Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
czwartek, 30 września 2010
Barankowa dola nasza

Ewangelia Łukasza 10,3


„Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki” - powiedział Jezus do rozsyłanych uczniów.
Wersja Ekumenicznego Przekładu Przyjaciół wydaje mi się lepsza niż ta Tysiąclatki: my mamy „baranki” (Poznanianka i Paulistka - nawet „jagnięta”). Owszem, owca może być łatwo ofiarą wilków, ale symbolem niewinnej ofiary jest baranek. „Owca” daje różne skojarzenia: jest „owczy pęd” itp., a tu chodzi wyłącznie o bezbronność. Tak, wśród wilków żądnych władzy nad światem chrześcijanie są bezbronni. Były, co prawda, długie wieki, gdy sami bywaliśmy wilkami, ale to minęło jak sen jakiś czarny. Na zachodzie Europy, gdzie kiedyś rządziliśmy ogniem i mieczem, teraz jesteśmy religią traktowaną chwilami gorzej nawet niż te napływowe. Znośmy to jednak po barankowemu: takie jest święte powołanie nasze.

11:11, jan.turnau
Link Komentarze (68) »
środa, 29 września 2010
Michał, nadzieja nasza

Ewangelia Jana 1,51


„Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego” - powiada Jezus do Natanaela.
Zacznę od zagadki: który zeszłowieczny papież miał na imię Anioł?
Dziś mamy głównie święto trzech aniołów najważniejszych, zwanych archaniołami: Michała, Gabriela i Rafaela, czyli Rafała. Z tych trzech z kolei najważniejszy jest Michał, zwycięzca wielkiego Smoka, Węża Starodawnego, który zwie się diabeł i szatan - Księga Apokalipsy 12,7-12a. Ów wąż piekielny ma w tym tekście biblijnym również na dzisiaj przeznaczonym określenie „oskarżyciel braci naszych, co dniem i nocą oskarża ich przed Bogiem naszym”. Jest to odniesienie do Księgi Hioba, która - jak napisałem przedwczoraj - nie dyskwalifikuje jeszcze moralnie szatana: znajduje się on tam jeszcze blisko Boga, jako jego prokurator. Dyskwalifikacja zjawia się później, już w okresie międzytestamentowym, szczególnie w Nowym Testamencie. Wtedy już mamy wysłanników Boga i odpowiednich podwładnych szatana (Baliala, Beliara, Asmodeusza czy Belzebuba) W dzisiejszym tekście Apokalipsy szatan jest jeszcze oskarżycielem, ale Bóg już go nie słucha, wysłał na niego Michała i jego aniołów, który w końcu zwycięży.
Mitologia chrześcijańska i tyle? Nie, więcej. Doktryna chrześcijaństwa traktuje poważnie istnienie duchów dobrych i złych. Niektórzy teologowie idą jeszcze dalej w swoich wyobrażeniach, Twierdzą, że aniołowie mają, owszem, ciało, dlatego można ich czasem zobaczyć, ale jest to ciało „niebieskie”, takie, jakie Jezus ma po zmartwychwstaniu i my wtedy też. Mają własności ponadziemskie: mogą się nagle pojawiać, potem znikać sprzed naszych oczu, tak jak Jezus po zmartwychwstaniu. Mają nawet naprawdę skrzydła, serafini wręcz po kilka. Otóż taka teologia wydaje mi się mocno wątpliwa, nie znaczy to jednak, że jak istnieje świat demoniczny, w co łatwiej uwierzyć po Auschwitz i Kołymie, tak jest również anielski. I kiedy ten drugi zwycięży, otworzy się nam Niebo i Syn Człowieczy otoczony aniołami będzie nam ludziom przewodnikiem w tamtą stronę. Obraz ma rysy baśniowe, ale wiara w takie zwycięstwo dobra to nie bajeczka dla grzecznych dzieci. To nadzieja chrześcijańskiego humanizmu.

22:30, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
wtorek, 28 września 2010
Synowie Gromu, belka, bumerang. Minister Radziszewska

Ewangelia Łukasza 9, 51-56

Dziś mamy opowieść ciekawą. Jezus ze swoim sztabem męsko-damskim idzie do Jerozolimy. Ewangelia podaje okoliczność czasową: „dopełniał się czas wzięcia Jezusa z tego świata". Najkrótsza droga z Galilei do Jerozolimy wiodła przez Samarię, ale była niewygodna inaczej: przechodziła przez ziemię Samarytan, czyli heretyków i schizmatyków izraelskich. Żydzi ich nie cierpieli, ale z wzajemnością. Gdyby Jezus nie szedł do żydowskiego Rzymu, Jeruzalem, to nie byłoby problemu, ale cel podróży wykluczał zwyczajową gościnę. Samarytanie okazali się zamknięci. Zatem ukochani przyboczni Jezusa, Jakub i Jan, uznali, że ta zniewaga krwi wymaga: „Panie czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?" Otóż Jezus nie chciał: „odwróciwszy się, zabronił im". Zaskoczył ich swoim niezastosowaniem przemocy: gdy później dał się ukrzyżować, zrozumieli to wreszcie dokumentnie. A z Ewangelii Marka wiemy, że owych braci nazwał potem żartobliwie „Synami Gromu" (Mk 3,17), co brzmi znajomo w polskich uszach...

Tyle streszczenia, teraz refleksja homiletyczna. Po pierwsze: ekumenizm nie polega na tym, że się „innowierców" idealizuje. Nie jest tak, że tylko my jesteśmy nieekumeniczni: niegościnni, złośliwi w swojej krytyce, ciaśni duchowo, myślowo. Zdarza się to nie tylko nam, nie da się ukryć. Nie o taki brak krytycyzmu tu chodzi. Gdy jednak złość nas weźmie na nich, my weźmy lusterko, zajrzyjmy do własnego oka, czy nie ma w nim przypadkiem belki (znowu skojarzenie dziwnie polskie). A jeśli nawet źdźbło, no to właśnie: my też nie jesteśmy cacy. Można wytknąć to i owo partnerowi dialogu, ale trzeba to zrobić pamiętając, co jest w naszym oku, a w ogóle to delikatnie. Łukasz opowiada o owych ewangelijnych komandosach nie po to, żeby im po pół wieku przygadać. Ewangelie pisane były dla naszego zbawienia: na przykład właśnie po to, żebyśmy nie pomstowali, kiedy ktoś zrobi nam przykrość. Niech nasza zła myśl wróci do nas bumerangiem.

PS. Stosunki międzygrupowe, mniejszość kontra większość to kwestie aktualne zawsze i wszędzie. Sprawa pani minister Radziszewskiej: przyznam się, że nie jest dla mnie tak całkiem jednoznaczna, jak dla licznych krytyków i krytyczek. Będę głośno myślał, ważył racje. Zatem, po pierwsze, wyrażałem tu nieraz wątpliwości, czy stosunki homoseksualne rzeczywiście są tak naganne, jak to wynika z Biblii (Księga Kapłańska 18, 22 i 20,13 oraz wzmianki w listach Pawła): to przecież oznacza praktycznie zmuszanie niektórych ludzi - nawet nie księży - do celibatu. Ludzie są ukształtowani różnie i tyle. Dla Żydów antycznych była to tylko rozpusta, my dziś wiemy więcej. Po drugie jednak, nie jestem pewien, czy szkoły katolickie nie mają prawa bronić się przed wykładaniem tam innego poglądu. Nie tyle przed osobami o tej orientacji, ile przed ich wypowiedziami. Po trzecie, myślę natomiast, że pani minister zapomniała, że nie jest osobą prywatną, musi liczyć się z każdym słowem. A już szczególnie z każdym słowem na temat mniejszości. Powinna być ich adwokatem! Po czwarte znów jednak, rozumiem kompleksy każdej mniejszości, jej nadwrażliwość - ale czy jej ostra walka o swoje prawa nie skutkuje czasem ambiwalentnie: czy nie wzmaga niechęci do niej zamiast ją zmniejszać?

20:39, jan.turnau
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 27 września 2010
Cierpienie karą za grzechy? Szatan radzi Bogu

Księga Hioba 1,6-22

Watykański biblista liturgista dał nam teraz do czytania tak zwane w Kościele katolickim księgi mądrościowe (protestanci nazywają je dydaktycznymi). Są to: Księga Hioba, Psalmów, Przysłów, Koheleta, Pieśń nad Pieśniami. Postawiłem kropkę, bo tyle jest tekstów „mądrościowych" uznawanych za kanoniczne tak przez katolików, jak i protestantów. Ci drudzy przyjęli kanon żydowski, czyli uważają za apokryfy Księgę Mądrości i Syracydesa (choć znalazły się one w Septuagincie), które katolicy zwą tylko deuterokanonicznymi.

Księga Hioba to jeszcze jeden gatunek literacki tej grupy ksiąg biblijnych, obok poezji, porad życiowych, rozważań filozoficznych. Opowieść o Hiobie to po trosze proza narracyjna, po trosze dramat.

Biblia Paulińska historię i strukturę księgi przedstawia bardzo ciekawe tak oto. „Dzieło to powstawało stopniowo, przynajmniej w dwóch fazach i przy udziale wielu autorów wywodzących się z różnych środowisk. Na ogół przyjmuje się, że ostateczny kształt księga przybrała pod koniec przesiedlenia babilońskiego, jednak nie później niż w epoce hellenistycznej, najprawdopodobniej ok. 400 r. przed Chrystusem. Pierwotne opowiadanie o cierpiącym Hiobie (prolog i epilog aktualnej księgi) mogło wywodzić się z kultury mezopotamskiej, skąd przywędrowało do Izraela, gdzie zostało gruntownie przebudowane w duchu religii monoteistycznej i włączone do mądrościowych dyskusji nad ludzkim losem. Zawarta w nim teza o niezawinionym cierpieniu spotkała się ze sprzeciwem mędrców ze środowisk tradycyjnych, których opinie reprezentują trzej przyjaciele Hioba. Krytyczną ocenę przedstawiła jej również młodsza generacja mędrców (Elihu), która jednak przyznała, że cierpienie nie zawsze musi być następstwem grzechu. W ostatecznej wersji Księga Hioba stanowi wezwanie do przemyślenia na nowo tradycyjnej tezy o odpłacie, a zarazem uznanie, że cierpienie bez winy mieści się w Bożym planie, choć jego sensu człowiek nie potrafi dociec własnym rozumem i dlatego powinien je przyjąć jako doświadczenie pobożności, które wyjednuje zbawienie. Trudno ocenić, czy te różne poglądy ścierały się w jednym czasie i jakiś autor zebrał je w udramatyzowanej formie jednego dzieła, czy też były stopniowo dołączane do utworu w ciągu dłuższego czasu".

