Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
sobota, 30 września 2006
Przyszłość - ciemność

Ewangelia Łukasza 9, 43b-45


"Gdy wszyscy byli pełni podziwu dla wszystkich czynów Jezusa, On powiedział do swoich uczniów: - Weźcie wy sobie dobrze do serca te właśnie słowa: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Lecz oni nie rozumieli tego powiedzenia; było ono zakryte przed nimi, tak że go nie pojęli, a bali się Go zapytać o nie".


Czasem przyszłość jest wręcz niewyobrażalna: uczniom Jezusa nie mieściło się w głowie, że mający takie olbrzymie sukcesy Mistrz może potwornie przegrać. Przyszłość jest zakryta przed nami absolutnie.

00:06, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
piątek, 29 września 2006
Z Michałem na czele

Księga Apokalipsy 12, 7-9


"Nastąpiła walka w niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale nie przemógł, i już się miejsce dla nich nie znalazło. I został strącony wielki Smok, Wąż Starodawny, który zwie się diabeł i szatan, zwodzący całą zamieszkałą ziemię, został strącony na ziemię, a z nim strąceni zostali jego aniołowie".


Obraz, którego dosłowne rozumienie byłoby naiwne, ale lekceważenie - dogmatycznie racjonalistyczne. Żyjemy w czasach Apokalipsy: Auschwitz, Kołyma, a po upadku tamtych diabelstw tyle jeszcze nieziemskich potworności: Srebrenica, Nowy Jork... Wszystko można od biedy wytłumaczyć "rozumowo", bez kolizji ze zwyczajną empirią, ale można również zadumać się nad rzeczywistością i zapytać, czy nie ma jakiejś innej, która na tą widzialną wpływa. Czy jeśli jest osobowy Absolut dobra, to czy nie ma również innych duchowych osób, które są uosobieniem zła, oraz takich, które służą Bogu i nam?


Również nam: 2 października wspominamy i czcimy aniołów szczególnego przydziału: stróżów naszych codziennych. Są takowi? Znam ludzi, którzy szczególnie liczą na ich pomoc, co do mnie - zwracam się zawsze do Boga bezpośrednio, ale nie lekceważę tamtej pobożności, żywej wiary, że "mnie od złego aniołki strzegą". Mój Michał bardzo długo myślał, że ów wierszyk pobożny brzmi: "... aniołki z czego?", dziwił się, czemu nagle takie pytanie o konsystencję owych duchów, ale jakoś nie zapytał o to swoich nauczycieli także seminaryjnych. I doznał oświecenia od zwykłych parafian dolnośląskich, pochodzących z kresów wschodnich, gdzie wymawiało się takie słowa porządnie, ba, nawet, gdzie jest miasto Strzegom.
Do poniedziałku jednak jeszcze daleko, a dzisiaj mamy święto nie tylko naczelnego wodza niebieskiej armii, też dwóch innych archaniołów: Gabriela i Rafała.


Pierwszego znamy między innymi z Ewangelii Łukasza jako zwiastuna dobrej nowiny Marii w Nazarecie oraz kapłanowi Zachariaszowi w świątyni jerozolimskiej. Temu drugiemu zapowiada, że doczeka się syna (Jana Chrzciciela), o co bardzo się modlił, a nadzieja była niewielka, bo był już staruszkiem i żona też. W najwcześniejszym dzieciństwie Jezusa odegrał dalej rolę doradcy jego przybranego ojca Józefa, o czym opowiada z kolei ewangelia Mateusza, z tym, że nie ujawnia imienia "anioła Pańskiego".


Rafał (Rafael) to wreszcie bohater Księgi Tobiasza, towarzysz podróży tytułowej postaci oraz uzdrowiciel jej ojca.

00:01, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 28 września 2006
Marność

Księga Koheleta 1,2-11


”Marność nad marnościami - powiada Kohelet - marność nad marnościami, wszystko marność. Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, jaki zadaje sobie pod słońcem? Pokolenie przychodzi i odchodzi, a ziemia trwa po wszystkie czasy. Słońce wschodzi i zachodzi, i na miejsce swoje spieszy z powrotem, i znowu tam wschodzi. Ku południowi ciągnąc i ku północy wracając, kolistą drogą wieje wiatr i znowu wraca na drogę swojego krążenia. Wszystkie rzeki płyną do morza, a morze wcale nie wzbiera; do miejsca, do którego rzeki płyną, zdążają one bezustannie. Mówienie jest wysiłkiem: nie zdoła człowiek wyrazić wszystkiego słowami. Nie nasyci się oko patrzeniem ani ucho napełni słuchaniem. To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem. Jeśli jest coś, o czym by się rzekło: - Patrz, to coś nowego, to już to było w czasach, które były przed nami. Nie ma pamięci po tych, co dawniej żyli, ani po tych, co będą kiedyś żyli, nie będzie wspomnienia o tych, co będą potem.”

 
Początek księgi biblijnej niewątpliwie dziwnej. Biblia Poznańska: ”Wprawdzie autor daje wyraz swojej wierze w istnienie Boga - chociaż ani razu nie nazywa Go imieniem Jahwe - ale daremnie szukalibyśmy u niego jakiejkolwiek wzmianki o przymierzu Jahwe z Izraelem, o Prawie, kulcie, Świątyni, o obowiązkach narodu względem Jahwe itd. (...) Rozważania na temat ludzkiej egzystencji, szczęśliwej czy nieszczęśliwej, celowej czy bezcelowej , prawie całkowicie przyćmiewają pierwiastek ściśle izraelskiej teologii. Z tego względu dzieło Koheleta można by nazwać traktatem o człowieku.” I można by powiedzieć, że to lektura bardzo na czasie: dla naszej sceptycznej epoki, dla ludzi, którzy widzą przemijalność wszystkiego, marność wartości głoszonych przez ideologów. ”Szalony ten, co by w dzisiejszych czasach co mniemał albo i nie mniemał” - Gombrowicz.


Nie jest to jednak, wbrew plotce, tekst bez słowa o Bogu: jest o Nim mowa po wielekroć. To księga  jakby bezwyznaniowa (dlatego z trudem weszła do kanonu żydowskiego), ale przecież nie bezreligijna. Zakończenie napisał uczeń mędrca Koheleta (Eklezjastesa, jak go nazywano z grecka) i  powiada wyraźnie: ”Istotą wszystkiego, czegoś wysłuchał, jest, byś Boga się bał i przykazań Jego przestrzegał. To jest obowiązek każdego człowieka. Bóg przywiedzie bowiem każdy uczynek przed sąd, wszystko, co utajone: i dobre, i złe.” To się ostaje sceptycyzmowi.

Księga - zabytek kultury klasy zerowej: ileż w niej słów skrzydlatych!

12:16, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
środa, 27 września 2006
Suknie

Ewangelia Łukasza 9,3


"I rzekł do nich: - Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby, ani chleba, ani pieniędzy. Nie miejcie też dwóch sukien."


