Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
czwartek, 31 sierpnia 2017
Do siebie nawzajem. Duszpasterzom rygorystom biada! Film Krzysztofa Żurowskiego

„Raban Miłosierdzia”
1 List do Tesaloniczan 3,11-2
Paweł, Sylwan i Tymoteusz napisali do mieszkańców dzisiejszych Salonik między innymi tak: „Niech sam Bóg, nasz Ojciec i nasz Pan Jezus, utoruje naszą drogę do was. Was natomiast niech pan uzdolni do coraz większej i bardziej obfitej miłości wzajemnej i do wszystkich, takiej, jaką my mamy do was”. (Przekład Ekumeniczny Towarzystwa Biblijnego i 11 Kościołów Polskich). Szczególnie ta miłość wzajemna wewnątrz wspólnoty, o którączasem najtrudniej, trudniej niż o tę do wszystkich. Tak bywa w rodzinach, innych środowiskach, także kościelnych, organizacjach – narodach, a jakże! Choć i miłość do tamtych z zewnątrz też jest problemem, oczywiście nieraz kolosalnym, szczególnie, kiedy władza państwowa z tej nienawiści robi narodowe spoiwo. Wspólny wróg prawie jak Bóg, cuda jakby podobne w ludzkich duszach czyni.
Największa jednak groza to moja skleroza. Redaktorowi blogu tego wspaniałemu, Waldemarowi Pasiowi, zapomniałem dać w poniedziałek 28 bm. wpis na tamten dzień, nie mógł go zatem „wkleić”, ale co się odwleka, to nie ucieka, oto też tamta pisanka.
Ewangelia Mateusza 23,13.15
„Biada wam uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą. Biada wam uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo przemierzacie morze i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę. A gdy nim się stanie, czynicie go dwakroć winnym piekła niż wy sami.”
Rygoryzm „humanum est”, rozumiem trochę tę myślową skłonność. Zapewne jest to rodzaj nerwicy skrupulanckiej, niebezpiecznej, jak każda nerwica. Szczególnie groźnej jednak, gdy trapi urzędowego moralistę, czyli takiego, co poucza innych. Celując w tych, co pod amboną albo w konfesjonale, duszpasterz zapomina spojrzeć w lustro, samemu sobie zrobić rachunek sumienia. Taki ktoś musi być po prostu bardzo, bardzo pokorny. Jak papież Franciszek, autor adhortacji „Amoris laetitia”, „rozwodnikom” autentycznie współczującej.
PS. Dopiero parę dni temu obejrzałem film Krzysztofa Żurowskiego o Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie pt. „Raban Miłosierdzia” (leciał w TVP, ale bladym świtem, nie mogłem oglądać ze względu na domowników). No cóż, temat samograj, jednak można było zrobić to nie tak dobrze. Należało bowiem połączyć profesjonalizm, kompetencję reżyserską, z – by tak rzec – tematyczną: Żurowski zna się na robocie, ale i na Kościele, do tego zna się także jako wyznawca, co gdy jest spełniony warunek pierwszy, bynajmniej nie przeszkadza.
Myślę, że z punktu widzenia religijnego w najlepszym sensie jest ten film do oglądania także dla ludzi pozakościelnych, bo dominuje obraz papieża Franciszka i jego duchowa postawa.
Jego ewangelizacja bez żadnego tupetu. Jego słów w filmie wiele, jego koncepcja pastoralna widoczna dobrze. A film obejrzałem na kasecie, bo Żurowski to mąż mojej siostrzenicy ukochanej i chętnie mi wypożyczył, ale ja to tylko jeden facet, trzeba „Raban” upowszechniać dalej! Zadanie dla proboszczów, duszpasterzy akademickich - molestujcie w sprawie wypożyczenia krążka tego Redakcję Katolicką TVP! A jak byście chcieli pogadać z reżyserem, to on ma adres nowoczesny takowy: krzysztof.zurowski(at)tvp.pl. Amen!