Mamy zatem dyskusję sprzed prawie półtora tysiąca lat na temat, który wciąż zajmuje chrześcijan. Trzęsienia ziemi karą za grzechy? Pamiętam, że taka teza padła także na tak zwanym Zachodzie, nie tylko nad Wisłą, gdzie staroci kościelnych wciąż nie brak: pewien biskup austriacki powiedział coś takiego, co jednak wywołało tam takie zgorszenie, że wręcz sam podał się do dymisji. No cóż, wiarę we wszechmoc Boga niełatwo pogodzić z Jego obrazem jako Miłością bez granic: wciąż mamy skłonność do upraszczania sprawy przez „usprawiedliwianie Boga" powoływaniem się na grzech człowieka, czyli zrzucaniem nań całej odpowiedzialności.

A w dzisiejszych wersetach czytamy, że stało się tak:

”Zdarzyło się pewnego dnia, gdy synowie Boży udawali się, by stanąć przed Panem, że i szatan też poszedł z nimi. I rzekł Bóg do szatana: - Skąd przychodzisz?. Szatan odrzekł Panu: - Przemierzałem ziemię i wędrowałem po niej. Mówi Pan do szatana: - A zwróciłeś uwagę na sługę mego, Hioba? Bo nie ma na całej ziemi drugiego, kto by tak był prawy, sprawiedliwy, bogobojny i unikający grzechu jak on. Szatan na to do Pana: - Czy Hiob za nic czci Boga? Czyż Ty nie okoliłeś zewsząd jego samego, jego domu i całej majętności? Pracy jego rąk błogosławiłeś, jego dobytek na ziemi się mnoży. Wyciągnij, proszę, rękę i dotknij jego majątku. Na pewno Ci w twarz będzie złorzeczył. Rzekł Pan do szatana: - Oto cały majątek jego w twej mocy. Tylko na niego samego nie wyciągaj ręki. I odszedł szatan sprzed oblicza Pana. Pewnego dnia, gdy synowie i córki jedli i pili w domu najstarszego brata, przyszedł posłaniec do Hioba i rzekł: - Woły orały, a oślice pasły się tuż obok. Wtem napadli Sabejczycy, porwali je, a sługi mieczem pozabijali, ja sam uszedłem, by ci o tym donieść. Gdy ten jeszcze mówił, przyszedł inny i rzekł: - Ogień Boży spadł z nieba, zapłonął wśród owiec oraz sług i pochłonął ich. Ja sam uszedłem, by ci o tym donieść. Gdy ten jeszcze mówił, przyszedł inny i rzekł: - Chaldejczycy zstąpili z trzema oddziałami, napadli na wielbłądy, a sługi ostrzem miecza zabili. Ja sam uszedłem, by ci o tym donieść. Gdy ten jeszcze mówił, przyszedł inny i rzekł: - Twoi synowie i córki jedli i pili wino w domu najstarszego brata. Wtem powiał gwałtowny wicher z pustyni, poruszył czterema węgłami domu, zawalił go na dzieci, tak iż poumierały. Ja sam uszedłem, by ci o tym donieść. Hiob wstał, rozdarł swe szaty, ogolił głowę, upadł na ziemię, oddał pokłon i rzekł: - Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Pan dał i Pan zabrał. Niech będzie imię Pana błogosławione. W tym wszystkim Hiob nie zgrzeszył i nie przypisał Bogu nieprawości.”

Tekst ma trzech bohaterów: obok Boga i Hioba pojawia się szatan. Ściślej mówiąc, obok Boga jest tylko szatan, dużo bliżej niż główna postać Księgi. Zajrzałem do „Encyklopedii biblijnej": według tamtejszego hasła szatan jest tutaj (podobnie jak w Księdze Zachariasza 3 1-2) członkiem rady Bożej; którego zasadniczym obowiązkiem jest oskarżanie ludzi przed Bogiem. Nie jest to zatem wróg Boga ani przywódca demonicznych sił zła, którym stanie się później. Tutaj to tylko prokurator. Dużo później również, już po Starym Testamencie, wąż z Księgi Rodzaju staje się wyraźnie diabłem. Rozwój idei szatana następuje dopiero w literaturze międzytestamentowej. Prawdopodobnie pod wpływem ideologii perskiej rozwinęła się w myśli hebrajskiej idea radykalnego dualizmu dobra i zła. W Nowym Testamencie, zwłaszcza w Ewangeliach mówi się często o szatanie. Zostanie on jednak - apokaliptyczny Smok, Wąż starodawny - zwyciężony przez Boga.

23:04, jan.turnau
Link Komentarze (36) »
niedziela, 26 września 2010
Tu nie chodzi o wieczność piekła!

Ewangelia Łukasza 16,19-31

Opowieść o bogaczu i żebraku imieniem Łazarz. Po śmierci ich los odmienia się zasadniczo: żebrak przebywa „na łonie Abrahama”, bogacz w Otchłani w mękach. Są to męki potwornego gorąca, były bogacz prosi zatem Abrahama, żeby Łazarz ochłodził mu język palcem umoczonym w wodzie. Abraham jednak tłumaczy, że nastąpiło jakieś sprawiedliwe wyrównanie losu: kto na ziemi miał dobrze, teraz musi mieć przeciwnie (Mickiewicz: ”Kto za życia choć raz był w niebie...”), poza tym rozdziela ich za duża przepaść, żeby istniała taka komunikacja. Męczącemu się w piekle nie udaje się nawet namówić Abrahama, żeby ostrzegł żyjących jeszcze na ziemi jego braci: nie posłuchali Mojżesza i proroków, to i Łazarza nie posłuchają.

Jest to wizja eschatologiczna, która długie wieki sugerowała wieczność piekła, gorący rzecznik nadziei powszechnego zbawienia ks. Wacław Hryniewicz wykłada jednak inną egzegezę. „Intencją tej przypowieści nie było bynajmniej przekazanie dosłownego opisu zatracenia w piekle. Mówi ona przede wszystkim o tym, że Bóg wymaga miłosierdzia względem ludzi w potrzebie. Jej siła illokucyjna tkwi w ostrzeżeniu. Kto w swoim egoizmie ignoruje ubogich i pozostaje niewrażliwy na ludzką biedę, ten ignoruje również samego miłosiernego Boga. Świadczy o tym w obrazowy sposób dramat bogatego człowieka w Hadesie. Opamiętanie i żal przychodzi zbyt późno, kiedy zaistniała już «pomiędzy nami a wami (...) wielka przepaść» (w. 26). Trzeba wtedy zbierać to, co się posiało, a więc ponieść konsekwencje swoich złych decyzji. Alegoryczna szata przypowieści nie pozwala na dosłowne rozumie zawartych w niej szczegółów. Kto tak chciałby ją interpretować, wypaczyłby jej zasadniczy sens i naraziłby się na śmieszność. Czy można Abrahama z Otchłani? Skoro rozpościera się tak „wielka przepaść”, jak możliwa jest rozmowa między bogaczem a Abrahamem? (Dziś pomyślelibyśmy oczywiście o telefonie lub mikrofonach!). Czy koniec palca zwilżony w wodzie może ochłodzić człowieka „cierpiącego w płomieniu” (w. 24)? Czy ktoś skazany na wieczne piekło może troszczyć się o swoich braci i pragnąć ich zbawienia? Mówi się przecież często, że w piekle nie ma już miłości, lecz wszechwładnie panuje nienawiść. Oto alegoryczne szczegóły przypowieści wykluczające interpretację literalną (por. również Łk 13,27-30). Chodzi o obrazowy przekaz o Bogu, który mówi o Jego woli w stosunku do ludzi oraz o późniejszych konsekwencjach braku miłosierdzia”.

Zacytowałem to wyjaśnienie z kolejnego dzieła natchnionego lubelskiego teologa piszącego wciąż na ten temat: „Abym nie utracił nikogo... W kręgu eschatologii nadziei” (Verbinum, Warszawa 2008). Trzeba pamiętać, że Ewangelia Łukasza jest w ogóle wielką obroną ubogich: ta przypowieść pasuje tylko do takiego kontekstu. Jako przypowieść o wiecznej męce pośmiertnej nie pasuje przy tym zupełnie do innej przypowieści Łukaszowej, tej o synu marnotrawnym a raczej ojcu miłosiernym. Oczywiście wiem: Bóg jest miłosierny, ale co ma zrobić, gdy człowiek odrzuca Jego miłość... Tyle że ja odrzucam podobną argumentację: wierzę w taką wszechmoc Boga, że poradzi On sobie z najbardziej upartym zbrodniarzem.

14:18, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
sobota, 25 września 2010
Nietrwałość świata tego

Księga Koheleta 11,9-12,8
„Ciesz się, młodzieńcze, w młodości swojej” - tak się zaczyna dzisiejsza biblijna czytanka, ale końcówka jest czysto Koheletowa: młodość przemija. „I wróci się proch do ziemi tak jak nią był, a duch powróci do Boga, który go dał. Marność nad marnościami - powiada Kohelet - wszystko marność”.

Może jednak lepszy jest przekład 11 Kościołów: „Ulotne, jakże ulotne - mówi Kohelet - wszystko jest takie ulotne”. Marność to dzisiaj kiepskość, a przecież nie chodzi tu o jakość „jako taką”, tylko o przemijalność, nietrwałość. Zarazem nietrwałość to przecież właśnie słaba jakość, czyli może jednak „marność”? Szczególnie, że w tym słowie jest rdzeń sugerujący związek ze śmiercią - czyli właśnie nietrwałością podstawową. Tyle moich dywagacji dzisiejszych.

10:32, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
piątek, 24 września 2010
Rozmyślanie nad Niepojętym

Księga Koheleta 3,1-11
„Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem. Jest czas rodzenia i czas umierania”.

Tak zaczyna się dzisiejsza „lekcja”; zastanawiam się, co będę myślał, kiedy będę umierał: czy uznam, że przyszedł dla mnie ten czas, czy nie będę się kurczowo trzymał ziemi.

