Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 25 września 2011
Ewangelia streszczona w paru wersetach

List do Filipian 2, 6-8, 9a-10a
„On będąc w postaci Bożej nie uznał za przywłaszczenie swej równości z Bogiem, lecz ogołocił siebie samego, przyjąwszy postać sługi, stał się podobny do ludzi. Z wyglądu będąc człowiekiem poniżył samego siebie, stał się posłuszny aż do śmierci, do śmierci na krzyżu.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Tekst równie mocny, jak niełatwy do zrozumienia. Trochę je ułatwiliśmy w drugim wierszu, nie tłumacząc jak Tysiąclatka i Poznanianka: „nie skorzystał ze sposobności, aby być na równi z Bogiem”, co trudno zrozumieć (chyba jednak skorzystał, bo nie przestał być Bogiem stawszy się człowiekiem).
Moi uczeni nie zgodzili się natomiast na „naturę” Boga oraz sługi zamiast „postaci” (odważyła się na to Poznanianka), co może szkoda, bo owa „postać” sugeruje, że Jezus był człowiekiem tylko na pozór. Co prawda, i tak sugerują to też dalsze określenia. Herezja? Któryś z mych biblistycznych „kolaborantów” powiedział mi, że jest to zapis chrystologii jeszcze nie całkiem rozwiniętej: autorowi owego hymnu (chyba nie samemu Pawłowi: on tylko cytuje gotowy tekst liturgiczny) brakowało jeszcze określeń owego niepojętego błogoczłowieczeństwa. Wykorzystano tu w każdym razie Izajaszową wizję sługi Jahwe, która zaświtała Ewangelią na kilka wieków przed Chrystusem.
Czytamy dalej: „Dlatego Bóg wywyższył Go ponad wszystko(...,) aby na imię Jezusa zgięło się wszelkie kolano.” Muszę wyznać, że tekst wzrusza mnie swoim najlepszym patosem. PS. Jeszcze co do słów o równości z Bogiem: może jednak lepsze od naszego (idącego za Wulgatą) jest tłumaczenie przekładu 11 Kościołów i jemu w tej translacji podobnych: „nie wykorzystał swej równości z Bogiem”. Ale to wszystko w końcu raczej szczegóły: ważna jest myśl ogólna, streszczająca właściwie całą Ewangelię.

Na koniec ogłoszenie: przygotowuję zbiór moich minitekstów w „Gazecie Wyborczej” i w tym blogu. Robota jest duża i pilna, zawieszam zatem moje tutejsze wpisy na jakiś czas. Do widzenia!

08:13, jan.turnau
Link Komentarze (597) »
sobota, 24 września 2011
Liczne narody...

Księga Zachariasza 2,14-15a

Ciesz się i raduj, córko Syjonu, bo już idę i zamieszkam pośród Ciebie, mówi Pan. Wówczas liczne narody przyznają się do Pana i będą ludem Jego, i zamieszkają pośród ciebie.

Proroctwo spełniło się jakoś, choć w sposób, którego sobie Zachariasz nie mógł wyobrazić. Dzięki chrześcijaństwu (a potem islamowi) liczne narody rzeczywiście przyznają się do Boga Izraela, ale w sposób nieprzewidywalny dla kogoś z VI wieku przed Chrystusem. Nadinterpretacja? Żaden Żyd nie uznałby takiej zasługi chrześcijaństwa? Przyznał mu ją jednak profesor Stanisław Krajewski, współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów.

08:21, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
piątek, 23 września 2011
Piotra słabiej widać
Ewangelia Łukasza 9,18-22 Opowieść o wielkim wyznaniu Piotra, że on i uczniowie (Dwunastu i może jacyś inni) uważają Jezusa za Mesjasza Bożego. Najkrótsza, najmniej wyrazista z relacji synoptyków: nie ma tu nic o prymacie Piotrowym, co jest u Mateusza, ale też nic o czymś wręcz przeciwnym, co mają Mateusz i Marek: o tym, że Jezus nazwał „Opokę” szatanem (kusicielem), bo ten najważniejszy apostoł rozumiał mesjaństwo „po ludzku”, czyli jako doczesne zwycięstwo. Po prostu Łukasz pisał dla ludzi, dla których Piotr nie był osobą praktycznie najważniejszą, najbardziej wartą uwagi, najciekawszą. Dla Greków (Hellenów) najważniejszy w Kościele był praktycznie raczej jednak Paweł. Owszem, Piotr jest w tej ewangelii formalnie przywódcą, jest pierwszy na liście Dwunastu, nie tylko w dzisiejszym tekście wielokrotnie występuje w ich imieniu. Podróżował nawet do Koryntu i zapewne do Rzymu, ale daleko od Jerozolimy był może jednak jakoś w cieniu Pawła. Tak by w każdym razie wynikało z Dziejów Apostolskich, w których od pewnego momentu o Piotrze głucho. No cóż, struktura Kościoła była wtedy nieporównanie mniej scentralizowana i tyle. A zresztą i nie tak dawno w Polsce prymas Wyszyński był dla katolików polskich o wiele ważniejszy od papieża Piusa XII.
21:15, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
czwartek, 22 września 2011
Śmiechu warte...

Psalm 149, 3-5
„Niech imię Jego czczą tańcem,
niech grają Mu na bębnie i cytrze,
bo Pan lud swój miłuje,
pokornych wieńczy zwycięstwem.
Niech się święci cieszą w chwale,
niech się weselą na łożach biesiadnych".

Mamy się radować. Myślę, że za mało jest w moim Kościele radości. Szczególnie tu w Polsce: w porównaniu z Francją, którą od tej strony znam trochę, nasze msze są jakoś dziwnie smętne. Może winna jest temu trochę historia, niewola tyloletnia, ale chyba dzisiaj w każdym razie powinno być w naszych śwątyniach wesele. W naszej telewizji co jakiś czas pokazują film USA o pseudozakonnicy, która rozruszała radośnie jakiś klasztor żeński. Przydałyby się też takie siostry u nas.
A na razie PROMIC- Wydawnictwo Księży Marianów, rozwesela swoimi książkami. Jakiś czas temu czyni to zbiorem „anegdot o purpuratach, świętych i papieżach" Giusy Bedetttiego pod polskim tytułem : „O tym, co gryzie biskupa", a ostatnio „Uśmiechem Pana Boga" Benjamina Boissona. Z tej pierwszej książki przepisuję taką opowieść.
”Pius IV, Giovanni Angelo Medici, urodził się w Mediolanie, ale był przekonany i sprawiało mu to przyjemność, że jest potomkiem wielkiego i możnego rodu Medicich z Florencji. Pewnego dnia pochwalił się w obecności arcybiskupa Pragi ogromnymi bogactwami Stolicy Świętej. - Minęły czasy, kiedy Piotr, pierwszy papież, mówił: ” Nie mam srebra ani złota! ". - Wiem - odparł oschle arcybiskup. - Ale minęły również dawno czasy, kiedy papież mógł powiedzieć paralitykowi lub chromemu: „Wstań i idź!"
Tekścik rozwesela także myślą, jak bardzo zmienił się Kościół rzymskokatolicki od tamtych czasów. Sprawdziłem, które to były: pontyfikat 1559-1565. A papież był podobno pełen radości życia, więc może się nie obraził...
Przypomniała mi się inna książeczka tegoż autora, wydana 20 lat temu u nas przez firmę misjonarzy klaretynów PALABRA pod tytułem „Radość doskonała". Otworzyłem ją niechcący na stronie, gdzie jest taka historyjka: „Kardynał [belgijski] Suenens wiele mówił o dialogu, wydaje się jednak, że niezbyt często praktykował go we własnej diecezji. - Jest mistrzem monologu na temat dialogu - powiadali niektórzy z jego księży". Sam to o kardynale słyszałem od pewnego duchownego z tego kraju. Dialogowość naszych biskupów?
Nie sposób tu nie wspomnieć o „kwiatkach" Jana XXIII i Jana Pawła II. Szkoda, że mają tak mało naśladowców wśród biskupów. Czy to wyłącznie sprawa osobistego stylu hierarchy? Może też trochę jego - by tak rzec - praktycznej eklezjologii? 

15:50, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
środa, 21 września 2011
Błogosławieni ci, co nagrzeszyli

Ewangelia Mateusza 9,9-13
Dzisiaj ta ewangelia, bo święto tego apostoła i ewangelisty. Co prawda, jej Mateuszowe autorstwo jest dla dzisiejszych biblistów dyskusyjne (któż się ostoi ich szkiełku i oku...), jednak napisał albo i nie napisał, niemniej na pewno był. I o powołaniu go do grona Dwunastu dzisiejsza perykopa krótko opowiada.

Krótko, ale węzłowato, czyli treściwie. Mamy tu bowiem przesłanie ewangelijne właściwie całe: „Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”. Przeraźliwie to mocne słowa: przedtem Jezus powiedział tylko, że „nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają”, co jest w końcu tak zwaną prawdą zdroworozsądkową. Nawet i słowa następne: „Idźcie i starajcie się zrozumieć, co to znaczy: »Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary«” nie są żadną rewolucją. Cytat pochodzi z Księgi Ozeasza (6,6), oczywiście można go różnie rozumieć (taka już słów człowieczych dola), ale co prorok, to prorok. Natomiast to powoływanie grzeszników, nie sprawiedliwych... To prawie tak, jakby dzisiaj jakiś chrześcijański prorok przyszedł i powiedział, że w jego Kościele nieporównanie ważniejsi są „rozwodnicy” i ludzie z brudną „teczką” niż zupełnie dobrzy katolicy. Niebezpieczny był Jezus z Nazaretu potężnie, bo wręcz na obie strony: Szymon chyba zelota, czyli terrorysta, oraz Mateusz, popaprany wręcz przeciwnie, bo kolaborant jawny!

