Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 25 września 2016
Pisanki w ruchomym obrazku



20:12, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
Bogacze i Łazarze. Niebo na ziemi raczej niebezpieczne. Prymas zaprawdę Tysiąclecia

Księga Amosa 6,1a. 4-7
Psalm 146,6c-10
1 List do Tymoteusza 6,11-16
Ewangelia Łukasza 16,19-31
W tekście Łukaszowym przypowieść o dwóch ludziach o całkiem różnych losach, o bogaczu i biedaku. Bezimienny człowiek bardzo majętny miał życie ziemskie pełne przyjemności (strój przewspaniały, uczty dzień w dzień wystawne), biedak imieniem Łazarz głodował i bardzo chorował, leżał bezwładnie u bram pałacu bogacza. Po śmierci jednak ich dola zmienia się radykalnie. Biedaka zanoszą aniołowie na łono Abrahama, co oznacza oczywiście pełnię szczęścia, bogacz natomiast cierpi męki w Otchłani, niewątpliwie piekielne, bo jest mowa o płomieniu i fizycznym pragnieniu. Prosi Abrahama o odrobiną wody dla zmoczenia języka, żeby mu ją dostarczył Łazarz, ale patriarcha odmawia. Bo przecież za życia otrzymał już bogacz swoje dobra, a poza tym dzieli go od biedaka przepaść niepokonalna. Ten, co miał same przyjemności, prosi zatem Abrahama, aby przynajmniej ostrzegł jego braci, co także im grozi, kiedy umrą. Ale patriarcha odmawia: „Mają Mojżesza i proroków, niechże ich słuchają”. Na argument, że może przekonałby ich ktoś z umarłych, może wtedy by się nawrócili, Abraham odpowiada, że jeśli nie posłuchali tamtych autorytetów, to nikt im nie pomoże.

Jest co komentować. Imię „Łazarz” (skrót imienia „Eleazar” - „Bóg wspomógł”) nosi w ewangeliach także ktoś w tekście Jana: wskrzeszony przez Jezusa brat Marii i Marty. Zbieżność, z której coś wynika? Chyba raczej nic, choć ciekawe, ze Łazarz występuje tylko w tych dwóch ewangeliach i tylko w tych dwóch czytamy o Marcie i Marii, choć u Łukasza nie ma nic o ich bracie owego imienia.
Kwestie przesłania tej perykopy. Jej echo słychać u Mickiewicza w słowach, które można streścić tak: kto za życia chociaż raz był w niebie, ten po śmierci nie trafi tam od razu („Dziady”, część czwarta). Podobnie jak u Łukasza zakłada się tutaj, że los nasz pośmiertny wynika jakoś z tego, jakie było życie człowieka na ziemi. Czyli czy na los bliźniego swego nieobojętne. Nawet i ewangelia nie mówi tutaj wyraźnie, ze bogacz powinien był zauważyć cudzą niedolę tuż koło jego pałacu, ale można to wyczytać między wierszami. Szczególnie, gdy się pamięta szczególną troskę Łukaszową o ludzi, którym się nie powiodło, w sprawach finansowych i nie tylko. Zanim jednak o tym, co na temat bogatych i biednych w innych dzisiejszych tekstach Pisma, trochę o eschatologii w tej perykopie. Ks. Wacław Hryniewicz: „Nie istnieją żadne przekonywające racje za twierdzeniem, iż wraz z momentem śmierci następuje definitywna petryfikacja woli, wykluczająca możliwość wszelkiej zmiany. Brak jest pod tym względem wszelkich wyraźnych wypowiedzi biblijnych. Przypowieść o bogaczu i ubogim Łazarzu (Łk 16,19-31) pozostaje tylko przypowieścią. Jej zasadniczym celem jest potępienie egoizmu i niewrażliwości na los drugiego człowieka, ukazanie ich trwałych i złych następstw. Przypowieści nie wolno traktować w taki sposób, jak gdyby była dogmatycznym orzeczeniem. Mówi ona wprawdzie o « strasznych mękach» (w. 23-25,28) oraz  «ogromnej przepaści» (w. 26) dzielącej cierpiącego bogacza od szczęśliwego Łazarza, ale równocześnie ukazuje dobrą wolę «potępionego», zatroskanego o los swoich braci (w. 27-28) oraz o ich nawrócenie (w. 30). Troska jest znakiem przełamania egoizmu, początkiem wewnętrznego wyzwolenia. Nieprzekraczalna i «ogromna przepaść» pozwala mimo wszystko występującym w przypowieści postaciom na prowadzenie wstrząsającej rozmowy. Przypowieść potwierdza możliwość skruchy i zmiany nastawienia woli ludzkiej po śmierci. Nie mówi nic o wieczności eschatologicznego oddzielenia, lecz jedynie o stanie aktualnym: «nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać» (w.26). Zgoła nieuzasadnione byłoby wyciąganie na tej podstawie wniosku o niezmiennym uporze woli w potępionych. Nikt nie może być potępiony i skazany na wieczną mękę wbrew dobrej woli nawrócenia i przemiany. Dlaczego apriorycznie uznawać istnienie wolności, która prowadzi do piekła i potępienia, a zaprzeczać możliwości wolnej decyzji, która stamtąd wyprowadza? Teologia chrześcijańska nie może, rzecz jasna, wykluczyć istnienia samej kary ani możliwości potępienia. Musi jednak pytać, czy jest to kara wieczna i jak trzeba ją rozumieć”.