Biblijny mędrzec ciągnie dalej te podwójne określenia czasu: czas zabijania i czas leczenia, czas płaczu i czas śmiechu, czas wojny i czas pokoju... I wersety końcowe: „Cóż przyjdzie człowiekowi z trudu, jaki sobie zadaje? Przyjrzałem się pracy, jaką Bóg obarczył ludzi, by się nią trudzili. Uczynił wszystko pięknie w swoim czasie, dał im nawet wyobrażenie o losach świata, tak jednak, że nie pojmie człowiek dzieł, jakich Bóg dokonuje od początku aż do końca”. Albo trochę inaczej, jaśniej według przekładu 11 Kościołów: „On dał człowiekowi świat, by rozmyślał nad nim, a jednak nikt nie jest w stanie zrozumieć od początku do końca wszystkich dzieł Boga”.

No właśnie, Pan i Bóg niepojęty.

15:45, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
czwartek, 23 września 2010
Tylko krowa nie zmienia przekładów, ale...

Księga Koheleta 1,2
„Marność nad marnościami - powiada Kohelet - marność nad marnościami, wszystko marność",
Można to przetłumaczyć inaczej. Od przemożnej tradycji odstąpił Przekład Ekumeniczny (nie mylić z Ekumenicznym Przekładem Przyjaciół, któremu sekretarzuję), dzieło 11 Kościołów i Towarzystwa Biblijnego w Polsce. Napisano tam: „Ulotne, jakże ulotne - mówi Kohelet - ulotne, jakże ulotne, wszystko jest takie ulotne". Tylko krowa nie zmienia przekładów, ale coraz lepiej rozumiem, że słowo, podobnie jak kamień, może być zabytkiem. Takich słów jest w Biblii wiele, te o marności są ważnym elementem kultury polskiej. Są bardzo piękne.

I bardzo mądre. Czy - by tak rzec - ortodoksyjne? Oczywiście. Powiem nawet więcej: każda głęboka myśl ludzka jest prawowierna, każda wielka literatura jest bliska mądrości Biblii. Która to mądrość nie jest jednolita: obok tej księgi jest przecież Pieśń nad Pieśniami. Pesymizm Koheleta, starszego pana, który wiele przeżył, poznał życie od różnych stron, sąsiaduje z radością tamtych pieśni weselnych. Pesymizm bywa bowiem prawdziwy i optymizm też. Szklanka herbaty jest do połowy pusta i jednocześnie do połowy pełna. Każda z tych postaw bywa uprawniona, albowiem każda przedstawia tylko jedną stronę życiowego medalu.

A może Kohelet (Eklezjastes, jak się go dawniej z grecka nazywało) jest pesymistą, ponieważ nie wierzy, że naszym losem rządzi Bóg? W czytaniach jutrzejszym i pojutrzejszym wyraźnie widać, że tak nie jest. Zresztą to dzisiejsze można zrozumieć wręcz moralistycznie: marnością są nasze starania, bo są doczesne, czyli nie mogą się oprzeć czasowi. Pełną wartość ma tylko to, co nie przemija.

Wracam do oceny literackiej: Księga Koheleta jest arcydziełem. Sparafrazowałbym Słowackiego tak:
Bo to jest mędrca przenajświętsza chwała,
że w posąg mieni swoje rozmyślanie.
Ta księga wieki będzie zdumiewała,
piękna jest stanie...

20:02, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
środa, 22 września 2010
Wyboista ścieżka prawdy

Psalm 119,29

„Powstrzymaj mnie od drogi kłamstwa”.

Kochanowski ma poetyczniej: „Ścieżką prawdy Twej pobieżę”.

Modlitwa odpowiednia szczególnie dla mnie, parającego się słowem publicznym. Waga kłamstwa wzrasta proporcjonalnie do liczby odbiorców - to chyba bezsporne prawo arytmetyczno-etyczne. Niemniej sprawa nie jest prosta. Mowa publiczna ma swoje prawa gatunkowe.

Nie mówi się tego samego bliźniemu na ucho, co można napisać choćby i w periodyku niszowym. Ten drugi rodzaj mowy wymaga nieporównanie większej delikatności, by nie rzec: dyplomacji. Gdy rozmawiają przedstawiciele państw, obowiązuje wręcz słowny odpowiednik fraka: może być nawet i pistolet przystawiony do skroni, ale obowiązkowo owinięty w jedwab. Co jest tezą zgoła banalną, problem polega jednak na tym, że w Kościele (Kościołach) ta publiczna jedwabistość słowa kłóci się okropnie z szorstkością mowy prywatnej. Publicznie wychwala się purpuratów pod niebiosa, choć myśli się o nich - i mówi przyjaciołom - bez ogródek. Do tego stylu kompletnie nie pasuje biskup Tadeusz Pieronek, piorunujący słowem publicznym na prawo i lewo. Prywatnie zresztą potrafił powiedzieć (podobno) innemu hierarsze, że jest głupi i ma wszy, co mnie wcale nie gorszy: wolę sztubackie szturchanie niż eklezjalną obłudę.

A ja sam - co? Pamiętam, jak Adam Michnik tłumaczył mi na początku mojej pracy w „Wyborczej”, że nie mogę tutaj używać języka, którym pisałem przez 30 lat w „Więzi”. Tamtejsza (ówczesna) delikatność nie nadawała się bowiem do gazety po pierwsze niekatolickiej, po drugie redagowanej w wolnej Polsce, w której słowo publiczne nie jest w ogóle w obcęgach cenzury, jest z założenia wolne. Demokracja to „głośność”.

Jest tu jednak problem spory. Na pewno nie można grzechów Kościoła (nie tylko jego synów, jak powiada się eklezjalnie) owijać w bawełnę eufemizmów, ale jest coś takiego, jak szacunek dla rodziców. Nie mówi się o rodzonej matce bez zahamowań, a przecież Kościół jest mi matką. W „Gazecie” uchodzę za dyplomatę, w Kościele - niekoniecznie. Zawsze mam problem, czy wykładając (wylewając) kawę na ławę nie robię tego za bardzo dla poklasku kolegów, czy mnie dostatecznie usprawiedliwia to, że inny język jest dla nich po prostu krętactwem.

Etyka języka to zgrabny rym, ale i duży dział zasad moralności. Ścieżka prawdy jest nie tylko wąska, jak każda droga do Nieba, ale i wyboista. Pewna pani po prostu nieznośna twierdziła, że ma „charyzmat mówienia rzeczy nieprzyjemnych”. Nie jest to dar Ducha Świętego, raczej całkiem innego, a swoją drogą wyzwala nas wyłącznie prawda. Jak ją głosić z miłością - oto jest pytanie ogromne. Bo to znaczy w ogóle, jak żyć.

14:12, jan.turnau
Link Komentarze (47) »
wtorek, 21 września 2010
Ta karta wieki tu będzie płakała... Niech płacze też ktoś inny

Ewangelia 9,9-13

Czytamy dzisiaj o powołaniu celnika Mateusza, bo mamy święto tego apostoła i ewangelisty.

Jest członkiem sztabu Dwunastu szczególnym, bo jedynym tam reprezentantem grupy Żydów, która poszła na współpracę z okupantem rzymskim. Nie cierpiano tych urzędników nie tylko z przyczyn politycznych: także dlatego, że zarobki ustalali sobie sami, pobierając odpowiednio większe podatki, czasem pewnie dużo większe. W dzisiejszym tekście powiedziano, że na ucztę chyba u tegoż celnika przyszło „wielu celników i grzeszników”: poborca podatkowy traktowany był przez faryzeuszy jak prostytutka. Jezus jednak szczególnie nie lubił schematycznych ocen moralnych, stosowanych przez ludzi „o czystych rękach”. Dziś chyba nie byłby zażartym antykomunistą lustratorem.

Z apostolstwem Mateusza jest jednak kłopot spowodowany przez samych ewangelistów! Taki, jak z Bartłomiejem, czyli Natanaelem: Mateusz pojawia się w innych miejscach ewangelii synoptycznych jako Lewi. Bibliści pytają, czy to aby na pewno ta sama osoba - ale dwuimienność była wtedy częsta (Szymon Piotr, Szaweł Paweł).

Według tradycji Lewi Mateusz napisał ewangelię otwierającą Nowy Testament, ale uczeni są od mnożenia wątpliwości, więc i tu zaistniał problem. Według „Encyklopedii biblijnej” „chociaż apostoł Mateusz mógł aktywnie uczestniczyć w zakładaniu Kościoła, w którym powstała ta ewangelia [czyli antiocheńskiego - JT], autor reprezentuje poglądy teologiczne, znajomość greki i formację rabinacką, które sugerują, że był judeochrześcijaninem z drugiego pokolenia”. No cóż, jak tu pisałem tysiąc razy, antyczne prawo autorskie działało dokładnie na odwrót niż dzisiejsze: autor nie martwił się o sławę własną, ale o to, by jego poglądy i wiadomości miały odpowiedni autorytet.

Może faktycznie to nie ów celnik osobiście napisał o swoim powołaniu na apostoła, niemniej „ta karta wieki tu będzie płakała i łez jej stanie”. Będzie wzruszała gestem Jezusa, który oceniał ludzi głębiej niż współczesne Mu elity. Dzisiejsze również.

Ps. Dla niektórych moich Czytelniczek i Czytelników mam złą wiadomość: dla tych, co nie oglądali wczoraj Teatru Telewizji. Bo powinni płakać! To było świetne przedstawienie! Tomasz Wiszniewski wyreżyserował sztukę Marka St. Germaina „W roli Boga” bardzo dobrze, a sama sztuka też jest świetna. To dramat moralistyczny, ale bez moraliny, rzecz z rolą księdza bez taniego antyklerykalizmu, ale i bez religijnej landrynki. Widzieliśmy oboje z żoną grono ludzi, lekarzy, w których ręku jest życie ludzkie i muszą jakoś się w tej sytuacji odnaleźć. Mają ludzkie odruchy, ludzkie w najlepszym sensie tego słowa, a jednocześnie wiele przywar, grzechów na sumieniu. Widzieliśmy sytuację ludzką, w której najlepszą rzeczą, jaką można zrobić, jest modlitwa do Ducha Oświeciciela, by pomógł w podjęciu decyzji ponad ludzkie siły. No i aktorzy oczywiście znakomici!

15:49, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 20 września 2010
Bóg kiedyś na uczelni i dzisiaj w szkole

Ewangelia Mateusza 10, 17-22

„Uważajcie na ludzi. Wydawać bowiem was będą sądom i na zgromadzeniach swoich biczować was będą". Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Tekst wybrałem inspirowany „Kalendarzem Słowa Bożego" księży werbistów, którzy dziś wspominają swoich męczenników koreańskich, Andrzeja, Pawła i Towarzyszy, z takim właśnie tekstem ewangelijnym.