Chciałem napisać, że nie tylko autorstwo ewangelii nie jest całkiem pewne, ale i u Marka oraz Łukasza zamiast Mateusza mamy na liście Dwunastu niejakiego Lewiego. To jednak chyba drobiazg, zważywszy, że w Dziejach Apostolskich, Łukaszowych też przecież, Mateusz - jak Pan Bóg przykazał - wśród apostołów stoi. Apostoł ma jak Bartłomiej dwa imiona i już. Mógłbym też zaznaczać nie pierwszy raz, iż przypisywana mu ewangelia bardziej od dwóch innych synoptycznych krytykuje władze żydowskie, i przykłady tego podawać - ale to też nie najważniejsze. Istotniejsze jest właśnie to, co dziś przeczytaliśmy, owo moralne przewartościowanie. Gdyby je brać dosłownie, pewnie wyszłoby niemal wariacko: przecież nie każdy grzesznik lepszy od każdego człowieka trzymającego się zasad etycznych. Ale też owi porządniccy bywają gorsi od takich, którym życie dało tak bardzo w kość, że nie wyszli z tego bez duchowego szwanku.

14:17, jan.turnau
Link Komentarze (48) »
wtorek, 20 września 2011
Szczęśliwe odbudowanie Świątyni. Zburzenie ostateczne na pewno nieszczęsne?

Księga Ezdrasza 6,7
„Pozwólcie namiestnikowi Żydów i starszyźnie żydowskiej pracować nad tym domem Bożym. Niech odbudują ten dom Boży nad dawnym miejscu.”

Rozkaz króla perskiego Dariusza: los Narodu Wybranego odmienił się. Skąd ta perska sympatia? Biblia Poznańska rozważa ten problem, komentując wcześniejszy dekret króla Cyrusa w tym samym duchu: „(...) tolerancja kazała Cyrusowi szanować w jego państwie wszystkie religie i wszystkie bóstwa poddanych mu ludów. Można zresztą stwierdzić podobieństwa tych wyrażeń z dokumentami babilońskimi mówiącymi o jego stosunku do Marduka, boga Babilonu. (...) Józef Flawiusz podaje, że Cyrusowi miano rzekomo odczytać proroctwo Izajasza 44,28, w którym jest wymienione jego imię, czym był do głębi wzruszony («Antiquitates» 9,12). Cyrus nie znał przypuszczalnie zasad religii judaistycznej. Uznawał on Jahwe jako najwyższego Boga Jerozolimy, podobnie jak Marduka w Jerozolimie. Można wysunąć zagadnienie, czy Achemenidzi [dynastia Cyrusa i Dariusza] wyznawali religię Zoroastra. Zdania uczonych są podzielone. Odpowiedź pozytywna bynajmniej nie jest wykluczona, gdyż według tej religii bóg Ahura-Mazda, którego postaci nie rzeźbiono w przeciwieństwie do bóstw chaldejskich, a tylko przedstawiano ją za pośrednictwem symboli, byłby bliższy Jahwe, Bogu Izraela. Podobnie jak Jahwe, tak i Ahura-Mazda był »bogiem wielkim, bogiem niebios, bogiem nieba i ziemi«. Stąd też pewnie sympatie Żydów do Cyrusa mogły mieć i religijne uzasadnienie.” „Encyklopedia Katolicka” uważa związek Achemenidów z zaratusztrianizmem za oczywisty. A Cyrusowi - przypuszcza dalej Poznanianka - mogło zależeć na posiadaniu wiernych sprzymierzeńców na granicy egipskiej, jako że Egipcjanie sprzymierzyli się przeciw Persji z Babilończykami i Grekami.

Zatem zaświtał Żydom lepszy los. A swoją drogą dręczy mnie wciąż myśl, co by było, gdyby odbudowanej Świątyni nie zburzyli kiedyś później Rzymianie. Przecież powstała w ten sposób religia Synagogi była nieporównanie bliższy duchowi epoki, która wtedy nadeszła. Dom Boży jako rzeźnia na szczęście przestał istnieć. Wina Rzymian okazała się błogosławiona (szczęśliwa): po łacinie to się zwie „beatum scelus”.

15:11, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 19 września 2011
Jak świecić, by nie razić. Ludzie z syndromem DDA

Ewangelia Łukasza 8, 16
„Nikt, kto zapalił lampkę, nie przykrywa jej naczyniem ani nie stawia pod łóżkiem, lecz stawia na świeczniku, aby ci, którzy wchodzą, widzieli światło".
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

O co zapalonego tu chodzi? Wymyśliliśmy, że najlepsza tu będzie „lampka" (nie lampa), naczyńko z oliwą i knotem, odpowiednik naszej świecy. Stawiało się ją na świeczniku. Naczyńko miało czasem kilka knotów, a świecznik był podstawą dla różnej ilości lamp. Tyle z historii kultury materialnej.
Teraz sprawy duchowe: jest tu wezwanie do logiki w działaniu. Ale logika logiką, a psychologia psychologią: mamy w ujawnianiu swoich poglądów różnorakie opory. Gdy są karane przez aparat państwowy, działa strach zwyczajny. Gdy trzeba je przedstawiać w środowisku, w którym stanowią „obciach", działa strach szczególny: pokonują go ci, co mają odwagę zwaną cywilną.
Ale naprawdę bywa tak, że światło razi. Nie dlatego, że wchodzący po prostu lubią ciemności. Ono ich uraża: ich oczywiste poglądy naukowe, gdy usiłujemy przekonywać, że świat powstał w sześć dni z gotowych gatunków, że - jednym słowem - albo Biblia, albo ewolucja. Albo polityczne, gdy stwierdzamy apodyktycznie, że PO to wrogowie Kościoła i tyle.

Bywa też tak, że głosząc naszą wiarę wybieramy złe miejsce. Kiedyś w Łazienkach usłyszałem młodego człowieka, który tam odważnie ewangelizował, nie biorąc pod uwagę, że park nie agora, że zachowuje się „obciachowo" nie z powodu tego, że mówi, tylko gdzie. Trochę podobnie jest z apostołami chodzącymi po domach: kojarzą się ze świadkami Jehowy niezależnie od tego, co chcą powiedzieć.
Trzeba trochę roztropności, nie tyle jednak, by chować światło pod przysłowiowym korcem. Jest w nas nie w pełni uświadomione przekonanie, że religia jest sprawą tak prywatną, iż się o niej mówi z oporami. Jeżeli już, to w rodzinie, nie na wizycie. Niełatwo dobrze zacząć rozmowę na ten temat. Niemniej oczywiście trzeba: nie aby rozmówców od razu „nawrócić": wyczuwszy intencję, zamkną się szybko. Ale chodzi o to, by nie tracić czasu na rozmowę o niczym.
Na pewno jednak najlepszym światłem jest nasz styl życia. Nie wykład - przykład.

Lektury
Raz na rok miesięcznik ”List” wydaje numer specjalny, tego lata - poświęcony rodzinie. Zredagowany bez apologetycznego zadęcia. W polskich kręgach kościelnych wypada podkreślać, że w ogóle, a w każdym razie nad Wisłą, rodzina jest wciąż mocna i piękna. Przemoc? To wielka przesada, to ideologiczna teza środowisk laickich. Może i czasem zdarza się ojciec, co pije i bije, ale robi się z igły ponure widły.
Otóż „List" nie lukruje rzeczywistości. Mamy tabelkę z formami przemocy: bywa psychiczna, fizyczna, seksualna, ekonomiczna. Mamy tezę o ukrywaniu przemocy, bo to przecież wstyd. Bo uważa się błędnie, że zdarza się tylko w rodzinach z marginesu, gdy tymczasem mamy ją także w rodzinach „normalnych", także tych inteligenckich. Jeśli nie fizyczną, to psychiczną: upokarzanie, wyśmiewanie bywa wszędzie.
Przy czym przemoc zmienia psychicznie ofiarę. Przyjmuje ona sama tę rolę: prowadzi to do stopniowej zmiany poczucia własnej tożsamości, pomniejszaniu poczucia własnej wartości, pozbawianiu siebie prawa do bycia kochanym i potrzebnym. Utrudnia to dbanie o własne bezpieczeństwo i poprawę sytuacji.

Mamy również tabelkę przedstawiającą szkody: bywają widoczne, niewidoczne, natychmiastowe, odroczone w czasie. Mamy tezę, że wychowane w rodzinie alkoholicznej dzieci mają często tak zwany syndrom DDA. Trudniej im jest potem w życiu dorosłym: „Skrępowanie dzieciństwem" - taki jest tytuł zeszytu.

Psychoterapeuta Anna Cichoń pisze: „Osoby z syndromem DDA obawiają się wchodzić w bliskie relacje, aby nie krzywdzić bądź nie być krzywdzonym. Częściej od innych miewają negatywne zdanie o małżeństwie, postrzegają siebie jako nieprzygotowanych do wchodzenia w trwałe związki. DDA uważają, że nie są dość wartościowi, by być kochanym. (...) Często wchodzą w relacje z osobami, którymi trzeba się opiekować(...), ponieważ w domu rodzinnym były delegowane do takiej funkcji.” Wiążą się z partnerami, którzy są niedojrzali i nie potrafią odpowiedzialnie zaangażować się uczuciowo w relację. ”Wtedy DDA jako wyzwanie dla siebie obierają walkę o uczucia takiej osoby. Cieszą się, kiedy ktoś z początku niedostępny, daje im okruszki swojej uwagi. Walcząc o miłość i uwagę nie dostrzegają, że być może obok nich żyją osoby, z którymi mogłyby stworzyć o wiele bardziej stabilne relacje. Jednak osoby, o które nie muszą walczyć, bywają dla nich nudne, przewidywalne, nieatrakcyjne, niegwarantujące satysfakcjonujących kontaktów emocjonalno-intelektualnych. (...) Osoby, których potrzeby nie były wystarczająco zaspokajane w rodzinie, są spragnione miłości. Powoduje to, że często od razu, bez głębszego namysłu, angażują się emocjonalnie w związek. Równocześnie, opierając się na swoim doświadczeniu życiowym, obawiają się uczuć, a przede wszystkim tego, że mają niszczycielską moc i że mimo najszczerszych intencji, trwałość i jakość związku może być zachwiana".
Mamy jeszcze opowieść o sobie Eweliny P. „Przyznaję, jestem DDA, ale wbrew pozorom raczę sobie. Nie potrzebuję niczyjej pomocy!" Ale wyznanie kończy się trochę inaczej: „Nie jestem taka wspaniała i też mam swoje »strachy«. Chyba najwyższy czas skonsultować się ze specjalistą od DDA..."
W numerze jest też oczywiście o terapii. Równie realistycznie, bez obiecywania złotych gór, niemniej ze stwierdzeniem mocnym: „Decyzja o podjęciu leczenia jest dowodem siły danej osoby i jej determinacji, która może prowadzić do zmiany dotychczasowego życia".

