Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 28 sierpnia 2016
Im większy jesteś, tym bardziej się uniżaj!

Mądrość Syracha 3,17-18.20.28-29
Psalm 68,4-7b.10-11
List do Hebrajczyków 12,18-19.22-24a
Ewangelia Łukasza 14,1.7.14
„Im większy jesteś, tym bardziej się uniżaj”, powiada Syrach. „Jeśli cię ktoś zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca (...) Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” – wtóruje mu Łukasz. Argumentacja dla tych zasad jest także utylitarna doczesność: bo może przyjść ktoś znamienitszy i poproszą cię, byś ustąpił mu miejsca, co będziesz musiał uczynić ze wstydem (Łukasz). Ale i podobna na pozór, bo mówiąca też o korzyści, ale całkiem inne: „a znajdziesz łaskę u Pana” (Syrach). Czyli podstawowe przesłanie Ewangelii, Biblii, chrześcijaństwa, też oczywiście starszych braci w wierze. A rymują mi się te nauki z awansowaniem przez owe źródła ubogich, słabych w ogóle: „Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych”, pisze trzeci ewangelista, psalmista też dzisiaj o ubogich pamięta: „Twoja rodzina, Boże, znalazła to mieszkanie, które w swej dobroci dałeś ubogiemu”. Owa Boża familia to tutaj nie Święta Rodzina w Betlejem, nie zacytowałem przez omyłkę Łukasza, tylko – jak i przedtem – Biblię Tysiąclecia, dwa wersy, które Poznanianka przetłumaczyła nieco inaczej: „Lud Twój tam się osiedlił; w dobroci swej, Boże, zatroszczyłeś się o biednego”.
A List do Hebrajczyków? Powinienem unikać naciąganych sugestii, że wszystkie cztery teksty mówią o tym samym, nie sugerując jednak tego dodam, że kojarzy mi się tutaj obraz Boga w liście niegroźny, jakby łagodny: „Nie przyszliście do namacalnego i płonącego ognia, do mgły, do ciemności i burzy ani też do grzmiących trąb i do takiego dźwięku słów, iż wszyscy, którzy go usłyszeli, prosili, aby do nich nie mówił”.
Tyle tylko, że polskie powiedzenie pobożne brzmi czasem: „Boże, słyszysz, a nie grzmisz”. Terroryzm...
Wpis niewielki, więc taka też kolubryna, napisana do „Buntu Młodych Duchem”.
Notatnik zwariowanego ekumenisty
Kryterium wiary ortodoksyjne: przyjmowanie uchodźców
FRANCISZEK W POLSCE I W OGÓLE
No i przyjechał do nas, do Polski tak mocno katolickiej. Czy jednak katolickiej w jego stylu? Co zrobił, aby ten styl trochę zmienić?
Ten notatnik ma służyć zgodnie z tytułem sprawie jedności chrześcijan, więc najpierw trochę o tym. W „Magazynie Świątecznym” „Gazety Wyborczej” napisałem jako Jonasz tak oto.
Bracia nasi zapomniani
Papież Franciszek spotkał się ostatniego dnia w Krakowie z przedstawicielami polskiej społeczności żydowskiej, oczywiście z rabinem Michaelem Schudrichem na czele. Dobrze, że starczyło na to czasu w bardzo wypełnionym programie. Podejrzewam, że motorem tego spotkania był przyjaciel Franciszka rabin Skórka, który z nim ojczyznę swych przodków odwiedził. Nie było go już na tamtej audiencji, bo miał też w Polsce program bogaty, ale pewnie tej sprawy pilnował. Nie było natomiast podobnego uhonorowania innych polskich chrześcijan. Zwierzchnicy ich zostali zaproszeni do Krakowa, Częstochowy i Auschwitz, oczywiście przybyli, ale do rozmowy papieża z nimi nie doszło. I tu znowu coś przypuszczam: gdyby Franciszek miał u swego boku jakiegoś chrześcijanina nierzymskokatolickiego, na przykład pastora zielonoświątkowego Jorgego Himitiana, z którym też zaprzyjaźnił się w Argentynie, znalazłaby się choćby chwila. W każdym razie polscy ekumeniści rzymskokatoliccy jako doradcy papieża jednak jakoś zawiedli. Bo on sam jest przecież rzecznikiem ekumenizmu gorącym, jeżeli za rok weźmie udział w obchodach 500-lecia reformacji w szwedzkim mieście Lund.
No właśnie, ta rocznica. Posłanka PSL Lucyna Pasławska, luteranka, wnioskowała do sejmowej Komisji Kultury o ogłoszenie roku 2017 reformacyjnym mianem. Konkurencyjnych pomysłów było sporo, ale szkoda, że ten ekumeniczny nie załapał się nawet na rozważenie przez cały polski parlament. Choć przecież ojcem polszczyzny był podobno niejaki Mikołaj Rej, żadną miarą rzymski katolik. By tylko jego w tym kontekście nieśmiało przypomnieć...    
Z naszym stosunkiem do współwyznawców Chrystusa jest po wierzchu nieźle: gdy popatrzeć na stołeczny szczyt. Nie ma też oporów kołtuńskich jak to bywa w przypadku starszych braci w wierze. Ale czy jest to sprawa duszpastersko priorytetowa, jak polecał Papież Polak? Mamy w Polsce trochę hobbystów, ale przynajmniej tyle samo ekumenistów tylko z urzędowego, nie z osobistego powołania. Statystyka wyznaniowa, że u nas tak mało innych chrześcijan, iż sprawa musi być marginesowa, nie wszystko tłumaczy. Co prawda, Franciszek też do zrozumienia tej oczywistości nie doszedł już dzieckiem w kolebce, ale z owym duchownym zielonoświątkowym zaprzyjaźnił się na całego, duszpastersko skutecznie. Jednak pod Wawelem w tym względzie nie wyszło.
A co w ogóle wyszło? Wizyta poskutkowała? Oczekiwania były wielkie. Jedni liczyli na zmianę prawdziwie dobrą, drudzy bali się zmiany jakiejkolwiek.
Franciszek, jaki jest?
