Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
czwartek, 30 sierpnia 2012
„Laikatyzacja”

Psalm 145,4
„Pokolenie pokoleniu głosi Twoje dzieła i zwiastuje Twoje potężne czyny”.
Ks. Alfred Tschirschnitz i Czesław Miłosz tłumaczą „imperatywnie”: z „niech”, Biblia Warszawska tak jak Tysiąclatka, czyli jak wyżej, Paulińska „futuratywnie”, czyli z „będą”, do tego powiada, że „wszystkie dzieła”. Wszystko to wychodzi na jedno, sens jest praktycznie ten sam.

Problem natomiast brzmi: jak to robić? W starożytnym Izraelu było to nieporównanie łatwiejsze niż dzisiaj, przemiany kulturowe nieporównanie wolniejsze niż współcześnie: banał. Co więcej jednak, pokolenie moich rodziców patrzyło na sprawy religijne inaczej niż moje (myślę o środowiskach katolickich), bo nie zatrząsł ich umysłami Sobór Watykański II. Były to umysły nauczone posłuchu; oczywiście nie wszystkie, bo inteligencja przedwojenna nie była bynajmniej jednolicie posłuszna Kościołowi - ale ci, co uważali się za katolików świadomych tego, w co podobno wierzą, wierzyli dużo bardziej pod sznurek. Z kolei moje dzieci są tu znacznie mniej zdyscyplinowane myślowo ode mnie, a wnuki to w ogóle wielka zagadka. Jak do nich trafiać? Jedno jest pewne, że nie wiedzą tego na ogół nasi katecheci.

Laicyzacja po prostu? Nie takie to właśnie proste, może raczej „laikatyzacja”: dzisiaj wreszcie powiedziano, że Kościół to tak biskup Kowalski, jak i pan Kowalski, co nie może nie rzutować na problemy rozumienia doktryny. A mentalność liberalna, zwyciężająca nie tylko na tzw. Zachodzie, tę demokratyzację teologiczną foruje.

PS. Przeczytałem właśnie w najnowszej „Polityce” tekst Adama Szostkiewicza o laicyzacji. Jego zdaniem nic tu żaden Tischner nie pomoże, ponieważ żadne otwarcie katolicyzmu (także protestantyzmu) nie jest remedium na „słabnięcie wiary w istnienie istoty wyższej w chrześcijańskim obszarze kulturowym”. Myślę, że w dalszej perspektywie czasowej również w obszarze kulturowym islamu, nie mówiąc o hinduizmie. Ale czy jest to słabnięcie czy jakaś gruntowna przemiana samego pojęcia, w istocie zgodna z wielką filozofią chrześcijańską (Bóg istnieje zupełnie inaczej niż byty, które stworzył) to pokaże przyszłość. Polecam lekturę książek Tomasza Halika.

12:24, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
środa, 29 sierpnia 2012
Mój patron i ja...

Psalm 71, 1-6.15.17
„W Tobie, Panie, ufność pokładam, obym nigdy nie był zawstydzony.
W sprawiedliwości Twojej ocal i uchroń mnie. Nakłoń do mnie ucha Twego i wybaw mnie.
Bądź dla mnie skałą chronienia, abym mógł tam ujść zawsze. Postanowiłeś mnie wybawić, gdyż opoką moją i twierdzą jesteś.
Boże mój, uchroń mnie od ręki nieprawego, od garści krzywdziciela i gwałtownika.
Bo Ty jesteś oczekiwaniem moim, Panie, nadzieją moją od młodości.
Na Tobie polegałem od powicia, od łona matki mojej jesteś opiekun mój; dla Ciebie moja pieśń pochwalna zawsze.
Usta moje będą opowiadać sprawiedliwość Twoją, przez cały dzień dobrodziejstwa Twoje, a nie znam ich liczby.
Boże, nauczałeś mnie od młodości mojej i aż do dziś oznajmiam cuda Twoje".

Dziś drugi dzień liturgicznej pamięci o moim patronie, Janie Chrzcicielem zwanym. W czerwcu świętowaliśmy jego narodzenie, dzisiaj jego męczeńską śmierć, o której czytamy z ewangelii Marka (6,17-29). Wybrałem jednak do tego wpisu nie tamtą perykopę, tylko przeznaczony na dzisiaj częściowo psalm. Przytoczyłem tłumaczenie Miłosza; przekład Tysiąclatki skraca i odbarwia werset czwarty: mamy tam tylko prośbę „Boże mój, wyrwij mnie z rąk niegodziwca". Ks. Alfred Tschirschnitz przetłumaczył dla dzieła 11 Kościołów: „(...) z ręki bezbożnego, od pięści krzywdziciela i ciemięzcy").

I zastanawiam się, czy oznajmiam cuda Boże dostatecznie przekonująco. Czy to dobrze, że nie jestem bynajmniej oskarżycielem na wzór mego patrona? Czy byłbym kiedykolwiek zdolny do męczeństwa za wiarę? Chyba natomiast to dobrze, że nie wyrzekam na krzywdzicieli.

15:04, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 28 sierpnia 2012
Komary i wielbłądy

Ewangelia Mateusza 23,23-24
„Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz pomijacie to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić i tamtego nie opuszczać. Przewodnicy ślepi, którzy przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda.”

Chodzi o to, by przewodnicy duchowi pamiętali zawsze o mierze rzeczy, umieli ocenić wielkość problemów. Na szczęście przykazanie „nie cudzołóż” przestaje już być powoli pierwszym i najważniejszym: choć podejrzewam, że bardzo powoli.

Sprawa sięga bardzo głęboko, bo aż w starożytność, kiedy to ze Wschodu, dalszego niż kraj Biblii, nadeszła pogarda dla ciała. Nie można zapominać, że ten, który odpowiada w znacznym stopniu za ową pogardę - święty Augustyn, wielki skądinąd patron dzisiejszego dnia - był byłym manichejczykiem. Byłym, bo wyzwolił się z owej mentalności, ale nie całkiem. Zresztą Platon i jego uczniowie też dołożyli swoje.

Trzeba wciąż myśleć nad jakąś równowagą etyczną, środkiem jakimś złotym: między zupełnym liberalizmem a tradycyjnym rygoryzmem, w którym każda „nieczysta” myśl jest grzechem ciężkim, a lekceważenie małżonka zgoła lekkim. Trzeba myśleć w tym duchu o różnych sprawach. Czy na przykład gdy dwoje ludzi ma ochotę na spółkowanie, to na pewno ich sprawa i tylko ich? Czy natomiast masturbacja nie jest sposobem na rozładowanie napięcia seksualnego, lepszym niż różne skoki na boki? (Gdy staje się nałogiem, czyli czynnością codzienną, to jest już niebezpieczna jak każdy nałóg). Itd., itp.

Dałem przykłady z jednej dziedziny (może sam to przykazanie przeceniam), ale można je oczywiście mnożyć. Przykłady w ogóle praktycznego zapoznawania tego, co najważniejsze: „sprawiedliwości, miłosierdzia i wiary” - wiary autentycznej, w przypadku chrześcijaństwa zaufania Jezusowi: nie tylko rytuału i niektórych zasad moralnych.

13:14, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Przykazanie jedenaste: pomyśleć

Ewangelia Mateusza 23,1.13-22
Dalszy ciąg tamtej filipiki przeciw uczonym w Piśmie i faryzeuszom, którą przeznaczono na sobotę. Parę zdań z tych na dzisiaj: „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą. Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo obchodzicie morze i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę. A gdy się nim stanie, czynicie go dwakroć winnym piekła niż wy sami.”

Tak jak i przedwczoraj, nie przeczę bynajmniej, że niektórzy dzisiejsi duchowni pasują trochę do tych potępień. Daję tu wciąż dowody, że nie zamykam oczu na błędy mojego Kościoła, jego duchownych przedstawicieli. Pozwolę tu sobie jednak na trochę zdrowej obrony. Zdrowej? Wiem, że piśmiennictwo urzędowe mojego Kościoła używało tego określenia opatrując nim apologetycznie każdą śmielszą opinię, niemniej nazwę tu tak pewną rozwagę w ocenach, która powinna iść w parze z rozwagą. I znów zacytuję Tischnera, ale tym razem właśnie „zdrowo” obrończego.
”Mam osobiście bardzo duży szacunek do każdego [księdza] z osobna. Powiem nawet więcej: nie ma takiego księdza, który by przemówił do wszystkich ludzi, ale nie ma też takiego, który by do nikogo nie przemówił. To znaczy: nawet ten najbardziej krytykowany znajdzie kogoś, do kogo trafi. Dlatego ja mam taką formułę, która się wielu ojcom duchownym nie podoba, że naprawdę nie ma złych księży. Natomiast księża robią często takie błędy, których można by uniknąć, gdyby tylko chcieli pomyśleć, zanim to zrobią.”