14:57, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
niedziela, 18 września 2011
Taki jest Bóg

Psalm 145,2-3.8-9.17-18
”Każdego dnia będę Ciebie błogosławił
i na wieki wysławiał twoje imię.
Wielki jest Bóg i godzien wielkiej chwały,
a wielkość Jego niezgłębiona.
Pan jest łagodny i miłosierny,
nieskory do gniewu i bardzo łaskawy.
Pan jest dobry dla wszystkich,
a Jego miłosierdzie nad wszystkim, co stworzył.
Pan jest sprawiedliwy na wszystkich swych drogach,
i łaskawy we wszystkich swoich dziełach.
Pan jest blisko wszystkich, którzy Go wzywają,
wszystkich wzywających Go szczerze.”

Taki jest naprawdę Bóg chrześcijan: nieskory do gniewu i bardzo łaskawy. Oraz sprawiedliwy na wszystkich swoich drogach. Owszem, końca Jego dróg nie widzimy, możemy tylko wierzyć, że nie prowadzą donikąd, ale ja wierzę, że mimo wszystkich potworności jest w tym wszystkim jakiś Sens. Oczywiście nie widoczny jak na dłoni, raczej jak światełko w stumilowym tunelu. Żeby Go zobaczyć, trzeba Jego pomocy - inaczej zakrywa Go niezgłębiona ciemność. Trzeba czegoś, co tradycyjnie nazywa się łaską (to brzmi okropnie, On nie łaskawy pan feudalny), a co jest Jego niewytłumaczalną decyzją, by jednemu ciemność rozsunąć, innemu zostawić. Niemniej gdzieś nieopisanie daleko, nieopisanie blisko zarazem - On jest.

12:15, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
sobota, 17 września 2011
Nie wystarczy uszu dwoje, by zrobiło Słowo swoje...

Ewangelia Łukasza 8,8
„Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”.

Kaznodzieje na ogół mówią głośno (czasem nawet krzyczą, choć to już na szczęście mija), to jednak tylko warunek konieczny, żeby myśl religijna docierała przez uszy do naszych serc, nie aż dostateczny. Słuchacz słuchaczowi nierówny, rozumiem: jeden (jedna) lubi kazania takie, inny owakie, ale to mój blog, więc i mój pogląd. A jest on taki, że do polskiego kaznodziejstwa pasuje opinia autorki „Gazetowej” Agaty Firlej z Poznania, iż kicz i w tej dziedzinie króluje. Rzeczywiście jest tak właśnie, jeżeli ten termin oznacza w ogóle absolutny brak własnego myślowego wkładu. Oczywiście gorszy jest wkład jakoś własny, ale potwornie ciasny: radiomaryjny na różne sposoby, niemniej na przykład korzystanie z homiletycznych bryków to też kiczowanie. Co prawda, w pobożnych rodzinach wbijano nam do głowy pogląd, że z każdego kazania można wynieść coś dobrego, ale to był chyba spory minimalizm.

Może jednak wydziwiam, może jestem nazbyt wybredny. Trafiam zresztą nieraz na kaznodziejów znakomitych. Ksiądz Michał Czajkowski jest zaprawdę złotousty. Ksiądz Andrzej Gałka z warszawskiego kościoła św. Marcina na Piwnej samym swoim uśmiechem podbija moje serce!

11:27, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
piątek, 16 września 2011
Nie mogła Maria z Magdali, może jednak jakaś Marysia...

Ewangelia Łukasza 8,1-3
”Jezus wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które uwolnił od złych duchów i od słabości: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, zarządcy u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia.”

No właśnie: też kobiety, nawet ich wiele. Biblia Poznańska powiada, że „stosownie do przyjętego zwyczaju dbały o materialne potrzeby Nauczyciela i Jego uczniów”. Czyli że owa „koedukacja” Jezusowej ekipy nie była niczym nowym. Kobiety byłyby tam przecież -rozumiem - od spraw niższego rzędu, nie od duchowych. Trzeba jednak pamiętać, że Jezus przełamywał tę patriarchalną zasadę: na przykład „rozmawiał z kobietą” (J 4,27), co dziwiło uczniów. Zapewne dziwiła przede wszystkim tematyka religijna rozmowy, bo w końcu inna nie mogła się nie zdarzać. Zatem i w swoim wędrówkowym otoczeniu rozmawiał z Magdaleną, Joanną i Zuzanną nie tylko o jedzeniu i piciu. Nie mogły natomiast „niewiasty” być apostołami, czyli występować z ową tematyką na zewnątrz grupy: nie były przecież wiarygodnymi świadkami. Dopiero później, w pierwotnym Kościele, zdarza się nawet, że do apostołów zalicza się jakby niejaką Junię (choć nie jest pewne, czy nie Juniusa) - Rz 16,7. Nawet i wtedy jednak są skłonności do zamykania ust kobietom, gdy odważają się mówić publicznie podczas nabożeństw (odpowiednie wypowiedzi w listach Pawłowych, kwestia, czy pochodzące osobiście od tego, co głosił, że nie ma mężczyzny ani kobiety).

Minęły liczne wieki i eklezjalny antyfeminizm mija powoli. Prawosławie jest chyba najmocniej przeciw święceniom płci odmiennej, w katolicyzmie - mimo stanowczego oporu Jana Pawła II, który starał się zamknąć definitywnie sprawę - nawet i wśród biskupów już zaczyna się wahanie (wypowiedź patriarchy Lizbony!). Co było niemożliwe dla Marii z Magdali, może otrzymać jakaś Marie-Louise albo i kiedyś teolożka Marysia, ponieważ Polki nie gęsi, też swój język mają, kaznodziejski również...

18:37, jan.turnau
Link Komentarze (36) »
czwartek, 15 września 2011
Stabat Mater...

Ewangelia Jana 19,25
„Obok krzyża Jezusa stały: Matka Jego i siostra Matki Jego Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena."

„Stabat Mater dolorosa..." W Kościele katolickim po święcie Podwyższenia Krzyża, które ma też Cerkiew prawosławna, przypada dzień Matki Bożej Bolesnej. Znacznie młodszy niż tamten, bo XIX-wieczny i ograniczony tylko do mego Kościoła, ma jednak wymowę dość religijnie oczywistą: ból matczyny nie wymaga właściwie dowodu. Można, co prawda, akcentować współcierpienie tej Marii w taki sposób, żeby było podstawą do dogmatu o jej współodkupicielstwie, o który wciąż zabiegają niektórzy biskupi i teologowie, ale to wniosek bynajmniej nie oczywisty. Myślę sobie dzisiaj natomiast, że ból tej Matki symbolizuje uczucia wszystkich kobiet, których synom inni ludzie gotowali i gotują przeraźliwy los.

12:16, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
środa, 14 września 2011
O prawdziwym podwyższaniu krzyża

Ewangelia Jana 3,14-15
„A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne.”

Jezus nawiązuje tutaj do wydarzenia opisanego w Księdze Liczb 21,4b-9, czytanej też dzisiaj w moim Kościele. Było tak, że gdy lud narzekał na pustyni na trudy tej wędrówki, Pan (Jahwe) zesłał nań węże jadowite, które zabiły wielu Izraelitów. Wtedy jednak lud spokorniał, poprosił Mojżesza, aby się za niego wstawił, co też on uczynił i przyszło zmiłowanie. Był nim wąż miedziany (z brązu?): wystarczyło, by ukąszony nań spojrzał i był uzdrowiony.

Mamy wpatrywać się w krzyż: to jest ratunek ludu chrześcijańskiego na pustyni duchowej doczesnego świata. To jest też przesłanie święta Podwyższenia Krzyża. Pamiętajmy jednak zawsze, czym było dosłownie wywyższenie Chrystusa: zawieszenie Go na owym palu hańby. Spowodowało pośmiertne wywyższenie Go przez Boga ponad wszystko (dzisiejsze czytanie alternatywne z Listu do Filipian 2,6-11), ale właśnie dopiero pośmiertne. Takie jest bowiem pełne przesłanie dzisiejszej liturgii: wpatrywanie się w krzyż ma nam uświadamiać, że kto się poniża, będzie wywyższony i na odwrót. Ewangelia.

Podobnie jest z podwyższaniem krzyża jako podstawowego znaku chrześcijaństwa. Mamy go podwyższać, ale zgodnie z jego najgłębszym sensem. Podwyższanie go przez czynienie zeń miecza na wszystkich, co myślą inaczej niż my, jest sprzeczne z jego najgłębszym przesłaniem. Powtarzam wciąż, co mi kiedyś napisała profesor Joanna Jurewicz podczas sporu o krzyże na Żwirowisku: gdyby Jezus zobaczył, że kogoś ten znak gorszy w tym miejscu, zszedłby zeń, wziął go na ramiona i postawił gdzie indziej. Tak było z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu i wszędzie tam, gdzie robi się zeń faktycznie antyświadectwo. Jest on znakiem zwycięstwa, ale w wojnie z własną pychą.

