Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
środa, 31 sierpnia 2011
O teściowej, kawie i księdzu

Ewangelia Łukasza 4, 38-39
„Powstawszy zaś, przeszedł z synagogi do domu Szymona. Teściowa zaś Szymona była ogarnięta silną gorączką i prosili Go za nią. A stanąwszy nad nią, zgromił gorączkę i zostawiła ją. Ona zaś natychmiast powstawszy, służyła im."
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Posłużyłem się nim tylko dla odmiany, nie dla przekonania, że jest lepszy stylistycznie ani że - dzięki trójwyznaniowości przekładu - lepiej oddaje myśl oryginału.

Wydarzenie z dzisiejszego fragmentu Ewangelii było dość ważne wówczas, jeśli zostało odnotowane przez wszystkich trzech synoptyków. Dla nas dziś jest ważne z powodów mniej ważnych: bo teściowa to członek rodziny owiany ciemną legendą, temat złośliwych anegdot. Biblistyczna jest taka, iż Piotr zaparł się Jezusa, bo mu uzdrowił teściową...
Jak było pod tym względem w domu Piotra, trudno powiedzieć, choć daje mi do myślenia fakt, że był to dom również jego brata Andrzeja (co podaje tylko Marek, spisujący wspomnienia Piotra). Czyli że Piotr wziął do siebie matkę swojej żony. Oczywiście przyjął ją, być może, nie z powodu jej niekonfliktowości, ale dlatego, że owdowiała, została sama, nikt z braci jej męża nie wziął ją za żonę, jak by nakazywało prawo lewiratu. Mogło być tak, mogło być inaczej, była łagodna jak baranek albo niezupełnie. Przechodzę do spraw również rodzinnych, chociaż już innych.

”Natychmiast zaczęła im służyć”... Co znaczy zapewne, że Jezus uzdrowił ją całkowicie, tak iż mogła od razu spełniać swoje obowiązki, rzecz jednak też w rodzaju tych obowiązków. Oczywiście od służenia jest ta płeć, nawet tuż po ciężkiej chorobie. Mężczyźni jakoś nie nadają się do prac kuchennych ani „okołostołowych". Bywa tak również w czasach już zgoła niebiblijnych. Odwiedziłem kiedyś, zaznaczam, że dawno temu, pewną instytucję katolicką. Urzędujący tam duchowny ucieszył się z mej wizyty, chciał mnie podjąć kawą - i poprosił o przyrządzenie wiceszefową. Skrzywiła się, nie rozumiejąc, że przecież on mężczyzna, a nawet ksiądz...

14:56, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 30 sierpnia 2011
Nasza doczesna ciemność

Pierwszy List do Tesaloniczan 5,3
„Kiedy bowiem będą mówić: - Pokój i bezpieczeństwo, tak niespodziewanie przyjdzie na nich zagłada, jak bóle na brzemienną, i nie ujdą”.
Bóle kobiety rodzącej są raczej nieuniknione, dają się przewidzieć, różne nieszczęścia natomiast są zaskoczeniem zupełnym. Nieprzewidywalność jest wciąż istotną składową naszego losu. Z końcem ziemskiego życia na czele, który mimo rozwoju medycyny potrafi przyjść rzeczywiście jak złodziej. Czasem zatrzymanie na trochę Śmierci daje się wygrać w szachy, jak w „Siódmej pieczęci” Bergmana, ale w dalszym ciągu nie wiemy dnia ani godziny. Nie tylko terminu końca całego doczesnego świata, o czym tu mówi Paweł: przyszłość nasza w ogóle jest nadal ciemnością.

Mamy jednak przepisany na dzisiaj Psalm 27:
„Pan moim światłem i zbawieniem moim,
kogóż miałbym się lękać?
Pan obrońcą mego życia,
przed kim miałbym czuć trwogę?”

