Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
poniedziałek, 30 września 2013
Małe jest wielkie. Ekumenia kontra ekologia, czyli spór o ubój rytualny

Ewangelia Łukasza 9, 46-50
„A przyszło im na myśl, kto z nich byłby większy. Jezus poznawszy ich serca, wziąwszy dziecko, postawił je przy sobie i powiedział im: - Kto by przyjął to dziecko w imię moje, mnie przyjmuje, a kto by mnie przyjął, przyjmuje Tego, który mnie posłał. Kto bowiem jest wśród was wszystkich mniejszy, ten jest wielki. Odpowiadając, Jan rzekł: - Mistrzu, widzieliśmy kogoś wyrzucającego w Twoje imię demony i zabroniliśmy mu, bo nie chodzi z nami. Jezus powiedział mu: - Nie zabraniajcie, kto bowiem nie jest przeciw wam, jest za wami.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

To jedna z ewangelijnych perykop wzywających do szeroko pojętego ekumenizmu. Wydawało mi się, że to temat tylko dwóch ostatnich wierszy, ale przecież łączą się one z poprzednimi dość wyraźnie. Nie ma tu raczej owego braku związku, który – jak lubię zaznaczać – występuje czasem szczególnie u Łukasza. Końcowe polecenie Jezusa łatwo zinterpretować jako dopełnienie słów wcześniejszych. Bo niechęć do nieswoich łączy się właśnie nieraz z poczuciem wyższości. W kraju takim jak Polska, gdzie Kościół rzymskokatolicki nieprawdopodobnie góruje liczbowo nad innymi wspólnotami religijnymi, ten aspekt ilościowy bywa czasem dla duchownych mojego wyznania asumptem do powiedzenia innym, że są mało ważni, bo jest ich tak mało.

A teraz sprawa ekumeniczna dzisiejsza. Oto ogłoszony przez KAI ważny dokument kościelny.
”Dnia 12 lipca 2013 roku Sejm Rzeczypospolitej Polskiej odrzucił rządowy projekt ustawy dopuszczającej rytualny ubój zwierząt. Decyzja ta znalazła oddźwięk zarówno w relacjach dialogu Kościoła katolickiego z judaizmem i islamem, jak i w szeroko rozumianym społeczeństwie polskim, a także poza granicami naszej Ojczyzny. Sprawa wkracza bowiem na ważny teren prawa człowieka do wolności religijnej oraz do stosowania jej zasad także w sferze obyczajów, będących wyrazem kultu religijnego.
Prezydium Konferencji Episkopatu Polski zwraca uwagę na to, że w całej wielowiekowej historii prawodawstwa polskiego nigdy nie było kwestionowane prawo do wolności religijnej, w tym prawo do zachowania własnych tradycji i zwyczajów.
W kontekście polemik dotyczących odrzucenia przez Sejm RP ww. projektu ustawy, Prezydium KEP wskazuje na brak konsekwencji ustawodawcy w zachowaniu dwóch ustaw - o ochronie zwierząt oraz o stosunku państwa polskiego do gmin wyznaniowych żydowskich. Na podobny problem zwrócił uwagę Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP, który złożył wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, podkreślając konflikt dwóch ustaw.
Prezydium KEP podziela troskę żydowskich gmin wyznaniowych oraz wyznawców islamu o zachowanie i realizację podstawowych praw wolności wyznania i kultu. Do nich należy również prawo do zachowania swoich obyczajów, w tym rytualnego uboju zwierząt.
Prezydium Konferencji Episkopatu Polski
Warszawa, 25.09.2013 r.”

Odnotowuję ten dokument z zadowoleniem, ale i rozterką. Z zadowoleniem – tak jak każdy gest ekumeniczny, każdy akt solidarności międzyreligijnej, która jest warunkiem dialogu między ludźmi wierzącymi religijnie. Z rozterką, bo sprawa widzi mi się jednak niejasna.

Przede wszystkim wciąż nie wiem, czy ubój rytualny na pewno zadaje więcej cierpienia niż ten po ogłuszeniu. Przeczytałem artykuł Pawła Śpiewaka w „Tygodniku Powszechnym” z 4 sierpnia br. Autor polemizuje z przeciwnikami tego rytuału bardzo ostro. Twierdzi w ogóle, że został on ustanowiony właśnie po to, żeby okrucieństwo wobec zwierząt ograniczyć. (...) „Nie ma w Torze i judaizmie nakazu, by powstrzymywać się od mięsa, ale też, jak uczyło wielu rabinów, w wieku światłości nastanie epoka wegetariańska.” Choć bowiem „w Torze nie ma zapisów dotyczących rytualnego uboju, jest za to szereg bardzo szczegółowych praw o stosunku Żydów do zwierząt. (...). Wszystkie nakazują, by odnosić się do zwierząt może nie z czułością, ale na pewno ze zrozumieniem i troską.”(...) ”Akt uboju rytualnego związany jest z przecięciem tętnic szyjnych, po którym w 30-50 sekund ustaje dopływ krwi do mózgu . Krew błyskawicznie odpływa z głowy. Czy bolesny jest moment przed zabiciem? Wedle licznych badań – nie.(...)Nie ma dowodów, że wykonywany niefabrycznie ubój rytualny jest bardziej bolesny niż ubój przez uduszenie, ogłuszenie czy za pomocą elektryczności w rodzimych rzeźniach. Jedno jest pewne: zwierzę od razu zostaje zabite. W przypadku ogłuszenia nie jest to tak oczywiste.”

Czy ma rację autor, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, stały komentator Tory w tymże tygodniku, ale to nie znaczy przecież, że związany myślowo przynależnością religijną? Nie wiem: w tej sprawie czuję się laikiem absolutnym.

Ale jest również oczywiście kwestia etyczno-filozoficzna, którą też stawia Śpiewak. Nie nazwałem etyczno-religijną, bo przeczytałem tekst na ten temat katolika, ks. Alfreda M. Wierzbickiego, redaktora naczelnego KUL-owskiego kwartalnika „Ethos”, w tymże periodyku (nr 2/102). Pisze on o stanowisku żydowskim ze zrozumieniem, zreferuję je jego słowami (. „Istoty praktyki uboju rytualnego nie można sprowadzać tylko do jej aspektów technicznych, gdyż zasadniczo wyraża się w niej afirmacja prawdy o wartości życia. Zakaz spożywania mięsa skażonego krwią wiąże się z przekonaniem, że we krwi znajduje się pierwiastek życia. Ponieważ uważa się, że krew jest czynnikiem ożywiającym, traktuje się ją jako element duszy, a właściwie jej części (funkcji) określanej terminem »nefesz«. Praktyka uboju rytualnego chroni bowiem przed spożywaniem czegoś, co uczestniczy w wartości absolutnej. W świadomości religijnego Żyda koszerne mięso nie jest zwierzęciem, bo nie ma w nim nic z życia, jest ono czyste nie tylko w znaczeniu fizycznym, lecz przede wszystkim w znaczeniu metafizycznym. Życie symbolizowane – uobecniane przez krew jest zawsze święte i dlatego należy krew oddzielić od mięsa. Paradoksalnie należałoby przyznać, że praktyka uboju rytualnego bardziej respektuje godność życia zwierząt aniżeli praktyka wegetarianizmu, ta bowiem rzadko odwołuje się do rozważań o obiektywnej wartości życia, przyjmując, że dążenie do eliminacji cierpienia zwierząt jest wystarczającym uzasadnieniem rezygnacji ze spożywania mięsa.”

Jak jednak zmierzyć ową obiektywną wartość? Mówiąc inaczej, czy symbol jest ważniejszy od „realu”? Może jestem tu metafizycznie głuchy, ale dociera do mnie w tej sprawie tylko fakt fizyczny, że zwierzę cierpi albo wręcz traci życie, gdy jest zjadane.

Czy jednak nie jestem stronniczy wyznaniowo, twierdząc jednocześnie, jak mój Kościół, że embrion ludzki, nawet jeszcze niezagnieżdżony, od momentu zapłodnienia ma wartość większą od zwykłego zespołu komórek, bo jest w nim zapisany kod genetyczny? Chyba nie, bo jednak genetyka nie metafizyka. Zabrzmiało to złośliwie, nie jestem jednak ciasnym scjentystą, sens metafizyki w ogóle rozumiem. Gdy jednak w polemice z judaizmem reformowanym, który nie przyjmuje stanowiska judaizmu tradycyjnego, filozof Wierzbicki pisze o „metafizycznej głębi” tego drugiego, nie rozumiem, o co chodzi. Alem właśnie laik!

16:38, jan.turnau
Link Komentarze (51) »
niedziela, 29 września 2013
Nieprzewidywalność

Pod Ponckim Piłatem
1 List do Tymoteusza 6,13
„Nakazuję w obliczu Boga, który ożywia wszystko i który złożył dobre wyznanie za Poncjusza Piłata, ażebyś zachował przykazanie nieskalane bez zarzutu aż do objawienia się naszego Pana, Jezusa Chrystusa”.

Poznanianka tłumaczy: „pod Poncjuszem Piłatem”, co kojarzy się nam z obiema wersjami Credo, tym mszalnym i tamtym z pacierza; komentuje w przypisie, że zwrot ten świadczy o ustalaniu się formuł wiary. Jedyna to wzmianka o Piłacie poza ewangeliami i Dziejami Apostolskimi, każe mi znowu rozmyślać o tym urzędniku rzymskim, który był tak zaplątany w dzieje naszego zbawienia.

Zwyczajny stupajka, tyle że wysokiej rangi? Może jednak ktoś więcej. Może jednak naprawdę chciał ocalić Jezusa i to nie tylko jako po prostu trzymający się prawa oraz serdecznie nielubiący Żydów. Ciągle sobie myślę, czy aby na pewno mają całkiem rację liczni bibliści, którzy uważają, że w obrazie procesu Jezusa ewangelie (w każdym razie Mateuszowa i Janowa) przeceniają rolę świątynnej elity żydowskiej, odciążając od winy Ponckiego Piłata.

20:25, jan.turnau
Link Komentarze (72) »
sobota, 28 września 2013
Nieprzewidywalność

Ewangelia Łukasza 9,43b-45
„Gdy wszyscy pełni byli podziwu dla wszystkich czynów Jezusa, On powiedział do swoich uczniów: - Weźcie wy sobie dobrze do serca te właśnie słowa: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Lecz ani nie rozumieli tego powiedzenia, było ono zakryte przed nimi, tak że go nie pojęli, a bali się zapytać Go o nie.

Jest bardzo ludzkie to nierozumienie. Pewne wydarzenia wydają nam się zgoła niewyobrażalne. Gdyby ktoś prorokował kilka lat temu, że rozbije się samolot z prawie setką naszej elity politycznej na pokładzie, mielibyśmy go za wariata, tak jak tego, kto przepowiadał kiedyś przy mnie na pojutrze koniec świata. Gdyby 12 marca br. ktoś mi powiedział, że konklawe wybierze na papieża kardynała, co swoją radykalną krytyką Kościoła, swoją instytucjonalną i osobistą pokorą, swoim duchowym otwarciem na ludzi dalekich od Kościoła zwróci do niego z powrotem tylu mu współczesnych, uznałbym go za chorobliwego marzyciela. Przyjmijmy wreszcie do wiadomości, że przyszłość jest przed nami zakryta dokumentnie. Mówiąc religijnie: wyroki Boże są zupełnie niezbadane.  

