Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
piątek, 31 października 2008
I znów faryzeusz. Święto Reformacji
Ewangelia Łukasza 14,1

„Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni go śledzili."

Czy owo śledzenie było ukartowane z gospodarzem posiłku? Może jednak niekoniecznie, mogli tylko od niego dowiedzieć się o Jezusowej wizycie. Ale gospodarz nie musiał być wręcz zwolennikiem Jezusa, może tylko zależało mu na kontaktach z kimś tak znanym. Sława to bogactwo: z tego, że jakaś gazeta drukuje wypowiedź jakiegoś „celebryta", nie wynika, że podziela jego poglądy, ale jest ważny, bo znany. W demokracji mamy zasadę: „źle czy dobrze, byle z nazwiskiem". Telewizor wypełnia się postaciami różnej jakości.

Dziś luterańskie Święto Reformacji: rocznica wystąpienia Lutra z jego krytyką Kościoła (1517). Kilkadziesiąt lat zbliżania się luteran i katolików spowodowało, że nie jest to już uroczystość antykatolicka. Strona katolicka przyznaje, że krytyka nie była od rzeczy, luterańska, że Luter nie był aniołkiem.
13:23, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
czwartek, 30 października 2008
Faryzeusze, Herod, Jezus
Ewangelia Łukasza 13,31

„W tym czasie przyszli niektórzy faryzeusze i rzekli do Jezusa: - Wyjdź i uchodź stąd, bo Herod chce Cię zabić."

W Ewangeliach jest trochę wzmianek, z których mogłoby wynikać, że faryzeusze nie byli wcale najgorsi. Pisałem o tym nieraz: gorsi duchowo byli saduceusze, zlaicyzowani i oportunistyczni wobec rzymskiego okupanta, głównie kapłani, mający przewagę w Sanhedrynie. Faryzeusze robili sobie bożka z Prawa, ale byli po swojemu ideowi. Zresztą właśnie niektórzy wyraźnie sprzyjali Jezusowi, jak Nikodem, Józef z Arymatei czy nawet trochę ich mistrz, wielki Gamaliel. A potem Paweł z Tarsu!

Inna rzecz, że Biblia Poznańska oraz „Komentarz praktyczny do Nowego Testamentu" podejrzewają owych faryzeuszy ostrzegających Jezusa o podstęp. Byliby mianowicie wysłannikami Heroda (Antypasa, nie mylić z Wielkim ani z Agryppą I, a potem II), któremu mogło zależeć na ucieczce Jezusa do Judei, gdzie mógłby łatwiej Go zgładzić; albo też może sami woleli prześladować Go w Judei. Jednak z kolei Biblia Jerozolimska podejrzewa Heroda o co innego, mianowicie po prostu o chęć przepędzenia Jezusa z podległego mu terytorium, czyli z Galilei i Perei. Wtedy  też jednak faryzeusze nie działaliby z prostej troski o Jezusa.

Nie wiemy, jak było, i pewnie nie dowiemy się nigdy.
15:51, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
środa, 29 października 2008
Być tatusiem
List do Efezjan 6,4

„A wy, ojcowie, nie pobudzajcie do gniewu waszych dzieci, lecz wychowujcie je stosując karcenie i napominanie Pańskie.”

Rola ojca w ogóle. Nie zgadzam się z poglądem, że dramatycznie zmalała. Owszem, rodzina patriarchalna zanika, rola społeczna kobiet w ogóle wzrasta, więc i w rodzinach tworzy się pewna równowaga. Ale powiedziałbym: inna równowaga. Dawniejszy podział ról był na ogół taki, że ojciec był od spraw „zewnętrznych”, a matka od wewnątrzdomowych. W krzywym zwierciadle dowcipu to wyglądało tak, że ojciec decydował w sprawach międzynarodowych, a matka o tym, jak wychowywać dzieci - czyli był właściwie matriarchat. Bo też muszę wypowiedzieć taką opinię: być może rodzina chłopska czy robotnicza była i jest patriarchalna: mąż bije żonę, siłą fizyczną wywalcza sobie władzę. Może i tak jest na ogół w tych środowiskach, choć przecież nie zawsze: Ślimak z „Placówki” Prusa nic bez żony nie zrobił. Ale w rodzinach inteligenckich mamy nieraz model pani Dulskiej: mężczyzna pod pantoflem. Jeżeli nie jest w ogóle wszędzie, w każdej rodzinie rozmaicie - bo też ludzie bywają różni, potulne owieczki są tak wśród płci pięknej, jak i paskudnej.

Wracam do roli ojców: nie ubolewam, że młodzi tatusiowie niemal karmią dzieci piersią. Niestety mój ojciec - a potem ja - za bardzo myśleliśmy o polityce, za mało o pedagogii. Dzieci nam głównie przeszkadzały w naszych bardzo ważnych sprawach. Model, który teraz przyjmuje się w rodzinach, jest o wiele mądrzejszy. Partnerstwo między mężem i żoną, także obojga rodziców z dziećmi. Swoista demokracja.

Co nie znaczy, że problemy zniknęły, szczególnie te pedagogiczne. Jak rozsądnie operować karą, by nie wywoływać awantur - oto nadal jest pytanie. Ale już w ramach innego układu. Lepszego.
15:10, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
wtorek, 28 października 2008
Apostoł spraw beznadziejnych
Ewangelia Łukasza 6, 12-19

Dziś święto dwóch z Dwunastu, o których wiemy mało wiele: Szymona i Judy Tadeusza. Wiemy właśnie to, że byli apostołami (dosłownie: wysłannikami) w sensie szczególnym - przynależności do sztabu Jezusa. Są na listach przedstawiających jego skład, które mamy w Ewangeliach synoptycznych i w Dziejach Apostolskich. Ale już nawet te wzmianki nie są jednoznaczne. Z uporem maniaka polecam książeczkę Znakową „Dwunastu apostołów", gdzie jest wyłożone, co następuje.

Ów Szymon byłby po prostu gorliwcem, zapaleńcem, czyli grecki termin zelotes zaznaczałby charakter apostoła Szymona, albo też należał on do stronnictwa zelotów, czyli zwolenników walki zbrojnej. Co zaś do Judy Tadeusza, to czasem jest on zwany krótko Judą, innym razem Judą Tadeuszem, raz synem Jakuba, raz bratem. Nie wiadomo też na pewno, czy był on autorem przedostatniej księgi Nowego Testamentu zwanej Listem Judy. Niemniej na pewno to on zapytał Jezusa: „Co się stało, że masz się nam objawić, a nie światu?" Na co Jezus odpowiedział: „Kto mnie miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy". Otóż można suponować, że Jezus wraz z Ojcem był w sposób szczególny u Judy Tadeusza, bo jest on patronem spraw beznadziejnych.

Modlę się do niego zatem, Judy właśnie, by wywietrzył u nas do reszty zapach antyjudaizmu, wciąż zalatujący po kątach. Ale jako święty do specjalnych poruczeń jest też szczególnym patronem biskupa Tadeusza Pieronka, który dokonał rzeczy prawie niemożliwej: tak zaprzyjaźnił się z „Gazetą Wyborczą", że przestała być jednostronnie krytyczna wobec Kościoła (katolickiego). Biskup ten pokazał nam ludzką twarz Kościoła: nie takiego, co nigdy nie mówi „nie" (bo nie o to chodzi), ale takiego, co potrafi powiedzieć „tak", a przede wszystkim mówi zawsze jasno i wyraźnie, nie boi się zająć stanowiska, co tak ważne dla dziennikarzy.

Na imię „Tadeusz" ma też pierwszy premier wolnej Polski, który dokonał też rzeczy niełatwej: przeprowadził nas szczęśliwie przez kładkę łączącą PRL z III Rzeczypospolitą. A ja pamiętam również, że w same imieniny Tadeusza Mazowieckiego 50 lat temu papieżem został biskup zwany odtąd Janem XXIII, który rozpoczął odnowę Kościoła, marzenie ówczesnej „Więzi", którą wtedy Tadeusz kierował. Załączam felieton, który napisałem w dzisiejszej „Wyborczej".

Dobry człowiek z Watykanu
Dzisiaj moje wielkie święto. Pamiątka tamtego dnia, w którym zaczęły się spełniać moje młodzieńcze marzenia o Kościele z ludzką twarzą.

Dokładnie pół wieku temu papieżem został pewien stary, gruby i wesoły kardynał Angelo Giuseppe Roncalli, który nazwał się Janem XXIII. Spiżowy Kościół rzymskokatolicki dziwnie zmiękł. I dziś wielu wydaje się twardy, ale wobec tego, co było kiedyś, to niemal galareta. Z uporem maniaka przypominam, że przed pół wiekiem papieża całowało się w nogę, w bucik. Owszem, dlatego, że tam były relikwie, ale można przecież lokować je w różnych miejscach. Chodziło o podkreślenie, że Kościół jest piramidą: na samym szczycie jest tylko jeden człowiek, w nim jest pełnia władzy. A w owym Kościele jest pełnia prawdy, poza nim są tylko schizmatycy, heretycy i brzydcy bezbożnicy. Narzeka się dzisiaj na Watykan, że źle traktuje odważnych teologów: w każdym razie warto wiedzieć, że jest to kaszka z mleczkiem wobec tego, co było przed Janem XXIII.

Po Janie XXIII i zwołanym przezeń Soborze Watykańskim II Kościół rzymskokatolicki jest znacznie mniej wojowniczy na zewnątrz: słowo ”dialog”, które stosuje, nie jest puste. Można mu zarzucać nadmierną sztywność w różnych dyskusjach z innymi Kościołami, religiami i światem laickim, ale są to jednak w sumie rozmowy, a nie wymyślanie, rzucanie potępień. Inny jest niż przed pół wiekiem także mój Kościół wewnątrz swej wspólnoty. Kuria rzymska w dalszym ciągu wie wszystko lepiej i we wszystko się wtrąca, ale reszta Kościoła znacznie mniej się tym przejmuje niż dawniej. Nastąpiła faktyczna decentralizacja. Ma to także złe strony, bo pozwala na przykład ojcu Rydzykowi na zupełną samowolę, ale jak demokracja, to demokracja.