No właśnie: pomyśleć. Bo wydaje mi się, że mój polski Kościół cierpi przede wszystkim na jakąś myślową płyciznę, myślenie schematami, sztampami sprzed lat parudziesięciu. Nie zastanawia się na przykład poważnie, głęboko, jak trafić do dzisiejszej inteligencji, myślącej, mówiąc najprościej, liberalnie. Jak ją przekonywać do katolicyzmu, ogólniej do chrześcijaństwa najpierw. Autor „Ucieczki przed wolnością”, góral przywykły do różnej swobody, był tu genialnym nauczycielem, niestety słabo słuchanym. Może teraz, gdy już nie żyje, osłonięty trochę płaszczem śmierci, stał się bardziej strawny dla dawnych wrogów.

14:10, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
niedziela, 26 sierpnia 2012
Matka Jezusa: „Wina nie mają”. Katolicyzm polski według ks. Tischnera

Ewangelia Jana 2,1-11
Cud w Kanie Galilejskiej. O nim dzisiaj, bo dziś uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej.

Święta poszczególnych ikon? Szaleństwo katolickie? Może i tak, tyle tylko, że również prawosławne. No cóż, przyjmijmy jednak do pozytywnej wiadomości, że chrześcijaństwo jest różnokształtne. Można przecież różnie rozumieć nawet i dzisiejszą perykopę. Można uważać opisane w niej zachowanie matki Jezusa za jakoś symboliczne: to ona skłania Syna do pierwszego cudu. Nie wie, co prawda, że tak zacznie się „Jego godzina”, czyli czas sławy prowadzącej do śmierci - ale czy owa troska o weselników nie oznacza w Ewangelii w ogóle jakiejś szczególnej roli religijnej Marii z Nazaretu?

Z „Alfabetu Tischnera” (premiera w Znaku 6 września) coś o katolicyzmie naszym.

”W polskim Kościele panuje przerażające niedokształcenie. Uczymy dużo, ale źle. Większość naszych dzisiejszych kłopotów religijnych związana jest w istocie z niedouczeniem. Kto potrafi objaśnić Sobór, wolny rynek, demokrację, pluralistyczną kulturę? Jeszcze większy problem to niedostatek życia mistycznego w Kościele. Strzeżmy się jednak uproszczeń. Życie religijne w Polsce, mimo wielu braków, jest naprawdę życiem. Wciąż coś przemija i coś powstaje. To ogromna rzeka z wieloma nurtami.”

08:31, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
sobota, 25 sierpnia 2012
Co u nich najgorsze

Ewangelia Mateusza 23,1-12

Bardzo ostra ocena uczonych w Piśmie i faryzeuszy: ”Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie.” Oczywiście lekarz palący papierosy ma rację mówiąc, że to bardzo szkodliwe - a przecież coś tu nie gra. Wykład to mało, trzeba też przykładu. Tak jest też ze zgorszeniem amoralnością księży.

Trochę pasuje mi tu taki cytat z „Alfabetu” Tischnera (do kupienia 6 września).

”Są dwojakie wady w życiu księdza. Są wady, które są wyrazem jego osobistej słabości, wady, o których mówimy, że ludzie się nimi gorszą. Weźmy na przykład pijaństwo - zdarza się i ono. I są inne wady, które polegają na tym, że w księdzu tkwi jakaś pogarda dla ludzi, jakaś maskowana nienawiść, jakiś kompleks, który nie pozwoli mu słuchać innych, normalnie się na nich otworzyć. Myślę, że te pierwsze wady nie są najgroźniejsze. Naprawdę groźne są te drugie. To te drugie wady sprawiają, że ludzie uciekają od duchownego, że się odwracają od kazania. Absolutna nieumiejętność porozumienia z drugim, natomiast dążenie do tego, żeby koniecznie nad drugim zapanować. ”

10:06, jan.turnau
Link Komentarze (41) »
piątek, 24 sierpnia 2012
O Natanaelu, czyli Bartłomieju, i o kryzysie w Kościele

Ewangelia Jana 1,45-51
Przeznaczono nam na dzisiaj opowieść o Natanaelu. Człowiek ów zasłynął pytaniem: „Czyż może być co(ś) dobrego z Nazaretu?”

Była to sceptyczna uwaga po informacji Filipa, późniejszego apostoła: „Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy, Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu.” Natanael daje się przekonać Jezusowi, gdy Ten pokazuje mu, że wie o nim więcej, niż mógłby wiedzieć zwykły człowiek. A ów sceptycyzm stał się klasycznym przykładem lekceważenia wszystkiego, co małe i ciche.

Tu wreszcie czas na informację, czemu mamy akurat dzisiaj czytać o owym Natanaelu. Otóż jest on najprawdopodobniej tożsamy z apostołem Bartłomiejem, który ma dzisiaj w moim Kościele swoje święto. Argumentów za owym utożsamieniem jest kilka. Przede wszystkim ten, że u synoptyków o Natanaelu ani słowa, u Jana z kolei nic o Bartłomieju. To oczywiście mógłby być przypadek, ale u tychże trzech pierwszych ewangelistów na ich listach Dwunastu Bartłomiej sąsiaduje z Filipem właśnie, a u Jana widać, że się dobrze znali. Zaś takie różnice w nazewnictwie to w Biblii nie pierwszyzna: trudno na przykład przypuścić, żeby Lewi i Mateusz nie byli tą samą osobą, a jednak nazywani są różnie w pierwszej ewangelii i dwóch następnych. Autorzy biblijni nie przewidywali, że dostarczą uczonym tylu problemów...

11 października br. 50. rocznica otwarcia Vaticanum Secundum. Ksiądz Tischner napisał, a Wojciech Bonowicz w jego „Alfabecie” odnotował takie oto myśli (książka ukaże się w Znaku 6 września!)

”Nie jest prawdą, że kryzys Kościoła zaczął się po Soborze. Kryzys Kościoła zaczął się o wiele wcześniej i Sobór miał być odpowiedzią na kryzys. (...) Kościół tracił na znaczeniu na każdym poziomie życia społecznego, a nawet religijnego. Jeśli chodzi na przykład o naukę, nie przyjmował do wiadomości najważniejszych osiągnięć myśli nowożytnej. Spór z Galileuszem w gruncie rzeczy ciągle trwał. Jeśli chodzi o sferę polityczną, Kościół nie wiedział, jak pogodzić się z demokracją, a szczególnie z ideą praw człowieka. W dziedzinie religijnej rosło zainteresowanie innymi religiami. Inaczej niż w średniowieczu, w czasach nowożytnych żaden wielki prąd umysłowy nie zrodził się z wnętrza Kościoła. Kościół przypominał przed Soborem muzeum, które żyło przede wszystkim swoim własnym życiem wewnętrznym. (...)

Soborowa radość to trochę jak radość lekarza, który odkrył lekarstwo. Nie choroba sprawiła mu radość, lecz lekarstwo. (...) Bo Sobór w gruncie rzeczy usiłował sprowadzić Kościół z powrotem w wymiary ewangeliczne. I myślę, że to właśnie było źródłem entuzjazmu - że jeśli się dobrze opowie ludziom Ewangelię, to nie ma siły, żeby jej nie przyjęli...”