21:59, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 sierpnia 2017
Herodiada się zawzięła. Myśli familiologicznych trochę

Ewangelia Marka 6,17-29.
W Kościele rzymskokatolickim, starokatolickim mariawitów, polskokatolickim, także u prawosławnych posługujących się kalendarzem gregoriańskim wspominamy dzisiaj śmierć Jana Chrzciciela. Mój Kościół poleca nam dziś opis tego wydarzenia nie w Ewangelii Mateusza, która jest teraz na naszej liturgicznej wokandzie, ale Marka. Różnią się te relacje trochę. U Marka Herod (syn Heroda Wielkiego, tamtego od rzezi niemowląt) wypada lepiej, jego nielegalna z punktu widzenia prawa żydowskiego żona – gorzej. „Herodiada zawzięła się na niego [Jana] i rada byłaby go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał.” Z tekstu Mateuszowego można również wnioskować o szczególnej niechęci Herodiady, ale tam takie słowa nie padają. 
No cóż, kobiety bywają czasem mniej wrażliwe moralnie, a bardziej uraźliwe niż mężczyźni. Nie zawsze jednak, co, rzecz jasna, widać także w Biblii, bo może na przykład żona Piłata (Mt 27,19) współczuła Jezusowi bardziej niż jej mąż. Nie jest też tak, że chłop zawsze silniejszy duchowo niż kobita. I tutaj amatorska myśl psychospołeczna: że mężczyzna dominuje zapewne w rodzinach tradycyjnych, ale w innych, inteligenckich szczególnie (ale też niejeden Prusowy Ślimak w każdej sprawie małżonki się radzi), bywa wręcz przeciwnie. Tak było radykalnie u Dulskich i zdarza się umiarkowanie u Kowalskich. W dzisiejszychmałżeństwach „partnerskich” może jest jakaś równowaga, a w ogóle to „instynkt wodzowski” bywa w genach tak męskich, jak i żeńskich. Amen (czyli zaprawdę).

13:39, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
niedziela, 27 sierpnia 2017
Opoka jednak krucha

Ewangelia Mateusza 16,13-20
Perykopa dla doktryny konfesyjnej mojego Kościoła fundamentalna. Wyznanie Szymona Piotra: „Tyś jest Mesjasz, Syn Boga Żywego”. Na co padają słowa: „Ty jesteś Piotr, czyli Opoka, i na tej opoce zbudują Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą”.
Zaraz problemik semantyczno-techniczny: dlaczego bramy? Służą one przecież do obrony, gdy są dobrze zamknięte, ale nie do ataku. Jak nimi walić we wroga? Inaczej przetłumaczyć tekst? Zamiast „bram piekielnych” „bramy Hadesu”, jak mamy w naszym Ekumenicznym Przekładzie Przyjaciół to w tej sprawie to samo. Ksiądz Michał Czajkowski znalazł jednak wersję „potęgi ciemności”, która kwestię techniczną pomija wspólnie doszliśmy do wniosku, że owe urządzenia wielkodrzwiowe są tu symbolem potęgi twierdzy. Nie tylko mury, ale i dziury w nich, skądinąd niezbędne, strzegące jednak wnętrza niezawodnie i w ten sposób moc warowni także tę agresywną, stanowiące.
Ale oczywiście to drobiazg, co z samą tą opoką? Skała to twarda jak kamień? Czasem przecież raczej serca papieskie z kamienia. Znam interpretację ewangelicką, że opoką nie jest tu sama osoba Piotra (problem dalszy, czy również biskupów rzymskich, czy oni są rzeczywiście jego następcami), ale jego wiara. Wolę jednak tutaj egzegezę bardziej literalną, ale tamta pozwala może poniekąd na swoiste tłumaczenie, czemu wielu papieży opokami duchowymi osobiście nie było. Tu chodzi o sam walor duchowy, nie o jego nosiciela albo właśnie „nienosiciela” w istocie. Problem ten cały jest oczywiście ogromny, w dialogu ekumenicznym oczywiście podejmowany. Faktem jest jednak, że z pewnym skutkiem. Takim między innymi, że istnienie w chrześcijaństwie jakiegoś ośrodka centralnego wydaje się dzisiaj różnym ewangelikom potrzebne. Pod warunkiem, że będą, mówiąc krótko, węzłowato i językiem tu najlepszym, ewangeliczni. A to przecież już się coraz bardziej dzieje. Zaczęło się, jeżeli nie wcześniej, to od Jana XXIII, a w osobie Franciszka znajduje przepiękny wyraz. Serce gorące.
PS. A co o prymacie rzymskim mówią prawosławni? Oni – powiedział mi kiedyś świętej pamięci arcybiskup Jeremiasz – nigdy tego nie kwestionowali, tylko uważają, że nie może być to władza jurysdykcyjna, wtrącanie się w wewnętrzne sprawy kościelne innego patriarchatu. Ale ten pierwszy odpowiada np. jakoś za to, żeby inne stanowisko patriarchalne było obsadzone.