Ten biskup rzymski polskim katolikom duchownym i licznym świeckim nie za bardzo pasował. Jeżeli to raczej do złośliwej szeptanki. Myślę, że nie pasował przede wszystkim swoim antyklerykalizmem. Różne społeczności i instytucje na ogół  uważają, że swego dobrego imienia należy za wszelką cenę bronić, tyle jest na nich przecież ataków, a z samokrytyką trzeba bardzo uważać. A Franciszek raczej nie uważa, mówi na luzie, nie sznuruje ust dyplomacją. Co  prawda, tamten z Asyżu jego patronem, czyli musi być łagodnym barankiem. I bywa, ale dla kogo innego, dla tych, co są na samym dole społecznej hierarchii. Także w Kościele. Jeśli ktoś zaraz na początku powiedział, że chciałby Kościoła ubogiego i dla ubogich, to musi się trzymać za swoje słowa. Dlatego przypomina Franciszka z Asyżu, ale Marcina Lutra trochę również. Na szczęście już nie tamte czasy. Ale jest i druga przyczyna papieskiego języka niewyparzonego. Ten biskup rzymski jest nie tylko proboszczem świata, on jest także prorokiem. Jak tamci biblijni, jak Chrystus, chłoszcze słowem wszystko zło tego świata, także właśnie kościelnego.      
Do dni lipcowych roku bieżącego ambony nie były go pełne, dobrze ukrytego w cieniu Jana Pawła II. Ale kiedy się zjawił, zrobiło się o nim oczywiście głośno. Oficjalnym ludziom i mediom Kościoła naturalnie nie wypadało milczeć. Zaskoczyła jednak wszystkich życzliwość mediów zupełnie niekościelnych, szczególnie „Gazety Wyborczej”, która referowała jego wystąpienia zamieszczając je na ogół w całości. Komentowała je entuzjastycznie mimo wcześniejszego krytycyzmu (ile to będzie kosztowało obywateli niekoniecznie katolickich?). Żartowałem sobie, że jest to moje, tamtejszego adwokata spraw religijnych, przed grobem zwycięstwo, ale było to wiktoria samego Franciszka. Pokonuje skutecznie lęki tak zwanych środowisk lewicowo-liberalnych przed instytucją pyszną, wojowniczą i zamkniętą myślowo na cztery spusty. Taka się ona im widzi, nic dziwnego. Nic dziwnego również, że licznym polskim środowiskom eklezjalnym nie podoba się ten przedziwny papież.
Jaki był w Polsce?
Wracam jednak do tego, co wyszło. Najpierw, co powiedział Franciszek, potem jaki to może mieć skutek. Co do tego pierwszego, na szczęście wiemy już także to, co powiedział biskupom podczas zamkniętego spotkania, bo stenogram opublikował Watykan, a za nim KAI. Mamy pełną wiedzę o tym, co powiedział oficjalnie, choć nie zawsze publicznie.
Mówił delikatnie. Jego sekretarz stanu kardynał Polin, który kilka dni wcześniej też odwiedził Polskę, powiedział publicznie, że postępującemu zeświecczeniu musi przeciwdziałać Kościół twórczy i otwarty. Franciszek nie użył takich terminów. Podczas całej wizyty zachowywał się bardziej dyplomatycznie niż wtedy, gdy mówi z Watykanu. Zapewne zazwyczaj tak bywa, gdy odwiedza jakiś kraj i lokalny Kościół. Gość też musi być uprzejmy, nie tylko gospodarz. Zresztą od Vaticanum Secundum obowiązuje decentralizacja, mogą być różne drogi miejscowe duszpasterskie. W każdym razie u uchodźcach mówił wielokrotnie, bo to dla niego przecież sprawa fundamentalna, jak cnotą fundamentalną jest miłosierdzie. Owszem, trzeba działać roztropnie, „nie wszystkie kraje są równe, nie wszystkie mają takie same możliwości, mają jednak możliwość bycia hojnym”. Tak jest, proszę panów Prawa i Sprawiedliwości! A proszę księży proboszczów, można paść dusze rozmaicie, cenniki na sakramenty to jednak pastoralna granda! Określenie moje, ale w tej przyjacielskiej rozmowie z biskupami pouczenie papieski padło, bo jak mogło  być inaczej.                        
Ale gender, gender, gender...
No i może Franciszek sądzi, że tam, gdzie jest uważany za niebezpiecznie miękkiego doktrynalnie, czyli jak w Polsce po adhortacji rodzinnej robiącej furtkę rozwodnikom, powinien akcentować to, co etykę katolicką odróżnia od liberalnej. O owych różnicach mówi nie często, boi się posądzenia swojego Kościoła o tematyczną obsesję, przed którą w adhortacji „Evangelii gaudium” kaznodziejów przestrzegał, ale nad Wisłą wypowiedział się. Zaraz na początku publicznie o aborcji: termin nie padł, ale sens słów był jasny, choć zaznaczył lekko, że przyjmowanie nowego życia musi być odpowiedzialne. No i samym tylko biskupom powiedział bardzo ostro o  kolonizacji ideologią gender: „Dzisiaj dzieci - właśnie dzieci -naucza się w szkole, że każdy może wybrać sobie płeć. A dlaczego tego uczą? Ponieważ podręczniki nauczają te osoby i instytucje, które dają pieniądze. Bóg stworzył mężczyznę i kobietę, stworzył świat w konkretny sposób, a my czynimy coś przeciwnego. I to jest straszne.”. Nie można zlekceważyć tej opinii, która tak ucieszyła oczywiście naszych gorliwych antyliberałów. Otóż ja sobie myślę tak: każda teoria ma swoich fanatyków, którzy nie pomagają w jej upowszechnianiu, ale w tych słowach Franciszka zabrakło mi jednak owego szacunku dla cierpiącego człowieka, miłosierdzia po prostu, jakie ten papież okazuje homoseksualistom. Transseksualiści cierpią bodaj jeszcze bardziej, o czym świadczy choćby liczba wśród nich samobójstw. Owszem, człowiek płci nie wybiera, ona sama się określa, niestety zdarza się, że podwójnie: psychikę inaczej niż anatomię.