Światełko w doczesnym tunelu? Dla jednych wyraźne, dla drugich ledwie widoczne, dla jeszcze innych - ”fata morgana”. Ta różnorodność to też los człowieczy.

13:46, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Jan Chrzciciel i Jan ksenofil. Andrzej Towiański zrehabilitowany.

Księga Izajasza 1,18

A oto ja czynię cię dzisiaj twierdzą warowną, kolumną ze stali i murem spiżowym".

Dziś drugie rzymskokatolickie święto mojego Patrona: wspomnienie (obowiązkowe!) jego śmierci (powtarzam do znudzenia, że prawosławni mają tych świąt aż pięć: poza tymi dwoma jeszcze wspomnienie liturgiczne jego poczęcia, pierwszego znalezienia jego głowy oraz wspólne drugiego i trzeciego jej znalezienia - relikwie lubią się gubić...).

Został ścięty, bo krytykował nielegalne małżeństwo Heroda Antypasa, przy czym dziś czytamy opowieść Markową, w której ów król wypada lepiej niż u Mateusza: jest pod duchowym wpływem Jana, motorem męczeństwa jest natomiast Herodiada.

A że dziś świętuję swoje imieniny, więc niech to będzie mój autorski rachunek sumienia, czy idę w ślady wielkiego Imiennika. Otóż nie da się ukryć, że nie za bardzo. Jeżeli nawet jestem prorokiem, bo w „GW" pisuję jako Jonasz, to na pewno nie takim grzmiącym, nie taką „kolumną stalową", jak Chrzciciel. Tym bardziej nie takim ksenofobem, jak mój biblijny pseudoimiennik, który nie chciał udać się do Niniwy, bo ta stolica śmierdziała mu pogaństwem na milion mil. Owszem, jestem ksenofilem - tego też nie da się ukryć.

Zaczęło to mi się 60 lat temu, na polonistyce wrocławskiej, wtedy imieniem Bolesława Bieruta, kiedy to Jan Kochanowski był podejrzany o religijną niewiarę. Błyskotliwie robiona propaganda materializmu dialektycznego nie zrobiła wtedy ze mnie ateisty, niemniej zawziętego ksenofila. Niektórzy ówcześni studenci, wtedy czerwieńsi od wiśni, zrobili się niedługo potem biało-amarantowi do kwadratu, mnie też przeszły różne komunizujące wariactwa (młodzieńczy „paxizm" na przykład), został jednak najszerzej pojęty ekumenizm. Mam nieodpartą skłonność do łagodnego oceniania różnych pozakatolickich poglądów. W „Gazecie Wyborczej" tak traktuję dominującą tu ideologię, jaką jest światopoglądowy liberalizm. Postępuję według zasady, że nikt nikogo nie nawrócił złym słowem. Nie sugeruję przez to, że mój Patron był zło-śliwcem! Owszem, zachęcał do chrztu wymyślając od potomków żmijowych, ale taki był wówczas język proroków, jeszcze bardziej dosadny niż w ogóle przesadny język Wschodu. Czy nie ma w tej mojej postawie jakiegoś oportunizmu? Może i trochę jest, ale wydaje mi się, że tyle jest w katolicyzmie polskim postawy wręcz przeciwnej, napastliwości nieustannej, że dobrze robię pokazując moim Koleżankom i Kolegom oraz Czytelniczkom i Czytelnikom, że moja religia to niekoniecznie agresja i myślowa ciasnota.

I tu coś o dzisiejszej lekturze porannej. Czytelniczka moja miła Agnieszka Zielińska przysłała mi swoją książkę (pracę doktorską) pt. „Ortodoksyjny heretyk - myśl społeczna Andrzeja Towiańskiego" (Wydawnictwo Pandit, Kraków 2010). Na mojej tamtoczesnej polonistyce „wielki romantyzm" nie miał błyskotliwych wykładowców, coś jednak wiedziałem o owym mistrzu duchowym Mickiewicza i to coś - jak pewnie każdy Polak - niedobrego. Otóż autorka rehabilituje owego tajemniczego proroka XIX wieku. Jej tezy być może nie są zupełną rewelacją, może sam słyszałem je już, może nawet czytałem już jakąś jej własną publikację na ten temat, niemniej zabrzmiały mi bardzo ciekawie.