Owe suknie skojarzyły mi się z sutanną, czyli z ubiorem księży, niewątpliwych odpowiedników apostołów, których rozesłał Jezus z powyższą instrukcją. Dzisiejsi księża coraz rzadziej chodzą w sukniach, czemu trudno się dziwić, bo panie też. Nie wszyscy też stosują się do polecenia Jezusa, żeby nie dbać o odzienie. Niemniej znam dwóch takich, co chodzą jak łachudry. Przede wszystkim mój kuzyn Jerzyk, zwany poza rodziną księdzem Jureczkiem, inicjator ruchu opieki nad bezdomnymi,, który niczym się nie różni od Brata Alberta. Chodzi co prawda stale w sutannie, ale całokształt ubioru ma w takim stanie nieduchownym, że chyba właśnie dostał go od tamtego świętego. Drugi to Michał, trochę bardziej elegancki, ale też dziadyga. To również obiekt opieki mojej żony, wybitnego kostiumologa kleru: kupuje im kurtki, koszule, z koloratką rzecz jasna. Może i niepotrzebnie: niech chodzą obdarci, bo to mimo wszystko znak Ewangelii.

17:43, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 września 2006
Mądrość Narodu

Księga Przysłów 21, 13


"Kto uszy zatyka na krzyk ubogiego, sam będzie wołał bez skutku". To przekład Biblii Tysiąclecia (Tynieckiej), Poznańska ma: „Kto uszy zatyka na krzyk maluczkiego, sam będzie wołał i nikt mu nie odpowie". Sposób tłumaczenia tej księgi jest szczególnie ważny, bo dzieło określane jest jako wręcz poetyckie. Cytuję wstęp do księgi w Biblii Poznańskiej: "Wybór myśli, wzniosła mowa, paralelizm członków i rytm - przy czym każdy wiersz został podzielony na dwa, a czasem trzy stychy - oto główne rysy tej poezji". Poezja - ale otwarcie dydaktyczna: tekst należy do tzw. ksiąg mądrościowych, zawierających tę mądrość, którą nazywamy życiową.


Odwiedzając naszą "daczę" przed zimą, przejeżdżałem w niedzielę dwa razy przez podwarszawską Górę Kalwarię, gdzie kiedyś mieszkał cadyk tak sławny, że podobno głównie dla pielgrzymujących doń Żydów wybudowano kolejkę wąskotorową. Mądrość Narodu Wybranego, zawarta także w "szmoncesach", zadziwia swoją celnością. Księgę Przysłów napisał chyba częściowo sam Salomon, cała na pewno świadczy, że przysłowia są mądrością narodów.
Acz nie są to oczywiście instrukcje szczegółowe: nie dowiemy się na przykład z cytowanego zdania, czy żebrak uliczny wart jest zawsze jałmużny. Czy nie lepiej w ogóle walczyć z biedą w inny, głębszy sposób.

13:38, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 września 2006
Pod korcem

Ewangelia Łukasza 8,16-17


"Jezus powiedział do tłumów: - Nikt nie zapala lampy i nie przykrywa jej garncem ani nie stawia pod łóżkiem; lecz stawia na świeczniku, aby widzieli światło ci, którzy wchodzą. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajemnego, co by nie było poznane i na jaw nie wyszło".

Zamiast owego garnca Marek ma przysłowiowy korzec (naczynie olbrzymie), który mi się kojarzy z taką oto opowieścią o pewnym młodym człowieku. Pouczał on przyjaciela, by nie chował jakiejś sprawy pod kocem. Przyjaciel: - Kaziu, w Piśmie Świętym nie ma tam koca, przypomnij sobie, pod czym. Kazio myśli, myśli: - Pod kołdrą.


Dość żartów. "Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione". Niesamowicie brzmią te słowa tu i  teraz. Także dlatego, że nawet najlepsze przebadanie dostępnych nam materiałów wiadomego pochodzenia nie zrzuci zupełnie korca, którym był komunizm, pierwsza przyczyna straszności teczek. I nie odsłoni w pełni serca człowieka, które nawet on sam zna nie najlepiej.
Jeden Bóg wie, jak naprawdę było.

12:34, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 września 2006
Być ostatnim

Ewangelia Marka 9, 33-35


"Tak przybyli do Kafarnaum. Gdy był w domu, zapytał ich: - O czym to rozmawialiście w drodze? Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: - Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich".


Mamy tu wszystko. Istotę wiary chrześcijańskiej, która jest w słowach: być ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich. Oraz istotę naszej ludzkiej istoty, która chce wręcz przeciwnie: być pierwszym i panem wszystkich. Nasze „ja" jest nie do zdarcia.

17:54, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
sobota, 23 września 2006
Co potem?

1 List do Koryntian 15, 35-37.42-44


"Powie ktoś: a jak zmartwychwstają umarli? W jakim ukazują się ciele? O, niemądry! Przecież to, co siejesz, nie ożyje, jeżeli wprzód nie umrze. To, co zasiewasz, nie jest od razu ciałem, którym ma się stać potem, lecz zwykłym ziarnem, na przykład pszenicznym lub jakimś innym. Podobnie rzecz się ma ze zmartwychwstaniem. Zasiewa się zniszczalne, powstaje zaś niezniszczalne; sieje się niechwalebne, powstaje chwalebne; sieje się słabe, powstaje mocne; zasiewa się ciało zmysłowe, powstaje ciało duchowe. Jeżeli jest ciało ziemskie, powstanie też ciało niebieskie".
"Gdy się człowiek robi starszy,
wszystko na nim trochę parszy-
-wieje" -
napisał sobie kiedyś wieszcz i nie musiał być geniuszem, bo jacy jesteśmy po którymś krzyżyku, każdy widzi, a staruszek myśli, co będzie potem. Moja teologia jest taka, żeby za dużo nie myśleć, bo niewiele wymyślimy. Powtarzam wszem i wobec wiadomość, którą podobno któryś zmarły przekazał pewnemu żyjącemu po łacinie: "Totaliter aliter" - "Całkiem inaczej”. Owszem, wierząc po chrześcijańsku mniemam, że po pierwsze w ogóle "coś" będzie, po drugie, że nie będzie to sama "dusza", bo człowiek jest nierozdzielną jednością ducha i ciała i jeśli nawet będzie po śmierci czas  rozwodu, czekania na powstanie z martwych całego człowieka (co śmielsi teologowie mówią, że "tam" nie ma czasu, więc rozstania nie będzie, zmartwychwstanie będzie "zaraz"), to przyszłość pośmiertna jest przedziwna. Z jakimś nowym, nieskończenie lepszym ciałem. Jakim? Powtarzam: nie pytajmy, czekajmy na odpowiedź, niektórzy nie będą długo czekać... Acha, no i po trzecie: nikt nam nie gwarantuje, że po śmierci ustaną wyrzuty sumienia, mogą być nawet całkiem prywatnym piekłem. Morał zatem: mnóżmy je sobie teraz, nie odkładajmy "na zaś" - regulujmy rachunki.