Trudno mi tutaj nie odezwać się w sprawie Nergala. Nie chcę tu wchodzić w problem prawny: ile wolno artyście. Oczywiście darcie Biblii i w ogóle atak na religię jako taką nie może mnie nie boleć. Nie sądzę jednak, żeby skuteczna była strategia duszpasterska biskupów, polegająca na wzywaniu do kiełznania muzyka zakazywaniem mu wystąpień publicznych. Wyproszony z jednego programu wystąpi w innym i będzie jeszcze ostrzejszy. Wydaje mi się, że trzeba spróbować wobec niego jakiejś serdeczności. Poprosić go publicznie bardzo łagodnie , by przestał nas atakować. Ja go o to tutaj - symbolicznie, bo oczywiście mego blogu nie czyta - bardzo nieśmiało proszę.

15:10, jan.turnau
Link Komentarze (66) »
wtorek, 13 września 2011
Biskup, istota nieszczęsna

1 List do Tymoteusza 3,1-7
”Nauka ta zasługuje na wiarę. Jeśli ktoś dąży do biskupstwa, pożąda dobrego zadania. Biskup więc powinien być nienaganny, mąż jednej żony, trzeźwy, rozsądny, przyzwoity, gościnny, sposobny do nauczania, nieprzebierający miary w piciu wina, nieskłonny do bicia, ale opanowany, niekłótliwy, niechciwy na grosz, dobrze rządzący własnym domem, trzymający dzieci w uległości, z całą godnością. Jeśli ktoś bowiem nie umie stanąć na czele własnego domu, jakżeż będzie się troszczył o Kościół Boży? Nie może być świeżo ochrzczony, ażeby wbiwszy się w pychę, nie wpadł w diabelskie potępienie. Powinien też mieć dobre świadectwo ze strony tych, którzy są z zewnątrz, żeby się nie naraził na wzgardę i sidła diabelskie.”

Temat ciekawy, jak wszystkie sprawy dotyczące wysokich sfer. Poznanianka jak zwykle dodaje co nieco wiedzy kościelnej.

Pierwsze zdanie w jednym z rękopisów i tłumaczeniach łacińskich zmieniono na „Ludzka to nauka”, bo zaczęto w ubieganiu się o zaszczyty widzieć występek. Później jeszcze zabroniono na piśmie ubiegać się o biskupi fiolet jezuitom: po prostu z biegiem lat czy raczej wieków - szczególnie po edykcie konstantyńskim - urząd ten stawał się karierą. Biskup zaczął być dostojnikiem feudalnym, górującym władzą i majątkiem nad innymi duchownymi, by o zwykłych świeckich nie wspomnieć. Kiedyś był to po prostu jeden z członków chrześcijańskiej gminy wyróżniający się moralnością, nieraz przez gminę wybierany, czasem nawet wbrew własnej woli. Teraz też bywają księża, którym na tym urzędzie wcale nie zależy (tak było z ks. Alfonsem Nossolem), ale dowcipy są mądrością Kościoła, a jest i takie księże pytanie, czemu nigdy nie brakuje powołań biskupich, a tak często jest za mało kapłańskich... Kiedyś zresztą była hierarchia kościelna tylko dwustopniowa: diakoni oraz prezbiterzy zwani również biskupami - to też „demokratyzowało” wspólnoty eklezjalne.

Co z tym biskupim jednożeństwem? Poznanianka wyklucza wypadki wielożeństwa, czego jednak nie czyni np. ks. Henryk Paprocki. Zakaz powtórnego ożenku? Mają go prawosławni w odniesieniu do księży, biskupi są tam z zasady celibatariuszami. Poznanianka uważa, że chodzi tutaj o wierność małżeńską: ależ to jednak wymóg wobec wszystkich chrześcijan!

Inne wymagania biblijne są bardzo zrozumiałe, ale mój komentarz jest tu trochę melancholijny. Pewnie dwadzieścia wieków temu łatwiej było być biskupem, dzisiaj jednak obiektywnie trudno. Wielka władza właściwie monarchiczna, ale faktycznie bardzo uwarunkowana: król ma zawsze dwór, a ten lubi rządzić po swojemu. Tak było z biskupem Wojtyłą w Krakowie i w Rzymie, ale trochę też pewnie z każdym władcą kościelnym, który ma swoją kurię biurokratyczną. Coraz śmielsi księża krytykują go od dołu, od góry Watykan, ale również koledzy po urzędzie, episkopaty krajowe, często mocno podzielone. Trzeba być silną indywidualnością, by nie dać się „upupić”, a tacy mocni ludzie nieczęsto otrzymują awanse: raczej mierni, bierni, linii urzędowej wierni. Dawniej uważałem, że intelektualista nie nadaje się na urząd każdy, kościelny również, bo tam trzeba dobrego administratora. Również z tego powodu ksiądz Tischner nie został metropolitą w Krakowie ani Warszawie, sam nie miał ochoty. Teraz jednak myślę, że biskup musi być nade wszystko bystry. Może i da się wyręczać urzędnikom, ale będzie imponował umysłem. Mało takich hierarchów nad Wisłą i Odrą.

15:52, jan.turnau
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 12 września 2011
Czy Paweł z Tarsu odprawiłby mszę za Hitlera? Jan Pawłem prawosławia

1 List do Tymoteusza 2,1-8
”Zalecam przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia odprawiane były za wszystkich ludzi: za królów i za wszystkich sprawujących władzę, abyśmy mogli prowadzić życie ciche i spokojne z całą pobożnością i godnością. Jest to bowiem rzecz dobra i miła w oczach Zbawiciela naszego, Boga, który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy. Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus, który wydał siebie samego na okup za wszystkich jako świadectwo we właściwym czasie. Ze względu na nie ja zostałem ustanowiony głosicielem i apostołem - mówię prawdę, nie kłamię - nauczycielem pogan w wierze i prawdziwe. Chcę więc, by mężczyźni modlili się na każdym miejscu, podnosząc czyste bez gniewu i sporu.”

Przytoczyłem całą dzisiejszą „lekcję", żeby skomentować jej myśl, która wydała mi się najważniejsza: modlić trzeba się za wszystkich ludzi. Najpierw jednak sprawa autorstwa.

Jeśli nawet nie jest to list pisany osobiście przez Pawła, to nie ma to nic do jego kanoniczności. W skład „superkanonicznej" Księgi Izajasza wchodzą teksty pochodzące wręcz z różnych wieków: do tych z końca VIII wieku dopisano po 200 latach następne i jako całość weszła księga spokojnie do kanonu Biblii żydowskiej. Takie były wówczas redakcyjne obyczaje. To przykład z Biblii Poznańskiej.

We wstępie do dzisiejszego listu napisanym przez ks. Tadeusza Szczurka sądzi ona poza tym, że trzy tak zwane listy pasterskie, czyli dwa do Tymoteusza i jeden do Tytusa, być może nie zostały napisane przez samego Apostoła, choć mu są przypisywane przez najstarszych pisarzy chrześcijańskich. „Kryteria wewnętrzne zdają się przemawiać raczej przeciwko autorstwu Pawła, etap rozwoju Kościoła jest późniejszy niż w innych listach. Poza tym inny styl, inne słownictwo. Trzeciej części wyrazów użytych w listach pasterskich nie znajdziemy w innych listach Apostoła, piątej części nie znajdziemy w całej reszcie Nowego Testamentu. Z pewnością [jednak - JT] obecność wielu nowych słów dałaby się wytłumaczyć podjęciem nowego tematu oraz wiekiem Autora, który po latach od założenia wspólnot kościelnych, zdając sobie sprawę, że już bliskie jest jego odejście, chciał adresatom przesłać jakby swój testament".

Gdyby uznać, że jednak listy te pisał sam Paweł, to trzeba by przyjąć jego dłuższą działalność, przynajmniej kilka lat po jego wyjściu z więzienia w Rzymu, oraz wydatny współudział sekretarza. Ale możliwe jest też autorstwo któregoś z uczniów Apostoła. Skąd jednak wiedziałby on, że Paweł zostawił jakieś swoje rzeczy u jakiegoś Karposa w Troadzie (2 Tm 4,13)? Może z jakiegoś listu zaginionego - wyjaśnia Poznanianka. Może: na starość wszystko wydaje mi się możliwe... Aczkolwiek mnie, wciąż biblistycznemu laikowi, wątpliwości uczonych w Piśmie wydają się czasem zgoła przesadne. W 2 Liście do Tymoteusza jest mianowicie ów sławny passus sportowy: „Stoczyłem piękną walkę, bieg ukończyłem, wiary dochowałem": jakiś uczeń wymyślił to sam czy jednak też przepisał z listu zaginionego? Albo tak bardzo osobiste zdanie z dzisiejszego tekstu: „zostałem głosicielem i apostołem - mówię prawdę, nie kłamię"? Niemniej przed nauką pokornie chylę czoła.

Aż tyle o autorstwie. Co do samej treści dzisiejszego tekściku: główna jego myśl jest - jak napisałem - chyba uniwersalistyczna: by wszyscy ludzie zostali zbawieni. Chodzi o to, że nie tylko Żydów, pogan również. Także wszystkich władców: albo prześladowania chrześcijan się wtedy jeszcze nie zaczęły (czyli czas powstania tekstu jest wcześniejszy), albo należy się za władców modlić, nawet jeśli źle pilnują społecznego ładu.

Tu komentarz aktualizujący. Niedawno wydrukowałem w „Arce Noego" tekst młodego publicysty katolickiego krakowskiego Jarosława Dudycza, który zaczął prowokacyjnie. Opisał starania swego znajomego, by została odprawiona msza za Hitlera. Kolejni księża nie zgadzali się, byli tym pomysłem bardzo zdziwieni, jeśli nie zgorszeni. Autor wyciągnął z tego wniosek, że Kościół katolicki w Polsce jest straszliwie ciasny, nacjonalistyczny, zajęty tylko własnymi interesami. Napisałem do tego tekstu komentarz, w którym informowałem, że msze za ludzi spoza Kościoła, nie tylko tak bardzo spoza, jak Hitler, nie są w ogóle praktykowane. Nawet podczas mszy za jedność chrześcijan nie ma w oficjalnym rytuale modlitwy za zwierzchników innych Kościołów chrześcijańskich (odważni ekumeniści dodają tę intencję „na własną rękę"). Niemniej ksiądz Zieja odprawił na pewno mszę za Bieruta, a słyszałem, że też za Stalina. Myślę, że Paweł zrobiłby podobnie. Przecież im większy grzesznik, tym bardziej trzeba się za niego modlić. Na szczęście ojciec Jacek Salij odprawił w sobotę mszę za Jana Józefa Lipskiego w 20. rocznicę jego śmierci: niewątpliwie masona, choć człowieka po laicku świętego. Jacek chciał zresztą nawet odprawić po śmierci Lipskiego mszę pogrzebową, ale sprzeciw kurii warszawskiej spowodował, że był to obrzęd „osobny", nie nad trumną.