„Przeszłość nie zachodzi mgłą" - śpiewał Okudżawa, ale mgiełka narasta. Upłynie trochę lat i już trudno sobie wyobrazić, że kiedyś było całkiem inaczej. A na przykład przecież za stalinizmu naprawdę religia była prześladowana. Prymas internowany, paru innych biskupów uwięzionych, prasa katolicka niemal zlikwidowana itp.

Pamiętam też, co było na moich studiach polonistycznych na początku lat 50. Nie napiszę, że za moje poglądy religijne byłem prześladowany, bo bym skłamał. Uchodziłem, co prawda, za trochę dziwnego, bo przyznawałem się do Kościoła, ale nikt mnie za to nie biczował: jakoś mi się udawało. Miałem zresztą wtedy poglądy „PAX"-u, czyli organizacji głoszącej katolicyzm „postępowy": mówiąc złośliwie, były to poglądy „reżymskokatolickie", które jakoś uchodziły. Żeby jednak zobrazować, co się wtedy działo na wyższych uczelniach, wspomnę egzamin z filozofii. Zachowałem się może nawet trochę oportunistycznie, bo wyraziłem się krytycznie o tomizmie. Interesowałem się już wtedy takimi sprawami (do teologii już wtedy ciągnęło mnie bodaj bardziej niż do literatury), więc wiedziałem, że ów kierunek filozoficzny krytykowany jest także przez myślicieli katolickich. Zapamiętałem coś nie coś z tych krytyk i powiedziałem, że w tomizmie nie podoba mi się statyczność tego systemu - czy coś w tym guście. Ale egzaminatorowi to nie wystarczyło: powinienem był przecież powiedzieć, że jest to filozofia w ogóle głęboko błędna, bo nie ateistyczna - i dostałem czwórkę, nie piątkę... Mam nadzieję, że dziś nie ma takich egzaminatorów, na przykład w szkole z religii, ale głowy nie dam.

Lektury - katecheza. Numer wrześniowy „w drodze" jak zawsze ciekawy („Oj, natnie się, natnie srodze ten, kto nie czyta „W drodze" - w wierszykach o miesięcznikach religijnych tak reklamowałem ów dominikański), zaczyna się czwórgłosem pt. „(O)CENA RELIGII". Czterech świeckich, w tym dwoje katechetów i dwoje dziennikarzy. Opinie nierewolucyjne, ale i dalekie od optymizmu oficjalnego. Najradośniejszy jest Janusz Skotarczak, katecheta charyzmatyczny, który szkolił się w tym zawodzie także w Brukseli, w tamtejszym Międzynarodowym Instytucie Katechetycznym i Pastoralnym, a w ogóle słowo „zawód" absolutnie do jego pracy nie pasuje: to powołanie.

Co nie znaczy, że pasuje do pracy wielu polskich „nauczycieli religii", którzy mają nielekko mimo autentycznych starań. Są i tacy, którzy faktycznie ”olewają”, ale przecież nie wszyscy. Jeżeli zawód, to u wielu w sensie rozczarowania. Opowiada o tym Aleksandra Bałoniak, znająca problem od różnych stron, bo wicenaczelna pisma „Katecheta", a i ucząca dalej. Katecheci opowiadają, że frekwencja nie jest wcale tak duża, jak to się przedstawia oficjalnie. W niektórych szkołach są klasy, które nie zgłaszają się w ogóle na te lekcje albo nie chodzi na nie nawet i połowa. „Katecheci czują się z tego i innych powodów osamotnieni, często boją się przyznać do takiej sytuacji, bo czują się winni i są obwiniani za taki stan. (...) Nie mówią, dopóki nie zostaną ośmieleni. Największym problemem jest osamotnienie; boją się kompromitujących sytuacji, więc milczą". No i oczywiście napisano w dominikańskim miesięczniku (Katarzyna Kolska, jego wicenaczelna) coś, co jest dziś oczywiste, że „religia" w szkole odreligijnia młodzież: trudno ją teraz zapędzić do świątyń. Więź z parafią zanikła.

Problem z etyką jako odpowiednikiem katechezy dla niereligijnych: brak kadry. Mógłby uczyć ksiądz, ale „nikt nie uwierzy, że na takich zajęciach trzyma się wyłącznie etyki". Zresztą dodam od siebie, że przecież etyka laicka religijnej nie równa, trudno abstrahować od problemu aborcji itp. Ciekawa i słuszna jest teza Jacka Kowalskiego, skądinąd dziennikarza „Gazety Wyborczej", że zajęcia z etyki podniosłyby poziom lekcji religii: konkurencja wymusiłaby większy wysiłek katechetów.

Co do mnie, uważam, że równoległość etyki i katechezy to pomysł nie tylko polski, ale zły. Przekaz wiary, choćby najbardziej informacyjny i najmniej formacyjny, misyjny, różni się od etyki tym, że powinien składać się z dwóch elementów: „imperatywu etycznego" oraz „indykatywu zbawczego". Czyli nie tylko instrukcje, jak żyć, także zapewnianie, że w dążeniu do dobra nie jesteśmy sami, że jest Dobro, jest Zbawiciel, jest Sens.

Proponuję inne rozwiązanie: lekcje szkolne religii czy etyki zamienić w religioznawstwo, katechezę przenieść w całości do kościołów, niech tam chodzą tylko naprawdę chętni. Kto by uczył też o innych religiach? Oczywiście wymaga to wysiłku szkoleniowego i oczywiście nie każdemu nauczycielowi przyjdzie łatwo opowiadać obiektywnie o innych wierzeniach (dotyczy to tak katechetów, jak i laickich nauczycieli po uniwersyteckiej filozofii - subiektywizm agitacyjny grozi jednym i drugim), ale tylko takie rozwiązanie wydaje mi się sensowne.

PS. A w tym numerze „W drodze" też parę razy spostrzeżenie, że młodzież ma odstraszający obraz Boga: kojarzy jej się ze zbiorem zakazów. Kościół restrykcyjny, strach przed spowiedzią... I miła informacja, że ksiądz Edmund Jaworski z archidiecezji poznańskiej „zrezygnował z popularnych w innych parafiach indeksów, w których młodzież przygotowująca się do sakramentu bierzmowania zbiera pieczątki potwierdzające udział w niedzielnej eucharystii, w nabożeństwach, spotkaniach". Czyli księży katolicyzm mniej biurokratyczny! Brawo!

Ale na tym nie koniec: jeszcze retoryczne pytanie pani redaktor Bałoniak: „Czy mamy walczyć o frekwencję, czy o jakość na katechezie?" Myślę, że pomysł katechezy w szkole wynikł właśnie z ilościowego mierzenia misyjnego sukcesu. Siewca, który rzuca ziarno z maksymalnym rozmachem, może osiągać niewielkie wyniki faktyczne, bo ziarno musi mieć odpowiednią glebę i staranną uprawę - inaczej zamiera.

21:38, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
niedziela, 19 września 2010
Duży kłopot z cwanym włodarzem

Ewangelia Łukasza 16,1-13
„Jezus powiedział do swoich uczniów: - Pewien bogaty człowiek miał rządcę, którego oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek. Przywołał go do siebie i rzekł mu: - Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego zarządu, bo już nie będziesz mógł być rządcą. Na to rządca rzekł sam do siebie: - Co ja pocznę, skoro mój pan pozbawia mnie zarządu? Kopać nie mogę, żebrać się wstydzę. Wiem, co uczynię, żeby mię ludzie przyjęli do swoich domów, gdy będę usunięty z zarządu. Przywołał więc do siebie każdego z dłużników swego pana i zapytał pierwszego: - Ile jesteś winien mojemu panu? Ten odpowiedział: - Sto beczek oliwy. On mu rzekł: - Weź swoje zobowiązanie, siadaj prędko i napisz: pięćdziesiąt. Następnie pytał drugiego: A ty ile jesteś winien? Ten odrzekł: - Sto korców pszenicy. Mówi mu: - Weź swoje zobowiązanie i napisz: osiemdziesiąt. Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił. Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światła. Ja też wam powiadam: - Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków. Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze? Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie”.

Dziś ośli mostek dla egzegetów, jest nią bowiem przypowieść o cwanym włodarzu. Mamy cenne wyjaśnienie ks. Mariusza Rosika w najnowszej „Niedzieli”, a raczej dwa wyjaśnienia, które autor traktuje niemal równorzędnie. Pierwsze - tradycyjne: Jezus pochwala nie nieuczciwość owego rządcy, ale samą jego roztropność w staraniach o zabezpieczenie materialne. Powinniśmy być równie roztropni, skuteczni w staraniach o dobra duchowe. Za chyba bardziej przekonujące biblista wrocławski uważa jednak tłumaczenie znane mi skądinąd. Otóż zarządca czyichś dóbr pobierał wynagrodzenie w formie prowizji od zwrotu długu, tu zaś z niej zrezygnował, żeby zaskarbić sobie życzliwość dłużników.

Mój laicki komentarz egzegetyczny jest jednak taki, że oba tłumaczenia szwankują. Gdyby włodarz był w prawie moralnym zrobić to, co zrobił, Jezus nie nazwałby go nieuczciwym. Gdyby nie był w porządku i chodziłoby Jezusowi tylko o roztropność „jako taką”, po co dalsze morały? Wszystkie zdania zaczynające się od słów „Kto w drobnej rzeczy...” kwestionują przecież postawę moralną bohatera tej przypowieści. Przypomniałem sobie jednak coś, co mi powiedział mój mistrz biblistyczny ks. Michał Czajkowski: ewangelie były redagowane czasem bez szczególnej dokładności. Nieraz dopisywano nowe wersety bez dostatecznego namysłu, czy pasują dokładnie do kontekstu (tu owe zdania mają może służyć zaakcentowaniu, że włodarz był roztropny w złej sprawie, ale zostało to zrobione niezgrabnie). Nie miejmy do Ducha Świętego pretensji, że nie najął się za drobiazgowego adiustatora każdego biblijnego tekstu...

08:54, jan.turnau
Link Komentarze (50) »
sobota, 18 września 2010
Stary mądry nie zawsze

Księga Mądrości 4,8-9
„Starość jest czcigodna nie przez długowieczność i liczbą lat jej się nie mierzy: sędziwością u ludzi jest mądrość, a miarą mądrości życie nieskalane”.

Czytamy dzisiaj o starości, ponieważ wspominamy liturgicznie świętego Stanisława Kostkę. Owszem, umarł młodo, nie staro, i nie jest patronem starców, jeno młodzieńców. Niemniej już w tych dwóch wersach, nie mówiąc o sąsiednich, nie starość, ale młodość wychwala biblijny autor.