PS. Sprawa doczesna, ale wspaniała: wczorajsza Msza za zmarłych członków KOR-u w warszawskim kościele św. Marcina na Piwnej, tak bliskim tamtej historycznej inicjatywie. Przewodniczył biskup Bronisław Dembowski wraz z sześcioma księżmi: rektorem kościoła Andrzejem Gałką oraz Romanem Indrzejczykiem, Stanisławem Małkowskim, Sławomirem Sosnowskim, Sławomirem Szczepaniakiem, Zdzisławem Wojciechowskim. Bóg zapłać biskupowi za piękne kazanie, Bogdanowi Michałowiczowi za modlitwę powszechną, wszystkim za wszystko. Światło pośród ciemności, które mamy po 30 latach.

00:03, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 września 2006
Kościół, kobiety, kozy

Ewangelia Łukasza 8,1-3


"Jezus wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o Królestwie Bożym. A było z nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które uwolnił od złych duchów i od słabości: Maria zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, zarządcy u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia".


Bardo ważny tekst, bo w ogóle temat kobiecy nie jest w Biblii najczęstszy, a tu poza tym mamy parę istotnych informacji. Personalia: Magdalenę opuściło siedem złych duchów, nie wynika jednak z tego, że były to duchy rozpusty, nic w Biblii nie dowodzi, że grzeszyła akurat w łóżku. Wynika natomiast, że była człowiekiem wybitnym, po zmartwychwstaniu Chrystusa pierwszym jego świadkiem, a za  ziemskiego życia być może szefową grupy kobiet, które nie tylko słuchały, także służyły żywnościowo, może głównie owa Joanna, żona prominenta zapewne bogatego.


W ogóle "kobiety stają u rozstajnych dróg", mówiąc mocniej: my rządzimy światem a nami - kobiety. Niedobrze jednak, gdy są tylko eminencjami szarymi: nie muszą być koniecznie zaraz kardynałami, czyli eminencjami purpurowymi, ale jeśli były kiedyś diakonisami, czyli damskimi diakonami, to i teraz chyba mogłyby pełnić w moim katolickim Kościele takie hierarchiczne role. Co przypomniała mi książka Laury Swan (WAM, Kraków 2005) pt. "Zapomniane matki pustyni. Pisma, życie i historia", zawierająca nawet rytuał obrzędu, w którym święcono takie "księżne" (rodzaj żeński od "ksiądz").


Biblia, bibliografia, teraz anegdota - fakt wiele mówiący. W wywiadzie ks. Adama Bonieckiego, który ukaże się zapewne jutro w "Arce Noego", redaktor naczelny "Tygodnika Powszechnego" opowiada, jak pewien Afrykańczyk jednak się ochrzcił. Przyznał się bez bicia, że ma dwie żony, więc kapłan mu powiedział, że w tej sytuacji niestety nie. Kandydat do sakramentu posłuchał, poszedł i wraca. - Chcę się ochrzcić. - Ale masz przecież dwie żony! - Już mam tylko jedną. - ? - Drugą sprzedałem. Za kozę. Komentarz ks. Bonieckiego: - W ten sposób przynajmniej zapewnił kobiecie inny dach nad głową. A w ogóle  - tłumaczy naczelny "Tygodnika" - bardzo mądry jest pogląd niektórych tamtejszych biskupów, że wielożeńcy nie muszą przyjmować chrztu sakramentalnego i w tym celu redukować rodzinę: przecież jest od wieków w doktrynie chrześcijańskiej tzw. chrzest pragnienia - samo rzeczywiste, religijne, nie np. ekonomiczne, pragnienie chrztu zastępuje sakrament. I nie trzeba żadnej kozy...


No cóż, awans kobiety to w innych niż nasza kulturach sprawa jeszcze trudniejsza. Na szczęście wielożeństwo jest źle widziane tak przez Kościoły, jak i feministki.
Teraz znów bibliografia. Wrześniowy numer krakowsko-katolickiego "Listu", gdzie naczelną jest dama, Elżbieta Konderak, jak zwykle ciekawy. Polecam osobliwie tekst dominikanina, ks. Pawła Trzopka, o tzw. kodzie Biblii, czyli idiotyzmie prawie tak wielkim, jak "Kod Leonarda da Vinci".


Na koniec melduję coś osobistego: nie że jestem kobietą, ale że dziś św. Jonasza (niestety nie tego biblijnego od ryby), a jest to moje imię (hebrajski odpowiednik Jana, może raczej Jasia) jako felietonisty "Gazety". Co czynię wyłącznie dla śmiechu, który przecież zdrowiem jest.

01:02, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 września 2006
Mateusz zlustrowany

Ewangelia Mateusza 9,9-13


"Gdy Jezus wychodził z Kafarnaum, ujrzał człowieka siedzącego w komorze celnej imieniem Mateusz i rzekł do niego: - Pójdź za mną. On wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: - Dlaczego wasz nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami? On, usłyszawszy to, rzekł: - Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.".


Dziś dzień Mateusza, apostoła i ewangelisty. Co prawda oba określenia, obie role są trochę wątpliwe.

Najprawdopodobniej Mateusz z Ewangelii jego imienia i z list apostołów w Ewangelii Łukasza  i Dziejach Apostolskich, to Lewi, syn (albo - żeby było jeszcze dziwniej - brat) Alfeusza u Marka i po prostu Lewi u Łukasza, niemniej trochę dziwna jest ta różna ”nomenklatura" i dała niektórym biblistom podstawę do twierdzenia, że chodzi o dwóch różnych ludzi. Nie wszyscy też bibliści akceptują tradycję, że autorem Ewangelii Mateusza był aby na pewno Mateusz (tak też jest zresztą np. z Ewangelią Jana). Pamiętam jednak jeden z argumentów „przeciw": że jest to tekst dziwnie mało osobisty jak na to, że napisał go  uczestnik opisywanych wydarzeń -  ale przecież nie wszyscy autorzy lubią wyciskać na tekście swoje piętno!


Gdy jesteśmy przy piętnach: bohater dzisiejszego dnia nosił na sobie znamię kolaboranta, może nawet TW, bo był celnikiem, czyli "czynownikiem" rzymskiego okupanta. Co gorsza, ci poborcy podatkowi mieli opinię "korupcjonistów": podejrzewano, że część obowiązkowej daniny dawali sobie. Jaki był w tej mierze Mateusz przed powołaniem go na apostoła, trudno powiedzieć, chciałbym natomiast powiedzieć tutaj, co myślę o lustracji. Problem-powódź, co więcej, jam z Bożej Łaski teolog, nie politolog, niemniej swoje myślę. Otóż to moje to porównanie zapału ostrych lustratorów do obsesji seksualnej etyków kościelnych. Jedni i drudzy uważają swój temat za najważniejszy, swoje przykazanie za prawie jedyne. Z czego się bierze myślenie następujące: nieważne, że facet był przywódcą strajku, ważne, że przedtem gadał za dużo porucznikowi, nieważne, że inny pracował ciężko na żonę i dzieci, ważne, że ową żonę zdarzyło mu się raz zdradzić. Miej proporcje, mocium panie! Amen!

00:13, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 20 września 2006
Nie być cymbałem

1 List do Koryntian 13,1-7.13


”Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadł wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, tak iż bym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał. Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. (...) Tak więc trwają wiara, nadzieja i miłość, te trzy; z nich zaś największa jest miłość."