Nie cytuję dalej książki naszego autora pod tytułem „Nadzieja zbawienia dla wszystkich”, bodaj pierwszej z licznych na ten temat, choć mamy tam bardzo ważną analizę greckiego słowa „aionios”, tłumaczonego jako „wieczny”. Prof. Hryniewicz twierdzi, że termin ów nie oznacza zawsze nieograniczonego trwania. Polecam tę lekturę, wracając do szczęścia bogaczy i nieszczęścia innych.
O szczęściu czytamy u Amosa: „Biada beztroskim na Syjonie i dufnym na górze Samarii. Leżą na łożach z kości słoniowej i wylegują się na dywanach”. Nie ma tu o ich lekceważeniu nieszczęścia biedaków, jest jednak ciężki ogólniejszy zarzut: „Nic się nie martwią upadkiem domu Józefa”. O niedoli innych Hebrajczyków czytamy natomiast w dzisiejszym fragmencie Psalmu 146, gdzie jest o opiece Bożej nad nimi kilka wersetów, a potem o tym, że „występnych kieruje Pan na bezdroża”. Można chyba napisać, że występni to w Biblii prawie zawsze ci, co mają Mamonę. Pismo Święte moralnie socjaldemokratyczne jest! A co w Liście do Tymoteusza? Też coś w jakimś związku z przypowieścią Łukaszową, bo ów Pawłowy uczeń pouczony zostaje, że ma życie wieczne zdobywać podążaniem za „sprawiedliwością, pobożnością, wiarą, miłością, wytrwałością, łagodnością”. W tym troska o Łazarzów przeróżnych niewątpliwie się mieści.Coś z historii Kościoła najnowszej.
Dokładnie 66 lat temu władze PRL aresztowały prymasa Stefana Wyszyńskiego. Ewa K. Czaczkowska napisała o nim dzieło wiedzy ogromnej (Znak 2013). Książkę tę przeczytałem z pasją. Choć to nie kryminał zgoła. Jeżeli już, to raczej rzecz hagiograficzna, bo dotyczy człowieka wynoszonego na ołtarze: opowieść nie o zbrodniach, o czynach dobrych. Ale właśnie to nie hagiografia, rzecz napisana w postawie siedzącej, nie na kolanach. Autorka, publicystka religijna, jest zarazem dobrym historykiem. Troszczy się tutaj o prawdę, nie o intensyfikację kultu. Stara się bronić Prymasa przed krytykami, czasem nawet za bardzo, ale ich argumenty lojalnie przytacza. No i zebrała materiał kolosalny (700 stron druku!). Różnych faktów potężny legion! Publikacja ważna nie tylko w historiografii kościelnej, także ogólnopolitycznej: sylwetki Bieruta, Gomułki...
Jej dzieło czytałem oczywiście z taką ciekawością nie tylko dlatego, że jest napisana wartko, to w końcu był zawsze jeden z głównych tematów mojego życia zawodowego. Chociaż nie byłem wielkiego prymasa wielbicielem. Kiedyś nawet wręcz przeciwnie. W „Więzi” długo łudziliśmy się, że ustrojowi PRL można dorobić ludzką twarz. Z książki Czaczkowskiej wynika, co prawda, że sam Prymas nie był kiedyś wolny zupełnie od podobnych nadziei, ale według nas był wobec „komuny” nazbyt krytyczny, w każdym razie za mało dyplomatyczny. Jeśli chodzi o mnie, to przede wszystkim drażnił potężnie moje ciągoty ekumeniczne, których zupełnie nie podzielał. Autorka to jednym zdaniem zaznacza, a szkoda.Nie pisze, że był konserwatystą także w sprawie sukienek mini, co w swoich kazaniach demonstrował. Jak to dobrze, że nasi biskupi nie gorszą się już dzisiaj strojem dziewczyn w dni upalne, ich – by tak rzec eufemistycznie – spodenkami mini.Mariologia Prymasa. Odgrzewanie siedemnastowiecznego pomysłu, żeby się oddawać Matce Bożej w niewolę (w ustroju politycznym niezbyt wolnościowym). Któryś ksiądz polski rymował: „Żeby zostać kanonikiem, musisz zostać niewolnikiem”...
No i właśnie prymasowy autorytaryzm, chyba jednak niedający się usprawiedliwić zasadą militarną, że oblężona twierdza wymaga dyktatorskiego komendanta. Ten problem Czaczkowska widzi, analizuje, przytacza opinie różne spokojnie.A przecież, jak napisałem zaraz po jego śmierci, choć potrzeby reform  wewnątrzkościelnych nie rozumiał, to gdyby nie on, może wręcz nie byłoby co reformować. A w każdym razie jego optyka polityczna okazała się o wiele bystrzejsza niż tamta watykańska przed Janem Pawłem II. No i ówczesna nasza, polskich katolików na świat otwartych, na ten komunistyczny za bardzo, za bardzo.
Czy aż święty? Po tej lekturze myślę sobie, że może i tak. Choć Karolem Wojtyłą na pewno nie był, nie był taki delikatny, jego niezwykłość polegała na czym innym. Z książki Czaczkowskiej dowiedziałem się, że miał za ojca duchowego księdza  niezwykłego, Antoniego Bogdańskiego: tak się zdarzyło, że wywarł on duży wpływ także na moich rodziców. Została po nim w naszym albumie rodzinnym fotografia i wspomnienie mojej starszej siostry.