10:56, jan.turnau
Link Komentarze (52) »
piątek, 27 września 2013
Olbrzym

Ewangelia Łukasza 9,18-19
„Gdy Jezus modlił się na osobności, a byli z Nim Jego uczniowie, zwrócił się do nich z zapytaniem: - Za kogo uważają mnie tłumy? Oni odpowiedzieli: - Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza...”

Mamy tu zapisany ówczesny obraz społeczny relacji między Janem a Jezusem, różny od tego, do czego przywykłem. Do chrześcijańskiej historii przeszedł bowiem jako zwiastun nadejścia Chrystusa, On jest tam oczywiście ważniejszy, gdy tu jakby dominuje Chrzciciel, Jezus jest jakby tylko jego swoistym powtórzeniem. Otóż mamy tutaj zatem jeden z wielu dowodów na olbrzymią rolę Jana, choć on sam miał się jeno za herolda. Od tamtego artykułu we „Wrocławskim Tygodniku Katolickim” sprzed przeszło pół wieku niezwykłości mego patrona nadziwić się nie mogę. Rozumiem co raz lepiej myśl starodawną, że on również, nie tylko matka Jezusa, był poczęty niepokalanie. Brzmi to dziwnie w naszych zlaicyzowanych uszach, ale wyraża mocno przekonanie o jego duchowej wielkości.

PS. Poczęcia, aborcja: wczoraj w TVN-24 poseł PiS Bolesław Piecha powiedział mniej więcej to, co napisałem niedawno, że trzeba doprecyzować prawnie pojęcie płodów poważnie uszkodzonych – aby nie wyglądało, że w tym wyjątku od zakazu aborcji chodzi o chorobę Downa itp.

20:09, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
czwartek, 26 września 2013
Tańczmy Mszę, czemu by nie!

Psalm 149,3
”Niech Jego imię czczą tańcem.”

To już się dzieje w Afryce i chyba Watykan się już zgadza, choć były opory. Jak inkulturacja, to takie coś jest konieczne wśród ludzi z natury radosnych i ruchliwych jak dzieci. A my powinniśmy być radośni jak dzieci, tyle że nie z natury ani nawet kultury, ale z wiary chrześcijańskiej. Ponurość to grzech poważny, smutny chrześcijanin to oksymoron. Jeśli nie taniec, co praktycznie rozumiem, to w każdym razie uśmiech do wszystkich sąsiadów wokół, uścisk serdeczny na znak pokoju wobec wszystkich uczestników Eucharystii. Pamiątki Śmierci, ale i Zmartwychwstania.

18:15, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
środa, 25 września 2013
”Nie bierzcie nic na drogę...” ”Dziedziniec dialogu”, Prymas pokorny

Ewangelia Łukasza 9,1-3
Jezus wysłał Dwunastu, ”aby głosili Królestwo Boże i uzdrawiali chorych .Mówił do nich: - Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy...” Przełóżmy te słowa na język współczesny, czyli zredagujmy odpowiednią instrukcję dla dzisiejszych ewangelizatorów, po prostu dla każdego chrześcijanina, który nie zatrzymuje Ewangelii dla siebie. Stosując znaczną ”licentia homiletica”, może można by im powiedzieć tak: nie obciążajcie się obowiązkiem przekonywania ludzi od razu do wszystkich zasad wiary chrześcijańskiej. Obyście przede wszystkim przekonali ich, że Bóg jest Miłością, że chce nas zbawić, to znaczy ”zwykłych zjadaczy chleba w aniołów przerobić”. Że powinniśmy ułatwiać Mu to choć odrobinę. Papież Franciszek wyraźnie zaleca taką ewangelizacyjną strategię. Owszem, nie kwestionuje bynajmniej np. tradycyjnego sprzeciwu wobec aborcji (także w nienagłośnionym przez liberalne media przemówieniu do lekarzy). Ale nawołuje, aby z takich jednak szczegółowych spraw nie robić punktów centralnych, nie od nich zaczynać. Żeby nie wychodziło na to, że katolik to ten, co nie je niektórych kręgowców w piątek... Co zaś do aborcji i jutrzejszej dyskusji o jej delegacji w Sejmie, to rzecz w tym chyba, iż dyskutowany wyjątek od zakazu jest w praktyce mocno wypaczany: pozwala się na zabieg, gdy grozi uszkodzenie płodu wcale nie ciężkie, na przykład ta już przysłowiowa zajęcza warga.

No i chodzi o Franciszkowe naleganie na dialog, tak częste i naprawdę mocne. A propos, oto mój felieton w ”Gazecie Wyborczej” papierowej i ”Wyborczej” internetowej w wersji nieskróconej.

By nam nie czyniono ujmy, ciągle z każdym dialogujmy: parafrazując Wieszcza, takie hasło wymyśliłem dla kościelnej imprezy, którą będziemy mieli w Warszawie w październiku. Rzecz zwie się ”Dziedziniec dialogu” i ma być tutejszą wersją watykańskiego pomysłu ”Dziedziniec pogan”. Wysławię pod niebiosy nazwę polską: jeśli to ma być dialog z dzisiejszymi niewierzącymi, to nazywanie ich poganami widzi mi się zgoła obraźliwe: wierzą oni w Jowisza i Marsa, a może tylko w Wenus?

Jakież to jednak będą dialogi? Nie mogłem być wczoraj na stosownej konferencji prasowej z udziałem obu arcybiskupów warszawskich, ale po to stworzył Pan Bóg Katolicką Agencję Prasową, żeby mnie nieco jej serwis uświadomił, a ja Czytelniczki i Czytelników cokolwiek. Otóż dialogowy dziedziniec rozpocznie się 11 października na Uniwersytecie Warszawskim dyskusją o wierze i nauce. Że nie będzie to głaskanie się wzajemne, gwarantuje zapewne skład personalny: profesorowie ks. Michał Heller, Krzysztof A. Meissner, Łukasz Turski, Piotr Węgleński. Będą też podobne pluralizmem osobowym publiczne rozmowy o wierze i kulturze, wierze i społeczeństwie (z udziałem prezydenta Komorowskiego i niewątpliwie otwartego na myśl pozakościelną kardynała kurialnego Gianfranco Ravasiego, który weźmie udział również w dyskusjach poprzednich). Będzie czego słuchać i co oglądać: koncerty, filmy, przedstawienia, wystawy. Także nabożeństwo, co prawda, nie wielowyznaniowe, ale u Wspólnot Jerozolimskich: kto był u nich raz choćby, ten wie, że to rzecz niebywała.

Ba, pomyślano o publikacji, w której będzie instrukcja, jak filię ”Dziedzińca dialogu” założyć w swojej parafii. Tyle że jeśli nawet do którejś ksiądz zaprosi nie tylko Tomasza Terlikowskiego, także Magdalenę Środę i zadba o jej gościnne przyjęcie, jeśli nawet nie dostanie za to monitu z kurii, to będzie to jednak kwiatek przy kożuchu. Żeby mój Kościół rzymskokatolicki polski - raczej obie diecezje warszawskie, bo to przecież impreza tylko stołeczna - stał się naprawdę bardziej dialogowy, musimy chyba poczekać do przyjazdu Franciszka. Dopiero on nauczy nas, katolików polskich, jak traktować ludzi od Kościoła dalekich. Jak robić, żeby dialog nie był - przepraszam, ale to termin księdza Tischnera - starodawną rozmową czterech liter z kijem. Ale do tej dłuższej wersji dodaję coś bardzo ważnego: owe cztery litery też bywają fundamentalistyczne nieznośnie...

Na koniec lektura na dzisiaj: potężne (700 stron!) dzieło Ewy K. Czaczkowskiej (nowe wydanie, poszerzone, Znak) pt. ”Kardynał Wyszyński. Biografia”. Na czasie, bo dziś 60. rocznica jego aresztowania. Polecam! Jest tam na przykład wiadomość chyba mało znana, że dotychczasowy biskup lubelski zdecydowanie nie chciał być prymasem. Wręcz upadł na kolana przed kardynałem Sapiehą, który wtedy przewodniczył Episkopatowi, i błagał go, by ”odkręcił” tę decyzję w Watykanie. Chodziło o to, by przeszedł wniosek biskupów polskich, aby zlikwidować unię personalną Gniezna z Warszawą, połączyć Gniezno z Poznaniem i urzędem prymasa (połączonym wtedy z bardzo ważną funkcją faktycznego nuncjusza) oraz prymasem mianować dotychczasowego arcybiskupa gnieźnieńskiego Walentego Dymka. Na samo arcybiskupstwo warszawskie Wyszyński się zgadzał. Ale Watykan wolał bardzo mocno awansować człowieka, który potem zdał wspaniale egzamin polityczny. Czy miał rację w swojej linii czysto duszpasterskiej, to całkiem inna sprawa. Nie rozumiał potrzeby głębszej reformy, w duchu Soboru o Franciszku nie mówiąc, ale gdyby nie on, może nie byłoby co reformować.

18:10, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
wtorek, 24 września 2013
Więzy krwi i więź wiary. Lektury literackie: Young i Gawryś!

Ewangelia Łukasza 8,19-21
„Przyszli do Jezusa Jego matka i bracia, lecz nie mogli się dostać do Niego z powodu tłumu. Oznajmiono Mu: - Twoja matka i bracia stoją na dworze i chcą się widzieć z Tobą. Lecz On im odpowiedział: - Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je.”

Zlekceważenie więzi rodzinnych, szczególnie tej z matką? Można by nabrać takiego wrażenia czytając analogiczną perykopę u Marka, bo u niego poprzedza ją niejasna takowa: „Potem przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: - Odszedł od umysłów.” (3,20-21) Gdy jeszcze przyjmiemy tłumaczenie „mówili bowiem” ( tak jest w przekładzie filologicznym ks. Remigiusza Popowskiego i Michała Wojciechowskiego), można pomyśleć, że Jego bliscy, czyli nielubiący Go bracia, uznali Go za wariata, matka może nie, ale czy na pewno? Tyle, że to Marek, a nie Łukasz ze swoją tak pięknie przedstawiającą Maryję Ewangelią Dzieciństwa. Mamy tu u Łukasza jedynie myśl, że więzy rodzinne nie są najważniejsze. Są bowiem również te wynikające z wiary, w istocie bardziej podstawowe. W tym sensie, że gdy rodzi się konflikt z rodziną na tle religijnym – opisany na przykład w słowach Jezusa „Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem…” (Mt 10,34-36, także Łk 51-53), trzeba wybrać wiarę.

Skojarzyło to mi się z dzisiejszym polskim podziałem politycznym, ale przecież ideologicznym, czyli sięgającym głęboko. PO czy PiS, ale też wobec tego za czy przeciw ojcu Rydzykowi? Rodzina rodziną, ale gdy przyjdzie wybierać poglądy, nie może być w niej tak zgodnie, jak w jakimś rodzie pierwotnym czy plemieniu. A co dopiero, gdy nadejdzie wybór wyznania, czasem i religii wręcz. Oby tylko była tolerancja, czyli wzajemny szacunek. I dialog, słowo wytarte, ale treść coraz żywsza. Niech taka będzie w Warszawie, na październikowym Dziedzińcu Dialogu!

