Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
środa, 30 września 2009
Jeruzalem, Jeruzalem...


Psalm 137,1-6


”Nad rzekami Babilonu siedzieliśmy, płacząc
na wspomnienie Syjonu.
Na topolach tamtej krainy
zawiesiliśmy nasze harfy.
Bo ci, którzy nas uprowadzili,
żądali od nas pieśni;
nasi gnębiciele żądali pieśni radosnej:
- Zaśpiewajcie nam którąś z pieśni syjońskich.
Jakże możemy śpiewać pieśń Pańską
w obcej krainie?
Jeruzalem, jeśli zapomnę o tobie,
niech uschnie moja prawica.
Niech mi język przyschnie do gardła,
jeśli o tobie nie będę pamiętał,
jeśli nie wyniosę Jeruzalem
nad wszelką swą radość.”
Dzieje narodu wybranego powtórzyły się potwornie, gdy hitlerowcy kazali Żydom kiedyś (pewnie nieraz) śpiewać radośnie, gdy szli na śmierć. Niemniej naród nie zapomniał o swojej stolicy, dziś górującej nad wolnym państwem Izraela. Bogu dzięki.

12:56, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
wtorek, 29 września 2009
Kto jest dziś smokiem?

Księga Apokalipsy 12, 7-12a


„Nastąpiła walka w niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale nie przemógł, i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło. I został strącony wielki Smok, Wąż Starodawny, który się zwie diabeł i szatan, zwodzący całą zamieszkałą ziemię, został strącony na ziemię, a z nim strąceni zostali jego aniołowie".
Dziś święto aż trzech archaniołów: Michała, Gabriela i Rafała. Michał archanioł naczelny, więc wybrałem tekst na jego waleczny temat.
Kto jest dziś smokiem diabelskim? Można załatwić sprawę prostym stwierdzeniem, że jak zawsze podła strona ludzkiej natury, grzech pierworodny, czyli nasza wrodzona skłonność do robienia z siebie bożka. Uprasza się jednak o trochę konkretów, zatem notuję, co mi do własnej głowy przyszło.
Otóż wydało mi się, że smok zagraża, gdziekolwiek gada się głośno i w kółko zamiast słuchać. Gadulstwo w ogóle rzecz nieznośna (Papież głównie słuchał!), najgorsze jednak, gdy - czasem w formie mało uprzejmej - udziela się całym społecznościom, instytucjom, organizacjom, partiom, Kościołom...
Gdy Kościoły mówią i mówią wcale nie słuchając... Na szczęście między sobą już dialogują, nawet, gdy spotykają inne religie, nie myślą już, że to pomioty diabelskie Ale wobec świata laickiego wciąż za dużo monologu. Szczególnie ze strony mojego wielkiego Kościoła.  Po laickiej stronie też bywa smoczo. Są tematy smocze szczególnie, z aborcją na czele. W ubiegły piątek w „Metrze" napisało mi się co takiego.
Ludzie naszego wieku mają wiele wspólnych poglądów moralnych. Wielu z nas uważa karę śmierci za niedopuszczalną. Coraz więcej obywateli naszej planety brzydzi się wojną, nie pali się do zabijania podczas takiej zawieruchy. Owszem, wyznawcy różnych religii dokonują straszliwych morderstw, ale wybitni przedstawiciele tych społeczności spotykają się co parę lat, żeby wspólnie modlić się o pokój, czyli ubolewać, że go wciąż w różnych krajach nie ma.
Niemniej nie we wszystkim się zgadzamy co do wielkiego przykazania „nie zabijaj". Dzielą nas w ogóle poglądy na temat tego, czego ten zakaz dotyczy: tylko ludzi czy też również naszych braci zwierząt? A i co do ludzi różnimy się zasadniczo: czy człowiekiem jest już ludzki zarodek? Problem moralny aborcji.
Hasłem naszej epoki jest słowo „dialog". Czyli spokojna rozmowa, w której ludzie różnych poglądów przedstawiają je sobie nawzajem i próbują uzasadnić. Próbują się nawzajem przekonywać, ale nigdy nie obrażać się, nigdy sobie nie wymyślać. Tak już jest na tym świecie, że żyjemy koło siebie, w jednym państwie i musimy mieć jakieś reguły współżycia. Wynikają one z zasad etycznych i sprawa jest prosta, gdy są to zasady wspólne wszystkim obywatelom. Gorzej, gdy tak nie jest. Sprawa prawna aborcji. Sprawa Alicji Tysiąc.
Zgodne współżycie społeczne to ogromna wartość, trzeba dla niej poświęcić wiele. Jeszcze większą wartością jest sam człowiek: jego godność. W tym miejscu kończę wykład, zaczynam prośbę. Obrotową. Skierowaną do ludzi Kościoła (przede wszystkim katolickiego, bo on u nas nieporównanie większy od innych i przez to samo głośniejszy), jego zwierzchników i także innych VIP-ów, do zwykłych wiernych. Ale też do ludzi spoza tych społeczności: przede wszystkim do tych, co kształtują opinię publiczną, publicystów, redaktorów, dziennikarzy. Gdy jedni i drudzy zabieracie głos, bądźcie choć trochę psychologami: możecie przekonywać, błagam jednak - nie powodujcie złych emocji.
Można uważać, że życie ludzkie jest święte od chwili poczęcia. Że choć zarodek ludzki nie jest jeszcze osobą, jest wartością olbrzymią. Można nawet uważać aborcję za zabójstwo. Nazwanie jednak konkretnego człowieka zabójcą czy tym bardziej mordercą jest już czymś innym, całkiem innym. Bo człowiek - w przeciwieństwie do poglądów - ma swoją godność.
Bolą mnie jednak także wszystkie wypowiedzi ironiczne na temat kilku komórek, które niektórzy każą traktować tak, jakby były człowiekiem. Uznajmy wszyscy, że są społecznie cenni radykałowie moralni. Hinduiści, dla których świętością jest krowa karmicielka. Wegetarianie, którzy radykalnie współczują naszym braciom zwierzętom. Chrześcijanie, którzy radykalnie odrzucają możliwość aborcji. Oni wszyscy są jakoś potrzebni ludzkości.
Zakończę kalamburem: myślmy, jak przekonać innych do naszych poglądów, natchnąć ich naszą wrażliwością etyczną, ale nie wymyślajmy.

14:06, jan.turnau
Link Komentarze (34) »
poniedziałek, 28 września 2009
Kto jest największy: Kościół ludzi nieświętych

Ewangelia św. Łukasza 9, 46-50

„Uczniom Jezusa przyszła myśl, kto z nich jest największy. Lecz Jezus, znając myśli ich serca, wziął dziecko, postawił je przy sobie i rzekł do nich: - Kto przyjmie to dziecko w imię moje, mnie przyjmie; a kto mnie przyjmie, przyjmuje tego, który mnie posłał. Kto bowiem jest najmniejszy wśród was wszystkich, ten jest wielki. Wtedy przemówił Jan: - Mistrzu, widzieliśmy kogoś, jak w imię Twoje wypędzał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodzi z nami. Lecz Jezus mu odpowiedział: - Nie zabraniajcie; kto nie jest przeciwko wam, ten jest z wami.”
Perykopa pełna przykazań.
Najpierw ów problem apostołów, kto jest największy. Dołączyli do Jezusa myśląc, że wygrają na tym coś z ziemskich rzeczy. Pewnie niektórzy liczyli, że ten cudotwórca obali okupację i wtedy będą u władzy politycznej. W końcu idea Mesjasza czysto religijnego była wtedy jeszcze poza zasięgiem myślowym zwykłego Żyda. Owszem, była już od wieków Księga Izajasza, a w niej niebywale ewangeliczny obraz cierpiącego Sługi Jahwe - ale czy owa tajemnicza wizja kształtowała potoczną religijność Izraela? Gdy szczególnie bliscy Jezusowi apostołowie Jakub i Jan sami albo przez ich matkę prosili Go o poczesne miejsce w Jego królestwie, nie mieli pewnie na myśli sukcesu czysto eschatologicznego, miejsca na tamtym świecie. I teraz, gdy spierają się o to, który z nich jest największy, nie myślą ewangelicznie, choćby nawet chodziło im tylko o ocenę moralną. Kto głosi, że jest lepszy od swego towarzysza, swoją lepszość sam kwestionuje: samochwalstwo kompromituje.
Można jednak wyczytać w tej perykopie też, co innego: awansowanie dziecka. Wiadomo, że nasza dzisiejsza troska o nieletnich jest dość świeżej daty, dopiero nowożytnej. A tu - podobnie jak u Łukasza 18, 15-17, Mateusza 19, 13-15, Marka 10, 13-16 - dziecko jest wzorem dla dorosłych. Prekursorstwo Ewangelii, jedno z wielu.
No i to otwarcie na innych, o którym wczoraj czytaliśmy u Marka. Gdyby chrześcijanie brali sobie do serca to przykazanie Jezusa, nie byłoby rozłamów.
Ale jest i czwarte przykazanie: pisz prawdę. Pokazuj, że filary Kościoła były przed Śmiercią i Zmartwychwstaniem słabe duchowo. Mniej takich scen u Jana, też tam jednak Piotr zapiera się Mistrza. Jeśli - jak twierdzi biblistyka laicka - pierwotny Kościół deifikował Jezusa, to zarazem ostro zlustrował swoją elitę. Świętości nie wyssali z mlekiem marki, oj, nie.
Lektury.
Żeby wiedzieć, co myślą polscy intelektualiści katoliccy (dziennikarze, naukowcy), trzeba czytać nie tylko prasę kościelną, której symbolem stał się „Gość Niedzielny”, coraz ostrzej atakujący, co nie jest kościelne. Trzeba czytać periodyki katolickie, „Więź”, „Znak”, „W drodze”, „Przegląd Powszechny”, „List” (oczywiście też „Tygodnik Powszechny”!). Oraz książki. Jeszcze przed wakacjami wyszło w Księgarni św. Jacka dzieło zbiorowe pt.: „Ile Kościoła w polityce, ile polityki w Kościele”. Dzieło jest zbiorowe, autorzy różni, jednak najczęściej pracujący w Instytucie Politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego i również najczęściej dalecy od ideologii radiomaryjnej, której w kościelnych strukturach multum. Krytykuje się świat pozakościelny, ale kościelny również. Ważny artykuł wstępny prof. Anieli Dylus „Jaki Kościół potrzebny jest demokratycznemu państwu?”. Chyba nie całkiem taki, jaki jest (rzymskokatolicki) w Polsce hic et nunc.
Zaciekawił mnie najbardziej z natury mego zawodu tekst dr Moniki Przybysz z tegoż UKSW „Media świeckie jako recenzenci działań Kościoła”. Autorka widzi liczne wady mediów (ja też), ale również instytucji kościelnych, które „nie umieją korzystać z narzędzi nowoczesnej komunikacji”. Cenne zdanie: „Tym bardziej media świeckie przejmują, bowiem rolę recenzentów Kościoła, im mniej robią to media kościelne”. No właśnie: po prostu poprawność kościelna nakazuje sugerować, że jest byczo, że biskupi i inni ważni duchowni są praktycznie nieomylni i prawie święci, a krytyka jest czepianiem się. Kudy takiej postawie do autokrytycyzmu pierwotnego Kościoła!