19:10, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
czwartek, 23 sierpnia 2012
O niespodziankach niebieskich. Tischner o wyrzucaniu z Kościoła

Ewangelia Mateusza 22,1-14
Przypowieść o uczcie weselnej, którą wyprawił król swojemu synowi. Zaproszeni zachowali się bardzo niegrzecznie, bo nie przybyli, niektórzy nawet bardzo okrutnie, bo pozabijali przynoszących zaproszenia. Jednak sala się zapełniła, gdy król kazał zaprosić wszystkich, którzy się nawinęli. Sens przypowieści jest tutaj oczywiście taki, że więcej warci moralnie są nieraz poganie niż obywatele narodu wybranego. Sens to historyczny, w tamtym miejscu i czasie, ale jest również ogólny: na przykład ten, że do Nieba dostaną się szybko niekoniecznie tak zwani dobrzy katolicy. Ale jest jeszcze druga część przypowieści o tym, że okropny los spotkał natomiast gościa bez stroju weselnego: król kazał go wyrzucić „na zewnątrz w ciemności”. Przeczytałem u któregoś z biblistów, że owe ciemności to te, które panowały w starożytnym Izraelu poza domem weselnym sowicie oświetlonym, na zewnątrz którego był mrok zupełny, bo wesele urządzano późnym wieczorem. Tak zatem może nie chodziło tu zaraz o piekło wieczne, choć końcówka: „Bo wielu jest powołanych, a mało wybranych” brzmi groźnie. Kara owa widziała mi się w każdym razie, gdy dzieckiem byłem, niesprawiedliwa: biedaka wszak nie stać na ubiór kosztowny. Ale teraz rozumiem, że to też metafora: chodzi o strój duszy, nie ciała. Niemniej do Zamku na podpisanie orędzia polsko-rosyjskiego ubrałem się w garnitur galowy i krawat, chociaż pancerz takowy fatalnie znoszę...
Znów na uwieńczenie wpisu kawałek Tischnera z jego „Alfabetu”, który Znak szykuje. Tym razem o odrzucaniu czegoś, które to odrzucanie wyrzuca z Kościoła .
”Żeby dowiedzieć się, czym był Kościół przedsoborowy i jego podejście do demokracji, warto poczytać arcybiskupa Lefèbvre`a. On był bądź co bądź uczonym teologiem. Jego doktryna jest porażająca: żadnego ekumenizmu, żadnego dialogu, państwo katolickie z tolerancją dla niewierzących... We współczesnym świecie jest to przygrywka do totalitaryzmu, poza tym jest to sprzeczne z duchem Ewangelii.
Ja nie chcę nikogo wyrzucać z Kościoła, ale mam wątpliwości, czy odrzucenie Soboru nie wyklucza z Kościoła. Lefèbvre zerwał z Kościołem w ostateczności dlatego, że wyświęcił biskupów. Ale tak naprawdę to cała jego doktryna służy temu, żeby zerwać z Kościołem. Co zrobić w sytuacji, gdy ktoś przyjmuje tę samą doktrynę, co Lefèbvre, a tylko nie wyświęca kapłanów?”

12:46, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
środa, 22 sierpnia 2012
Królowa? Polski? - odpowiedzi trochę. Krzyż czy dwa patyki?

Ewangelia Łukasza 1,26-38
Dziś perykopa o Zwiastowaniu, bo dzisiaj święto maryjne: Najświętszej Maryi Panny, Królowej. Ustanowił je Pius XII: „Do niebios Królowej zasyłał lud chrześcijański korne modły i zbożne pienia już od pierwszych wieków chrześcijaństwa (...) i nigdy go nie zawodziła nadzieja pokładana w Matce Boskiego Króla, Jezusa Chrystusa, i nigdy w nim wiara nie osłabła, że Bogurodzica Dziewica Maryja włada po macierzyńsku całym tu światem, jak w szczęśliwości niebieskiej dzierży koronę królewskiej chwały.” To pierwsze słowa encykliki „Ad Caeli Reginam”. Rok 1954, czyli lat temu tylko 58 - to w końcu niewiele, nie tylko wobec wieczności, a brzmią one (słowa) jakby z wieków otchłani. Można by rzec, że wszystko dlatego, iż dokładnie osiem lat później - tylko tyle! - dokonała się w Kościele rzymskokatolickim rewolucja myślowa kolosalna: został otwarty Sobór Watykański II, który otworzył nagle tę maksymalnie zwartą instytucję na oścież niemal.

Co w owych powłóczystych słowach zadziwia niejednego dzisiaj? Zacznę od owej powłóczystości: zdania długachne, patetyczne nad wyraz. Otóż dziś Kościół mój nawet na szczeblu najwyższym przemawia inaczej z racji pewnie nie tylko upływu czasu czy raczej tylko upływu owego pośrednio. Sprawił on upływ mianowicie, że stał się możliwy wybór papieża nie Włocha, czyli skończył się ów lokalny styl piśmienniczy: zasługi JP II i tu są ogromne.

Oczywiście jednak nie tylko „w tom dieło”, jak powinno się teraz mówić językiem Cyryla Pierwszego. A nawet nie przede wszystkim. Nade wszystko odeszła do historii tamta mariologia, w której nie dziwiło ludowe zaliczanie Marii z Nazaretu do Osób Trójcy. Vaticanum Secundum przypomniało swemu Kościołowi zasadę chrystocentryzmu: Jezus w centrum wszystkiego kościelnego. On pośrednikiem jedynym, choć w pośrednictwie tym Jego matka ma jakiś swój ludzki udział, większy niż tylu innych Jego wyznawców, i choć w Piśmie Świętym zalążki owego udziału Maryjnego zauważyć jednak można.

Po trzecie - królewskość owa. No cóż, nastała demokracja, raczej republikanizm: on świat niemal tymczasem opanował. Trzeba by zatem wymyślić inną nazwę owej władzy nadziemskiej, którą sprawuje Chrystus, a Jego matka też jakoś, choć z gruntu inaczej. No i tyle że właśnie jakoś: bo nawet i On po ziemsku dyktatorem nie jest, wraz z całą Trójcą pisząc po liniach przeraźliwie krzywych.

Po czwarte - królowa osobliwie Polski. Tu już znak zapytania całkiem oczywisty. Bo przecież szczególna jej opieka nad polskim narodem jest tezą historiozoficzną, którą łatwo zakwestionować można. Zastępujemy ją inną, falsyfikowalną: że my kochamy ją bardziej niż niektóre inne nacje, choć przecież też nie wszystkie, bo bracia nasi zza Buga chyba nie gorsi tu od nas.

A na temat polskości i chrześcijaństwa ksiądz profesor Tischner w cytowanym już tu „Alfabecie” Bonowiczowym z właściwą sobie celnością wypowiada się. ”Symbol krzyża został oddany na własność emocji zwanej zazwyczaj «uczuciem patriotyzmu». (...) «Uczucie patriotyczne» obejmuje wszystko, co «swojskie», «bliskie sercu» i «sielskie», a zarazem wzniosłe i godni podziwu. W środku «swojskości» mieszkają ludzie - «nasi», «swoi» i «bliscy». Wśród nich szczególne miejsce przysługuje «bohaterom» - tym, którzy poświęcili życie dla Ojczyzny. Fakt poświęcenia życia - nierzadko śmierci na polu bitwy - ma istotne znaczenie. Kto poświęca życie, ten poświęca je dla wartości, które uważa za absolutne. Dla wierzącego patrioty poświęcenie to oznaczało przyjęcie krzyża Chrystusowego. Bohater składał swe życie za Ojczyznę na ołtarzu Chrystusa. Tym sposobem nadawał religijne znaczenie śmierci za ziemską sprawę. To, że wierzący bohater narodowy szukał swej ostatecznej nadziei w krzyżu, jest czymś oczywistym. Wyłania się inny problem: czy przez to, że bohater ofiarował siebie Bogu, dokonywała się sakralizacja i absolutyzacja Ojczyzny? To pięknie, że Polak umierał za Ojczyznę dla Chrystusa, czy oznacza to jednak, że Chrystus umarł wyłącznie za Polaka? (...) Krzyż jest znakiem innego ładu. Pod nim „nie ma Greka ani Żyda". Nie ma „mocy i przemocy". Krzyż musi być ponad konfliktami narodowymi, a jeśli nie jest, to mamy tylko dwa skrzyżowane patyki.”

12:52, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
wtorek, 21 sierpnia 2012
Ucho igielne, czyli też o starokawalerstwie

Ewangelia Mateusza 19,24
„Jeszcze raz wam powtarzam: - Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Boga.”
Przekład 11 Kościołów polskich.

Były próby łagodzenia tej prorockiej przesady, na przykład takowa, że chodzi tu o bardzo wąską bramę zwaną owym uchem - ale translatorów obowiązuje w podobnym przypadku dosłowność. A sens ”logionu” jest po prostu taki, że człowiek bogaty paradoksalnie martwi się bardziej o swój majątek niż pozbawiony go biedak.

Znowu cytat - tym razem tylko jeden - ze Znakowego „Alfabetu Tischnera”, który ukaże się 7 września. ”Kościół to jest nie tylko zgromadzenie świętych i grzeszników, ale także duchownych, którzy - koniec końców - są starymi kawalerami. Więc są w Kościele cnoty świętych, winy grzeszników i wady tych, których pod żadnym pozorem nie należy budzić po obiedzie.”

Tak, celibatariuszom grozi mentalność starokawalerska: egocentryczne wygodnictwo. Pamiętam opinię księdza korporacyjnie mało wrażliwego, kapitalnego Bronisława Bozowskiego, że wbrew pozorom proboszcz żonaty i dzieciaty chętniej wstanie do pomocy w nocy niż ów bezżenny, bo jest nauczony przerywać swój sen przy maluchach. No i nawet bywa czasem bardziej odporny na wyżej wymieniony grzech główny pod tytułem „chciwość”.