Rewolucję robią rzadko rasowi intelektualiści: włos podzielony na czworo nic nie pociągnie. Roncalli miał doktorat jak każdy ważniejszy duchowny katolicki, ale myślicielem nie był. Cienkie rozróżnienia nie były mu do szczęścia potrzebne, nie interesował się kulturą współczesną. Lubił ludową wędlinę mortadelę. Bardziej lubił ludzi niż książki. Na teologii się nie znał, nowocześni teologowie go nie podniecali. Może jednak właśnie dlatego, że nie zagłębiał się w myśl Kościoła, pozwolił innym myśleć po swojemu. Nie miał ambicji, żeby samemu decydować, co jest słuszne, zgodne z czymś albo i nie. Był absolutnym przeciwieństwem swego poprzednika Piusa XII. Tamten był astenikiem, ten pyknikiem, tamten arystokratą, ten synem chłopów, tamten czytał wszystko i miał poglądy na wszystko, czasem nawet dość śmiałe, ten był raczej konserwatystą i wolał plotkować z przyjaciółmi. Tamten był wyniośle poważny, ten uwielbiał dowcipy, miał zawsze dobry humor.

Był niewątpliwie dobroduszny. Owszem, dobroć bywa groźna: Francuzi słusznie rozumieją słowo „bonhomme" jako poczciwiec, by nie rzec: bałwan. Jan XXIII był niewątpliwie poczciwcem, ale nie bałwanem. Był mądrzejszy milion razy od wielu uczonych urzędników kościelnych.

„Dobroduszny" może też znaczyć: dobry duch. Owszem, miał na pierwsze imię „Anioł". Ale może też sugerować związek z Duchem Świętym. To On właśnie natchnął tego grubego wieśniaka, by zatrząsł Kościołem.
13:59, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 27 października 2008
O świnieniu. O tym, jak być mamą, jak być tatą

List do Efezjan 5,3-4

„O nierządzie zaś i wszelkiej nieczystości albo chciwości niechaj nawet mowy nie będzie wśród was, jak przystoi świętym, ani o tym, co haniebne, ani o niedorzecznym gadaniu lub nieprzyzwoitych żartach, bo to wszystko jest niestosowne."

Nierząd - na pewno nie. Chciwość, która to wskoczyła w temat seksualny, też oczywiście jest postawą duchową paskudną. Ale co jest duchowo czyste, a co brudne, to dla chrześcijan stale problem. W dialogu ze światem, za czasów Pawła - pogańskim, za naszych - zlaicyzowanym, kształtujemy mozolnie swoją etykę. Oczyszczamy etykę „światową", ale i analizujemy przesłanie ewangeliczne, czy aby na pewno oznacza ono aż tak surowy osąd naszych zachowań. Paweł dokonał „liberalizacji" przesłania chrześcijańskiego, relatywizując nakaz obrzezania, przez co dał nam - może nie całkiem świadomie - przykład, jak dialogować z obcym otoczeniem.

Historia chrześcijaństwa to dzieje dialogu, czyli rozmowy, w której rozmówca przyznaje nam rację, ale my mu trochę też. Sprawa antykoncepcji: kiedyś zakazane były także metody regulacji poczęć zwane naturalnymi (dopuścił je dopiero Pius XI w latach międzywojennych), teraz jest wewnątrzkatolicki spór, czy nie cofnąć również zakazu niektórych pigułek i prezerwatywy. Poza tym wspaniały ksiądz Knotz powiada, że pieszczoty małżeńskie są sprawą moralnie obojętną: niech się mąż z żoną całują, w co chcą, czyli nawet i seks oralny nie jest grzechem. A to jest przecież jest moralna rewolucja!
Ale w tym tekście Pawłowym (albo tylko mu przypisanym - może list napisał któryś jego uczeń) jest także mowa - krytyczna - o nieprzyzwoitym żartowaniu. I to też problem. Jakiś mądry ksiądz tłumaczył, że grzechem są tylko żarty, przez które molestujemy seksualnie słuchających (my, mężczyźni, płeć nadobną, oczywiście i na odwrót). Otóż wyznam, że jestem tu liberałem i rozśmieszam moich kolegów, a też koleżanki, „pieprznymi" dowcipami. Może to nie pasuje do mojego wizerunku jako jakiejś ikony (a doszło do mnie, że bywam tak widziany), ale widać najwyraźniej jest to obraz fałszywy. Rozróżniam jednak wśród takich żartów: nie każdy i nie wszędzie nadaje się do „werbalizacji". Niektóre są po prostu mało dowcipne, bo głównie wulgarne, inne opowiadam kolegom, ale nie koleżankom, bo uważam, że panie są subtelniejsze, więc wymagają (?) od panów większej subtelności. Niemniej to jest w sumie problem raczej estetyczny niż etyczny.

Mistrzem mi jest także w tej sprawie poeta wielki ksiądz Jan Twardowski. Nie cierpiał patosu, więc obok swojej genialnej liryki religijnej pisał czasem fraszki w rodzaju takiej:
„Najsmutniejszy widok świata:
genitalia jubilata".

Polecam w ogóle dwa tomiki jego „Niecodziennika": lektura to lecząca jesienną ponurość, również wszelkie złe humory.
Co zaś jeszcze do „świnienia", z naszych sztubackich rozmów w liceum cieplickim zapamiętałem taką ripostę Janka Olszewskiego, który dziś jest znakomitym krytykiem filmowym (nie byłym premierem - tym jest jego sobowtór): gdy ktoś zarzucił mu, że ma świńskie myśli, odparował: - Zgadza się, myślałem właśnie o tobie...

A że było też o małżeństwie, więc jest okazja, by polecić lekturę dla takowych par: dwa śliczne tomiki Marka i Wojciecha Wareckich ”Jak być mamą” i „Jak być tatą" (Wydawnictwo Księży Marianów MC)I. Fajnie wydane, fajnie też napisane, z morałami, ale bez „moraliny". Prezent ślubny, jak znalazł!

15:46, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
niedziela, 26 października 2008
Własnoziemcy - 26 października

Księga Wyjścia 22,20

„To mówi Pan: - Nie będziesz gnębił i nie będziesz uciskał cudzoziemców, bo wy sami byliście cudzoziemcami w ziemi egipskiej."

Odnosi się to też do nas: to przypomnienie nam, jak to się żyło (i niektórym żyje znowu) „na saksach", za chlebem, na obczyźnie, oszczędzając każdy grosz, by przywieźć do domu jak najwięcej waluty. Pamiętam też własne podróże zagraniczne „za komuny", gdy oszczędzałem między innymi na żołądku, bo każdy dolar był majątkiem. Dlatego serdecznie współczuję braciom i siostrom ukraińskim na ziemi polskiej, dzielnym budowlańcom i sprzątaczkom, gospodyniom w polskich domach, a czasem i nauczycielkom języka... angielskiego. Oraz cieszę się, że te emigracja skutkuje nieraz szczególną integracją: owocuje małżeństwami mieszającymi „krew pobratymczą", łączącymi narody niegdyś walczące ze sobą ogniem i mieczem. Tak to cudzoziemcy czasem własnoziemcami się stają.
19:25, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
O prorokach oraz biskupach - 25 października
List do Efezjan 4,11

„I On ustanowił jednych apostołami, innych prorokami, innych ewangelistami, innych pasterzami i nauczycielami."


Albowiem ludzie różni są, różne mają charyzmaty, mówiąc zwyczajniej - uzdolnienia.

Jeden nadaje się świetnie na proroka, bo co pomyśli, powie, ba - wykrzyczy. Niekoniecznie o przyszłości: prorok w sensie biblijnym to nie tyle przepowiadacz przyszłości, ile oceniacz teraźniejszości. To ktoś, kto nie owija w bawełnę, tylko wali słowem na odlew, radykalnie nie tyle w formie, ile w treści. Klasycznym prorokiem był świętej pamięci ksiądz Jan Zieja, nie z powodu długiej brody, tylko dlatego, że już przed wojną, przed Soborem Watykańskim II, w Kościele polskim bardzo wtedy na ogół tradycyjnym, głosił radykalne ubóstwo materialne a bogactwo duchowe - czyli otwarcie na pozakatolicki świat (dwumiesięcznik„Bunt Młodych Duchem” drukował w odcinkach jego nieznane dotąd myśli o duszpasterstwie).

Biskup, czyli pasterz, musi być bardziej dyplomatyczny, bardziej rozważny. Ale i też odważny: nie może wciąż oglądać się na to, co powie inny biskup albo co sobie pomyślą podlegli mu księża. Musi łączyć, nie dzielić, ale powinien być dzielny, czyli działać odważnie, zgodnie z własnym sumieniem.
01:41, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
piątek, 24 października 2008
Znośmy się, znośmy!
List do Efezjan 4,1-2
„Zachęcam was ja, więzień w Panu, abyście postępowali w sposób godny powołania, jakim zostaliście wezwani, z całą pokorą i cichością znosząc siebie nawzajem w miłości."
Paweł nazywa się tu więźniem „w Panu", ale nie są to więzy metaforyczne, ascetyczne, duchowe: to więzienie cesarstwa rzymskiego, prawdopodobnie w stolicy imperium. „W Panu" zaś w tym sensie, że z powodu wierności Bogu, tak jak ją rozumiał. I z owej niewoli prosi adresatów (może nie tylko mieszkańców Efezu, jak sugerowałby tytuł, też całej tamtej okolicy), by jakoś się nawzajem wytrzymywali.
Prośba odnosząca się również do dzisiejszych czytelników tekstu, szczególnie jeśli również czują się powołani, czyli uważają się za uczniów Chrystusa. Tak, my też mamy się znosić nawzajem, znosić nasze wady. Na ogół takie same u każdego z nas, tylko jest taka prawidłowość, że cudza żona, cudzy mąż i cudze dzieci denerwują mniej niż własne, natomiast cudze wady o wiele bardziej...
16:22, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
czwartek, 23 października 2008
Pokój, rozłam, prawda
Ewangelia Łukasza 12, 51-53

„Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw obojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej".

Nie ma sensu podejrzewać Jezusa, że chciał pokłócić rodziny, ani Ewangelistów, że chcieli takie oskarżenie włożyć Mu w usta. Język Biblii jest ostry, lubiący paradoksy, zaskoczenia. Przychodzą mi na myśl szmoncesy: Żydzi są przecież inteligentni błyskotliwie. Świetna stylistycznie jest tu ta arytmetyka rozłamów: troje przeciw dwojgu, dwoje przeciw trojgu. Jakież to życiowe... Myśl Jezusa jest jednak taka, że są podziały nieuniknione, że wręcz Ewangelia rodzi podziały. Niedola człowiecza polega na tym, że stajemy przed wyborem: pokój czy prawda? Pojednawcy są święcie potrzebni, ale i niebezpieczni: bo klajstrują, tuszują rzeczywiste problemy. Owszem, sekty rozwalają rodziny, ale trzeba też popatrzeć na sprawę z punktu widzenia dzisiejszej porcji Biblii: nie można dla (nie) świętego spokoju chować światła pod korcem.