Teraz poniedziałkowy przegląd prasy. Numer wrześniowy „BIBLII krok po kroku" został poświęcony 1 Listowi św. Jana. Marta Wielek napisała esej wstępny o samym tym apostole i pisarzu. Mamy też oczywiście wątpliwości biblistów co do autorstwa przypisywanych mu tekstów. Także co do ewangelii, bardziej jednak co do apokalipsy i trzech listów. Napiszę o tym innym razem, tu tylko o roli samego Jana w pierwotnym Kościele. Otóż rola Pawła była niewątpliwie olbrzymia, zapomina się jednak o innych „filarach", jak ich sam nazwał ów apostoł pogan. Byli to poza Piotrem Jakub, brat Pański, oraz właśnie Jan. Jakub dominował w Jerozolimie, przypisuje mu się patronowanie nurtowi konserwatywnemu w Kościele I wieku, natomiast Jan odegrał podobną rolę w Azji Mniejszej, jak Paweł na Zachodzie. Mówi się, że Piotr to katolicyzm, Paweł - protestantyzm a Jan - prawosławie. Istotnie bowiem Kościół wschodni ceni go szczególnie. Zwany jest tam Janem Teologiem z powodu wspaniałego prologu do jego ewangelii, a jego teologia ma w Cerkwi znaczenie ogromne. Widać to w liturgii i w innych modlitwach oficjalnych oraz właśnie we wschodnim pisarstwie teologicznym. Prawosławna idea „przebóstwienia" człowieka właśnie od niego pochodzi. Co akcentuję, bo drażni mnie twierdzenie, że twórcą doktryny chrześcijańskiej jest Paweł. Po pierwsze, jednak przede wszystkim Jezus, po drugie właśnie - na Wschodzie - Jan. Optyka wielu publicystów koncentruje się na Europie zachodniej, zapominają, że jest także owo „drugie płuco", jak je nazywał Jan Paweł II. Prawosławie w wielu sprawach myślące bardzo tradycyjnie, bardziej niż katolicyzm, czego się często nie widzi, krytykując tylko mój Kościół, w niejednej jednak dziwnie rozsądnie, po ludzku, tam na przykład, gdzie katolicyzm uległ prawu rzymskiemu, duchowi prawniczemu w ogóle. Najważniejsze jednak, że jest to inny nurt chrześcijaństwa, inny od samego jego początku.

Teraz jeszcze coś o Biblii i polskiej katechezie. Otóż jej ubiblijnienie odbywa się w sposób przedziwny. Dzieciom jedenastoletnim wkłada się do głowy skróty nazw poszczególnych ksiąg Pisma, jakby te małolaty wiedziały już wiele o ich zawartości, jakby to była najważniejsza sprawa. Myślałem, że tylko katecheta mojego wnuka miał takie pomysły, dowiedziałem się jednak w sobotę, że również inny nauczyciel. Czyli chyba idea pochodzi z góry, z jakiegoś podręcznika. Oj, ta religia w szkole: miejsce dyskusyjne i niektóre treści również...

15:04, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
niedziela, 11 września 2011
Lipski pokazał mi wiórek

Ewangelia Mateusza 18, 21-22
„Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: - Panie, ile razy mam przebaczać, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: - Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy."
Piotr myślał, że tu siedem to potwornie dużo, bo rabini uczyli, że Bóg przebacza do trzech razy, Jezus półżartem przebił wszystkie możliwe zasady.

Wczoraj komentarz podpowiedział mi Zbigniew Nosowski, dzisiaj ściągnę od ojca Wacława Oszajcy z „Tygodnika Powszechnego". Przypomina on wiekopomne orędzie o przebaczeniu. Biskupi zastosowali wtedy ewangeliczną zasadę zajrzenia do własnego oka i zobaczyli tam nie belkę, co prawda, ale wiórek spory. Jak pisałem nieraz tu i tam, bronili się przed Gomułką dość słabo, w każdym razie mnie do ich dzieła przekonał w pełni dopiero Jan Józef Lipski swoją sławną broszurą „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy". Wyjaśnił mi kawa na ławę, co zawiniliśmy Niemcom.

00:13, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
sobota, 10 września 2011
Lustracja etyczna Pawła z Tarsu

1 List do Tymoteusza 1,15
„Godne wiary i pełnego przyjęcia jest słowo, że Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, z których pierwszym jestem ja."

Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Słusznie pisze w „Gościu Niedzielnym" redaktor naczelny „Więzi" Zbigniew Nosowski, że „to jedna ze wspólnych cech ludzi świętych: myślą o sobie jako o wielkich grzesznikach". Tak jest, apostoł Paweł nie krygował się, naprawdę nie miał nadmiernej samooceny, nosa nie zadzierał. Co nie znaczy, że nie bywał nieznośny. Był gwałtownikiem, jako ogromna indywidualność dominował też w każdym środowisku. Piotra szanował, uznawał jego pierwszeństwo, ale chyba raczej na zasadzie „primus inter pares". Gdy „książę apostołów" podpadł mu nadmierną kompromisowością (oportunizmem), złajał go publicznie (List do Galatów 2). Miał rację? Kiedyś uważałem, że to oczywiste, dzisiaj nie jestem pewny. Może należałoby westchnąć: „audiatur et altera pars". W końcu sam pisze, że nawet Barnaba „dał się wciągnąć w to udawanie".
Niemniej sam nie udawał pokory. Przed pychą broniła go dobra pamięć przeszłości.

12:50, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
piątek, 09 września 2011
Wariacje na temat wiórka

Ewangelia Łukasza 6,41
„Czemu zaś widzisz wiórek w oku brata swego, a belki we własnym oku nie spostrzegasz?"
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół - przytoczyłem go, bo ów wiórek to chyba pomysł oryginalny. Przyszedł on do głowy arcybiskupowi Jeremiaszowi, bo sobie wyobraził cieślę rąbiącego drzewo, któremu taki kawałeczek wleciał do oka.

No cóż, optyka i etyka nie są daleko od siebie. Miłujemy bliźniego swego mniej niż siebie samego, tacy już jesteśmy, patrzymy na siebie zakochanymi oczami. Neutralizacją owej miłości, wybujałego instynktu samozachowawczego nieczęsto jest nawet instynkt opiekuńczy: posiadający go ludzie nie zawsze mają umiarkowaną samoocenę. Czasem autentycznie troszczą się o innych, egoistami żadną miarą nie są, ci inni jednak wydają im się ludźmi na poziomie niziutkim, nieporównanie niższym niż własny. Takie jest źródło postawy zwanej paternalizmem. Optyka, etyka, pedagogika...

13:44, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
czwartek, 08 września 2011
Najważniejsza adopcja w historii

Ewangelia Mateusza 1,18
„Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.”

Dramat opisany w trzech zdaniach. Jest to, jak zwykle, tłumaczenie Tysiąclatki. W naszym Ekumenicznym Przekładzie Przyjaciół pozwoliliśmy sobie na słowo mocniejsze: zamiast „Nie chciał narazić Jej na zniesławienie” napisaliśmy „Nie chcąc na Nią donieść”. Teraz nie wiem, czy był to dobry pomysł. Przecież z punktu widzenia „czystej” sprawiedliwości nie był to czyn dwuznaczny moralnie, jak mógłby sugerować termin kojarzący się dzisiaj z działalnością agenturalną. To było tylko zimne dochodzenie swego. Ale właśnie Józef był człowiekiem sprawiedliwym nie w sensie dzisiejszym, gdy sprawiedliwość odróżnia się raczej od dobroci. On był wręcz dobry i to bardzo! Na tym polegała jego świętość.

Taka jest myśl moja na dzisiejsze rzymskokatolickie święto narodzenia Marii z Nazaretu. W ewangeliach nie ma nic dosłownie na ten temat, pojawia się Ona dopiero już jako Matka. A Józef jako człowiek, który zaadoptował Syna Bożego.

14:38, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
środa, 07 września 2011
Trochę felicystyki. Czy jesteśmy interesowni?

Ewangelia Łukasza 6,20-26

W moim komentowaniu Pisma mam dwie całkiem różne trudności: tekst jest za trudny albo za łatwy. Za łatwy to znaczy za bardzo znany, napisano o nim całe tomy, ja sam też „blogowałem” parę razy - trudno napisać coś oryginalnego. Dziś przepisano nam błogosławieństwa, takie właśnie klasyczne wersety. Spróbuję jednak nie bardzo nudzić.

Pewne informacje trzeba powtarzać. Na przykład tę, że wyrażenie „błogosławieni” jest dyskusyjne. Ściśle biorąc, lepsze jest tłumaczenie „szczęśliwi”, bo grecki termin „makarioi” dosłownie to właśnie znaczy; „błogosławieni” mają w tym języku inny odpowiednik (a nawet dwa: „eulegetoi” albo „eulegemenoi”) Dosłowne tłumaczenie wydaje mi się właściwsze, bo mniej dostojne, bardziej „życiowe”, mają je Poznanianka i Paulistka, ale moi „kolaboranci”, nawet lubiący nowości ksiądz Czajkowski, woleli jednak błogosławionych. Za nimi jest tradycja, także może estetyka, bo brzmią piękniej.

