniej wykonać. Nierzadko oburzam się i daję temu wyraz zbyt pospiesznie, w emocjach, niewłaściwie. Wiele takich grzechów mam na sumieniu w ciągu mojego życia. 
Gdy mi ciężko na duszy, jadę do Karmelu na mszę świętą. Wtedy zasłony są odsunięte i po drugiej stronie krat wstają do modlitwy siostry. Czasem spotykam się z nimi. Te krótkie rozmowy są bardzo zwyczajne, proste, przetykane żartami. Nie przypominam sobie ani jednego złego słowa, osądu nad kimś czy moralizowania. Niedawno byłem na pogrzebie jednej z nich. Czterdzieści parę lat życia zakonnego. W ostatnim okresie ciężko chorowała. Swoją sytuację przyjmowała w pokoju. Gdy sypano łopatami piach na jej trumnę, patrzyłem na skromne groby kilku sióstr, które odeszły przed nią. 
Pamiętam ich jasne twarze i krótkie spotkania przy kracie rozmównicy. Notuję jedno z nich. Siostra pyta, co u mnie słychać. - Wciąż te same grzechy - odpowiadam. - Grzechy, grzechy! - macha rękoma, jakby odganiała muchę. Patrzymy na siebie i zdaje mi się, że ta stara matka zna nie tylko moje grzechy ale także grzechy całego świata. Po chwili mówi: - Garstka piasku w oceanie miłosierdzia.”

15:13, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 05 października 2009
Miłuj bliźniego swego, każdego

Księga Jonasza 1,1-2,1.11
Ewangelia Łukasza 10,25-37

W Księdze Jonasza czytamy o czymś niemal przysłowiowym, bardzo znanym, choć może głównie starszym pokoleniom: jak to syn Amittaja nie usłuchał Boga, który mu kazał pójść do wielkiego miasta Niniwy i upomnieć ją, bo nieprawość jej wielka jest. Wydało mu się, że gdy popłynie statkiem do Tarszisz, to ucieknie przed bożym zadaniem, albowiem było to miasto niezwykle odległe, dla Żydów jakby poza zasięgiem Boga (Księga Izajasza 66,19), może gdzieś w południowo-zachodniej Hiszpanii. Ale Bóg nie popuścił i zesłał burzę morską. Żeglarze statkowi znali się także na teologii i losowaniem ustalili, że to Jonasz jest religijną przyczyną nieszczęścia, bo przyznał się, że ucieka przed swoim Bogiem. Okazał się nie tylko szczery, ale i solidarny, poprosił, ażeby ocalili się, jego usuwając ze statku. Co i zrobili, choć niechętnie, prosząc Jego Boga, by im to wybaczył. A On zesłał wielką rybę, która połknęła proroka.
Tyle Jonaszowej lektury dzisiejszej. Następne części księgi będą do przeczytania jutro i pojutrze. Polecam gorąco lekturę całości dziełka, bo jest ono szczególnego uroku. 

Wyróżnia się w Biblii nie tylko tym, że jako żywo nie jest przesłaniem prorockim Jonaszowego autorstwa: on jest bohaterem, nie autorem. Tak jest przecież i z Księgą Daniela. Nie jest również jedyną opowieścią biblijną, której fabuła ma mało wspólnego z historią. Jak napisałem tu tysiąc razy, w ogóle żadne księgi biblijne nie są historyczne w dzisiejszym sensie, nie są reportażami historycznymi. Co nie znaczy, że fabuła ich jest po prostu zmyślona - ale do nieraz bardzo dokładnej faktografii dodają przesłanie religijne, mieszając oba te materiały. Tak jest na przykład z księgami Samuela, Królewskimi, Kronik, a nawet i ewangeliami oraz Dziejami Apostolskimi. Ale księga Jonasza w żadnym sensie nie jest historyczna, to raczej swoista nowela, tak jak i np. Księga Rut. Od tamtej opowieści różni ją jednak i czyni z niej w Biblii wyjątek - humor. Nieznany autor nie tyle potępia postępowanie bohatera, ile zeń sobie subtelnie dworuje.