Lektora weekendowa. Najpierw powieść WM. Paula Younga „Rozdroża”. Tłumaczenie z amerykańskiego Marii Gębickiej-Trąc, Wydawca: Nowa Proza, sp. z o.o., wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk, www.olesiejuk.pl , tel. 22 721 3000. Podaję tak dokładne dane, bo dotyczą też innej książki, przesławnej już „Chaty” tegoż autora z analogicznym przesłaniem: obie są warte szerokiego rozpowszechniania. A przesłanie to brzmi bardzo krótko i węzłowato tak: Bóg jest Miłością! Z wykrzyknikiem, bo obie powieści są z oczywistą tezą, taką właśnie. Bóg jest Miłością, która pokonuje każdą ludzką podłość. Myśl tak bardzo moja, że „Chatę” przeczytałem z zachwytem „Rozdroża” już z mniejszym, choć też z aprobatą teologiczną. Jest dzisiaj w chrześcijaństwie nie tylko amerykańskim, choć tam szczególnie, potężna tendencja do obalania obrazu Boga jako bezwzględnego Sędziego, do awansowania Miłosierdzia przed Sprawiedliwości. Koryfeuszem jej wielkim jest papież Franciszek. Tendencja w istocie apologetyczna, bo chyba tylko taką religię przyjmie dzisiejszy Euroamerykanin. Dowodów na to trochę, również te, że wyznanie św. Faustyny „Jezu, ufam Tobie” zyskało w świecie zainteresowanie kolosalne, a Franciszek przyciąga do Kościoła tłumy. Są to, owszem, powieści nie dla koneserów literatury ani teologii, szczególnie „Rozdroża” mogą denerwować swoją nieznośnie leciutką fabułą. Niemniej szeroka ewangelizacja Rahnerem ani nawet Halikiem to oczywista utopia.

A wczoraj przeczytałem literaturę znakomitą z przesłaniem jakby podobnym. Cezary Gawryś z trzech swoich tekstów złożył właśnie książeczkę pod tytułem „Ten Trzeci i dwa inne reportaże”: tylko 44 strony, ale za to jakie. Trzy opowieści o trzech rodzajach relacji między…, nie międzyludzkich, bo w pierwszej bohaterem jest proboszcz i jego ukochane psy. Dla mnie jest to opowieść o uczuciu, które Franciszek nazywa czułością, a w którym kryje się Ten Trzeci właśnie. Ilustrował Andrzej Płoski, Biblioteka „Więzi”. Czarku, gratulacje.

19:59, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 23 września 2013
Czy nie przykrywam Światła korcem? „Ethos” wobec zwierząt!

Ewangelia Łukasza 8,16
„Nikt nie zapala lampy i nie przykrywa jej garncem ani nie stawia pod łóżkiem, lecz stawia na świeczniku, aby widzieli światło ci, którzy wchodzą.”

Starsi pamiętają tu zamiast garnca korzec. Przypomina mi to opowieść o pewnym młodym człowieku, co kogoś innego pouczał, by lampy nie zakrywał kocem. Gdy tamten powiedział mu jednak, że nie o to przykrycie tam chodzi, myślał, myślał i w końcu powiedział: - Kołdrą... Biblia księga wciąż mało znana.

Ale ja tu napiszę o sobie samym. Czy dobrze spełniam rolę publicysty religijnego? Czy nie zasłaniam Światła? Zajrzałem do listów, które dostaję pocztą papierową. Jestem w nich Żydkiem, sekciarzem, szatanem; takimi ocenami się nie przejmuję, dostałem jednak poważną. Pan Zbigniew Bulczak zarzuca mi, że „poszczypując wciąż Kościół, niby z troski o jego kondycję, dobrze wysługuję się swoim protektorom liberalno-lewicowej proweniencji. Jest tyle negatywnych zjawisk po stronie barykady, na której usiłuję siedzieć okrakiem.” Powinienem - powiada - choć raz odnieść się do tych zjawisk, oczywiście krytycznie.

Otóż odnoszę się czasem, nie kryję przecież opinii, że jest też ateizm walczący, jaskiniowy niemal. Martwi mnie on i złości, mniej jednak niż błędy mojej własnej wspólnoty, bo za nią czuję się bardziej odpowiedzialny. Martwi mnie bardziej zjawisko przeciwne: katolicyzm przedsoborowy zupełnie, przedfranciszkowy również, który zamiast do Kościoła zbliżać, skutecznie odeń oddala. Staram się, by światło wiary przyćmione przez brzydkie starocie było najlepiej widoczne. W „Gazecie Wyborczej”, w „Metrze”, też tu w moim blogu robię, co mogę, by Kościół wyjrzał spod korca ciasnoty wielkiej, wszelakiej. Demaskuję go pozytywnie, ile sił i miejsca na łamach gazet starczy. Pewnie jednak powinienem więcej.

Lektura jeszcze przedweekendowa: numer 102 kwartalnika KUL-owskiego „Ethos” z głównym tematem „Nasi »bracia mniejsi«”. Sprawy bardzo na czasie w świecie pozakościelnym, zatem bardzo jest cenna refleksja w piśmie uczelni katolickiej. Tym bardziej, że mamy tu przegląd stanowisk filozoficznych naprawdę bardzo różnych. Nie wiedziałem, że tylu filozofów się tym tematem zajmowało, z Kartezjuszem na przykład włącznie. Mamy w „Ethosie” wręcz cały artykuł Przemysława i Arkadiusza Gutów pt. „Argumenty Kartezjusza przeciwko myśleniu zwierząt”.

Niestety nie mam dostatecznego wykształcenia filozoficznego, by zgrabnie zreferować ten tekst i inne. Odnotuję jednak ciekawą tezę z redakcyjnego wstępu pióra redaktora naczelnego, ks. Alfreda M. Wierzbickiego (podpisał się tylko inicjałem). Twierdzi on mianowicie: „Paradoks nowożytnego przewrotu antropologicznego w kulturze polega na tym, że z jednej strony wyostrza on zakorzenioną w tradycję chrześcijańskiej ideę godności człowieka, podkreślającą wyjątkowość i transcendencję osoby ludzkiej w świecie, a z drugiej strony radykalnie oddziela ducha i przyrodę, człowieka i zwierzęta. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że nowoczesny paradygmat antropologiczny, w ramach którego rozwinęła się koncepcja autonomii bytu ludzkiego i nabudowana na niej doktryna praw człowieka, otrzymał interpretację racjonalistyczną, przyjmującą apriorycznie tezę o bytowej samowystarczalności człowieka i projektującą wizję moralności etsi Deus non daretur [jakby Bóg nie był dany, nie istniał]. Ontyczne »usamodzielnienie człowieka« pociągnęło za sobą również jego osamotnienie w świecie, uzasadniało bezwzględne panowanie nad przyrodą, wzmocnione zanegowaniem rozumienia bytów naturalnych w kategoriach teleologicznych. W świecie bez Boga, w którym dokonała się teoretyczna negacja naturalnych celów istot żywych, los zwierząt stawał się naprawdę godny pożałowania: zaczęto traktować je jako wyłącznie przedmiot produkcji i konsumpcji.”

Nie ciągnę dalej tego cytatu, dodaję doń tylko zdziwienie swoje, że pogarda dla braci mniejszych może być przypisywana nowożytnej myśli areligijnej. Dotąd mi się wydawało, że nurt ekologiczny wziął się raczej właśnie ze źródeł laickich, a myśli chrześcijańskiej było mu do niedawna daleko. Wrócę do tej uwagi dalej.

Może jednak w ogóle upraszczam obraz „odnośnej” historii myśli ludzkiej. Przedstawia owe dzieje w obszernym studium Jacek Lejman i pisze tam coś, co pewnie moje uproszczenie pokazuje: „W naszym kręgu kulturowym przyjęła się interpretacja religijna, zgodnie z którą zwierzęta znajdują się na niższym szczeblu drabiny jestestw. Nie oznacza to jednak, że u jej podstaw leży brak szacunku dla zwierząt – przeciwnie, interpretacja ta wyraża podstawę troski i litości. Ten litościwy stosunek chrześcijaństwa czy islamu do zwierząt nie wpływa jednak aż w takim stopniu na światopogląd społeczeństw. Dlatego też religie te należy traktować jeśli nie jako antyzoofilne, to przynajmniej jako niezoofilne.” Wcześniej czytamy, że hinduizm, dżinizm i buddyzm zoofilne są. Owszem, Lejman zaznacza, że ten podział prosty nie jest, bo na przykład „we wczesnym chrześcijaństwie zabijanie zwierząt było grzechem”. Niemniej – jeśli dobrze zrozumiałem – na chrześcijaństwie średniowiecznym i późniejszym ciąży zwrot od Platona i jego uczniów, którzy nie widzieli wyraźnej jakościowej różnicy między ludźmi i zwierzętami, do Arystotelesa i mu podobnych, którzy tę różnicę akcentowali. Poszedł za nią Tomasz z Akwinu i w sumie myśl średniowieczna, a - dodam tu, co wyczytałem wcześniej - późniejszy (laicko) racjonalistyczny przewrót antropologiczny różnicę ową w istną przepaść zamienił.

Problemów różnych legion, odsyłam do tomu, który tu nieudolnie, upraszczając omawiam, oraz wracam do sprawy „religia a ekologia”. Odnotowuję z artykułu Lejmana informację bardzo ważną: ”Za przełomowe w kwestii traktowania zwierząt można uznać idee brytyjskiego utylitarysty Jeremy`ego Benthama [1748-1832]. (...) Napisał on, że o traktowaniu danej istoty nie powinna przesądzać jej inteligencja, lecz to, czy owa istota zdolna jest do odczuwania bólu i przyjemności. Jeśli fakt taki stwierdzimy w przypadku zwierząt, musimy uznać je za byty objęte prawami moralnymi. Można powiedzieć, że w ten sposób w obrębie myśli utylitarystycznej powstał nurt «ekologiczny». Jego postulat ochrony zwierząt został później przekształcony w żądanie praw dla zwierząt. Bentham pisał: «Należy pytać nie o to, czy zwierzęta mogą rozumować ani czy mogą mówić, lecz czy mogą cierpieć».” No właśnie! Tu przerywnik w postaci myśli własnej: mamy dzisiaj taką złośliwą opinię, iż ekologowie (w domyśle: mało kościelni) okropnie się martwią wycinaniem puszczy amazońskiej, a jakoś prawie wcale mordowaniem dzieci nienarodzonych. Podział wrażliwości moralnej przebiegałby zatem jednak czasem na granicy światopoglądowej. Co do mnie samego, myślę, że trzeba po prostu martwić się jednym i drugim – i tak chyba to czują autorytety religijne w rodzaju ostatnich papieży i patriarchy Bartłomieja Pierwszego.