Po pierwsze, Andrzej Towiański nie był na pewno szpiegiem rosyjskim. To znaczy był wówczas w Wilnie człowiek o tym samym imieniu i nazwisku, który służył w ów sposób caratowi, ale to tylko przypadkowa zbieżność ”nazewnicza. Po drugie, prorok Towiański był nie tyle heretykiem, ile - jak to nieraz ze śmiałymi ludźmi bywało - prekursorem idei, które po latach stały się ortodoksyjne.

Taka była mianowicie jego otwartość ekumeniczna, stosunek do prawosławia i judaizmu. Co do tego drugiego: to on pierwszy, za nim dopiero Mickiewicz, nazwał Żydów starszymi braćmi w wierze. Owszem, krytykował dogmat o nieomylności papieża, krytykował Piusa IX, który ową ideę wylansował na Soborze Watykańskim I, ale wiadomo przecież, że miał do niej jakiś dystans nawet John Henry Newman, też że Vaticanum Secundum zrównoważyło ją nauczaniem o kolegialności władzy w Kościele. Że w ogóle „ultramontańskie" idee „Syllabusa" brzmią dzisiaj tak, że dla dobra Kościoła lepiej ich nie przypominać. Dzisiejsze jego oficjalne przesłanie jest zgoła inne. Bardziej dyskusyjna jest wyznawana przez Towiańskiego nadzieja powszechnego zbawienia, a jeszcze o wiele bardziej wiara w reinkarnację, ale to nie powód, by go uważać za wroga Kościoła. Wielka emigracja polska była wówczas głęboko podzielona, powstałe wtedy zgromadzenie zakonne zmartwychwstańców zwalczało Towiańskiego jak mogło, Norwid Piusa IX odważnie bronił - niemniej Towiańskiemu należy się jakaś rehabilitacja. Autorko - dzięki!

 

13:51, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
Tłuszcz i szpik pokarmem ducha

28 sierpnia 2011
Psalm 63,2-6.8-9
„ Boże, Tyś Bóg mój, szukam Ciebie, pragnie Ciebie dusza moja, tęskni do Ciebie moje ciało na ziemi suchej i znużonej, nie mającej wody.
Abym widział Twoją moc i Twoją chwałę, tak jak patrzyłem na Ciebie w świątyni.
Albowiem lepsza jest łaska Twoja aniżeli życie. Moje wargi Ciebie wysławiać będą.
Tak, błogosławić będę Ciebie póki życia, w imię Twoje będę podnosić ręce.
Niby tłuszczem i szpikiem sycić się będzie dusza moja i radosnymi wargami będą Ciebie chwalić moje usta.
Gdyż byłeś dla mnie pomocą i w cieniu Twoich skrzydeł głośno raduję się.
Przywarła moja dusza da Ciebie, podtrzymuje mnie Twoja prawica”.

Noblista przetłumaczył tu dużo bardziej „cieleśnie” i przez to dokładniej niż Tysiąclatka, która ów „tłuszcz i szpik” przerobiła na przysłówek „obficie”. Abstrakt lepszy niż konkret? W każdym razie poezja woli ten drugi. A mamy tu poezję cudowną.

13:49, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
Skąd się wziął nasz talent?

Ewangelia Mateusza 25,14-30
Przypowieść o talentach. Marnować można różne uzdolnienia. Artystyczne, naukowe, techniczne, etyczne. Owszem, na pewno jest tak, że Bóg daje nam różny start także duchowy, moralny. Od człowieka wychowanego w środowisku złodziejskim wymaga nieporównanie mniej niż od szczęśliwca z domu „dobrodziejskiego”. Ale od każdego człowieka Bóg czegoś wymaga, nie ma rady.