Oto jeden z najpiękniejszych tekstów nie tylko Biblii, ale całej ludzkiej literatury. Arcydzieło poezji - i teologii: dobroć awansowana absolutnie. Wyniesiona ponad wiarę i nadzieję, ponieważ tamte dwie nie będą potrzebne, osiągną już swój cel w przyszłym życiu; dlatego hymn kończy się słowami: ”z nich największa jest miłość". Najwyższe kryterium oceny człowieka także dlatego, że wiara bez miłości nic nie warta, liczy się natomiast miłość bez zwerbalizowanej wiary, np. różnych ”chrześcijan anonimowych".


I tylko pytanie na czasie pośród awantury z islamem: czy miłość do inaczej wierzących nakazuje zawsze milczeć o ich braku miłości do nas? Miłość musi być cierpliwa w taki sposób? Papież przecież postawił muzułmanom dotkliwy zarzut, że wołają o tolerancję tylko wtedy, gdy sami są mniejszością. Cytuję: ”Cesarz z pewnością wiedział, że sura 2,256 mówi: Nie ma przymusu w religii. Według ekspertów jest to jedna z wcześniejszych sur, pochodząca z czasów, gdy Mahomet sam nie miał jeszcze władzy i czuł się zagrożony. Ale cesarzowi były też oczywiście znane nakazy powstałe w późnym okresie i zawarte w Koranie, mówiące o świętej wojnie”. To zarzut wręcz wobec samego Proroka, ba, samego Koranu  - i chyba na tym polega niezręczność papieża, bo muzułmanie nie krytykują (chyba?) samego Jezusa. Poza tym według polskich specjalistów w islamie nigdy nie było pojęcia ”świętej” czy religijnej wojny, a jeżeli już, to tylko wojny w obronie własnej (Agata Marek, Agata S. Nalborczyk: hasło ”dżihad” w książeczce: ”Nie bój się islamu”. Leksykon dla dziennikarzy”. Biblioteka ”Więzi”, Warszawa 2005). Niemniej muzułmanom o wiele lepiej jest w Europie niż chrześcijanom w większości państw muzułmańskich. Oraz zapewne BXVI mniej szanuje islam niż JPII, tylko pamiętajmy, że ”nasz papież” z kolei kiedyś mocno uraził buddystów. I nie było awantury tylko dlatego, że buddyści najłagodniejsi z łagodnych. Zatem dialog nie jest romansem, miłość chrześcijańska - tym bardziej...

00:06, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 19 września 2006
Znów o cudach

Ewangelia Łukasza 7, 11-17


Wskrzeszenie młodzieńca z Nain (albo Naim: nazewnictwo biblijne nie jest jednolite). Jezus przywraca do ziemskiego życia jedynego syna wdowy, którego właśnie wynoszono na marach. Po słowach Jezusa ”Młodzieńcze, mówię ci: wstań!” zmarły usiadł i zaczął mówić.


Opowieść o tym cudzie mamy tylko u Łukasza. Gdy jakieś wydarzenie poświadcza tylko jeden ewangelista, bibliści skłonni są kwestionować jego historyczność w dzisiejszym sensie tego słowa. Jeśli chodzi o cuda biblijne, sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. W ogóle jeśli chodzi o cuda: pisałem nieraz, że pojęcie praw natury, które cud miałby gwałcić, nie pasuje do obecnego przyrodoznawstwa. Ks. Walter Kasper, obecny kardynał kurialny, w przetłumaczonym na polski dziele pt. ”Jezus Chrystus" napisał, że ”jednoznacznie stwierdzalny byłby cud tylko wtedy, gdybyśmy rzeczywiście potrafili poznać wszystkie prawa natury i w każdym poszczególnym przypadku je przeniknąć". Zatem i teologia subiektywizuje sprawę, wiąże ją z wiarą, która jest potrzebna tak do odebrania niezwykłego wydarzenia jako znaku dla siebie, jak i przedtem do tego, by takie wydarzenie zaistniało: w Ewangeliach wyczytać można, że cudotwórcza moc Jezusa nie mogła działać tam, gdzie Go odrzucano, jak np. w rodzinnym Nazarecie (Ewangelia Marka 6,5). No i Kasper stwierdza wyraźnie: ”Bóg domaga się od człowieka wolnej odpowiedzi, dlatego cuda nigdy nie mogą stać się jednoznacznym dowodem dla wiary".


Jesteśmy dziś świadkami szczególnych dyskusji w tej dziedzinie, mianowicie pochodzenia pewnych materialnych obiektów. Stara sprawa Całunu Turyńskiego i nowa Chusty z Manopello: są to dzieła rąk ludzkich czy też jednak rzeczywiście autentyczne wizerunki Chrystusa, powstałe w wyniku zetknięcia Jego twarzy z takim lub innym materiałem. Jest też trzeci taki obiekt: wizerunek Maryi z meksykańskiego sanktuarium Guadalupe. Biblioteka ”Więzi" wydała przed wakacjami książkę Zbigniewa Treppy na temat tej trzeciej swoistej ikony. Powstałaby ona w sposób zbliżony do tego, w jaki zaistniał Całun Turyński: jako rodzaj fotografii. Twarz matki Jezusa odbiłaby się mianowicie na opończy XVI-wiecznego Indianina, Azteka, o hiszpańskim imieniu Juan Diego (Jan Jakub), podczas mistycznej wizji, jakiej doświadczył. Tu też mamy podobnie jak w przypadku tamtych obrazów europejskich po prostu spór różnych specjalistów a nie ludzi wierzących i niewierzących, choć oczywiście wiara religijna skłania do twierdzenia, że nie są to zwykłe dzieła malarskie. Ikona z Guadalupe byłaby przy tym dziełem szczególnie, jeśli to dobre określenie, nadnaturalnym, bo powstałaby w jakimś zetknięciu kawałka materii nie z fizycznym ciałem człowieka, ale z obiektem wizji mistycznej. Argumenty za i przeciw? Krytycy powołują się przede wszystkim na późne pochodzenie wiadomości o objawieniach, na naukową wątpliwość, czy źródłowy tekst powstał rzeczywiście w czasach Juana Diega, czy w ogóle był ktoś taki (choć został kanonizowany przez Jana Pawła II!). Argumenty obrońców są przede wszystkim fotograficzne: Treppa powołuje się na opinie różnych uczonych badających technikę malarską obrazu, z których wynika właśnie, że żaden malarz tu nie działał. Oczywiście sam nie mam zdania, a jeżeli mam, to tylko takie, żeby sprawy nie dogmatyzować w żadną stronę. W ”Arce Noego" napisał o niej przed laty Artur Domosławski, twierdząc, że w Meksyku hierarchia katolicka zrobiła z jednej (tej, której broni Treppa) opinii kryterium prawowierności. Jest to psychologicznie zrozumiałe: Juan Diego jest symbolem religijno-narodowym nie tylko Meksyku: całej zgwałconej pięć wieków temu Ameryki indiańskiej. Ale duszpastersko - błędne. Tak jednak, jak błędny jest tutaj także racjonalistyczny aprioryzm.