I tu znów cytat buddyjski, z „Dobrego serca": „Od samego początku, z właściwą sobie łagodnością i spokojem, Dalajlama zapewniał chrześcijańskich uczestników seminarium, że nie przyjechał po to, by zachwiać ich wiarą. Ciągle podkreślał, że należy zgłębiać rozumienie własnej tradycji, gdyż samo zróżnicowanie kultur i odmienność ludzkiej wrażliwości wskazują na to, że nie ma tylko jednej «drogi» [poznania] Prawdy. Z dobrotliwą stanowczością sprzeciwiał się twierdzeniu, że buddyzm i chrześcijaństwo są jedynie innymi językami opisującymi te same prawdy. potwierdzał podobieństwa, gdy miał na myśli etykę, współczucie, braterstwo i przebaczenie. W buddyzmie nie ma jednak mowy o zbawieniu ani Bogu będącym Stwórcą [wszystkich rzeczy], ostrzegał więc przed tymi, którzy nazywają się buddyjskimi chrześcijanami, porównując ich do ludzi próbujących «przytwierdzić owcy łeb jaka»".

Po prostu fakty są faktami, czyli różnice różnicami. Ja jednak z uporem maniaka twierdzę, że przyszłość jest przed nami szczelnie zakryta, że możemy nie tracić nadziei na taki nowy gatunek zoologiczny. Ileż idei wydawało się absurdalnych - do czasu.
15:04, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
środa, 22 października 2008
Dostał wiele, wiele dał
Ewangelia Łukasza 12,48

„Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą.”

Dziś, formalnie biorąc, trzydziesta rocznica początku tamtego pontyfikatu, bo urzędowo liczy się dopiero objęcie urzędu. Kto dziś już starawy, ten pamięta też tamte chwile i obrazy. Na przykład ów serdeczny uścisk dwóch polskich kardynałów, z których jeden był Prymasem Tysiąclecia, drugi już papieżem. A poza tym zafrasowaną minę człowieka, który musiał przyjmować hołdy siedząc na tronie monarszym. Pamiętam, że siedział na brzegu fotela, prawie jakby stał.

Karol Wojtyła wiele dostał od Boga, to na pewno: talenty muszą być w genach, gdy ich brak, nie ma co rozwijać. Ale można je zmarnować, a tego o Wadowiczaninie powiedzieć nie można. Rozwinął w szczególności talent etyczny: staroświeckie powiedzenie „pracował nad sobą” pasuje doń bardzo.

A żeby nie było tutaj nazbyt patetycznie, wyznam, że pomnik tamtego uścisku stojący na podwórcu KUL-owskim wydaje mi się mocno kiczowaty. I kojarzy mi się z dowcipem przekazanym mi przez moją córkę, która w on czas studiowała tam psychologię. Pytanie: co były tamtejszy profesor powiedział na ucho Prymasowi?  Odpowiedzi były różne, też takowa:  - Nie idź do stołówki uniwersyteckiej, bo tam znów pieczeń rzymska...

Co do mnie zresztą, pieczeń rzymską bardzo lubię, a poza tym twierdzę, że gdyby rzeczywiście ów sekret hierarchiczny dotyczył tej potrawy, to musiałby być wręcz zachętą: w końcu Watykan w Rzymie leży, nie na przykład w Lublinie!
18:40, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
wtorek, 21 października 2008
A mury runą, runą...
List do Efezjan 2,14-16

”On bowiem jest naszym pokojem. On, który obie części ludzkości uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur, wrogość. W swym Ciele pozbawił On mocy Prawo przykazań wyrażone w zarządzeniach, aby z dwóch rodzajów ludzi stworzyć w sobie jednego, nowego człowieka, wprowadzając pokój, i aby tak jednych, jak i drugich znów pojednać z Bogiem, w jednym Ciele przez krzyż, w sobie zadawszy śmierć wrogości."

Niestety optymizm Pawła okazał się przesadny: mur nie runął, ba, nawet spotężniał. Zmienili się tylko przeciwnicy po obu jego stronach: za murem różnoreligijnych pogan zastąpili chrześcijanie. Początkowo zwalczani przez władze żydowskie, z czasem sami zaczęli zwalczać wszystkich Żydów jako bogobójców.

Musiało minąć bardzie wiele wieków, żeby wyznawcy obu religii dostrzegli to, co ich łączy. Żeby po stronie chrześcijańskiej zaczęto mówić oficjalnie, że łączą nie tylko wspólne korzenie, ale i koniec: bo Mesjasz, który wówczas nadejdzie, będzie tą samą osobą niezależnie od tego, czy Jego przyjście będzie nazwane przez Żydów pierwszym, czy przez chrześcijan - drugim. Historia zatem - można jednak twierdzić - przyznała rację Pawłowi, ale przecież potwornie późno. Niezbadane są wyroki Boże, plany zwane Opatrznością.

Zgodnie z obietnicą wracam do tej religii tak różnej od dwóch (czy raczej trzech: bo na ”Ibrahima” powołuje się też islam) Abrahamowych. Odnotuję tu taki akapit ze strony 87 sygnalizowanego już tutaj dialogowego „Dobrego serca".

”Dalajlama: czytałem o tym, o czym mówisz - że we wczesnym Kościele interpretowano pewne fragmenty Ewangelii tak, że nie dostrzegano [w nich] sprzeczności nauki o reinkarnacji z wiarą chrześcijańską. Pozwoliłem sobie przedyskutować ten problem z różnymi osobami duchownymi i liderami [świeckimi], choć nie miałem, niestety, bezpośredniej możliwości zapytać o to Jego Świątobliwość Jana Pawła II. Niemniej jednak pytałem wielu księży i chrześcijan poważnie praktykujących swoją wiarę. Raczej wszyscy jednomyślnie przyznali, że koncepcji reinkarnacji nie da się pogodzić z doktryną chrześcijańską. Nie usłyszałem jednak konkretnego wyjaśnienia, dlaczego nie można tej koncepcji umieścić w szerszym kontekście chrześcijańskiej wiary i praktyki. Dwa lata temu w Australii podczas mojego spotkania z o. Bede'em Griffithsem (znam go osobiście i miałem okazję spotkać się z nim już kilkakrotnie), zadałem mu to samo pytanie. Wyraźnie pamiętam to poruszające spotkanie. Pamiętam, że [o. Bede] miał na sobie szafranowo-żółtą szatę sadhu i powiedział, że z chrześcijańskiego punktu widzenia wiara w reinkarnację podważa siłę indywidualnej praktyki i wiary. Kiedy zaakceptujesz, że twoje życie zostało stworzone i bezpośrednio darowane przez Stworzyciela, natychmiast rodzi się szczególna więź między tobą jako stworzeniem a Stworzycielem. Ten bezpośredni związek daje poczucie intymności i bliskości ze Stworzycielem. Wiara w ponowne narodziny podkopałaby tę szczególną relację. To wyjaśnienie było dla mnie głęboko przekonujące."

Wiara w reinkarnację jest mi jakoś bardzo daleka myślowo, choć sam buddyzm - jak napisałem - pociąga mnie swoją myślową szerokością. Jan Paweł II a reinkarnacja? Wiem tylko tyle, że obronił polskiego filozofa przed usunięciem z ATK za aprobatę dla tej formy wiary w życie wieczne. I zapamiętałem też, co napisał o reinkarnacji ks. Tomasz Halik. W swojej przejmującej książce „Noc spowiednika" (Księgarnia Św. Jacka, Katowice 2007) stwierdza tak:

„Wiara w reinkarnację jest mi całkowicie obca i mam wiele powodów, by wypowiedzieć jej zdecydowane «nie», zwłaszcza nauce o reinkarnacji w takiej formie, w jakiej przekazuje ją dzisiejsza zachodnia ezoteryka. Teorie te odrzucam nie dlatego, by moja wiara i moje wyobrażenia były bojaźliwie zamknięte w dogmatycznych ścianach jakiejś ciasnej ideologii czy to „naukowego światopoglądu", czy też równie wątpliwego chrześcijańskiego fundamentalizmu. Na pewno nie zamierzam wygłaszać pochopnych sądów na temat starożytnych tradycji duchowości hinduskiej, co do których jestem przekonany, iż są - przynajmniej w swojej głębszej warstwie - bardzo odległe od dzisiejszych popularnych wyobrażeń wielu ludzi na Zachodzie o wędrówce duszy. Doszedłem do wniosku, także na podstawie rozmów z hinduistycznymi i buddyjskimi uczonymi oraz mistrzami duchowości, że dla wielu z nich mit o reinkarnacji jest raczej poetycką metaforą tajemnicy solidarności przekraczającej granice śmierci - tajemnicy, którą my chrześcijanie wyrażamy (również za pomocą metafor) w dogmacie o „czyśćcu" i „świętych obcowaniu".

Tak, chętnie dopuszczam myśl, że owa tajemnicza solidarność, którą wyznajemy w Credo jako „świętych obcowanie", idzie jeszcze dalej i ma głębsze, bardziej zróżnicowane i bardziej intensywne formy, niż potrafimy to sobie wyobrazić. Nie wykluczam, że platońska nauka o duszy, która wywarła wpływ na wielu autorów wczesnochrześcijańskich, oraz orientalne mity o ustawicznym obiegu losów wyrażają intuicję zmierzającą w podobnym kierunku, i że podobne intuicje gdzieś w głębi owej tajemnicy łączą się ze sobą. Jestem w stanie wczuć się w słodkie oszołomienie, które oferuje mistyka Dalekiego Wschodu, zakładająca, że człowiek wyzwoli się z ograniczeń i więzów swojej osobowości i rozpłynie w łonie bóstwa. Nie mam jednak zamiaru wyrzec się największego skarbu swojej zachodniej kultury, która zasadę personalizmu - niezamienialną wartość indywiduum, osoby ludzkiej - uznaje za coś najwyższego i najcenniejszego (również o Bogu mówi jako o „osobie")."

Ale może i ten mur kiedyś runie. Może na tamtym świecie jest tak całkiem inaczej, że i my, i oni mylimy się potężnie. Może - znów nawiązuję do pieśni Jacka Kaczmarskiego - mury runąwszy pogrzebią stary świat, czyli we wspominanych w Biblii ”nowej ziemi i nowym niebie” świat pojęć będzie całkiem nowy.
18:31, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 20 października 2008
Zachłanność. Buddyzm
Ewangelia Łukasza 12,15

„Rzekł zaś do nich: - Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej zachłanności, albowiem nie na nadmiarze czyjegoś majątku polega życie jego."