Puenta komentarza będzie jednak mniej surowa. Ostatnie zdania dzisiejszej perykopy brzmią, co prawda: „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz w ciemności: tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”. Otóż, po pierwsze, mamy tu oczywistą przesadę w obrazie kary: temu, kto nie ma, nie można zabrać... Po drugie, ktoś wytłumaczył, że owe ciemności zewnętrzne to niekoniecznie wieczność piekła: konkretnie to ciemna, bo nieoświetlona przestrzeń wokół jarzącego się światłami domu weselnego. Nadzieja powszechnego zbawienia...

A dzisiejsze słowo „talent” pochodzi z Biblii, gdzie oznaczało „kupę kasy”. I jak tu można nie znać Ewangelii!

13:49, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
piątek, 26 sierpnia 2011
Matka Dobrej Troski

Ewangelia Jana 2,1-11
Czytamy dzisiaj o weselu w Kanie Galilejskiej, bo dziś uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, a w tamtej weselnej uroczystości Matka Jezusa odegrała dużą rolę. Można by wyzłośliwiać się, że owa opowieść nie pasuje do miesiąca, w którym przypada, bo jest to w polskim Kościele katolickim czasem trzeźwości, a przecież Maryja zajęła się tam troskliwie zaopatrzeniem w wino - ale każdy wie, czym jest ów napój w tamtym klimacie i tamtej kulturze. To jak dla nas herbata, kawa, coca-cola i wino razem wzięte, więcej nawet - jest razem z chlebem symbolem posiłku. Jego brak na weselu to jak nieobecność młodej pary prawie: interwencja była absolutnie konieczna.

Mamy jednak problem egzegetyczny: co Jezus odpowiedział swojej matce. Co oznaczają Jego słowa, brzmiące dosłownie: „Co mnie i tobie, niewiasto? Jeszcze nie nadeszła godzina moja”. Najbardziej trafia mi do przekonania tłumaczenie, że Jezus w pierwszej chwili chciał odrzucić tę prośbę, bo wiedział, czym grozi ów pierwszy Jego cud. Jego godzina to śmierć, która grozi Mu nieuchronnie. Widzi jasno swoją przyszłość oczami Syna Bożego - sława okaże się dlań zgubą. W ogóle na sławie Mu nie zależy, nie jest iluzjonistą; nie jest również cierpiętnikiem: męki, śmierci, poniżenia boi się jak każdy człowiek, choć wierzy w swoje powstanie ze śmierci. Ale wnet postanawia wypić ten kielich i przemienia wodę w najlepsze wino.

Czy matka wiedziała, na co Go namawia? Chyba nie, wiedziała jednak, że jest pełen współczucia dla każdej ludzkiej biedy i że ma moc duchową nieziemską. Tak to w tej Ewangelii jest po trosze współsprawczynią cudu, od którego zaczęła się cała misja mesjańska jej Syna .

Ewangelia Jana akcentuje tę jej rolę, taka jest jej mariologia. Bibliści zauważają różnice między traktowaniem Maryi w czterech fundamentalnych tekstach chrześcijaństwa. Najmniej i najchłodniej jest w opowieści Markowej. Z jego opisu wydarzeń w rozdziale 3 można nawet wnioskować, że matka dała się namówić Jego braciom, którzy - wiemy to od Jana - nie wierzyli w sens Jego misji, do udziału w powstrzymaniu Go od działalności. Czy i ona nie wierzyła? Myślę, że tylko jako matka martwiła się o Jego zdrowie (bo - jak powiada Marek - On i Jego uczniowie nie mieli nawet czasu na posiłek). W każdym razie najstarsza ewangelia minimalizuje jej rolę. Mateusz mówi o niej dużo więcej, ale opowiadając o narodzeniu Jezusa przedstawia głównie przeżycia Józefa. U Łukasza mamy o niej wiele i bardzo ciepło, Jan zdecydowanie przyjmuje jego „optykę”, nawet ją wzmacnia, chociaż nie powtarza jego relacji, bo w ogóle zakłada, że teksty synoptyków są już znane.