11:27, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 18 września 2006
Dorosłe dzieci

Ewangelia Łukasza 2,41-52


Dziś w Polsce wspominamy liturgicznie św. Stanisława. Nie tego biskupa zamordowanego przez Bolesława Śmiałego, tylko chłopaczka szesnastowiecznego, też duszę rogatą, tylko inaczej. Mało pobożne życie dworskie bogatej szlachty nie odpowiadało Stasiowi, rwał się do zakonu, do niedawno powstałego i bardzo prężnego Towarzystwa Jezusowego (jezuitów). Krótkie życie (osiemnastoletnie) pełne było samodzielnych decyzji i wysiłków w rodzaju pieszej wędrówki setkami kilometrów. Jest patronem młodzieży, a patronuje jej również Jezus z dzisiejszej opowieści Łukasza.


Otóż udał się z rodzicami do Jerozolimy na święto Paschy. Według Ewangelii miał wtedy lat 12, więc chyba nie musiał odbyć tej pielgrzymki, która obowiązywała dopiero mężczyzn 13-letnich, ale sprawa nie jest całkiem jasna, zresztą nie najważniejsza. Ważna jest natomiast decyzja chłopca, by po skończonych uroczystościach świątecznych zasiąść wśród "uczonych w Piśmie" i zabłysnąć przed nimi bystrością umysłu i stosowną wiedzą. Nie powiedział jednak o tej decyzji rodzicom, którzy wracając do domu i nie mając Go koło siebie myśleli, że jest gdzieś dalej wśród wracających pątników. Stwierdzili, że Go tam nie ma dopiero po całym dniu drogi, wrócili więc do Jerozolimy i znaleźli Go w Świątyni w całkiem dorosłej roli. Nastąpiła zrozumiała wymówka Marii: "Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec twój i ja z bólem serca szukaliśmy ciebie." I odpowiedź syna: "Czemuście mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?" Łukasz dodaje: "Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział". No cóż, my - w przeciwieństwie do Marii i Józefa - w pełni rozumiemy, że Ojcem Jezusa jest Bóg, ale pytamy, czy wymówka Marii nie była słuszna, czemu im nie powiedział, że zostaje, czemu naraził ich na takie nerwy. Można Jego postępowanie tłumaczyć tak czy inaczej, jedno jest pewne: już wtedy nastąpił konflikt między Jego normalnym ludzkim życiem a „nadnormalną" misją. Czytamy co prawda dalej, że wróciwszy do Nazaretu był im poddany (posłuszny); dopiero w wieku lat 30 rozpoczął działalność jeszcze dziwniejszą.

12:17, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 września 2006
Piotr, opoka, szatan

17 września 2006

Ewangelia Marka 8,27-35


Streszczam: Jezus przepytuje uczniów, za kogo jest uważany przez innych ludzi. Odpowiedzieli mu, że różnie: jedni uważają Go za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, szczególnego proroka żydowskiego, wziętego do nieba na wozie ognistym i mającego powrócić na ziemię, jeszcze inni za innego proroka.  Wtedy Jezus zapytał: - A wy za kogo mnie uważacie? Odpowiedział w imieniu pozostałych jedenastu Szymon Piotr: - Tyś jest Mesjasz. Marek pomija dalej słowa Chrystusa, które są w Ewangelii  Mateusza, ustanawiające Piotra opoką Kościoła i dające mu klucze do Królestwa Niebieskiego. Czemu ta „wypustka"? Trafia mi do przekonania hipoteza biblistów, że widać tu pokorę Piotra, „nadredaktora" Ewangelii Marka: nie chciał rozgłaszać tego wyróżnienia. Pozwolił mu natomiast na wręcz przeciwną wiadomość: że Jezus nazwał ową opokę szatanem. Tak jest: szatanem! Mianowicie Piotr zareagował negatywnie na słowa Jezusa, że Syn Człowieczy (czyli On sam) musi wiele wycierpieć, że będzie odrzucony przez starszyznę żydowską, arcykapłanów i „uczonych w Piśmie", że zostanie zabity i po trzech dniach zmartwychwstanie. Szefowi sztabu potężnego cudotwórcy nie mieściło się to w głowie, zaczął Mistrza przekonywać, że nie może Go to spotkać. Otóż Chrystus zobaczył w takiej reakcji Piotra głęboko błędną koncepcję władzy: ma ona polegać nie na panowaniu, ale na służbie. Są na końcu dzisiejszego fragmentu Ewangelii Markowej słowa-klucz do chrześcijaństwa: „Jeśli ktoś chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje". Zatem moja puenta: owszem , wyraźny prymat Piotrowy, choć niekatolicy są przeciw - ale w wersji pokornej. Na szczęście coraz mniej jest w obyczajach watykańskich stylu monarchicznego: padania na kolana przed uczniem Chrystusa, którego On nazwał opoką, ale zaraz potem szatanem.

10:57, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
sobota, 16 września 2006
Kłopot z owocem

Ewangelia Łukasza 6,43-44


"Drzewo, które rodzi zły owoc, nie jest dobre, ani też to, które rodzi dobry owoc, nie jest złe. Każde drzewo poznaje się po owocu, bo nie zbiera się fig z ciernia ani winogron nie zrywa się z głogu."


Tak tłumaczy Biblia Poznańska, Tyniecka (Tysiąclecia) ma zamiast głogu jeżynę, ”Cieplicka” (praca trzech biblistów trzech wyznań w cieplickim domu prawosławnym, z sekretarzem niżej podpisanym) przekłada jeszcze inaczej: "Nie zbierają bowiem fig z badyli ani nie zrywają winogron z cierni".


Botanika biblijna to sprawa trudna, lecz czasem jeszcze trudniej poznać człowieka po owocach. Prawda o ludzkim wnętrzu nie od razu wychodzi na wierzch. Gdyby było inaczej, komunizm nie trwałby tyle lat, przywódcy sekt nie mieliby tylu wiernych, inni uwodziciele... Nasza naiwność nie ma granic, a  gdy pójdzie w parze na przykład z chęcią błyszczenia, mamy kretyńskie teksty pisarzy przecież wybitnych; gdy dodatkowo zadziała eros, mamy szaleństwa męsko-damskie. Owoc zaproponowany przez węża w raju (nie jabłko, raczej granat, z zapłonem niezbyt spóźnionym) smakował pewnie miło, ale skończyło się fatalnie. Taka już nasza głupia dola.

01:51, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
piątek, 15 września 2006
Matka Bolesna

Ewangelia Łukasza 2, 33-35


"Po przedstawieniu Jezusa w świątyni Jego ojciec i matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił ich i rzekł do Maryi, matki Jego: - Oto ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie dla wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu".


Na dzień Najświętszej Maryi Panny Bolesnej tekst biblijny dobrany idealnie. Po wspominaniu krzyżowej doli Chrystusa refleksja na temat życia Jego matki, także najgłębiej męczeńskiego: miecz... Proroctwo Symeona (czyli Szymona - to to samo imię, tylko spolszczone, tak jak Szaweł to Saul!) okazało się przeraźliwie prawdziwe. Najpierw 30. lat życia prywatnego z Jezusem, zapewne trudne z powodu plotek ( - A to na pewno syn Józefa? Taki jakiś mało podobny...), co gorsza - przecież prawdziwych. Tajemnica Marii z Nazaretu była dla niej strasznym ciężarem: popatrzmy na to nie naszymi oczami, tylko jej sąsiadów, którym przecież nie sposób było wytłumaczyć, że jakiś syn cieśli z jakiejś wioseczki galilejskiej jest oczekiwanym Mesjaszem, co więcej: Synem Najwyższego.