Co mianowicie obśmiewa? Ano - używając dzisiejszej terminologii - nacjonalizm. Wszak Jonasz nie chciał udać się do Niniwy, nie dlatego, że bał się, iż go tam nawracającego zakatrupią, jak to się ileś wieków później przydarzyło się świętemu Wojciechowi z rąk pogańskich Prusów. Niniwici byli dlań moralnie obmierzli. Martwi się Jonasz, że Bóg ich w końcu nie skarał, choć przecież nie było powodu, by Go posłuchali. Może i trudno mu się bardzo dziwić: Niniwa była stolicą Asyrii, a to właśnie państwo złupiło doszczętnie północne królestwo żydowskie (Izraela), a jego ludność uprowadziło do niewoli. Sama Niniwa uważana była za miasto grzechu (Izajasz, Jeremiasz, Ozeasz). Niemniej autor naszej dzisiejszej lektury jest w swoim antynacjonalizmie radykalny. Jak zauważył któryś z biblistów, tylko Jonasz jest jego bohaterem negatywnym, pogańscy żeglarze są sympatyczni, niniwici też. 

Ciekawy jest komentarz Biblii Paulińskiej, z której dziś sporo korzystam: „Wydaje się, że księga ta jest głosem w dyskusji, jaka wywiązała się po powrocie Izraelitów z przesiedlenia babilońskiego, gdy podejmowano kolejne reformy, mające na celu oczyszczenie narodu izraelskiego z wszystkiego, co uznano za »obce«. Chodziło m.in. o unieważnienie małżeństw mieszanych czy niedopuszczanie Samarytan do prac przy odbudowie świątyni jerozolimskiej (księgi Ezdrasza i Nehemiasza)". Komentator nie twierdzi przez to, że małżeństwa mieszane nie były niebezpieczne dla żydowskiego monoteizmu ani że ówcześni Samarytanie byli cacy (zapewne chcieli współbudować, by współrządzić). Pewnie jednak już wtedy zaistniał problem ludów ościennych. Oczywiście był dla Żydów zawsze, ale zapewne po niewoli asyryjskiej i babilońskiej stał się bardziej palący, bo mieli już za sobą długi żywot w diasporze, między poganami, nasiąkli ich kulturą.

Inną księgą „internacjonalistyczną" jest wspomniana opowieść o Rut Moabitce, która tak kocha swoją teściową (!), że idzie za nią do jej ojczyzny. A co do Samarytan, mamy w ewangeliach nie tylko dzisiejszą przypowieść o kimś miłosiernym bardziej niż kapłan i lewita: także opowieść o uzdrowieniu dziesięciu trędowatych, z których to podziękował tylko Samarytanin (też Ewangelia Łukasza 17, 11-19). Również Jan jakoś rehabilituje Samarytan opisując rozmowę z tamtejszą kobietą przy studni, a Łukasz opowiada o ich niegościnności, ale i skarceniu przez Jezusa synów Zebedeusza, którzy chcieli ich spalić piorunem. Owszem, Jezus raczej omija Samarię w drodze do Jerozolimy, a nawet (Mateusz 10,5) mówi uczniom, by nie nawracali pogan i Samarytan, ale to przecież nie dziwne. Misja wśród nie-Żydów wymagała rewolucyjnego otwarcia, dokonanego już po Jego śmierci, na które sam nie mógł sobie pozwolić, i tak się dosyć narażał na kompromitację. Dlatego też - otwarty ogromnie na płeć piękną - nie powołał żadnej kobiety do grona Dwunastu (choć Maria z Magdali odgrywała w Jego otoczeniu dużą rolę): przygotował tylko grunt dla późniejszych pomysłów.