Ważny problem etyczny, o którym też, a jakże, w „Ethosie”, w artykułach bliższych biologii, to na przykład problem doświadczeń medycznych na zwierzętach albo sławetnego uboju rytualnego. Co do tych pierwszych, przepiszę to, co przeczytałem w tekście Zbigniewa Wróblewskiego „Subiektywność i dobro. Ontologiczne przesłanki życzliwości dla zwierząt”: „Ogólnie można sformułować zasadę, że nie każde powiększenie pomyślności ludzi usprawiedliwia każde zadawanie cierpienia”. Wróblewski postuluje szukanie metod naukowych innych niż eksperymentowanie na zwierzętach, co już zaczęto czynić także w Polsce. Tu też cytat z artykułu Jessiki Pierce i Marca Bekoffa: „W świetle obecnej wiedzy moralność ludzka wydaje się wyżej rozwinięta i uszczegółowiona niż systemy występujące w innych gatunkach.” Niemniej „moralności zwierząt zaczęliśmy się przyglądać dopiero w ciągu ostatnich dziesięciu lat, a im więcej będziemy się dowiadywać, prawdopodobnie tym bardziej będziemy zaskoczeni poznawczą i emocjonalną subtelnością zachowań zwierzęcych. Chociaż nasza jedyność nie jest zagrożona, zagrożony jest nasz wyjątkowy status. Stanowisko filozoficzne mówiące, że ludzie stoją «wyżej» czy są «lepsi», czy też mają większą wewnętrzną godność, nie znajduje potwierdzenia w naukach przyrodniczych.” Myśl bardzo śmiała, brawo!.

Ale na tym rozterek moralnych nie koniec. Wegetarianizm, weganizm to raczej nowoczesne wariactwa? Brak podobnej problematyki na ambonach, w listach pasterskich biskupów polskich to sprawa poważna? Należało jednak rozważać podobne kwestie w grubym tomie KUL-owskiego periodyku, chociaż przecież filozoficznego, nie teologicznego, naukowego, nie publicystycznego? Porządkowanie myśli arcyważna rzecz, ale praktyka moralna woła skowytem psów zostawianych w lesie, przywiązywanych tam do drzewa. Psów, naszych przyjaciół nieopisanie serdecznych.

15:41, jan.turnau
Link Komentarze (76) »
niedziela, 22 września 2013
Przypowieść trochę dziwna o rządcy cwaniaku

Ewangelia Łukasza 16,1-13
Oj, dużo problemów redakcyjnych z ewangelią trzecią, tak przecież skądinąd dojrzałą pisarsko, po prostu piękną! Co innego jednak talent literacki, co innego obróbka redakcyjna: ta w całym tym dziele nieraz jakby szwankuje. Przyznajemy spokojnie, że również i tutaj, w tej przypowieści o rządcy nieuczciwym, nazwanym jednak przez Jezusa roztropnym. Są próby egzegetyczne wygładzające tekst, sugerujące na przykład, że rządca mógł przekupywać dłużników z własnej kieszeni, własnego swego dochodu, nie przekonują mnie one jednak, bo i zresztą nie są mi bardzo potrzebne. Sam tekst przypowieści dobrze się tłumaczy: naśladujmy urzędniczą roztropność, nie zwyczajną nieuczciwość i tyle! Chodzi natomiast dla mnie o wersety dalsze, 16,10-13, gdzie ewangelista jakby zapomina, co wyżej w przypowieści napisał, i wierność w sprawach mamony nawet drobiazgową twardo nakazuje. Powtarzam do znudzenia: Duch Święty ewangeliście na ramieniu nie siedział i piórem po papirusie raczej nie wodził: Jego największa inspiracja to nie malutka adiustacja! Amen!

PS. Mam nadzieję, że Czytelniczki i Czytelnicy dzisiejszy tekst pamiętają albo swoją pamięć odświeżą: tekstów ewangelijnych raczej nie streszczam, do samej Biblii odsyłam.

12:16, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
sobota, 21 września 2013
Mateusz jednak celnik i ewangelista

Ewangelia Mateusza 9, 9-13

Dzisiaj dzień owego apostoła, zatem i ewangelia o powołaniu go do Jezusowego sztabu. Poza tym niewiele o nim wiadomo, bo nawet i nie jest dla biblistów pewne, że Mateusz, celnik z tej ewangelii, jest tą samą osobą, co poborca cła imieniem Lewi, też przez Jezusa powołany, u Marka i Łukasza. Ja jednak w takich sprawach twardym konserwatystą jestem, dziury w całym nie szukam, uważam za wystarczający argument, iż celnik ten mógł mieć dwa imiona tak samo jak Piotr i Paweł. Ale dla porządku odnotuję również, że biblistyczny uczony sceptycyzm nie ominął także ewangelii. Azaliż dzieło otwierające kanon Nowego Testamentu naprawdę napisał ów celnik? Choć jednak autorstwo tekstów w dawnych wiekach było sprawą rzeczywiście wątpliwą, ja sobie tradycyjnie myślę, że ewangelię Mateusza Mateusz napisał, że na przykład pełniejszą wersję Błogosławieństw i Ojcze nasz zawdzięczamy apostołowi, który jako funkcjonariusz finansowy musiał być piśmienny. Co oczywiście nie znaczy, iż nie miał pomocników jakowychś.

08:14, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
piątek, 20 września 2013
Apostołka apostołów Joanna. Antyfeminizm eklezjalny dzisiaj

Ewangelia Łukasza 8,1-3
„A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które uwolnił od złych duchów i słabości: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów, Joanna, żona Chuzy, zarządcy u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia.”

Tylko Łukasz informuje wyraźnie, że poza sztabem męskim był jeszcze żeński zespół pomocniczy, wspomagający finansowo ewangelizacyjne dzieło. Owa Joanna była pewnie majętniejsza od innych towarzyszek, jako że majordomus króla ubogi być nie mógł; wymieniona jest w tejże ewangelii jeszcze raz razem z Magdaleną w składzie niewiast, które znalazły grób pustym. Jeśli apostoł to ktoś, kto głosi Zmartwychwstanie, to powinna zwać się apostołką apostołów nie tylko Maria z Magdali, ale także owa Joanna, bo i ona oznajmiła to apostołom płci męskiej. Według tej ewangelii uznali babską wiadomość za idiotyzm, co jej autor zaznacza, może aby męski szowinizm podkreślić.

Nie dziwmy się jednak tamtym panom: a my dzisiejsi w Kościele jesteśmy tu bez zarzutu? Kobiet na świętych urzędach boimy się jak ognia. W każdym razie niektórzy z nas, niekoniecznie mundurowi, również zupełnie świeccy, ci, co na przykład głoszą, iż niech kobieta nie spowiada, bo nie wytrzyma, wypaple... Ale jakby nieświadomymi antyfeministami widzą mi się również duchowni szczebla wysokiego, którzy argumentują: kobieta kapłanem być nie może, albowiem on tę mszę sprawuje „in persona Christi”, a Chrystus mężczyzną był. Niestety u żadnych chyba stworzeń trzeciej płci nie ma: gdyby Jezus był kobietą, problem byłby ten sam, choć przeciwny, dlatego tylko w ogóle mężczyzną stał się, nie żeby ta płeć była lepsza.

20:54, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
czwartek, 19 września 2013
Jezus obrońca ladacznic

Ewangelia Łukasza 7,36-50
Był feministą potężnym. Bronił kobiet, tak jak w ogóle walczył w obronie słabszych, poniżanych. Jak dumnym faryzeuszom i uczonym w Piśmie przeciwstawiał pogardzanych celników i grzeszników, tych drugich głównie jako tych, co nie dają sobie rady z seksem.

Kobiety w ewangeliach wypadają o wiele lepiej od mężczyzn, przeciwnie niż w obiegowych opiniach miejsca i czasu. Dzisiaj czytamy o kobiecie, która w domu faryzeusza uczciła Jezusa najserdeczniej, a „prowadziła w mieście życie grzeszne”. Owe życie skłoniło gospodarza do myśli nieżyczliwej: „Gdyby On był prorokiem, widziałby, co to za jedna i jaka jest ta kobieta, która Go dotykała – że jest grzesznicą”. Na co Jezus odpowiedział mu bardzo uprzejmie, może ironicznie, że w przeciwieństwie do niego kobieta okazała Mu miłość ogromną, ponieważ odpuścił jej wielkie grzechy – grzechy faryzeusza mniejsze, to i mniejsza jego miłość. Nie wiem, czy naprawdę uważał go za dość cnotliwego...

U Jana mamy z kolei słynną scenę uratowania od linczu kobiety złapanej na cudzołóstwie, nie bardzo tam akurat pasującą: bibliści powiadają, że powinna być u Łukasza, w jego ewangelii totalnego współczucia. Pomyślałem sobie, że może Jezus bronił takie panie myśląc o swojej matce, której chyba całe życie zeszło wśród podejrzeń, że popełniła cudzołóstwo.

15:19, jan.turnau
Link Komentarze (49) »
środa, 18 września 2013
Czy Jezus był wtedy bardzo niegrzeczny?

Ewangelia Łukasza 2, 41-52
Dziś przeniesiony z 13 listopada dzień liturgiczny św. Stanisława Kostki, patrona młodzieży, zatem przeczytałem ewangelijną opowieść o pewnym chłopcu nad wiek dojrzałym. Otóż ta perykopa Łukaszowa o dwunastoletnim Jezusie zagubionym w Jerozolimie jest klasycznym przykładem tekstu nie bardzo zrozumiałego, gdy traktuje go się biograficznie, nie teologicznie. No bo ten najświętszy chłopak zachowuje się wobec swoich rodziców bardzo niegrzecznie, jeśli nie wręcz bezczelnie. Zamiast przeprosić za wielką przykrość Jezus wymawia im ignorancję w sprawie Jego powołania. Ależ przesłanie Łukasza jest zgoła inne: Chrystus ma prawo dziwić się, że Maria i Józef nie orientują się w sprawach Jego misji. To, że ich nie uprzedził, nie ma w tej tezie teologicznej żadnego znaczenia. To nie jest żaden realizm szczegółów!

13:19, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
wtorek, 17 września 2013
O biskupstwie

1 List do Tymoteusza 3,1
„Godna to wiary nauka: ten, kto ubiega się o biskupstwo, pragnie podjąć się pięknego zadania.”

Tłumaczenie Biblii Poznańskiej. Wydaje mi się dobre, bo dzięki postawieniu dwukropka zamiast kropki lepiej niż inne łączy zdanie pierwsze z drugim. Nieoceniona Poznanianka dodaje w przypisie, że sens zdania pierwszego „zmieniono w Kodeksie D i tłumaczeniach italskich na »Ludzka to nauka«, gdyż zaczęto w ubieganiu się o urzędy widzieć występek”. Bo też sprawa jest nieco dwuznaczna moralnie. Taką wydaje się pewnie u jezuitów, którym zabrania się owego ubiegania i trzeba mieć pozwolenie od władzy zakonnej na przyjęcie zaszczytu, jaki nazywa się „pełnią kapłaństwa” (określenie kojarzy mi się z episkopalnym brzuchem nadmiernej wielkości; kojarzyło się również pewnej pani w KIK-u, która zobaczywszy naszego kochanego Nossola zakrzyknęła: „biskup, a taki chudy?”).

Tu jednak w liście nie ma właściwie oceny samego dążenia, pochwała dotyczy tylko jego celu. Pewnie, że to zadanie jest piękne, skądinąd jednak trudne potężnie. Zwierzył mi się parę lat temu abp Nossol, że lżej mu się oddycha, gdy jest „seniorem” – tyle na jednej głowie ludzkich spraw, osobliwie księżych. Chcą się żenić, molestują, zdzierają... Może kiedy hierarcha przestanie być monarchą, diecezja będzie rządzona bardziej kolegialnie, biskupstwo stanie się mniejszym ciężarem. Teraz zresztą też rządzi w diecezjach swoista zbiorowość, czy jednak dwór kolegium stanowi, a dworem jest biskupia kuria. Tak było za Wojtyły w Krakowie i w Rzymie, tak jest również podobno w Warszawie na Pradze.