PS. A na koniec moje wspomnienie o Prymasie nieco krotochwilne. Wśród jego najbliższych współpracowników były tak zwane „ósemki”, grono uwielbiających go pobożnych panien. Miał sam opory, czy pozwalać na taką sytuację personalną, ale mu poradzono, by jednak nie odrzucał ich chęci pomocy. W opinii wielu, szczególnie księży, przez ubecję gorliwie upowszechnianej, sprawowały one między innymi rolę jego swoistego wywiadu. Stąd taka opowieść o tym, jak skłonność do alkoholu zwalczał u księży mieszkających przy KUL-u w tak konwikcie, czyli ich domu akademickim, jego dyrektor, późniejszy rektor tamtejszy, wybitny teolog, ale nie dyplomata, ks. Wincenty Ganat. Zwołał ich i poprosił: - Jak się księża chcą napić wina, to nie w kawiarni, ale tu, w konwikcie, bo ósemki was widzą, do Prymasa donoszą i on potem do mnie głupie listy pisze...

16:13, jan.turnau
Link Komentarze (66) »
niedziela, 18 września 2016
Mamona mami. Przekażmy sobie znak pokoju. Jak to na wojence ładnie...

Obejrzyj też Moje Pisanki w wersji wideo

Księga Amosa 8,4-7
Psalm 113,1b-2.4-8
1 List do Tymoteusza 2,1-8
Ewangelia Łukasza 16,1-13
Motyw przewodni tych wyimków z Biblii to według mnie Mamona. Pisany dziś nieraz z dużej litery, przyswojony przez grekę termin aramejski oznaczający pieniądze, będące takim obiektem chciwości, że je niektórzy ubóstwiają. Czytamy dzisiaj u Łukasza, co mamy też u Mateusza (6,24), że nie można jej służyć i równocześnie Bogu. Amos natomiast potępia takich cwaniaków, co to krzywdzą biedaków swoim umiłowaniem zysku. Bóg jednak według psalmisty „podnosi z prochu nędzarza i dźwiga z gnoju ubogiego, by go posadzić wśród książąt”.
Łatwo powiedzieć, ale Mamona mami przepotężnie. Można też takim finansowym erotyzmem nie krzywdzić nikogo, tylko siebie, co wiem z własnego doświadczenia: gdy oszczędzanie zamienia się w psychiczną patologię. A swoją drogą język kupiecki zakrada się wszędzie: słychać go nawet w Pawłowych słowach do Tymoteusza o Chrystusie Jezusie, który „wydał samego siebie na okup za wszystkich”. Na szczęście dzisiaj mówimy o tym zupełnie inaczej (odsyłam na przykład do wpisu środowego).
Komentarz do tego, co w prasie. Mam parcie nie tylko na szkło, także na papier. Bardzo lubię być drukowanym i czytać o sobie w druku. Egocentrycznie czekam na jedno i drugie z wielką tęsknotą. Drugie zdarza mi się nieczęsto, przyjmuję je tym milej. Napiszę zatem bez żadnej ironii, że ucieszyło mnie zdanie o mnie Wojciecha Chmielewskiego w „Plusie-Minusie” z 11 września. Przepraszam, całe zdanie, nawet dwa, są o głównie o Pier Giorgiu Frassatim (absolutnie niezwykłym człowieku z pierwszej połowy dwudziestego wieku, formalnie jeszcze wciąż błogosławionym, faktycznie na pewno świętym): „Gdyby żył w dzisiejszej Polsce, ten młodzieniec zostałby odsądzony od czci i wiary przez towarzystwo spod znaku lewicy laickiej i katolickiej razem wzięte i zawiązane na świętoszkowatą kokardę przez Jana Turnaua. A przecież był lewicowym antyfaszystą.” Sądząc po tym, co się pisze u nas o tamtym Włochu tu i tam, ponura hipoteza Chmielewskiego na jego temat mija się z prawdą, ale mnie podsumował nad wyraz celnie. Nawet i termin „świętoszkowatą” można obronić, czytając o mnie w „Wyborczej” iście kanonizacyjne teksty. Co do kokardy, to mimo antymanualnych zdolności nauczyłem się z czasem wiązać ten węzełek, więc to też prawda. A dialog chrześcijaństwa ze światem zlaicyzowanym jest rzeczywiście moją główną publicystyczną troską. Może myślę i działam w tych sprawach nieudolnie (Tadeusz Bartoś wypomniał mi kiedyś w „Wyborczej” nazbyt pochwalne pisanie o Kościele, inni mniemają wręcz przeciwnie), ale, zgadza się, traktuję tego rodzaju ekumenizm za dzisiejszego świata problem fundamentalny.
Dlatego też akcję pod hasłem „Przekażmy sobie znak pokoju” uważam za bardzo, bardzo potrzebną. Nie jestem w stanie pojąć, jak można ofiarowywać ludziom LGTB w Kościele nawet czasem i wszystko poza tym, co przecież z punktu widzenia chrześcijańskiego najważniejsze, czyli sakramentalną komunią. Rzeczywiście – jak napisał w tym samym numerze „Plusa-Minusa” Dominik Zdort – ludzie ci „chcą skłonić Kościół do akceptacji homoseksualizmu i innych dziwacznych orientacji jako czegoś normalnego i zwyczajnego, czegoś, co nie będzie już postrzegane jako dewiacje, choroba czy złe skłonności.” Mam nadzieję, że kiedyś postrzegane nie będzie. Tego rodzaju relacji nie powinno się nazywać małżeństwem, bo to jednak nie to samo, co związek mężczyzny i kobiety, ale to przecież nie znaczy, że owa międzyludzka relacja ta jest amoralna. Kiedyś Kościoły dadzą się przekonać.