Tłumaczenie naszej czwórki. Mamy wręcz zachłanność", nie tylko chciwość" Biblii Tysiąclecia. Dobra tego świata są przeróżne: tu chodzi o materialne, mianowicie rolnicze, o zboże, które dobrze obrodziło, ale ogólniej o wszystko, co daje się spieniężyć. O bogactwo.

Słowo to kojarzy mi się natychmiast ze sławą, bo od dzieciństwa znam na pamięć wiersz Słonimskiego „Wszystko":
„Nie o sławę, bogactwo,
całe nasze tułactwo,
lecz o sprawę i większą, i świętą."


Lubimy być ważni. Wagę naszą mierzy się różnie. Różnicuje między innymi ustrój: w komunizmie samo posiadanie tak zwanych dóbr materialnych nie było główną miarą człowieka, bo nie pieniądz rządził, tylko partia. Ale mamona stopniowo opanuje świat.

Trzeba jednak zauważyć (tu znów mamy wagę...) inną, choć nie całkiem odrębną od tamtej pożądliwość: o sławę właśnie. Nasze zachłanne Ja pragnie też być na wielu językach. Źle czy dobrze, aby z nazwiskiem - powiedzenie tylko na poły żartobliwie. Absurdalna, ale jakby oczywista zasada, że istnienie człowieka daje się stopniować: jestem tyle, ile o mnie mówią. Media potwierdzają tę „rzeczywistość" jakby zmieniając znaczenie „sławy": pokazali cię w telewizji, więc jesteś więcej wart, choćbyś zasłużył na to wyróżnienie czymś, co dawniej nie czyniło sławnym, ale osławiało.

To wszystko pomyślałem sobie nie znalazłszy swego nazwiska w indeksie osobowym książki o pewnej organizacji społecznej, w której działalności brałem udział, zdaniem niektórych nawet spory. Straszne, że zajrzałem od razu w to miejsce sycące próżność. I że zrobiło mi się przykro.

A przecież właśnie chodzi w życiu o sprawę i większą, i świętą.

PS. Lektury: postanowiłem wreszcie trochę lepiej poznać buddyzm. Napisałem już, że czytam niewielką książkę pt. „Dobre serce. Dalajlama czyta Ewangelię" - rzecz o dialogu dwóch religii, myśli dwóch „medytatorów", „papieża" buddyzmu i benedyktyna, ojca Laurence`a Freemana, dyrektora Światowej Wspólnoty Medytacji Chrześcijańskiej. Z tegoż wydawnictwa Jacka Santorskiego and Co. otrzymałem również potężne dzieło historyczne pt. „Czternastu dalajlamów" Glenna H. Mullina, z podtytułem „Spadkobiercy oświeconej mądrości” i przedmową XIV Dalajlamy, w której pisze on nawet, że czasem zastanawia się, czy wiedza autora na temat buddyzmu tybetańskiego nie przewyższa jego własnej. Co stanowi dobrą próbkę stylu wielkiej postaci wielkiej religii. Jak można wyczytać z „Dobrego serca", Dalajlama jest w ogóle człowiekiem niezwykle jak na swój urząd „równym". Ma ogromne poczucie humoru: co chwila wybucha śmiechem. Bardzo mnie to doń zbliżyło, bo czuję od dziecka awersję do ludzi manifestujących swoją wielkość, wyniośle patetycznych.

Buddyzm fascynuje mnie też od bardzo dawna. Wiem dobrze, dlaczego. Pociąga mnie, nie mam powodu ukrywać, jego myślowa szerokość. Bliskie mi jest myślenie liberalne a buddyzm  nie szczerzy zębów na odmienność. Ba, jak wynika z przedmowy Freemana do „Dobrego serca", buddyści, szczególnie ci na Zachodzie, mają skłonność do uważania, że każda religia jest prawdziwa, bo każda odpowiada innym potrzebom duchowym. I to budzi opory Freemana: „Poza tym dopowiedzeniem może kryć się wrażenie ...) że pojęcie osobowego Boga jest do zaakceptowania, ale że reprezentuje ono mniej dojrzały, może wcześniejszy poziom duchowego rozwoju, coś w rodzaju trzeciego kółka przy dziecięcym rowerku". Jednak - zaznacza Freeman - „takiego wrażenia nigdy nie odniosłem podczas moich publicznych i prywatnych spotkań z Dalajlamą".

Będę tu często wracał do tej książki, już tu jednak od razu chcę powiedzieć, że zobaczyłem w niej myśl znaną mi od dawna, że możemy się zbliżyć do buddyzmu na płaszczyźnie „teologii negatywnej", nieobcej nawet Tomaszowi z Akwinu: Bóg przekracza nieskończenie nasze pojęcia, na temat Jego istoty można tylko milczeć. A „Dalajlama nie miał żadnych oporów, by używać słowa »Bóg«" - zaznacza Freeman. Co nie znaczy, że już się dogadaliśmy i cześć. Ale rozmawiać warto. I medytować razem.
21:21, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
wtorek, 14 października 2008
O Jonaszu, co pomyślał o sobie

Wpis na poniedziałek 13 października

Ewangelia Łukasza 11,29-32

”Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić:- To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia. Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz".

Jezus miał prawo powiedzieć o sobie, że jest kimś więcej niż Jonasz. Zresztą nie wywyższył się w ten sposób szczególnie, bo ów prorok nie był żadną świętością. Nie usłuchał Bożego powołania, usiłował nawiać okrętem w przeciwną stronę niż Niniwa. Co gorsza, zrobił tak nie dlatego, że bał się podróży albo mieszkańców owej pogańskiej Niniwy. Bibliści sugerują raczej, że nie miał ochoty ich nawracać, bo miał ich za takich paskudników pogańskich, iż powinni być przez Boga wygubieni; martwił się potem ich nawróceniem. Był zatem - taki jest chyba sens tej uroczej nowelki - żydowskim nacjonalistą i właśnie ów nacjonalizm piętnuje natchniony autor biblijny. Piętnuje przez wyśmianie, broń potężną.

Natomiast zdarzyło mi się kiedyś, że wywyższyłem się w myślach tak bardzo, że aż komicznie. Poszedłem do kościoła w moje urodziny, będąc już wtedy Jonaszem, tyle że jeszcze nie w „Arce Noego" tylko w „Gościu Niedzielnym", tygodniku katolicko-katowickim już 85 lat na Śląsku redagowanym w niegdyś mi bliskim duchu (ma już monografię Andrzeja Grajewskiego pt. „Twój Gość"). Słucham Biblii - i słyszę, że jest o Jonaszu, nawet ze Starego i Nowego Testamentu. A że „mszył" znajomy ksiądz, więc pomyślałem sobie w sposób megalomański do sześcianu, że dobrał teksty na moją cześć (tylko skąd wiedział, że to mój dzień?). Przychodzę ja ci do domu, opowiadam mojej matce, a ona, czytająca co dzień teksty mszalne w domu, bo już prawie nie chodziła, wyjaśnia, że to zupełny przypadek...

Tak to ”chodziłem na paluszkach wzdętej pychy", jak napisał o sobie błogosławiony Michał Sopoćko, choć kudy było jego pysze do mojej!

Co wyznawszy, żegnam się na tydzień. Agora wysyła mnie aż do Rzymu, bym tam był na watykańskiej premierze filmu „Świadectwo" nakręconym według książki-wywiadu z kardynałem Dziwiszem, wydanej przez tę moją firmę. Arriverci!

13:19, jan.turnau
Link Komentarze (37) »
niedziela, 12 października 2008
Niesamotność
Psalm 23

„Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną."

Aby tylko uwierzyć, że nie jestem sam. Tylko? Łatwe to nie jest. Od nas nie zależy. Wiara jest darem. Ale o dar prosić można.
11:56, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
sobota, 11 października 2008
Paweł i płeć nadobna
List do Galatów 3,22-29

”Bracia: Pismo poddało wszystko pod władzę grzechu, aby obietnica dostała się na drodze wiary w Jezusa Chrystusa tym którzy wierzą. Do czasu przyjścia wiary byliśmy poddani pod straż Prawa i trzymani w zamknięciu aż do objawienia się wiary. Tym sposobem Prawo stało się dla nas wychowawcą, który miał prowadzić ku Chrystusowi, abyśmy z wiary uzyskali usprawiedliwienie. Gdy jednak wiara nadeszła, już nie jesteśmy poddani wychowawcy. Wszyscy bowiem dzięki tej wierze jesteście synami Bożymi w Chrystusie Jezusie. Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie. Jeżeli zaś należycie do Chrystusa, to jesteście też potomstwem Abrahama i zgodnie z obietnicą dziedzicami.”

”Nie ma mężczyzny ani kobiety” - ta historyczna formuła podważa legendę o Pawłowym antyfeminizmie. Apostoł poucza panie drobiazgowo, co mają mieć na głowie (ale panów też), powstrzymuje przed nadmierną aktywnością językową w kościele, czasem błyska (raczej ściemnia) patriarchalizmem, ale w jego zborach kobiety odgrywały dużą rolę (choćby owa Febe, sługa, czyli diakonisa: List do Rzymian 16,1). Chyba z jego stosunkiem do „niewiast" było trochę tak, jak z postawą wobec Żydów: nie był antysemitą, nie był antyfeministą. Nie przesadzajmy.
09:09, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
piątek, 10 października 2008
Paweł przeklina Prawo, Dalajlama czyta Ewangelię

List do Galatów 3,7-14

”Bracia: Zrozumiejcie, że synami Abrahama są ci, którzy polegają na wierze. I stąd Pismo widząc, że w przyszłości Bóg na podstawie wiary będzie dawał poganom usprawiedliwienie, już Abrahamowi oznajmiło tę radosną nowinę: «W tobie będą błogosławione wszystkie narody». I dlatego tylko ci, którzy polegają na wierze, mają uczestnictwo w błogosławieństwie wraz z Abrahamem, który dał posłuch wierze. Natomiast na tych wszystkich, którzy polegają na uczynkach Prawa, ciąży przekleństwo. Napisane jest bowiem: «Przeklęty każdy, kto nie  wypełnia wytrwale wszystkiego, co nakazuje wykonać Księga Prawa». A że w Prawie nikt nie osiąga usprawiedliwienia przed Bogiem, wynika stąd, że «sprawiedliwy z wiary żyć będzie». Prawo nie opiera się na wierze, lecz mówi: «Kto wypełnia przepisy, dzięki nim żyć będzie». Z tego przekleństwa Prawa Chrystus nas wykupił, stawszy się za nas przekleństwem, bo napisane jest: «Przeklęty każdy, którego powieszono na drzewie», aby błogosławieństwo Abrahama stało się w Chrystusie Jezusie udziałem pogan i abyśmy przez wiarę otrzymali obiecanego Ducha.»