Potem działalność publiczna Jezusa, bodaj jeszcze dla Marii trudniejsza. Są w rozdziale 3 Ewangelii Marka dwie sceny dające do myślenia. "I idzie do domu, a tłum też idzie za Nim, tak że nie mieli nawet kiedy zjeść. Kiedy to usłyszeli Jego bliscy, wyszli, aby Go powstrzymać, bo mówiono: - Stracił rozum". Można oczywiście twierdzić, że owi bliscy byli Mu bliscy poglądami, że martwili się ocenami w rodzaju "stracił rozum", ale ich nie podzielali.


Pewnie jednak było gorzej: przecież z Ewangelii Jana (7,5) dowiadujemy się, że ”nawet Jego bracia nie wierzyli w Niego". A matka, a Maria? Skazani jesteśmy na domysły, ale jest wielce prawdopodobne, że była wśród owych bliskich, bo pojawia się u Marka kilka wersetów dalej (3, 31-35) w towarzystwie Jego braci. Pomijam już interpretację tej drugiej sceny, która w relacji Marka (inaczej niż w Łukaszowej) wygląda tak, jakby Jezus uważał rodzinę - łącznie ze swoją matką - za mało ważną, gdy ma na głowie cały świat. Jedno wydaje się oczywiste: misja jej Syna była dla niej trudna do pojęcia przed Jego zmartwychwstaniem. Może łatwiejsza niż dla Piotra i innych apostołów, ale też trudna.

No i na koniec to, co poprzedziło Jego powstanie z martwych: Jego straszliwa męka i śmierć. Potem była radość i chwała Zmartwychwstania, ale właśnie potem. Przedtem było stanie pod krzyżem i współcierpienie.


PS. ”W Krzyżu, który był kiedyś znakiem hańby człowieka, najbardziej ”podwyższony” został człowiek. Człowiek wszystkich czasów i pokoleń. Wszystkich narodów, języków, kultur i ras. Każdy człowiek. Każdy z nas.” Słowa Jana Pawła II, które przepisuję z wrześniowego numeru czasopisma księży marianów ”Oremus”, zamieszczającego teksty biblijne na każdy dzień.

10:46, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 września 2006
Obniżanie Krzyża

List do Filipian 2,6-8

"Chrystus Jezus, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, by być na równi z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył."


Cesarzowa św. Helena według bardzo starej tradycji odnalazła w 326 r. relikwie drzewa, na którym zawisł Jezus, i wybudowała w miejscu Jego śmierci (Kalwarii) podwójną bazylikę Krzyża i Zmartwychwstania. Poświęcenie tej budowli stało się podstawą dla dzisiejszego święta Podwyższenia Krzyża. Mamy teraz sceptyczny stosunek do relikwii, powyższy tekst biblijny niepokoi nas poza tym wyrażeniami w rodzaju „postać": słowo kojarzy się nam z czymś zewnętrznym (postacie eucharystyczne chleba i wina), ale uznajmy to za drobiazgi w porównaniu do głównego przesłania. Przecież jest to wstrząsający hymn o istocie chrześcijaństwa, o niesłychanym uniżeniu, które stało się równie wielkim wywyższeniem. Rodzaj antycznej szubienicy stał się znakiem największej religii, całkowita ziemska przegrana uznana została za największe zwycięstwo.
I tylko zadumać się trzeba nad zbieżnością dat. Bo w owej pierwszej połowie czwartego stulecia samo chrześcijaństwo zostało na pozór wywyższone: z religii prześladowanej stało się nagle religią panującą, ba, prześladującą. Wywyższony krzyż został jednak w istocie obniżony: zaczął znaczyć zwycięstwo najzupełniej ziemskie.

08:48, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 września 2006
Perspektywa

Ewangelia Łukasza 6, 20-21


"Szczęśliwi ubodzy,
bo wasze jest Królestwo Boże.
Szczęśliwi, którzy teraz łakniecie,
bo będziecie nasyceni:
Szczęśliwi, którzy teraz płaczecie,
bo będziecie się śmiali".


Przepisuję znów z Biblii Poznańskiej, nie z "Tysiąclatki", a jest powód szczególny: bibliści znad Warty odważyli się zerwać z tradycją translatorską i dać "szczęśliwych" zamiast „błogosławionych". Pisałem już nieraz, także w tym moim notatniku, że tak "hebraja", jak i greka mają dwa słowa nazywające szczęściarzy, język polski również. Ściśle biorąc, greka ma trzy: szczęśliwi to tam "makarioi", błogosławieni  - "eulogetoi" albo "eulogemenoi" ("eu" - dobry, "logos" - słowo); w sławnych ewangelicznych "błogosławieństwach" mamy właśnie "makariosów". Trzeba jeszcze dla porządku odnotować, że Łukasz ma wersję krótszą, Mateusz (5, 3-11) - dłuższą, że Łukasz mocniej akcentuje ubóstwo jako po prostu biedę, czyli brak środków do życia, Mateusz ma "ubogich duchem" albo "w duchu".


Tyle biblistyki. Teraz trochę o życiu. Pamiętamy (?) z historii literatury polskiej "błogosławionych, którzy w czasie gromów nie utracili równowagi ducha". No właśnie - chodzi o nietracenie równowagi duchowej, niewpadanie w rozpacz ani w mniejszą depresję, gdy mamy złą "passę", gdy nieszczęścia chodzą parami, jeśli nie stadami . Nie chodzi mi nawet o główne przesłanie tego - jak ktoś się wyraził - dekalogu Nowego Testamentu, o przesłanie moralne: że nie powinniśmy gonić za sukcesem na złamanie karku, czyli moralności. Myślę sobie (ale właśnie - sobie: to morał przede wszystkim dla mnie samego -  "automorał"), że będąc w psychicznym dołku trzeba z niego wyjrzeć wejrzawszy w przeszłość: ile razy było w naszym życiu tak, że nagle karta odwracała się i skakaliśmy z radości. Bywa i tak, że są to skoki do samego nieba: przez krzyż. Jutro święto Podwyższenia Krzyża.

13:31, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
wtorek, 12 września 2006
Wysłannicy

Ewangelia Łukasza 5,12


"Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których nazwał apostołami."


Nie wiedziałem (może nie pamiętałem), że słowo "apostoł" pochodzi bezpośrednio od Jezusa. Wprawdzie termin grecki "apostolos" używany był oczywiście wcześniej i oznaczał osobistego wysłannika, posła, którego ktoś wysyłał z jakimś poleceniem, ale - co wiemy zresztą tylko od Łukasza - sam Chrystus utworzył specjalną terminologię dla swojego sztabu. Innych propagatorów chrześcijaństwa Biblia nazywa w ten sposób raczej wyjątkowo: tylko Pawła i Barnabę, choć także Andronika i Juniasa (List do Rzymian 16,7).