Napisałem mniej więcej tak w wydaniu internetowym „Gazety Wyborczej”, dałem do przeczytania Michałowi Czajkowskiemu i ten zaoponował. Przekonywał mnie, że papież nie musi mówić wszystkiego na dany temat. Nie musiał zaznaczać swojego szacunku dla transseksualistów, bo to jest jednak inna sprawa, a trudno go o brak szacunku do nich posądzać. Hm. Może mój przyjaciel ma dużo racji, choć gdyby padły podobne słowa, nie byłoby może tyle rozgoryczenia środowisk LGTB po tamtych ocenach.
Tymczasem jednak KAI podała 18 sierpnia br. informację następującą.
„Zaburzenia tożsamości płciowej mają charakter psychiczny, nie są wrodzone i nie mają związku z ciałem danej osoby – wynika z badań przeprowadzonych przez naukowców z Amerykańskiego Kolegium Pediatrów (American College of Pediatricians - ACP). Przeczy to głównym tezom ideologii gender i wskazuje na zagrożenia, jakie może powodować jej propagowanie wśród nieletnich.
Naukowcy amerykańscy powołują się na największe jak dotąd badania wśród transseksualnych bliźniaków jednojajowych. Okazało się, że tylko w co piątym przypadku zaburzenia tożsamości płciowej występują u obu bliźniaków. Nie można więc mówić, że mamy do czynienia z tendencjami wrodzonymi, bo w tym wypadku obie osoby mają identyczne DNA i te same okoliczności rozwoju prenatalnego. Ponadto z innych badań wynika, że zaburzenia tożsamości płciowej są o wiele rzadsze, jeśli dziecko nie było zachęcane do uosabiania się z płcią przeciwną. Okazuje się, że to właśnie zachęta do otwartości na zmianę płci i eksperymentowanie na tym tle są główną przyczyną zaburzeń.Amerykańscy pediatrzy powołują się na te terapie, którym są poddawane dzieci z zaburzeniami tożsamości płciowej. Pokazują one, że istotny wpływ na rozwój i utrzymywanie się takich problemów mają czynniki społeczne, psychopatologie rodzinne oraz presja ze strony mediów głównych nurtów i społecznościowych. Co ciekawe, ogłoszenie wyników badań ACP zbiegło się w czasie z bardzo krytycznymi uwagami Franciszka pod adresem ideologii gender. Choć mówił on o tym w Krakowie podczas spotkania z biskupami, jego słowa wzbudziły też szerokie echo w Stanach Zjednoczonych. Środowiska LGBT nie kryły rozgoryczenia. Raport amerykańskich pediatrów pokazał jednak, że papieskie obawy o dobro dzieci poddawanych ideologicznej kolonizacji znajdują też mocne potwierdzenie w badaniach naukowych.”
Tyle KAI, ale następnie ukazał się numer „Tygodnika Powszechnego” z 28 sierpnia, a w nim ważny artykuł tamtejszego redaktora, Artura Sporniaka, pod tytułem „Natura, ale która?”, również na temat papieża i gender. Bardzo ciekawa jest sama informacja autora wstępna. „Podobno biskupi polscy umówili się, że nie ujawnią, iż Franciszek podczas spotkania z nimi mówił także o ideologii gender, i to mówił językiem jakby wprost wziętym z niedawnej wojny wywołanej  głośnym listem Episkopatu z końca 2013 roku. Nie chcieli znowu budzić demonów. Ta godna pochwały powściągliwość został zniweczona przez Watykan. Na watykańskiej stronie w zakładce o Światowych dniach Młodzieży 2 sierpnia ukazał się zapis rozmowy papieża.”
Artykuł jest bardzo obszerny, lekturę polecam gorąco, wyjmuję zeń tylko trochę twierdzeń. Franciszek jest w sprawie transseksualizmu  bardzo krytyczny, co było widać wcześniej na przykład na spotkaniu z biskupami Austrii. Interpretacja teorii gender, jakoby płeć można było sobie dowolnie wybrać, jest błędna, tak jak podobna w sprawie homoseksualizmu. Tego się właśnie nie wybiera, to się zastaje. Jest to wrodzone i bardzo wyraźne: powoduje wielkie cierpienia, wręcz nieraz samobójstwa. U podstaw sporu tkwi tradycyjna koncepcja prawa naturalnego, zwana biologizmem. Z niej wynika między innymi negacja rozróżnienia płci biologicznej i psychicznej. Oby nie było tak jak z teorią Kopernika. Zostawiam sprawę otwartą, specjalistą nie jestem. Choć bliżej mi znacznie do nowego myślenia.
Co z tego wszystkiego będzie?
No i wreszcie o skutkach słów papieskich. Bardzo trudno je zmierzyć. Niemniej mogę chyba napisać, że państwowe władze, co już zasugerowałem wcześniej, przesłaniem Franciszkowym przejęły się średnio. Najważniejszym elementem tego nauczania była sprawa uchodźców. Przyczepiono się do słów łagodzących; także w rodzaju tych, że jest to kwestia relatywna, bo gościnność zależy od sytuacji każdego kraju – ale pominięto dalszy ciąg wypowiedzi: „absolutne jest serce otwarte na przyjęcie”. To jest zresztą cytat z przemówienia do biskupów, nie do polityków, i ci pierwsi wydają się bardziej słuchać papieża (inicjatywa przywożenia samolotami ludzi potwornie zagrożonych). Ale działający w Polsce dalej sojusz ołtarza z tronem (który niedawno Franciszek ogólnie skrytykował) hamuje takie myślenie i działanie.