Oj, wojował ten Paweł z Tarsu, wojował, „przepisy" zwalczał zaciekle. Niemniej emocje emocjami, ale w jego wywodach jest logika: uczynki Prawa są praktycznie niewykonalne, jest ich za dużo, są w sumie ponad ludzkie siły. Jeśli na każdym, co się „nie wyrabia", ciąży przekleństwo, to samo Prawo jest przekleństwem. Straszne słowa? Ale zrównoważone zdaniem, że Chrystus stał się za nas przekleństwem! Paweł nie szczędzi mocnych słów, gdyby jednak był milszy, wyważający każde słowo, miałby o wiele mniej czytelników: takie jest nieubłagane prawo publicystyki. Dał nam przykład Paweł z Tarsu, jak wojować mamy...

PS. Nowość książkowa bardzo ważna: „Dalajlama czyta Ewangelię". Jacek Santorski and Co Agencja Wydawnicza udostępnili nam dialogi „papieża" buddyzmu z wielkim medytatorem katolickim, benedyktynem Laurencem Freemanem (będzie w Polsce)! Rzecz ma główny tytuł „Dobre serce", co jest hasłem tamtej religii, ale przecież i tej naszej, i każdej myśli humanistycznej.

17:38, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
czwartek, 09 października 2008
Prawo czy wiara?
Ekumeniczne księgi dydaktyczne

List do Galatów 3,1-5

”O, nierozumni Galaci! Któż was urzekł, was, przed których oczami nakreślono obraz Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego? Tego jednego chciałbym się od was dowiedzieć, czy Ducha otrzymaliście na skutek wypełniania Prawa za pomocą uczynków czy też stąd, że daliście posłuch wierze? Czyż jesteście aż tak nierozumni, że zacząwszy duchem, chcecie teraz kończyć ciałem? Czy tak wielkich rzeczy doznaliście na próżno? A byłoby to rzeczywiście na próżno. Czy Ten, który udziela wam Ducha i działa cuda wśród was, czyni to dlatego, że wypełniacie Prawo za pomocą uczynków, czy też dlatego, że dajecie posłuch wierze?”

Nigdy dosyć powtarzania, że spór Pawła z Prawem trzeba uogólnić: że w każdym z nas jest pseudoświęta pokusa jurydycznego uporządkowania sobie życia moralnego. To wolno, tego nie wolno, to obowiązuje, tamto już nie. Moralność jak kodeks drogowy. Pamiętam, że za mojego dzieciństwa i młodości mówiło się wiernym dokładnie, kiedy należy przyjść na Mszę niedzielną, żeby nie zgrzeszyć ciężko. Po prostu - ile można się spóźnić. Otóż rzekomo można było ostatecznie (bo będzie to grzech tylko lekki) podarować sobie całe nabożeństwo aż do Ofiarowania. Ale ani sekundy później. Formuła praktyczna brzmiała: aż do odkrycia kielicha, zdjęcia z niego liturgicznych nakryć. Kielich odkryty - udział w Mszy nieważny. Sam tak się usprawiedliwiałem, by nie słuchać kiepskiego kazania...

A przecież Eucharystia jest obrzędem Radości, nie ciężarem przykazania. A przecież chrześcijaństwo to w ogóle nie moralność, w każdym razie nie sama moralność, ale wraz z orędziem zbawczym. Imperatyw etyczny plus ”indykatyw” zbawczy. Mówiąc inaczej, humanizm plus nadzieja. Bez tego drugiego członu mielibyśmy światu niewiele do powiedzenia. Owszem, nasza etyka jest trochę inna od laickiej, inaczej rozkładamy akcenty, kładziemy większy nacisk na obowiązki moralne niż na wolność wyboru między wartościami - ale bez nadziei zbawienia bylibyśmy światu mało potrzebni.
PS. Wczoraj przybył nam przekład biblijny dużego znaczenia. W Bibliotece Narodowej zaprezentowano tom Ksiąg Dydaktycznych Starego Testamentu, wydany przez Towarzystwo Biblijne w Polsce, będący owocem pracy 11 Kościołów różnych wyznań, także rzymskokatolickiego. Mamy już zatem po Nowym Testamencie przekład ekumeniczny Księgi Hioba, Psalmów, Przysłów, Koheleta oraz Pieśni nad Pieśniami. Napiszę więcej, jak zdobędę egzemplarz.
18:12, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
Paweł i filary

Wpis na środę 8 października 

List do Galatów 2,1-2.7-14

”Bracia: Po czternastu latach udałem się ponownie do Jerozolimy wraz z Barnabą, zabierając ze sobą także Tytusa. Udałem się zaś w tę stronę na skutek otrzymanego objawienia. I przedstawiłem im Ewangelię, którą głoszę wśród pogan, osobno zaś tym, którzy cieszą się powagą, by stwierdzili, czy nie biegnę lub nie biegłem na próżno. Wręcz przeciwnie, stwierdziwszy, że mnie zostało powierzone głoszenie Ewangelii wśród nieobrzezanych, podobnie jak Piotrowi wśród obrzezanych, Ten bowiem, który współdziałał z Piotrem w apostołowaniu obrzezanych, współdziałał i ze mną wśród pogan, i uznawszy daną mi łaskę, Jakub, Kefas i Jan, uważani za filary, podali mnie i Barnabie prawice na znak wspólnoty, byśmy szli do pogan, oni zaś do obrzezanych, byleśmy pamiętali o ubogich, co też gorliwie starałem się czynić. Gdy następnie Kefas przybył do Antiochii, otwarcie mu się sprzeciwiłem, bo na to zasłużył. Zanim jeszcze nadeszli niektórzy z otoczenia Jakuba, brał udział w posiłkach z tymi, którzy pochodzili z pogaństwa. Kiedy jednak oni się zjawili, począł się usuwać i trzymać się z dala, bojąc się tych, którzy pochodzili z obrzezania. To jego nieszczere postępowanie podjęli też inni pochodzenia żydowskiego, tak że wciągnięto w to udawanie nawet Barnabę. Gdy więc spostrzegłem, że nie idą słuszną drogą, zgodną z prawdą Ewangelii, powiedziałem Kefasowi wobec wszystkich: - Jeżeli ty, choć jesteś Żydem, żyjesz wedle obyczajów przyjętych wśród pogan, a nie wśród Żydów, jak możesz zmuszać pogan do przyjmowania zwyczajów żydowskich?".

No i już wiemy trochę więcej o tamtej wizycie Pawła w stolicy. W długim zdaniu wtrąconym „Ten” to oczywiście Jezus. Paweł pisze, że dogadał się z Jakubem, Kefasem i Janem, przywódcami ówczesnego chrześcijaństwa. Tu jedyny chyba raz przed Piotrem Pismo Święte wymienia innego Apostoła (nawet nie wiadomo, czy na pewno jednego z dwóch Jakubów z Dwunastu), bo w Jerozolimie wyrósł on na lokalnego lidera.

No i mamy sławetny spór Pawła z Piotrem. Piotr nie był konserwatystą, to przecież jemu w domu Korneliusza zostało objawione, że przepisy gastronomiczne Prawa nie obowiązują pogan - ale by uratować jedność, lawirował (jeśli to grzech, to nie śmiertelny). Od tego jest też każdy papież, żeby ratować Kościół od schizmy, czyli rozłamu. Benedykt XVI też tak robi, kwestia tylko, czy mądrze, czy nie za czule patrzy „w prawo”, w stronę tradycji.

08:52, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
wtorek, 07 października 2008
Piotr i Paweł w jednym stali domu. Don Camillo i wójt Peppone
List do Galatów 1,13-24

”Bracia: słyszeliście o moim postępowaniu ongiś, gdy jeszcze wyznawałem judaizm, jak z niezwykłą gorliwością zwalczałem Kościół Boży i usiłowałem go zniszczyć, jak w żarliwości o judaizm przewyższałem wielu moich rówieśników z mego narodu, jak byłem szczególnie wielkim zapaleńcem w zachowywaniu tradycji moich przodków. Gdy jednak spodobało się Temu, który wybrał mnie jeszcze w łonie matki mojej i powołał łaską swoją, aby objawić Syna swego we mnie, bym Ewangelię o Nim głosił poganom, natychmiast, nie radząc się ciała i krwi ani nie udając się do Jerozolimy, do tych, którzy apostołami stali się pierwej niż ja, skierowałem się do Arabii, a później znowu wróciłem do Damaszku. Następnie, trzy lata później, udałem się do Jerozolimy dla zapoznania się z Kefasem, zatrzymując się u niego tylko piętnaście dni. Spośród zaś innych, którzy należą do grona Apostołów, widziałem jedynie Jakuba, brata Pańskiego. A Bóg jest mi świadkiem, że w tym, co tu do was piszę, nie kłamię. Potem udałem się do krain Syrii i Cylicji. Kościołom zaś chrześcijańskim w Judei pozostawałem osobiście nie znany. Docierała do nich jedynie wieść: ten, co dawniej nas prześladował, teraz jako Dobrą Nowinę głosi wiarę, którą ongiś usiłował wytępić. I wielbili Boga z mego powodu.”

Paweł pisze swój życiorys. Opowiada o największym wydarzeniu swego życia: przełomie pod Damaszkiem (opisanym również trzykrotnie w Dziejach Apostolskich). Mówi także, co było potem. Był pobyt w Arabii, dość tajemniczy; „Encyklopedia katolicka” sugeruje, że było to „prawdopodobnie zatrzymanie się w jakimś małym osiedlu na wschód od Damaszku”, Biblia Poznańska wyjaśnia, że „chodzi tu o tereny zamieszkałe przez arabskich Nabatejczyków, znajdujące się w pobliżu Damaszku”. Co tam robił, nie wiemy, zapewne porządkował sobie wnętrze duchowe po owej rewolucji, ale mógł już również apostołować. Nie wiadomo również, jak długo tam był, a jak długo w Damaszku. W każdym razie do centrum Kościoła udaje się dopiero po trzech latach. By „zapoznać się z Kefasem”, czyli Piotrem. Ciekawa jest wiadomość, że zatrzymał się u niego „tylko piętnaście dni”. Malutka wzmianka ma w rękopisach dwie wersje: druga jest bez owego „tylko”. Słówko nie jest bez znaczenia, bo zaznaczałoby chyba jakiś dystans Pawła wobec „księcia Apostołów”.