22:04, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
sobota, 26 sierpnia 2017
Koronowana Służąca

Ewangelia Jana 2,1-11
Wesele w Kanie Galilejskiej. Ewangelista musiał chyba to pamiętać, ale nie napisał; pamiętam hipotezę, że był to może pochodzący właśnie z owej Kany (J, 21,2) apostoł Natanael. W każdym razie perykopa ma dwoje wymienionych z imienia bohaterów: Jezusa i Jego Matkę. Otóż ona jest tutaj jakby motorem akcji. Informuje swego syna, że weselnicy wypili całe wino, a jest to najpewniej coś więcej niż zwykła wiadomość: prośba o interwencję. Jezus się opiera: wie, jakie będą skutki cudu, czyli objawienia mesjańskich mocy. Odpowiada najpierw, że nie nadeszła jeszcze Jego godzina, czyli początek sławy, która skończy się śmiercią. Ale daje się łatwo przekonać i zamienia wodę w wino.
W dwóch ewangeliach rola jego Matki jest bardziej akcentowana, także u Łukasza. Tutaj jednak włącza się jakby, może nie całkiem świadomie, Jego misję zbawczą. Stąd chyba w moim Kościele pomysł, by ogłosić ją wręcz współodkupicielką, na szczęście odrzucone. Mamy w chrześcijaństwie zachodnim dyskusję mariologiczną. Między katolikami a ewangelikami, także wewnątrz mojego Kościoła. Świętuje on dzisiaj – stąd ta perykopa – Maryję w jej ikonie jasnogórskiej. Ewangelicy nie czczą w ogóle obrazu, więc taka uroczystość kościelna jest poza ich teologią, nie mówiąc o tym, że sama osoba Matki Jezusa nie jest w centrum konfesyjnych doktryn. Chociaż pierwszy z ewangelickich Kościołów, luterański, dopuszcza w swoich świątyniach obrazy jako religijne ozdoby, i wobec samej osoby Maryi bywa znacznie cieplejszy. Ale – czytałem w ostatnim numerze „Gościa Niedzielnego” – nie tylko on. Mamy tam rozmowę z biskupem pomocniczym krakowskim Grzegorzem Rysiem, a w niej wypomnienie o publicznym spotkaniu z pastorem adwentystycznym, który mówił o Matce Jezusa prześlicznie! To może efekt międzywyznaniowej osmozy, czyli właściwie dialogu.
Biskupa Rysia tam również stwierdzenie, że ikona jasnogórska to „najmądrzejszy obraz maryjny w Polsce”. Bo na wielu innych ikonach typu Hodegetria Matka Jezusa wskazuje księgę, słowo Boże, a tu wprost na twarz Jezusa, słowa wcielonego. Teolog krakowski broni też zwyczaju koronacji obrazu. Maryja jest, owszem, królową (zwracam uwagę, że nie tylko Polski, we wtorek było jej święto jako królowej w ogóle). Choć mówi o sobie, że jest „służebnicą Pańską”, ale taki jest w ogóle chrześcijański sens królowania. Jest ono właśnie służbą!

