Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
wtorek, 30 września 2014
Znowu coś o aborcjiKsięga Hioba 3,16

„Czemu nie byłem ukryty jak płód poroniony lub jak niemowlęta, które nie ujrzały światła?”
Przekład Ekumeniczny 11 Kościołów polskich i Towarzystwa Biblijnego w Polsce.
Rozumiem, że wybranie z przepisanego na dzisiaj fragmentu tej księgi genialnej jedynie zdania na temat ciąży wydać się może nieco obsesyjne, niemniej zaryzykuję. Wynika z tego zdania chyba fakt skądinąd bezsporny, że w pojęciach starożytności, w każdym razie żydowskiej, życie ludzkie zaczynało się zgoła przed urodzeniem. Niemniej autorytet kolosalny przez długie wieki, czyli Arystoteles głosił, że embrion męski otrzymuje duszę w dniu 40., a żeński w 80. po poczęciu, dlatego aborcja wcześniejsza nie miała w chrześcijaństwie (w każdym razie zachodnim) bezdyskusyjnie rangi zabójstwa. „Encyklopedia Katolicka” informuje, że wśród średniowiecznych kanonistów kanonicznych byli i tacy, którzy nie uważali tak wczesnej ingerencji za zabójstwo, chociaż zawsze za czyn niemoralny. Sprawa duszy ludzkiej wygląda już dzisiaj w teologii w ogóle inaczej: człowiek jest cielesno–duchową jednością od poczęcia (a rozwój osobniczy kobiety nie różni się od męskiego...), niemniej twierdzić by można, że dzisiejsze różnicowanie prawne kwalifikacji aborcji ma jakieś uzasadnienie w historii myśli religijnej na ten temat, w owej opinii Arystotelesa. Embrion to jednak nie płód. Czym innym jest natomiast etyka chrześcijańska, bardziej wrażliwa, która życie ludzkie w każdym okresie jego rozwoju uważa za szczególną wartość. Ale to nie może być prawo dla wszystkich obywateli w społeczeństwie myślowo zróżnicowanym.

20:25, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 29 września 2014
Michałowie, pogromcy szatanów. Papież Franciszek, demonolog zuchwały. Szatan to po prostu my sami?

Księga Apokalipsy 12,7-12a
„Nastąpiła walka na niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale nie przemógł i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło. I został strącony wielki Smok (...) I usłyszałem doniosły głos mówiący w niebie: - (...) A oni zwyciężyli dzięki krwi Baranka i dzięki słowu swojego świadectwa i nie umiłowali dusz swych aż do śmierci. Dlatego radujcie się, niebiosa oraz ich mieszkańcy.”

Bohaterowie tego militarnego obrazu to najpierw Smok. Mityczny potwór, po grecku „drakon”, po hebrajsku „Lewiatan”, „Rahab”; w myśli asyryjsko–bobailońskiej to bóstwa pierwotnego chaosu, w księgach starotestamentalnych symbole potęg kosmicznych, nad którymi Jahwe panuje. W apokalipsie nowotestamentalnej to natomiast szatan, główny reprezentant wszystkich sił demonicznych. Potem w pojęciach chrześcijańskim to symbol zła rozmaitego, gdy zatem wspominam solenizantów dzisiejszych, to przypisuję im role bojowe: osobliwie księdzu Michałowi Czajkowskiemu funkcję szczególnego bojownika z szatanem tępego antysemityzmu. Oraz zwracam uwagę na rodzaj oręża, jakim walczyli zwycięsko tamten Michał i jego żołnierze: była to krew Baranka, a walczył On krzyżem, nie mieczem, niełatwą do realizację receptę uczniom swym przez to dając.
W pewnym sensie egzorcystą jest nawet każdy chrześcijanin, tyle że diabłem dla niego jest paskudztwo moralne wszelakie, a opętanym nim nie tyle (tylko) człowiek rzucający się po wariacku, okropnie przy tym bluźniący. To raczej demoniczni satrapi, których jest pełna historia, nie tylko zupełnie najnowsza; po trosze też działacze partyjni, do gnomów złośliwych podobni. Również wszystko, co dobro moralne niweczy, każde tsunami w relacjach, co rodzaj ludzki łączą. Papież Franciszek demonologiem jest twardym, a jakże, bo o smoczych przewrotnych działaniach bynajmniej nie milczy, choć widzi je raczej poza psychiatrycznym kontekstem.
Aniołów i diabłów nie ma, to tylko obrazy literackie? Można by wszystkich posłańców Bożych za Jego moce zwyczajne uważać, ale co z aniołami Smoka? Może jest tylko jeden potężny, ale jakiś być musi. W człowieku siedzi najgłębiej, tak że jest jego osobą ? Straszny to o nas ludziach, arcypesymistyczny pogląd.Napisało mi się do”MiŚ-a” felietonik poniższy.
Głośne myślenie
Tischner zawsze był taki
Jonasz
Zanim zacząłem czytać nową książkę tego myśliciela, wydawała mi się niekonieczna. Lektura raczej dla tischnerologów, tych, co chcą wiedzieć o swoim Temacie wszystko, niczego nie przegapić. Zadanie oczywiście słuszne, jednak nie dla zwykłych czytelników. Owszem, trzeba było wydać nawet lakoniczne notatki papieża, niech będą też podobne innego klasyka, choć nie został nawet sufraganem - ale to nie dla ludzi.
Mea culpa. Kto choć trochę ceni tischnerowe pisarstwo, z ciekawością przeczyta, od czego się zaczęło, jakie były jego korzenie. Jego dziennik to nie jakieś przyczynki, drobiazgi. To prawdziwe juwenalia bez takich ambicji literackich, jak młodzieńcza twórczość Karola Wojtyły, ale równie interesujące. W kim się kochał, to może o nim plotki raczej tabloidowe, ale nie to, jak doszedł do kapłaństwa i to takiej miary. Jak pokonał opory wobec instytucji i jej przyziemnych pryncypiów, to przecież wiedza zgoła niebagatelna. Że był to katolicyzm od zawsze krytyczny. Że Tischner zawsze był taki: nigdy nie służący Kościołowi tanią propagandą, zawsze autentycznym świadectwem myślowym.
Marianowi Tischnerowi, bratu, i Wojciechowi Bonowiczowi, znawcy tego pisarstwa znakomitemu (przedtem była jego pióra biografia doskonała), a także wydawnictwu ZNAK za tę lekturę serdeczne Bóg zapłać.
„Tischner. Dziennik 1944-49. Niewielkie pomieszanie klepek”. Kraków 2014. Stron 314.