Jeśli wierzyć źródłom pozabiblijnym (a niby dlaczego nigdy im nie wierzyć?), "wysłannicy" zapuszczali się bardzo daleko. Polecając książeczkę "Dwunastu apostołów" (Znak, Kraków 2002), zwracam uwagę na tamtejszy tekst arcybiskupa prawosławnego Jeremiasza na temat apostoła Andrzeja. Ów brat Szymona zwanego Piotrem miał według informacji nie do pogardzenia podróżować nie do Afryki, Hiszpanii czy Indii, jak inni "wysłannicy", ale na północ i to północ nam, Polakom, bliską. Abp Jeremiasz pisze: "Nie jest też czystą fantazją przekaz o podróży św. Andrzeja z okolic dzisiejszego Nowogrodu do Rzymu. Apostołowie korzystali z przetartych szlaków handlowych. Dziś nie ulega wątpliwości, iż istniała droga łącząca Bizancjum [kojarzone mocno ze św. Andrzejem, który jest patronem Konstantynopola - JT], czyli również północne wybrzeże Morza Czarnego, ze Skandynawią. Częścią tej trasy był szlak bursztynowy. Apostoł mógł korzystać z tego szlaku, który prowadził od ujścia Niemna do ujścia Wisły i dalej na południe, do rzymskiej twierdzy Karnunt nad Dunajem. (...) Jeśli więc Andrzej udał się tą trasą, to przechodził również przez tereny Polski. Byłby więc również apostołem naszego kraju". Miło czytać.

12:56, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 września 2006
Rozpusta

1 List do Koryntian 5,1-6


"Ogólnie słyszy się o rozpuście wśród was i to takiej, jakiej nie spotyka się nawet u pogan. Doszło do tego, że ktoś żyje z żoną swego ojca. Wy zaś macie jeszcze odwagę unosić się pychą, zamiast raczej okryć się wstydem i domagać się, aby usunięto spośród was tego, który dopuścił się takiego czynu. Ja - znajdując się wprawdzie daleko od was duchowo - wydałem już wyrok na sprawcę tego występku, tak jakbym znajdował się wśród was. W imię Pana naszego Jezusa: na waszym zgromadzeniu, złączeni duchowo ze mną i z mocą Pana naszego Jezusa, wydajcie tego człowieka szatanowi na zatracenie ciała, aby duch dostąpił zbawienia w dniu Pana. To niedobrze, że się przechwalacie."


Zazwyczaj przepisuję z Biblii Tysiąclecia, tym razem z Biblii Poznańskiej. A przepisałem słowa twarde. Można je zmiękczać twierdząc na przykład, że przecież kazirodztwo jest źle widziane także wśród nas współczesnych. Tak czy inaczej jednak Paweł grzmi niesamowicie: o szatanie i w ogóle...
Komentarz? Można gorszyć się apostołem mówiąc, że był to tępy rygorysta i seksualny obsesjonat, ale radzę raczej gorszenie się dzisiejszą obsesją seksualną wręcz przeciwną: luzem nad luzami. Co za dużo, to naprawdę niezdrowo. Nawet i w sensie medycznym, ale przede wszystkim moralnym. Szóste przykazanie nie jest najważniejsze ze wszystkich, ale nie jest też wymysłem księży i dewotek. Zgadzam się, że totalne zakazy (rozwodów, antykoncepcji, onanizmu...) nie mają sensu, ale traktowanie seksu jak spaceru - też. Jest on konieczny do życia niemal jak woda, ale mamy dzisiaj powódź.

09:53, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
niedziela, 10 września 2006
Równość

List Jakuba 2,1-4


"Bracia moi, niech wiara wasza w Pana naszego Jezusa Chrystusa uwielbionego nie ma względu na osoby. Bo gdyby przyszedł na wasze zgromadzenie człowiek przystrojony w złote pierścienie i bogatą szatę i przybył także człowiek ubogi, w zabrudzonej szacie, a wy spojrzycie na bogato odzianego i powiecie: usiądź na zaszczytnym miejscu, do ubogiego zaś powiecie: stań sobie tam albo usiądź u podnóżka mojego, to czy nie czynicie różnic między sobą i nie stajecie się sędziami przewrotnymi?"


Ten Jakub to kuzyn Jezusa albo brat przyrodni według katolików, może i brat rodzony według protestantów, według licznych biblistów nietożsamy z apostołem Jakubem Młodszym (synem Alfeusza). Broni tutaj ludzi ubogich, co zawsze warte uwagi, ale też uogólnienia. "Poczucie hierarchii społecznej" prowadzi czasem do niesprawiedliwości. Także dzisiaj, a jakże! Piętnowane są słusznie nadużycia w przyjmowaniu na wyższe studia, ale czy jakaś czołobitność nie kieruje redaktorami, gdy drukują słaby tekst głośnego autora, bo "ma nazwisko", a odwalają lepszy, bo napisał go Kowalski? Redakcje są autonomiczne, nie ma regulacji prawnych w tej dziedzinie, ale czuję tu też (choć nie uważam się za wzór) mentalność potępioną przez Jakuba. Bo chodzi tu o "kasę" albo o dyskusyjny "savoir vivre", każący dopieszczać ludzi, których los dopieszcza.

11:40, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
sobota, 09 września 2006
Szabat

Ewangelia Łukasza 6,1-5


"W pewien szabat Jezus przechodził wśród zbóż, a uczniowie zrywali kłosy i wykruszając je rękami, jedli. Na to niektórzy z faryzeuszów mówili: - Czemu czynicie to, czego nie wolno czynić w szabat? Wtedy Jezus rzekł im w odpowiedzi: - Nawet tegoście nie czytali, co czynił Dawid, gdy był głodny on i jego ludzie? Jak wszedł do domu Bożego i wziąwszy chleby pokładne, sam jadł i dał swoim ludziom? Chociaż samym tylko kapłanom wolno je spożywać. I dodał: - Syn Człowieczy jest panem szabatu".


Wszystko jest tu poniekąd jasne. Tylko trzeba podać wyjaśnienie z "Encyklopedii biblijnej", że "chleby pokładne to dwanaście bochenków niekwaszonych chlebów składanych na specjalnym stole w Świątyni jako ofiara dla Boga". Jeśli Dawid, ikona Izraela, jadł te świętości, to oczywiście Jego uczniowie mogli jeść w szabat cokolwiek niegotowego, wykonując tym samym pewną pracę. Pedanteria prawnicza faryzeuszy wydaje nam się okropna i oczywiście taką była. Niemniej w zdaniu, że wszystko tu jest jasne, użyłem słowa "poniekąd". Albowiem pamiętam książeczkę wielkiego współczesnego myśliciela żydowskiego Abrahama Joshuy (Jezusa!) Heschela "Szabat" (Wydawnictwo "Atext", Gdańsk 1994), pięknie poświęconą temu szczególnemu dniu świętemu. Powinniśmy uczyć się od naszych starszych braci w wierze zrozumienia, że musi być taki czas szczególny. "Czysty i cichy odpoczynek Szabatu prowadzi nas do królestwa bezkresnego spokoju albo do początku świadomości tego, co oznacza wieczność". Czy doceniamy niedzielę? Bo ja sam chyba nie bardzo.