A dystans musiał być, rozumując psychologicznie: do grona Dwunastu doszła indywidualność niemal tak wielka, jak cały tamten „sztab”. Jest pewna prawidłowość: gdzie przywódców dwóch, jest niedobry ruch. Nie zawsze: właśnie w Kościele pierwotnym nie było tak źle, dwóch olbrzymów jakoś się nawzajem wytrzymało. Były konflikty, o czym dalej w tymże Liście do Galatów, ale nie rozsadziły wspólnoty. Moim zdaniem to zasługa bardziej Piotra. Był to urodzony przywódca w tym sensie, że umiał spajać, był - określenie Tadeusza Mazowieckiego - spinaczem. Balansował mądrze między radykalnym reformatorem Pawłem a konserwatystami, być może na czele z owym Jakubem, „bratem Pańskim”.

PS. Inna dobra wiadomość: „Pax” wznowił książkę zgoła klasyczną: „Don Camilla” (Giovannino Guareschi: „Mały światek Don Camillo i jego trzódka”, Warszawa 2008). Ta kapitalna opowieść w odcinkach o nieustannym konflikcie proboszcza z wójtem komunistą zrobiła furorę w całym świecie. Albowiem satyra na Kościół katolicki i (włoską! euro-) komunę jest w gruncie rzeczy czytanką budującą: bo jest też trzeci bohater, Jezus, który tłumaczy księdzu, na czym polega chrześcijaństwo.
15:19, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 06 października 2008
Paweł z Tarsu, Daniel z Polski, Synod zewsząd
List do Galatów 1,6-12

”Bracia: nadziwić się nie mogę, że od Tego, który was łaską Chrystusa powołał, tak szybko chcecie przejść do innej Ewangelii. Innej jednak Ewangelii nie ma: są tylko jacyś ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową. Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy, niech będzie przeklęty. Już przedtem powiedzieliśmy, a teraz jeszcze mówię: gdyby wam kto głosił Ewangelię różną od tej, którą od nas otrzymaliście, niech będzie przeklęty. A zatem teraz: czy zabiegam o względy ludzi, czy raczej Boga? Czy ludziom staram się przypodobać? Gdybym jeszcze teraz ludziom chciał się przypodobać, nie byłbym sługą Chrystusa. Oświadczam więc wam, bracia, że głoszona przeze mnie Ewangelia nie jest wymysłem ludzkim. Nie otrzymałem jej bowiem ani nie nauczyłem się od jakiegoś człowieka, lecz objawił mi ją Jezus Chrystus.”

Mocne słowa. List do Galatów jest raczej krótki (5 rozdziałów, nie kilkanaście jak epistoły do Rzymian i Koryntian), ale węzłowaty. Trzej bibliści trzech wyznań przetłumaczyli go z moją sekretarską pomocą jako dzieło drugie, zaraz po Ewangelii Marka. Jest do niej podobne właśnie przez swoją  zwięzłość. Pastor Mieczysław Kwiecień napisał we wstępie do książeczki z naszym tłumaczeniem, że ten list jest „najwcześniejszą próbą syntetycznego ujęcia chrześcijańskiej nauki o zbawieniu". Synteza najwcześniejsza, a tekst Pawłowy (i w ogóle nowotestamentalny) jeden z najwcześniejszych, jeśli nie pierwszy.

Co do owych Galatów (albo Galacjan): lud celtycki (zbieżność nieprzypadkowa z nazwą Gallów oraz Galicji na półwyspie Pirenejskim - ale nie tej w Polsce, której źródłosłowem jest Halicz), żyjący w obecnej Turcji, w pobliżu dzisiejszej stolicy Ankary. Przybyli tam po Pawle, zapewne z Antiochii, misjonarze domagający się od neofitów stosowania się do żydowskiego Prawa. Dowiedziawszy się o tym, Paweł pisze ostro. Rozpoczyna swoją życiową kampanię w obronie nowej religii, dostosowanej do mentalności ludów innych niż żydowski.

Przypomniała mi się scena sprzed parunastu laty w państwie Izrael, w mieszkaniu karmelity ojca Daniela, czyli Oswalda Rufeisena. Ten cudownie ocalony od Zagłady Żyd przyjmuje chrzest, ale postanawia odrodzić gałąź pierwotnego chrześcijaństwa, która pozostała żydowską, a z czasem niemal zanikła. Pamiętam, że na koniec wykładu na ten temat, który trzymał do wycieczki organizowanej przez KIK warszawski, zwrócił się do nas słowami „Wy od Pawła". Pomyślałem sobie wtedy, że on jednak jest narodowo bliższy Pawłowi niż my...

A książka Nechamy Tec na jego temat „Daniel w jaskini lwa" (Wydawnictwo „Nowy Świat", Warszawa 2008), którą tu już wspominałem, kapitalna! Jest to lekko zbeletryzowana, ale bardzo dobrze udokumentowana biografia tego człowieka, zaprawdę sensacyjna. Albowiem nie stał się ofiarą Szoah będąc rzeczywiście w jaskini lwa, bo pracując w policji niemieckiej: jako tłumacz, jednak, owszem, mundurowy. Wychował się na Śląsku Cieszyńskim w dawnym zaborze austriackim, gdzie Żydzi byli niemiecko- lub polskojęzyczni albo raczej faktycznie dwujęzykowi, jak jego rodzice. W ich domu mówiło się po niemiecku, choć mieszkali we wsi polskiej: chodziło o to, żeby Oswald znał ten język, bo szkoły niemieckie uchodziły za lepsze (były też oczywiście polskie i żydowskie). W ogóle nastroje wśród Żydów były (tak jak i w Niemczech) proniemieckie. Oswald znał ów język znakomicie. Do tego stopnia, że mimo wyglądu semickiego i ciągłych podejrzeń mógł podczas wojny (na Białorusi, bo aż tam zawędrował uciekając przed Niemcami) uchodzić za Polaka. A chciał uchodzić za Polaka, nie za Niemca.

Udało mu. Co więcej, udało mu się „wallenrodyzować": był w policji niemieckiej TW żydowskim, udało mu się również ocalić trochę współbraci. Narażał jednak życie, ale i sumienie. Rola tłumacza policyjnego nie jest przecież neutralna moralnie: pozwalała czasem tak przekręcać teksty, żeby ocalać, ale częściej ułatwiała skazanie na śmierć. Dramatyzmu dodawało jeszcze to, że jako Żyd służący Niemcom nie był w pełni wiarygodny. Było wręcz tak, że „wierchowka" getta wierzyła komendantowi policji, który wmawiał jej, że nie będzie likwidacji, a nie Oswaldowi, który przed nią ostrzegał. Aż w końcu Oswald musiał się zdekonspirować, co oznaczało dlań oczywiście koniec. Uratował go ułatwiając mu ucieczkę sam jego szef komendant, który bardzo go lubił i szanował, a sam był (chyba) katolikiem z jakąś resztką sumienia.
Oswald nie był Żydem religijnym (rodziców miał zlaicyzowanych), ale powiedział autorce książki, że miał w sobie głęboką religijność i chęć poznania Prawdy. Ocalony, przechowywany przez zakonnice katolickie, przyjmuje w klasztorze chrzest. Z czasem nabiera ochoty na dalsze zaangażowanie kościelne, zostaje księdzem zakonnikiem.

Jest to dla niego kolejny dramat, bo taka radykalna zmiana religii to oczywiście  niezgoda w rodzinie. Wie, co robi: przyznaje nawet, że wiadomość o śmierci rodziców jakoś go uspakaja: przynajmniej z nimi nie będzie konfliktu. Z resztą rodziny udaje mu się jakoś się dogadać, choć oczywiście uważają jego decyzję za wariacką.

No i na koniec walka z władzami państwa Izrael, by uznały, że jest Żydem. Nie jest, bo zmienił religię na tą jedyną, która go „dejudaizuje". Lepiej byłoby nawet, by został ateistą. Historia dwudziestu wieków zaciążyła na tym życiu w sposób symboliczny.

Został mi w pamięci jako typowy „piknik": wesoły, gadatliwy, walący wszystko prosto z mostu. I uroczy: nic dziwnego, że miał takie szczęście do ludzi. Bóg też musi go lubić.

Na koniec o Synodzie: Biskupów, na temat Biblii, który się właśnie rozpoczął. Ciekaw jestem, czy coś zrobią, żeby była bardziej znana, lepiej rozumiana, serdeczniej słuchana.
17:26, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
niedziela, 05 października 2008
Egocentryzm Pawła z Tarsu

List do Filipian 4,6-9

”Bracia:o nic się zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem. A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. W końcu, bracia, wszystko, co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jeśli jest jakąś cnotą, czynem chwalebnym, to miejcie na myśli. Czyńcie to, czego się nauczyliście, co przejęliście, co usłyszeliście i co zobaczyliście u mnie, a Bóg pokoju będzie z wami w Jezusie Chrystusie".

W książce dominikanina Wojciecha Giertycha „Rozważania Pawłowe", którą tu już anonsowałem (wydali ją Księża Marianie MIC), wyczytałem sporo dla mnie nowego. Będę do niej wracał, bo warto.

Tu dwie myśli. Pierwsza, niby to oczywista, że trzeba, aby „myślenie o prawach moralnych, o naszej wierności i niewierności wobec przykazań, nie było pierwszoplanowe w naszej duchowości. Należy dokonać korekty, bo nieraz nasza wrażliwość religijna na pierwszym miejscu stawia moralność. Ponieważ nie dorastamy do wyobrażanego etosu, kierujemy uwagę na siebie i na własną grzeszność, a nie na Chrystusa i Jego zbawczą miłość, którą nas obdarza." To jakby napisane do mnie samego, który przez długie życie nie wyrobiłem sobie jeszcze takiego osobistego stosunku do Zbawiciela.

Ale to zdanie poboczne: „co zobaczyliście u mnie" brzmi mi trochę samochwalczo. U ojca Giertycha jest cały rozdział pod tytułem „Egocentryzm św. Pawła". Teolog Domu Papieskiego zauważa, że na drodze do Damaszku ten święty nie bardzo się nawrócił. Dotąd pisałem to samo, ale myślałem coś przeciwnego raczej: że pozostał świętym gwałtownikiem, gorliwcem. I Giertych temu nie przeczy, ale powiada, że jego Temat „nadal miał trudny charakter, nadal ujawniała się w nim jego koncentracja na sobie, nadal dochodziło przez niego do konfliktów i nieporozumień, nadal w jego listach pojawiały się ironiczne i złośliwe  sformułowania". Co jest dla nas pocieszeniem - twierdzi dalej. Oczywiście! Nie tylko my, ale i taki filar wiary nie był bez grzechu. Akceptujmy naszą słabość, przywołujmy Chrystusa.