Czasy się zmieniają, my w nich, stajemy się na ludzkie cierpienie coraz bardziej wrażliwi, szczególnie wtedy, kiedy wynika z braku dobra uważanego w Kościołach za największe.
I jeszcze jedno. W „Wyborczej” dużo teraz i bardzo serdecznie o jej zmarłym tragicznie znakomitym fotografiku obrazującym wojny, Krzysztofie Millerze. Pomyślałem sobie, że jego twórczość była odpowiedzią na bardzo niemądre dzisiejsze wojny pod hasłem patriotyzmu wychwalanie. Przypominam piosenkę: „Jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie”...

10:39, jan.turnau
Link Komentarze (66) »
środa, 14 września 2016
Chrześcijańskie podwyższanie krzyża

Księga Liczb 21, 4b-9
albo List Filipian 2, 6-11
Psalm 78, 1-2. 34-38
Ewangelia Jana 3, 13-17
Prawosławne i katolickie święto, ustanowione na pamiątkę odnalezienia w IV wieku relikwii krzyża przez cesarzową Helenę. Krzyż, główny symbol wiary chrześcijan, powinniśmy świętować cały rok i tak jest w naszych liturgiach wyznaniowych. Ale tutaj chodzi albo o podwyższenie go, czyli umieszczenie wysoko, tak jak posążku węża w opowieści Księgi Liczb, aby każdy mógł go zobaczyć i doznać uzdrowienia. Tam fizycznego, teraz wobec nas duchowego. Wystarczy popatrzeć i przypomnieć sobie, co krzyż symbolizuje.
Albo też chodzi tu o wywyższenie Jezusa przez Boga z powodu krzyża, „aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych, i aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem ku chwale Boga Ojca”. Tak z kolei czytamy w liście Pawłowym.
Ewangelia Jana wspomina tamten awans węża na pustyni, ale podaje teologię własną: „Potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, który w Niego wierzy, nie zginął, aby miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swojego Syna na świat, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”. Ostatnie zdanie można interpretować uogólniająco: świat, czyli ludzkość (wszystko, co żyje, wraz z nią), nie tylko wybrani, ci, co uwierzyli, bo każdego człowieka Bóg do siebie w końcu przyciąga, w tym życiu albo dopiero w przyszłym. Każdego, choć według psalmu Bóg „gniew swój często powściągał”, czyli nie zawsze. Może jednak nie przejmujmy się tym umiarkowanym optymizmem antropomorficznego obrazu. Chrystus zbawia według Jana całe swoje stworzenie.
Ale jak? Przez dołożenie do miliardów poprzednich męczeństw jeszcze tego jednego?
Ojciec wysyła na krzyż Syna? Pytanie stare, ale wciąż jare, zadawane było i będzie przez kolejne pokolenia. Odpowiada na przykład teolog niemiecki Klaus Berger, którego książkę pt. „Po co Jezus umarł na krzyżu?” przetłumaczyła dla Wydawnictwa „W drodze” w roku 2004 Eliza Pieciul. Przeczytałem tam znowu po latach na stronach 270-271: „Śmierć Jezusa nie stanowiła ofiary w znaczeniu kultyczno-rytualnym. W tym względzie rację mają przedstawiciele teologii feministycznej. Nie da się ominąć zakazu składania ofiar z ludzi obowiązującego od czasów Abrahama. Z drugiej jednak strony czymś nonsensownym jest stwierdzenie, że kategoria ofiary się wyczerpała. W tym względzie przedstawiciele teologii feministycznej nie mają racji. Pojęcie «ofiary» musi zostać radykalnie odnowione w oparciu o jego podstawowe znaczenie biblijne. Albowiem ofiara oznacza uznanie Boga i w żadnym razie nie zakłada przemocy i rozlewu krwi. W takim odnowionym znaczeniu tego słowa ofiarą były także życie i śmierć Jezusa. W tym sensie pojęcia ofiary z pewnością nie należy się pozbyć czy też uznać go za coś nienowoczesnego. (...)
Nie istniał żaden plan Boga, zgodnie z którym Jezus musiał cierpieć. Nawet uprzedniość wiedzy jest czymś innym niż zaplanowana konieczność. W tym miejscu należy rozważyć ważkie problemy duszpasterskie dotyczące ewidentnie niebiblijnej wiary w zrządzenia losu. Jedyna rzeczywista, konieczność, która istnieje, polega na tym, że bezbożne systemy są czymś morderczym i uśmiercają niewinnych.
Ani Ojciec nie wysłał Syna «pod nóż», ani też sam Syn nie parł do męczeństwa. Niemieckie tłumaczenia i interpretacje greckiego «dać (się)» i «oddać» bądź «wydać» idą zbyt daleko, obciążają obraz Boga i zmuszają do wniosku, że Ojciec skazuje na śmierć swego niewinnego Syna. (...) Apostoł Paweł używa wyrażeń «pojednanie» i «krzyż» każdorazowo w sposób
bardzo celowy i precyzyjny. Przy pojednaniu chodzi o koniec wrogości i uniwersalny pokój. Gdy mówi o krzyżu albo ukrzyżowaniu, ma na myśli hańbę ukrzyżowania. Jeśli Bóg wybiera Ukrzyżowanego, ujawnia to całkowite odwrócenie porządku Bożych wartości wobec tego, co jest ważne wśród ludzi. Konsekwencją Pawłowej teologii krzyża jest zatem rezygnacja człowieka z próżnej chwały. Działanie głosicieli powinno być w pełni zgodne z Bożymi wartościami, które Bóg ujawnił w Jezusie.”