12:10, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
piątek, 08 września 2006
Maria z Nazaretu

Ewangelia Mateusza 1, 18-23


"Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż jej Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić jej na zniesławienie, zamierzał oddalić ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: - Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej małżonki. Albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów. A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: «Oto dziewica pocznie i porodzi syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami»".


Ewangelia opowiada wydarzenie, które należy do istoty wiary wszystkich chrześcijan a zarazem jest początkiem dramatu Marii z Nazaretu. Chociaż katolicy ( i prawosławni  stosujący kalendarz gregoriański) świętują dzisiaj jej narodzenie, nic o nim z Biblii nie wiemy, więc wybrano opowieść o poczęciu Jezusa. Niewiele myślimy o wydarzeniach biblijnych, więc niejednemu z nas nie przyszło do głowy (mnie przyszło, ale późno), że Matka Jezusa przeżywała swoisty dramat "panny z dzieckiem". Dziś to rzecz normalna, niedawno jeszcze była kompromitująca, a dwa tysiące lat temu w Ziemi Świętej mogła grozić śmiercią: wiarołomną kobietę kamienowano. Gdyby Józef wyparł się ojcostwa, dosłownie doniósłby na Marię.


Dowiadujemy się z Ewangelii, że oczywiście tego nie zrobił, ale nie jest jasne, co chciał zrobić, zanim poinstruował go anioł. Dać jej list rozwodowy, czyli ją oddalić, jak mamy w powyższym przekładzie Biblii Tysiąclecia, czy też raczej oddalić się samemu, zniknąć. Rzecz dla mnie w słówku "potajemnie": rozumiem, po co chciał w tej sytuacji oddalić się sam - by nie musieć odpowiadać na pytania, czy to jego dziecko. Nie rozumiem natomiast, jak można było potajemnie a zarazem legalnie oddalić żonę, dać jej rozwód. Są i inne interpretacje, ale nie mogę referować wszystkich.


Bardzo ciekawą sprawą jest też końcowy cytat z Izajasza (7,14). Otóż w tekście hebrajskim jest słowo, które oznacza tak dziewicę (pannę), jak i młodą mężatkę, więc można owo proroctwo racjonalizować i twierdzić, że nie dotyczyło w sposób cudowny wydarzenia o wiele późniejszego, tylko po prostu żony ówczesnego króla Achaza. I jest to pogląd większości obecnych biblistów, ale jest również faktem, że przedchrześcijański, żydowski przekład Biblii na grecki (tzw. Septuaginta) ma tutaj termin, który już oznacza tylko dziewicę. To już jakieś bezsporne proroctwo, jakieś niezwykłe przeczucie religijne.


A "Jezus", "Jeszua", w pełnej formie semickiej "Jehoszua", znaczy "Zbawiciel", "Bóg zbawia", "Boże, zbaw". Zbawiał przez kolejne dramaty.

12:49, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 07 września 2006
Ludołówstwo

Ewangelia Łukasza 5,1-11


Streszczę. Jezus już działa publicznie, ale zapewne nie ma jeszcze swego sztabu dwunastoosobowego, w każdym razie jego szef, Szymon zwany Piotrem, jeszcze nie rzucił swego zawodu. Rzecz dzieje się nad jeziorem Genezaret (Galilejskim), Jezus wsiada do łodzi Szymona, prosi go, by trochę odbił od brzegu, i stamtąd naucza. Gdy skończył, poleca rybakowi, by wypłynął na głębię i zarzucił sieci. Szymon jest sceptyczny, powołuje się na całonocny bezskuteczny połów - ale autorytet Mistrza działa, robi, jak kazał. Tym razem skutek jest niebywały, cud powala Szymona Piotra na kolana i każe mu powiedzieć: "Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny". Porażeni są również wspólnicy Piotra, Jakub i Jan, inni późniejsi przyboczni Jezusa. On uspokaja Piotra i wypowiada słynne słowa będące hasłem chrześcijaństwa: "Odtąd ludzi łowił będziesz". Wraz z tamtymi rybakami porzuca wszystko i idzie za Nim.


Każdy chrześcijanin ma też uprawiać takie "ludołówstwo". Świadkowie Jehowy i niektórzy chrześcijanie zwani "ewangelikalnymi" (lepiej: ewangelicznymi), a także czasem katolicy z nowych ruchów religijnych rozumieją to dosłownie: aż do chodzenia po domach. Metoda jest dyskusyjna, choćby ze względu na wątpliwą skuteczność (nie lubimy bezpośredniej agitacji, mówiąc mocniej: nachalstwa), niemniej darem trzeba się dzielić. Byleby to była rzeczywiście Ewangelia, czyli Dobra Nowina. Nie propaganda, złośliwa polemika, nawet nie namolna apologetyka (ileś dowodów na...), ale świadczenie dobrym słowem (oczywiście lepiej czynem), że w naszej rozpaczliwej rzeczywistości nie jesteśmy sami: JEST KTOŚ (tytuł książki niedawno zmarłej Hanny Święcickiej) mądry i dobry nieskończenie.

11:00, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
środa, 06 września 2006
Sława

Ewangelia Łukasza 4, 40-41


"O zachodzie słońca wszyscy, którzy mieli cierpiących na rozmaite choroby, przynosili ich do Niego. On zaś na każdego z nich kładł ręce i uzdrawiał ich. Także złe duchy wychodziły z wielu, wołając: - Ty jesteś Syn Boży. Lecz On je gromił i nie pozwalał im mówić, ponieważ wiedziały, że On jest Mesjaszem".


Gonimy za sławą. To oczywiście banał, ale w końcu morały to zazwyczaj banały: wszyscy to wiemy, tylko z praktyką gorzej. Nikt z nas nie przyzna, że okropnie lubi, jak o nim głośno, jak mówią o jego artykule,  niejeden z nas nawet po trochu wyznaje zasadę: "źle czy dobrze, byle z nazwiskiem". Skłania do tego prawo rządzące dziś mediami, które robi bożka z "wyrazistości". Gdy opinią publiczną, bo w ogóle wszystkim, rządziła partia, ocena wartościująca brzmiała "słuszny" ("słuszny i naukowy"...); dziś, kiedy rządzi pieniądz (mniej dyktatorsko - to prawda), ogromnie liczy się ostrość wyrazu, hałas, czyli każde działanie "sławotwórcze".


Jezus nie chciał być sławny. Owszem, wiedział, czym ona grozi w Jego przypadku: prowokuje wrogów. Ale poza tym był prorokiem, czyli kimś, dla kogo ważne jest wyłącznie "meritum". Nie on sam, tylko jego misja. Synostwo Boże było dla Jezusa zadaniem, nie przywilejem. Rozgłos Go zgoła nie radował. Co piszę smutny, bom sam nie bez winy: lubię być drukowanym, lubię, gdy o mnie piszą, choćby niedobrze.


PS. Tu miejsce na podziękowanie wszystkim moim tutejszym dyskutantom.

11:52, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Archiwum