13:49, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
niedziela, 21 września 2014
Jego myśli nie nasze. Ewo, brawo!

Księga Izajasza 55,8
„Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami - mówi Pan.”
Niełatwo to przyjąć do wiadomości, ale bez tego jakakolwiek teologia, także ta prywatna każdego chrześcijanina – ani rusz. Bóg jest niepojęty albo nie ma Go wcale. Inaczej byłby najwyżej pogańskim bałwanem.
Lektura: ostatni numer „Kontaktu”. W tym doskonałym kwartalniku młodzieży z warszawskiego KIK-u skądinąd współredaktorka „Więzi” Ewa Karabin napisała przejmujący tekst o różnych zmianach wyznania: u luteraninie, co został katolikiem, i o dwóch katolikach, co przystali do chrześcijan ewangelikalnych. Wszyscy zrobili to po to, by być bliżej Boga. Ewo, brawo!
Wyjeżdżam bez komputera na tydzień, najbliższy wpis 29 września, w święto wszystkich miłych Michałów.

20:18, jan.turnau
Link Komentarze (66) »
sobota, 20 września 2014
Całkiem inaczej

20 września 2014
1 List do Koryntian 15,35-37.42-49
„Powie ktoś: a jak zmartwychwstają umarli, w jakim ukazują się ciele? O, niemądry!”.
Dalej Paweł tłumaczy, że będzie to ciało duchowe, czyli niezniszczalne, „chwalebne”, mocne. Ale konkretnie – jakie? Otóż nie ma co tak pytać, bo tego ukonkretnić się teraz nie da: nasze pojmowanie rzeczywistości jest trójwymiarowe, albo i cztero, jeżeli doliczyć czas – a tu chodzi o rzeczywistość nową absolutnie, inność nad innościami. „Totaliter aliter”, jak wyjaśnił do rymu ktoś z tamtego świata w genialnej legendzie średniowiecznej.

15:49, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
W różnych sprawach różnie słusznych: Lemański itp., Schetyna...

Wpis na piątek 19 września 2014
Psalm 17,1.3.
„Rozważ, Panie, słuszną sprawę, usłysz moje wołanie, wysłuchaj modlitwy moich warg nieobłudnych.”
A ta sprawa słuszna to niedola duchownych rozmaitych polskich. Adama Bonieckiego, Wojciecha Lemańskiego ale także tych wszystkich, co swoimi podglądami odstają od średniej krajowej katolickiej. Nie wszystkim zamknięto usta wyraźnym zakazem, wystarczą czasem miny paskudne, by uznali za wskazane poskromienie swego języka. Oportunizm to czy też zwyczajna roztropność, nie łatwo mi sądzić, Ty, Boże, wiesz lepiej, daj księżom wszystkim kolegów i szefów na ich duchową miarę. Co do Lemańskiego, jego przeciwnikom dedykuję takie moje wspomnienie. Otóż na jakimś zgromadzeniu księży archidiecezji lubelskiej pewien ksiądz tamtejszy zażartował sobie na temat obecnego tam arcybiskupa Życińskiego bardzo złośliwie: „Wszędzie słychać arcybiskupa. Otwieram radio – jego głos, otwieram inną rozgłośnię – to samo, otwieram telewizję jedną, drugą – jego obraz i głos. W końcu otwieram tabernakulum – i zaskoczenie: nie ma arcybiskupa Życińskiego …” Arcybiskup śmiał się wraz z całą salą i oczywiście nie ukarał śmiałka. Biskup ma podobno pełnię kapłaństwa, musi mieć także inną pełnię: poczucia humoru na punkcie własnej osoby. Mówiąc ogólniej: samokrytycyzmu.
Polityka nie moja specjalność, ale dziś nowy rząd pochwalić muszę. Za przyjęcie do rządu Grzegorza Schetyny. Źle o nim mówią, o jego charakterze: nie znam, nie wiem, najwyraźniej jednak są różne zdania. O jego administracyjnych kompetencjach nie słyszałem poza tym źle: ministrem był raczej dobrym. Najważniejsze jednak, że siła w jedności. Platforma Obywatelska przegra wszystko, gdy będzie dalej wewnętrznie rozbita. Zwyciężył Duch Święty albo jak kto woli - elementarny zdrowy rozsądek! Amen!

15:49, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 września 2014
Hej młodzi, hej młodzi...

Psalm 148,11-13
„Królowie ziemscy i wszystkie narody, władcy i wszyscy sędziowie tej ziemi, młodzieńcy i dziewczęta, starcy i dzieci niech imię Pana wychwalają.”
Niech chwalą Go wszyscy, bo wszystko dobro, które się dzieje na przekór ogromowi zła, to jest On sam. Tyle, że namówić ich do tego chwalenia nie tak łatwo. Władcy niektórzy nawet powiadają, że Go kochają, ale mało który nie tylko tak mówi, czyni na dodatek. Starcy niektórzy zawdzięczają swym latom powrót do Kościoła, bo z wiekiem słabną emocje, także te negatywne, (choć mamy też przysłowie, że w starym piecu pali diabeł). Dzieci jak to dzieci, na ogół jednak wierzą rodzicom, a ci wiadomo, że sami wierzą, iż On jest, albo i nie wierzą, a jeszcze ich mniej wierzy Kościołowi, słyszy w nim Jego głos wśród szumów zgoła nieświętych. A młodzieńcy i dziewczęta? Najpierw wyjaśnienie, skąd są dzisiaj w liturgii: mamy dziś tam dzień polsko-młodzieżowy, albowiem poświęcony jest pamięci świętego Stanisława Kostki, co umarł młodo, a żył bardzo mądrze (święto swe miał kiedyś później, w listopadzie). Więc teraz hasło: hej młodzi, hej młodzi, wam Kościół nie zaszkodzi! Obyście tylko trafili w nim na przewodnika, który ujmie was swoją duchową klasą, szerokością poglądów i takiegoż serca.