Trochę tak jak było z ewangelistami jest teraz z chrześcijanami. Jedni są bardziej „maryjni”, drudzy mniej. Trzeba pamiętać, że bardzo czczą Maryję prawosławni, może nawet bardziej niż katolicy: ich biskupi zamiast krzyża noszą na szyi „panagiję”, medalion z jej wizerunkiem. Dialog ekumeniczny powinien zbliżać te różne „optyki”, może jednak nie trzeba troszczyć się o ich całkowitą zgodność. Byle by tylko nikt nie lekceważył dzisiejszego Janowego obrazu jej troski o ludzkie szczęście. Serdecznej troski kobiecej, matczynej.

A kiedyś napisałem dla „Wyborczej”, a dzisiaj dla „Metra” taką
refleksję w formie zwierzenia samej Matki Jezusa:
Okropnie nie lubię tłumów
zawsze Go otaczały
nie można było się dopchać
tylu wyznawców co gapiów
Nazaret było cichutkie
znałam każdego
ja tam naprawdę byłam
Matką Dobrej Rady
Teraz zawsze się cieszę
kiedy was widzę tylu
ale najbardziej lubię
pójść sobie zwykłym wieczorem
do M 1, 3 albo 4
koroną ozdobić wieszak
pogawędzić o Nim.

13:41, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
Temat: chętki. Czuj, czuj, czuwaj...

Wpis na czwartek na 25 sierpnia 2011
Ewangelia Mateusza 24,42
„Czuwajcie więc, bo nie wiecie, którego dnia Pan wasz przyjdzie".
Owe słowa Jezusa odnoszą się do Jego przyjścia kiedyś, na końcu czasów (czy raczej czasu - Tam nie ma go przecież), ale są w ogóle przestrogą przed beztroską. Nie znamy nie tylko terminu Paruzji, także nie wiemy, co nas czeka za trzy minuty. Im dłużej człowiek żyje, tym jest mniej chętny do prorokowania. Wielu wydarzeń nie przewidzimy, szaleństwa Norwega ani samobójstwa Leppera, ale to nie znaczy, że „hulaj dusza". Trzeba być „ciężkomyślnym". To pewnie tępy banał, ale ja dodam doń jeszcze okropny morał. Żeby pracować nad sobą. Żeby uczyć się walczyć ze swoimi chętkami, co są dojrzałych chęci przeciwieństwem.

W niczym nie należy przesadzać, owszem. Tradycyjna asceza miała swoje wady, bez krzty luzu można zwariować. Niemniej ktoś, kto nie nauczył się panowania nad sobą, gdy najdzie go nieszczęście, wpadnie w ręce wroga na przykład, da mu się łatwo opanować. Mamy dziś czasy lekkie, nie te, które wymagały szczególnej twardości charakteru, ale też czuwać trzeba. Być harcerzem. Warto.

13:39, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
środa, 24 sierpnia 2011
Temat: pogarda