Broni tę drugą przed zrównaniem tylko tej pierwszej z mądrością. Jest przecież w naszej tradycji kult siwych włosów: senator to przecież etymologicznie „sędziwiec”, a u polskich luteranów biskupi diecezjalni - inaczej niż ogólnokrajowy - zwali się jakiś czas seniorami. Niemniej można na starość zgłupieć albo też właśnie nabrać mądrości już w wieku liczbowo niedojrzałym. Mądrość taka to czasem świętość (Staś Kostka, „mała” święta Tereska), innym razem geniusz artystyczny (Chopin, Słowacki).

Czy na starość zmądrzałem? Będę uprawnionym sędzią we własnej sprawie, gdy napiszę, iż dziś nie mieści mi się w głowie moc wielka głupstw, które czyniłem przed pół wiekiem. W porównaniu zatem z Jasiem Turnauem wyżej podpisany ma prawo zwać się mądrym. Choć pewnie głównie w tej relacji.

Bo też mądrzeję i głupieję równocześnie. Nie umiem oprzeć się grzechowi zazdrości, że koleżanki i koledzy tyle młodsi ode mnie (mogliby być moimi wnukami) przerastają mnie swymi sukcesami zawodowymi. Taka idiotyczna starcza depresja.

14:16, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
piątek, 17 września 2010
Ewangelijny dzień kobiet

Ewangelia Łukasza 8,1-3
”1. A potem stało się, że obchodził kolejno miasta i wsie, ogłaszając i zwiastując Dobrą Nowinę Królestwa Boga, On i Dwunastu z Nim
2. oraz pewne kobiety, które były przez Niego uwolnione od złych duchów i niemocy: Maria, zwana Magdaleną, z której wyszło siedem demonów,
3. i Joanna, żona Chuzy, zarządcy Herodowego, i wiele innych, które służyły im swymi majętnościami.”

Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Tekst ten powinien być bardzo ważny dla ruchu feministycznego, oczywiście też dany do pozytywnej wiadomości drugiej połowie ludzkości (rym niezamierzony, choć sprawa warta poezji...). Oto Jezus miał poniekąd dwa sztaby. Oprócz owego męskiego były też „niewiasty”. Nie odzywały się publicznie, były jeszcze inne czasy i miejsca niż potem w gminach Pawłowych, gdzie działały diakonise i prorokinie - ale przydawały się materialnie (Joanna bogata z mężowskiego domu), a może i duchowo: nikt tak nie ociepli klimatu psychicznego, jak kobieta. Co do owych Dwunastu, to może niektórzy kręcili nosem „na te baby, co wszędzie wejdą”, ale Jezus traktował je zapewne jako partnerki mądrej rozmowy, jak to było choćby z Samarytanką przy studni.

Na koniec warto wiedzieć, że nie tylko Jan, także Joanna ma swoje miejsce w Biblii. Co mnie cieszy ze względu na córkę tego imienia. Czterej jej synowie - Szymon, Michał, Marek, Daniel - to też w tym sensie ludzie Księgi...

16:48, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
czwartek, 16 września 2010
Rehabilitacja „latawicy"

Ewangelia Łukasza 7,36-50

Jedna z najbardziej znanych, malowniczych kart Ewangelii: opowieść o grzesznej kobiecie, która na uczcie u faryzeusza Szymona uczciła Jezusa pokornym uwielbieniem. Kupiła flakonik (a może i dzban, jak ma nasz Ekumeniczny Przekład Przyjaciół) pachnącego olejku, ale najpierw umyła Mu nogi własnymi łzami i wytarła własnymi włosami; dopiero potem namaściła Mu stopy owym pachnidłem. Faryzeusz zgorszył się, pomyślał wręcz, że Jezus nie jest prorokiem, bo gdyby nim był, wiedziałby, co to za kobieta. A On wypomniał mu, że przecież sam powinien podobnie powitać gościa, oraz wytknął miłość bliźniego dużo mniejszą niż owej grzesznicy.

Jak tu nieraz pisałem, owej niewiasty nie należy utożsamiać z Marią Magdaleną ani Marią z Betanii: żadnej z nich nie nazywają ewangelie grzesznicą. W przypisie do Biblii Poznańskiej wyczytałem natomiast coś dla mnie nowego: że w oryginale greckim mamy tutaj termin „hamartole", który nie musiał oznaczać koniecznie kobiety lekkich obyczajów, mogła być to też osoba nieprzejmująca się przepisami religijnymi. Myślę, że jednak grzeszyła „rozwiązłością": tacy ludzie szczególnie podpadają tym, którzy etykę seksualną uważają za najważniejszą i wymagają jej głównie od kobiet. A przecież lekceważenie rygorów w tej dziedzinie idzie nieraz w parze z bardzo dobrym sercem, czego przykładów wiele w życiu i w wielkiej literaturze. Z ewangeliami na czele.

PS: sprawa krzyża smoleńskiego (raczej PiS-owskiego) jakby zakończona: jeżeli nie stanie tam ileś nowych. Krzyż był w on czas znakiem hańby, któż wtedy przewidywał, jak znak ten będzie hańbiony przez wieki i to przez ludzi mieniących się chrześcijanami.

15:28, jan.turnau
Link Komentarze (60) »
środa, 15 września 2010
Boleść wszystkich matek świata

Ewangelia Jana 19,25
„Obok krzyża Jezusa stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena”.

„Stabat Mater Dolorosa”... Można by powiedzieć teologicznie: osoba Marii z Nazaretu stojącej pod krzyżem symbolizuje tragedię wszystkich matek, których synowie zostali zamęczeni walcząc w dobrych sprawach. A pomyślałem to sobie, ponieważ dzisiaj, po wczorajszym święcie Podniesienia Krzyża, mamy dzień Maryi Panny Bolesnej. Jej udział w dziele zbawczym dyskutują teologowie katoliccy i prawosławni - nawet i kontrowersyjną formułę „Współodkupicielka” - ale szczególna boleść Matki Odkupiciela jest chyba oczywista.

13:19, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
wtorek, 14 września 2010
Żeby krzyż Krzyż znaczył

„Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony".
A został zbawiony przez Krzyż. Przez najbardziej radykalne niezastosowanie przemocy. On, który nawet umarłych wskrzeszał, miał moc czynienia cudów olbrzymią, nie użył jej jednak, żeby obronić własne życie przed elitą żydowską i okupantem rzymskim. Dał nam przykład Jezus Chrystus, jak zwyciężać mamy...
Dziś katolickie (ale prawosławne też, tam, gdzie stosowany jest kalendarz gregoriański) święto Podwyższenia Krzyża. Zostało ustanowione na pamiątkę odnalezienia relikwii Krzyża przez cesarzową św. Helenę (326 r.). Wybudowano potem w Jerozolimie na Kalwarii bazyliki Krzyża i Zmartwychwstawania, obie połączone podwórzem. Ich poświęcenie dzisiaj wspominamy liturgicznie.
Krzyż jest najważniejszym i najświętszym znakiem chrześcijaństwa. Jest to wręcz „logo" tej religii. Trzeba jednak wmyślić się w to, co to właściwie jest znak. Trudno zaprzeczyć, że jest to ludzki gest albo rysunek niejednoznaczny. Na habitach Krzyżaków znaczył coś zgoła przeciwnego niż na przykład znak PCK. Pewnie znaczył co innego dla tych zakonników niż dla tych, których oni zabijali, może owi zakonnicy naprawdę myśleli, że można i trzeba nawracać siłą, ale o to chodzi, że owi zabijani myśleli coś zupełnie innego.
Chodzi mianowicie o to, by nie używać krzyża jako zaklęcia. On nie działa automatycznie, nie dla każdego jest tym samym. Przyjmijmy wreszcie do wiadomości, że dla nas, chrześcijan, jest znakiem miłości najgłębiej heroicznej, ale dla Żydów, muzułmanów oraz wielu ludzi zlaicyzowanych jest na ogół naszym „logo", symbolem naszej religii, z którą nie każdy ma dobre skojarzenia. Na niektórych działa niemal jak czerwona płachta na byka. Można to uważać za przewrażliwienie, wariactwo, uczucia w ogóle niemądre, ale jest to wszystko jest faktem, z którego trzeba wyciągnąć wniosek. Taki mianowicie, żeby nie pchać się z tym znakiem, gdzie się da, żeby pomyśleć o skutkach takich działań. Albowiem ten znak, tak jak każdy inny, nie jest talizmanem, który bezbłędnie zmienia rzeczywistość. Nieraz działa wręcz jak bumerang. Zamiast zbliżać do Chrystusa i Jego Kościoła, oddala. A już szczególnie oddala, gdy jest faktycznie „logo" jednej partii politycznej, a posługujący się nim udają, że oznacza największą świętość.

21:09, jan.turnau
Link Komentarze (57) »
poniedziałek, 13 września 2010
Poszukiwacze, ja jeden z nich - cz. 2

dokończenie:
John Henry Newman narodził się na samym początku XIX wieku (1801) i umarł blisko jego końca. Pasuje do tego stulecia jak ulał jako chrześcijanin angielski i chrześcijanin w ogóle. Żył w czasach pełnego rozkwitu podziałów w Kościele swego kraju.

Anglikanizm jest wyznaniem szczególnie podzielonym. Zaczęło się od tego, że król Henryk VIII, który w XVI wieku zbuntował się przeciw papieżowi, był przedtem niezłym teologiem katolickim, polemizował dzielnie z Lutrem. Efekt jego niestałości, także, jak wiadomo, małżeńskiej (ożenków sześć, dwa żonobójstwa), okazał się jednak taki, że anglikanizm jest tworem pośrednim między katolicyzmem a protestantyzmem.

Wygląda to w ten sposób, że w Kościele Anglii (oficjalna nazwa tej wspólnoty) są przynajmniej trzy nurty. Bliższy katolicyzmowi jest High Church (Kościół Wysoki), protestantyzmowi - Low Church (Kościół Niski). Na domiar złożoności jest w ojczyźnie Newmana jeszcze jeden prąd myślowy, ukształtowany na początku XIX wieku jako Broad Church ( Kościół Szeroki), otwierający się również na laicyzujący racjonalizm oświeceniowy. Wszystkie te kierunki mieszczą się jakoś w ramach jednej struktury, jednej władzy kościelnej. A jest ona ściśle podporządkowana władzy państwowej. Owszem, są prymasi, nawet dwóch („całej Anglii” - w Canterbury i Anglii w Yorku), ale „najwyższym rządcą Kościoła”, mianującym hierarchię kościelną, jest każdorazowy monarcha. Na domiar upaństwowienia Kościoła król mianuje biskupów na wniosek każdorazowego premiera.