Wybrałem myśli trochę bardziej zrozumiałe dla dzisiejszego człowieka spoza grona fachowców od teologii. A sam napiszę po prostu tak: nie używając w swojej obronie swej siły ponadludzkiej, Jezus z Nazaretu dał nam przykład największy stosowania dzisiejszej zasady „non violence”. Powiedzmy też inaczej. Na krzyżu odniósł Chrystus zwycięstwo w walce najbardziej zaciętej: z samym sobą. Ze swoim ludzkim Ego, które miłuje wygodę, a jeszcze bardziej bycie kimś ważnym. Teraz, zaraz, dla wielu. Albowiem to jest krzyża obniżanie.

16:09, jan.turnau
Link Komentarze (87) »
niedziela, 11 września 2016
Zazdrość jest rzeczą ludzką. O księżach Wacławach dwóch, co robią dobry ruch...

Księga Wyjścia 32,7-11.13-14
Psalm 51,3-4.12-13.17.19
 1 List do Tymoteusza 1,12-17
Ewangelia Łukasza 15,1-32
Tekst ewangelijny niby to znany, ale nie całkiem. Przypowieści o zgubionej owcy, drachmie, wreszcie o synu marnotrawnym. Wspólne przesłanie takie, że jakoś ważniejsze jest to, czego niespodziewanie nie ma, niż cały pozostały majątek. To psychologicznie oczywiste. Przecież szczęście i nieszczęście polega na kontraście między sytuacją dotychczasową, a nagle nową, im on większy, tym uczucie dobre albo złe większe. Otóż Jezus tak tłumaczy swoje towarzyszenie celnikom i grzesznikom. Bo z niezgubionymi nie ma przecież problemu. Inna rzecz, że ci pogubieni moralnie okazują się kiedy indziej mniej odlegli od Boga niż tamci porządni, szczególnie jeżeli mają zbyt dobre mniemanie o sobie.
Ale właśnie: przypowieść trzecia dotyczy mocno tamtych. Jezus nie lubi „kategoryzacji”: człowiek nie rzecz, co pasuje albo nie i kwita. Dlatego przypowieść o dwóch braciach i ich ojcu nazywana jest przede wszystkim tekstem o ojcu miłosiernym albo właśnie jeszcze inaczej: o synu niemarnotrawnym. Bo przecież ten facet okazuje się nie całkiem taki, jak trzeba. Jest zazdrosny, a to też wada, czwarta w katechizmowym zbiorze. Jakże psychologicznie zrozumiała!
Fragmenty innych ksiąg dużo krótsze, ale będzie i o nich słów sporo. W Księdze Wyjścia (Drugiej Mojżeszowej w nazewnictwie ewangelickim) czytamy o posążku byka, który sobie Izraelici zrobili, ponieważ nie wytrzymali antyobrazowej ascezy. Niektórzy bibliści tłumaczą, że nie zastąpili Boga kawałkiem metalu, ale nie dali rady czcić Najwyższego nie patrząc na coś cieleśnie widzialnego. Zresztą Mojżesz okazał się ich obrońcą skutecznym, gniew Boży ucichł. Psalm dzisiejszy też jest o Bożym zmiłowaniu: „Zmiłuj się nade mną, Boże, w ogromnej swojej litości zgładź moją nieprawość”. Ów ogrom stał się dzięki Janowi Pawłowi II i Franciszkowi naprawdę wyobrażalny: nadzieja powszechnego zbawienia. No i występuje dzisiaj Paweł, który mówi o sobie dawnym bardzo źle, ale padają słowa: „działałem z nieświadomością, w niewierze”. Czyli jakby niewinny, choć i tu, i niejeden raz gdzie indziej wyznaje, że nie był przedtem zgoła OK. Chyba mamy w przypadku Szawła człowieka, do którego żaden schematyczny obraz nie pasuje. Bo w ogóle jesteśmy w gruncie rzeczy bardzo wewnętrznie skomplikowani. Natomiast wedle Biblii Poznańskiej (wyd. 1) apostoł mówi tutaj o „nawróceniu ze stanu grzechu do stanu wiary, która grzechy usuwa i przed nimi zabezpiecza. Wytłumaczeniem tego stanu grzechu jest nieświadomość, brak wiary w Jezusa”.
Można jednak zapytać, czy ów brak wiary (religijnej, bo dzisiaj się mówi o wierze podstawowej, implicite, „chrześcijaństwie anonimowym”) jest w końcu grzechem czy nie. Odpowiem, że oczywiście nie, jeżeli wiara jest - jak przecież uczy Kościół - łaską. Albo przynajmniej, że jeden Bóg to wie, On jeden „zna nerki i serce człowieka”. A w końcu wspomnieć należy o grzechu wszystkich wierzących, co zachowaniem swoim niewiarę dzielnie szerzą.
Dołączę dwa moje felietony napisane dla „Gazety Wyborczej”. Najpierw ten.
Co się wydaje
Wacława Hryniewicza summa teologiczna
Ks. Wacław Hryniewicz OMI: „Wiara w oczekiwaniu. Rozmawia Justyna Siemienowicz. Wyd. „Znak”. Kraków 2016. S. 421.
Teolog rzymskokatolicki bardzo już na szczęście znany, emerytowany profesor KUL-u, uczony znakomity. Współtwórca i pierwszy dyrektor tamtejszego Instytutu Ekumenicznego.