22:11, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
niedziela, 27 września 2009
Są z nami

Ewangelia Marka 9,38-40

„Jan powiedział do Jezusa: - Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami. Lecz Jezus odrzekł: - Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”.

Któż to był? Uczeń Jana? W każdym razie to jedna z ewangelijnych inspiracji dla ekumenizmu. Miło mi tu pochwalić piękny gest prawosławnych mnichów rosyjskich z okolic Ostaszkowa, którzy w wybudowanej przez siebie specjalnie kaplicy umieszczą ikonę jasnogórską na znak solidarności z umęczonymi Polakami. W ogóle ta wizyta delegacji Cerkwi rosyjskiej u Kościoła katolickiego w Polsce to coś bardzo krzepiącego. Może po naszym pojednaniu kościelnym z Niemcami nadejdzie też dzień świętego pojednania z braćmi zza Buga.

12:59, jan.turnau
Link Komentarze (43) »
sobota, 26 września 2009
Znak za wielki

Ewangelia Łukasza 9,43b-45

„Gdy wszyscy pełni byli podziwu dla wszystkich czynów Jezusa, On powiedział do swoich uczniów: - Weźcie wy sobie dobrze do serca te właśnie słowa: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Lecz oni nie rozumieli tego powiedzenia; było ono zakryte przed nimi, tak że go nie pojęli, a bali się zapytać Go o nie”.

Nie mieściło się to im w głowie. Nam też się nie bardzo mieści w głowach i sercach Ewangelia krzyża. Jest wbrew wszystkim naszym instynktom. Krzyż rozsadza nasze wnętrze.

12:14, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
piątek, 25 września 2009
Mesjasz, czyli kto?

Ewangelia Łukasza 9,18-22

„Gdy raz Jezus modlił się na osobności, a byli z Nim uczniowie, zwrócił się do nich z zapytaniem: - Za kogo uważają mnie tłumy? Oni odpowiedzieli - Za Jana Chrzciciela; inni za Eliasza; jeszcze inni mówią, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał. Zapytał ich: - A wy za kogo mnie uważacie? Piotr odpowiedział: - Za Mesjasza Bożego. Wtedy surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili. I dodał: - Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie”.

Nie chciał, żeby wieść o Jego mesjaństwie rozchodziła się szeroko, bo wiedział, czym to grozi. Mesjasz to był dla tego zniewolonego ludu wybawiciel polityczny: wybuchłaby rewolucja, a jej efektem musiałaby być straszna masakra. Odwlekał, jak mógł, moment, w którym będzie musiał się ujawnić, i tłumaczył najbliższym sens swojej misji; zmierzającej do rewolucji, ale zgoła innej: do ubóstwienia zasady „non violence”.

Aż nadszedł czas, gdy elita Jego ludu znienawidziła Go tak bardzo za prorocką krytykę jej moralnych błędów, że wraz z władzą rzymską wysłała Go na śmierć. Uwięziła Go w nocy, wśród drzew Ogrójca, żeby uniknąć interwencji ludu, który Go ogłosił królem, gdy wjechał do Jeruzalem na osiołku. A gdy nadszedł ranek, zmanipulowała tłum, by żądał uwolnienia Barabasza, nie Jezusa. Może przyszło jej to łatwo, bo może Barabasz był nie tyle rozbójnikiem, jak go nazywa Ewangelia Jana, ile buntownikiem politycznym (Łukasz wiąże tę postać z jakimiś rozruchami w mieście). Tak czy mesjaństwo religijne dokonało się. Skłonności do mesjaństwa politycznego jednak nie minęły również wśród chrześcijan.

14:55, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
czwartek, 24 września 2009
Herod jeden z wielu. Aborcja

Ewangelia Łukasza 9,7-9

„Tetrarcha Herod usłyszał o wszystkich cudach zdziałanych przez Jezusa i był zaniepokojony. Niektórzy bowiem mówili, że Jan powstał z martwych; inni, że Eliasz się zjawił; jeszcze inni, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał. Lecz Herod mówił: - Ja kazałem ściąć Jana. Któż więc jest ten, o którym takie rzeczy słyszę? I chciał go zobaczyć".

Herod imię antypatyczne, jak na przykład Judasz. Trzeba jednak wiedzieć, że władców tego imienia było w historii wielu, nosiła je cała dynastia, choć byli często dwuimienni. W samej Biblii chrześcijańskiej (Nowym Testamencie) mamy pod imieniem Herod władców trzech. Zwany Wielkim - ten, co tak wystraszył się nowo narodzonego Jezusa, że kazał wymordować betlejemskich noworodków. Za publicznej działalności Jezusa działał z kolei ów wspomniany w dzisiejszym tekście, zwany też Antypasem, a za Dziejów Apostolskich Herod zwany Agryppą (skazał na śmierć Jakuba, kazał uwięzić Piotra). Jednak władca występujący pod koniec Dziejów pod imieniem Agryppa, ten, który słuchał płomiennego przemówienia Pawła, to syn tamtego, Agryppa II.

Herod Antypas najantypatyczniej wypada chyba u Łukasza. Jezus nazywa go lisem, ale on sam jest chyba nie tyle chytry, ile swoiście ciekawski (urażony milczeniem Jezusa, lekceważeniem jego pytań, każe go wyszydzić ubierając w lśniącą szatę i odsyła do Piłata). U Marka natomiast widać jakby dla tego Heroda sympatię: „odczuwał lęk przed Janem, gdyż wiedział, że jest to człowiek sprawiedliwy i święty. Chronił go więc i często słuchał, mimo że słowa Jana wzbudzały w nim wielki niepokój". Mateusz opowiada też, jak doszło do skazania Jana, wini za to też raczej Herodiadę, ale boi się nie Jana, ale ludu, który uważa go za proroka. U Marka mamy także wiadomość, że Herod uznał Jezusa za zmartwychwstałego Jana, co chyba świadczy, że miał go za człowieka niezwykłego. 

Herod to w naszym języku kościelnym morderca niewiniątek, skąd skojarzenia z aborcją. Sprawa wciąż wraca na polską wokandę publiczną: wczoraj zapadł wyrok (pierwszej instancji) w sprawie Alicji Tysiąc przeciw „Gościowi Niedzielnemu". Moje stanowisko? Na pewno nie należy kierować słów w rodzaju „morderstwo" wobec konkretnych osób. Myślę, że w ogóle słowo to nie pasuje do aborcji, jeżeli już, to „zabójstwo". Niezależnie od tego, co sądzimy na temat początku życia ludzkiego, sprawa nie jest jednak tej samej natury, co zabicie człowieka dorosłego. Nie można ignorować drugiej osoby w tym superskomplikowanym problemie (pomijam tu pytanie, czy zarodek jest osobą: Jan Paweł II w encyklice „Evangelium vitae" powiada, że dla wykluczenia moralnego aborcji „nawet samo prawdopodobieństwo istnienia osoby wystarczyłoby dla usprawiedliwienia najbardziej kategorycznego zakazu wszelkich interwencji zmierzających do zabicia embrionu ludzkiego"). Nade wszystko jednak kwestionuję jakąkolwiek wartość perswazyjną ostrych słów wypowiadanych publicznie: nikt nikogo nie nawrócił wymyślaniem.