Trudno się dziwić, że Newman and Company mieli dosyć Kościoła tak absurdalnie państwowego. Państwo było z kolei tak absurdalnie wyznaniowe, że pewna panna - ku oburzeniu Newmana - chciała dostać ślub kościelny nie będąc ochrzczoną: uważała się za chrześcijankę po prostu będąc Angielką. Duchowni anglikańscy byli dobrze opłacanymi urzędnikami.

Mimo podobieństw do katolicyzmu, widocznych w całym Kościele Anglii (centralizacja większa niż u protestantów, tradycyjnie kolorowe stroje duchownych itp.) już w XVII wieku zaistniała tam tendencja zwana anglokatolicyzmem. Streszczę ją najkrócej słowami: katolicyzm bez papieża Antychrysta. W czasach Newmana powstało wcielenie tego kierunku zwane od miejsca swego powstania Ruchem Oksfordzkim, albo też traktariańskim (od traktatów teologicznych, które tworzyli tamtejsi teologowie).

15-letni John Henry, który przepisywał wiersze Woltera przeczące nieśmiertelności duszy, porzuca niewiarę dla głębokiej religijności. Józef Majewski napisał w najnowszym „Tygodniku Powszechnym”, że Newman uznał wtedy fundamentalne znaczenie dogmatów wiary. Napisał potem, że jego umysł przyjął „piętna dogmatu, którego dzięki miłosierdziu Bożemu nigdy potem nie zatarły się ani nie zaćmiły”. Wtedy też zamarzyło mu się życie w celibacie.

Nawrócenie to było jednak w duchu raczej ewangelickim. Później z kolei wchodzi w środowisko o tendencji zgoła innej: „liberalnej”. Jest to przecież już stulecie mocnych prób dialogu chrześcijaństwa z myślą oświeconą. Uczy się pewnego myślowego umiarkowania i otwartości, którego nigdy nie porzucił, choć z laicyzującą tendencją liberalną, której jednym z przejawów był teologiczny modernizm, będzie potem walczył zdecydowanie.

Ujawnia bardzo szybko ogromne zdolności intelektualne i kaznodziejskie. Zostaje anglikańskim księdzem, awansuje (choć nie aż do biskupstwa). Organizuje z przyjaciółmi Ruch Oksfordzki. W owym ruchu jednak przekracza anglikańską miarę: 39 Artykułów Wiary, doktrynalny fundament tego Kościoła, interpretuje w duchu kontrreformacyjnego Soboru Trydenckiego. Zalewa go fala krytyki wszystkich jego ówczesnych biskupów. Zresztą nie tylko pisze: zakłada Oratorium, wspólnotę podobną do katolickiego zakonu oratorianów (filipinów), do którego też potem wstępuje zostawszy katolikiem. Jego teksty są cenzurowane, stopniowo rezygnuje z kolejnych urzędów anglikańskich, aby wreszcie 9 października 1845 roku (będzie to od jutra jego dzień w kalendarzu katolickim) zmienić przynależność kościelną. Nie czyni tego pochopnie, ruch konwertycki nie od niego zaczął się w anglikanizmie, w swoim oratorium był wśród konwertytów ostatni. Bał się, czy nie oszukuje samego siebie. Był w całym tego słowa znaczeniu człowiekiem sumienia.

Przedmiotem jego szczególnego zainteresowania naukowego stała się wcześnie starożytna tradycja chrześcijańska. Porównuje ją z teologiczną teraźniejszością, dochodząc do wniosków bardzo nowatorskich. W swoim pierwszym fundamentalnym dziele „O rozwoju doktryny chrześcijańskiej” stawia tezę, że doktryna ta ewoluuje nie tracąc swojej ortodoksji. Broni w ten sposób np. katolickiego (i prawosławnego) kultu maryjnego, odrzucanego przez protestantów, oraz władzy papieża, ale jednocześnie rewolucjonizuje całą teologię Odróżnia niezmienne zasady od zmiennych doktryn. Jest w tym dzieckiem swojej epoki oraz swego kraju, w którym rewolucjonizuje myśl przyrodniczą inny duchowny anglikański Karol Darwin. Najwybitniejszy chyba polski znawca myśli Newmana, profesor Witold Ostrowski, napisał o tym jego dziele: „Mocny, zdrowy powiew swobody płynący z kart tej książki natchnął teologów końca XIX i początku XX wieku, uderzył w lęk przed zmianą, przed inicjatywą, eksperymentem, swobodą badania i działania”.

A sam Newman stwierdził w innej publikacji: „Tak się dzieje zwłaszcza z wielkimi ideami. Można je tłumić albo odmawiać im racji bytu (...), ale można też zostawić im swobodę rozwoju i zasięgu, a zamiast uprzedzać ich wykroczenia poprzestać na piętnowaniu i opanowaniu wykroczeń po fakcie ich wystąpienia. Tylko ta alternatywa istnieje i jeśli chodzi o mnie, to tam, gdzie jest to możliwe wolę (...) udzielić myśli pełnej swobody, a kiedy zbłądzi, żądać od niej wyjaśnień”.

Dzieło o rozwoju doktryny napisane zostało jeszcze w anglikańskiej połowie życia Newmana, ale opublikował je już za tą granicą. Nic dziwnego, że z takimi poglądami przyjęto go w nowej rodzinie wyznaniowej zgoła bez entuzjazmu. Kojarzył się z agresywnie antypapieskim anglikanizmem, choć odwołał swe dawne poglądy, ale również z krytycznym wobec dogmatów chrześcijańskich modernizmem, bo też i owi radykalni krytycy lubili się nań powoływać. A był to już pontyfikat Piusa IX, autora sławnego „Syllabusa”, który po zamordowaniu mu premiera przez włoskich rewolucjonistów uznał wszelki postęp za obrzydliwość. Newman nie mógł się dogadać nie tylko z ubogim umysłowo katolicyzmem angielskim. Tu jego głównym, przeciwnikiem a zwierzchnikiem był gorliwy neofita Henry Edward Manning, który też przeszedł z anglikanizmu, szybciej jednak awansował w nowej instytucji. Przyjęty do niej pięć lat po Newmanie, czekał na kapelusz kardynalski cztery lata krócej. Newmana rozczarował także ówczesny Watykan, w oczach subtelnego intelektualisty dziwnie mało ciekawy. Zajęty głownie polityką, obroną Państwa Kościelnego, która Newmanowi wydawał się błędna, a i dogmat o nieomylności papieża wątpliwy, w każdym razie wątpliwa potrzeba jego ogłoszenia właśnie teraz (Sobór Watykański I, 1870 r.) Przyjął go posłusznie, ale pewnemu jego przeciwnikowi wyjaśnił słowami skrzydlatymi, że gdyby miał wznieść toast za religię, wzniósłby go najpierw za sumienie, potem za papieża.

Nie pasował do poglądów watykańskich także swoim równie sławnym jak „Rozwój” dziełem „Logika wiary”. Bronił jej słuszności bez dowodzenia, że istnieje oczywistość: raczej, że suma prawdopodobieństw. Koncepcja daleka od uproszczonego tomizmu, który wtedy królował w Rzymie.

Powoli zaczęto go doceniać. Już za Piusa IX otrzymał w Rzymie doktorat honorowy. Leon XIII mianował go wreszcie kardynałem, a skądinąd szaleńczo antymodernistyczny Pius X bronił go już już po jego śmierci przed zarzutem tej herezji. Zwycięstwo na miarę zasług przyniósł mu jednak dopiero Sobór Watykański II, uznawany za jego myślowe dzieło. Uprawomocnił jego walkę o awans katolików świeckich, o uczelnie katolickie na poziomie, o wychodzenie z wyznaniowego getta, o rzeczywiste czerpanie z Biblii. Gdy papież Paweł VI beatyfikował ojca Dominika Barberego, który przyjął Newmana do Kościoła Katolickiego, obu uznał za „święte postacie”. Cenią go pospołu Jan Paweł II i ks. Hans Küng...

Papież ogłosi go błogosławionym, czyli stwierdzi jego niezwykłą wartość moralną. Na czym miałaby ona polegać? Na tym, że zdecydował się zostać katolikiem? Takie twierdzenie byłoby niemądrą złośliwością. Na beatyfikację Manninga się przecież nie zanosi, choć wykazywał większe zdyscyplinowanie myślowe. Mimo swoich ogromnych talentów i sławy Newman wyróżniał się skromnością i życzliwością dla innych ludzi. Jego przyjaciel Richard William Church, który w przeciwieństwie do niego nie opuścił anglikanizmu, napisał o nim tak: „Zaiste, nikt nigdy nie zerwał tak całkowicie z jakimś Kościołem, nie pozostawiając za sobą tak wielu uczuć życzliwych i tak wiele ich za sobą wynosząc, nikt nie potrafił zachować takiej życzliwości i zdobyć się na tak wielkoduszną bezstronność wobec tych, od których jego odmienne teraz stanowisko oddzieliło go na tym świecie na zawsze”. Drugie mocne świadectwo dał o nim Stanisław Brzozowski. Ów pisarz polski tak krytyczny wobec naszej religijności katolickiej był o Newmanie, konwertycie przecież na katolicyzm, najlepszego zdania. Dokonał wyboru jego pism. przełożył sam te teksty i napisał przedmowę, w której stwierdził, że konwersja na katolicyzm nie przepołowiła jego życia: „Jeżeli prawdą myśli jest ich zdolność do tworzenia wiernego im i zgodnego z nimi życia, Newman mógłby powołać się, że jego myśli wytrzymały miarę, nie załamując się i nie opuszczając w chwilach krytycznych wiary i woli. Biograf jego angielski R.H. Hutton ma słuszność, gdy widzi w tym życiu jedną z największych chwał swego narodu”.