Zaczął od dialogu z prawosławiem i tej kwestii poświęcił wiele swoich publikacji i akcji. Był wieloletnim członkiem „odnośnej” komisji mieszanej, w oczach swoich krytyków uchodził oczywiście za teologa prawosławnego, nie tylko świetnego znawcę, ale i wyznawcę.
Co gorsza, zajął się dziedziną dużo bardziej śliską. Zaczął głosić nadzieję powszechnego zbawienia, czyli mówiąc najpotoczniej, że piekła nie ma. Dzisiaj to nic bardzo heretyckiego, już Jan Paweł II był bliski takiemu mniemaniu, a Franciszek twierdzi uparcie coś, z czego ta nadzieja bezspornie wynika. Na Wschodzie zresztą zawsze była, Bogiem tam nie lubi się straszyć.
Otóż dzisiaj doczekaliśmy się dzieła, w którym osiemdziesięcioletni myśliciel religijny zbiera jakby swój intelektualny dorobek. Jest tam o prawosławiu i powszechności zbawienia, czyli Bożym miłosierdziu bezgranicznym, ale zgoła nie tylko o tym. To w rozmowie z publicystką filozoficzną zbiór odpowiedzi na wszystkie bodaj pytania, które stawia sobie i swojemu Kościołowi katolik dzisiejszy. Od aborcji czy in vitro do problemów o wiele starszych i bardziej podstawowych, jak na przykład tak zwany grzech pierworodny. Także nieśmiertelny konflikt między religią a nauką czy po co nam w ogóle Kościół nieraz nieznośny? Nie starczy sam Pan Bóg?
Hryniewicz myśli bardzo śmiało, nie boi się także teraz, ale dalej nie goni za publicystycznym efektem. Jest mędrcem. Oraz misjonarzem: jego wizja katolicyzmu stale poszukującego i naprawdę współczującego, miłosiernego nie odrzuca jak to i owo, co tak często widać u nas i słychać.
Napisałem o misjonarstwie, bo zresztą owe „OMI” przy nazwisku autora to znak zgromadzenia zakonnego, do którego ksiądz Wacław należy: misjonarzy oblatów Maryi Niepokalanej. A tamte trzy litery to skrót odpowiednich słów łacińskich, ale kojarzą mi się również z innym zakonem mającym również w nazwie ową wiarę w Niepokalane Poczęcie, mianowicie marianów (MIC). Oni jednak gorzej traktują swoich ludzi - myślę o księdzu Bonieckim - niż OMI, bo gdy Hryniewicz podpadł watykańskim cenzorom, jego polski zwierzchnik zalecił mu. aby się ze swoich wypowiedzi wycofał, ale nie nalegał, kiedy autor odmówił. Są najwyraźniej zakony różne.
Oraz coś o Wacławie Oszajcy SJ.
Głośne myślenie
W drodze do piekła
Jonasz
Zakon Kaznodziejski, którego członkowie dominikanami są nazywani, niezrozumiały dla mnie jest, nie tylko dla mnie. Psami Pańskimi zwą się własnym żartem („Domini canes”) i nic w tym nie byłoby gorszącego, gdyby nie to, że szczekają nie na wrogów Kościoła. Na samą tę wspólnotę, instytucję przecież przez Boga założoną.
Obudziłem się o trzeciej nad ranem i dalej zasnąć nie mogłem. Przygotowaną miałem przy łóżku poważną lekturę, czyli poznańskiego miesięcznika numer wrześniowy. Zajrzałem - i nocy czarnej doznałem. Inny zakonnik, z Towarzystwa zwanego przez siebie Jezusowym, żarty pseudodowcipne robi. Jezuita, ksiądz Wacław Oszajca, z samego swojego Kościoła najwyraźniej sobie pokpiwa.
Zatytułował swój artykuł „Nie lubię Franciszka”. O papieża obecnego oczywiście mu chodzi. Sprawa jakiegoś gustu, czyli raczej nie doktryny jako takiej, ortodoksji. Choć tu poważni specjaliści miewają problemy, bo ten Ojciec Święty nieraz w słowach swych licznych nieostrożny jest, dla ludzi Kościoła za surowy, dla różnych grzeszników za miłosierny. Ale ojcu Oszajcy o to bynajmniej nie chodzi.
Najgorsze jest to, iż udaje, iż chodzi mu o sprawę wielką i świętą. Niech będzie jeden cytat. „Nie lubię Franciszka, bo choć wciąż namawia młodzież, by rozmawiała z dziadkami, a jednocześnie, nie wiadomo dlaczego, pomija rodziców, to jednak w kazaniu na Błoniach - nota bene dziwnym, ale o tym potem - mówi, że nasz Ojciec «sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i dobrymi» (Mt 5,45). To prawda, ale przecież w Biblii znaleźć można inne cytaty, bardziej, że tak powiem stosowne, jeśli chce się młodych ostrzec przed grzechem i jego konsekwencjami w dorosłym życiu. Tymczasem papież, zamiast wzywać do pokory i posłuszeństwa, mówi, że nasz Ojciec «zachęca nas do prawdziwej odwagi, byśmy byli silniejsi niż zło, kochając wszystkich, nawet naszych nieprzyjaciół”. Owszem, ale miłości winna towarzyszyć roztropność. Młodzi powinni być raczej uczuleni na opinię innych, na zdanie starszych, niż zachęcani do twardego chodzenia na własnych nogach. I bez tego mamy z młodymi same kłopoty”. To tylko maleńka próbka jezuickiej ironii. Jakby przedrzeźniania takiego niezmordowanego obrońcy Kościoła i wiary, jak Tomasza Terlikowskiego. Ironii gryzącej, ale czy autor wie naprawdę, kogo kąsać jako sługa Kościoła powinien.