To jest jedna strona tego ponurego medalu. Druga wydaje mi się taka, jak ojcu Oszajcy we wczorajszej „Gazecie". Pani Tysiąc jakby nie miała wyobraźni: wszczynając sprawę sądową jakby nie bała się tego, co pomyśli sobie o niej jej córka, gdy się dowie, że matka chciała jej nie mieć. Może nie chciała jej zabić, bo chciała tylko zabić zarodek albo płód, ale nie chciała jej mieć. I z tej niechęci wynikłby jednak czyn.

20:15, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
środa, 23 września 2009
Małżeństw nie mieszać

Księga Ezdrasza 9,5-9

”Ja, Ezdrasz, w czasie ofiary wieczornej podniosłem się z upokorzenia mojego i w rozdartej szacie i płaszczu upadłem na kolana, wyciągnąłem ręce moje do Pana Boga i rzekłem: - Boże mój! Bardzo się wstydzę, Boże mój, podnieść twarz do Ciebie, albowiem przestępstwa nasze wzrosły powyżej głowy, a wina nasza sięga aż do nieba. Od dni ojców naszych aż po dziś dzień ciąży na nas wielka wina. My, królowie nasi, kapłani nasi, zostaliśmy wydani za nasze przestępstwa pod władzę królów krain tych, pod miecz, w niewolę, na złupienie i na publiczne pośmiewisko, jak to jest dziś. A teraz ledwo co na chwilę przyszło zmiłowanie, od Pana, Boga naszego, przez to, że pozostawił nam garstkę ocalonych, że w swoim miejscu świętym dał nam dach nad głową, że Bóg nasz rozjaśnił oczy nasze i że pozwolił nam w niewoli naszej trochę odetchnąć, bo przecież jesteśmy niewolnikami. Ale w niewoli naszej nie opuścił nas Bóg nasz, lecz dał nam znaleźć względy u królów perskich, pozwalając nam odżyć, byśmy mogli wznieść dom Boga naszego i odbudować jego ruiny, oraz dając nam ostoję w Judzie i Jerozolimie”.

Pod koniec zbioru ksiąg zwanych historycznymi znajdują się dwie: Ezdrasza i Nehemiasza. We wstępie do tych ksiąg w Biblii Paulińskiej wyczytałem, że stanowiły początkowo jedno dzieło. Ich treścią są ponad stuletnie dzieje Żydów po ich powrocie z niewoli babilońskiej. Ezdrasz był kapłanem, Nehemiasz przywódcą świeckim.

Głównym zadaniem ludu była wtedy odbudowa Świątyni, ale ważnym też odbudowa prawno-moralna: reszta ludu Izraela, pozostała na swej ziemi po wypędzeniu wielu do Babilonii, łączyła się małżeństwem z plemionami tubylczymi. Przeznaczona na dzisiaj modlitwa jest przebłaganiem za wszystkie winy dawniejsze i nowe.

Straszne były te małżeństwa mieszane? Dziś patrzymy inaczej na takie związki, okropna wydaje się nam ksenofobia żydowska. By ją wyjaśniać, nie usprawiedliwiać, można tłumaczyć, że łączenie się z poganami groziło wierze w jednego Boga, bo wnosiło do społeczności religijnej kulty pogańskie. A monoteizm był kulturowym awansem.

Chrześcijaństwo też ma problem mieszanych małżeństw. Związków z ludźmi innych religii, ale też małżeństw chrześcijan różnych wyznań. To jedna z zapalnych kwestii ekumenicznych. Mój Kościół na szczęście nie zobowiązuje już swoich wyznawców do wychowywania dzieci po katolicku, tylko do starania się, żeby tak było. Niemniej wydaje mi się, że w ogóle problem jest dość urojony: rodziny są coraz mniej patriarchalne, dzieci robią, co chcą, zanim dorosną, a już, gdy dorosną, nie przejmują się zupełnie naszymi poglądami. Oby w ogóle przyznawały się do chrześcijaństwa!

13:44, jan.turnau
Link Komentarze (46) »
wtorek, 22 września 2009
Być Mu bratem

Ewangelia Łukasza 8, 19-21

„Przyszli do Jezusa Jego matka i bracia, lecz nie mogli się dostać do Niego z powodu tłumu. Oznajmiono Mu: - Twoja Matka i bracia stoją na dworze i chcą się widzieć z Tobą. Lecz On im odpowiedział: - Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je"

Jak być Mu bratem? Bracia nie zawsze się lubią, Jego bracia początkowo nie pałali na Jego temat entuzjazmem, nie rozumieli Go, a może i zazdrościli Mu popularności. Niemniej brat to brat: braterstwo oznacza bliski związek, z którego wynika solidarność. Jak być z Nim solidarny? Przede wszystkim próbować Go naśladować, to najważniejsze. Ale też przyznawać się do Niego. Deklaracje muszą mieć pokrycie w postępowaniu, deklamacje bez etyki brzmią brzydko - ale znaki się liczą, także materialne. Nie powinny być ostentacyjne, Mali Bracia różnią się od otoczenia tylko tym, że nie rzucają mięsem, niemniej krzyżyk na szyi mego kolegi redakcyjnego wzruszył mnie. 

Lektury
W berlińskim „Słowie" (bardzo ciekawy kwartalnik tamtejszego KIK-u) cenny tekst redaktora Andrzeja Szulczyńskiego o historii niemieckiej państwowości. Nie wiedziałem (nie pamiętałem), że wśród elektorów wybierających króla (cesarza) Rzeszy było trzech na siedmiu książąt zgoła duchownych: biskupi Moguncji, Kolonii i Trewiru. Wiedziałem, że sami monarchowie byli namaszczani religijnie, władza świecka i duchowna nie były bynajmniej - mimo konfliktów - oddzielone jak dzisiaj, wiedziałem, że istniało Państwo Kościelne, biskupi byli takimi feudałami, jak ich świeccy koledzy, hierarchowie polscy zasiadali w senacie, prymas był interreksem - ale ów niemiecki układ jednak jakoś mnie zdziwił. Teraz w pełni rozumiem, czemu biskup pomocniczy zwie się tam „Weihbischof": bo kiedyś tylko on wyświęcał kapłanów, ordynariusze zajmowali się rzeczami widać ważniejszymi.
Na szczęście wyplątaliśmy się znacznie z ery konstantyńskiej.

14:10, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 21 września 2009
Oportuniści i opornicy

Ewangelia Mateusza 9,9-13

Dziś dzień świętego Mateusza. W książeczce Znaku „Dwunastu apostołów” o tym apostole i ewangeliście fajnie napisał obecny metropolita wrocławski Marian Gołębiewski, więc nie konkuruję z hierarchą i uczonym biblistą i zamieszczam tu cały tamten tekst.

«W kościele św. Ludwika w Rzymie znajduje się kaplica ozdobiona trzema obrazami przedstawiającymi tajemnice życia Apostola i autora Ewangelii - św. Mateusza. Mistrz włoskiego baroku Michelangelo Merisi z Caravaggio namalował w latach 1597-1606 sceny powołania, natchnienia i męczeństwa.
Najbardziej oryginalną kompozycję ma obraz powołania. Z lewej strony mrocznego wnętrza, przy stole z kartami i lśniącymi monetami, zasiada kilku mężczyzn. Jeden z nich, ubrany w szaty jakby dworskie, podnosi zdziwiony wzrok znad stołu i patrząc na przybyszów wchodzących z przeciwnego krańca izby, wskazuje palcem na siebie. Można domyślić się milczącego pytania: „Czy to doprawdy chodzi o mnie?”. Dwaj mężowie - wiemy o nich, że to Jezus i Piotr - wskazują również zdecydowanie na młodzieńca przy stole. Między tymi dwoma także toczy się wyrazisty dialog: „Mistrzu, czy się nie pomyliłeś? Czy chcesz go uczynić jednym z nas?”. A Jezus mówi stanowczo i bez dwuznaczności: „Mateuszu, pokażę ci drogę; pójdź za mną!”.