Dogadza dzisiaj tak Tomaszowi Terlikowskiemu, jak i mnie. Terlikowski napisał przedmowę do nowego wydania jeszcze jednego wielkiego działa Newmana „Apologia pro vita sua” (Fronda 2009), gdzie za główny powód do chwały jej autora uważa porzucenie anglikanizmu, ja czuję się również dobrze w Kościele katolickim i nie myślę go zmieniać, ale mam o nim zdanie podobnie krytyczne jak kiedyś Newman. Co więcej, nie wiem, czy dziś nie wytrwałbym jednak we wspólnocie macierzystej. Lepsze niż indywidualne zmiany Kościoła są chyba dziś lepsze wysiłki, by swój dotychczasowy reformować. Wiele tu zresztą zależy od konkretnej sytuacji danej osoby. Jedne z założycieli wspólnoty ekumenicznej w Taizé ewangelik reformowany Max Thurian przeszedł na katolicyzm, podobno bliski był tego też jej przeor brat Roger, ale odradził mu to ... Jan Paweł II.

W dziełku mariologicznym „Odnajdywanie Matki”, napisanym w formie listu do teologa anglikańskiego Edwarda Puseya, Newman pisał o „zazdrosnych, dumnych, kwaśnych, zaciekłych antagonizmach po naszej stronie i podchwytliwych, złośliwych i przesądnych wyrafinowaniach rozumowań po waszej stronie”. Takie obustronne obwinianie nie straciło na ekumenicznej aktualności.

Zakończę bardzo osobiście.

Janie Henryku Newmanie, jesteś mi bliski, bom ja też Jan Henryk. Wprawdzie nie zmieniłem Kościoła, ale jestem w tym, który Ty wybrałeś. Jesteś mi jednak bliski przede wszystkim w swoich religijnych poszukiwaniach, choć kudy mi do Twych wielkich dzieł i choć niejedna Twoja pewność dziś się nie ostoi. A że sam pisałeś wiersze, zakończę parafrazą wersów Słowackiego:
Jest teologa przenajświętszą chwałą,
że w posąg mieni Boga dociekanie.
Twe dzieło wieki tu będzie błyszczało,
światła mu stanie
.

15:36, jan.turnau
Link Komentarze (34) »
Poszukiwacze, ja jeden z nich - cz. 1

Psalm 40,17
„Niech się radują i weselą w Tobie wszyscy, którzy cię szukają".

Czy ja szukam Boga? Tak się jakoś złożyło, że moje poszukiwania religijne, wątpliwości, rozterki dotyczą nie tyle samej podstawy mego poglądu na świat, czyli Jego istnienia, ile kościelnej doktryny.

Owszem, trudno mi sobie wyobrazić życie po życiu, ale mówię innym, zatem i sobie, że jest ono nie do wyobrażenia. Będzie Tam „totaliter aliter", jak powiedział jakiemuś niegdysiejszemu mnichowi jego zmarły konfrater: całkiem inaczej. albowiem w ogóle Boga nie można pojąć. Jest On dla nas absolutnie niepojmowalny ze swej istoty. Istnieje w sposób tak zasadniczo różny od naszego bytowania, że jakby teizm nie jest prostym zaprzeczeniem ateizmu. Można takie poglądy wyczytać na przykład u Tomasza Halika, gdzie on z kolei cytuje innych współczesnych myślicieli chrześcijańskich. A i jego wielki imiennik średniowieczny nie był bynajmniej takim religijnym jasnowidzem, jakim byli przed nim i po nim różni teologowie i filozofowie zwani chrześcijańskimi. „Teologia negatywna" - o Bogu o wiele więcej wiemy niż nie wiemy.

Muszę jeszcze tu wyznać, nie pierwszy raz, że mistyk ze mnie żaden: Bóg jawi mi się głównie jako moje sumienie, samosąd etyczny. Staram się go kontrolować kodeksem katolickim, ale pozostawiam sobie pewną swobodę. Tak jak zresztą w ogóle wierzę po swojemu. Za Newmanem, którego papież beatyfikuje za tydzień, rozróżniam niezmienne zasady i zmienne doktryny. Elementy wiary chrześcijańskiej to nie aksjomaty matematyczne, dogmaty są ujęciami rzeczywistości z istoty swej intelektualnie ułomnymi. Przecież dotyczą rzeczywistości Bożej, a więc właśnie poznawalnej całkiem inaczej niż rzeczywistość ludzka. Myśląc o wszystkich tych sprawach od przeszło pół wieku uprawiam coś, co nazwałem „apologetyką negatywną". Obronę katolicyzmu przez pokazywanie, czym on nie jest. Na pewno nie jest „rydzykizmem", ale też nie akceptuję na przykład katolickiego odrzucenia antykoncepcji, w czym zresztą mam sojuszników pośród wielkich teologów dzisiejszych, biskupów a i niejednego kardynała.

Co do aborcji: nie powinienem się chyba w ogóle wypowiadać, bom nie „niewiasta", a to ta płeć przecież ponosi największe koszta fizyczne i psychiczne posiadania potomstwa. Kiedyś jeszcze kobiety rodziły, ale mężczyźni wojowali, dzisiaj nawet koszta walki o pieniądze rozkładają się w naszej cywilizacji coraz równomierniej na panów i panie. Żeby jednak nikt nie myślał, że wymiguję się od oceny moralnej w tej tak dyskutowanej sprawie, stwierdzam, że co innego prawo państwowe, co innego moralność. W prawie cywilnym (polecam wywiad z Andrzejem Wielowieyskim w „Arce Noego" z poprzedniej soboty) powinny być obowiązkowe jedynie konsultacje, w etyce katolickiej natomiast trzeba akcentować ogromną wartość życia ludzkiego od poczęcia. Czy zatem „in vitro" jest niemoralne? Nie chodzi mi o „sztuczność" tych starań, bo żyjemy w epoce sztuczności niemal totalnej: czy jednak embrion ludzki nie powinien być chroniony tak jak płód i dziecko urodzone? Przecież jest w nim już zakodowany przyszły człowiek. Czy to, że sama „natura" dopuszcza do dalszego rozwoju tylko nieliczne zarodki, zmienia istotę sprawy? Przecież i płody są często ronione. Myślę nad tym, bo w ogóle szukam. A nie potępiam nikogo, przede wszystkim nie matkę, której ciąża grozi śmiercią.

A homoseksualizm? Napisałem niedawno, że skazywanie na celibat niektórych ludzi wydaje mi się nieludzkie. A eutanazja? I tu sprawa nie jest dla mnie całkiem jasna. Dobijanie umierających w męczarniach na polu bitwy było kiedyś dozwolone, były nawet specjalne mieczyki do tego celu (a dobicie Kozaka wbitego na pal z rozkazu księcia Wiśniowieckiego w „Ogniem i mieczem" Sienkiewicz uważał chyba za piękny czyn). Zarazem na przykładzie niejednego ciężko chorego widać, że każdy chce żyć, i zamiast odbierać mu życie trzeba pokazywać, że jest jeszcze wśród nas potrzebny.

Rozwody? Też o tym już tu pisałem: że stwierdzanie nieważności małżeństwa widzi mi się wręcz jakimś wykrętem, że wolę jednak rozwody u prawosławnych, gdzie dopuszcza się uznanie nowego małżeństwa, ale jako fakt smutny, o weselu nie ma mowy.

Dogmaty? Trzeba je właściwie rozumieć. Trójca Święta to nie sprzeczność arytmetyczna 3 =1, ale etyczna: niewyobrażalna jedność trzech osób, wspólnota absolutna.

Pisałem o tym prawie wszystkim. Teraz tylko dołączam artykuł o Newmanie, wielkim poszukiwaczu Boga, który napisałem do „Arki" najbliższej.

Wielu uważa go za największego myśliciela chrześcijańskiego od czasów Augustyna i Tomasza z Akwinu. Uchodzi za jednego z najwybitniejszych pisarzy angielskich. Za życia krytykowany z różnych stron, był jednak przez tych samych ludzi bardzo podziwiany.

Kiedyś się taki narodził, co wszystkim niedogodził i dogodził równocześnie.
(dokończenie w cz. 2)

15:36, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
niedziela, 12 września 2010
Nie jesteś całkiem marnotrawny

Ewangelia Łukasza 15,1-32

Dziś przydział ewangelijny duży nie tylko ilością wersów, jakość również wielka, ewangeliczna nad wyraz: zgubiona owca, drachma, syn marnotrawny. Wpisuję fragmencik książki Henriego J.M. Nouwena „Wieczorem w domu”, komentującej trzecią z tych przypowieści (Znak 2010). Oto on.

„Cała przypowieść dotyczy wędrówki aroganckiego, zagubionego i wyzwolonego młodzieńca, odnajdującego drogę do dojrzałej dorosłości. On sądzi, że zna drogę do nieograniczonej przyjemności, lecz boleśnie się gubi. Opowieść kończy się tym, że młodzieniec niepewnie odnajduje swoją prawdziwą przynależność i smakuje prawdę o tym, kim naprawdę jest - ukochanym dzieckiem.

Kiedy zmagam się ze swoimi słabościami, wcale nie czuję się jak ukochane dziecko Boże. Wiem jednak, że taka jest moja pierwotna tożsamość, i wiem, że muszę ją wybrać, mimo wątpliwości i wbrew nim.

Silne emocje, samoodrzucenie, a nawet nienawiść do siebie słusznie szarpią tobą na różne strony, lecz ty możesz w sposób wolny odpowiedzieć tak, jak chcesz. Nie jesteś tym, co myślą o tobie inni, a nawet ty sam. Nie jesteś tym, co robisz. Nie jesteś tym, co masz. Jesteś pełnoprawnym członkiem rodziny ludzkiej, zostałeś poznany, zanim byłeś poczęły i ukształtowany w łonie matki. Kiedy myślisz o sobie źle, postaraj się pozostać wierny prawdzie o tym, kim jesteś. Patrz codziennie w lustro i uznawaj swoją prawdziwą tożsamość. Działaj ponad uczuciami i ufaj, że pewnego dnia twoje uczucia dopasują się do twoich przekonań. Wybierz tę niezwykłą prawdę teraz i nie przestawaj jej wybierać zawsze. Jako ćwiczenie duchowe uznaj swoją pierwotną tożsamość ukochanego dziecka osobowego Stwórcy i postaraj się jej nie tracić”.

13:01, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
sobota, 11 września 2010
Gdy przyjdzie powódź...

Ewangelia Łukasza 6,47-48


„Każdy, który przychodzi do mnie i słucha słów moich i wykonuje je, pokażę wam, do kogo jest podobny. Podobny jest do człowieka dom budującego, który kopał i wykopał głęboko, i założył podstawę na opoce; a gdy przyszła powódź, uderzyła rzeka o dom ów i nie mogła go poruszyć, bo był założony na opoce”.
Piękny, lekko archaizujący przekład Nowego Testamentu i Psalmów, wydany „staraniem Zjednoczonego Kościoła Ewangelicznego” w r. 1967. Kościoła jednoczącego „za komuny” pięć Kościołów „wolnych”, między innymi wspólnotę zielonoświątkowców, których pastorem jest mój przyjaciel i mistrz ksiądz Mieczysław Kwiecień, współtwórca Ekumenicznego Przekładu Przyjaciół.
No właśnie, powódź. Przychodzi niespodziewanie, jak złodziej. Także ta duchowa. Trzeba starać się o kondycję moralną, żeby nie dać się obalić, gdy uderzy potężnie.