Ewangelia Jana 1,45-46
„Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: - Znaleźliśmy tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy, Jezusa, syna Józefa z Nazaretu. Rzekł do niego Natanael: - Czyż może być co dobrego z Nazaretu?”.
Tym pytaniem Natanael przeszedł jakoś do historii kultury europejskiej, bo można je uznać za symbol pogardy. Gardzić człowiekiem, bo pochodzi z Pipidówki, to wyjątkowo niemądry powód do lekceważenia: geniusze nie rodzą się tylko w stolicach. A jeśli Natanael gardził nazaretanami z innych powodów, nie jako mieszkańcami zapadłej wsi, to też uogólniał głupio i brzydko. Ale taka głupota „humana est”. Można gardzić ludźmi z przyczyn najróżniejszych. Również oczywiście religijnych: wielowiekowy stosunek chrześcijan do Żydów nazwano nauczaniem pogardy. Jezus z Nazaretu potępiał wszelką taką deprecjację, nawet i tę z powodu grzechu: grzesznicy gniewali Go mniej niż ci, co nimi gardzili.
A czytamy dzisiaj o Natanaelu, bo ma dziś swoje święto. Występuje jednak w kalendarzach nie on, tylko Bartłomiej, ale przypuszcza się, że to ten sam apostoł. U Jana nie ma Bartłomieja, u synoptyków i w Dziejach Natanaela, zatem tradycja widzi tu tę samą osobę, szczególnie że na listach apostołów w ewangeliach Bartłomiej sąsiaduje z Filipem, który z kolei tu u Jana jest bliski Natanaelowi.
Dalszy ciąg dzisiejszej opowieści jest taki, że Natanael łatwo dał się przekonać Jezusowi, że jest On Synem Bożym i Królem Izraela, mianowicie tajemniczą aluzją do jakiegoś jego przeżycia, którego Jezus nie mógł widzieć. Zresztą być może ujęły go już same słowa Mistrza o nim, że jest „prawdziwym Izraelitą, w którym nie ma zdrady” (u nas: „obłudy”).
Ale tamta pogarda została w Piśmie Świętym. „Hagiografizacja” jest Biblii bardzo obca. Inaczej Księga nad księgami byłaby poza wszystkim nudna.

18:58, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
wtorek, 23 sierpnia 2011
Dziesięcina z kopru i kminku

Ewangelia Mateusza 23, 23-26
”Jezus przemówił tymi słowami: - Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz pomijacie to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie opuszczać. Przewodnicy ślepi, którzy przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda. Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubka i misy, a wewnątrz pełne są zdzierstwa i niepowściągliwości. Faryzeuszu ślepy! Oczyść wpierw wnętrze kubka, żeby i zewnętrzna jego strona stała się czysta.”

Każda religia, każdy ludzki system skłania do formalizmu. „Ordnung muss sein", porządek musi być - mówią Niemcy, bo rozumieją, że zbytni luz rozkłada społeczność. Prawo jest niezbędne, na pewno. Ale nie może być bożkiem. Litera jest mniej ważna niż duch, forma niż treść, szczegół niż ogólny sens. Porządkowanie nie tylko dyscyplinuje każdego, przeciwdziała także wielkim przestępstwom: prawo rzymskie było postępem w rozwoju ludzkości. Wprowadzone jakoś do etyki religijnej zaczęło ją jednak wypaczać. Katolicyzm, moje wyznanie chrześcijańskie, wydaje mi się najlepsze, bo jest złotym środkiem między prawosławiem a protestantyzmem na przykład w liturgii: równoważy tam obrzęd z wolnym słowem, stałe ruchy i modlitwy z kazaniem. Niemniej przegrywa z tamtymi dwiema rodzinami wyznaniowymi, bo stało się nazbyt rzymskie nie tylko w sensie centralizmu. Myślę o niedopuszczeniu rozwodów, szukaniu rozwiązania węzłów ludzkich konfliktów w strasznie legalistycznym stwierdzaniu nieważności małżeństwa, w pokrętnym niwelowaniu ludzkiego dramatu paragrafem.

Mamy czasem skłonności formalistyczne także w regulowaniu własnego życia: przed komunią patrzymy na zegarek, czy minęła godzina eucharystycznego postu, zamiast popatrzyć w swoje serce, czy minęły w nim niechęci wobec siedzącego obok małżonka albo sąsiada.

13:24, jan.turnau
Link Komentarze (43) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Biada wam, teologowie, co obciążacie nasze sumienia! Ale nie chodzi tu wcale o katolicyzm soft

Ewangelia Mateusza 231.13-15
”Jezus przemówił do tłumów i do swoich uczniów tymi słowami: - Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Sami nie wchodzicie i nie powalacie wejść tym, którzy do niego idą. Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo obchodzicie morze i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę. A gdy się nim stanie, czynicie go dwakroć bardziej winnym piekła niż wy sami.”