Swoim pędzlem Caravaggio opowiedział również dalsze etapy życia Mateusza, pisanie Ewangelii i męczeńskie świadectwo Apostoła. Wszędzie to samo zdziwienie: „Dlaczego mi się przyglądacie? I tak niewiele pojmiecie z mojej przygody”. Z samych Ewangelii wiemy jeszcze, że brał udział w uczcie w domu celnika i znajdujemy go pośród zgromadzonych w Wieczerniku po wydarzeniach paschalnych. Apokryficzne legendy (Acta Sancti Matthaei Apostoli) mnożą szczegóły jego misji po opuszczeniu Palestyny. Pisarze epoki Ojców Kościoła wiązali Mateusza z Etiopią albo Syrią (biskup antiocheński); w późniejszych opowieściach słyszymy o nim w Persji, Macedonii, a nawet w Irlandii.

Ewangeliczne opowiadania o powołaniu Mateusza podają odmienne dane osobowe celnika z Kafarnaum. Wszyscy zaliczają go do środowiska galilejskich „celników i grzeszników”, lecz obdarzają różnymi imionami: w pierwszej Ewangelii jest po prostu „Mateuszem”, Marek zna go jako „Lewiego, syna Alfeusza”, a Łukasz nazywa go „Lewim” (Mt 9, 9; Mk 2, 14-17; Łk 5, 27-32). Należy przyjąć wszystkie te określenia, gdyż Izraelita należący do kapłańskiego pokolenia lewitów mógł nosić, obok nazwiska rodowego (syn Alfeusza), także imię własne lub przydomek (nadany przez Jezusa, jak Piotrowi). Pośród biblijnych Hebrajczyków spotyka się następujące wersje tego imienia: Mattenai, Mattitja, Mattanja, Mattai, co tłumaczy się jako „dar Boga” lub „dany przez Boga”. To dobre imię dla poborcy podatkowego z rodziny kapłańskiej, który został biblijnym pisarzem. Tekst grecki Nowego Testamentu nazywa go Maththaios.
Sam Mateusz tak pisze o swoim nawróceniu: „Odchodząc stamtąd, Jezus ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego na komorze celnej, i rzekł do niego: Pójdź za mną!. A on wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i zasiedli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?. On, usłyszawszy to, rzekł: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co to znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mt 9, 9-13).

Skromna ilość informacji o pochodzeniu Mateusza każe nam przyjrzeć się uważniej jego środowisku życiowemu. Nazywają go powszechnie celnikiem. Określenie greckie telones (łac. publicanus) dotyczy człowieka zajmującego się pobieraniem różnych podatków. W prowincjach Imperium Rzymskiego ten intratny urząd koncesjonowano lub oddawano w dzierżawę. Zwykle obejmował on podatek pogłówny, ale też innego rodzaju opłaty na rzecz państwa i jego instancji. Zobowiązany do oddania określonej kwoty poborca mógł zatrzymać dla siebie każdy rodzaj nadwyżki. Zrozumiałe zatem, że urząd ten stanowił pokusę dla zakochanych w brzęczącej monecie i że celnicy byli znienawidzeni przez rodaków jako kolaboranci i narzędzie prześladowania najuboższej części społeczeństwa. Rabini ze środowiska faryzeuszów jednym tchem wymieniali celników, prostytutki i złodziei. Ludzie uwikłani w takie „zawody” zaliczani byli z natury do nieczystych, to znaczy niegodnych przekroczyć próg świątyni jerozolimskiej. Także pisarze nowotestamentalni mówią o nich jako o wykluczonych z rodu „dzieciach Abrahama” (Łk 19, 9).

Biblijne Kafarnaum (po hebrajsku Wioska Nahuma) było miejscowością przygraniczną położoną na północnych brzegach Jeziora Galilejskiego. Obecność tam poborcy podatkowego jest zrozumiała z powodu szlaku prowadzącego z Fenicji i Syrii w kierunku Jerozolimy, Jerycha i nadmorskiej Cezarei. Archeologia nie potwierdza jednak jakiegoś szczególnego bogactwa osady żyjącej głównie z rybołówstwa i handlu. Była tam co prawda synagoga, lecz dzisiejsza rekonstrukcja budowli odnosi się do budowli czwartowiecznej (marmur), wzniesionej na ruinach skromnego domu modlitwy z czasów Jezusa. Ewangeliści są zgodni co do lokalizacji centrum działalności misyjnej Mistrza z Nazaretu właśnie w Kafarnaum. Z niedalekiej Betsaidy pochodzili niektórzy Apostołowie, a potrzeba uwolnienia się od rodzinnych więzów w Nazarecie i Kanie mogła sprawić, że Jezus wybrał na siedzibę dom celnika z Kafarnaum.
Współczesna egzegeza proponuje definiowanie pism ewangelistów jako „biografii o charakterze teologicznym”. Starożytni mówili o „pamiętnikach apostolskich”, a greckie słowo euangelion oznacza zwiastowanie dobrej nowiny, radosną wiadomość. Czym wyróżnia się dzieło związane z imieniem Lewiego Mateusza? Jego celem jest wykazanie, że Pan Jezus rzeczywiście był obiecanym Mesjaszem, gdyż w Nim wypełniły się wszystkie proroctwa.
Już od bardzo dawna krążyły wieści, jakoby Apostoł z Kafarnaum miał spisać w języku aramejskim ustną tradycję związaną z nauczaniem Jezusa. Jednak nie zachował się żaden fragment tekstu w „języku ojczystym” (jak opowiadali Orygenes i Papiasz w III w. po Chrystusie), czyli w języku, którym mówiono wówczas w Ziemi Świętej. Nie zachowało się również główne źródło wypowiedzi Jezusa (zbiór mów Pańskich), które pierwotnie zostało zredagowane po grecku. Czyżby Mateusz także i ten język uniwersum grecko-rzymskiego traktował jako własny?

Pytania takie dolewają oliwy do ognia w dyskusji historyków badających tekst biblijny. Mnożą się hipotezy co do ilości źródeł literackich służących autorowi i prawdopodobnym redaktorom adaptującym tekst Ewangelii do potrzeb katechetycznych i misyjnych środowiska kościelnego w Palestynie i Syrii w pierwszym wieku chrześcijaństwa. Kolekcje wypowiedzi Jezusa (logia) tworzące źródło podstawowe (Q) były wzbogacone relacjami o Jego czynach i wydarzeniach paschalnych. W ostatniej już fazie dodano rozdziały nazywane zwykle Ewangelią Dzieciństwa (Mt 1-2). Przyjmuje się na ogół, że tekst Mateuszowy uzyskał obecny kształt około 80 roku po Chrystusie. To oznacza, że oprócz samego Apostoła wkład pisarski wnieśli jego współpracownicy, uczniowie lub świadkowie mało znanych tradycji.

Jednak dzisiejszemu czytelnikowi o wiele ważniejsze wydaje się pytanie o treść i znaczenie ostatecznej wersji tekstu niż misterna, lecz wciąż oparta na hipotezach, rekonstrukcja procesu powstawania struktury literackiej dzieła. Uważna lektura pozwala zauważyć, że autor (autorzy?) posłużył się czytelną kompozycją skupioną wokół pięciu wielkich mów Jezusa. Niektórzy widzą w tym paralele do Mojżesza Prawodawcy (chodzi o pięć pierwszych ksiąg Biblii, zwanych Mojżeszowymi), Jezus w polemice z faryzeuszami i „uczonymi w Piśmie” posługuje się jednak nie tylko argumentami prawnymi, lecz odwołuje się również do autorytetów prorockich. Jako oryginalny nauczyciel nadaje nową ostrość samemu Dekalogowi oraz nie waha się formułować własnych pouczeń o bliskości Królestwa Niebieskiego, Kazanie na Górze według Mateusza (5-7) zawiera pouczenie o potrzebie zachowania najmniejszej litery Prawa, a zamyka je klasyczne, rabiniczne wezwanie do miłości bliźniego (7, 12).
Ewangelia Mateuszowa odzwierciedla szczególne zainteresowania i punkt widzenia zarówno Nauczyciela z Nazaretu, jak i Jego „nadwornych pisarzy”. Jeżeli potraktować celnika powołanego do posługi apostolskiej jako samodzielnego twórcę, to należy powiedzieć, że potrafił on liczyć. Jest to widoczne nie tylko w ulubionych seriach kompozycyjnych stosujących symbolikę liczb (3, 5, 8, 12), ale również w fachowym korzystaniu z obrazów rynkowych: podatki, obrót pieniądza, ceny towarów i usług czy przeliczanie walut. Chciałoby się powiedzieć, że Mateusz umie dobrze rozróżniać „Boskie i cesarskie”.

Nie wiemy, dlaczego Mateusz nie wspomniał malowniczej postaci Zacheusza z Jerycha, o którym wiadomo, że nawrócenie swoje wyraził powszechnym wyrównaniem krzywd. A miał co naprawiać, był przecież pierwszym między celnikami (zob. Łk 19, 1-10). Podobnie może zastanawiać wybór Judasza na skarbnika Apostołów, skoro mieli w swym gronie prawdziwego finansistę.