Czy zmieni się coś na dobre w stylu duszpasterstwa? Czy parafia, jak tłumaczył naszym hierarchom papież, stanie się ośrodkiem różnych kościelnych ruchów, czyli nie tylko urzędem? I czy przestanie być ośrodkiem handlowym, sprzedawania świętości? Myślę, że po słowach Franciszkowych tzw. trend będzie zdecydowanie pozytywny. Na przeszkodzie jest jednak sama rola proboszcza jako właściwie prywatnego przedsiębiorcy, który jest sam odpowiedzialny za to, żeby były pieniądze. Nie pomoże tu chyba zasadniczo realizowanie wreszcie kanonicznego obowiązku powoływania rad ekonomicznych, bo to już inna sprawa, aktywizacja laikatu, która u nas skądinąd leży. Niewiele bowiem chyba pomogą radni świeccy, jeżeli tak czy inaczej w jednej parafii będzie bogato, bo parafian dużo i bogaci, w innych mało i biedni. Cenników będzie coraz mniej, ale finansowy los parafii dalej rozmaity. Czy nie wprowadzić stosowanej we Francji zasady, że uposażenie księży jest zawsze takie samo, ustalane w biskupich kuriach? Trochę by to może pomogło. Choć nie wiem, w jakim stopniu na duchowną, nie tylko proboszczowską chęć życia w luksusie, mieszkania w pałacyku. Na to jest lekarstwo tylko w głębokim przejęciu się papieskim hasłem „Kościół ubogi dla ubogich”! Taki był biskup Jan Pietraszko, gdy przyjął do swojego mieszkania matkę z dziećmi.
Kościół totalnie miłosierny? To też sprawa fundamentalna, jeszcze trudniejsze, dla spowiedników przede wszystkim: sprawa „rozwodników”, pozwalania niektórym na przyjmowanie sakramentalnej komunii. Ilu polskich księży przejmie się furtką otwartą w adhortacji „Amoris laetitia”? Ilu uzna to w ogóle za problem, choć zgoła niełatwy, bo decyzje zupełnie nowe, w sprawach nie administracyjnych czy finansowych, nieporównanie bardziej święty. Zwierzył się kiedyś z lęku przed taką odpowiedzialnością ks. Adam Boniecki, inni spowiednicy polscy pewnie uważają pomysł Franciszka za doktrynalnie absurdalny.
A wiele innych za bardzo wątpliwe. Pocieszam się jednak polskim przysłowiem, że kropla powolusieńku drąży kamień. Nie ostoi się jej żaden myślowy beton.
Jan Turnau
(publicysta „Gazety Wyborczej”)
PS. A co do redaktora seniora „Tygodnika Powszechnego”, to mimo eklezjalnej decentralizacji po wizycie Franciszka zmieni się jego los w zgromadzeniu księży marianów, zdejmą mu z ust kompromitujący ich knebel? A ksiądz Wojciech Lemański będzie traktowany lepiej niż ksiądz Jacek Międral? Franciszek nie mógł przyjąć kawalera orderu papieskiego, prezesa Trybunału Konstytucyjnego Andrzeja Rzeplińskiego, jeśli przyjął ministra Macierewicza?
Napisałem to wszystko w drugiej połowie sierpnia, tekst ukaże się w „Buncie” nie natychmiast (to nie dziennik),  Czytelnicy wybaczą mi jakieś dezaktualizacje. No i polecam naturalnie Znakowy zbiór polskich tekstów Franciszka pod tytułem „Między kanapą a odwagą”!!!

01:05, jan.turnau
Link Komentarze (37) »
niedziela, 21 sierpnia 2016
Geniusz papieża Franciszka. Myszki, sikorki, pies. Fenomen ks. Międlara: katolicyzm bez chrześcijańskiego badziewia

Księga Izajasza 66,18-21
Psalm 117,1b-2
List do Hebrajczyków 12,57.11-13
Ewangelia Łukasza 13,22-20
Różnie można redagować ten wpis, ja skupię się na tym, co Izajasz (trzeci, ostatni z autorów księgi), bo biblijnemu, czyli obrazowo maluje: „Z wszelkich narodów przyprowadzą jako dar dla Pana wszystkich waszych braci – na koniach, na wozach, w lektykach, na mułach i na dromaderach – na moją świętą górę w Jeruzalem – mówi Pan – podobnie jak Izraelici przynoszą ofiarę pokarmową w czystych naczyniach do świątyni Pana. Z nich także wezmę obie niektórych jako kapłanów i lewitów”.
Obraz jest arcyciekawy, bo owi misjonarze pochodzić będą z narodów według niego pogańskich, by innym narodom, także bardzo dalekim, przynosić wieść o Bogu prawdziwym. Skutek zaś owego misjonarstwa będzie wręcz rewelacyjny, ponieważ niektórzy ekspoganie staną się nawet kapłanami i lewitami! Stary Testament jest w niektórych księgach z Izajaszową na czele ewangelicznie uniwersalistyczny.
Króciutki wyimek z Psalmu kontynuuje ten temat: „Chwalcie Pana, wszystkie narody, wysławiajcie Go, wszystkie ludy”.  Także w ostatnim wersecie fragmentu Listu do Hebrajczyków mamy coś z owej sprawy: „Proste ślady czyńcie nogami, aby kto chromy nie zbłądził, ale był raczej uzdrowiony”.
Rzecz bowiem w tym, że zostawiać można ślady potężnie mylące, narody do chwalenia Boga nieprzekonujące. Moją tutaj radą upartą jest, żeby nigdy nikogo nie nawracać wymyślaniem, obrażaniem, bo skutek bywa wtedy wręcz przeciwny.
W Polsce niedawno dokonał się ewangelizacyjny cud. Środowiska zwane liberalno- lewicowymi odnosiły się najpierw do Światowych Dni Młodzieży ze sporym dystansem, moja „GW” raczej też, ale gdy przyszło co do czego, ona właśnie przodowała w entuzjazmie. Myślałem sobie wtedy, że trochę to moje przed grobem zwycięstwo, ale oczywiście samego papieża tak genialnie ewangelizującego. Przede wszystkim chyba Franciszka, nie ŚDM, dlatego, że to on pokazywał w Rzymie od początku i teraz w Polsce bardzo dobrą twarz naszego Kościoła. Niezagniewaną na cały niekościelny świat, jaką widać u nas na co drugiej ambonie, ale serdecznie życzliwą ludziom, a poza tym – choć nie od razu (czemu? zmęczenie czy może jakieś obawy o to, jak sobie poradzi w kraju, w którym nie jest fanem oficjalnych nurtów) – radośnie uśmiechniętą. Tak jak radosna tam była przybyła ze świata całego młodzież.