13:52, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
niedziela, 20 sierpnia 2017
Bóg jest pogodny zawsze

Psalm 67,2
Niech Bóg się zmiłuje nad nami i nam błogosławi,
niech nam ukaże pogodne oblicze.”
No cóż, mamy tu oczywiście antropomorfizm: Boga przedstawia sobie psalmista na swój obraz i podobieństwo, czyli jako jakby człowieka po prostu. Ulegającego emocjom: zagniewanego albo już znowu spokojnego. Naturalnie nie jest to właściwa teologia, choć niełatwo jej nam w ogóle unikać : Bóg jest przecież od nas absolutnie inny! Ks. Halik napisał gdzieś, że nawet istnieje On inaczej. Nie można powiedzieć, że zmiłuje się nad nami, bo miłuje nas bez żadnej przerwy i to na swoją miarę, czyli absolutnie właśnie. Jest Miłosierdziem. Powtarza to ciągle papież Franciszek i ja za nim. Argumentuję wciąż, że obrazem Boga jest wszak Jego Syn, który wybrał krzyż, symbol niestosowania przemocy. Ale słyszę też pytania pedagogiczne, czy dobrze jest demobilizować w ten sposób nasze moralne ambicje, sugerując, że Bóg i tak wybaczy wszystko. Myślę zatem, że dobrze jest nawracać moralnie obrazem Boga jako najwspanialszego przykładu duchowego, a nie sędziego, co ukarać może.
Dołączam plik felietonu, który napisałem do „Magazynu Świątecznego” „Gazety Wyborczej”.
Mówić o Bogu dużo prościej
Jonasz
Znak wydał tę książkę pięknie: w twardej oprawie, bogato ją ilustrując arcydziełami malarstwa religijnego. Rzecz zwie się dosyć zwyczajnie: „W co wierzą chrześcijanie? Opowieść o Bogu i ludziach”, ale zwyczajna zgoła nie jest.
Otóż autorka, językoznawczyni, najpierw profesor PAN, teraz Australijskiego Uniwersytetu Narodowego w Kanberze, jest współtwórczynią czegoś, co się nazywa po polsku Naturalny Język Semantyczny. Tamtejsi badacze wiedzą już, jak wygląda wspólny trzon pojęciowy, leksykalny i gramatyczny wszystkich lub prawie wszystkich języków. Uczeni ci pokazują, co więcej, że jeśli się ten trzon lekko poszerzy, różne jego wersje mogą funkcjonować jako tak zwane języki minimalne. To znaczy mocno zredukowane wersje jakiegokolwiek języka naturalnego, które są przekładalne na inne języki. Mogą służyć do formułowania wiedzy i idei w sposób maksymalnie neutralny, niezależny od poszczególnych kultur. A pani profesor Wierzbickiej posłużyły do napisania bardzo swoistego streszczenia Biblii w postaci 40 opowieści.
Jest autorka bowiem katoliczką zangażowaną w szerzenie swojej wiary, a uważa, że nasze mówienie o Bogu jest dla ludzi nawet niby to wierzących w istocie niezrozumiałe. Omija zatem słowa tak specyficzne, jak na przykład „zbawienie”, „wcielenie”, „grzech”, „łaska”. Zdaje sobie sprawę z tego, że lektura jej tekstów może wywołać u czytelników najpierw pewien szok. Niemniej uważa, że „złożoność i bogactwo języka mogą się wiązać z brakiem precyzji i jasności w myśleniu (jak również z mało skuteczną komunikacją między ludzką i międzykulturową)”. Informuje też, że „w momencie publikacji w języku polskim istnieją już dwie paralelne wersje, angielska i chińska”.
Ja zaś po prostu informuję, nie recenzuję. Nie chcę się wdawać w ocenę przedsięwzięcia, ponieważ czuję się niekompetentny jako ktoś, któremu tradycyjny język biblijny nie wydaje się niezrozumiały. Nie jestem Chińczykiem ani na przykład potrzebującym specjalnego języka dzieckiem, jak wnuczka autorki, na której sprawdzała wartość swego dzieła i jej krytyka bardzo pani profesor pomogła. Skądinąd - zaznaczam za autorką - „każdy z czterdziestu rozdziałów był wielokrotnie przeredagowywany i każdy z nich był przedmiotem szczegółowych dyskusji ze studentami i kolegami uniwersyteckimi ”.
A oto próbka języka. Pierwsze zdania opowieści: „Jest ktoś nie taki jak ludzie. Ten ktoś to ktoś ponad ludźmi. Ten ktoś jest teraz, zawsze był, zawsze będzie. Ten ktoś jest wszędzie. Nie ma nikogo innego takiego jak ten ktoś. Bóg to ten ktoś”. Dalej mniej pięknie literacko: „Ludzie nie mogą widzieć Boga. Jednocześnie ludzie mogą wiedzieć pewne rzeczy o Bogu. Mogą wiedzieć te rzeczy, bo Bóg tego chce”. „Te rzeczy” to coś trochę nie tak. Ale nie mam kontrpropozycji.
W każdym razie nad językiem trzeba myśleć. „Szukajcie, a znajdziecie” - powiada Biblia.