Wracając do Jonasza, to mój „pseudo-patron", bo tak podpisuję w „Wyborczej" moje „głośne myślenie". To prawie jak Jan, skrót od hebrajskiej wersji tego imienia (Jaś?). Dobrze byłoby, żeby kojarzył się nie tylko z wielorybem czy innym wielkim zwierzęciem morskim (apologeci biblistyczni wierzą, że bawił w ich brzuchu), raczej z czymś mniej zabawnym, bo owocującym ludobójstwami. Używam tu terminu kontrowersyjnego w Polsce z powodu Katynia, jest tu jednak również problem teologiczny. Czy na miano Holocaustu (czy raczej Szoah) zasługuje nawet wymordowanie przez Turków większości Ormian? Jan Paweł II a za nim ks. Romuald Jakub Waszkinel Weksler uważają, że była to oczywiście potworna zbrodnia, niemniej zagłada Żydów ma swoją specyfikę religijną: to był zamach na lud jedyny, przez Boga wybrany, zatem na Boga samego.

Zmarł Marek Edelman. Miał oryginalne pomysły. Namawiał mnie, ale również Teresę Bogucką, by starać się o beatyfikację jej ojca, artysty i ekumenisty Janusza Boguckiego. Jakby nie wiedział, że to nie takie proste nawet w przypadku ludzi na kościelnych szczytach czy zmarłych w sposób zgoła nie naturalny.

15:01, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
niedziela, 04 października 2009
Bardzo wierni

Ewangelia Marka 10,11-12

„Powiedział im: - Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo”
.

Twarde słowa. Można - i trzeba - je miękczyć w różny sposób.
Biblistycznie: zwracając uwagę najpierw w ogóle na ostry styl Jezusowy, świadomie przesadny (czy naprawdę kazał ucinać sobie rękę, która gorszy?); na analogiczne przykazanie u Mateusza, gdzie mamy jednak nawiasową klauzulę: „z wyjątkiem przypadku nierządu” - interpretowaną przez niektórych, m.in. przez prawosławnych, jako usprawiedliwienie tych, co żenią się powtórnie, bo współmałżonek ich zdradzał (egzegeza obowiązująca w moim Kościele jest inna: że chodzi tu o istniejące wówczas żydowskie związki, które w ogóle nie były legalnym małżeństwem).

Ekumenicznie: zwracając uwagę na inne Kościoły, wszystkie poza katolickim, które dopuszczają powtórne albo i jeszcze dalsze małżeństwa, gdy pierwsze się rozpadną.
Antyjurydycznie: wybrzydzając na rzymskie „paragrafowanie” tej sprawy, na prawnicze stwierdzanie „nieważności”, gdy...
Pastoralnie: zwracając uwagę na katolicką reformę duszpasterską, polegającą na nowym stosunku do „rozwodników”, których traktuje się o wiele cieplej, choć (jeszcze?) nie dopuszcza do Komunii.

Ale trzeba też odnotować starą (co nie znaczy, że głupią) myśl katolicką, że gdy się człowiek nastawi na małżeństwo dozgonne, na niemożliwość rozwodu, będzie się bardziej starał o zgodne życie w związku, który zawarł.

Ale można też zamyślić się z największym podziwem nad heroizmem żon (albo mężów), których ciężar życia osiąga apogeum, gdy wkracza doń alzheimer. Albo i wcześniej inna choroba psychiczna. Nad postawą moralną ludzi, którzy „raz wybrawszy, w każdej chwili wybierać muszą”. Wybierają wierność! Chwała im za to nie tylko w Niebiesiech.

10:27, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
sobota, 03 października 2009
Więźniowie

Psalm 69,33

”Bo Pan wysłuchuje biednych
i swoimi więźniami nie gardzi.”


Pomyślałem sobie o więźniach. O wszystkich, ale szczególnie o więzionych niesprawiedliwie. O tych zniewolonych, bo władza pomyliła się i aresztowała niesłusznie: nie zabili, nie ukradli, ale zanim to się sędziom okazało, przesiedzieli w areszcie kawał czasu. Nic to, że byli zamknięci na kilkunastu metrach, z więziennym wiktem i brakiem wygód. Przecież nie na tym polega polska więzienna udręka, przecież najgorsze jest więzienne towarzystwo, tamtejsza „fala”, kaci w więziennych strojach.