Wracam do tekstów na tę niedzielę. Otóż nie wszystkie są bardzo radosne. W liście (nie Pawłowym, choć pisanym pewnie nie bez jego wpływu) jest przede wszystkim mowa o pożytku ze skarcenia. Co prawda, z tłumaczeniem, że „kogo miłuje Pan, tego karci”, ale już u Łukasza dużo słów Jezusa zupełnie dalekich od pocieszenia. „Raz Go ktoś zapytał: - Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni”, a On nie odpowiedział bynajmniej, że liczni. „Wielu będzie chciało wejść, a nie zdołają”, albowiem dopuszczają się niesprawiedliwości: będą płakać i zgrzytać zębami, bo wyrzuceni zostaną. W przeciwieństwie do Abrahama, Izaaka, Jakuba i wszystkich proroków, których zobaczą w Królestwie Bożym. Ważne jednak, że owe groźby dotyczą tutaj najwyraźniej „naszych”, bo inni przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa, i też znajdą się w owym Królestwie, jako że „są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi”.
Nie jestem aż takim ksenofilem, żebym uważał, iż to rozwiązuje po mojej myśli problem nadziei powszechnego zbawienia (nasi nieważni, niektórzy niech męczą się w piekle), ale istotne jest, iż Chrystus gasi tutaj samozadowolenie swoich żydowskich słuchaczy, a nie grozi nieswoim. Jak właśnie Franciszek, który różnych ludzi z „peryferii” traktuje o wiele lepiej niż swoich, np. tych na ambonach właśnie.
Wracam do Izajasza, bo trafiłem tam w tym samym rozdziale na zdanko mi przydatne. O
paskudnych praktykach pogańskich czytamy u proroka: „Zabija się na ofiarę wołu, a morduje też człowieka, składa się ofiarę z owcy, a dławi się i psa. (66,3)”. Pies tu stał się ofiarą niewłaściwą jak człowiek, ale nie za wiele z tego wynika, niewielkie dowartościowanie niezwykłego zwierzaka. W przetłumaczonej u nas „Encyklopedii Biblijnej” wyczytałem, że w Egipcie psy były wysoko cenione, a może nawet czczone, ale Hebrajczycy patrzyli na nie z największym obrzydzeniem. Wyjątkiem oczywiście jest pies, który wiernie towarzyszył Tobiaszowi (Tb 5,16; 11,4). Otóż przypomniało mi to informację kynologiczną tygodnika niemieckiej archidiecezji freiburskiej „Konradsblatt” o muzeum na ten temat w stolicy Kamerunu Yaounde. Zamierza je tam zbudować tamtejszy antropolog Flavien Ndonkos, aby pokazać rodakom z byłej kolonii niemieckiej, jak zupełnie inaczej niż oni traktują psa Niemcy, dla których jest członkiem rodziny (sam ma owczarka Borisa). Wydaje mi się, że Polacy są w tej mierze podzieleni: jednym bliżej do Niemców, innym do Kameruńczyków.
Co do mnie nie mogę się nadziwić tej niezwykłej miłości do ludzi osobników psiego gatunku. To, że został udomowiony jako pierwszy (10 tysięcy lat temu) chyba nie wszystko tłumaczy.
Podobny jest problem kota, też przecież czczonego nad Nilem i też kochanego przez ludzi, choć chyba nie tak bardzo ich kochającego albo może tylko inaczej.
Także coś o innych zwierzątkach. Gdy odwiedzicie warszawskie Łazienki, usiądźcie w kawiarni z samego brzegu, koło pasa malutkich kwiatków. Otóż mieszka tam wielka ilość polnych myszek, które można karmić pijąc kawę, tak jak gdzie indziej  wiewiórki albo sikorki. Tamte myszeczki są przeurocze! Jako niedoszły zoolog i nieustanny zoofil (w sensie tego terminu przyzwoitym) przypominam tutaj podobne uczucia apostoła Pawła ujawnione w Liście do Rzymian 8,18- 22, w Biblii niestety rzadkie.
Na koniec dwie złote myśli moje. Starość różni się od młodości tym, że jest to czas przejmowania się wszystkim, gdy tamten dawny niczym. Niemniej na starość skleroza pochłania powoli psychozę. Tak jest w każdym razie ze mną.
PS. Na tapecie wciąż ksiądz Jacek Międlar, jego występy dzielnie referuje w „GW” Kasia Wiśniewska, oczywiście słusznie twierdząc, że stosunek do niego władz kościelnych jest jak dotąd przeraźliwie różny od traktowania księdza Lemańskiego, nie mówiąc o księdzu Bonieckim. Kościół nasz rzymskokatolicki polski polityczną prawicę miłuje jakoś dziwnie. Jeśli komuś należy się przecież suspensa, to jemu właśnie. Nacjonalkatolicyzm, do tego tak agresywny, zaprawdę katolicyzmem nie jest! Przypomina się anegdotyczne powiedzenie kogoś w takim potwornym rodzaju:  katolicyzm jest słuszny, ale bez tego chrześcijańskiego badziewia...

20:41, jan.turnau
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
W niebie, już zmartwychwstała

Księga Apokalipsy 11,19a.12;12,1.3-6a.10ab
Psalm 45,7.10-12.14-15
1 List do Koryntian 15,20-26
Ewangelia Łukasza 1,39-56
W Kościele moim rzymskokatolickim uroczystość dzisiaj spora: wspominamy wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Święto ma wręcz swoją wigilię, wziąłem jednak teksty z mszy w sam dzień.
Apokalipsa opowiada o niewieście obleczonej w słońce, autor ma tu na myśli jednak w ogóle Kościół, jeśli nie nawet Izrael. Niemniej od VI wieku chrześcijanie widzą tu w szczególności Marię z Nazaretu jako Kościoła symbol wspaniały. Można ją też zobaczyć w obrazie psalmowym „królowej w złocie z Ofiru, stojącej po Bożej prawicy”, choć akcentuje się dzisiaj raczej jej pokorę, ubóstwo, że była jedną z nas, bliską nam szczególnie. Autor mariologiczny Łukasz cytuje jej krewniaczkę (ciotkę, bo starszą o wiele?) Elżbietę, która nazwała ją „błogosławioną między niewiastami”, dalej zaś wkłada w jej usta przesławny hymn „Magnificat”, akcentujący Bożą opiekę nad pokornymi ubogimi: „Wszechmocny strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych”.