15:38, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 16 września 2013
Pokora rzymskiego oficera. Liturgiczne zwieranie szeregów. Kazanie na temat kazań

Ewangelia Łukasza 7, 1-10
Opowieść o setniku z Kafarnaum, który prosi o uzdrowienie swego sługi najpokorniej. Kto to był w ogóle setnik, sprawa jasna: oficer armii okupacyjnej, dowódca „sotni”, oddziału o tej liczbie żołnierzy. Ten konkretny jednak – zauważa m.in. Poznanianka – musiał być chyba prozelitą, czyli konwertytą na judaizm, bo jak inaczej wytłumaczyć to, że wstawiła się za nim starszyzna żydowska, a jeszcze wcześniej tamto, iż wręcz wybudował synagogę. Mniej ważna, ale też ciekawa jest postać uzdrowionego. Sługa był to czy wręcz niewolnik? Rzeczownik grecki „doulos” pozwala na różne tłumaczenia, mógł to być służący wolny albo niewolny. W każdym razie zapewne ktoś przez setnika kochany, na co wskazuje nie tylko jego troska opiekuńcza: we własnych słowach dowódcy pada rzeczownik „pais”, który tłumaczyć też można jako ”dziecko” czy ”chłopiec” (taka jest wersja nasza - EPP). Oczywiście ów oficer rzymski jest przykładem pokory dla przystępujących dzisiaj do Komunii: modlimy się wtedy jego słowami.
A mój dzisiejszy komentarz do wydarzeń pozabiblijnych dotyczy sposobu modlitwy. Sprawa tak intymna powinna być kwestią indywidualnego, osobistego wyboru, także gdy chodzi o modlitwę publiczną. Wydaje mi się bowiem od bardzo dawna, że papież Paweł VI źle zrobił zmieniając z wykluczeniem dotychczasowej liturgię mszalną Kościoła rzymskokatolickiego. Benedykt XVI zrobił potem bardzo dobrze pozwalając na ryt przedsoborowy, a Franciszek chyba nie najlepiej nakazując włoskiemu Zgromadzeniu Franciszkanów Niepokalanej odprawianie mszy wyłącznie w sposób posoborowy. Nie znam dobrze uzasadnienia owej decyzji, może chodziło o jakiś faktyczny „lefebryzm” w tamtym zgromadzeniu zakonnym, o jakiś ogólny konserwatyzm negujący w ogóle przesłanie Vaticanum Secundum, nie wiem. W ogóle jednak nie można chyba tak odcinać się od przeszłości, sugerować, że to, co było, nie służyło wiernym. Sam jestem zdecydowanym zwolennikiem nowego rytu jako angażującego wszystkich uczestników mszy, czyniącego tłum wspólnotą – ale „nie depczmy przeszłości ołtarzy, choć sami mamy doskonalsze wznieść”. Liturgia prawosławna jest jeszcze bardziej swoiście teatralna (ktoś nawet powiedział, że genialność prawosławnych chórów była przyczyną ateizacji Rosji: robiły z liturgii koncerty), jeszcze mniej aktywizuje całe zgromadzenie liturgiczne, czyż jednak dialog ekumeniczny nie nakazuje nam uznania jej wartości, choć wolimy styl bliższy protestanckiemu? Ktoś tu chyba Franciszkowi niedobrze doradził, postąpił wbrew swojej myślowej szerokości.
Wczorajsza niedziela, msza dla maluchów w budynku parafialnym przy ul. Chełmskiej w Warszawie, nowy ksiądz. Poprzedni, przeniesiony do innej parafii, też był bardzo fajny, ale ten ujął mnie swoją nieśmiałością ogromnie. Toż to postawa godna uniwersalnego polecenia! Fatalnie znoszę eklezjalny tupet bijący z ambony, a choćby i z środka kościoła, gdy kaznodzieja fizycznie schodzi do słuchaczy. Skąd się bierze coś takiego, że nasi duszpasterze mają znakomite mniemanie o sobie? Nie różnią się od nas przecież niczym szczególnym. Owszem, wiedzą kościelną górują nad szarym świeckim, choć nie każdemu imponują oczytaniem – jakże brak im jednak oryginalności w mówieniu o życiu, slogan goni slogan...
Nie oczekuję od każdego księdza znakomitych analiz dopiero co przeczytanych tekstów biblijnych, jakich słucham z ust duszpasterza środowisk twórczych ks. Grzegorza Michalczyka w kaplicy na pl. Teatralnym. To pewnie za wiele: wystarczyłaby mi prosta mowa od serca z przykładami z własnego życia i zawsze tak zwany pluralis homileticus: my, grzesznicy, duchowni i świeccy, razem szukający Boga.

15:25, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
niedziela, 15 września 2013
Owca, drachma i syn zagubieni

Ewangelia Łukasza 15,1-32
Przypowieści o zgubionej owcy, drachmie i synu, co zgubił się moralnie. Przesłanie w świetle całej Ewangelii oczywiste: każdy człowiek jest ważny, nie tylko ci porządni. W innych miejscach Nowego Testamentu (opowieść o faryzeuszu i celniku) widać nawet, że owa porządność może być wątpliwa.

Dołączam na tę niedzielę lekturę mego tekstu większego niż te, które piszę zazwyczaj, i pewnie ważniejszego. Napisałem coś w rodzaju mojego osobistego wyznania wiary. Zrobiłem to w formie komentarza do tak zwanego Składu Apostolskiego, trzeciej części tradycyjnego pacierza.

Wierzę w Boga.

Wierzę, że jednak świat ma Sens. Że nie jest dziełem jakiejś niebywałej serii przypadków, wynikiem jakiejś szczęśliwej gry sił kosmosu. Nie jestem, co prawda, aż tak radykalny w myśleniu, by - jak to uczynił Leszek Kołakowski - twierdzić, iż „nieobecność Boga (...) obraca człowieka w ruinę w tym sensie, że ograbia z sensu to wszystko, co zwykliśmy uważać za istotę człowieczeństwa: dążenie do prawdy, odróżnienie dobra i zła, roszczenie do godności i przekonanie, że tworzymy coś, co oprze się obojętnemu niszczycielstwu czasu”. Może jednak heroiczny humanizm ateistyczny ma jakieś filozoficzne oparcie. Tym bardziej zgadzam się z Kołakowskim, iż ”wierzący nie dostarczy nigdy ateiście wystarczających «dowodów», które mogłyby przeciągnąć go na swoją stronę”. To znaczy zapewne dowodów tak przekonujących, jak te, na których stoją twierdzenia matematyczne, biologiczne czy nawet niejedno historyczne. Niemniej Bezsens jest dla mnie znacznie mniej wyobrażalny niż Sens. Nie jestem w stanie uwierzyć w tak przemyślną naturę i tyle. No i zapewne ma rację Tomasz Halik: „Bóg nie jest w taki sposób, w jaki są rzeczy. Jeśli Bóg jest, to jest na własny, boski, wyjątkowy sposób. Tylko tak, jak jest On i nikt inny. (...). Nie można myśleć o Bogu jako o kimś nieistniejącym, jeśli bowiem Bóg jest źródłem istnienia, a nie bytem wśród bytów, to nieistniejący Bóg jest absurdem, logiczną sprzecznością”. Choć może jednak mogłoby istnieć źródło bytu, którego Bogiem nazwać nie można: filozof ze mnie słaby, nie wiem. Bliskie mi jest natomiast tłumaczenie, że Bóg nie istnieje nawet tak jak człowiek, albowiem przyjmuję z radością wszystko, co oddala od tradycyjnego teizmu.

Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela Nieba i Ziemi.

Wiara, że On jest, zakłada nieodzownie Jego wszechmoc. To nie żaden bożek, to Absolut wszelkich właściwości, nieskrępowany żadną niemożnością. Jeżeli jednak może wszystko, to czy aby na pewno nie może ujarzmić Szatana i zapanować ostatecznie nad owładniętymi przez niego ludźmi, czy aby na pewno nie wszyscy mogą być zbawieni? Nie do wyobrażenia jest dla mnie nieskończona moralna męka choćby jednego człowieka. Wolna wola to element konieczny człowieczeństwa, ale Boża wszechmoc jest do pogodzenia z Jego absolutnym miłosierdziem tylko wtedy, gdy Dobro zwycięża bez reszty. Inaczej stworzenie Nieba i Ziemi jawi mi się jako jakieś kosmiczne brakoróbstwo. Wystarczą wszystkie potworności Kosmosu, by i tak mówić, że pisze On po liniach krzywych przeraźliwie.

I w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego.

W Jezusa Chrystusa: dwuimienność zwyczajna, taka, jaka była w starożytności i bywa czasem teraz? Nie, ponieważ Chrystus to Mesjasz. To w myśli żydowskiej człowiek, który pojawia się z misją specjalną, z zadaniem ostatecznej przemiany świata. Świat wskutek działalności Mesjasza ma być w wizji judaistycznej najwyraźniej lepszy. Chrześcijanie natomiast pojmują ową przemianę tylko jako zaczyn: Chrystus zmieni świat całkowicie dopiero, gdy przyjdzie po raz drugi, na końcu świata „starego”, gdy nadejdą zapowiedziane w Biblii „nowa ziemia i nowe niebo”. Ale zaczyn już działa, przede wszystkim jest już przykład duchowy Krzyża, tworzący wizję, cel przemiany, poza tym – jeśli się wierzy w jakiś postęp moralny ludzkości, a ja wierzę – jest już jakaś tego celu realizacja. Jednak obie te koncepcje Mesjasza nie są może tak bardzo różne. Jest taki dowcip: Chrystus przychodzi po raz wtóry, otacza Go oczywiście chmara dziennikarzy i jeden z nich pyta, które to Jego przyjście, pierwsze czy drugie. Na co On po angielsku: - No comment.

Jezus jest jedynym synem Boga. Ta jedyność oznacza chyba szczególny związek z Ojcem, szczególną Jego miłość, jaką cieszą się jedynacy. A Boże synostwo? W sensie szerszym oznacza ono w ogóle wyróżnienie kogoś spośród innych ludzi: Mesjasz był tak nazywany także w tekstach całkiem żydowskich. W Kościele nabrał jednak znaczenia, które Credo nicejsko-konstatynopolskie (to odmawiane podczas mszy) nazywa „współistotnością Ojcu”.

Jezus jest też naszym Panem. Okropne słowo: pan to albo tytuł odnoszony do osób z którymi nie łączy nas bliska znajomość ani pokrewieństwo, albo też relacja własności, podporządkowania. A Jezus, co prawda, jest naszym władcą, ale Jego władza nad nami ma znaczenie osobliwe: wyraziła się w Krzyżu. Jest On naszym władcą w ten sposób, że myśląc po ludzku nim nie jest i właśnie przez to uniżenie jest naszym Zbawcą.

Który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny.

Zanim wyznamy wiarę w Trzecią Osobę Trójcy, czyli w to, że jest On jeden, ale trójjedyny, mówimy o tym, jak Jego Syn zaistniał na naszym ziemskim świecie. Trudno się młodziutkiemu Kościołowi dziwić, że to Jego pojawienie się pośród naszych przyziemności wyobraził sobie jako coś zupełnie niezwykłego, jako dzieło Tego, który w sposób niezwykły przenika wszystko.