Nie tylko Mateusz, także Łukasz ma tę niezwykłą mowę Jezusa, ale przedstawia ją po swojemu. Przede wszystkim u niego nie jest to „kazanie na górze”, tylko wręcz na dole, bo według niego Jezus zszedł wtedy z góry, a nie wstąpił na nią. Poznanianka wyjaśnia ową różnicę geograficzną podając dwie hipotezy. Jedni przypuszczają, że Łukasz umieścił wydarzenie na równinie nadmorskiej dla podkreślenia powszechnego charakteru kazania, drudzy bardziej przekonująco sugerują, że wyraz „tur”, występujący w aramejskim źródle, oznacza zarówno górę i pagórek, jak i równinę, pole, a ewangeliści wybrali różne opcje.

Są oczywiście też inne różnice. Najpierw - arytmetyczna. Mateusz ma osiem błogosławieństw, Łukasz tylko cztery. No i pewna merytoryczna. Poznanianka zauważa, że „Łukasz nadaje błogosławieństwom charakter bardziej konkretny aniżeli Mateusz. Chodzi u niego o rzeczywiście ubogich i tych, którzy głodują i płaczą, a nie o ubogich w duchu, o łaknących sprawiedliwości, jak u Mateusza”. Bo też Łukasz jest specjalistą od biedaków, Jezus jest u niego szczególnie zatroskany o „proletariat” (komentatorzy marksistowscy uważali tę ewangelię za bardziej „postępową”). No i wreszcie trzeci ewangelista ma zaraz po pochwałach jednych krytykę drugich: cztery „biada”.

Żaden z dwóch autorów nie obiecuje szczęścia na ziemi: raczej „w niebiosach”, jak Mateusz albo „w ów dzień”, jak Łukasz. Bo też taka jest w ogóle chrześcijańska teoria szczęścia (felicystyka, jak ją sobie nazwałem, gdy na ten temat myślałem w młodości). Inna niż u starożytnych Żydów: mieli oni obraz tego, co po śmierci, raczej ponury („szeol”, jak i helleński „hades”, to nie było szczęście wiekuiste); liczyli na nagrodę jeszcze za ziemskiego życia w postaci długowieczności, a po śmierci w rozkwicie swego rodu. Ale chyba dzisiaj mało kto z nas, chrześcijan, dobrze się prowadzi wpatrzony kalkulacyjnie w tamten świat. Kiedyś jeszcze straszyło piekło, dziś już na szczęście ta wizja mija, w każdym razie w postaci psychotycznej. Działa raczej głos krytyczny sumienia albo - bardziej religijnie - rzeczywista miłość Boga, związek duchowy z Jezusem. Co piszę, żeby odeprzeć argument etyków poza- czy też wręcz antyreligijnych, że nasza etyka jest interesowna. Powiedziałbym natomiast, że laicka jest bardziej heroiczna w innym sensie: łatwiej walczyć o lepszy świat w sobie i wokół siebie, gdy się wierzy w istnienie wielkiego Sojusznika. Gdy się ufa, że świat ma Sens i że ten sens jest Dobrem absolutnym.

PS. Zadałem w „Metrze” moim młodym czytelnikom zagadkę biblistyczną, która z czterech kanonicznych ewangelii jest najdłuższa, co spotkało się z wielkim odzewem, więc taką samą kieruję do mych tutejszych Komentatorów. Owszem, można różnie rachować, nawet i brać pod uwagę litery oryginału, ale kryterium dostępne dla mniej uczonych lektorów to liczba słów. Jedna z ewangelii przoduje tu tak w tekście greckim, jak i w przekładach. Na pięć pierwszych dobrych odpowiedzi czeka nagroda książkowa do jutra do południa. Oczywiście do wysyłki pocztowej potrzebny jest adres. Z góry dziękuję!

14:33, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
wtorek, 06 września 2011
Trochę egzegetycznego dłubania

List do Kolosan 6,13-15
„Darował nam wszystkie występki, skreślił zapis dłużny obciążający nas nakazami. To, co było naszym przeciwnikiem, usunął z drogi przygwoździwszy do krzyża. Po rozbrojeniu Zwierzchności i Władz, jawnie wystawił je na widowisko, powiódłszy je dzięki Niemu w triumfie.”
Paweł pisze nieraz niejasno. Cóż to są owe Zwierzchności i Władze? Czy aby na pewno nie żadne władze państwowe? Biblia Poznańska powiada, że „są to najprawdopodobniej wrogie moce, trzymające w niewoli grzesznych ludzi (por. Kol 1,16; 2,10). Apostoł przedstawia je w obrazie pochodu rzymskich triumfatorów, którzy jechali na rydwanie ciągnionym przez białe konie, a przed nimi szli skuci łańcuchami jeńcy”. Nie władze państwowe zatem tutaj, raczej religijne, które swymi rytualnymi nakazami obciążały sumienia wiernych. Paweł pisze ostro. Trzeba przy tym wyjaśnić za Biblią Jerozolimską, że podmiotem jest tu nie Jezus Chrystus, ale Bóg Ojciec, stąd zaimek „Niemu”.

Można jednak chyba uogólnić, że owe Zwierzchności i Władze to w ogóle wszystkie ziemskie potęgi, także władze państwowe. Bo te słowa Pawła skojarzyły mi się z wczorajszym wystąpieniem Tomasza Korczyńskiego z międzynarodowej katolickiej organizacji ”Kościół w potrzebie” na temat prześladowania chrześcijan dzisiaj. Przedstawiał je na comiesięcznym poniedziałkowym nabożeństwie ekumenicznym w świątyni luterańskiej warszawskiej przy pl. Unii Lubelskiej. Bardzo dobrze, że coraz głośniej mówi się o tych prześladowaniach dzisiaj (w świątyni otwarto mocną wystawę na ten temat). Nie trzeba jednak - a robił tak Korczyński - wymieniać jednym tchem antychrześcijańskich szaleństw „politycznej poprawności” czy innych ataków w Europie zachodniej razem z krwawymi prześladowaniami wyznawców Chrystusa, dokonywanymi przez muzułmanów, hinduistów czy komunistów, a nawet czasem buddystów. Tamte drugie to jednak inna, o wiele straszniejsza jakość.

14:54, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 05 września 2011
Niewolnicy szabatu. „Więź” o Kościele i pedofilii: numer bardzo ostry, znakomity!

Ewangelia Łukasza 6,6-11

Opowieść o uzdrowieniu człowieka z uschłą (bezwładną) ręką mimo szabatu. Biblia Poznańska informuje i komentuje: „Nauczyciele Prawa pozwalali podać choremu lekarstwo w szabat tylko wtedy, gdy zagrażała mu śmierć. Uschnięta ręka nie zagrażała życiu kaleki, więc według przyjętej interpretacji nie wolno było jej uzdrowić.” Jezus jednak jest innego zdania. Poznaje myśli uczonych w Piśmie i faryzeuszy, którzy chcieli Go oskarżyć o łamanie szabatu, i odpowiada - zgodnie z żydowską metodą dyskusji - pytaniem ogólnym: „Czy wolno w szabat dobrze czynić czy też źle czynić? Życie ocalić czy zniszczyć?” Tak postawiona kwestia zamykała usta przeciwnikom, bo nie mieli dobrej odpowiedzi: nie mogli przyznać, że należy uzdrowić chorego, ani stwierdzić, że wolno źle czynić w szabat. Było to generalne zakwestionowanie jurydycznego rygoryzmu, który nakaz cotygodniowego odpoczynku sprowadzał chwilami do etycznego absurdu. Nic dziwnego, że rozwścieczyło skrajnych legalistów. Wespół ze zwolennikami Heroda (o tym sojuszu wiemy z ewangelii Marka), którzy liczyli na odzyskanie niepodległości dzięki wpływom króla w Rzymie, szukają sposobu, jak pozbyć się Jezusa.

Myślenie legalistyczne jest rzeczą ludzką w złym tego słowa znaczeniu. We wczorajszej „Gazecie Świątecznej” Magdalena Grochowska opisuje w artykule o księdzu Ziei taką scenę z Powstania Warszawskiego: msza, „nagle alarm. Zieja przerywa mszę, udziela zbiorowego rozgrzeszenia in articulo mortis, w obliczu śmierci. I rozdaje hostie. Żołnierz, już w hełmie, przed Komunią chce go zdjąć i szarpie się ze sprzączką. Zieja: - Nie zdejmuj, idioto!” Idiotyzmem jest każde zachowanie, w którym abstrakcyjna zasada jest ważniejsza nawet niż życie ludzkie, w każdym razie zdrowie.

Jak zwykle w poniedziałek, sprawozdanie z lektur. Moja rodzinna „Więź” ma wielkie kłopoty pieniężne, wydaje już tylko osiem numerów rocznie, ale każdy kapitalny. Ostatni, sierpniowo-wrześniowy zeszyt na temat „Kościół wobec pedofilii” stanowi znakomity obraz zagadnienia, potraktowanego bez żadnej eklezjalnej dyplomacji.

Zaczyna się od konkretu: Katarzyna Jabłońska rozmawia z Ewą Orłowską, ofiarą molestowania seksualnego księdza Moskwy z Tylawy, dziesięć lat po publicznym ujawnieniu tego faktu. Wyprowadziła się z rodzinnej Mszany do Rzeszowa, ale to nie pomogło od razu. „Szliśmy z dziećmi po naszym osiedlu i nagle zobaczyłam mężczyznę, który bardzo przypominał ks. Moskwę, a może mnie się tylko wydawało, że był podobny. Sparaliżowało mnie, chciałam uciekać, ale nie mogłam. Kiedy doszłam do siebie, wróciłam do domu i przez parę dni bałam się wyjść, bałam się spotkać tego mężczyznę. W momencie zagrożenia człowiek nie jest w stanie myśleć jak dorosły, wraca do tamtego momentu z przeszłości, wracają tamte reakcje.” Nic dziwnego: molestowanie trwało dziewięć lat. Bez żadnego wsparcia ze strony rodziców, całej rodziny i sąsiadów. „Ksiądz pomagał wielu rodzinom finansowo, wielu z nas borykało się z biedą. Pewnie ci, którzy dostali od niego pomoc, czuli się zobowiązani, żeby stać za nim. Jednej z moich sióstr też pomagał.” A molestował także dzieci pani Ewy.