Chrześcijaństwo poszło jeszcze dalej w wywyższaniu matki Syna Bożego. Istnieje nawet prastara, choć kontrowersyjna tradycja, że nie umarła ona, ale zasnęła. Tak się nawet nazywa to święto w prawosławiu - Zaśnięcie Bogarodzicy - ale w dziele Paula Evdokimowa „Prawosławie” wyczytałem, że to bynajmniej zakwestionowania jej śmierci nie oznacza (mamy też w ich kalendarzu też na przykład „Zaśnięcie Anny”). Dogmatyzując starą wiarę we Wniebowzięcie w 1950 roku, papież Pius XII przeszedł ponad tą sprawą powiadając ogólnie, że to się wydarzyło „po zakończeniu jej ziemskiego życia”. Wypowiedział się w sprawie istniejącego sporu dopiero Jan Paweł II w roku 1997, tłumacząc, że jeśli Bóg Człowiek zwyczajnie umarł, to przecież Maryja też. Ale jest jeszcze inny problem teologiczny. Dogmat wniebowzięcia przecież oznacza, że matka Jezusa została wzięta „do chwały niebieskiej” (określenie Piusa XII bardziej precyzyjne niż potoczne niebo) z duszą i ciałem. Naucza jednak dzisiaj apostoł Paweł: „Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy, potem ci, co będą z Chrystusem podczas Jego przyjścia”. Czyli na tak zwanym końcu świata, a z dogmatu wynikałoby chyba, że Maryja zaraz po śmierci. Ale pamiętam na szczęście również, co napisał kiedyś w „Concilium” teolog chyba holenderski, że twierdzenie o czasowym wyprzedzeniu nas przez nią (przez Jezusa chyba też) nie ma sensu, ponieważ TAM nie ma czasu. Można natomiast mówić o wyprzedzeniu „ontologicznym”, o niezwykłej jej bliskości wobec do Boga. Bo też kto bliski ludziom, ten (ta) Jemu również.

07:43, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
niedziela, 14 sierpnia 2016
Hartowani w błocie. Każdy ma być trochę prorokiem. Ostatnia Wieczerza ucztą paschalną?

Księga Jeremiasza 38,4-6.8-10
Psalm 40,2-4.18
List do Hebrajczyków 12,1-4
Ewangelia Łukasza 12,49-53
Na pewno pasują do siebie fragmenciki Księgi Jeremiasza i Psalmu 40. Ten drugi powtarza obraz człowieka zanurzonego w jakimś obrzydliwym błocie, w tej pierwszej jest to prorok Jeremiasz, którego nie broni oportunistyczny król Sedecjasz, dopóki jego dworzanin, Kuszyta Ebedmelek (czyli nie Izraelita, Etiopczyk, także w Starym Testamencie obcy bywają lepsi od swoich), go do tego nie skłonił. Też można do tego dołączyć (niePawłowy) list do Hebrajczyków, gdy czytamy tam o Jezusie, „który ze strony grzeszników tak wielką wycierpiał wrogość wobec siebie”. Ale Łukasz? Cytuje Jezusa, który sam mówi o sobie, że przyszedł na ziemię rzucić ogień międzyludzkich konfliktów, nie pokój, ale rozłam. On właśnie, nie diabeł („diabolos” to rozłamca): „Pięcioro będzie podzielonych w jednym domu, troje stanie przeciw dwojgu”. Jednak przecież nie zawsze walczą ze sobą z miłości do samych siebie, czasem z miłości do prawdy, do ewangelii, do Jezusa.
On sam też z braku tej miłości cierpiał: „Chrzest mam przyjąć jakiej doznaję udręki, aż się to stanie”. My też czasem właśnie przechodzimy chrzest bojowy, a był on najbliższy tego Jezusowego w przypadku św. Maksymiliana Kolbego, który 75. lat temu oddał życie za bliźniego swego. „Magazyn Świąteczny” wydrukował mój felieton o jego matce, czyli o „Znakowej” książce Natalii Budzyńskiej na jej temat, nie każdy jednak wszystko naszej firmy czyta, więc dołączę tę pisankę na końcu wpisu.
Tak, trzeba walczyć. Choć tak właśnie jak Jeremiasz i Jezus, odważnym słowem prorockim, bez używania przemocy, bez materialnej broni; choć i ona jest czasem potrzebna dla ratowania bliźnich przed nieludzkimi mordercami: pacyfizm ma przecież swoje granice.
Życiorys Jezusa jest dla nas jakoś ważny w każdym szczególe, szczególnie wydarzenia ostatnie, a że to blog przede wszystkim biblistyczny, więc odnotuję publikację z ewangelicko-reformowanej „Jednoty” (nr 2/2016). Jest to mianowicie tekst referatu emerytowanego duchownego tego Kościoła, ks. Romana Lipińskiego, który przedstawił on w kwietniu br. podczas kościelnego Synodu w Kleszczowie. Analizuje tam drobiazgowo kwestię, czy można mówić na podstawie Biblii, że Ostatnia Wieczerza była ucztą paschalną. Rzecz w tym, że sugerują to wyraźnie tzw. synoptycy (Mateusz, Marek i Łukasz), ale Jan równie wyraźnie pisze co innego. Według niego była to – tak to nazywa ks. Lipiński – „braterska uczta uczestników ścisłego grona o charakterze religijnym”, ale święto Paschy poprzedzająca. I nie da się tych dwóch tradycji pogodzić, np. teorią dwóch różnych kalendarzy, co stwierdza także autor rzymskokatolicki Wilibald Bösen w książce przetłumaczonej na polski jako „Ostatni dzień Jezusa z Nazaretu” (Wydawnictwo „Ossolineum”, Wrocław 2002, tłum Wiesława Moniak). A bardzo wiele wskazuje na to, że rację ma Jan. To Lipiński dokładnie udowadnia, a Bösen twierdzi, że Ostatnia Wieczerza została później świadomie przekształcona w wieczerzę paschalną, aby zaznaczyć, że „wieczerzę eucharystyczną należy rozumieć jako nową wieczerzę paschalną,. W której Jezus, prawdziwy baranek wielkanocny, zastępuje starotestamentalnego baranka paschalnego”.