16:54, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
środa, 17 września 2014
Nie być cymbałem. Wystarczy miłować

1 List do Koryntian 12,31-13,13
„Zabiegajcie więc o większe dary. A ja jeszcze doskonalszą drogę wam wskazuję.
1. Choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się miedzią, co dźwięczy, lub cymbałem, co brzęczy.
2. I choćbym miał proroctwo i znał tajemnice wszystkie, i miał wszelkie poznanie, i gdybym miał całą wiarę tak, iżbym góry przestawiał, a miłości bym nie miał, niczym byłbym.
3. I gdybym rozdał wszystko, co posiadam, i jeślibym wydał ciało swoje na pastwę płomieni, a miłości bym nie miał, nic mi to nie da.
4. Miłość jest pełna cierpliwości i pełna dobroci jest miłość, nie jest zazdrosna, nie jest wyniosła, nie nadyma się [miłość].
5. Nie czyni nic nieprzystojnego, nie szuka swego, nie wpada w gniew, nie obmyśla nic złego.
6. Nie raduje się z niesprawiedliwości, ale współraduje się prawdą.
7. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, zawsze ma nadzieję, wszystko wytrzymuje.
8. Miłość nigdy nie ustaje. Bo czy to proroctwa – przeminą, czy to języki – zamilkną, czy to wiedza – przeminie.
9. Bo cząstkowe jest nasze poznanie i cząstkowe prorokowanie.
10. A gdy przyjdzie to doskonałe, to cząstkowe przeminie.
11. Gdy byłem dziecięciem, mówiłem jak dziecię, myślałem jak dziecię, rozumiałem jak dziecię, a gdy mężem się stałem, przeminęło to, co dziecinne.
12. Albowiem teraz widzimy jak w zwierciadle, zgadując, wówczas – twarzą w twarz; teraz poznaję częściowo, a wówczas poznam, tak jak i zostałem poznany.
13. Teraz trwa wiara, nadzieja, miłość, te trzy, lecz większa z nich jest miłość.
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Czemu miłość jest największa? Apostoł sugeruje, że na tamtym świecie wiara zdezaktualizuje się, bo stanowi poznanie tylko częściowe, a tam będzie pełne (trzeba może rozjaśnić porównanie ze zwierciadłem: lustra starożytne nie były tak dokładne, jak dzisiejsze, robiono je najczęściej z polerowanego metalu). Paweł nie mówi wyraźnie, że również nadzieja przestanie być potrzebna, bo urzeczywistni się to, czego dotyczy, ale może i to ma na myśli. Zwracam uwagę na jeszcze jeden Pawłowy argument: już na tym świecie tamte cnoty się weryfikują. Co to za wierzący i „nadziejący”, którzy postępuje wbrew temu, co deklaruje? Jest cymbałem brzęczącym! A to sprawa bardzo istotna, bo można pójść myślą dalej i zapytać, co z ludźmi, którzy miłość uprawiają naprawdę, choć mówią, że nie wierzą ani nadziei nie mają. Chrześcijaństwo chyba już dojrzało do przekonania, że właśnie miłość jest największa, czyli stanowi w ocenie człowieka kryterium decydujące. Pisałem o tym 11 września, o jakiejś takiej wierze „impilicite”, która do zbawienia wystarczy aż nadto.

Na koniec felieton zaplanowany do „Metra”.
Cudze buty papieża Franciszka
O niebywałym papieżu Franciszku wiadomości nigdy dosyć. Zaskakuje nas ciągle swoimi śmiałymi pomysłami, łamaniem utwierdzanych przez wieki przyzwyczajeń. A że pamięć nasza krótka, zapominamy o niedawnych nowościach.
Doczekaliśmy się na jego temat uroczej książeczki. Grzegorz Polak podtrzymał zbieracką tradycję, która zaczęła się od papieskiego imiennika z Asyżu: pod nazwą kwiatków zebrano najpierw niekonwencjonalne słowa i zachowania tamtego średniowiecznego świętego. Po Biedaczynie przyszła kolej na dwóch papieży sypiących dowcipami: Jana XXIII i Jana Pawła II, no i właśnie teraz na Biedaczynę XXI wieku. O jego pogardzie dla luksusu grzmią media wszelakie, nie wszystkie jednak wiadomości o jej pikantnych objawach docierają do bardzo zainteresowanych. Na przykład wyżej podpisany nie wiedział jakoś, że Franciszkowe buty pontyfikalne nie tylko nie są zgoła watykańskie: nie są nawet genetycznie duchowne. Biskup Bergoglio otrzymał je od wdowy po argentyńskim działaczu związkowym!
A książkę wydała prześlicznie Fronda pod tytułem „To ja, papież Franciszek. Anegdoty o Ojcu Świętym” (współpraca autorska Aleksandry Bajki). Ojcu nie mniej świętym niż poprzedni kwiaciarze, już teraz wszyscy na ołtarzach błyszczący.

12:47, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
wtorek, 16 września 2014
Prorocy, hej prorocy... Biskup Czaja, polski gołąb