I przypomniałem sobie niedawno wydaną książkę pod tytułem „Teczki na Baraniaka”: dokumenty ubeckie na temat sekretarza Prymasa, potem metropolity poznańskiego, wydane niedawno przez biskupa Marka Jędraszewskiego w Wydawnictwie ”Bonami”. ”Teczki” arcybiskupa Antoniego Baraniaka, męczonego psychicznie w sposób wyrafinowany, także przez zboczoną strażniczkę. Wyszedłszy z więzienia nie wrócił do sił, których miał przedtem wiele.
Wierzę, że Bóg nie gardzi więźniami, szczególnie swoimi, czyli na przykład takimi, jak arcybiskup Antoni. Nie mogę jednak myśląc o ich niedoli, nie postawić cisnącego się na usta pytania: ”Gdzie był Bóg?”.

17:31, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
piątek, 02 października 2009
Nasi ochroniarze niebiescy

Księga Wyjścia 23,20

„Tak mówi Pan: - Oto ja posyłam anioła przed tobą, abym cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem”.
”Aniołowie są wśród nas”: tak się nazywa książka ks. Alfonsa Józefa Skowronka, którą wydała Biblioteka „Więzi”. Przypomniała mi się, bo w kalendarzu rzymskokatolickim mamy dzisiaj święto aniołów stróżów.
Rok temu napisało mi się w „Gazecie Wyborczej” pod tytułem „Nasi ochroniarze niebiescy” następujący wierszyk:
Aniele, stróżu mój,
nie zawsze przy mnie stój,
ale gdy będzie trzeba,
poleć w te pędy do Nieba
i poproś Ducha Świętego,
by ustrzegł mnie od głupiego.
Starsi Czytelnicy domyślą się, że jest to parafraza modlitwy, której uczono niegdyś dzieci.
Uczono nas też innej modlitwy, kończącej się słowami:
„... niech mnie od złego
na każdym kroku aniołki strzegą”.
Końcówkę ową przypomniał mi przyjaciel ksiądz, który miał z nią nie lada problem. Wymawiając ją niedokładnie, zastanawiał się długie lata, czemu dziecinna modlitwa kończy się superteologicznym pytaniem, z czego (zbudowane) są aniołki. Aż niedaleko Wrocławia usłyszał porządną polską dykcję i zrozumiał, że chodzi o anielską funkcję, nie konsystencję.
Teologowie zastanawiają się, czy aby na pewno Bóg sprawuje pieczę nad nami przy pomocy sił będących aż osobami: może tylko swoisty język Biblii nazywa osobnymi duchami owe Boże działania opiekuńcze. To są jednak problemy uczonych w Piśmie: Magisterium nie ma wątpliwości, a zwykli ludzie często czują, że „każdy ma swego anioła”, jak się nazywa z kolei książka ojca Anzelma Grüna (Znak). Co ja czuję? No cóż, może to mój osobisty ochroniarz, a może to jedno z niezliczonych świateł Ducha, który strzeże, jak może,   abym się nie wygłupił.

A przepisany też na dzisiaj psalm 90 (1-6.10-11) to jakby wiersz znany mi także z dzieciństwa: parafraza Jana Kochanowskiego.
”Kto się w opiekę poda Panu swemu,
A całem prawie sercem ufa Jemu,
Śmiele rzec może: mam obrońcę Boga,
Nie będzie u mnie straszna żadna trwoga.
Ciebie On z łowczych obierzy wyzuje
I w zaraźliwem powietrzu ratuje;
W cieniu swych skrzydeł zachowa cię wiecznie,
Pod Jego pióry uleżysz bezpiecznie.
Stateczność Jego, tarcz i puklerz mocny,
Za którym stojąc, na żaden strach nocny,
Na żadną trwogę ani dbaj na strzały,
Któremi sieje przygoda w dzień biały.
Aniołom swoim każe cię pilnować,
Gdziekolwiek stąpisz, którzy cię piastować
Na ręku będą, abyś idąc drogą,
Na ostry kamień nie ugodził nogą.”
Przypomniała mi się moja matka, co nauczyła mnie tylu wierszy.

14:01, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
 
1 , 2
Archiwum