Niemniej – powiada ks. Wacław Hryniewicz – „wiara w dziedzictwo Maryi napotyka jednak obecnie wśród chrześcijan poważne trudności. W Biblii istnieje wiele pokładów znaczeniowych, które wymagają różnych sposobów interpretacji”. Chodzi o to, że nie możemy rozumieć jej tekstów zawsze w sposób dosłowny. Zawsze są jakoś uwarunkowane miejscem i czasem. Tamten czas sprzyjał „nadnaturalnej” interpretacji różnych wydarzeń, poza tym nasiąkał powoli przychodzącą z różnych stron niechęcią do „ciała”, do czynnika materialnego w człowieku, do wiązanego wyłącznie z ciałem życia seksualnego. „Wiadomo również – pisze dalej ks. Hryniewicz – iż mit narodzin z dziewicy był szeroko rozpowszechniony w starożytności, zwłaszcza w Egipcie i mitologii grecko-hellenistycznej. Czy zatem sens opowiadania o dziecięctwie Jezusa i Jego dziewiczych narodzinach można uczynić bardziej zrozumiałym dla ludzi współczesnych? Czy Jego dziewicze narodziny rzeczywiście miały miejsce? Biolodzy zdecydowanie odrzucają w tym wypadku możliwość partenogenezy. Czy chrześcijanin musi zatem powołać się na cud wbrew wszelkim prawom przyrody?” Można odpowiedzieć, że prawa przyrody to dla nas dzisiaj pojęcie niewiele mniej staroświeckie niż wiara w cuda: ileż „praw przyrody” kwestionuje współczesna fizyka! Dzisiejsza medycyna nie umie wytłumaczyć tylu niespodziewanych uzdrowień: być może wyjaśnią się z czasem, czy aby na pewno jednak tamto narodzenie bez udziału mężczyzny nigdy nie wyda się mniej biologicznie niezwykłe? Ks. Hryniewicz przedstawia jednak dalej dzisiejsze, historyczno-krytyczne badania nad Biblią w tej sprawie.

Otóż wiara w dziewicze poczęcie została zaznaczona tylko w dwóch ewangeliach: nie znajdujemy jej ani w pierwszej historycznie, Markowej, ani w najpóźniejszej – przypisywanej apostołowi Janowi. Tym bardziej nie czytamy nic na ten temat w listach Pawłowych i w żadnym innym tekście nowotestamentalnym: tak zwane Ewangelie Dzieciństwa poprzedzają tylko dzieła Mateusza i Łukasza. Biologiczne dziewictwo Matki Jezusa – stwierdza ks. Hryniewicz – nie jest centralnym elementem Ewangelii, a przez to wiary chrześcijańskiej. „Wiara w Chrystusa jako Syna Bożego jest niezależna od wiary w dziewicze narodziny.” Nie jest jej koniecznym warunkiem. Co nie znaczy, że ta druga wiara nie ma żadnego związku z pierwszą, fundamentalną. Opowieści o niezwykłych narodzinach Jezusa z Nazaretu są „teologicznym symbolem nowego początku, który dokonał się w dziejach świata mocą Boga za pośrednictwem Jego Syna. Wydarzenia tego nie sposób wyjaśnić na podstawie normalnego rozwoju doczesnej historii ludzkości.” Ówczesnym ludziom symbol narodzin z dziewicy był do całej wiary chrześcijańskiej niezbędny, nam chyba konieczny nie jest.

Umęczon pod Ponckim Piłatem.

I tak to pochodzący z małoazjatyckiego Pontu funkcjonariusz rzymskiej okupacji Izraela znalazł się w syntetycznym ujęciu wiary chrześcijańskiej. Pasuje do niej „jak Piłat w Credo”? Owszem, pasuje, jeśli wzmianka o nim służy zaznaczeniu, że Jezus żył i zginął najzupełniej realnie, historycznie, w dającym się określić czasie. Postać Piłata jest zresztą sama przez się bardzo ważna. Niezależnie bowiem od tego, jak rozłoży się odpowiedzialność za Jego śmierć, obciążając przede wszystkim władzę żydowską bądź jednak właśnie rzymską (wielki problem biblistyczny oraz dialogu z judaizmem), to właśnie on jednak w końcu skazał na potworną śmierć człowieka niewinnego.

Ukrzyżowan, umarł i pogrzebion.

W tych trzech słowach zawiera się niemal cała wiara chrześcijańska. Został umęczony i ukrzyżowany: po co to było potrzebne? Mógł przecież być jednym z wielu wielkich proroków ludzkości, założycieli wielkich religii, który umarli własną śmiercią, a za życia wyłożyli całą swoją naukę. Umarł nie tak jak Budda, Konfucjusz, Lao-Tse, tym bardziej nie jak Mahomet, według islamu wzięty żywcem do nieba. Raczej jak Sokrates, też zamordowany przez sąsiadów: cywilizacja europejska ma za podstawę najświętszy nonkonfomizm. Czy jednak naprawdę Bóg Ojciec musiał dopuścić do potwornej śmierci własnego Syna, żeby przebaczyć ludzkości wszystkie jej grzechy? Stało się tak nie dlatego, że jest aż tak „obrażalski”, czuły na punkcie własnej osoby. Nie On tu jest winien, winni są ludzie, którym Jezus nie pasował. Męka i śmierć Jezusa stanowiła konsekwencję faktu bardziej podstawowego, tego, że stał się człowiekiem, że podjął dolę człowieczą najradykalniej, jak tylko można, najsolidarniej z całym straszliwym cierpieniem ludzkiego gatunku. Nie dało się inaczej zbawić „homo sapiens”? Co dała tamta śmierć? Co zmieniła? Jedno jest dla nas pojmowalne: pokazała nam, jak żyć – i za co umierać. Wystarczy.

Umarł definitywnie: został pogrzebany. Tak, naprawdę umarł. Nie zszedł z krzyża, choć także to było w Jego boskiej mocy. Przeszedł metr po metrze przez całe ludzkie życie i ludzką śmierć. Życie i śmierć, które przypomina rysunek Jacka Gawłowskiego na książce Doroty Wodeckiej „Polonez na polu minowym”: jakiś owoc jabłkopodobny, ale kolczasty przeraźliwie. Symbol radości naszych, ale i dramatów. Wszystkie były Jego udziałem.

Zstąpił do piekieł.

Poniekąd najdziwniejsze słowa Składu Apostolskiego. Nie ma ich we wcześniejszym, podstawowym i najobszerniejszym chrześcijańskim Credo. Nie ma też dla nich szerokiego uzasadnienia w Piśmie Świętym. Jest tylko w 1 Liście Piotra 3,19 powiedziane: „Przez Niego [Ducha] w ciemnicy poszedł zwiastować [Dobrą Nowinę], tym, które kiedyś nie uległy oczekującej ich Bożej cierpliwości, w dniach Noego, kiedy budowana była Arka, a w niej nieliczni, to jest osiem dusz, uratowani zostali z wody” (Ekumeniczny Przekład Przyjaciół). Niejasne to bardzo słowa, ks. Michał Czajkowski komentuje je tak: „Kochać świat, jak go Chrystus ukochał. Bo gdy potop spadł na ziemię, Noe sam – z nielicznymi – został uratowany. Inaczej Jezus – poucza nas św. Piotr: ratuje się nie sam, lecz solidarny z całą ludzkością rzuca się w wody śmierci, aby wyciągnąć z sobą nas wszystkich.”

Trzeciego dnia zmartwychwstał.

Czemu akurat dnia trzeciego? Bo ta liczba w Biblii oznacza pełnię. Był to czas wystarczający, żeby zaznać niedoli śmierci oraz wyciągnąć z niej zmarłych w poprzednich mękach. Sam też przede wszystkim powstał z martwych. Chrześcijaństwo wierzy w ostateczną nieśmiertelność człowieka, przejęło tę wiarę od późnego judaizmu, ale zmodyfikowało ją przez przedstawienie Boga jako Tego, który stwarza nas od nowa do lepszego życia. Od nowa i do lepszego: zmartwychwstanie to nie wskrzeszenie! Chrystus pokazuje się po śmierci uczniom, widać wyraźnie, że nie jest jakąś zjawą, ma ciało, ale z opisów ewangelijnych jasno wynika, że nie jest to ciało „z tego świata”, „ziemskie”, że należy już do nowego nieba i nowej ziemi. Tak, nie czeka nas ziemska dola, ale los zaiste niebieski. Czeka zupełnie nie wiadomo kiedy? Najpierw będziemy samą duszą? Takie jest wyobrażenie kształtujące tradycyjne nauczanie katolickie, nie opiera się ono jednak raczej na antropologii biblijnej, nie widać w niej dualizmu duszy i ciała, człowiek to ciało ożywione przez duszę, nie mogą być rozdzielone. Co więcej, przecież na „tamtym świecie” nie ma czasu, jest on podobnie jak przestrzeń wymiarem zgoła ziemskim. Czy zatem tradycyjne rozdzielanie dwóch pośmiertnych momentów: Sądu zwanego Szczegółowym i Ostatecznego ma pełne uzasadnienie? Czy - jeśli tam czasu nie ma - nasze dzieje na „tamtym świecie” nie są w istocie takie same jak Chrystusa i Jego Matki, choć oni zgodnie z dotychczasowym nauczaniem kościelnym wyprzedzili nas czasowo do cielesno-duchowej szczęśliwości ostatecznej? Czy owo wyprzedzanie nie wymaga jakiejś reinterpretacji? Może jednak zostawmy rzecz w spokoju. Przecież o Bogu nieporównanie więcej nie wiemy, niż wiemy. Nie mędrkujmy za bardzo.

Wstąpił na Niebiosa.

Znowu problem: jeżeli – jak czytamy najobszerniej w Dziejach Apostolskich – Jezus wstąpił do nieba dopiero po 40 dniach, to czy aby na pewno powstał z martwych po już dniach trzech ? Znajdował się już na „tamtym świecie” czy jeszcze nie całkiem? Otóż całkiem, ale był jeszcze czas, gdy ukazywał się uczniom niejako przekraczając granicę dwóch rzeczywistości. Biblii nie można rozumieć dosłownie, bo będzie w niej inaczej sprzeczności legion.

Siedzi po prawicy Boga, Ojca Wszechmogącego.

Jest przy Nim najbliżej, jak możemy sobie wyobrazić. A raczej nie możemy sobie w ogóle wyobrazić stopnia bliskości wzajemnej Osób Trójcy: gdyby nam się to udało, nie uważalibyśmy wiary w Trójcę za zaprzeczanie matematycznego aksjomatu, iż jeden nie równa się trzy. Równa się, gdy osoby mają dokładnie tę samą naturę: nie mogą się pokłócić, bo absolutnie nic ich nie różni.

Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych.

Nadejdzie dzień, w którym jasne się stanie, co dobre, a co złe. Dzień ostatecznej Bożej sprawiedliwości: kiedy ona ujawni się „temu światu” i przekształci go dokumentnie, gdy Chrystus okaże się w końcu Mesjaszem takim, jakiego oczekują Żydzi i o jakim po cichu marzy niejeden mieszkaniec Ziemi.

Wierzę w Ducha Świętego.