W tymże numerze „W drodze” z kolei historyk, adiunkt Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Anna Zajchowska, o kulcie relikwii opowiada. Już samo motto, cytat z „Krzyżaków” Sienkiewicza na temat relikwilijnego oszusta Sanderusa, piękną religijną sprawę po trosze ośmiesza.
Ludzie kochani, „co wy robicie, dla was to jest igraszką, nam idzie o życie”: jak tu mogłem nie zacytować arcybiskupa gnieznieńskiego Ignacego Krasickiego.

08:37, jan.turnau
Link Komentarze (62) »
niedziela, 04 września 2016
Od dziś co tydzień, Pisanki również na wideo
17:20, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
Iść i świecić: Matka Teresa z Kalkuty. Ekumenia w kraju jak obwarzanek

Księga Mądrości 9,13-18
Psalm 90,3-6.12-14.17
List do Filemona 9b-10.12-17
Ewangelia Łukasza 14.25-33
Fragment Biblii pierwszy jest raczej melancholijny: „Któż z ludzi rozeznał zamysł Boży albo któż pojmie wolę Pana? (..) Śmiertelne ciało przygniata duszę i ziemski namiot obciąża rozum pełen myśli. (...) Któż poznał Twój zamysł, gdy nie dałeś Mądrości, nie zesłałeś z wysoka Świętego Ducha swego?” Ale koniec zamyślenia  optymistyczny: „I tak ścieżki mieszkańców ziemi stały się proste, a ludzie poznali, co Tobie miłe, i zostali ocaleni przez Mądrość” Tekst oczywiście starotestamentalny, ale Nowe Przymierze już u bram: autor jakby przewidział, że nastąpi ostateczne oświecenie religijne, któremu na imię Jezus z Nazaretu. A potem zesłany zostanie Święty Duch, w którym chrześcijanie rozpoznają potem Trzecią Osobę Trójcy. Mądrość jest tutaj jakby Synem i Duchem.
Ale tę mądrość, mądrość serca, jak ją nazywa Psalm 90, niełatwo pojąć. Nie tylko tę teologię, doktrynę, ale i duchową praktykę. Łukasz, choć nie Hebrajczyk, powiada tutaj ostro ze wschodnią przesadą: „Jeśli ktoś przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za mną, ten nie może być moim uczniem”. Najważniejsza ta nienawiść do własnego Ego, które chce być zawsze najważniejsze.
Spokojny w swojej prostocie komentarz stanowią wersety Pawłowe: zwyczajna prośba do właściciela zbiegłego niewolnika, by przyjął go łagodnie, wręcz wyzwolił, uczynił swoim przyjacielem. Apostoł jest wymagający: prosi o gest w tamtym ustroju raczej niebywały, ale a autorytet, a ów zbieg stał się przecież tymczasem chrześcijaninem. Czy Paweł przewidywał, że w system społeczno-ekonomiczny kiedyś zniknie (prawnie praktyka trwa). Że przyczyni się do ego Dobra Nowina o równości wszystkich ludzi przed Bogiem? W każdym razie zakwestionował system duchowo.
Ustrój trudno zmienić, ale można nie trzymać go się osobiście. „Iść i świecić” – napisał Adam Asnyk w języku Ewangelii.
Dzisiaj w Kościele rzymskokatolickim dzień osoby świecącej niby słońce. Do internetowego wydania „Magazynu Świątecznego” napisałem o niej tak.
„Głośne myślenie
Teresa od chrześcijańskiego badziewia
Jonasz
Kolega mój bardzo dobry z „Wyborczej” Edek Krzemień opowiedział mi dowcip genialny: facet pyta kolegę: - Ty jesteś zatem katolik? – Oczywiście! Tylko bez tego chrześcijańskiego badziewia.
Odpowiedź pasuje jak ulał do księdza Jacka Międlara, ale z powodów wręcz przeciwnych rzypomniała mi się także przed niedzielną kanonizacją Matki Teresy z Kalkuty. Któż to był, chyba każdy wie, ale wiedzę tę uzupełnia wydana właśnie przez „Znak” książka pt. „Matka eresa z Kalkuty. Wezwanie do miłosierdzia”. Opracowanie i komentarz Briana Kolodiejchuka MC (zakon braci misjonarzy miłosierdzia, męska gałąź tamtego Matki Teresy), postulatora, czyli organizatora wyniesienia Matki na ołtarze (przekład z angielskiego: Arkadiusz Belczyk, Tomasz Bieroń, Monika Myszkiewicz...).
Może kogoś lektura ta znudzi, bo to poniekąd hagiografia: tyle, że faktografia trudna do odważenia. Teksty samej świętej oraz kilkadziesiąt świadectw o niej ludzi, których o idealizację nie można posądzić, bo po co im byłaby. W każdym razie ja przeczytałem z wielkim przejęciem. Mianowicie jako bodziec do powstania z kanapy, jak powiada papież Miłosierdzia. Przytomnie zaplanował uroczystość kanonizacyjną na ogłoszony przez siebie rok tej arcycnoty. Co do tego „chrześcijańskiego badziewia”, jakie niektórym katolikom przeszkadza: faktycznie terminy „katolik” i „chrześcijanin” nie różnią się tylko liczbą „odnośnych” wyznawców - chrześcijanie to razem katolicy „rzymscy”, starokatolicy, prawosławni, protestanci, anglikanie. Katolik to jednak też nazwa przynależności wyznaniowej, chrześcijanin – postawy moralnej, a to nie to samo, znacznie więcej. Język potoczny jest nieubłagany.