Pamiętajmy jednak również, że paradoks z regułą ma wspólnego niewiele. Celibatariusze też bywają rozmaici.

16:30, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
„Nie o sławę, bogactwo...”. Zwalczanie Krzyża czy kościelnych układów?

Ewangelia Mateusza 19,21-22
„Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za mną. Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości.”
Co to takiego doskonałość? To nie tyle polerowanie własnego sumienia, ile całościowa przemiana duchowa. Polubić co innego niż „posiadłość”; mówiąc językiem filozofa francuskiego Gabriela Marcela - starać się nie tyle mieć, ile być. Posiadłości niekoniecznie dające się spieniężyć: jeden goni za takim zyskiem, za wytwornym ubraniem, mieszkaniem i pojazdem mechanicznym, drugi podobne majątki ma niemal w pogardzie, ale inne kocha miłością szaloną. Bo przecież jeszcze jest na przykład sława: choćby pisarska. Żeby być drukowanym, cytowanym, może nawet niekoniecznie chwalonym, aby tylko czytywanym („źle czy dobrze, byle z nazwiskiem”...). Co piszę smutny...

Lektury. Sygnalizowałem już tutaj „Alfabet Tischnera”, rzecz ułożoną z fragmentów książek przez Wojciecha Bonowicza, którą Znak planuje wydać 6 września. Polecam ją uporczywie dalej: będzie parę cytatów dziennie.

”Łaska jest siłą, która wyzwala. (...) Można by powiedzieć tak: jeżeli czujesz się w religii istotą zniewoloną, to rzuć tę religię, bo ona nie jest twoją religią prawdziwą, bo to jest w gruncie rzeczy zabobon, a nie religia. Religia, wiara, łaska niesie ze sobą doświadczenie wolności. Wolności służącej, wolności obowiązkowej, wolności związanej - niemniej jednak wolności.”

”Wtedy pomyślałem sobie, że to jest pole do działania dla księży: przekonać ludzi, że zmartwychwstanie to nie jest tylko po śmierci, na żywot wieczny, ale że zmartwychwstać mogą również tu i teraz. To jest bardzo ważne. Natomiast nigdy, nigdy nie wolno wmawiać ludziom, że są grzesznikami większymi, niż są, bo inni zrobią to lepiej niż ksiądz.”

”Dlaczego ksiądz jest alter Christus? Właśnie dlatego, że ma przed sobą niesamowitą perspektywę kłócenia się z Panem Bogiem o grzesznika. «Słuchaj, Panie Boże, przecież jak ja go nie potępiam, to Ty nie możesz być gorszy ode mnie!» A jaką pierońską odwagę mieli w sobie mistycy! Mistrz Eckhart powiada na przykład: «Pan Bóg ciebie na pewno nie potępi. Nie potępi! Bo jak ty Mu pokażesz siłę twojej miłości, to On jest bezsilny».”

„Rzeczpospolita” z soboty: pierwsza strona pod tytułem „Razem w obronie Krzyża. Kościół i Cerkiew wzywają do sprzeciwu wobec świeckiego fundamentalizmu”. O wspólnym orędziu „Pussy Riot” i feministkach z Femenu, które solidaryzując się z „puśkami”, mechaniczną piłą ścięły stojący w centrum Kijowa krzyż. A na drugiej stronie autor tamtej informacji Piotr Skwieciński pisze „Dlatego choć nie akceptuję moskiewskiego wyroku [na „puśki” - JT], kijowskie wydarzenia przygnębiają mnie bardziej. Dlatego cieszy mnie wspólna deklaracja polskiego Kościoła i rosyjskiej Cerkwi, skierowana właśnie przeciw tego typu barbarzyńskim działaniom.” A mnie przygnębia chamski wybryk kijowski na równi z wyrokiem moskiewskim, a jeszcze przedtem to, od czego wszystko się zaczęło: od rządów Putina osłanianych przez rosyjską Cerkiew. Mówiąc inaczej, martwi mnie sojusz ołtarza z tronem, który oburza naród i kompromituje wiarę chrześcijańską. Powoduje coś, co jest jednak chyba nie tyle walką z krzyżem, nie tyle przecież z nim jako ze znakiem bezbrzeżnej pokory, ile z instytucją cerkiewną, z jej kościelnymi układami. Barbarzyństwo jako skutek niezamierzonej antyewangelizacji.

Na koniec coś, co napisałem w ostatnim ”Magazynie Świątecznym”.

W niedzielę minie 40 lat od śmierci Anny Morawskiej, publicystki katolickiej świetnej. Miała wtedy dopiero 50 lat. Najbarwniejsze wspomnienia mam o niej z posiedzeń kolegium redakcyjnego „Więzi". Przyjeżdżała na nie z Krakowa, ale nie traciła czasu: słuchała jednym uchem, kontynuując robotę własną, między innymi przekładową. Zapamiętałem, jak podzieliła się kiedyś z sąsiadami wrażeniem z tłumaczenia Karla Rahnera: - Ale zrzyna z Heidegera! Skomentowała dosadnie wysiłek tego wielkiego teologa katolickiego, by wyrazić wiarę chrześcijańską w języku egzystencjalizmu, ale przecież doceniała znaczenie owej pracy. To ona przetłumaczyła sławną książkę Rahnera „O możliwości wiary dzisiaj". Nie tylko zresztą przetłumaczyła: skomponowała rzecz z kilku jego publikacji. No i przełożyła swoiście, przetłumaczyła w sensie dosłownym: jego bardzo skomplikowane wywody skracała i upraszczała śmiało, czasem niemal parafrazując. Dzięki niej największy, ale i najtrudniejszy teolog XX wieku dał się rozumieć zwyczajnym ludziom i niektórych z nich porwał swoją pasją wiary.

Umiała pisać jasno i prosto. Chciała również - i też jej się to udawało znakomicie - przybliżyć Polakom zachodnią myśl chrześcijańską. Ma tu zasługi olbrzymie: przybliżyła przede wszystkim życie i myśl teologa luterańskiego Dietricha Bonhhoeffera, ale też Tillicha i Teilharda de Chardin, Mertona i Ratzingera czy biskupa anglikańskiego Robinsona. Nade wszystko myśl soborową (gorszyła tu niejednego): ekumenizm, dialog międzyreligijny, odnowę Kościoła w ogóle, pojednanie z Niemcami, pamięć o Zagładzie.

Była żoną filozofa marksistowskiego Stefana Morawskiego, a przedtem - wiem to ze wspomnienia Janusza Poniewierskiego w „Znaku" - pierwszą wielką miłością Krzysztofa Kamila Baczyńskiego...

18:23, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
niedziela, 19 sierpnia 2012
Sakrament najświętszego pokrewieństwa

Ewangelia Jana 6,51-58
Dziś perykopa zapowiadająca sakrament eucharystii nie tuż przed opowiadaniem o Męce jak u synaptyków, ale już niemal na początku czwartej ewangelii. I od razu jest powiedziane, że zapowiedź przedziwnego obrzędu powodowała duże opory słuchaczy. Nie w tekście dzisiejszym ewangelii, ale niewiele dalej czytamy, że „wielu Jego uczniów, którzy usłyszeli te słowa, powiedziało: - Twarda jest ta mowa. Kto może jej słuchać?”, a jeszcze dalej, iż „odtąd wielu Jego uczniów odeszło i już z Nim nie chodziło.”

Jednym słowem, chrześcijańska idea Komunii już wtedy, w tamtym miejscu i czasie była czymś bardzo trudnym do pojęcia. Ciekawe, że wśród niedowiarków wymieniony jest chyba, choć nie z imienia, Judasz. Dlaczego przypisuje się akurat jemu także tę niewiarę? Byłby to ślad szczególnej doń niechęci autora ewangelii, podobny do tego, który mamy w oskarżeniu Iskarioty o okradanie wspólnej kasy Dwunastu (12,4-6)? Pewnie jednak jestem zbyt krytyczny wobec tekstu: dlaczegóż Judasz, nierozumiejący w ogóle misji Jezusa, miałby wobec tej sprawy większe zrozumienie?

W każdym razie już tu mamy zapowiedź nie tylko najdziwniejszego z sakramentów, ale i wielowiekowych oporów wobec owej religijnej niezwykłości, prób jej złagodzenia przez sugerowanie, że słów Jezusa nie należy rozumieć dosłownie, że chleb i wino nie są dosłownie Jego ciałem i krwią. Biblia Poznańska polemizuje w przypisie z taką egzegezą „Zwroty »jeść ciało« i »pić krew« zrozumieli słuchacze dosłownie. Nie mogli zresztą zrozumieć ich inaczej, ponieważ wyrażenie »pić krew« nie istnieje w języku hebrajskim w sensie metaforycznym, a »gryźć ciało« oznacza w Starym Testamencie metaforycznie obmawianie, rzucanie oszczerstw, nienawiść. (...) Jezus niczego nie zmienia nawet wtedy, gdy uczniowie Jego decydują się na odejście. W innych wypadkach chętnie objaśniał niezrozumiane przez uczniów obrazy i metafory.”