Trzecia Osoba Trójcy po wiekach zauważona. Na Wschodzie pamiętano o Niej zawsze, inaczej na Zachodzie, szczególnie w Kościele rzymskokatolickim, w którym tak długo dominowała mentalność jurydyczna: wszystko w myśli i w rzeczywistości musiało być zapięte na ostatni guzik, uregulowane, wyjaśnione. Otóż Duch jest wiecznym rewolucjonistą, wszystko wywraca do góry nogami! Poza tym jest w Biblii Parakletem, czyli Pocieszycielem: jest źródłem naszej radości, mimo całej potworności „świata tego”.

Święty Kościół Powszechny.

Wierzę, że Kościół jest święty. W tym sensie, w jakim go określa Sobór Watykański II: „obejmujący w swoim łonie grzeszników, święty i zarazem ciągle potrzebujący oczyszczenia, podejmujący ustawicznie pokutę i odnowienie swoje”. Czy aby na pewno „ustawicznie”? Od nowego Soboru tak: ustami Jana Pawła II i teraz Franciszka. Umiał przekłuć balonik kościelnej pychy papież Wojtyła, umie papież Bergoglio, który ekscelencjom wymyśla od karierowiczów.

Świętych obcowanie.

Słowo to kojarzy nam się co najwyżej seksualnie, a oznacza swoje zaprzeczenie. Luteranie nie boją się mówić tutaj językiem dzisiejszym: „społeczność świętych” (communio sanctorum). Świętych w sensie pierwotnym, gdy to słowo w Kościele oznaczało w ogóle wierzących w Chrystusa. Jest jakaś łączność nie tylko między nami na tym świecie, ale i między tym a tamtym światem: żywi i zmarli modlimy się za siebie nawzajem.

Grzechów odpuszczenie.

Tak, wierzę, że będzie totalne. Bóg nie stworzył świata tak straszliwego, żeby Jego nieskończone miłosierdzie nie mogło skruszyć dokładnie każdego grzesznika.

Ciała zmartwychwstanie.

Oczywiście, ale w rozumieniu biblijnym, gdy ciało człowieka i krew to on sam, oczywiście, gdy jest ono ożywione duszą.

W żywot wieczny. Amen.

Tak, człowiek jest nieśmiertelny. Umiera, owszem, ale Bóg go stwarza do nowego życia.

19:23, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
sobota, 14 września 2013
Kto się poniża…

List do Filipian 2,6-11
Na święto dzisiejsze Podwyższenia Krzyża przeznaczono nam hymn, który przetłumaczyliśmy tak oto:
„On będąc w postaci Bożej
nie uznał za przywłaszczenie
swojej równości z Bogiem,
lecz ogołocił siebie samego,
przyjąwszy postać sługi,
stał się posłuszny aż do śmierci,
do śmierci na krzyżu.
Dlatego i Bóg wywyższył Go nad wszystko
i darował Mu Imię
ponad wszelkie imię,
aby na Imię Jezusa
zgięło się wszelkie kolano
tych, co na niebiosach, na ziemi i w otchłaniach,
i żeby każdy język wyznał,
że Panem Jezus Chrystus
ku chwale Boga Ojca.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Ciekawostka: choć dwóch na trzech biblistów to przecież u nas niekatolicy (prawosławny i zielonoświątkowiec), poszliśmy jednak tutaj za tak przez mój Kościół kochaną niegdyś Wulgatą (oraz Wujkiem) i zamiast „nie skorzystał ze sposobności” Tysiąclatki, Poznanianki mamy „nie uznał za przywłaszczenie” (Wujek: „nie poczytał za drapiestwo”), czyli zdecydowaliśmy się na wersję wręcz przeciwną (Ewangelicka Biblia zwana Warszawską ma „nie upierał się zachłannie przy tym”). Nie poszliśmy też za Poznanianką, która ma zamiast „postaci” „naturę”, a może trzeba było: postać to coś zewnętrznego, a tu chodzi o istotę. Teologia tego hymnu jest w ogóle jeszcze mało precyzyjna: Syn Boży stał się przecież w pełni człowiekiem, nie tylko „podobnym do ludzi”.

Kto się poniża, wywyższony będzie. Papież Franciszek rozumie to genialnie, jego od pierwszej chwili manifestacyjna pokora zyskuje mu ogromne uznanie pozakościelnego świata.

11:26, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
piątek, 13 września 2013
O mojej potrzebie autolustracji

Ewangelia Łukasza 6,41
„I czemu widzisz drzazgę w oku brata swego, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?”

Po prostu dlatego, że rzadko przeglądam się w lustrze. Już dawno zapomniałem, jak naprawdę wyglądam.

 

Wpis na 12 września 2013
Znośmy się jakoś nawzajem. Miłosierdzie bez granic
List do Kolosan 3,12-13
”Jako wybrańcy Boży, święci i umiłowani, obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy.”

Znosić bliźnich niełatwo. Czas działa dobrze i źle. Dobrze, bo się przyzwyczajamy do ich wad, źle, bo (jeżeli) mamy ich po latach po dziurki w nosie.

Zatrzymam się też przy owym ”serdecznym miłosierdziu” i wzorowaniu się na Bożym wybaczaniu, bo skojarzyły mi się z trzema publikacjami Wydawnictwa PROMIC: dwoma kalendarzami już na r. 2014, ściennym i kieszonkowym, pod hasłem Miłosierdzia oraz broszurą Miry Majdan ”Św. Faustyna i Boże Miłosierdzie. Życiorys, nowenna, modlitwy”. Pomyślałem sobie, że międzynarodowy sukces olbrzymi ”Dzienniczka” polskiej mistyczki (żadna książka polska nie doczekała się tylu tłumaczeń) bierze się z oczekiwania milionów na obraz Boga, który naprawdę kocha nas absolutnie, jako że przecież Absolutem jest. A jeżeli tak kocha, to nikogo w piekle nie zostawi (choć dla Faustyny nie było to oczywiste), co powtarzam do upadłego. Z książeczki Miry Majdan zapamiętałem też aluzję do nazwiska świętej, czyli Helenki Kowalskiej: najzwyczajniejsza polska dziewczyna, a przecież nadzwyczajna.

18:41, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
środa, 11 września 2013
Nie ma Żyda, nie ma Greka?

List do Kolosan 3,11
”A już tu nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nie obrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich jest Jezus Chrystus.”

Tu jeszcze u niektórych po staremu. U jednych Żyd nadal podejrzany, obrzezanie znakiem tych, co Żyda szanują. U drugich, trzecich, dziesiątych barbarzyńcą każdy, kto ma inne poglądy, jest za mało otwarty albo i zamknięty na amen. U jedenastych i dwunastych prezbiter sługą biskupa jeśli nie niewolnikiem, zresztą u świeckich bonzów bywa podobnie. Chrystus zupełnie nie może się dopchać.

12:46, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
wtorek, 10 września 2013
Czary, mary, dyrdymały. Dzieło o ojcu Rydzyku

List do Kolosan 2,8-9
”Uważajcie, aby ktoś z was nie został zwabiony w niewolę [błędu] przez filozofię lub chytry podstęp, wywodzące się z ludzkich podań o siłach kosmicznych, a nie z Chrystusa. W Nim bowiem, w Jego ciele mieszka cała pełnia Bóstwa.”

Przekład Biblii Poznańskiej, a oto jej tłumaczenie tych słów: ”Paweł przestrzega, by nie pozwolili wziąć się do niewoli w sensie moralnym, przez czysto ludzką doktrynę o gwiazdach kierowanych przez duchy i wpływających na losy ludzi, bo ta błędna doktryna nie ma nic wspólnego z Chrystusem”. Minęło dwadzieścia wieków, a wciąż królują różne wariactwa, może nie całkiem inne, choć filozofia to dla nas sprawa na pewno poważna. Ktoś opowiadał mi o dyrdymałach, które opowiadają na wsi ludzie niby to wykształceni. Wiara w różne czary mary... Ale nie należy jej zwalczać odnoszeniem do szatana, raczej obśmiewaniem, odwoływaniem się do rozumu elementarnie oświeconego.

Czego to ludzie nie wymyślą! ”Religia smoleńska” jest potężnym przejawem podobnej mentalności. Nie myślę tu nawet o różnych mgłach, tylko o owym absurdalnym przypuszczeniu, że jakiś polityk polski mógł pozwolić sobie na taką potworną zbrodnię. Tu już jestem blisko ośrodka polskiego, który robi wodę z mózgów w sposób perfekcyjny.

Podczas weekendu przeczytałem pasjonującą książkę pod adekwatnym tytułem ”Imperator”. Moi koledzy z ”Gazety Wyborczej” Piotr Głuchowski i Jacek Hołub napisali dla Wydawnictwa Agora portret reportażowy ojca Tadeusza Rydzyka. Obszerny, przeszło czterysta stron i bardzo spokojny, referujący fakty, zbierający opinie bardzo różne. Nie twierdzę oczywiście, że taką samą biografię wydałaby oficyna wydawnicza należąca do którejś z instytucji podlegających sławnemu redemptoryście, niemniej ten autorski tandem zaimponował mi nie tylko pracowitością, ogromem informacji, ale i troską o dotarcie do psychologicznej prawdy o człowieku.

Przez całe dzieło przewija się bowiem ocena profesora uniwersytetu toruńskiego, byłego prezesa tamtejszego KIK-u, Andrzeja Tyca, którą można streścić tak: ojciec Rydzyk nie jest wcale takim demonem, jakiego zeń robią poniektóre media. Jest człowiekiem głęboko ideowym, gorąco wierzącym. Ale ma własną wizję Kościoła, wręcz wizję Boga, do której chce pociągnąć innych. ”Jest tak pochłonięty swoim zadaniem, że nie liczy się z tym, iż ktoś zostanie zraniony, będzie miał jakieś problemy”. Skutki tego są jednak takie, że ”bardzo poważna część ludzi patrzących życzliwie na Kościół zmieniła do niego stosunek. Zgrzytają zębami. Bo to nie jest tak, że ojciec Rydzyk stworzył sektę, oddzielił się. On podbija polski Kościół, narzuca mu własną formację”.

Skąd jednak taki sukces owego myślowego podboju? W książce znaleźć można także próbę rozwiązania tej zagadki, na przykład w słowach ks. Kazimierza Sowy. Ojciec Rydzyk stworzył wręcz medialne imperium, gdy inne rozgłośnie ledwie zipią. Co więcej, Rodzina Radia Maryja jest największą organizacją katolicką w Polsce, autorytet ojca Rydzyka jest kolosalny, o wiele większy niż biskupów w ich diecezjach. Otóż to jest dla wielu z nich argument potężny. Tylko że jest jeszcze kwestia treści niesionych przez te instytucje. Ich spiskowa teoria dziejów, ksenofobia - to znów myśl prof. Tyca. Jakoś ten typ katolicyzmu zgoła przedsoborowego moim hierarchom pasuje. Czekam na Franciszka.

11:39, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
Szał zrobionych na szaro. Grecy jednak lepsi od Żydów?

Wpis na poniedziałek 9 września 2013 r.