Na koniec natomiast wiadomość nietruistyczna. Cytat z książki o świętej: „Przechodziła głęboką wewnętrzną próbę, o czym wspomina jeden z jej przewodników: podczas naszych spotkań Matka Teresa zaczęła mówić o próbach, jakich doświadczała w swoim życiu wewnętrznym(...). Byłem pod wielkim wrażeniem tego, jak szczera i naturalna była jej opowieść.” W całkowitej duchowej ciemności przeżywała głęboki niepokój: „Czy była na właściwej drodze, czy też wpadła w sieć złudzeń? Dlaczego Bóg całkowicie ją opuścił? Skąd ta ciemność, skoro dawniej była tak blisko Boga? Musiała prowadzić swoje siostry, uczyć je miłości do Boga i życia w modlitwie, które zostały wymazane z jej własnego życia, bowiem trwała w całkowitej pustce. Czy stała się niegodziwą hipokrytką, opowiadającą innym o Bożych tajemnicach, które całkowicie zniknęły z jej serca?”. A  czarne noce to niedole mistyków, ale jej? Myślałem, że ludzi podobnego czynu omijają raczej takie nieszczęścia.
Matka Teresa Największa.”
A teraz trochę o ekumenii i to polskiej. Okazją do tematu są środowe wybory w Polskiej Radzie Ekumenicznej.
Polscy chrześcijanie nierzymskokatoliccy już od 70 lat mają taką wspólną organizację. W skład jej wchodzą obecnie Kościoły: Chrześcijan Baptystów w RP,  Ewangelicko-Augsburski (luterański) w RP, Ewangelicko-Metodystyczny w RP, Ewangelicko-Reformowany w RP, Polskokatolicki w RP, Starokatolicki Mariawitów w RP, Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny. Nie należą do Rady między innymi dość liczni jak na polską statystykę wyznaniową zielononoświątkowcy oraz adwentyści.
Co pięć lat zmieniają się władze PRE, jej zarząd i komisja rewizyjna. Ostatnio przez lat 15 Radą kierował jako prezes prawosławny arcybiskup wrocławsko-szczeciński Jeremiasz (Jan Anchimiuk), profesor biblistyki, były, również długoletni rektor uczelni tych wyznań, Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Jego miejsce zajął wczoraj zwierzchnik polskich luteranów, biskup Jerzy Samiec.
Luteranie są drugim co do wielkości wyznaniem nierzymskokatolickim w Polsce, jest ich obecnie około 70 tysięcy, głównie na Śląsku Cieszyńskim. Najwięcej jest prawosławnych, powyżej 500 tysięcy, przede wszystkim na Podlasiu. Albowiem Polska wyznaniowo jak obwarzanek jest..
Tyle informacji podstawowych, a teraz trochę innych, dotyczących również tamtego spotkania polskich chrześcijan. Zresztą reprezentantów nie tylko tej religii: był i naczelny rabin Polski Michael Schudrich, przemówił ciepło i zabawnie. Oczywiście - to już kościelna poprawność - zjawił się także przedstawiciel rzymskokatolickiej większości, sekretarz Episkopatu bp Artur Miziński; szkoda, że nie sam przewodniczący, abp Stanisław Gądecki, ale już taka jest ludzka obyczajowość, że olbrzym nie za bardzo dowartościowuje karzełki wysyłaniem do nich posła najwyższej rangi.
Co do personaliów jeszcze, to napiszę, co o władyce Jeremiaszu powiedział wtedy nowo wybrany szef PRE, wyjmując mi to z ust: że ten człowiek ma w sobie to coś, co czyni go znakomitym przywódcą tak zróżnicowanego wewnętrznie środowiska: ma w sobie niezwykły spokój, dobroć; mówi raczej cicho, ale dlatego dobrze go słychać. Myślę, że ma niebywałą kulturę wewnętrzną.
Z wystąpienia biskupa Samca odnotuję również opinię, że w PRE naprawdę toczy się dialog. Nie chodzi o to, żeby unikać tematów trudnych, ale aby dyskutować bez posądzania innych o złe intencje. Kościoły muszą być jednak odważne, nie przejmować się nadmiernie strachami (ksenofobijnej) większości, odważnie wskazywać  na przejawy dyskryminacji. Pasuje mi to do nieoptymistycznych myśli z okolicznościowego (70 -lecie) referatu emerytowanego biskupa metodystycznego Edwarda Puśleckiego. Po początkowym zapale ekumenizm u nas wyluzował, toczy się siłą rozpędu. Owszem, są dwa wspólne listy pasterskie, o wolnej niedzieli i uchodźcach, ale trzeci o małżeństwach mieszanych, posłany do zatwierdzenia do Watykanu, ugrzązł tam na długo, choć był wzorowany na akceptowanym włoskim. Co do mnie, podejrzewam, że „leżakuje” w jakiejś dykasterii, w której nie trawi się także Franciszka z  Argentyny. Ale pokrzepiły mnie życzliwe słowa biskupa Puśleckiego o zielonoświątkowcach (choć Kościoły te trzymają się raczej z daleka, bo metodyści należą teraz faktycznie do tak zwanej pierwszej reformacji, innej od tej dwudziestowiecznej duchowo), którym, póki co,  niedana jest do Rady przynależność.

08:52, jan.turnau
Link Komentarze (88) »
Archiwum