Musimy zatem objaśniać je sami. Najpierw przypomnę to, co nieraz pisałem: że trzeba szukać głębokiej ortodoksji gdzieś między płaskim symbolizmem Zwingliego a „materializującymi” wyobrażeniami i wyrażeniami potocznymi. Widzę protestancko-katolickie zbliżenie biorąc pod uwagę tak niewątpliwy realizm eucharystyczny Lutra (choć wyrażamy w innych niż katolickich słowach), a nawet i koncepcję duchowej, niemniej realnej Obecności Kalwina. Dodam jeszcze myśl niejakiego Josepha Ratzingera.

Otóż wróciłem do jego niewielkiej książki „Wielość religii i jedno przymierze”, wydanej też w Polsce przed ośmiu laty. Przyszły papież analizuje tam słowa Łukasza i Pawła o „kielichu Nowego Przymierza” oraz Mateusza i Marka o krwi jako darze kielicha, czyli o „Krwi Przymierza”. Te drugie słowa - pisze Ratzinger - „zostały zaczerpnięte bezpośrednio z relacji o zawarciu przymierza na Synaju. Mojżesz krwią ofiary najpierw skrapia ołtarz, który zastępuje tutaj ukrytego Boga, następnie skrapia lud, mówiąc przy tym: »Oto krew przymierza, które Pan zawarł z wami na podstawie wszystkich tych słów« (Wj24,8).” W ten sposób powstało wtedy w formie nawiązującej do tworzenia związków plemiennych duchowe pokrewieństwo, którego eucharystia jest niezwykłym pogłębieniem. Dzięki niej jesteśmy w sposób sakramentalny krewnymi Chrystusa.

To jeszcze jeden przykład nawiązywania Nowego Testamentu (czyli właśnie Przymierza: w grece to jeden termin!) do Starego. Obok formy opłatka, czyli macy, oraz wina: pokarmów wieczerzy sederowej. Wiedząc o tych podobieństwach łatwiej zrozumieć niebywały wybór Jezusa.

11:27, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
sobota, 18 sierpnia 2012
Modlę się o czyste serce

Psalm 51,12
”Stwórz, o Boże, we mnie serce czyste
i odnów we mnie moc ducha”.

Czystość serca to oczywiście nie tylko asceza seksualna, to w ogóle czystość intencji. Ile wciąż we mnie czegoś przeciwnego. A mocy ducha też nie mam na miarę atlety...

11:50, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
piątek, 17 sierpnia 2012
Rozpusta przyczyną rozwodu?

Ewangelia Mateusza 19,9
„Mówię zaś wam, że kto by odesłał żonę swoją nie z powodu rozpusty i ożenił się z inną, cudzołoży.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Powtórzę komentarz sprzed roku, bo mniemam samochwalczo, że jest tego wart. Otóż werset ten jest kontrowersyjny wyznaniowo. Chodzi o rozpustę. Słowo to dzieli katolicyzm od prawosławia i protestantyzmu. Oczywiście nie sam czyn - potępiają go wszystkie rodziny wyznaniowe - ale sens greckiego terminu „ porneia” , który tłumaczy się jako „rozpusta”, „wszeteczeństwo”, „nierząd”. Czy chodzi tu po prostu o taką skrajną nielojalność wobec męża (egzegeza prawosławna i protestancka), czy też o małżeństwo nieważne z punktu widzenia prawa żydowskiego, ale uchodzące za ważne (egzegeza katolicka). Za tą drugą hipotezą przemawia fakt, że o owym wyjątku od zasady nierozerwalności nie mówią Marek, Łukasz ani Paweł, dlatego właśnie, że nie pisali dla Żydów.

W czerwcowym numerze miesięcznika katolickiego „List” Urszula Jagiełło rozmawiała z duchownym prawosławnym Jarosławem Antosiukiem także na temat stanowiska Cerkwi w tej sprawie.
” Skoro sakrament małżeństwa oznacza ofiarowanie jedności, to jak wytłumaczyć fakt, że w Kościele prawosławnym udziela się zgody na drugie małżeństwo?
Można mówić o dwóch przypadkach. Jeden to możliwość unieważnienia małżeństwa, kiedy są wyraźne przesłanki, że zostało ono zawarte w sposób nieważny. To, o co pani pyta, dotyczy tzw. zdjęcia błogosławieństwa z pierwszego małżeństwa i zezwolenia na kolejne. To już nie jest problem teologii, a pewnej ekonomii cerkiewnej. Duchowość Kościoła prawosławnego streszcza się w opowieści o synu marnotrawnym. Mamy mocne przeświadczenie o istnieniu grzechu. Dostrzegamy, że człowiek jest naprawdę słaby, ale też mocno podkreślamy, że Bóg kocha nas właśnie jako takich grzeszników i ciągle daje nam szansę nawracania się. Dlatego nie chcemy odbierać nikomu możliwości powrotu do Boga, do Kościoła, a opuszczenie małżonka, które jest odcięciem od Komunii, jest u nas równoznaczne z opuszczeniem Kościoła. Dla nas granice Kościoła wyznacza Eucharystia, podobnie jak w Kościele katolickim posłuszeństwo papieżowi. Jeśli ktoś jest nieposłuszny papieżowi, automatycznie jest wyłączony w Kościoła. Jeśli ktoś nie przyjmuje Komunii, traci łączność z Cerkwią. Według starożytnej tradycji przyjmowanie każdego z sakramentów musiało być zakończone Eucharystią na znak tego, że to ona ma moc łączenia ludzi z Bogiem. Jedność małżeństwa, jego nierozerwalność jest możliwa tylko dzięki Chrystusowi, dlatego nawiązanie takiej więzi możliwe tylko dzięki Eucharystii.

Jeśli jakieś małżeństwo się rozpada i osoby je tworzące tracą szansę na przyjmowanie Eucharystii, wtedy szukamy rozwiązania, które będzie pociągało za sobą mniejszy grzech. Nie chcemy wykluczać ich z Kościoła. Decyzję o „zdjęciu błogosławieństwa" i pobłogosławieniu kolejnego związku podejmuje biskup diecezjalny. Rozpatruje on każdą sytuację indywidualnie. Zgody udziela się wtedy, gdy nie ma nadziei, że można jeszcze uratować małżeństwo: małżonkowie nie żyją ze sobą od wielu lat, założyli nowe rodziny, w nowych związkach pojawiły się dzieci. Musi być też obopólna zgoda na rozstanie oraz pewność, że żadne z małżonków nie było w zasadniczy sposób winne zniszczenia relacji. Zgoda na zdjęcie błogosławieństwa jest tylko pewną umowną formą, bo sam ślub jest nierozerwalny.”