Zdaje się, że w opowiadaniu Mateuszowym naukę obchodzenia się z dobrami tego świata należy jednak rozpoczynać nie od przypowieści o skarbie i perle (13, 44-46) i nie od pouczeń o służbie Bogu, która jest nie do pogodzenia z mamoną (6, 24: mowa tu o jakimś duchu chciwości), ale od słów Jezusa na uczcie w domu celnika w Kafarnaum. W dniu powołania Mateusz usłyszał przypomnienie starego proroctwa Ozeasza (VIII w. przed Chrystusem): „Chcę miłosierdzia bardziej niż ofiary”. Minęło dwadzieścia wieków, ale konia z rzędem temu, kto potrafi odpowiedzieć na to Boże wezwanie bez rachowania, ile to będzie kosztowało. Stąd też z zaufaniem można czytać w Mateuszowej Ewangelii o niezwykłym przeliczeniu, jakiego Jezus nauczył Piotra. Księciu Apostołów chodziło o miarę (częstotliwość) przebaczenia (l8, 21-22): czy aż siedem razy? To już zdawało się liczbą pełną, doskonałą, ale Mistrz dodał: „Nie 7, ale 77 razy”. Ile to jest? Zawsze!»

Ale trochę i sam się wysilę. Banałem jest powiedzenie, że w sztabie Jezusa byli ludzie o różnych poglądach (postawach) politycznych. Co prawda, chyba tylko dwaj dają się wyraźnie zakwalifikować: Szymon, jeśli jego przydomek z Ewangelii Łukasza Zelotes oznacza przynależność do stronnictwa zbrojnej walki z Rzymianami, i właśnie Mateusz „kolaborant”. Jest jeszcze hipoteza, że także Judasz miał rewolucyjną orientację, liczył, że Jezus wygoni okupanta, i gdy zobaczył, że na to się nie zanosi, próbował Go sprowokować konfrontując ze sługami porządku. W każdym razie o przynajmniej dziewięciu z Dwunastu nie wiemy nic politycznego.

Ale o Mateuszu wiemy najwyraźniej. Chyba że znowu pójdziemy w przypuszczenia i subtelne rozróżnienia. Bo może poglądów politycznych nie miał w istocie żadnych. Po prostu chciał żyć wygodnie i tyle. Tu nieodparcie nasuwa się porównanie z tłumem naszych rodaków, którzy nie gardzili czerwoną książeczką czy inną przepustką do reżymowego raju. Byli nie tyle kolaborantami, jeśli to oznacza decyzję polityczną, ile po prostu oportunistami.
U faryzeuszy celnicy uchodzili za publicznych grzeszników razem z ladacznicami. Jezus jednych i drugie potraktował wyrozumiale. Nie aprobował ich postawy, ale nie uznał jej za gorszą niż pycha tych, co się nie kalali brudnym pieniądzem ani płatnym seksem. Miał miary moralne precyzyjne po Bożemu. Nie odrzucał nikogo - przeciwnie, przyciągał do siebie.

14:34, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 14 września 2009
Krzyż. „Biblia krok po kroku”

Księga Liczb 21, 4b-9
Ewangelia Jana 3, 13-17

Dziś uroczystość Podwyższenia Krzyża Świętego. Jest to wspomnienie odnalezienia tej relikwii przez cesarzową Helenę i wybudowania dla niej bazyliki, ale również dzień zamyślenia nad sensem Krzyża.
Z Księgi Liczb wybrano na dzisiaj opowieść o wężu odlanym z brązu, którego Bóg kazał umieścić na wysokim palu. Spojrzenie na ten posążek uzdrawiało Żydów ukąszonych przez żywe węże jadowite, zesłane na lud jako kara za narzekanie: sprzykrzyła mu się pustynna niedola. Do tamtego epizodu nawiązuje Jezus w ewangelii Jana: porównuje siebie do tamtego węża. „A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak, bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, aby świat został przez Niego zbawiony”.

Krzyż jako remedium na niedolę człowieczą. Nie jako wezwanie do cierpiętnictwa, czyli delektowania się cierpieniem. Ono nawet nie zawsze uszlachetnia, a nigdy nie jest wartością samą w sobie. Jest natomiast drogą.
Co myślę sobie patrząc na krzyż?

Najpierw, że wolę te, głównie protestanckie, bez „pasyjki”: Nie dlatego, że traktuję ponadhistorycznie zakaz Dekalogu: „Nie uczynisz sobie obrazu rytego”. Gdyby był to imperatyw absolutny, nie byłoby węża na palu. Niemniej rzeźba figuratywna chyba się przeżyła tak jak i malarstwo realistyczne. Prostota nagiego krzyża robi na mnie większe wrażenie. Mówi wiele milcząc.

Krzyż wywyższa: „Kto się poniża...” W tym paradoksie jest dokładnie cała Ewangelia. Ona każe być długodystansowcem. Zwycięstwo kiedyś. Wyznawca krzyża musi być cierpliwy też w tym sensie. Musi w ogóle nie myśleć o zwycięstwie. Nawet nie tyle ma zwyciężać siebie. On sam jest w ogóle nieważny. Ma zakazać sobie spoglądania we własny pępek. Jakby się jakimś prenatalnym cudem urodził bez niego.

Mędrzec francuski napisał: „Zawsze starczy nam siły, by znieść cierpienia bliźnich”. Etyka krzyża jest moralnością ludzi, którzy swych cierpień znieść nie mogą. Wpadają z tego powodu w taką depresję, że są niemal bliscy samobójstwa: ale że zapomnieli o sobie całkowicie, rzucają raczej wszystko, by obniżyć choć o centymetr górę bólu świata.

Syn Boży nie przyszedł na świat, aby go potępić, ale by go zbawić. Zbawić wszystkich, co weń wierzą. To znaczy, kogo? Trudno sobie dziś wyobrazić jeszcze niedawną przecież wizję, w której tylko ochrzczeni nie szli na wieczne męki. Dziś wiara w Chrystusa to wiara w krzyż. O ramionach tak szeroko rozłożonych, że obejmują całą ludzkość. Inaczej zwycięstwo krzyża byłoby przeraźliwie mizerne.

Piszę wzniosłe słowa oczywiście bez żadnego przypuszczenia, że blisko mi do tego ideału. Ale znam ludzi, którym do niego nieporównanie bliżej. Myślę na przykład o Jerzyku Marszałkowiczu, szalonym opiekunie bezdomnych.
Lektury: już trzeci wrześniowy numer miesięcznika „Biblia krok po kroku”. Redakcja praktycznie wspólna z „Listem”, miesięcznikiem, który tu często chwalę za poziom akcji katechetycznej; również współpraca z sensownymi teologami, głównie dominikanami, dalekimi od wojowniczości, która ogarnęła nawet „Gościa Niedzielnego”. Dwa cytaty jako próbki z owego numeru wrześniowego „Biblii krok po kroku”.
Paweł Trzopek OP, redaktor naukowy, biblista z Jerozolimy.
„Choć wszystkie księgi Nowego Testamentu powstały w ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat, to i tak mają swoją skomplikowaną historię. Niektóre z nich powstawały etapami, miały wiele redakcji i równie skomplikowana jest historia ich przekazu. Tekst grecki Nowego Testamentu dociera do nas w setkach rękopisów, które często różnią się między sobą. Obliczono, że jeśli porównamy wszystkie znane nam greckie rękopisy Nowego Testamentu, to znajdziemy aż 250 tysięcy różnic w tekście (choć w większości przypadków są to drobne różnice spowodowane np. nieuwagą kopisty). Jeśli na dodatek przyjrzymy się cytatom z Nowego Testamentu, znajdującym się w dziełach Ojców oraz starożytnym przekładom poszczególnych ksiąg na syryjski czy łacinę, to uświadomimy sobie, że chrześcijanie mieli zupełnie inne podejście do przepisywania świętych tekstów niż żydzi. Ci ostatni dokładnie policzyli wszystkie słowa i litery w Biblii Hebrajskiej i bardzo dbali, by kolejne kopie niczym się nie różniły od oryginału. Dla chrześcijan najważniejsze było żywe Słowo, głoszone każdego dnia”.
dr hab. Krzysztof Mielcarek, biblista z KUL
„Miewam wykłady w różnych środowiskach, także pozaakademickich, i ciągle zastanawiam się, jak problem historycznego Jezusa przełożyć na doświadczenie współczesnego człowieka. Szczególnie dotyczy to podejścia do tekstu biblijnego. Otóż tak jak przeróżni badacze są skażeni XIX-wieczną koncepcją historii, tak my również jesteśmy ukąszeni historyzmem. Gdy ktoś, nie daj Boże, twierdzi, że nie było dokładnie tak, jak jest napisane w Piśmie Świętym, to natychmiast tracimy grunt pod nogami. Jesteśmy gotowi odsądzać go od czci i wiary, oskarżać, że przeszkadza nam być człowiekiem wierzącym, albo zaczynamy wspólnie z nim iść drogą wątpliwości i dodatkowo sami je mnożyć. Bo skoro to nie jest pewne, tamto też nie, tutaj jeszcze czegoś nie wiemy, to jak można mówić o prawdzie? W jednym i drugim przypadku gubimy to, co jest najważniejsze w relacji do świętego tekstu.
Wielokrotnie próbowałem katechetom uświadomić, że dzieci należy umiejętnie zapoznawać z Pismem Świętym. Niestety, dla nauczycieli religii przybliżających postać Jezusa ciągle najważniejsze jest narysowanie określonej sceny, pokazanie, gdzie stał Pan Jezus, gdzie leżał paralityk, jak to wyglądało, żeby dziecko wszystko sobie dobrze zapamiętało. Do głowy nikomu nie przyjdzie - w każdym razie bardzo wielu osobom - żeby wyjaśnić, jaki jest sens danego wydarzenia. Tymczasem młodego człowieka trzeba od samego początku uczyć odpowiedniego kontaktu z Pismem Świętym. Przecież leżący przede mną tekst jest tylko bramą do innej, głębszej rzeczywistości. Ona jest głębsza od tzw. historycznego faktu. Jeśli ktoś będzie umiał być wewnątrz tej rzeczywistości, to nauczy się odczytywać poszczególne sceny nie tylko przez pryzmat historii. I wtedy dopiero jest szansa, że zrozumie, po co ten tekst w ogóle został napisany”.