08:00, jan.turnau
Link Komentarze (36) »
wtorek, 15 sierpnia 2017
Któraś jest w niebie, Boga najbliżej...

Ewangelia Łukasza 1,39-56

Dziś w Kościele Rzymskokatolickim jedno z najważniejszych świąt maryjnych: uroczystość Wniebowzięcia Naświętszej Maryi Panny. Jest ono także w Kościele Starokatolickim Mariawitów, Polskokatolickim, naturalnie mają je dzisiaj prawosławni,  jeżeli stosują kalendarz gregoriański, choć jako pamiątkę jej „zaśnięcia”. W moim Kościele ważność  święta przejawia się w swoistej dwudniowości: jest msza wigilijna i inna w sam dzień, z innymi czytaniami biblijnymi. Wybrałem perykopę ewangelijną z drugiej.
Opowieść o odwiedzinach u krewnej (znacznie starszej, już „posuniętej w latach”, więc pewnie duchowej doradczyni), żony kapłana Zachariasza, przyszłej matki Jana zwanego Chrzcicielem. O także cudownym przyjściu na świat tego dziecka ewangelia ta opowiada trochę wcześniej. Elżbieta wita ją słowami znanymi z katolickiej modlitwy: „Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona (...). Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”. Uwierzyła w swoje dziewicze poczęcie. I w zaszczyt, że urodzi Mesjasza: pokornej przyszła podobna wiara trudniej niż przyszłaby zarozumiałej. Maria była pokorna, ale w tej ewangelii, socjaldemokratycznej jakby, wypowiada w odpowiedzi słowa rewolucyjne niemal, jak prorokini: o tym, że „Wszechmocny strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych, głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił”.
Maria z Nazaretu to postać duchowo olbrzymia. Choć nierównie wielka dla różnych chrześcijan, tu między katolikami i prawosławnymi a ewangelikami są spore różnice. Już choćby taka, że u protestantów nie ma oczywiście podobnego święta (maryjnych świąt w ogóle raczej nie ma), bo przecież dogmat ten nie ma żadnej werbalnej podstawy w Biblii. Każdy chrześcijanin wierzy, że Matka Jezusa jest już w niebie, ale czy została zaraz po śmierci wzięta z ciałem do chwały niebieskiej, jak sformułował dogmat papież Pius XII? Czyli jakby zmartwychwstała, jak Syn Boży? Teologowie zachodni wymyślili słusznie, że na tamtym świecie nie ma naszego czasu, więc powiedzenie „zaraz po śmierci” właściwie nie ma sensu. Zatem pierwszeństwo nie chronologiczne, ale ontologiczne: bo przecież jest w pewnym sensie bardziej w niebie niż my, bliżej Boga niż my, śmiertelnicy zwykli.
Tu zresztą z tym wzięciem do nieba z ciałem, nie tylko z duszą,  jest pewien problem. Owszem, człowiek jest „duszociałem”, jednością obojga, też tam, w tak zwanych zaświatach. Oczywiście nasze ciała pośmiertne, zmartwychwstałe są inne od ziemskich, co próbowały, opowiadając o Chrystusie zmartwychwstałym, przedstawić ewangelie, ale jak dokonało się konkretnie Jego - a może i Maryi - „powstanie z  martwych”?  Grób Chrystusa był według ewangelii pusty, Jego ciało nie uległo skażeniu rozkładu, czyli zostało przemienione cudownie w tamto niebieskie. W chrześcijaństwie nie tylko wschodnim jest nawet tradycja, że Bogarodzica zasnęła tylko, nie umarła, bo przecież nie ma jej grobu (ślad tej wiary w nazwie święta). Jan Paweł II zauważył jednak, że przecież nawet Syn Boży umarł. Ale jak się owa zmiana ciała odbyła? Mój teologiczny mistrz w „Więzi” Juliusz Eska pytał, jak to jest, że na Całunie Turyńskim widać ślady jakiegoś wydarzenia fotoelektrycznego, przecież to było nadnaturalne przejście do rzeczywistości nadnaturalnej?
Aż tyle różnych myśli o Wniebowzięciu.                       