1 List do Koryntian (12,12.14, 27-31a)
W tych słowach Pawłowych widzimy strukturę Kościoła dużo bogatszą niż teraz: „Ciało bowiem to nie jeden członek, lecz liczne członki. Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi członkami. I tak ustanowił Bóg w Kościele najprzód apostołów, po wtóre proroków, po trzecie nauczycieli, a następnie tych, co mają dar czynienia cudów, wspierania pomocą, rządzenia oraz przemawiania rozmaitymi językami.” Na początku było inaczej, teraz jest praktycznie podział dychotomiczny: hierarchia i wierni. Warto tylko wiedzieć, że zakonnice nie należą też do hierarchii, podobnie jak zakonnicy, jeśli nie są księżmi. Wracając do tego, co było i co jest: w Kościele pierwotnym, w każdym razie w tym ujęciu Pawła, dar rządzenia nie był wcale najważniejszy; był w ogóle jednym z wielu, podobnie jak ten charytatywny albo ów prorocki. Prorocy (czyli nie tyle wizjonerzy przyszłości, ile ostro krytyczni analitycy teraźniejszości) bywają i dzisiaj, ale w wielkiej cenie nie są, rządzący nie kochają ich zgoła. Chce mi się zaraz napisać, że wtedy była kościelna demokracja, dzisiaj jakby wciąż feudalizm: to może byłaby przesada, na tak zwanym Zachodzie rzymskokatolickim wolność słowa przecież panuje, kościelna krytyka raczej nie ma granic. Niemniej tu u nas, nad Wisłą i Wartą? Obroty sprawy księdza Bonieckiego oraz Lemańskiego ukazują obraz Kościoła rządzonego bardzo autorytarnie. Może i usprawiedliwione trochę to było za stalinowskiej „komuny”, kiedy mój tutejszy Kościół miał prawo czuć się oblężoną twierdzą, którą trzeba dowodzić niemal jak wojskiem, ale dzisiaj?
Do „Magazynu Świątecznego” „GW” napisałem na podobny temat felieton poniższy. Głośne myślenie
Biskup o sercu gołębia
Jonasz
Tomasz Ponikło zrobił dla Wydawnictwa WAM książkę bardzo ciekawą. Pod tytułem „Szczerze o Kościele” porozmawiał o wielu takich sprawach z biskupem opolskim Andrzejem Czają.
Opole to w geografii episkopalnej Polski miejsce szczególne. Długie lata rządził tamtejszą diecezją arcybiskup Alfons Nossol, postać w gronie polskiej hierarchii niezwykła. Scharakteryzuje go może najkrócej powiedzenie, że jest to duchowny zachodnioeuropejski. Różniący się od naszej średniej krajowej umysłem bardziej szerokim, otwarciem na inne wyznania chrześcijańskie, też w ogóle na myślową inność. Czy z tego powodu, że czuje się Ślązakiem, czyli człowiekiem tego pogranicza polsko-niemieckiego? W każdym razie był i jest kościelnym gołębiem, czyli od ataku woli spokojną rozmowę.
Był dobrze się zapowiadającym pracownikiem naukowym KUL-u, nie spieszno mu było do biskupiego awansu, prymas Wyszyński musiał go d tej roli mocno przekonywać – zgadzając się, stworzył precedens. Gdy przeszedł na emeryturę, przyszedł po nim również Ślązak, również teolog z Lublina, o myślowych skłonnościach podobnych. Także od jastrzębiej postawy daleki.
W ostatnim, jesiennym już numerze kwartalnika „Więź”, gdzie w ogóle do czytania mnóstwo, tamtejszy naczelny Zbigniew Nosowski wynotował celnie niektóre myśli tego hierarchy w kierownictwie mojego polskiego Kościoła jakoś mało widoczne. Ja sam rozreklamuję podobne: „Nie wolno nam myśleć o świecie na zasadzie antagonizmów. Jest nam zadany każdy człowiek, a wciąż mamy problem z wyjściem do człowieka. (...) Niekiedy zamiast wyjść do świata ustawiamy się w pozycji arbitra. Chcemy dokonywać osądów, niczego nie dając z siebie. Tymczasem potrzeba podejścia dialogowego i współpracy z ludźmi dobrej woli”. Biskup zaznacza zaraz dalej, że „istnieją sytuacje, w których jedynie słusznym postępowaniem jest polemika ze światem, nawet bardzo ostra polemika. Kościół nie może ulegać światu”, ale wypowiada też potem zdania o „spiskowych teoriach dziejów, a nawet o swoistej psychozie bycia atakowanym”. Nosowski wypatrzył wręcz stwierdzenie, że w „Polsce po 1989 r. nie nastąpił żaden zmasowany atak na Kościół”, a „iluż z nas pozostało na pozycji Kościoła walczącego, ilu tropi wroga, żywi się zawiścią.” Ja wypatrzyłem inne: „Dlatego nie ma co wyklinać ludzi zgrupowanych wokół Janusz Palikota. Oni też są Kościołowi, są nam zadani.”
W książce jest też dużo roztropnych, wyważonych zdań o tak zwanych sprawach konkretnych, na przykład o ustawie antyaborcyjnej, którą przecież inni biskupi chcą jeszcze zaostrzyć. W sumie książka pocieszająca: są zatem w Polsce tacy hierarchowie. Szkoda jednak, że ton nadają jastrzębie.
PS. A w tym numerze „Więzi” także przykład dialogu. Spokojna dyskusja na temat praw człowieka między ludźmi z różnych parafii: Adamem Bodnarem, wiceprezesem Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, ekspertem Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej, a wiceministrem sprawiedliwości, członkiem Zespołu Ekspertów Konferencji Episkopatu Polski ds. Bioetycznych, Michałem Królikowskim. Brawo!

15:57, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 15 września 2014
Matka boleściwa

Ewangelia Łukasza 2,33-35
„A ojciec Jego i matka zdumiewali się tym, co mówiono o Nim. I błogosławił im Symeon, i rzekł do Marii, matki Jego: - Oto Ten jest położony na upadek i powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu przeciwstawiać się będą, a twą własną duszę miecz przebije, aby zostały odsłonięte zamysły wielu serc.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Scena ze Świątyni, w które rodzice Jezusa wykupili Go jako pierworodnego. Poznanianka zauważa, że „ewangelista pomija wykupienie Jezusa, pisze natomiast o ofiarowaniu Go Bogu, jak gdyby chciał zaznaczyć, że od samego początku Zbawiciel oddany został na służbę Bożą i tę służbę pełnił w charakterze kapłana. Szczytowy moment tej służby nastąpi na Golgocie, gdzie Jezus – Najwyższy Kapłan – złoży samego siebie Bogu w ofierze za grzechy całego świata i w ten sposób wypełni swoją zbawczą misję.”
Ofiara Jezusa za nasze grzechy to wielki problem osobny, który powinienem często wyjaśniać, tu jednak zajmę się Jego matką, w katolickie święto Najświętszej Maryi Panny Bolesnej, w dzień po uroczystości Podwyższenia Krzyża. Rodzice zdumiewali się słowami owego proroka Symeona, że Jezus będzie „światłością dla objawienia narodom i chwałą ludu Bożego, Izraela”. Wiedzieli, że ich dziecko jest całkiem niezwykłe, ale widać nie dość jasno. A matkę Symeon uprzedza również o dramacie, który przeżyje, ona, symbol macierzyńskiego dramatu.
Jezus będzie znakiem sprzeciwu, jak jednak zauważył ktoś przytomny, nie tyle On im sprzeciwiał się będzie, ile oni jemu. Albowiem będzie On symbolem oporu bez przemocy.