09:38, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
sobota, 04 października 2008
Trójca. Franciszek

Ewangelia Łukasza 10,22

„Ojciec mój przekazał mi wszystko. Nikt też nie wie, kim jest Syn, tylko Ojciec i ten, komu Syn chce objawić."

To hymn zwany Janowym, bo mocno podkreśla związek Ojca z Synem, jak to jest w czwartej Ewangelii (analogiczny passus u Mateusza...). Dla chrześcijan dowód na taką bliskość tych dwóch Osób, że można mówić o Bóstwie Chrystusa. Podobnych argumentów oczywiście więcej! Na ”współistotność" Ojca, Syna i Ducha, czyli Trójcę (choć to nazwa późniejsza) - są dwa główne: w 2 Liście do Koryntian 13,13 i u Mateusza 28,18.

Dziś Franciszka z Asyżu. Przedwczoraj było mikro, dziś cały rozdział z wyjątkowo ”jajecznej” książki H.C. Zandera „Dlaczego mnisi są grubasami (Wyd. M, katolickie!).

”Brat Franciszek i siostra bieda, czyli o tym, jak pozbyć się uprzedzeń do Świętej Inkwizycji
Czy może być coś smutniejszego, drodzy bracia i siostry, niż gdy chrześcijanie spierają się o dobra materialne? Czy jest coś bardziej zawstydzającego, jak waśnie we wspólnocie, bo jeden pragnie być bogatszy od drugiego?
Owszem. Dużo gorszy, o wiele gorszy jest spór wtedy, gdy jeden chrześcijanin chce być uboższy od drugiego. Gdy jeden drugiemu odmawia prawa do ubóstwa. Posłuchajcie historii o wielkim „sporze o ubóstwo", jaki przez całe stulecie tak wstrząsał chrześcijaństwem, że na koniec najbardziej pobożni zadali sobie wzajemnie okrutną śmierć.

Wszystkiemu winien był święty Franciszek. Oczywiście należy sławić dzielnego Poverello za jego gorącą miłość do „siostry biedy", lecz jednocześnie musimy zganić go za coś zgoła innego. Gdy w roku 1209 zebrał wokół siebie gromadę gorliwych uczniów, zaniedbał w nowej wspólnocie troskę o porządek. Zamiast łamać sobie głowę nad takimi dręczącymi kwestiami, jak organizacja i program, Franciszek tracił czas na wspaniałych wizjach i ekstazach.

Jakże inny był przy tym święty Dominik. Założył on podobny zakon, w tym samym czasie, co święty Franciszek. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że całe przedsięwzięcie uda się tylko wtedy, gdy założyciel zabierze się do dokładnie, trzeźwo, kierując się rozsądkiem. Święty Dominik nie dał się ponieść ani jednej wizji. Z chrześcijańską przytomnością ducha od rana do wieczora przydzielał obowiązki, rozdzielał funkcje, ustanawiał prawa. W dniu śmierci duchowego ojca zakon dominikanów był tak znakomicie zorganizowany, że wkrótce wolny od wewnętrznych problemów mógł w służbie papieży przejąć cały szereg najwyższych urzędów, na koniec nawet najwyższą funkcję przy Stolicy Piotrowej. Nazywamy ją dzisiaj świętą Kongregacją Wiary, ale wtedy nazywaliśmy ją jeszcze Świętą Inkwizycją.

Podczas gdy synowie świętego Dominika dzięki doskonałej organizacji pilnie przejmowali jedno zadanie za drugim, synowie świętego Franciszka prezentowali światu zawstydzający obraz anarchistycznego bałaganu. Najsmutniejsze w sporze w Asyżu było to, że odnosił się on do jednej wypowiedzi Chrystusa. Ewangelia Łukasza, rozdział 9, wiersz 3: In illo tempore zwrócił się Jezus do swoich uczniów: „Nie noście ze sobą ani laski, ani torby, ani chleba, ani pieniędzy". Jak powinno się to rozumieć? Jako słowne zalecenie, dosłownie? Czy też może symbolicznie, w sensie wewnętrznego, duchowego nastawienia, tak jak to sam Pan zda sugerować, gdyż nie mówi: „Błogosławieni ubodzy" - Ewangelia Mateusza, rozdział 5, wiersz 3: „Błogosławieni ubodzy w duchu"?

Uparty brat Grzegorz z Neapolu, zapalczywy brat Mateusz z Narni, a szczególnie zarozumiały brat Jan z Capella - każdy z pierwszych braci w Asyżu wiedział lepiej od innych, każdy uważał siebie za jedynego prawdziwie ubogiego. Samego świętego Franciszka nie można było zapytać o zdanie, gdyż pożeglował do Egiptu nawracać tam sułtana.

Kiedy toczonych w Asyżu gorących sporów o ubóstwo nie dało się już nie dosłyszeć nawet nad Nilem, wstrząśnięty Franciszek wrócił czym prędzej z powrotem i pojął, że zrobił coś nie tak, po czym idąc gorliwie w ślady świętego Dominika, zaczął wreszcie poważnie organizować swoją wspólnotę. Tyle tylko, że było już trochę za późno. Robak toczył już zakon franciszkański, a obie reguły z 1219 i 1223 roku przyczyniły się do jeszcze większego zamieszania tak, że kiedy w 1226 zmarł święty założyciel, jego dzieło rozpadło się na dwie bezlitośnie zwalczające się frakcje.

Po jednej stronie tak zwani realos, pragnący być ubogimi w duchu, ale nie w materii. Była to „partia postępowa" wokół brata Eliasza. Po drugiej stronie, wokół brata Cezariusza ze Speyer, zgromadzili się fundis, wyznający godną uwagi tezę, iż mnich albo jest ubogi co do materii, albo jest bogaty. Nie można przy tym zapomnieć o świętym Antonim z Padwy, próbującym mediacji między wojującymi obozami, i dlatego zbierającym największe cięgi od obu. Jedynymi, którzy nie robili nic, tylko przyglądali się, potrząsając głowami, byli dominikanie, albo jak coraz częściej ich nazywano, czcigodni ojcowie Świętej Inkwizycji.

Z początku wydawało się, że zwyciężają realos z bratem Eliaszem. Nic dziwnego, mieli przecież za sobą budzącą respekt potęgę pieniądza. To z pękatego mieszka brata Eliasza sfinansowano na przykład budowę wspaniałej bazyliki w Asyżu. Potem jednak, pod wodzą brata Jana z Parmy zatriumfowali fundis. I tez nic dziwnego, mieli przecież za sobą jedyną broń, która zasługuje na jeszcze większy szacunek niż pieniądze, mianowicie oburzenie moralne. Im bardziej też spór się przedłużał z dziesięciolecia na dziesięciolecie, tym bardziej obie frakcje zapominały, o co właściwie chodzi.

Najpierw spierano się o względnie rzeczowe kwestie, na przykład, czy właściwym wyrazem ubóstwa jest praca, czy też proszenie o jałmużnę, czy franciszkanie mogą posiadać winnice albo przyjmować darowizny. Jednak na początku XIV stulecia spór dotknął nieporównanie bardziej modnego tematu: Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najuboższy w świecie? Po czym można rozpoznać, który spośród braci jest najuboższy? Święty Franciszek nie chciał dla swojego zakonu żadnego mnisiego habitu. Wystarczało mu odzienie używane przez ubogą ludność Toskanii, brązowa, workowata sukmana. Jego uczniom udało się jednak wystylizować ten «niehabit» na modny zakonny przyodziewek, gdyż wzorem benedyktynów przedłużyli go do kostek i zaopatrzyli w szpiczastą, budzącą szacunek kapuzę.

W tym momencie bezczelni fundis znowu zakwestionowali wprowadzony z takim trudem porządek, tym razem co do stroju. Ubóstwo mnicha, oznajmili, można rozpoznać po tym, że nosi krótszą suknię od innych zakonników.
A więc mini zamiast maxi. Ta nowa religijna moda okazała się niebezpieczna. Skoro bowiem wystarczało dowolnie skrócić przyodziewek, aby przewyższyć innych co do ubóstwa, to nie przekonywało nikogo, dlaczego cały trend miał zatrzymać się na wysokości łydek, a nawet kolan. Mała, radykalna grupa franciszkanów, nazywana fraticelli, odważyła się na mini. Posługując się łaciną kościelną: habit został modnie skrócony usque ad nates - aż do pośladków.
Dotąd dominikanie przyglądali się tylko potrząsając głowami. Teraz zaś, z prawdziwym żalem, musieli podjąć zdecydowane działania. Jako ostrzeżenie dla wszystkich innych szaławiłów z zakonu świętego Franciszka spalili na stosie Świętej Inkwizycji 114 mini-braciszków.

Głośno poruszyła się teraz milcząca dotąd większość franciszkańskiej wspólnoty. Czy to nie prawdziwy wstyd, że dominikanie muszą robić porządek pośród synów świętego Franciszka? „O dyscyplinę potrafimy zatroszczyć się sami!". Rok 1316, na kapitule generalnej w Neapolu milcząca większość franciszkanów wybrała na generała mocną osobowość: Michała z Ceseny.

Brat Michał natychmiast wprowadził porządek według najstarszej recepty na świecie: wewnątrz działał reakcyjnie, na zewnątrz przemawiał progresywnie. Gdy więc żelazną ręką wprowadził znowu w całym zakonie modę na maxi, więcej: w Marsylii własnoręcznie wydał dominikanom na spalenie czterech ostatnich zwolenników mini, na zewnątrz Michał z Ceseny odgrywał rolę zapalonego fundi.

Skłonił go do tego „teoretyczny spór o ubóstwo", jaki między franciszkanami a dominikanami wybuchł w Prowansji. Radykalny franciszkanin, Berengariusz z Perpignan podburzył tam wiernych błędnym twierdzeniem, jakoby Jezus i apostołowie „nie posiadali kiesy na pieniądze" (non habuisse loculos). Inkwizytor z Narbonne, dominikanin Jan z Belna, orzekł rzeczowo i trzeźwo, że Zbawiciel i owszem, posiadał swoją kiesę. Zamiast się ukorzyć, franciszkanin uczynił z całej sprawy spór o pryncypium: to, że Jezus Chrystus oraz apostołowie nie posiadali ani pieniędzy ani dóbr materialnych, jest dogma sanum et catholicum - zdrowym dogmatem katolickim.