10:12, jan.turnau
Link Komentarze (58) »
piątek, 10 września 2010
Biada mi, szafarzowi

1 List do Koryntian 9,16-17


„Nie jest dla mnie powodem do chluby to, że głoszę Ewangelię. Świadom jestem ciążącego na mnie obowiązku. Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii. Gdybym to czynił z własnej woli, miałbym zapłatę, lecz jeśli działam nie z własnej woli, to tylko spełniam obowiązki szafarza”.
Słowo „szafarz” wyszło dziś z codziennego użytku, kojarzy się głównie z szafą. Pochodzi z języka niemieckiego, gdzie „schaffen” znaczy „pracować”, „krzątać się”. W języku kościelnym słowo jednak zostało, mówi się np. „szafarz Eucharystii”.

Ja też jestem szafarzem Ewangelii. Przede wszystkim dlatego, że jest nim każdy chrześcijanin. Każdy ma obowiązek głosić ją „wszem i wobec”, „w porę i nie w porę”. Ale mam szczególne powody, by czuć się w takim obowiązku. Nie po to kończyłem teologię, by mówić i pisać na przykład o PiS-ie, podniecać się tym, kogo Kaczyński zawiesił albo i nie zawiesił. No i mam dużo możliwości publicznego pisania: Bóg dał, że jeszcze pracuję w „Gazecie Wyborczej”, mogę tam ogłaszać swoje myśli nie tylko w „Arce Noego”, także na innych „kolumnach” tego poczytnego dziennika. Mam stały felieton w „Metrze”, także w dwumiesięczniku „Bunt Młodych Duchem ”; moja „Więź” też mi czasem coś wydrukuje, „Przegląd Powszechny” sympatycznie jezuicki - również. „Last not least” - mam ten oto blog, wielkie moje szczęście. Wszystko to nie przechwałki, to wyliczanka dowodów Łaski i wynikających z niej obowiązków.
Abym tylko umiał to robić nie nudząc i chciał to robić nie bojąc się nikogo z prawa ani z lewa.
Abym to robił nie tylko wykładem, także przykładem. Własnego życia: w domu, na ulicy, w owych środowiskach rozmaitych...

17:23, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
czwartek, 09 września 2010
Polilog, czyli Ewangelia

Ewangelia Łukasza 6,27-38


„Powiadam wam, którzy słuchacie: miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, któ-rzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. Jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty. Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie. Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesz-nikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać. Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane: miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrze wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie".
Przykazania radykalne Ewangelii. Sporo ich tu, więcej niż dziesięć. I końcówka bardzo ważna: wzajemność. Nie zawsze nasza życzliwość natrafia na „wicewersę”, niemniej nieżyczliwość często skutkuje czymś podobnym, czyli miara jest ta sama. A w ogóle to osąd ludzki bardzo często przypomina Boży. Przechodzimy do historii na ogół tacy, jacy byliśmy dla tych, którzy nas wspominać będą. Kult postsowiecki Stalina ma nie najdłuższe nogi, chyba tu nie grzeszę nadzieją niemądrą.

07:00, jan.turnau
Link Komentarze (60) »
środa, 08 września 2010
Bóg jest naszym sojusznikiem

Ewangelia Mateusza 1,1-16.18-23


Dziś święto Maryjne drugiej klasy, nie tak ważne, jak Wniebowzięcie i Niepokalane Poczęcie: urodziny Marii z Nazaretu. Można się dziwić, że fakt bezsporny, jakim było urodzenie, wspomina się mniej uroczyście niż fakty „dogmatyczne”, jak Niepokalane Poczęcie (prapoczątek jej istnienia jest oczywisty, ale jej zupełna bezgrzeszność kwestią wiary) czy tym bardziej przejście do Nieba z duszą i ciałem zaraz po śmierci. Tak już jest jednak ze świętami: 25 marca świętujemy prapoczątek życia Jezusa nieporównanie ciszej niż Jego narodzenie dziewięć miesięcy później, choć przecież Kościoły, w szczególności rzymskokatolicki, walczą o szacunek dla życia ludzkiego od jego początku.
Szczegóły dotyczące urodzenia Maryi podają tylko apokryfy, teksty uważane za znacznie mniej autorytatywne niż ewangelie. Słusznie: wystarczy poczytać te pierwsze, roi się w nich od cudownych wydarzeń. Zatem według Protoewangelii Jakuba Maryja urodziła się w sposób swoiście cudowny: jej rodzice czekali na potomka bardzo długo i boleśnie, wyproszona modlitwami córka urodziła się już w siódmym miesiącu, a przedwczesne urodzenie było znakiem świętości, wreszcie z tekstu apokryfu można by wnioskować nawet, że poczęcie jej przez Annę było dziewicze.
Z braku „odnośnych” danych ewangelijnych watykański decydent przeznaczył nam dziś do czytania Mateuszowy rodowód Jezusa, gdzie Jego matka jest wspomniana, oraz opowieść o rozterce Józefa, gdy się dowiedział, że Maryja jest w ciąży nie z jego powodu. Perykopa kończy się cytatem z Księgi Izajasza: „Oto dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel”, z wyjaśnieniem, że owo imię znaczy „Bóg z nami”.
Pisałem już nieraz, że wyraz „dziewica” sprawia tutaj pewien problem, bo tekst hebrajski dopuszcza również rozumienie tamtejszego terminu jako „młoda kobieta”, niemniej przedchrześcijańskie żydowskie tłumaczenie Biblii na język grecki Septuaginta ma już wyraźnie dziewicę. Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest bezsporne znaczenie słowa „Emmanuel”: tak, Bóg jest z nami. Jest raczej naszym sojusznikiem niż sędzią. Jego roli jako sędziego nie można kwestionować, bo w końcu musimy mieć kogoś, kto zna nas na wylot i jako jedyny może nas sprawiedliwie ocenić, ale stworzył nas On nie po to, żeby trzymać nas zawsze daleko od siebie. Potraktujmy dzień dzisiejszy jako Święto Ufności. Jezu, ufam Tobie.

18:55, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
wtorek, 07 września 2010
Sprawy nie tylko „mężołożników"

1 List do Koryntian 6,1-11


”Czy odważy się ktoś z was, gdy zdarzy się nieporozumienie z drugim, szukać sprawiedliwości u niesprawiedliwych, zamiast u świętych? Czy nie wiecie, że święci będą sędziami tego świata? A jeśli świat będzie przez  was sądzony, to czyż nie jesteście godni wyrokować w tak błahych sprawach? Czyż nie wiecie, że będziemy sądzili także aniołów? O ileż przeto więcej sprawy doczesne. Wy zaś, gdy macie sprawy doczesne do rozstrzygnięcia, sędziami waszymi czynicie ludzi za nic uważanych w Kościele. Mówię to, aby was zawstydzić. Bo czyż nie znajdzie się wśród was ktoś na tyle mądry, by mógł rozstrzygać spory między swymi braćmi? A tymczasem brat oskarża brata, i to przed niewierzącymi. Już samo to jest godne potępienia, że w ogóle zdarzają się wśród was sądowe sprawy. Czemuż nie znosicie raczej niesprawiedliwości? Czemuż nie ponosicie raczej szkody? Tymczasem wy dopuszczacie się niesprawiedliwości i szkody wyrządzacie, i to właśnie braciom. Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się. Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwiąźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego. A takimi byli niektórzy z was. Lecz zostaliście obmyci, uświęceni i usprawiedliwieni w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa i przez Ducha Boga naszego.”
Czytając ten tekst Pawłowy nie trzeba skupiać się wyłącznie na owych „mężczyznach współżyjących ze sobą".
Owszem, jest to problem nie tylko aktualny, nie tylko dziś mocno dyskutowany. Jest bardzo ważny ponadczasowo, byłby taki i bez tej kontrowersji. Chodzi o to, czy ograniczać prawa człowieka przez zmuszanie niektórych ludzi do celibatu? Czy uwierzyć tym, co twierdzą, że nie ma tu żadnego uwarunkowania genetycznego, że trzeba tylko terapii? Czy nie byłoby też usprawiedliwienia dla „mężołożników" (tak niektórzy tłumacze przekładają dosłownie termin grecki - analogicznie do „cudzołożników"), nawet gdyby udowodniono naukowo, że to nie geny, tylko ciężkie przeżycia już po urodzeniu, fatalne doświadczenia w relacjach heteroseksualnych? Bo czyż to nie wszystko jedno: grunt, że człowiek jest, jaki jest, niezależnie od przyczyny? Czy słusznie Paweł brał za rozpustę także postępowanie ludzi równie moralnych jak „heterycy", tylko inaczej ukształtowanych przez Opatrzność? Szczegółowe sądy moralne Biblii nie zawsze są dziś przecież oczywiste. Niektóre, jak utrzymany przez Sobór Jerozolimski zakaz jedzenia mięsa z krwią, poważnie traktują chyba tylko świadkowie Jehowy.
To wszystko jest bardzo ważne, ale ogólne przesłanie perykopy jest inne. Główny problem to wzajemna lojalność, solidarność, która nie pozwala na szukanie pomocy poza własną wspólnotą. Nie chodzi tu o ukrywanie przestępstw własnych braci w Chrystusie przed władzą państwową (której zresztą Paweł wcale nie lekceważył), nie o praktyki w rodzaju tych ujawnianych dzisiaj. Odpowiednikami dzisiejszymi tamtych niegodziwości potępianych przez Pawła była raczej wzajemna nielojalność chrześcijan różnych wyznań żyjących pod butem UB.
A Paweł nazywa ówczesnych chrześcijan „świętymi" na wyrost: jest to w ogóle termin jakby „techniczny": tak nazywano się w gminach nowego Kościoła.
PS. Kwestia, co znaczy owo sądzenie aniołów, jest mocno skomplikowana: przestudiował ją arcybiskup Jeremiasz w swej pracy habilitacyjnej, wrócę do tego kiedyś.

19:07, jan.turnau
Link Komentarze (44) »
 
1 , 2
Archiwum