        

 

08:00, jan.turnau
Link Komentarze (35) »
niedziela, 13 sierpnia 2017
Bóg w powiewie bardzo łagodnym

1 Księga Królewska 19,9a.11-13a

Prorok Eliasz nie zobaczył Boga w gwałtownej wichurze ani w trzęsieniu ziemi, ani w ogniu. Dopiero w szmerze łagodnego powiewu. Są w Biblii obrazy Boga bardzo różne, nawet takie, że jakby kazał mordować niewinnych,  były Jego wyobrażenia zgoła rozmaite także w dziejach chrześcijaństwa. Dziś,  w każdym razie w moim Kościele, jest czas Boga łagodnego, miłosiernego do potęgi entej. Alleluja!    

08:21, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
poniedziałek, 07 sierpnia 2017
Własna władza niektórym przeszkadza, czyli o Mojżeszu. Też o Marcie z Betanii, Salomonie i mistycyzmie

Księga Liczb 11,4b-15

Po opisie w Księdze Wyjścia 16,13 czytamy znów o tym samym (choć Poznanianka, nie wiem dlaczego, nie wyklucza, że  chodzi o inne wydarzenie): o Bożym zaopatrzaniu Izraela w żywność podczas wędrówki przez pustynię z  Egiptu do Ziemi Obiecanej. Tutaj jednak narracja jest trochę inna, bo też, jak wciąż wyjaśniam, w Biblii to „normalka”, nie było adiustatora ogólnego, który by jakoś kolejne tradycje scalał, teksty porządkował. Otóż w tej księdze Żydzi dostają mannę, żywią się nią przez jakiś czas, ale zaczyna im brzydnąć: w Egipcie to były ryby, ogórki, melony... O tym czytamy grzecznie dzisiaj. O narzekaniu ludu, chyba też na jakość wiktu, było zresztą już zaraz przedtem (11, 1-3: czyli dzisiaj „potrójka”, nie powtórka), nawet z informacją, że wkurzyło Boga, część obozu pokarał ogniem i tylko pośrednictwo Mojżesza ocaliło resztę. Otóż według tekstu dzisiejszego przepiórki spadają nie razem z manną, później, dopiero po ludowym narzekaniu, że mu już obrzydła. Watykański biblista-liturgista uznał widać, że katolicki czytelnik wie to z katechezy czy z „lekcji” poprzedniej i z tego mszalnego czytania nie zrobił. Z tego natomiast dowiadujemy się o ponownym Bożym gniewie i Mojżeszowej reakcji na to wszystko. Narzekania jego ludu też mu się nie podobają, ale również do Boga ma swój własny żal. „Czemu tak źle się obchodzisz ze sługą swoim, czemu nie darzysz mnie życzliwością i złożyłeś na mnie ciężar tego ludu. Czy to ja począłem ten lud w łonie albo ja zrodziłem, że mi powiedziałeś: - Noś go na łonie swoim, jak nosi piastunka dziecię, i zanieś go do ziemi, którą poprzysiągłem dać ich przodkom. Skąd wezmę mięsa, aby dać całemu temu ludowi? A przeciw mnie podnoszą skargę i wołają: - Daj nam mięsa do jedzenia!  Nie mogę już sam dłużej dźwigać troski o ten lud, już mi nazbyt ciąży. Skoro tak ze mną postępujesz, to raczej mnie zabij, jeśli darzysz mnie życzliwością, abym nie patrzył na swoje nieszczęście” (przekład Tysiąclatki).