16:22, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 14 września 2014
Rzeczywiste podwyższanie krzyża

List do Filipian 2,6-11
„Chrystus Jezus, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogłosił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w tym, co zewnętrzne, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg wywyższył Go ponad wszystko i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych, i aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem ku chwale Boga Ojca.”
Trudny tekst, trudny hymn, bo tak go należy rozumieć. Jakby kwestionujący centrum teologii chrześcijańskiej, czyli wiarę, że Jezus z Nazaretu był naprawdę, rzeczywiście, w pełni Bogiem i człowiekiem. Bo przecież czytamy, że stał się „podobny do ludzi”, czyli jednak nie człowiek. I „uznany za człowieka w tym, co zewnętrzne”, czyli wewnątrz nim nie był. Mam nieodpartą chęć napisania, że mamy tu najpierwszy etap rozwoju myśli chrześcijańskiej, kiedy to brak było jeszcze właściwych określeń. Ale są ludzie mądrzejsi ode mnie, są bibliści bardziej uczeni, właśnie uczeni: ja ciągle raczej laik. Zatem przyjmuję pogląd mojego mistrza nie tylko zresztą biblistycznego, księdza profesora Michała Czajkowskiego, że „hymn nie dotyka teologicznego problemu natur i nie wkracza na pole dogmatyczne Wcielenia; nie stwierdza, że opuścił On swoją boskość albo że tylko pozornie stał się człowiekiem” (wstęp do tego listu w naszym EPP)... No i może potrzebne wyjaśnienie Biblii Poznańskiej, że „w tym, co zewnętrzne” to w oryginale „schema”: „to, co podpada pod zmysły, co jest postrzegalne zmysłami”.
A czytamy dzisiaj ten tekst, bo mamy święto Podwyższenia Krzyża, ustanowione na pamiątkę odnalezienia tej relikwii przez cesarzową Helenę w wieku IV. Podwyższanie tego znaku to nie żaden triumfalizm, wręcz przeciwnie: to manifestowanie pokory. To dla wszystkich chrześcijan wezwanie, by byli tak posłuszni Bogu, jak Jezus, czyli gdy trzeba, wybierali nawet śmierć. To nie żadne „cierpiętnictwo”, to tylko bohaterska służba innym ludziom, to radykalne niestosowanie przemocy.

09:01, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
sobota, 13 września 2014
Owoc jako kryterium etyczne

Ewangelia Łukasza 6,43
„Nie ma bowiem dobrego drzewa przynoszącego zgniły owoc ani też drzewa zgniłego przynoszącego dobry owoc.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Te słowa Ewangelii inspirują już na szczęście do nowej oceny ludzi spoza własnej wspólnoty religijnej albo i w ogóle spoza jakiejkolwiek religii. Przez długie wieki funkcjonowała zasada: „Poza Kościołem nie ma zbawienia”; dzisiaj już na szczęście wyjęta z doktryny. Co prawda, wyczytałem w ostatnim numerze „Polityki” pogląd prof. Tadeusza Cegielskiego, iż „Watykan stoi twardo na stanowisku, że nie ma zbawienia poza Kościołem”, ale to już właśnie bardzo smutna przeszłość. Sobór Watykański II powiedział przecież w Konstytucji „Lumen gentium” (16): „Ci bowiem, którzy bez własnej winy nie znając Ewangelii Chrystusa i Jego Kościoła szczerym sercem szukają jednak Boga, a Jego wolę poznaną przez nakaz sumienia starają się pod wpływem łaski wypełniać w swoim postępowaniu, mogą osiągnąć wieczne zbawienie. Nie odmawia też Opatrzność Boża pomocy koniecznej do zbawienia tym, którzy bez własnej winy nie doszli jeszcze do wyraźnego poznania Boga, a usiłują, nie bez łaski Bożej, prowadzić uczciwe życie.” Bardzo to ostrożne słowa, ale są. A wielu niewierzących faktycznie nie zna Ewangelii i Kościoła katolickiego, albowiem pokazujemy im ich obraz, który myli okropnie i skutecznie odpędza!
Ewangelia Mateusza w rozdziale 25 przytacza słowa Jezusa: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci najmniejszych, mnieście uczynili”. Wiarę poznaje się po uczynkach i tyle. Wiarę – jak mówią niektórzy teologowie – „implicite”, czyli wyrażającą się w czynach: czasem nawet nie w myślach, bo jest to wiara nawet czasem nieuświadomiona. Ale rzeczywista, taką poznaje się ją po owocach.
A dzisiaj trzydziesta druga „dziennica” rozpoczęcia naszej pracy przekładowej: zaczęła się 13 września 1982 roku w mieszkaniu ks. Czajkowskiego, pamiętam.

08:36, jan.turnau
Link Komentarze (37) »
piątek, 12 września 2014
Kwestia optyczna. Nie bądźmy sektą

Ewangelia Łukasza 6,41
„Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?”
Nasze „ego” to potęga: jak trzeba, to oślepia. Kiedy nas bierze cholera z powodu postępowania bliźnich, popatrzmy na siebie samych: niechybnie zobaczymy, żeśmy może i lepsi, ale w niejednym nie tak bardzo albo i wcale. Etyka a optyka…
PS. Wiadomości kościelne polskie ponure: edukacja seksualna to pedofilia, a rezygnacja z uczęszczania na lekcje religii w szkole to apostazja. Co prawda, ten drugi pogląd został zakwestionowany przez kościelnego eksperta i zniknął z internetu, ale to, że w ogóle komuś zaświtał w głowie, dowodzi, iż instrumentem pedagogicznym dalej jest w opinii niejednego duchownego polskiego po prostu bat. A przecież nie zapędza on do Kościoła, ale z niego skutecznie wypędza! Znajomość psychiki przekornej młodzieży zgoła zerowa!
Krytykuję moją wspólnotę kościelną, bo bolą mnie naprawdę jej błędy. W ostatnim „Dużym Formacie” wstrząsająca opowieść o świadku Jehowy: modlę się, byśmy nie stali się podobną do tamtej religii sektą. Amen.