Ale zeznanie w sądzie jej pomogło, także opisanie swego życia w książce „Oskarżyłam księdza”. Także pomoc wielu ludzi, również księdza Józefa Krasińskiego z Sandomierza, który dowiedziawszy się z prasy o sprawie, przyjechał, by panią Ewę wesprzeć psychicznie. Odwiedza ją teraz co jakiś czas, a gdy przyjechał pierwszy raz, pomógł jej bardzo powiedzeniem, że ją podziwia. Zachowuje się całkiem inaczej niż miejscowe władze kościelne, kuria przemyska, która nie kontaktowała się w ogóle z ofiarą molestowania tak przed wyrokiem, jak i po nim. Dzięki zapewne ks. Krasińskiemu pani Ewa nie odeszła od Kościoła, choć jego miejscowe władze, nawet po wyroku skazującym księdza, nie zrobiły nic, żeby ratować kolejne ofiary: przeniosły go do innej parafii i tyle. Dostał dwa lata z zawieszeniem na pięć, może molestować dalej.

Mamy zatem w „Więzi” dramat ofiary a zaraz potem problemy człowieka, któremu Watykan w 2004 r. powierzył te sprawy w Irlandii: arcybiskupa Dublina i prymasa tego kraju Diarmuida Martina. Co prawda, autor zaznacza, że od nikogo w Rzymie nie otrzymał żadnych instrukcji, jak ma postępować, ale widać ma owe instrukcje w sumieniu, bo wziął się do roboty ostro, według wielu ludzi Kościoła zbyt ostro. Napotkał potężną chęć ukrywania owych grzechów. Albowiem „trudno jest przekonać instytucję do tego, że prawda musi być wypowiedziana. Wszystkie instytucje mają wrodzoną tendencję do ochrony samych siebie i ukrywania swoich brudów.” W Irlandii „wciąż tak wiele ofiar nie doświadczyło jeszcze Kościoła pokutującego, zna natomiast Kościół ciągle pragnący być u władzy, który chciałby kontrolować nawet ich proces uzdrowienia”. Prymas Irlandii pyta retorycznie, czy jakieś elementy kultury klerykalnej ułatwiały tak długie trwanie tych tragicznych zachowań (...) Widoczne są znaki odradzającego się klerykalizmu, czasem nawet ukrytego za pozorami troski o głębszą duchowość czy bardziej ortodoksyjne poglądy teologiczne. (...) Uważano, że dla Kościoła najlepiej będzie, jeżeli oskarżenia o wykorzystywanie będą załatwione przez struktury kościelne, żeby uniknąć skandalu. Takie próby unikania skandalu doprowadziły Kościół do jednego z największych skandali w historii.”

Skandal prowokuje bardzo ostre oceny zewnętrzne. Arcybiskup Martin uważa, że należy otworzyć się na krytykę ze strony „świata”, współpracować z instytucjami państwowymi, choćby nawet jakieś tamtejsze poglądy budziły wątpliwości. Słyszymy właśnie o takiej krytyce w Irlandii, która dotyczy postępowania Watykanu. Ten broni się, ale bardzo spokojnie, przyznając, że grzechy były i były straszne.

W „Więzi” mamy także obraz sytuacji w Niemczech pióra Tomasza Kyci. Zdynamizował tam proces pokutny o. Klaus Mertes SJ, rektor szkoły jezuickiej w Berlinie. Uwierzył trzem jej byłym uczniom, którzy przyszli do niego, by mu opowiedzieć o nadużyciach seksualnych dwóch byłych nauczycieli. Dowiedziały się o tym media, ruszyła lawina. Biskupi nie od razu zrozumieli, że ukrywanie faktów jest przeciwskuteczne, nie mówiąc o tym, że amoralne, decyzja jezuicka zmieniła jednak nastawienie radykalnie. Nowe wytyczne niemieckiego episkopatu kładą nacisk na niezależność osób zajmujących się wyjaśnianiem zarzutów: pełnomocnik diecezji nie powinien należeć do jej kierownictwa. Radykalnie postąpili niemieccy jezuici mianując na to stanowisko wręcz protestantkę. Rezultat jest taki, że Kościół katolicki w tym kraju przoduje wśród innych dużych instytucji w wyjaśnianiu ponurych spraw.

Mamy w zeszycie „Więzi” też opinię polskiego adwokata, Michała Kelma, że reformy wymaga wręcz prawo kanoniczne. Władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza spoczywa w rękach jednej osoby, to znaczy biskupa. Szczególnie ta trzecia powinna być niezależna od niego: sędziowie kościelni a także rzecznik sprawiedliwości, czyli kościelny prokurator, którzy są obecnie mianowani przez ordynariusza diecezji, czyli odeń zależni. Do niego też należy decyzja, czy na podstawie zgromadzonych dowodów wszcząć proces czy sprawę umorzyć. Kanon 1718 jest według Kelma źródłem zła, prowadzi w praktyce do bezkarności pedofilów w sutannach. Sędziów kościelnych od spraw karnych oraz osób będących oskarżycielami powinien mianować sam papież. Trzeba też zreformować Kodeks prawa kanonicznego tak, żeby pokrzywdzony miał status strony z zasady, a nie za zgodą sędziego. Powinien mieć również prawo zaskarżyć decyzję umorzenia sprawy.

„Więź” nie pominęła bynajmniej w swojej analizie Polski. Jezuita, ks. Hans Zollner, współautor książki „Kościół a pedofilia”, prorektor Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie, powiada, że nie ma podstaw przypuszczenie, iż w Kościele polskim nie ma takich przypadków. „Nadużycia wobec nieletnich są wszędzie tam, gdzie się z nimi pracuje: w szkołach, grupach sportowych, harcerstwie, ale również w Kościele. Jeśli Kościół w Polsce nie skonfrontuje się z tą rzeczywistością, będzie się działo to, czego świadkami byliśmy w USA, Kanadzie, Irlandii, Niemczech, Austrii czy ostatnio w Belgii. W wyciąganiu nadużyć seksualnych na światło dzienne dużą rolę odegrały media i nacisk opinii publicznej, nie zawsze przychylnej Kościołowi. Jednak to nie media są winne, że w Kościele był »brud«, by użyć sformułowania Benedykta XVI. Jeśli Kościół nie wie, jak zareagować w takich sytuacjach, ponieważ nie zadał sobie trudu, aby poznać fakty, to jego wizerunek znacznie bardziej ucierpi, niż gdyby powiedział: tak, mieliśmy takie przypadki, są one bardzo bolesne, ale zmierzyliśmy się z tym w taki a taki sposób.

„Więź” nie poprzestała na owej radzie, zwróciła się z pytaniami do arcybiskupa polskiego odpowiedzialnego szczególnie za zwalczanie pedofilii w Kościele. Jest nim metropolita szczecińsko-kamieński Andrzej Dzięga, przewodniczący Rady Prawnej Konferencji Episkopatu Polski, która będzie przygotowywała nowe wytyczne w tej sprawie, nakazane przez Watykan. Hierarcha, w sposób widoczny popierający Radio Maryja, rozczarowuje ogromnie, topi sprawę w ogólnikach na temat prawdy obiektywnej i subiektywnej, zaznacza, że posądzonych trzeba traktować po ludzku itd. Zaś w sprawie z terenu jego diecezji, której nadał bieg dominikanin, o co poprzedni ordynariusz miał do zakonu wielkie pretensje, a która nadal toczy się w sądzie cywilnym, abp Dzięga powiada, że było wszystko w porządku i kropka.

Owszem, znam jeden przypadek polski, w którym posądzenie było niesłuszne, ale również niejeden, kiedy molestowanie było oczywiste, tylko nie dla zwierzchników księdza. Może ten numer „Więzi” będzie dla władz kościelnych poważnym ostrzeżeniem. Bo fakty zaczną niedługo krzyczeć.

19:06, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
niedziela, 04 września 2011
Duch wieje, ile chce

Ewangelia Mateusza 18,15-17

Znowu sięgam do „Tygodnika Powszechnego” (ciekawe pismo!), gdzie komentuje czytania niedzielne świetny autor duchowny Wacław Oszajca SJ i tym razem napisał niezmiernie ciekawie.

„W Ewangelii Mateusza czytamy, że Pan Jezus powiedział do uczniów: «Gdy twój brat zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź ze sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków opierała się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik». Nietrudno zauważyć, że coś w tym tekście zgrzyta, jakby wyszedł spod pióra nie jednego, ale dwóch pisarzy. O ile w pierwszej części panuje duch troski o tych, którzy chcą koniecznie być naszymi nieprzyjaciółmi, o tyle w drugiej panoszy się duch zupełnie inny. Czy Jezus mógł aż tak poniżać pogan i celników przypisując im najgorsze ludzkie, a raczej nieludzkie, cechy? Przecież nieraz stawał w ich obronie, a Piotrowi radził, żeby przebaczał w nieskończoność. Może więc mają rację nasi uczeni w Piśmie, gdy mówią, że ta druga część jest późniejszym wtrętem, a raczej komentarzem do rzeczywistych słów Jezusa”.

No właśnie. Mnie też zawsze dziwiło to Jezusowe określanie złych ludzi jako pogan i celników, ale nie śmiałem tak myśleć. Nie zrównujmy ewangelii z którąś na przykład księgą Starego (Pierwszego) Testamentu, gdzie przypisane są Bogu słowa etycznie potworne. Ktoś jednak zapyta: to znaczy, że w tekstach kanonicznych są fragmenty natchnione i nienatchnione. Nie, ale - by tak rzec - natchnione mniej i bardziej. Nie bójmy się przyjąć, że Duch Święty wieje nie tylko, kędy chce, także kiedy chce i z jaką mocą. Albo też raczej wieje tak samo, ale człowiek, autor biblijny, rozmaity. Uwarunkowany miejscem i czasem.

09:52, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
sobota, 03 września 2011
Jesteśmy panami szabatu...