Pomyślałem sobie, że ów przywódca narodu wybranego był na tym stanowisku wyjątkiem raczej. Miał swojej władzy po dziurki w nosie, nie był w niej zakochany, jak to na ogół z przywódcami bywa. W tekście przeznaczonym na jutro (12,1-13) przeczytamy ocenę autora księgi, że „był człowiekiem bardzo skromnym, najskromniejszym ze wszystkich ludzi, jacy żyli na ziemi”. Traktował władzę jak ciężar, nie jak szczebel w życiowej karierze. Podobnie jak arcybiskup Nossol, hierarcha arcydziwny, który kończy jutro już 85 lat. Napisałem o nim trochę do jutrzejszej „Wyborczej”.
Melduję, że powyższy wpis będzie na trochę ostatnim, dalsze kilka dni urlopu też ludzka rzecz. Szczególnie że poprzednio napisało mi się coś jakby wpisy na trzy dni poprzednie. Oto teraz pisanki owe.

Na 29 lipca. 

Jaka tam kura domowa!

Ewangelia Jana 11,19-27 albo Łukasza 10,38- 42

Dzisiaj dzień świętej Marty, tej z Betanii, siostry tamtej Marii oraz Łazarza. Z ową postacią biblijną jest trochę tak, jak z Marią Magdaleną lub Tomaszem Apostołem. Magdalena ladacznica, a Tomasz niedowiarek jeśli nie wręcz niewierny, co brzmi  jak zdrajca. Marta ma potocznie opinię niemal kurki domowej, osóbki z ambicjami i zainteresowaniami wyłącznie kuchennymi. Tak ją po trosze przedstawił ewangelista Łukasz: ma pretensje do siostry Marii, że jej nie pomaga w przygotowaniach do gospodarczego przyjęcia Jezusa. Napisałem „po trosze”, bo tak można odczytać przedstawioną przez niego scenę, ale można też psychologicznie inaczej: sama chciała też posłuchać Mistrza, gdyby jej w tamtych przygotowaniach pomogła, posłuchałyby Go obie. Dano nam dzisiaj do wyboru oba teksty, na szczęście także ten Janowy,  gdzie Marta pierwsza biegnie Go powitać i wyznaje, a to słowa obok tamtych Piotrowych w ewangeliach raczej unikalne, że On jest Mesjaszem. Dodam, że Jan znał Martę najprawdopodobniej osobiście, a Łukasz nie: u tego drugiego opowieść o dwóch siostrach wygląda mi na mało historyczną, raczej tylko teologiczno-duszpasterską, ważna jest tam nie fabuła, ale morał: że są sprawy ważniejsze niż gastronomia i tp. Gościa przyjąć trzeba nie tyle względem brzucha, ile ducha!

Na 30 lipca. 