Ewangelia Łukasza 6, 6-11
Scena ewangelijna typowa: uzdrowienie w szabat, zgorszenie uczonych w Piśmie i faryzeuszy, którzy śledzą Go chcąc złapać na złamaniu Prawa, potem ich porażka intelektualna. Jezus bowiem pyta retorycznie: ”Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy wolno źle czynić. Życie ocalić czy zniszczyć?”. Odpowiedź jest oczywista, przeciwnicy czują się zrobieni na szaro, wpadają zatem w szał i naradzają się, co by uczynić Jezusowi. Gdy dyskutuje się z kimś, kogo się nienawidzi, przegrana choć tylko na słowa dotyka do żywego.
Warto tu przypomnieć, że z tekstów ewangelijnych wynika, iż to nie ta elita żydowska doprowadza w końcu do skazania Go przez władzę rzymską. Owi uczeni i faryzeusze, którzy Jezusa nie cierpieli, mieli w swoim narodzie autorytet faktyczny, owszem, ale tamtą decyzję podjęła jego władza formalna: Sanhedryn, kasta kapłańska, składająca się raczej z saduceuszy. Bibliści twierdzą zatem, że czarny obraz faryzeuszy, który dominuje w ewangeliach, wziął się z redagowania owych tekstów, gdy już Świątyni nie było, kapłani nie liczyli się, narastał natomiast konflikt między rozkwitającym Kościołem a zdominowaną przez faryzeuszy Synagogą.
Wielu biblistów, także katolickich, uważa jednak dalej, iż ewangelie, w każdym razie Mateuszowa i Janowa, zaczerniają w ogóle obraz ówczesnej społeczności żydowskiej, wybielają natomiast okupacyjną władzę rzymską (odsyłam do tekstu Johna T. Pawlikowskiego we wczorajszym ”Magazynie Świątecznym”). Otóż w związku z powyższym mam taką myśl laika: czy gdyby nawet Piłat był dużo mniej winien niż Kajfasz, dzisiejsi Żydzi powinni się w ogóle gorączkowo bronić, optując na przykład za powyższą opinią biblistów? Niech się w każdym razie bronią inaczej: przecież Grecy skazali na śmierć Sokratesa, co było wyłącznie ich, nie żadnego okupanta winą, i nikt im nie wypomina tamtej zbrodni.
Po prostu, jak sam Jezus powiedział, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Również na przykład Budda znalazł zwolenników w tylu krajach, nie w Indiach, choć nikt go tam nie zamordował. A Mahomet? Co by było, gdyby tylko moralizował zamiast złapać za potężny miecz?

11:36, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
wtorek, 03 września 2013
Szatan w Biblii podobnie jak dziś. Szaleństwo kościelnego bata

Ewangelia Łukasza 4, 31-37
„A był w synagodze człowiek, który miał w sobie ducha nieczystego. Zaczął on krzyczeć wniebogłosy: - Och, czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić? Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: - Milcz i wyjdź z niego. Wtedy zły duch rzucił go na środek i wyszedł z niego nie wyrządzając mu żadnej szkody.”

Takich scen u trzech pierwszych ewangelistów (synoptyków) jest więcej; ciekawe, że dzieło przypisywane apostołowi Janowi o podobnych wydarzeniach milczy, ale przecież nie lubi w ogóle powtarzać tamtych relacji. Stoimy tutaj przed zasadniczym pytaniem egzegetycznym: to choroby psychiczne czy jednak duchowe raczej? Zły duch szkodzi tu ludziom zwyczajnie, tak jak w przypadku każdej choroby, albo też zdejmuje przyłbicę, decyduje się na samoujawnienie a nawet na zdemaskowanie Chrystusa. Trzeba w każdym razie zauważyć, że ewangelie interpretują jako opętania także „naturalne” zjawiska chorobowe w rodzaju epilepsji, na przykład w opowieści Mateuszowej 17,14-20. Pada tam grecki termin „seleniadzetai, który można – wyjaśnia Przekład Ekumeniczny jedenastu Kościołów polskich – przetłumaczyć jako „lunatykuje”: „starożytna medycyna wiązała bowiem epilepsję z fazami księżyca i działaniem złego ducha”. Pewnie na miejscu jest tutaj myśl ta sama, co przy takich dzisiejszych dziwnościach: żeby nie przesądzać pochopnie ich istoty. A już na pewno nie doszukiwać się nadzwyczajnego działania Złego nawet w różdżkarstwie i niektórych rodzajach dzisiejszej muzyki młodzieżowej. Tu sygnalizuję z zadowoleniem orzeźwieńczy felieton ks. Grzegorza Strzelczyka w ostatnim numerze miesięcznika dominikańskiego „W drodze”. Na szczęście na Górnym Śląsku podobno władza kościelna wobec egzorcystycznego szaleństwa jest równie jak ks. Strzelczyk krytyczna.

Ale ja tu także o szaleństwie innej natury. Zaczął się nowy rok szkolny, tym samym nowy czas katechezy uprawianej pośród innych przedmiotów lekcyjnych i znowu nieśmiertelny problem etyki jako alternatywy dla religii. Alternatywność owa wciąż jest dla mnie dyskusyjna, bo są to w ogóle dwie całkiem różne dziedziny działania. Albo bowiem katecheza jest krzewieniem wiary religijnej i wtedy to w ogóle „insza inszość” niż wykład etyki, informacyjny czy (oraz) formacyjny, czyli to sprawa do kościoła, nie do szkoły, albo katecheza jest lekcją choć wąsko, ale religioznawczą i wtedy z kolei nie bardzo wiadomo, dlaczego miałaby wymieniać się z tamtą wiedzą etyczną. Może powinna być religioznawstwem nieco szerszym, nastawionym także trochę na inne wiary. Ale to wszystko pestka wobec problemu kościelnego zgoła palącego. Przeraziła mnie wręcz wypowiedź ks. Tadeusza Panusia, którą przeczytałem w serwisie KAI: że wybór etyki zamiast religii to grzech! Rozumiem od biedy kardynała Nycza, gdy stwierdza fakt obiektywny, iż lekcje etyki nie przygotowują do sakramentu, więc nie mogą zastępować katechezy – ale straszenie grzechem to tutaj zupełny obłęd! Pedagogia moralnego bata w ogóle jest kontrowersyjna, a tutaj może dać jedynie skutek wręcz przeciwny: skompromituje w oczach uczniów instytucję kościelną, która nie dość, że nie potrafi uczyć czegokolwiek ciekawie, to jeszcze tę śmiertelną nudę zaopatruje w oręż świętego obowiązku.

Na koniec coś na mój własny temat: będzie teraz parodniowa przerwa w moim blogowaniu z powodów zdrowotnych. Do zobaczenia!

18:40, jan.turnau
Link Komentarze (118) »
poniedziałek, 02 września 2013
Inspirator, nie Redaktor. Literackie studium karła. Romana Graczyka metamorfoza radykalna

Ewangelia Łukasza 4,16-30
Może jestem hiperkrytyczny wobec każdego słowa pisanego, ale to ze względów biograficznych. Przez blisko 60 lat zajmowałem się mianowicie redagowaniem tekstów, a przecież dobry redaktor to ten, co przyczepia się do wszystkiego. Niestety musiałem nauczyć się także interpunkcji, co mi teraz przeszkadza, bo nawet i czytając rzeczy, za które bynajmniej nie odpowiadam, martwię się każdym przecinkiem albo jego brakiem.
Czytam tak niemiłosiernie również Pismo Święte. W dzisiejszej perykopie ewangelijnej coś mi nie daje spokoju: Ewangelista jakby zapomniał coś napisać. Opowiada mianowicie, że w rodzinnym Nazarecie Jezus komentował w synagodze Księgę Izajasza. Przeczytał zdanie: „Duch Pański spoczywa na mnie, ponieważ mnie namaścił i posłał mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok Łaski u Pana”. Otóż już tutaj pierwsze zaskoczenie: Chrystus odnosi te słowa dość wyraźnie do siebie, nie wywołuje to jednak niedowierczej reakcji słuchaczy, w każdym razie ewangelia nic podobnego nie mówi. Przeciwnie: „wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego”. Owszem, czytamy zaraz dalej, że „mówili:- Czy nie jest to syn Józefa?”, ale nie jest to przecież pytanie krytyczne. Jezus jednak odbiera to zaraz jako atak: „Z pewnością powiecie mi to przysłowie: »Lekarzu, ulecz samego siebie«; dokonajże i tu w swojej ojczyźnie tego, co się wydarzyło, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum.” Tu pada Jego powiedzenie, które stało się przysłowiem: „Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie”, a dalej bardzo ostra krytyka rodaków, którzy nie doczekają się cudów, tak jak nie doczekali się ich przodkowie w przeciwieństwie do pogan. Zrozumiała jest natomiast może, choć jakoś dziwnie gwałtowna, reakcja nazaretan, którzy zamordowaliby Go wówczas na długo przed Piłatem i Kajfaszem, gdyby już wtedy zgodził się na swoją śmierć. Tak dramatycznego obrotu sprawy nie zapowiadał początek opowieści.
Na szczęście mam egzegetę wielce kompetentnego, ks. Michała Czajkowskiego, który wytłumaczył mi, żebym nie traktował Ducha Inspiratora jako Redaktora. Teksty biblijne, również Łukaszowe (a może nawet jego szczególnie, choć to wśród ewangelistów pisarz w ogóle najlepszy) zawierają czasem jakieś braki w narracji: tak jak tutaj na przykład nie ma właśnie informacji, że Jezus rodakom zaimponował, ale i od razu rozniecił w nich pogardę. Kiedy indziej zjawiają się z kolei zdania niepasujące, jakby wyjęte z innego kontekstu. Biblia nie jest podręcznikiem historii ani geografii, paleontologii ani astronomii, nie pretenduje również do wzoru dla dzisiejszych adiustatorów. Choć jest oczywiście literackim arcydziełem. Amen.
Lektura moja ostatnia: Pära Lagerkvista „Karzeł” (PROMIC). Autor sławnego niegdyś „Barabasza”, także odnotowanej tu przeze mnie „Mariamne”, napisał również studium psychologiczne karła. W formie dziennika renesansowego dworzanina włoskiego o tym nietypowym kształcie cielesnym autor skandynawski snuje swoisty moralitet, w którym bohater i narrator w jednej osobie prezentuje myśl takową: „Zauważyłem, że czasami wzbudzam w ludziach lęk. Ale boją się tak naprawdę samych siebie. Sądzą, że ja ich przerażam, czyni to jednak karzeł kryjący się w nich, człekopodobna istota o małpiej twarzy, wystawiająca głowę z głębi ich dusz”. Albowiem co nieco karła ma w sobie każdy z nas.
A w tygodniku „W Sieci” Roman Graczyk zabawia się w doktrynalnego cenzora ks. Adama Bonieckiego. Kiedyś odszedł z „Tygodnika Powszechnego” z powodów wręcz przeciwnych, albowiem redakcja ta wydawała mu się kościelnie oportunistyczna, nie gorszę się tym jednak, bo tylko krowa poglądów nie zmienia. Również w Radiu Maryja masz prawo, Romku, rydzykopodobne poglądy ogłaszać.

15:15, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
niedziela, 01 września 2013
Uniżenie wznosi Kościół

Księga Syracydesa 3,20
„O ile wielki jesteś, o tyle się uniżaj, a znajdziesz łaskę u Pana”. Także u ludzi: papież Franciszek rozumie to genialnie (zdolny uczeń Jana Pawła II!). Błysnął uniżeniem już tuż po wyborze, gdy zaczął od prośby do wiernych o modlitwę za siebie. Kto zgubi świętą wyniosłość urzędu, ten ją odnajdzie. Tak się buduje społeczny autorytet Kościoła, aby wyrósł jak gotycka katedra.

11:33, jan.turnau
Link Komentarze (54) »
Archiwum