W czasopiśmie Kościoła Zielonoświątkowego „Chrześcijan” z przed roku (nr 1-6/2011) jest też rozmowa na ten temat z teologiem tego Kościoła Tomaszem Józefowiczem. Znowu obszerny cytat.
” CHN: Czy chrześcijanin może się rozwieść?
Odpowiedź na to pytanie będzie niepełna, jeśli nie umieścimy jej w kontekście tego, czym jest chrześcijańskie małżeństwo. Tym bardziej, że Biblia przypomina o jego wartości niemal za każdym razem, gdy tylko podejmuje temat rozwodu. Tak jest przy okazji wypowiedzi Jezusa czy w przypadku rozważań zawartych w listach Apostoła Pawła. Jezus podkreśla, że małżeństwo jest związkiem ustanowionym przez Boga. Mężczyzna i kobieta opuszczają w którymś momencie życia ojca i matkę i łączą się ze sobą. Od tego momentu nie są już dwoje, ale są jedno. I wyraźnie to połączenie w «jedno ciało» dzieje się nie tylko w obecności Boga, ale wręcz to On jest jego sprawcą. W Ewangelii Mateusza, a także w Ewangelii Marka zapisane zostają znamienne słowa Jezusa potwierdzające Boże działanie: « Tak więc, co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela ». Również Apostoł Paweł w I Liście do Koryntian pisze o nakazie Pana, aby żony nie porzucały mężów, a mężowie żon. Mamy więc jasny kontekst. Bóg przyznaje się do małżeństwa, broni go. Ma ono być zawarte z jedną osobą na całe życie. Małżeńskie przymierze męża i żony polega na wiernej miłości, bliskości, którą wręcz można określić jednością. Ma to być miłość pełna poświęceń, podobna do tej, jaką Chrystus ukochał wszystkich ludzi.
• Taka jest reguła, ale czy są od niej wyjątki?
Owszem, pojawiały się w Starym Testamencie pomysły na poligamię, czyli wielożeństwo, ale Jezus wyraźnie nawiązuje do planu, jaki Bóg miał od początku i przywołuje fragment I Księgi Mojżeszowej o tym, że małżeństwem jest związek jednej kobiety z jednym mężczyzną.
Mąż i żona mają trwać w tym przymierzu przez całe życie. Niemniej jednak Jezus w Ewangelii Mateusza podaje jeden wyjątek, na mocy którego rozwód jest dopuszczalny. Jest on określony greckim terminem ” porneia” . W polskich przekładach Biblii to greckie słowo ma różne odpowiedniki: wszeteczeństwo, nierząd, rozpustę, cudzołóstwo. Tłumacząc bardziej współcześnie, trzeba by powiedzieć, że chodzi o trwałą zdradę fizyczną. Jeśli ma ona miejsce, wówczas zdradzony mąż może opuścić zdradzającą żonę, a zdradzona żona może opuścić zdradzającego męża.
• Co to znaczy "trwała zdrada fizyczna"?
Termin ” porneia” odnosi się do czegoś obrzydliwego, raniącego, poniżającego, zdrady, która nie była jednorazowym upadkiem, bo wówczas zawsze należy dążyć do przebaczenia. Mówimy o trwałej sytuacji, której osoba zdradzająca nie chce przerwać, mimo napomnień, mimo gotowości osoby zdradzanej do przebaczenia. Wówczas trwale zdradzany małżonek może opuścić zdradzającego. Tak większość Kościołów rozumie słowa Jezusa: «Dlatego mówię wam, że jeśli ktoś porzuca żonę i żeni się z inną, cudzołoży, z wyjątkiem wszeteczeństwa«.
• Czyli mamy jeden wyjątek od reguły - trwałą zdradę fizyczną. Jeśli występuje, zdradzany może opuścić zdradzającego. To tak zwana klauzula Mateuszowa. Czy są jeszcze jakieś inne wyjątki?
Przynajmniej jeden, co do którego również zgadzają się niemal wszystkie Kościoły chrześcijańskie. Tzw. klauzula Pawłowa. To sytuacja opisana w siódmym rozdziale I Listu do Koryntian. Mowa jest tam m.in. o małżeństwie osoby wierzącej z niewierzącą. Jeśli niewierzący chciałby odejść - pisze Apostoł Paweł - to niech odejdzie. Uzasadnia to przekonaniem, że osoby wierzące, o ile jest to w ich mocy, powinny żyć w pokoju ze wszystkimi.
• Mamy więc dwa przypadki - trwałą, fizyczną zdradę oraz dążenie niewierzącej osoby do opuszczenia małżeństwa dzielonego z osobą wierzącą - które są wyjątkami od reguły.
Ale nie można ich traktować jako automatycznej zgody na rozwód. Większość wspólnot kościelnych na świecie, także Kościół zielonoświątkowy w Polsce, stoi na stanowisku, że konieczne w takich sytuacjach jest duszpasterskie rozpoznanie każdego przypadku. Małżeństwo to zbyt ważna wspólnota, aby decyzja o opuszczeniu małżonka podejmowana była pochopnie, pod wpływem emocji, impulsu czy subiektywnych ocen. Dlatego warto i trzeba ją rozważyć, najlepiej w rozmowie z pastorem i wykwalifikowanym chrześcijańskim doradcą rodzinnym.
• Czy rozwód z powodu trwałej zdrady fizycznej albo opuszczenia przez niewierzącego małżonka upoważnia do zawarcia nowego związku?
Są zbory, które uważają, że nie ma biblijnych podstaw do zawarcia nowego związku, dopóki żyje drugi małżonek. W przywołanym już I Liście do Koryntian można znaleźć wskazanie skierowane do osób, które opuściły z jakichś przyczyn męża albo żonę, aby dalej żyły samotnie lub dążyły do pojednania z opuszczonym. Może to dotyczyć sytuacji, w których trudno było przebywać razem, gdyż jeden z wierzących małżonków co prawda nie zdradzał drugiego, ale czynił niemożliwym wspólne życie wybuchami złości, agresji, znęcania się, nadużywania alkoholu.
• Czy to nie jest sytuacja do rozpoznania przez pastora? Po owocach ich poznacie - mówi Jezus.   Być może taki małżonek w istocie jest niewierzący i dąży do rozwodu, a wówczas miałaby zastosowanie klauzula Pawłowa?
Dlatego każda sytuacja poważnego małżeńskiego kryzysu warta jest interwencji duszpasterskiej, w czasie której pastor będzie miał szansę ocenić w świetle Bożego Słowa, co tak naprawdę się stało i co można zrobić dalej. Czasem wręcz może występować konieczność zawiadomienia policji czy prokuratury. Niekiedy konieczne będzie zalecenie czasowej lub trwałej separacji, jeśli zagrożone jest zdrowie lub życie któregoś z małżonków albo dzieci, a strona będąca powodem zagrożenia nie zmienia swojego postępowania. Powstaje przy tym bardzo realne pytanie: czy poszkodowany małżonek - a wraz z nim dzieci - mają żyć bez partnera i jednego rodzica, wystawieni, nie ze swojej winy, na szereg poważnych wyzwań emocjonalnych i materialnych?
• Są też inne przypadki, gdy pojednanie i powrót do jedności nie będą możliwe. Mąż porzucił żonę, związał się z nową, ma z nią dzieci. Co ma zrobić porzucona?
Wiele Kościołów chrześcijańskich zezwoli jej na powtórne małżeństwo. W tym kierunku idzie też stanowisko Naczelnej Rady Kościoła Zielonoświątkowego w Polsce. Widząc, że rozwód jest złem, Kościół dostrzega jednocześnie niesprawiedliwość, jaka dotyczy porzuconych, skrzywdzonych i zdradzonych osób. Daje im szansę na zawarcie nowego związku, gdy poprzedni rozpadł się w oparciu o klauzulę Mateuszową lub Pawłową. Zawarcie nowego małżeństwa możliwe jest jednak po dokładnym, duszpasterskim rozpoznaniu konkretnego przypadku. Pastorom i zborom zostawiono w tym przedmiocie możliwość kierowania się nie tyle dyscypliną kościelną, ile sumieniem. To są trudne sprawy. W świecie chrześcijańskim toczy się cały czas debata na temat małżeństwa i rozwodów.”

Myślę, że wszystkich chrześcijan łączy także w tej sprawie bardzo wiele: ideał wierności aż do śmierci. Tak dopuszczenie powtórnego małżeństwa, jak i stwierdzenie nieważności pierwszego, ideałowi owemu nie przeczą.

17:23, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
czwartek, 16 sierpnia 2012
Retusz - także w wielkiej skali

Ewangelia Mateusza 18, 21-22
21. „Wtedy Piotr przystąpiwszy, rzekł Mu: - Panie, ile razy może zgrzeszyć przeciw mnie brat mój, bym mu odpuścił? Do siedmiu razy?
22. Mówi mu Jezus: - Nie do siedmiu, lecz do siedemdziesięciu siedmiu".
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Rabini podobno uczyli, że Bóg daruje winy do trzech razy, więc Piotr uważał tu liczbę siedem (świętą zresztą) za wielką wyrozumiałość. Biblia Poznańska wyjaśnia również, że tekst grecki umożliwia dwie wersje translatorskie: pierwszą, że w odpowiedzi Jezusa chodzi o liczbę siedemdziesiąt siedem, i drugą, że mogłoby być to nawet siedemdziesiąt razy siedem. To drugie to oczywiście prorocka przesada, oznaczająca: zawsze.

Ale ów maksymalizm jakby ponad nasze siły. Bo przebaczenie to niemal zapomnienie. To wymazanie z pamięci niemiłego zachowania bliźniego swego. To zretuszowanie jego ciemnego obrazu, który został po jakimś świństewku, jakie nam zrobił.

Jutro w Polsce wielki dzień religijny: pojednanie polsko-rosyjskie, podpisanie przesłania katolicko-prawosławnego. To dzień wielki, mimo że w dokumencie nie pada prośba o wzajemne przebaczenie - jest przecież apel o to do wszystkich wiernych, a ich rola, rola każdego chrześcijanina obu wyznań i narodów jest tu w końcu decydująca. To wielki dzień także w moim ekumenicznym życiu. Nie wszystkie myśli hierarchów zawarte w dokumencie wydają mi się słuszne, tamtejsza ocena dzisiejszego laickiego świata jest podszyta zbyt wielkim przed nim lękiem, ale to nie jest przecież nie główny sens orędzia.