Niech katolicy uczą się od ewangelików zainteresowania tekstem biblijnym, a jedni i drudzy na tym przykładzie lepszego zrozumienia, że literalna lektura Pisma Świętego nieraz nie może się ostać. A teraz to moje o Mariannie Kolbowej.
Natalia Budzyńska napisała książkę pt. „Matka męczennika”, a Znak ją wydał tuż przed
niedzielną, 75. rocznicą jego śmierci
. Bałem się, że to trochę hagiografia, o co łatwo niektórym, gdy piszą o rodzinie świętego - to jednak faktografia rzetelna. A ciekawa, bo
Maksymilian (imię to zakonne: ze chrztu Rajmund) był przecież postacią potężną, warto wiedzieć, skąd ktoś taki się wziął.
Pochodzenie od strony ojca – czeskie. Z czeskich osadników sprowadzonych do łódzkiego ośrodka tkackiego, choć nazwisko „Kolbe” brzmi mi niemiecko, bo też germanizacja tego narodu była przecież niemała. Poza tym początkiem rodzina była bardzo polska i  arcykatolicka, bardzo intensywnie maryjna. Matka Maksymiliana, Marianna z Dąbrowskich, nie marzyła o mężu i dzieciach, ale o klasztorze, o życiu – jak to się dotąd mówi – w czystości, jakby seks zawsze brudził. Nie została zakonnicą z powodów po pierwsze politycznych: w zaborze rosyjskim działała kasata zakonów, a o tym, że ojciec Honorat Koźmiński założył tajnie ponad dwadzieścia, nie wiedziała. Po drugie, jej rodziców, biednych tkaczy, nie było stać na wiano dla zakonnej kandydatki. Modliła się zatem „aby umarła pierwej, zanim przyjdzie czas zamęścia”, a gdyby jednak musiała wyjść za mąż, to aby dostała takiego męża, „który by nigdy nie zaklął, nie pił wódki i nie chodził do szynku na zabawy”.
Została wysłuchana. Jak napisała w swoich wspomnieniach, Juliusz Kolbe nie był tak wybitny jak inni adoratorzy, lecz tamci pewnie nie stronili od alkoholu. Na czym ta niewybitność męża polegała, autorce książki nie wiadomo, mnie tym bardziej. W każdym razie on też ulegał mitologizacji owego ideału czystości, jak taką ascezę nazywa Budzyńska.
Wspólnie z żoną zdecydował się na antyseksualne „wybielenie” ich małżeństwa, a potem wręcz na oddzielne życie. Nie zdawał sobie natomiast sprawy, co znaczy takie rozstanie. Po latach zaczął bardzo źle znosić samotność. Sama Marianna oceniła się kiedyś jako „niezdolną być dobrą żoną i matką”. Co do jej macierzyństwa jednak, to obronię ją zgadzając się z autorką, że służba bliźnim musiała być w domu Kolbów wartością ważną, jeśli mieli syna Maksymiliana. Pobożność Marianny, choć graniczyła z dewocją – znów określenie autorki książki – nie była moralnie bezpłodna. Nieprzyjęta formalnie do żadnego z klasztorów też „ze względu na późny wiek i zamęście”, mieszkała przy jednym z nich, długie lata służąc mu jak mogła.
Portret pani Kolbowej bez retuszów hagiograficznych. Dotyczy to także trochę Maksymiliana. W swoich listach kobiety nazywał „babami”: „najwidoczniej przedstawiała Marianna swoim synom płeć piękną jako jakieś zagrożenie i zło”, a on matce ulegał. Była nieodrodnym dzieckiem swej epoki. Horyzonty myślowe miała wąskie, niemniej etykę raczej wysoką.

16:32, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 sierpnia 2016
Nauczanie o czekaniu. Gdzie był Bóg? Nasz polski Franciszek

Księga Mądrości 18,6-9
Psalm 33,1.12.18-20.22
List do Hebrajczyków 11, 1-2.8-19
Ewangelia Łukasza 12,32-48
„Noc wyzwolenia oznajmiono wcześniej naszym ojcom, by nabrali otuchy, wiedząc dobrze, jakim przysięgom zawierzyli. I lud Twój wyczekiwał ocalenia sprawiedliwych, a zatraty wrogów". To Księga Mądrości, a Psalm 33: „Oczy Pana zwrócone na bogobojnych, na tych, którzy oczekują Jego łaski, aby ich życie ocalił od śmierci i żywił ich w czasie głosu. Dusza nasza oczekuje Pana, On jest waszą pomocą i tarczą”.
List do Hebrajczyków konkretnie o Abrahamie „który dzięki wierze przywędrował do Ziemi Obiecanej, jako ziemi obcej, pod namiotami mieszkając i Izaakiem i Jakubem. Oczekiwał bowiem miasta zbudowanego na silnych fundamentach, którego architektem i budowniczym jest sam Bóg”. A Ewangelia Łukasza: „A wy bądźcie podobni do ludzi oczekujących swego Pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze”.

Cztery cytaty. A mój komentarz o problemach dwóch. Pierwszy to taki, że zwycięstwo nad wrogiem nie zawsze się zdarza, także ocalenie od śmierci, na przykład głodowej. Nadzieja z wiary wynikająca musi być bardzo cierpliwa, bo pewne jest tylko za grobem zwycięstwo i życie dalsze tam. Ale jest i drugi problem, który już od nas samych zależy, poradzenie sobie z nim: żeby stale oczekiwać, być gotowym na to, że przyjdzie. Nie na końcu świata, ale teraz, w każdej chwili, albowiem „raz wybrawszy, każdej chwili wybierać muszę” (Jerzy Liebert). I można wybrać bardzo głupio. Co zrobić, żeby jednak mądrze? Nic, tylko modlić się, być zawsze w takim stanie ducha, by bliźniemu swemu miłosiernie pomóc. Ale zgadzam się z niewierzącymi: bez wiary religijnej, bez nazwania ducha Duchem też można nie być bezdusznikiem, a czasem nawet bohaterem. Choć z wiarą, że jest Bóg, łatwiej.