22:12, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
Sumienie to sam Bóg

Wpis na czwartek 11 września 2014

Psalm 139,13
„Utkałeś mnie w łonie mojej matki”.
Ciąża i jej sztuczne zakończenie: wielki problem sporu chrześcijaństwa z myślą liberalną. Do „Magazynu Świątecznego” „Gazety Wyborczej” napisało mi się coś takiego, co może ukaże się już w najbliższą sobotę.
Głośne myślenie
Sumienie, czyli Bóg
Jonasz
W „Magazynie Świątecznym” ostatnio dwa obszerne teksty na temat aborcji: Michała Łuczewskiego, potem Zbigniewa Szawarskiego. Dodam trochę myśli własnych.
Profesor Szawarski cytuje Konstytucję z roku 1997, stwierdzenie ustawodawcy, że pragnie „na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność, w poczuciu odpowiedzialności przed Bogiem lub przed własnym sumieniem”. Otóż sformułowanie to nie jest dostatecznie precyzyjne, pozwala na traktowanie spójnika „lub” jako czyniącego z tych dwóch poczuć odpowiedzialności jakiejś alternatywy. Wynikałoby zatem z niego, i tak to rozumie Szawarski, że na przykład w sprawie aborcji jedni słuchają Boga, drudzy własnego sumienia.
Otóż według mnie każdy człowiek przytomny dostrzega w głosie sumienia te wartości i przykazania, które uważa za najważniejsze, czyli w istocie - świadomie lub nie - słyszy głos Boga, który jest Dobrem. Każdy, kto wierzy, że jest Bóg, stara się słuchać Jego głosu, jest natomiast kwestia interpretacji owego dźwięku. Oczywiście można Jego istnieje kwestionować, ale wtedy też nie ma alternatywy, bo kto nie istnieje, głosu nie wydaje. Alternatywa brzmi inaczej: albo słucha się głosu Kościoła, jego wykładni etycznej, albo uważa się ją za błędną i idzie się własną drogą. We własnym przekonaniu nie jest to jednak subiektywnie wybór przeciw Bogu. Taki już On jest, milczy albo doradza szeptem zgoła nie teatralnym.
A jeżeli tak, to nie powinienem odsądzać od czci i wiary tych, co mają słuch moim zdaniem gorszy. Mnie sumienie mówi, że nie należy dokonywać aborcji nawet wtedy, gdy ciąża jest wynikiem gwałtu (bo czemu winne jest wtedy dziecko), gdy płód jest poważnie uszkodzony (a już na pewno nie wtedy, gdy jest to na przykład choroba Downa!) i nawet nie wtedy, gdy ciąża zagraża zdrowiu matki (bo utrata zdrowia to nie śmierć). Taki jest mój rachunek wartości moralnych, bo według mnie życie ludzkie jest święte od chwili poczęcia, choć trudno uważać za osobę ludzką już człowieczy zarodek – ale ktoś inny co innego słyszy.
I w sytuacji podobnej polifonii sumień prawo państwowe, czyli tworzone dla wszystkich, nie może być zgodne z głosem sumienia mojego. Owszem, jest coś takiego, jak prawo naturalne, ale jego treść nie jest przecież w tych przypadkach oczywista. Trzeba szukać jakiegoś kompromisu, który nie jest moralną kompromitacją, bo inaczej niemożliwy byłby niejeden prawny paragraf. A oto, co na ten temat napisał był wybitny polski teolog ewangelicko-metodystyczny ks. Witold Benedyktowicz:
„Prawa dziecka rozciągają się również na dzieci poczęte a jeszcze nienarodzone. Przerywalność ciąży jest problemem prawnym, medycznym, społecznym, lecz nade wszystko etycznym. Od chwili poczęcia małżonkom powierzony zostaje « urząd » rodzicielski, zobowiązujący ich do tkliwej troski o płód. Przerwanie życia płodu jest odżegnaniem się od tego « urzędu » rodzicielskiego, « urzędu » ojca i matki, który przez małżonków powinien być przyjęty z wiarą i wdzięcznością, jako dar Boga. Tak samo darem Boga jest nowo poczęte życie; usunięcie płodu jest przeto naruszeniem przykazania « Nie będziesz zabijał » , jest przestępstwem przeciw życiu, którego dawcą jest sam Bóg. Nawet « niezaplanowane » , nieoczekiwane dziecko powinno być przyjęte przez rodziców z radością i wiarą. Prawo świeckie w niektórych krajach dopuszcza przerywalność ciąży, co wszakże wcale nie znaczy, że do niego zachęca. Przesłanki tego prawa są przeważnie natury socjalno-medycznej: uwzględniają liczbę dzieci w małżeństwie, warunki socjalno-bytowe, możliwości utrzymania i wychowania oraz zdrowie, a w szczególnych przypadkach życie matki. Dopuszczenie przerywalności ciąży na drodze aktu prawnego stanowi antidotum na istniejącą praktykę, nieliczącą się z przesłankami socjalno-medycznymi i stanowiącą poważną bolączkę społeczną. Etyka teologiczna musi być w tej dziedzinie bardziej rygorystyczna niż prawo. Nawet w przypadkach « granicznych » (np. zagrożenie życia matki, zapłodnienie w wyniku gwałtu itd.) decyzja przerwania ciąży jest z punktu widzenia etyki teologicznej co najmniej wątpliwa! Wina z powodu przerwania życia płodu ma charakter nie tylko indywidualny, ale i kolektywny, obciąża ona nie tylko matkę, lecz także ojca, który na to przyzwala, lekarza czy położną przeprowadzającą zabieg, wreszcie oskarża ona strukturę społeczną dopuszczającą czy zalecającą wręcz taką praktykę i opinię środowiska, która ją usprawiedliwia. Nie oznacza to bynajmniej rozwodnienia winy indywidualnej przez jej równomierne rozłożenie na współwinnych, lecz ukazuje kontekst społeczny, w który ta wina jest uwikłana a tym samym wskazuje j na sąd Boży nad całą naszą grzeszną rzeczywistością.” „Co powinniśmy czynić. Zarys ewangelickiej etyki teologicznej”. Warszawa 1976.
Tekst miejscami może trochę niejasny, jakże jednak niesztampowym językiem pisany.