Adresy „Biblii krok po kroku”:
pocztowy: ul. Dominikańska 3/12, 31-043 Kraków
tel. działu prenumeraty i dystrybucji (012) 4231199, e-mail: sklep@list.media.pl

Zawieszam na trochę pisanie, bo roboty innej huk.

18:06, jan.turnau
Link Komentarze (129) »
niedziela, 13 września 2009
Opoka szatanem

Ewangelia Marka 8,33

„Zejdź mi z oczu, szatanie".

Tak odezwał się Jezus do Piotra, gdy ten zaczął Go upominać po Jego zapowiedzi śmierci i zmartwychwstania. Język Chrystusa jest bardzo ostry, nie przebiera On w słowach także, gdy ocenia ”opokę” Kościoła. W ogóle ewangelie i inne teksty biblijne nie przyprawiają swoim bohaterom aureoli. Pokazują swoje wielkie postacie jako ludzi, nie aniołów. Nie są to teksty hagiograficzne lub też dworskie, w których dostojnik kościelny bywa ledwie widoczny w obłoku kadzidła. Biblia jest święcie realistyczna, bo nie przysłania grzechów nimbem świętości.

11:59, jan.turnau
Link Komentarze (34) »
sobota, 12 września 2009
Po owocach

Ewangelia Łukasza 6,43-44

„Nie jest dobrym drzewem to, które wydaje zły owoc, ani złym drzewem to, które wydaje dobry owoc. Po owocu bowiem poznaje się każde drzewo: nie zrywa się fig z ciernia ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron."

W pewnym momencie okazuje się, ile człowiek wart. Napisałem wczoraj o „pryszczatych": nastał czas, gdy opamiętali się. Widać gdzieś w środku nie byli zwykłymi sługami władzy, jakich pełno było w tamtych strasznych czasach. Może trzeba powiedzieć, że dla oceny człowieka ważny jest owoc ostateczny.

14:59, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
piątek, 11 września 2009
Paweł i „pryszczaci"

1 List do Tymoteusza 1,12-13

„Dzięki składam Temu, który mnie przyoblekł mocą, Chrystusowi Jezusowi, naszemu Panu, że uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył do posługi mnie, ongiś bluźniercę, prześladowcę i oszczercę. Dostąpiłem jednak miłosierdzia, ponieważ działałem w nieświadomości, w niewierze."

Paweł działał w nieświadomości. (Ciekawe, że tu niewiara nie jest błędem moralnym, tylko jakby usprawiedliwieniem złego postępowania). Jego fanatyzm nie wynikał przecież po prostu z chęci zrobienia kariery na prześladowaniu chrześcijan. Był „gwałtownikiem", ale ideowym: uczciwym przed wydarzeniem pod Damaszkiem i po nim, gdy zmienił poglądy o 180 stopni. Zmienił poglądy, ale nie postawę duchową: pozostał człowiekiem szaleńczo zaangażowanym.
Próbuję jednak porównać jego drogę myślową z ewolucją „pryszczatych": tych naszych intelektualistów, co najpierw wspierali komunizm, potem równie ostro wypierali go z głów rodaków. Też działali w nieświadomości? Też można ich usprawiedliwić? Może kwestia ich oceny nie jest prosta, „zerojedynkowa"? Pobudki naszych czynów są na ogół wielorakie: do ideowego zapału dołącza się w większym lub mniejszym stopniu chęć bycia ważnym, sławnym, jeśli nie po prostu bogatym. Napisałem: w mniejszym lub większym stopniu, pytam dalej, czy można o kimkolwiek powiedzieć, że działa wyłącznie z miłości do bliźnich, zupełnie nie z miłości do siebie samego? I tu puenta mojej refleksji: może też i Paweł nie był całkiem bez winy przed Damaszkiem? Może jednak trochę ponosiła go ambicja?

14:31, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
czwartek, 10 września 2009
Jak być dobrym a niegłupim

Ewangelia Łukasza 6,27-38

”Jezus powiedział do swoich uczniów: - Powiadam wam, którzy słuchacie: miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. Jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu szaty. Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie. Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesznikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać. Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane: miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrze wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie".

Chciałem napisać tylko: „Komentarz zbyteczny". Albo dopisać: „Nic dodać, nic ująć, tylko tak postępować". Byłoby to jednak wykręcenie się sianem od obowiązku własnej refleksji.

Najtrudniej jest zapomnieć o czymś takim, jak wzajemność. Jak jakaś sprawiedliwość, jakaś równowaga we wzajemnych stosunkach: ja jemu, jej to a to, więc i on, ona powinien, powinnaś... Otóż etyka Ewangelii kwestionuje takie rozumowanie, w istocie handlowe: „Czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając". Gdy ktoś cię bije swoim zarozumialstwem, lekceważeniem ciebie, twoich poglądów, przyzwyczajeń, wręcz nadstaw drugi policzek. 

Radykalizm to jednak zaprawdę olbrzymi, realizacja takich zasad wydaje się ponad siły. I ponad jakąś elementarną pedagogię: przecież wciąż ustępując, nie upominając się o swoje, rozpuszczamy bliźniego swego. Jak pogodzić taką miłość bez granic z roztropnością? Jak żyć dobrze, ale i mądrze? Jak nie wleźć pod cudzy but (pantofel...), ale i nie stracić przyjaźni, utrzymać małżeństwo? 

Jedno jest pewne, że życie Ewangelią wymaga stałej refleksji. Na pewno rachunku sumienia, ale i dobrej rady mędrca. Na pewno traktowania każdej sytuacji osobno. Nie mówiąc o modlitwie, jeśli się wierzy, że ona ma sens.

13:50, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
środa, 09 września 2009
Kto się śmieje

Ewangelia Łukasza 6,20-26

„Jezus podniósł oczy na swoich uczniów i mówił: - Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże. Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni. Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie. Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy was zelżą i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo, bowiem przodkowie ich czynili prorokom. Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą. Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie. Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom”.

Łukasz też ma swoje błogosławieństwa. Ale jest ich mniej niż u Mateusza i są połączone z przekleństwami - by tak nazwać formuły zaczynające się od słowa wieszczącego nieszczęście. W sumie wydają się mocniejsze, szczególnie, że ubodzy występują tu bez dodatku „duchem”. Ewangelia Łukasza jest w ogóle szczególnie wyczulona na los biedaków, w sensie zresztą szerszym: wszystkich, co są pod wozem.

No i nie omieszkam jak zwykle zaznaczyć, że zamiast „błogosławionych” wolę tutaj „szczęśliwych”. Przypominam argument lingwistyczny, że oryginał grecki ma dwa terminy odpowiadające „błogosławionym” i „szczęśliwym”: „makarioi” i „eulogetoi” (lub „eulogemenoi”), a tu mamy ten pierwszy, po cóż więc zubożać biblijną polszczyznę! Za Biblią Poznańską poszła Paulińska (niestety nie moi trzej bibliści trzech wyznań) i mówi tu po prostu o szczęściu. Które jest osiągalne nie od zaraz. Pasuje tu przysłowie: „Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”.

15:34, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
wtorek, 08 września 2009
Trochę mariologii, trochę poezji

Ewangelia Mateusza 1,1-16.18-23

Dziś w Kościele katolickim święto narodzenia Maryi. Uroczystość tylko drugiej klasy, jest w cieniu takich świąt, jak Niepokalane Poczęcie czy Wniebowzięcie. No cóż, tamte niosą dogmat, Matka Boża „Siewna" (polska nazwa staropolska) to tylko tradycyjna data życiorysu, wspólna z prawosławiem. Nie napisałem słowa „dogmat" z jakąkolwiek niechęcią, nie uważam, że cała prawda o Bogu i Jego ludziach zawiera się w literalnym tekście Pisma Świętego: ma sens swoista dedukcja z tamtych danych. Niemniej ważna jest też po prostu biografia.