Ewangelia Łukasza 6,5
„Syn Człowieczy jest Panem szabatu”.

Chrystus jest Panem szabatu, ale choć to czas święty, człowiekowi do szczęścia niezbędny, to jednak panem szabatu jest w jakiejś mierze każdy rozsądny człowiek. Sam ma prawo ocenić, czy jakaś jego czynność w dniu świętym jest niezbędna do szczęścia bliźnim.

Sama społeczność ma prawo tak „łamać szabat”: gdyby decydowała litera, nie duch, grzesznikami byliby kolejarze, tramwajarze, dziennikarze...

Ale sprawa supermarketów? Postulaty ich zamykania w niedzielę nie wynikają z myślenia „literowego”, „rytualnego”, tylko zwyczajnie - etycznego. Zakupy można zrobić w przeddzień, dać odpocząć kasjerkom.

13:01, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
piątek, 02 września 2011
Stare jest lepsze? Wino - tak, ale nie wszystko w Kościele

Ewangelia Łukasza 5,39
„Kto się napił starego wina, nie chce potem młodego, mówi bowiem: stare jest lepsze”.
Z winem sprawa jest prosta: ten napój musi dojrzeć. Z ludźmi już bardziej skomplikowana: stary nie lepszy od młodego, tak jak i nie gorszy. Chodzi o to, by „rozum był przy młodości”, ale również, by przy starości był zapał i pogoda ducha.

Zapewne podobnie jest z różnymi sprawami ludzkimi. Na przykład z Kościołem, z tym, co w nim ludzkie, czyli z istoty swej zmienne.

W ostatnim „Tygodniku Powszechnym” kolejny ciekawy artykuł Jacka Borkowicza z „Więzi” o polskich sprawach kościelnych. Tym razem o zasadzie „niech będzie, jak było”. Autor twierdzi, że u podstaw owej zasady kryje się takie rozumowanie:
„Po pierwsze: jest dobrze. Po drugie: mówienie o tym, że wcale dobrze nie jest, to przejaw złej woli i szkodnictwa. Inercjoniści (tak ich roboczo nazwijmy) to na ogół osoby inteligentne. Skonfrontowani z jaskrawymi przykładami nieprawidłowości nie przeczą temu, co widać czarno na białym. Przyznają, że w naszym życiu religijnym istnieją braki, jednak zaraz potem próbują relatywizować: przecież mamy pełne kościoły, gazety i gazetki parafialne oraz gęstą sieć chórów, a w porównaniu z tym, co dzieje się w Niemczech lub Hiszpanii... Ojciec Rydzyk? Hm... Ale popatrzmy, ile dobra niesie wspólny radiowy różaniec! Itd. Mówią tak zapewne w przekonaniu, że wata otulająca ostre kanty realnych problemów to jedyny sposób mówienia w Kościele i o Kościele.
Trzecią charakterystyczną cechą jest odwoływanie się do chlubnej przeszłości, która przeminęła w Polsce bez większego śladu, zarówno w wymiarze politycznym, jak i kulturowym, jednak w jakiś cudowny sposób przetrwała bez uszczerbków akurat w polskim Kościele. Tak jakby w wymiarze społeczno-religijnym Opatrzność zawiesiła działanie uniwersalnego prawa połączonych naczyń.
(...) Model wspólnoty, reprezentowany dziś przez polski Kościół - przynajmniej taki, jaki chcieliby zakonserwować inercjoniści - wcale nie jest «katolicyzmem tradycyjnym», lecz miksturą tego, co było dawniej, ze współczesnym laicyzmem, a nawet nihilizmem.
Wyidealizowany obraz wiejskiego kościółka, gdzie wszystko pozostaje na swoim miejscu, był aktualny przed wojną, no, może jeszcze w trudnych latach okupacji i stalinizmu, ale już na pewno nie potem. Potem przyszła epoka Soboru i jego decyzji, których realizacja nałożyła się na bezprecedensowy proces przemian cywilizacyjnych. Od tamtych czasów minęło pół wieku. Przez ten trudny etap przeszły bez mała trzy pokolenia polskich katolików. Nie było szans, by zachowali oni w nienaruszonym stopniu dawnego ducha, nawet jeśli widzialne struktury Kościoła pozostały bez zmian. Jeśli ktoś próbuje argumentować, że tradycyjny polski Kościół nadal istnieje, bo co niedziela ławki w świątyni zapełniają się wiernymi, to znaczy, że myli ilość z jakością. Wniosek nasuwa się sam, już dawno temu sformułował go Stefan Kisielewski: nie może być konserwatyzmu tam, gdzie nie ma czego konserwować.
Gdyby inercjonistom rzeczywiście chodziło o obronę tradycji, mielibyśmy już w Polsce dwa, mocno spolaryzowane ideowo, ośrodki myśli katolickiej: konserwatywny i liberalny. Każdy z nich by się umocnił, doszlifował właściwe sobie pojęcia. Za cenę napięć mielibyśmy ożywienie wspólnoty i pogłębienie religijnej refleksji. Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Sztuczne próby dzielenia Kościoła na «łagiewnicki» i «toruński» czy też «przed» i «posmoleński», to tylko naklejki podziałów politycznych, niewiele mających wspólnego z religijnością. Nie idzie za nimi żadna eklezjologia.
(...) Typowym chwytem polemicznym inercjonistów jest zarzucanie oponentom, że krytykują biskupów. Tymczasem ciche, bierne sabotowanie postanowień tychże biskupów, o ile ci chcą naprawdę coś zmienić, jest przez autorów zarzutów nie tylko aprobowane, ale nawet dobrze widziane.
Nie o krytykowanie księży idzie tu zatem, choć oczywiście i oni mają swój udział w promocji inercjonizmu. Wielu duchownych toleruje, a nawet pochwala najbardziej nawet dziwaczne formy religijności, o ile tylko nie wiążą się one z postulatami zmian sposobu działania kościelnych struktur. Nie od rzeczy będzie zauważyć, że wszystkie współczesne ruchy w obrębie polskiego katolicyzmu, które mniej lub bardziej wyraźnie wykazują bądź do niedawna wykazywały tendencje sekciarskie, są prowadzone przez księży (Tadeusz Rydzyk, Piotr Natanek i Tadeusz Kiersztyn). Co więcej, wiążą się z obroną klerykalizmu, klasycznej formacji minionej epoki.
Tymczasem wszędzie indziej na świecie ruchy, które dryfowały na pograniczu schizmy i ortodoksji, z reguły charakteryzowały się antyklerykalizmem. Ale tamtym ludziom naprawdę o coś chodziło, nawet jeżeli się mylili. Tutaj, mimo rewolucyjnych wezwań do intronizacji Chrystusa Króla, w sferze eklezjologicznej mamy tylko bierną obronę tego, co stare.
Inercja może być wręcz kluczem do popularności. Skąd wziął się taki, a nie inny «target» ks. Rydzyka? Z poczucia misji wobec wykluczonych ? Hm... Tak się składa, że ludzie starzy i ubodzy są w Polsce - poza noworodkami oczywiście - najbardziej bierną częścią społeczeństwa. Siedzą w domach z radiem przy uchu. Ktoś pierwszy musiał wpaść na pomysł, by dać im złudzenie aktywności i uczestnictwa.
A czy podziały polityczne w polskim nie wynikają właśnie z degeneracji skażonego biernością życia społecznego? W sytuacji duchowej pustki musiały się pojawić zastępcze problemy. Jeżeli wlewamy kwas rozpolitykowania do starych bukłaków, nie dziwmy się, że pękają.
Skąd się bierze bakcyl inercji? Na pewno z lęku przed zmianami. Po części być może również ze zniechęcenia nieudanymi próbami ich przeprowadzenia. Ja jednak uważam, że to bierność jest przyczyną, a nie skutkiem zmęczenia, tak powszechnego w naszej wspólnocie.”

Jacku, brawo!

17:19, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
czwartek, 01 września 2011
Ryby i ludzie

Ewangelia Łukasza 5, 1-11
Opowieść - można powiedzieć - rybacka: połów ryb jest jej tematem niemal wyłącznym. A jest to połów niezwykle udany dzięki temu, że za radą Jezusa Szymon Piotr wraz ze swymi wspólnikami Jakubem i Janem (Andrzeja Łukasz nie wymienia) wypłynęli na głębię. Symboliczne znaczenie tego słowa było nieraz tematem refleksji kaznodziejskiej, także - pamiętam - papieskiej.

Głębia kojarzy się dobrze, płycizna oczywiście źle. Rzeczywistość to przecież nie tylko to, co z wierzchu. To banał. Ale na tym przeciwstawieniu można snuć myśli najróżniejsze i może nawet te moralizatorskie mogą być w miarę świeże.

Czy moja myśl nie będzie całkiem zwietrzała, nie mnie oceniać. Jest taka: oceniajmy ludzi nie od razu, nie pochopnie, nie od pierwszego wejrzenia i nie od paru następnych. Nie sądźmy... Może z czasem okaże się, że ów człowiek nie jest tak antypatyczny, jak nam się wydał początkowo albo nawet jak go ocenialiśmy przez długie lata. Żeby nie okazało się, że myliliśmy się co do niego, gdy już będzie za późno na wnioski praktyczne, gdy oddzieli nas odeń odległość nie do pokonania.
Napisałem, że rybołówstwo jest tematem dzisiejszej perykopy niemal wyłącznym. Niemal, bo puenta dotyczy już wyraźnie sprawy mniej materialnej. Jezus powiada Piotrowi, że odtąd będzie łowił ludzi. W Biblii Poznańskiej wyczytałem, że użyty tu grecki czasownik zogreo oznacza wzięcie do niewoli żywcem, darowanie jeńcowi życia. I tu znów pole do różnych komentarzy. Na przykład do takiego, żebyśmy nawracając na naszą wiarę brali człowieka żywcem, nie przerabiali go na własne kopyto. Żebyśmy na przykład rozumieli, że nie ma jednej drogi do Boga, że jest ich dokładnie tyle, ilu samych ludzi.

20:53, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
Archiwum