22:11, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
środa, 10 września 2014
Szczęśliwi, którzy płaczą

Ewangelia Łukasza 6,20-26
Przeznaczono nam na dzisiaj tak zwane błogosławieństwa oraz potępienia, owe zdania zaczynające się od staropolskiego, ale wciąż brzmiącego niearchaicznie słowa „biada”. „Błogosławieni” również brzmi współcześnie, tyle że może bardziej niż dawniej jako wartościowanie moralne, a tutaj jednak mamy zapewnienie szczęścia. W oryginale greckim mamy tu „makarioi”, co znaczy właśnie dosłownie „szczęśliwi” (na określenie błogosławionych greka ma dwa inne terminy), i jestem za takim tłumaczeniem, choć nie przekonałem do tego biblistów z EPP. W dzisiejszym przekazie wiary chrześcijańskiej, w każdym razie na pewno tym naszym polskim za mało jest pocieszania, które tak mocno zaleca papież Franciszek. Ci ubodzy, głodni, płaczący, znienawidzeni przez swoich bliźnich powinni czuć się szczęśliwi. „Cieszcie się i radujcie” – czytamy dzisiaj – „bo wielka jest wasza nagroda w niebie”. Niełatwe to, rzecz jasna, a już na pewno uśmiechanie się, kiedy boli wszystko. Ma jednak rację Franciszek, że ponury chrześcijanin to chrześcijanin żaden.

13:21, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
wtorek, 09 września 2014
Sprawa zwanych mężołożnikami

1 List do Koryntian 6,9
„Nie łudźcie się. Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwiąźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijący, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego”.
Bardzo mocne słowa, zatem dla wszystkich takich męka bez końca? Paweł walił słowem jak cepem, bo był człowiekiem Wschodu, a tam takie emocje, bo był poza tym rodzajem proroka.
Dzisiaj szczególnie zastanawia jego opinia na temat gejów. W oryginale mamy termin, który Biblia Warszawska, a potem my czterej (EPP) przetłumaczyliśmy dosłownie: „mężołożnicy”. Zawsze i wszędzie oni byli, na ogół ukrywali się, dopiero dzisiaj tam, gdzie rozkwita liberalizm, niektórzy podnoszą głowy, ogłaszają swoje skłonności, tym mocniej, że przedtem tyle lat milczeli. Czy naprawdę trzeba ich skazywać na celibat, głosić uparcie, że to choroba i to uleczalna? Czy aby pewno ten pogląd biblijny nie został słusznie zakwestionowany przez myśli ludzkiej nieustanny rozwój?
PS. We spisie na wczoraj palnąłem głupstwo: czytana była ewangelia Mateusza nie dlatego, że mamy rok tego ewangelisty – bowiem jest Łukaszowy – ale ponieważ taki fragment Biblii przeznaczył na wczorajsze święto Maryjne mój rzymskokatolicki Kościół.

13:56, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
Narodzenie Maryi i jej rodowód