Wiem, że takich danych niewiele. Na dzisiaj przeznaczono lekturę początku Ewangelii Mateusza, gdzie mamy rodowód Jezusa. To jeszcze jeden dowód na to, że ludzi starożytności (i średniowiecza) niezbyt interesowała szczegółowa faktografia. Pisali teksty trochę jak ikony: malarstwo realistyczne to dopiero renesans. Reportażu nie wymyślili, uważali za oczywiste, że słowo pisane ma tak informować, jak i formować, a przede wszystkim czynić to drugie. Genealogia Mateusza różni się od Łukaszowej nawet w tak niebłahym szczególe, jak imię prawnego dziadka Jezusa, ojca Józefa. U Mateusza zwie się Jakub, u Łukasza - Heli. Jedna z teorii wyjaśniających ową różnicę brzmi: bo też Łukasz, miłośnik raczej Marii, przedstawił w istocie jej rodowód. Ale to tylko hipoteza. W apokryfie czytamy natomiast, że ojciec Maryi nazywał się Joachim.

Poezja maryjna jako wielki element naszej kultury. Wspominamy Powstanie i Wrzesień, więc wyszukałem na dzisiaj wiersz Krzysztofa Kamila Baczyńskiego „Modlitwa do Bogurodzicy". Nie przepadam za tym stylem, za dużo tu na mój gust różnych pomysłów słownych, ale dramat tamtego czasu pokazany jest w sposób przejmujący:  
”Któraś wiodła jak bór pomruków
ducha ziemi tej skutego w zbroi szereg,
prowadź nocne drogi jego wnuków,
byśmy milcząc umieli umierać.
Któraś była muzyki deszczem,
a przejrzysta jak świt i płomień,
daj nam usta jak obłoki niebieskie,
które czyste - pod toczącym się gromem.
Która ziemi się uczyłaś przy Bogu,
w której ziemia jak niebo się stała, 
daj nam z ognia twego pas i ostrogi, 
ale włóż je na człowiecze ciała.
Któraś serce jak morze rozdarła
w synu ziemi i synu nieba,
o, naucz matki nasze,
jak cierpieć trzeba.
Która jesteś jak nad czarnym lasem
blask - pogody słonecznej kościół,
nagnij pochmurną broń naszą,
gdy zaczniemy walczyć miłością.”
Kiedy zaczniemy? Sens Powstania z punktu widzenia metody ”non violence”? W każdym razie czas dzisiejszy bardziej w tym sensie Maryjny. Na szczęście nie musimy zabijać.

14:37, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 07 września 2009
Tato, co jesteś w niebie

Psalm 62

„Jedynie w Bogu szukaj pokoju, duszo moja.”

Niespokojne jest serce ludzkie, póki nie spocznie w Bogu... Język niegdyś zrozumiały, dziś w uszach młodych brzmi chyba dziwnie. Bóg jako miejsce pokoju? Może jednak sam się zlaicyzowałem i sądzę według siebie? Przecież minęły czasy królowania mentalności oświeceniowej, nastał New Age, czyli wiek religijny, choć bardzo mętnie.
W każdym razie powołanie zakonne siostry Emmanuelle, zakonnicy porównywalnej z Matką Teresą z Kalkuty, wydało mi się zrozumiałe głównie dlatego, że pamiętam o jej zaangażowaniu charytatywnym. Ponieważ jej miłość Boga przekładała się na superofiarną miłość bliźniego. Za mało we mnie mistycyzmu.

A tę autorefleksję notuję po lekturze „brulionowego” wydania jej autobiografii pod roboczym tytułem „Wyznania zakonnicy”, którą to książkę szykuje na drugą połowę października Znak. To rzecz kapitalna! Pamiętnik niezwykle szczery, osoby niezwykle uczuciowej, niezwykle silnej indywidualności. Kudy mi do niej...

Choć poglądy mamy wielce podobne. Obraz Boga, jaki tu wciąż maluję. Notuję: ”Szybko zbuntowałabym się przeciw Bogu miotającemu pioruny, srogo karzącemu każdy przejaw nieposłuszeństwa, tymczasem czuła postać była dla mnie umocnieniem. Obraz ten stał się podstawą całej mojej relacji z Bogiem. Powoli miejsce obrazu ziemskiego ojca, który pozostawił w mojej duszy dojmującą pustkę [utonął podczas kąpieli w morzu], zajmował obraz pełnego miłości Boga, zawsze strzegącego swoich dzieci”. Także bliska mi jest myśl, że „grzechy nazywane cielesnymi mają w Bożych oczach najmniejszą wagę”. Pewnie są to uczucia, które można nazwać zwierzęcymi, ale o ileż gorsze są grzechy specyficznie ludzkie: nienawiść! Pożądanie nie własnej przyjemności (to przecież pół biedy), ale przykrości bliźniego swego. To dopiero moralne paskudztwo!

Niemniej w każdej dziedzinie musi być jakaś dyscyplina, praca nad sobą, dotrzymywanie słowa. I to też pisze siostra Emmanuelle.
Język religijny młodzieży to podstawowe pytanie katechizacyjne. Tematykę tę twórczo ciągnie od jakiegoś czasu miesięcznik dominikański „W drodze”. Była tam rozmowa z księdzem Wiesławem Przyczyną, przytoczyłem tu jego opinię, że we własnych wypowiedziach młodzi mogą nazywać Jezusa nawet i okropnym słowem „zajebisty”. W numerze wrześniowym mamy z kolei rozmowę z Beatą Lasotą, która wraz z grupą przyjaciół i młodzieży przełożyła Ewangelię według świętego Jana na młodzieżowy slang. Także „Ojcze nasz” i ta modlitwa brzmi następująco: 
„No i zagadał do nich: a jak się modlicie, to nawijajcie tak:
nasz Tato, co jesteś tam w niebie,
niech Twoje Imię będzie na maksa uwielbione,
niech Twoje Królestwo tu przyjdzie.
A na ziemi niech będzie to samo,
co zaplanowałeś w Niebie.
Odpal nam to, czego dziś potrzebujemy.
I daruj nam nasze grzechy,
bo my darujemy tym, co nas zranili.
Nie daj nam przestać Ci wierzyć
i chroń nas od niekorzystnych rzeczy”.

Rozmówca pani Lasoty, Jacek Kowalski, jest wobec takich pomysłów dosyć krytyczny; mnie one nie gorszą tak, jak zgorszyło językoznawców z PAN-u, raczej śmieszy, trudno mi się oprzeć wrażeniu, że to niezamierzona parodia. Jednak tłumaczę sobie, że choć ten język całkiem nie dla mnie, uczniom może naprawdę pomóc w zrozumieniu Ewangelii. A sprawa jest nagląca, młodzież polska od Kościoła odchodzi. Nie tylko z powodu języka, ale też z tej przyczyny.

Ale biblista benedyktyn Piotr Włodyga nie daje się przekonać. W rozmowie z Katarzyną Kolską i dominikaninem Mariuszem Tabaczkiem przytacza ową krytykę językoznawców. Jak rozumiem, chodzi w istocie o to, czy Jezus mówił slangiem młodzieżowym. Otóż myślę, że nie: język ewangelii jest potoczny, niemniej jednak literacki. Jezus przecież nie mówił akurat do młodzieży. Zresztą czy ówcześni nastolatkowie mieli własną gwarę? Tylko że dzisiejsi mają i trzeba mówić do nich zrozumiale. O Bogu jako najlepszej ostoi.

18:35, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
niedziela, 06 września 2009
Błogosławieni ci, co pod wozem

Księga Izajasza 35,4-7a

„Powiedzcie małodusznym: - Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto pomsta; przychodzi Boża odpłata; On sam przychodzi, by was zbawić. Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy jak jeleń wyskoczy i język niemych wesoło krzyknie. Bo trysną zdroje wód na pustyni i strumienie na stepie; spieczona ziemia zamieni się w staw, spragniony kraj w krynice wód."

Dzisiaj, można by rzec, niedziela tych, co są pod wozem. Wybrałem pióro Izajasza, bo to poeta Biblii na miarę najwyższą, ale podobne przesłanie mamy dziś też w Psalmie 146, Liście Jakuba 2,1-5 i Ewangelii Marka 7,31-37. Bóg troszczy się o poszkodowanych przez los: „uciśnionym wymierza sprawiedliwość, chlebem karmi głodnych, wypuszcza na wolność uwięzionych"; nie wolno gorzej traktować kogoś ubogiego, w zabrudzonej szacie, niż faceta przystrojonego w złote pierścienie; Jezus uzdrawia głuchoniemego.

Czy taka też jest rzeczywistość kościelna? Różnie bywa. Gdyby było idealnie, nie byłoby apokalipsy komunizmu, bo Marks nie wyprzedziłby papieża Leona XIII w trosce o nędzę robotniczą. Gdyby było idealnie, proboszczowie polscy nie gorszyliby parafian swoim umiłowaniem mamony. Gdyby...
Ale właśnie bywa różnie. Znam księży, którzy naprawdę nie znoszą zbytku. I znam działaczki parafialnych komórek Caritas, które naprawdę przejmują się swymi podopiecznymi.