Wracam do Franciszka w Polsce. We wpisie poprzednim umieściłem mój komentarz do jego pielgrzymki do Auschwitz, w którym próbowałem podjąć problem, skąd zło, gdzie był wtedy Bóg. Odpowiedziałem czyimiś słowami, że był właśnie we wszystkich tam mordowanych, i podbudowałem to wcześniejszymi słowami papieża, że Bóg w Chrystusie stał się mały, słaby:
chrześcijańska teologia to krzyż. Podczas wieczornej Drogi Krzyżowej Franciszek powiedział to wyraźniej: Bóg jest w tych, którzy cierpią. Nie mogłem tego dopisać w komentarzu, bo numer „GW” już był w drukarni. Nie mogłem tym bardziej odnotować felietonu na ten sam temat w numerze miesięcznika „W drodze” sierpniowym, bo ten z kolei jeszcze z drukarni nie wyszedł. Napisał tam mianowicie Szymon Hołownia, że zacytowane przez ze mnie słowa o Bogu, który był w torturowanym potwornie na szubienicy chłopcu, pochodzą od zmarłego rok temu pisarza amerykańskiego Elie Wiesela, co więcej, rozwinął sam fajnie ten fundamentalny problem wszystkich tekstów. Zacytuję publicystę świetnego obszernie:
„Od strony teologicznej teorii wszystko jest wytłumaczalne. Osią problemu jest wolna wola. Cały rodzaj ludzki (reprezentowany na kartach Księgi Rodzaju przez Adama i Ewę) popsuł ten świat dokumentnie i w całości. Swoją decyzją o przejęciu nad nim kontroli doprowadził do tego, że pojawiła się na nim chęć zawłaszczenia i związana z nią agresja. Człowiek jest głową stworzenia, jego dumna decyzja schrzaniła więc też życie zwierzętom, przyrodzie.
Odtąd świat atakuje człowieka, człowiek próbuje wziąć za twarz świat i koło cierpienia stworzeń kręci się aż do czasu, w którym Bóg zamknie historię, a my ze zdumieniem odkryjemy, że nie będzie żadnego końca świata, tylko jego początek. OK, ale dlaczego Bóg nie podejmuje doraźnych interwencji? Bo jeśli miałby nieustannie anulować skutki naszych złych wyborów, skończyłaby się wolna wola. Z dojrzałych, samostanowiących jednostek, za które chcemy się uważać, przeszlibyśmy na poziom niemowląt. To zresztą jest symptomatyczne, że grzesząc, czujemy się dorośli, a gdy przychodzi zapłacić za to cenę - w mgnieniu oka stajemy się infantylni. Czy to tłumaczenie ukoi ból kogoś, kto żył kryształowo, a został zdradzony, dziecka, które masakruje nowotwór? Jasne, że nie. Tajemnica zła, cierpienia, śmierci nie jest czymś, co można prosto opisać: zrobił źle, więc dostał odpłatę.
Jezus też przecież nie organizował w tej sprawie wykładów. Nie wyjaśnił tajemnicy, On ją - biorąc na siebie cierpienie i śmierć - rozwiązał. Pokazał, że jedyną sensowną odpowiedzią, której można udzielić cierpiącemu, nie jest traktat, a spotkanie w bólu. Jeśli ktoś jest na to gotów, można podprowadzić go do Chrystusa, którego zniszczono i zabito za nic (a może właśnie za to, że leczył, dawał nadzieję, odbudowywał, podnosił). Gdy pada pytanie, dlaczego ktoś, a nie ja, doświadczył cudu - pokazać Boga, któremu zabito Syna. Łez nie osusza się książką, mikrofonem czy ornatem. Jedyną odpowiedzią na pytanie: «Gdzie jest Bóg?», może być moja chusteczka i dziesięć minut wspólnego milczenia.” Fajnie napisane, choć zwykłem snuć wątpliwości dalej i pytać, czy wolna wola człowieka to wartość aż tak kolosalna, by ceną jej mogło być ryzyko, że on się nie nawróci nigdy i spocznie w wiecznym piekle. Na szczęście zwycięża powoli w chrześcijaństwie nadzieja zbawienia powszechnego, czyli wiara w Boga Miłosierdzie absolutne!

A na koniec o innym Franciszku, kardynale Macharskim, zmarłym parę dni temu. Był na kościelnej stolicy krakowskiej bezpośrednim następcą kardynała Wojtyły, wiernym kontynuatorem jego programu duszpasterskiego, jego duchowym uczniem. Kontynuatorem jego duszpasterskiego stylu: na przykład takiego, że biskup przyjmuje każdego, kto do niego przyjdzie do kurii. Bardzo skromny, subtelny, delikatny, chyba pełen kompleksów, swoiście dowcipny. Parę wspomnień o nim. Było kilka lat temu jakieś uroczyste zebranie na Zamku Królewskim, dostojnicy świeccy i duchowni, ci drudzy w pełnym umundurowaniu, purpury, fiolety, a na środku sali stoi kardynał Franciszek tyle, że na czarno, chyba nawet bez sutanny, tylko w tak zwanym clergymanie. Spodobał mi się, bo tamtych archaicznych kolorów zgoła nie uwielbiam. No i jego dowcip na mój i swój temat. Kiedyś przyjął delegację mojej „Więzi” z ówczesnym naczelnym Wojciechem Wieczorkiem na czele. Ja mam zwyczaj przedstawiania się ważnym ludziom, bo nie muszą mnie pamiętać, tak też wtedy zrobiłem na wszelki wypadek, choć kardynała poznałem wcześniej osobiście. Ale on się obruszył, rzecze do Wojtka: - Panie redaktorze, niech pan upomni swego pracownika, bo mnie obraża: przedstawia mi się ciągle, sugerując przez to, że mam kompletną sklerozę...

18:20, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
Archiwum