Wpis na poniedziałek 8 września 2014

Ewangelia Mateusza 1,1-6.18-23
Dziś w Kościele katolickim świętujemy narodzenie matki Jezusa. Powinienem napisać w liczbie mnogiej: w Kościołach katolickich, bo też w starokatolickim mariawitów i polskokatolickim, albo jeszcze szerzej – w Kościołach przedreformacyjnych, bo świętują dziś Bogarodzicę przecież także ci prawosławni, którzy przeszli na kalendarz gregoriański. Zapomniałbym: najpewniej również Kościół greckokatolicki, bizantyjsko-ukraiński, unicki!
Kościoły wywodzące się z Reformacji nie wątpią oczywiście, że się narodziła, musieliby w takim razie wątpić w jej istnienie, a przecież słuchają Biblii. Jeżeli jednak wspominają ją liturgicznie, to tylko w niektórych rejonach (słyszałem, że na Śląsku Cieszyńskim) i tylko wspominając wydarzenia zaznaczone w Piśmie Świętym: zwiastowanie, odwiedzenie Elżbiety, ofiarowanie Jezusa w Świątyni.
Ciekawe, że wśród nowotestamentalnych postaci biblijnych informacją o jego narodzeniu został wyróżniony obok Jezusa tylko Jan Chrzciciel. Bo też jednak w Piśmie Świętym jest to postać kolosalna, dorównująca matce Jezusa. Albo i większa od niej: taka myśl padła kiedyś w teologii prawosławnej, bo też w Cerkwiach czci go się bardziej niż Kościołach katolickich: wspomina się tam nie tylko jego narodzenie i śmierć męczeńską, także poczęcie oraz – kult relikwii jest tam jeszcze żywszy niż u nas – odnajdywanie jego głowy, która się jakoś często gubiła, pierwsze, drugie i trzecie.
Wracam jednak do Marii z Nazaretu. O jej narodzeniu czytamy natomiast w apokryfach. Służyły one swoistemu uzupełnianiu ksiąg kanonicznych, czyniły to jednak w sposób, który wydaje nam się dzisiaj znacznie mniej poważny, mnożyły cudowności. Babka Jezusa Anna była bardzo długo bezpłodna, kiedy w końcu wymodliła potomka, to - tak można rozumieć tekst Protoewangelii Jakuba - było to poczęcie cudowne (w Bizancjum w VIII wieku obchodzono takie święto). Roczną Marię oddano do Świątyni i przebywała tam do lat dwunastu, czyli aż do zamążpójścia.
Jeżeli w Biblii brak wzmianki o urodzeniu, to watykański liturgista musiał przeznaczyć na dzisiaj jakiś inny tekst. Wybrał ten z rodowodem Jezusa, wersję Mateusza (mamy bowiem w moim Kościele biblijno-liturgiczny rok tego ewangelisty), w której pada jej imię („Jakub zrodził Józefa, męża Marii, z której zrodzony został Jezus zwany Chrystusem” – Ekumeniczny Przekład Przyjaciół). U Łukasza (3,23-38) o Marii tutaj ani słowa, istnieją natomiast hipotezy, że podany przezeń rodowód Jezusa podaje w istocie jej pochodzenie.
Z tymi rodowodami jest kłopot egzegetyczny poważny, bo Mateuszowy i Łukaszowy różnią się potężnie. Nie jest problemem odwrotna kolejność wyliczanki, w każdym razie to, że Łukaszowy prowadzi aż do Adama, nawet do Boga samego, którego Jezus jest synem. Łatwo to wyjaśnić różnymi adresatami ewangelii: Mateusz napisał dla Żydów, Łukasz dla Greków albo szerzej: w ogóle dla pozażydowskiego świata, w ogóle dla świata, który w całości zbawia drugi Adam, Jezus. Jak jednak wytłumaczyć wielkie różnice faktograficzne? Wielkie: obie opowieści ewangelijne o Jezusowym dzieciństwie w ogóle się różnią, ale głównie podawaniem innych faktów, co można uznać nie za sprzeczność, tylko za inny wybór wydarzeń z tego samego życia. Z relacji Mateuszowej wynika, co prawda, że święta rodzina zamieszkała w Nazarecie dopiero po urodzeniu Jezusa, ale tu i tam mamy stwierdzenie Jego Bożego synostwa poprzez zaznaczenie dziewiczego poczęcia, więc to jakby problem mniejszy. Gorzej z rodowodami.
Biblia Poznańska (wydanie z roku 1975) w przypisie do genealogii Łukaszowej zauważa: „Na ogół dzieli się genealogię Łk na cztery grupy. Pierwsza z nich, zawierająca 21 imion, wylicza przodków Jezusa w okresie od Zbawiciela do niewoli babilońskiej (3,23-27). Imion w niej zawartych nie ma w ST ani w genealogii Mt z wyjątkiem Zorobabela, którego wymienia Mt 1,12-13. Począwszy od niewoli babilońskiej aż do Dawida lista Łk (także 21 imion) różni się całkowicie od listy Mt z wyjątkiem jednego Salatiela. Również dla tego okresu brak paralel zarówno starotestamentowych, jak pozabiblijnych. Dopiero od Natana, syna Dawida i Betsabei imiona podane przez Łk są w ST, a od Dawida do Abrahama zgadzają się ponadto całkowicie z genealogią Mt (...) Genealogia podana przez Łk jest tak samo niekompletna, jak Mt. Braki nie są przypadkowe, lecz zamierzone”.
I dalej kilka hipotez wyjaśniających owe różnice, wśród nich dwie mariologiczne. Poznanianka uważa za lepszą drugą, zatem ją tu podam. Według niej obaj ewangeliści podają formalnie genealogię Józefa, w rzeczywistości Łukasz podał rodowód Marii. „Podstawą rozumowania są dwa założenia: prawo o córkach dziedziczących i supozycja, że Maryja była córką dziedziczącą. Według Księgi Liczb mąż córki dziedziczącej wchodził w rodzinę żony i zyskiwał wszelkie prawa, przywileje i obowiązki syna. (...) Założenie zaś, że Maryja była córką dziedziczącą, wydaje się bardzo prawdopodobne. Nie ma bowiem żadnej wiadomości o braciach Maryi, a wzmianka o jej siostrze w J 19,25 niekoniecznie oznacza siostrę rodzoną, a gdyby nawet ją oznaczała, to nie wskazuje na jej starszeństwo [czyli prawo dziedziczenia]. (...) Tak więc Józef, syn Jakuba, mąż Maryi, córki dziedziczącej, wszedł w rodzinę Helego i uzyskał wszystkie prawa syna. Przodkowie Józefa podani przez Łk są na zasadzie prawa o córkach dziedziczących przodkami Józefa, w rzeczywistości jednak należą do rodziny Maryi.”
Bardzo to skomplikowane, ale nie skrywam wiedzy pod korcem. Do tego jeszcze zająłem się Łukaszem, a dziś mamy Mateusza. Poznanianka wyjaśnia, że jego rodowód zawiera trzy serie po 14 imion. Czternastka ma wykazać, że Jezus jest potomkiem Dawida, bo spółgłoski tego imienia Dwd oznaczające cyfry 4, 6, 4 dają w sumie liczbę 14. Dla nas argument to raczej zabawny, ale nie dla nas pisał Mateusz.
I dalej w dzisiejszym tekście jest o Mateuszu, nie o Marii. O jego rozterce, gdy dowiedział się, że ma ona urodzić nie jego dziecko. Tu znów hipotez interpretacyjnych, zatem i translatorskich trochę, łącznie nawet z taką, że Józef znał tajemnicę swojej żony, nie chciał jednak uzurpować sobie prawa ojcostwa wobec potomstwa pochodzącego od Boga (ks. Józef Kudasiewicz: „Matka Odkupiciela”). Myśmy jednak przetłumaczyli werset 19 podobnie jak Tysiąclatka czy Poznanianka, choć jeszcze wyraziściej: „Józef nie chcąc na nią donieść, postanowił potajemnie ją odesłać”. Potajemnie, może raczej po cichu, przez danie jej ojcu listu rozwodowego zrywającego zaręczyny - tłumaczy Poznanianka.
A może jednak Józef był ojcem Jezusa rodzonym, nie tylko prawnym? Może ewangelijną opowieść o dziewiczych narodzinach należy rozumieć – taki pogląd w książce pt. „Credo. Symbol naszej wiary” przytoczył ks. Wacław Hryniewicz – raczej tylko symbolicznie? W tym sensie, że jest to „teologiczny symbol nowego początku, który dokonał się w dziejach świata mocą Boga za pośrednictwem Jezusa Chrystusa”? Mateusz przypomina tutaj słowa proroka Izajasza: „Oto dziewica pocznie i porodzi syna”: w żydowskim tłumaczeniu na język grecki zwanym Septuagintą proroctwo to mówi już wyraźnie o dziewicy właśnie, nie w ogóle o młodej kobiecie, jak w hebrajskim oryginale. Jak zatem było? Odpowiedź biblistyczna kategoryczna taka albo inna jest chyba nieuprawniona.

13:55, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
Archiwum