12:20, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
sobota, 05 września 2009
Nawet niż szabat

Ewangelia Łukasza 6,5

„Syn Człowieczy jest panem szabatu".

To znaczy, że jest coś większego niż różne nasze obyczaje religijne, usztywniające nas czasem duchowo. Mają nas umieszczać w pewnych życiodajnych ramach, ale nie zamykać w nich na amen. Wartość szabatu dla Żydów jest ogromna, ogromna jest wartość niedzieli dla chrześcijan, ale są to w końcu jakieś formy: to nie jest treść życia duchowego.

10:39, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
piątek, 04 września 2009
Śladem Franciszka z Asyżu

Listo do Kolosan 1,19-20

„Bóg bowiem postanowił, aby w Nim zamieszkała cała pełnia i aby przez Niego pojednać wszystko ze sobą, czy to na ziemi, czy w Niebiosach, czyniąc pokój przez krew Jego krzyża." Tłumaczenie 11 Kościołów, czyli Towarzystwa Biblijnego.
Od niedzieli będzie w Krakowie spotkanie międzyreligijne z cyklu zapoczątkowanego swego czasu w Asyżu, z inicjatywy Wspólnoty Sant`Egidio, czyli św. Idziego. Ma być to wspólna modlitwa o pokój przedstawicieli wielu religii. Nie wszyscy z nich oczywiście uważają, że w Jezusie z Nazaretu „zamieszkała cała pełnia", ale wszyscy sądzą, że religie nie są od tego, żeby kłócić, wzywać do wojny, ale żeby jednać, „czynić pokój". Działając krzyżem pokory i przebaczenia, a nie mieczem pychy i nienawiści.

14:55, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
czwartek, 03 września 2009
Łaska równa się miłość

List do Kolosan 1,1-8

”Paweł, z woli Bożej apostoł Chrystusa Jezusa, i Tymoteusz, brat, do świętych i wiernych w Chrystusie braci w Kolosach: Łaska wam i pokój od Boga, Ojca naszego. Dzięki czynimy Bogu, Ojcu Pana naszego Jezusa Chrystusa, zawsze ilekroć się za was modlimy, odkąd usłyszeliśmy o waszej wierze w Chrystusie Jezusie i o waszej miłości, jaką żywicie dla wszystkich świętych, z powodu nadziei nagrody odłożonej dla was w niebie. O niej to już przedtem usłyszeliście dzięki głoszeniu prawdy Ewangelii, która do was dotarła. Podobnie jak jest na całym świecie, tak również i u was owocuje ona i rośnie od dnia, w którym usłyszeliście o Łasce Boga i poznaliście ją w prawdzie według tego, jak nauczyliście się od umiłowanego współsługi naszego Epafrasa. Jest on wiernym sługą Chrystusa zastępującym nas; on też nam ukazał waszą miłość w Duchu.”

Wczoraj zagapiłem się i przepisałem oraz skomentowałem fragment Pisma przeznaczony na dzisiaj. Nie pozostaje mi nic innego, jak z kolei dziś zająć się którymś z tekstów wczorajszych.
W początkowych wersetach Listu do Kolosan (Pawłowego lub raczej napisanego przez któregoś z Pawłowych uczniów) mówi się o Bożej Łasce. Słowo obrosło niedobrymi obrazami: kojarzy się z wielkopańskim gestem jakiegoś feudała, który mógłby zlekceważyć sługę, ale raczy coś mu podarować. Mówi się zatem dzisiaj: „bez łaski!". Ale termin biblijny, tak grecki, jak i hebrajski, nie pozwalają na podobne asocjacje. W języku czeskim „łaska" znaczy „miłość", a „miłość" - „łaska": to po prostu przychylność, życzliwość. Oczywiście Bóg jest wielki, a człowiek przy Nim malutki, ale trzeba odrzucić tamte wyobrażenia: On jest nam po prostu nieopisanie życzliwy. Uosobieniem tej życzliwości jest Syn Boży, nasz Zbawiciel, a zbawienie nie jest potępieniem. Wciąż za mało takiej mowy z polskich ambon, wciąż za dużo zacierających to biblijne przesłanie morałów.

19:02, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
środa, 02 września 2009
O głębi

Ewangelia Łukasza 5, 1-11

”Gdy tłum cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret, zobaczył dwie łodzie stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: - Wypłyń na głębię i zarzuć sieci na połów. A Szymon odpowiedział: - Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. Skoro to uczynił, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na wspólników w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: - Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny. I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali: jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: - Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim.”

„Wypłyń na głębię”. Tymi słowami Jan Paweł II wzywał młodzież do głębszego życia duchowego. Słowo „głęboki” ma raczej sens pozytywny, ale rożnie bywa. W końcu mamy w Biblii psalm 130(129), gdzie mowa jest o głębi grzechu. Ale to w liczącym się dzisiaj pisarstwie religijnym raczej wyjątek. W socjologii religii mamy kategorię „głęboko wierzący”, oznaczającą oczywiście tych duchowo lepszych (swoją drogą jest dość dziwne, że skłania się ludzi do takich samookreśleń: przecież to okropne samochwalstwo, czysty faryzeizm!).

Wypłynięcie na głębię jeziora dało połów tak obfity, że zachęcił Szymona, Jakuba i Jana (apostolską czołówkę) do pójścia za Mistrzem. Jaka mowa i jakie pisanie religijne skłaniają dzisiaj ludzi do uwierzenia w Kościół. Napisałem nie przypadkiem: „do wiary w Kościół”, bo sama wiara w Boga przecież nam nie wystarcza, nam, apostołom katolickim „hic et nunc”. Mimo całego naszego otwarcia uważamy, że choć różne są drogi duchowe, jednak najlepsza jest nasza.

Ale - po pierwsze - odróżniam wiarę w Boga od wiary w Kościół też dlatego, że uznaję wielką nieraz wiarę w Boga u ludzi dalekich od formalnych granic Kościoła rzymskokatolickiego czy w ogóle chrześcijaństwa. Ich nie trzeba nawracać: może raczej nawracać Kościoły w ich stronę - tak, by mogli zobaczyć ich naprawdę Bożą twarz.
Teraz po drugie właśnie: która to mianowicie droga mego Kościoła jest najlepsza: katolicyzm dziś niejedno ma nie tyle imię, ile oblicze? Na przykład w Polsce, gdzie różnica między Radiem Maryja a kilkoma miesięcznikami katolickimi („Więzią”, ,,Znakiem”, „W drodze”, „Listem”, „Przeglądem Powszechnym”) i „Tygodnikiem Powszechnym” jest oczywista. I można zapytać, czy jest jakieś obiektywne kryterium oceny, po której stronie jest duchowo głębiej?

PS. Ucieszyłem się przeczytawszy parę dni temu w KAI wypowiedź kardynała berlińskiego Sterzinskiego z krytycznym wspomnieniem o chłodnej odpowiedzi biskupów niemieckich na nasze historyczne orędzie z Roku Pańskiego 1965.
A towarzysz Putin? Jest jednak pewien postęp: kiedyś w sławnej anegdocie Rosjanie na krytykę ich zachowań odpowiadali krótko: a u was biją Murzynów. Teraz przynajmniej jakieś mea culpa.

15:26, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 01 września 2009
Nie bój się lęku

Psalm 27

”Pan moim światłem i zbawieniem moim,
kogóż miałbym się lękać?
Pan obrońcą mego życia,
przed kim miałbym czuć trwogę?
O jedno tylko proszę Pana, o to zabiegam,
żebym mógł zawsze przebywać w Jego domu
przez wszystkie dni życia.
Abym kosztował słodyczy Pana,
stale się radował Jego świątynią.
Wierzę, że będę oglądał dobra Pana,
w krainie żyjących.
Oczekuj Pana, bądź mężny,
nabierz odwagi i oczekuj Pana.”

Jeśli Bóg moim obrońcą, kogo miałbym się bać? Pewnie nikogo. Pewnie jest to kwestia siły mojej wiary. Ale przecież nie tylko. Nie myślę w tej chwili o sobie, tylko o ludziach mi bliskich, którzy się boją. Boją się, bo taką mają psychikę. Chorą. Jednemu zaczyna się alzheimer, strasznie przeżywa te początki, bo ma coraz większe kłopoty. Boi się, że znów nie pozna na ulicy kogoś z najdawniejszych znajomych, jak to mu się zdarza coraz częściej. Drugi ma chorobliwe skrupuły na różne tematy, stałą depresję, w porywach straszną. Trzeci boi się przyznać do swojej choroby i on może cierpi najbardziej, bo jego lęk jest piętrowy: boi się własnego strachu.

„Oczekuj Pana, bądź mężny". Nie, nie wierzymy, że to czekanie na Godota. Ale Jego przyjście opóźnia się czasem strasznie.

17:23, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
Archiwum