12:43, jan.turnau
Link Komentarze (41) »
środa, 15 sierpnia 2012
Jej rola szczególna

Ewangelia Łukasza 11,27-28
”Gdy Jezus przemawiał do tłumu, jakaś kobieta głośno zawołała do Niego: - Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś. Lecz On rzekł: - Owszem, ale również błogosławieni są ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je.”

Od wczoraj wieczorem uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny: już od wczoraj wieczorem - to perykopa ewangelijna z mszy wigilijnej.

Perykopa równie krótka, jak dyskusyjna translatorsko, zatem i teologicznie. Przepisana przeze mnie z „Oremus" wersja Tysiąclatki nie jest wcale jedyną możliwą. Rozmawiając na ten temat z moim biblistycznym mistrzem ks. Michałem Czajkowskim, zajrzałem do Ekumenicznego Przekładu Przyjaciół - mamy tam: „Błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają Słowa Bożego i strzegą go", czyli nie „również", ale „raczej". Jeszcze inaczej niż urzędowy przekład katolicki ma ów 11 Kościołów polskich, w tym również mojego: „o ileż bardziej". Skąd te różnice? Po prostu z oryginału. Ten ostatni przekład tłumaczy w przypisie: „Tekst grecki używa przysłówka »menóun«, który oznaczać może zarówno przeciwstawienie, jak i potwierdzenie, wobec czego można też tłumaczyć: ”Błogosławieni są raczej ci...”, jak i „Błogosławieni są również ci...". Dowcip (?) polega na tym, że wersja z „również" dużo bardziej pasuje do ewangelii Łukasza. Jest ta ewangelia bowiem bardziej „mariofiliczna" niż dwóch pierwszych synoptyków, którzy mają tu formułę: „Oto moja matka i moi bracia. Kto bowiem czyni wolę Boga, ten jest moim bratem i siostrą, i matką".

W chrześcijaństwie, poczynając już od ewangelii, wzrastało zrozumienie dla roli matki Jezusa (Jan jest bodaj bardziej jeszcze przejęty miłością do Marii niż Łukasz). W następnych wiekach mamy już, poczynając od chrześcijańskiego Wschodu, wiarę w jej wzięcie do nieba od razu z duszą i ciałem, czyli tak jak każdego człowieka dopiero na końcu tego świata. Dodam, że słowo ”dopiero” jest uchylane przez niektórych dzisiejszych teologów, bo przecież TAM nie ma czasu, więc wyprzedzenie Maryi było nie tyle chronologiczne, ile ontologiczne: niebo należało się jej szczególnie. Pogląd oczywiście dyskusyjny.

08:33, jan.turnau
Link Komentarze (46) »
wtorek, 14 sierpnia 2012
Dziecko

Ewangelia Mateusza 18,5
„I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, mnie przyjmuje".

Przyjąć dziecko. Nawet jeżeli istnieje ryzyko, że będzie niepełnosprawne, albo nawet gdy jest to już oczywiste. Dla rodziców, którzy się na to decydują, mam szacunek olbrzymi. To przecież wręcz heroizm. Kiedyś wychowanie dziecka nie było takim problemem, jak dzisiaj: trzeba to zrozumieć. I wysławiać takich ludzi pod niebiosa zamiast rzucać gromy na mniej ofiarnych. A o aborcji jest zaraz na początku w „Alfabecie Tischnera", książce, jaką zrobił dla Znaku tischnerolog świetny Wojciech Bonowicz (rzecz ukaże się 6 września).

11:53, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
Wariacje na temat podatków

Poniedziałek 13 sierpnia 2012

Ewangelia Mateusza 17,24-27
Ciekawa perykopa o niepłaceniu podatków, której nie ma u innych synoptyków. Poborcy przesłuchują Piotra na okoliczność tego, czy jego Mistrz nie płaci dwudrachmy na Świątynię. Szymon daje chyba dwuznaczną odpowiedź „tak”. Dzieło wspólne 11 Kościołów tłumaczy greckie słówko ”nai” ( dosłownie właśnie ”tak”) oryginalnie (co nie znaczy: zgodnie z oryginałem) jako ”płaci”: nie spotkałem takiej wersji gdzie indziej. W każdym razie Jezus znając tę rozmowę tłumaczy Piotrowi, że Syn Boży nie ma obowiązku płacenia na Świątynię, „żebyśmy jednak nie dali powodu do zgorszenia, idź nad jezioro i zarzuć wędkę. Weź pierwszą rybę, którą wyciągniesz, i otwórz jej pyszczek: znajdziesz statera [monetę czterodrachmową]. Weź go i daj im za mnie i za siebie”.

Dwa komentarze. Pierwszy, że trzeba uważać nie tylko na samą wartość moralną czynu, ale i na jego „uboczne” skutki moralne. Tak jak z jedzeniem wszystkich kręgowców w piątek: można „umartwić się” w inny sposób, ale dobrze jest pomyśleć, czy nie zbulwersuje się w ten sposób bezsensownie widzącego to bliźniego swego (jak zdarzyło to mi się kiedyś). Drugi mój komentarz dotyczy bezspornego grzechu niepłacenia podatków dzisiaj, w wolnej Polsce. Mam pytanie, czy spowiednicy, którzy pytają penitentów o ich życie intymne, na przykład o (nie)stosowanie antykoncepcji, pytają również o ten obowiązek obywatelski. Albowiem jak powiedział mi pewien ksiądz, jeżeli jedno pytanie, to i drugie. A najlepiej żadne, chyba że widać wyraźnie, iż penitent nie grzeszy samokrytycyzmem.

11:52, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
Przebaczanie

Niedziela 12 sierpnia 2012
List do Efezjan 4,32
„Przebaczajcie sobie nawzajem, tak jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie.”

Odkąd wydarzyło się błogosławione orędzie biskupów polskich do niemieckich z roku 1965, przebaczenie kojarzy się międzynarodowo. We wspólnym liście katolicko-prawosławnym podobno nie ma takiej formuły; napisano tylko: „Apelujemy do naszych wiernych, aby prosili o wybaczenie krzywd, niesprawiedliwości i wszelkiego zła wyrządzonego sobie nawzajem.” To jednak nie jest mało, można by nawet twierdzić, że to jakby więcej, bo w końcu przebaczenie wszystkich poszczególnych wiernych to dopiero jest „metanoja” narodowa prawdziwa. Niemniej bez tego aktu „na górze” jako wzoru moralnego trudniej zapewne o ruchy serca „na dole”. Może biskupi obu narodów woleli nie przyznawać sobie prawa do takiej reprezentacji, może bali się odpowiedzialności za takie akty? Ataki polskiej prawicy na ów dokument dowodzą, że było się czego obawiać.

PS. Według innego źródła apel nie jest do zwykłych wiernych, ale do przedstawicieli obu narodów: to byłoby jeszcze ostrożniej - niech sami politycy się tym zajmą.


11:50, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
sobota, 11 sierpnia 2012
Gdyby był Rozjemca...

Psalm 9,8-9
„A Pan zasiada na wieki,
przygotował swój tron, by sądzić.
Sam będzie sądził świat sprawiedliwie,
rozstrzygał bezstronnie sprawy narodów.”

Ciekawostka: w przekładzie 11 Kościołów pióra ks. Alfreda Tschirschnitza mamy zamiast „narodów” „ludzi”. Biblia Warszawska ma „ludy”, Poznańska - „narody”.

Jakże dobrze byłoby, gdyby taki sąd Boży dokonywał się na bieżąco, tu na ziemi, gdyby był zaraz taki Rozjemca... Co prawda, kiedyś było jeszcze gorzej, bo nie istniała nawet ONZ z jej jednak jakimiś mediacjami i nie było tylu innych mediatorów ludzkich.

08:28, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
piątek, 10 sierpnia 2012
O życiu albo duszy i o żywocie wiecznym

Ewangelia Jana 12,25
„Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne.”

O utracie życia czytamy dzisiaj, bo dziś w moim Kościele wspominamy liturgicznie jednego z pierwszych męczenników, św. Wawrzyńca. Pamiętam jego imię z pierwszej modlitwy eucharystycznej, czyli tak zwanego kanonu rzymskiego - z czasu, gdy był „kanonem” jedynym. Ksiądz wspominał po apostołach „Linusa, Kleta, Klemensa, Sykstusa, Korneliusza, Cypriana, Wawrzyńca, Chryzogona... Czyni to i dzisiaj, ale rzadko, ponieważ bardziej „praktyczna” jest modlitwa eucharystyczna druga, bowiem krótka...