Mądry tylko o mądrość prosi

1 Księga Królewska 3,5.7-12

Przeczytajcie tę opowieść o młodym królu Salomonie, pokornym, czyli mądrym. Bóg obiecuje, że spełni każdą jego prośbę, a ten prosi tylko o „serce rozumne do sądzenia tego ludu i odróżniania dobra od zła”. Syn Dawida otrzymuje wielkie zdolności sądownicze, w sensie nawet szerokim: słynie w ogóle z mądrości, jest jej symbolem. Biblia powiada, że Bóg „dał mu serce mądre i pojętne”. Tak to przetłumaczyła Tysiąclatka, Poznanianka ma „mądre i rozumne”. Zapewne chodzi o to, żeby zwyczajną dobroć, czyli życzliwość ludziom, łączyć z mądrością. Cóż to jednak takiego? To chyba intuicja psychologiczna, czyli znajomość natury człowieka, ogólnie umiejętność trzeźwej oceny rzeczywistości i jakaś pomysłowość w działaniu, jak wtedy, gdy rozsądził, która z nierządnic była matką dziecka (1 Księga Królewska 3,16-27). Tutaj też biblijne przesłanie, dla wierzącego religijnie oczywiste, że naprawdę mądry będzie dobry również, czyli właśnie odróżniający dobro od zła, bo w tym jest szczęście najgłębsze, ostateczne. Ale i oczywiste dla wierzącego po laicku, w wartości etyczne po prostu, a dla obu istnieje argument dodatkowy, że historia nas z etyki rozlicza.

  1. Salomon był mądry i dobry, ale na miarę swojej epoki. Bóg pochwalił go za to, że nie poprosił „o zgubę swoich nieprzyjaciół”, jak to czyni się nieraz przeraźliwie w psalmach, tyle tylko, że potem gubi tych bez pardonu. Również członków swojej rodziny: swego przyrodniego brata Adoniasza kazał po prostu zabić, bo podejrzewał o chęć odebrania mu królewskiego tronu. Chyba zapominamy często, że życie ludzkie było dawniej na wagę piórkową. Nie wiem, czy nazywanie dzisiejszych czasów cywilizacją śmierci nie jest jakimś nieświadomym, a niemądrym chwalstwem wieków minionych.

Na 6 sierpnia.

Jego twarz jak słońce

Święto Przemienienia Pańskiego, opowieść na ten temat z Ewangelii Mateusza 17, 1-8 (są też odpowiednie u Marka 9, 2-8 i Łukasza 9,28-36, także 2 List Piotra 1,17-18). Jezus ukazał się trzem apostołom, by tak rzec, czołowym, Piotrowi, Jakubowi i Janowi, jakby nie był zwykłym człowiekiem. Jego twarz jaśniała jak słońce, a szaty były białe jak światło (u Marka - jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła, u Łukasza po prostu lśniąco białe; u Łukasza jest natomiast informacja, jakoby zobaczyli Go takim we śnie). Z nieba odezwał się głos: „Oto jest Syn mój umiłowany, którego sobie upodobałem, Jego słuchajcie” . Niektórym z nas też ukazuje się Jezus albo Jego Matka. Objawienia Maryjne, w Lourdes, w Fatimie, są  najbardziej głośne, znane, niektórych, jak tych w Medjugorie, autentyczność jest w Kościele dyskutowana. Są też w opowiadaniach różnych ludzi wielokrotne wizje Jezusa, świętej Faustyny na przykład. Ale nie tylko tak znane, też i takie jednorazowe, których oni nie rozgłaszają, ale podtrzymują ich one w wierze chrześcijańskiej. Bardzo skomplikowana to sprawa, jak w ogóle życie psychiczne, mnie samemu nic podobnego się nie zdarzyło, mam naturę jakoś mało mistyczną. To jednak oczywiście nie powód, bym takie cudze przeżycia kwestionował. Sam chciałbym mieć podobne. Amen.                    

 

 

                   

    

            

 

 

 

 

18:42, jan.turnau
Link Komentarze (62) »
Archiwum