Nie spalono jeszcze na stosie tego niewiele znaczącego prowincjalnego braciszka, gdy sam generał zakonu dopuścił się kroków świadczących o samobójczym zaślepieniu. W 1322 roku na kapitule generalnej franciszkanów w Perugii nakazał całemu zakonowi jednogłośnie i uroczyście potwierdzić nowy dogmat sanum et catholicum.

To stało się wyzwaniem dla samego papieża. Mimo swej słabości podczas wygnania w Awinionie Jan XXII nie mógł pozwolić na to, żeby zakon franciszkanów proklamował za niego nowe prawdy wiary. Najpierw więc u najsłynniejszego dominikańskiego Magistra Herveusa zamówił teologiczną opinię, w której niewątpliwie dowiedziono, iż Jezus Chrystus nie dość, że posiadał kiesę na pieniądze, to jeszcze udzielał się w handlu nieruchomościami. Czyż w Ewangelii Marka, rozdział 2, wiersz l, nie czytamy, że Jezus, choć sam zamieszkiwał w Nazarecie, pojawił Kafarnaum „w swoim domu"? Jezus - właściciel posesji. Nagle staje się jasne, dlaczego Zbawiciel tak dużo podróżował. Jak każdy odpowiedzialny właściciel nieruchomości musiał wszędzie dopilnować swojej własności.

Odwołując się do tego orzeczenia 12 listopada 1323 roku Jan XXII w swojej bulli «Cum inter nonnullos» orzekł nieomylnie: «Anathema sit - kto zatwardziałe twierdzi, że Jezus i apostołowie nie posiadali ani pieniędzy, ani dóbr materialnych, niechaj będzie przeklęty i ekskomunikowany".

W kontekście tej nieomylnej wypowiedzi osobiste wystąpienie Michała z Ceseny przed papieżem Janem XXII jest tylko zawstydzającym epilogiem. Przez pięć lat uparty generał odmawiał uznania swego błędu. Nie okazał także skruchy 9 kwietnia 1328, gdy klęczał u papieskiego tronu. Wręcz przeciwnie: wykrzyczał papieżowi prosto w twarz, że od ojca świętego, który zgarnął do swojej kieszeni 25 milionów złotych dukatów, nie można się spodziewać sprawiedliwego wyroku w kwestii ubóstwa. Według protokołu watykańskiego niestety również i sam papież dał się wówczas ponieść emocjom: - Heu te temerarium, insanum, haereticum, skrzyczał franciszkanina: „Bezwstydny głupcze i heretyku!", eheu te serpentem in sinu Ecclesiae nutritum - „żmijo u piersi Kościoła".

Drodzy chrześcijanie i chrześcijanki! Czy mam opisywać, jak nieszczęsny franciszkanin, postępując błędną drogą kacerstwa, pogrążał się w coraz głębszej hańbie? Jak tchórzliwie uciekł z Awinionu, jeszcze zanim czcigodni ojcowie dominikanie mogli go złapać za maxi-habit i spalić na stosie? Jak schronił się w Rzymie i tam występnie namówił dobrego, starego, oderwanego od świata brata Piotra z Corbario, aby dał się ogłosić antypapieżem? Jak później, chroniąc się przed sprawiedliwym gniewem prawego ojca świętego, zdezerterował do cesarza? I jak na koniec w Monachium on, zaślepiony apostoł ubóstwa, czy chcecie wierzyć, czy nic, zaplątał się w brudne, oszukańcze interesy?
Nie, nie chciejmy osądzać heretyckiego franciszkanina. Chciejmy raczej o nim zapomnieć. Na zawsze natomiast chciejmy zapisać w pamięci dogmat sanum et catholicum, który wymyślili dla nas czcigodni ojcowie dominikanie ze Świętej Inkwizycji, a papież Jan XXII nieomylnie ogłosił go w Awinionie: dobra i własności są czymś wspaniałym, a posiadanie pieniędzy w sakiewce bożym błogosławieństwem”.

14:46, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
piątek, 03 października 2008
Dozorca czy Miłość?

Psalm 139 (fragmenty)

Oto, jak to przetłumaczył bardzo ładnie biblista luterański ks. Alfred Tschirnischnitz w Biblii Ekumenicznej 11 Kościołów.

„1. Przewodnikowi chóru. Psalm Dawida.
Ty mnie przenikasz i znasz, o PANIE.
2. Ty wiesz, kiedy siadam i kiedy wstaję,
z daleka przenikasz me myśli.
3. Wiesz, kiedy chodzę i kiedy odpoczywam,
znasz wszystkie moje drogi.
7. Gdzie się schowam przed Twoim duchem.
Gdzie ucieknę przed Twoim obliczem.
8. Choćbym wstąpił do nieba, będziesz tam,
choćbym legł w Szeolu, tam też będziesz.
9. Choćbym skrzydła zabrał Jutrzence
i zamieszkał na końcu morza,
10. tam też dosięgnie mnie Twoja ręka
i podtrzyma mnie Twoja prawica.
13. Bo Ty tak ukształtowałeś moje wnętrze
i utkałeś mnie w łonie matki.
14. Wysławiam Cię za to, że mnie cudownie stworzyłeś
Twoje dzieła są godne podziwu."

Można oczywiście wybrzydzać: okropny ten PAN (JAHWE), który wciąż nas podgląda. Któryś myśliciel stracił nawet wiarę nauczony w dzieciństwie, że Bóg jest takim potwornym policjantem (chyba Sartre). I rozumiał to duszpasterskie niebezpieczeństwo kardynał Ratzinger, gdy komentował ten psalm w książce ”Znakowej” „Bóg Jezusa Chrystusa".
”Taką sytuację może człowiek, jak już wspomniałem, odbierać w sposób bardzo ambiwalentny. Może w tym widzieć wystawienie siebie na czyjś widok, co mu przeszkadza. Może w tym wietrzyć jakieś niebezpieczeństwo i czuć się ograniczony w swojej przestrzeni życiowej. Tak więc uczucie to może prowadzić do rozdrażnienia, a nawet przybrać formę zajadłej walki ze Świadkiem, którego się odczuwa jako kogoś, kto nam zazdrości naszej wolności, nieograniczonego charakteru naszej woli i działania.

Ale może się też zdarzyć coś dokładnie przeciwnego: człowiek nastawiony na miłość może w tej otaczającej go zewsząd obecności znajdować intymne schronienie, jakiego domaga się cała jego istota. Może dojrzeć w niej przezwyciężenie samotności, z którą nikt nie może się uporać sam, a która przecież jest zasadniczo sprzeczna z jego istotą, pożądającą jakiegoś „ty". Może w owej tajemnej obecności odnaleźć źródło zaufania, które pozwala mu żyć.

Tutaj właśnie rozstrzygnięta zostaje odpowiedź na pytanie o Boga. Zależy ona od tego, w jaki sposób człowiek widzi zasadniczo swoje życie: czy chce pozostać niewidziany, czy chciałby być tylko sam - „będziecie jak Bóg!" - czy też, jakkolwiek byłby ułomny - i właśnie dlatego, że jest ułomny - czuje wdzięczność dla Tego, który całe brzemię jego samotności przyjmuje na siebie.

To, czy nastąpi jedno, czy drugie, wynika z kolei z bardzo różnych przyczyn. Zależy mianowicie od tego, jaki zasadniczo charakter mają doświadczenia z owym Ty"- czy pojawia się ono jako miłość, czy jako zagrożenie. Zależy też od tego, w jakiej postaci spotyka człowiek Boga po raz pierwszy: jako groźnego Dozorcę, który nieubłaganie myśli o karze, czy też jako czekającą na nas stwórczą Miłość. Zależy wreszcie od decyzji, którymi człowiek sam w trakcie swego życia przyjmuje lub zmienia wczesne doświadczenia.”

PS. A Biblia Ekumeniczna, dotąd tylko Nowy Testament i Psalmy, od 8 bm. będzie bogatsza o tak zwane księgi dydaktyczne (Psalmy, Koheleta, Hioba itp.)!

17:15, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
Nasi ochroniarze niebiescy
Wpis na czwartek 2 października 2008

Ewangelia Mateusza 18,1-5.10

Dziś święto Aniołów Stróżów.
Aniele, stróżu mój,
nie zawsze przy mnie stój,
ale gdy będzie trzeba,
poleć w te pędy do nieba
 i poproś Ducha Świętego,
by ustrzegł mnie od głupiego.
10:03, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
środa, 01 października 2008
Czy On słucha?
Księga Hioba 9,1-12.14-16

”Hiob tak odpowiedział swoim przyjaciołom: - Istotnie. Ja wiem, że to prawda. Czy człowiek jest prawy przed Bogiem? Gdyby się ktoś z Nim prawował, nie odpowie raz jeden na tysiąc. Umysł to mądry, a siła potężna. Któż Mu przeciwny nie padnie? W mgnieniu oka On przesunie góry i zniesie je w swoim gniewie, On ziemię poruszy w posadach: i poczną trzeszczeć jej słupy. On słońcu zabroni świecić, na gwiazdy pieczęć nałoży. On sam rozciąga niebiosa, kroczy po morskich głębinach; On stworzył Niedźwiedzicę, Oriona, Plejady i Strefy Południa. On czyni cuda niezbadane, nikt nie zliczy Jego dziwów. Nie widzę Go, chociaż przechodzi: mija, a dostrzec nie mogę. Kto Mu zabroni, choć zniszczy? Kto zdoła powiedzieć: «Co robisz?». Jakże ja zdołam z Nim mówić? Dobiorę wyrazów właściwych? Choć słuszność mam, nie odpowiadam i tylko błagam o litość. Proszę Go, by się odezwał, a nie mam pewności, że słucha".

Dalszy ciąg dialogu z Bogiem. Hiob rozumie, że jest wobec Niego bezradny. Czuje się niewinny, ale musi się bronić przed swym przyjacielem Bildadem, który twierdzi, że nieszczęścia Hiobowe są karą za jego grzechy. Rozumienie niedoli jako kary za nieprawość przetrwa długie wieki, aż pojmiemy, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. I ogarnięci rozpaczą nie wiemy, czy w ogóle Bóg nas słucha. „Gdzie był Bóg” - pytanie Benedykta XVI w Auschwitz-Birkenau.
A literatura bardzo piękna i popatrzmy na Księgę też z tej strony.
15:38, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
Archiwum