Co zaś do tekstu biblijnego, to trudno nie zauważyć owej „nienawiści do swego życia”. To kalka z hebrajskiego, tamtejsza dosadność. Ciekawsze może jest co innego. Otóż można przetłumaczyć, tak jak na przykład myśmy zrobili, dając zamiast „życia” „duszę”. Dowcip (?) polega na tym, że mamy tu grecki termin „psyche”: nie oznacza on w Biblii duszy w sensie platońskim i potem ogólnochrześcijańskim jako nieśmiertelnej „części” człowieka, ale czynnik ożywiający (hebrajską „ruah”). Wnikliwa Czytelniczka (Czytelnik) zapyta: a co z „życiem wiecznym”? Otóż jest tam w oryginale inne słowo: „dzoe”.

Refleksja etyczna? Edyta Stein, Wawrzyniec mają „życie wieczne” także tu na ziemi, w ludzkiej pamięci - tylu innych męczenników ma ów żywot „tylko” w niebie (cudzysłów zrozumiały dla wierzących religijnie).

23:46, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
czwartek, 09 sierpnia 2012
Przez Krzyż: co to znaczy?

Ewangelia Mateusza 16,24
„Jeśli ktoś chce pójść za mną, niech weźmie krzyż mój i niech mnie naśladuje".

Wybrano na dzisiaj te słowa Jezusa, bo dziś w kalendarzu liturgicznym rzymskokatolickim dzień św. Teresy Benedykty od Krzyża, ”z domu” Edyty Stein. „Od krzyża" - tę część zakonnego imienia wybrała sobie proroczo, bo 70 lat temu została zagazowana w Birkenau. Przejęła to określenie od szesnastowiecznego mistyka karmelity św. Jana od Krzyża, ale oczywiście zrobiła to dobrze rozumiejąc, co ono oznacza. Berta Weibel napisała o tym w książce wydanej w Polsce przez Verbinum pt. „Edyta Stein. W okowach miłości" (lepszy byłby tytuł dosłownie przetłumaczony z niemieckiego: „Więźniarka miłości" - „Gefangene der Liebe", bo zginęła przecież jako więźniarka). Pod koniec życia karmelitanka analizowała dzieło tamtego karmelity pt. „Wiedza krzyża". Śpieszyła się, by ukończyć tę pracę: wiedziała, co się dzieje w Niemczech. Są tam takie jej słowa: „Krzyż Chrystusa dzięki swemu oddziaływaniu jest więcej niż znakiem, jest symbolem. Przedstawia oblubieńcze zjednoczenie duszy z Bogiem, cel, dla którego została stworzona, zjednoczenie odkupione przez krzyż, dokonane na krzyżu i na wieki przypieczętowane przez krzyż". Język pewnie trochę niedzisiejszy, ale treść wciąż aktualna. Autorka książki o Edycie napisała na podstawie jej myśli, że „w chrześcijańskiej mistyce nie istnieje miłość do cierpienia. Istnieje tylko miłość do cierpiącego Pana. Jako Benedykta od Krzyża zapragnęła nieść krzyż razem z Chrystusem dla zbawienia swego narodu, Kościoła, całego świata". Tu cytat z karmelitanki: „Nie ludzka działalność może nam pomóc, lecz cierpienie Chrystusa. Mieć w nim udział jest moim pragnieniem. Wydarzenia ostatnich lat pozwalają mi coraz wyraźniej widzieć moje powołanie na rzecz Ludu Bożego. Zarazem wzrasta we mnie przekonanie, że los całej ludzkości zależy przede wszystkim od tego, czy Pan będzie przyjęty przez swoich". Na pewno zrozumienie przez „swoich", czyli Żydów, roli Chrystusa jest ważnym czynnikiem losu ludzkości, tyle tylko, że dziś Kościół rozumie lepiej niż przed wojną, Zagładą i Soborem Watykańskim II, że to nie takie proste. W dialogu chrześcijańsko-żydowskim doszło dziś na przykład do takiej wizji Paruzji, czyli drugiego przyjścia Chrystusa, w której zapytany, czy to pierwsze czy drugie, odpowie On angielskim „No comments". Bo będzie pierwsze dla Żydów czekających na Mesjasza „po ziemsku" skutecznego, a dla chrześcijan - wtóre. Inaczej mówiąc, dogadujemy się jakby w wyniku swoistego myślowego ”kompromisu”, a nie padnięcia przez Żydów na kolana. Tak jest zresztą zawsze w dialogu ekumenicznym.

Wracam jednak do sprawy rozumienia Krzyża. Oczywiście ludzka działalność jest tu też ważna, ale dla chrześcijan - przede wszystkim dla protestantów - decydujące znaczenie ma działanie Boże. Uczestniczymy w nim naśladując Go, jak trzeba to i męczeństwem, ale On musi być przed nami. A raczej już jest obiektywnie.

Ale czy była męczennicą w sensie wolnej decyzji, za wiarą albo przeciw niej? Oczywiście, gdy szła do gazu, nikt jej o nic nie pytał. Zginęła, bo była Żydówką i tyle. Stąd też nawet pretensje jej Ludu, że wyróżniono właśnie ją, choć ginęły miliony - czyli że ona była świętsza? I stąd formuła jej beatyfikacji, że była „męczennicą miłości", czyli nie wiary, bo ta nie miała tu wiele do rzeczy.

Gdy wyruszała w swoją ostatnią drogę, powiedziała do siostry, rodzonej i zakonnej, Róży: „Chodź, idziemy za nasz naród". Trudno taką intencję zrozumieć komuś, kto nie wierzy po chrześcijańsku, ale tak właśnie było z dzisiejszą świętą.

PS. A „Przez Krzyż" to hasło sióstr służebnic Krzyża z Lasek i ulicy Piwnej w Warszawie, choć oczywiście nie tylko tego zakonu.

PS. bis: więcej o Edycie napisałem do najbliższego „Magazynu Świątecznego" (a tym samym też do wyborcza.pl) 

13:19, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
środa, 08 sierpnia 2012
Chyba dowcip

Ewangelia Mateusza 15, 21-28
Uzdrowienie córki kobiety kananejskiej dręczonej przez złego ducha. Jezus nie kwapi się bynajmniej, by wspomóc pogankę, co więcej, mówi jej słowa jakby pogardliwe: „Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom i rzucać psom". Widzę tylko jedną możliwą egzegezę: była to wypowiedź nie całkiem serio. Zażartował podobnie, jak wtedy, gdy miał wskrzesić inną córeczkę: „Nie umarła, ale śpi", co zresztą rozśmieszyło złośliwie słuchaczy (Mk 5,39-40). Naród żydowski lubi różne formy dowcipu.

12:42, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
wtorek, 07 sierpnia 2012
Małowierność

Ewangelia Mateusza 14, 22-36

Piotr idzie do Jezusa po jeziorze, ale załamuje się na widok silnego wiatru: opowieść o „małowierności", o uleganiu wątpliwościom. Wszelako wątpić jest rzeczą tak ludzką... Równie człowieczą, jak bać się wiatru.

12:25, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 06 sierpnia 2012
Móc popatrzyć głębiej

2 List Piotra 1,16-19
Ewangelia Marka 9,2-9
Dziś święto Przemienienia, pamiątka opisanego przez wszystkich trzech synoptyków Jezusowego ukazania się uczniom w Chwale. O tamtym wydarzeniu wspomina również apostoł Piotr.

Chciałoby się mieć kiedyś przeżycie mistyczne: zobaczyć choć jakiś rąbek rzeczywistości przekraczającej empirię i rozumowanie. Nie każdy może być mistykiem: czemu dane to jest tylko niektórym? Czemu w ogóle Bóg się ukrywa? Chyba nie po to, żeby nas wypróbować, jak przypuszczał Pascal. Wypróbować moralnie: genialny skądinąd myśliciel zakładał bowiem, że „to, czy dusza jest śmiertelna czy nieśmiertelna, musi stwarzać zupełną różnicę moralności". Otóż nie musi: tak się tylko wydawało człowiekowi, co żył w czasach, gdy ateistami (praktycznymi) byli głównie łotrzykowie. Nadeszło tymczasem Oświecenie, które rozpoczęło laicyzowanie całej myśli europejskiej, także etyki, odrywanie jej od religii.

Nie ma innej rady, trzeba powstrzymać chęć zaglądania Bogu do rękawa także w kwestii owego ukrycia.

13:50, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
 
1 , 2
Archiwum