Biblia Poznańska podaje, że w tej Ewangelii przestrogi przed faryzeuszami zajmują dużo więcej miejsca aniżeli u Marka i Łukasza. Bo też ta ewangelia podobnie jak Janowa dowodzi dużo większego skłócenia Kościoła z Synagogą. A jest pisana dla Żydów, więc w ogóle dużo więcej w niej realiów żydowskich.
No cóż, trudno się powstrzymać od myśli: skąd my to znamy... I myśl owa ma jednak swoje uzasadnienie. Nikt już dziś poważny nie będzie się upierał, że osobliwie w etyce seksualnej teologowie i duchowni chrześcijańscy (nie tylko katoliccy) zachowywali umiar w ascetycznych wymaganiach. Użyłem czasu przeszłego, ponieważ zajrzałem tylko wstępnie do olbrzymiego dzieła historycznego „Księgi pokutne” (WAM, Kraków 2011) i od razu niechcący trafiłem na s. 209 na takie instrukcje z VIII wieku: „Gdyby mąż współżył ze swą żoną, jak to czynią psy, niech pości 40 dni. Jeśli współżyje analnie, niech pości 10 lat. Kto współżyje w niedzielę, w dzień lub w nocy, niech pości 3 dni.” Mam nadzieję, że dziś już żaden spowiednik, nawet i szczególnie konserwatywny polski, nie dopytuje się w konfesjonale o podobne techniki pożycia małżeńskiego (bo chyba nikt nie oskarża się sam o takie „grzechy”). Chociaż - kto wie? Jeżeli ksiądz Knotz napisał, że byle by para była małżeńska, to już może robić w łóżku co chce? Widać są księża innego zdania, inaczej by tego nie napisał.

Jednak nawet ów rewolucyjny kapucyn podtrzymuje zakaz antykoncepcji, bo też tu mamy wciąż wyraźne granice w nauczaniu kościelnym. Na tak zwanym Zachodzie nikt już się ową doktryną watykańską nie przejmuje, u nas jednak wciąż mało jest księży, co by ośmielili się ją zakwestionować w konfesjonale albo wręcz w jakimś medium. Ale i ona - ufam - przejdzie do lamusa. Co innego aborcja - to sprawa o wiele cięższa - ale plemnik w żadnym sensie człowiekiem nie jest i basta!
„Sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego [królestwa niebieskiego] idą,” Wciąż rosnąca sprawa molestowania seksualnego nieletnich to przykład na grzechy duchownych, przed którymi ostrzegają swoje owieczki, a sami brykają (niektórzy) okropnie.
Natomiast nie pasują chyba do przeciętnego polskiego „funkcjonariusza kościelnego” słowa: „Obchodzicie niebo i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę”. Ewangelizacyjnie, misyjnie nastawieni są raczej świeccy, uczestnicy różnych ruchów katolickich. „Etatowcy” eklezjalni wydają się albo tak przytłoczeni obowiązkami wobec wiernych, że nie mają głowy (czasem i sił ani czasu) do myślenia o wyjściu poza kościelne mury, albo uważają, że przecież ewangelizacja działa, a jej znakomitym instrumentem jest Radio Maryja. Na pewno i ono czasem kogoś zbliża do Kościoła, ale wielu odstrasza. To przecież taki ksiądz Natanek soft, z którego kazań publikowanych w internecie młodzież robi sobie potężne „jaja”.

PS. Nie, nie chodzi mi tutaj o - jak ktoś to nazwał - katolicyzm soft - wypłukany z radykalnych wymagań moralnych, o takie w ogóle chrześcijaństwo. Zresztą nieco wcześniej ta sama Ewangelia Mateusza cytuje słowa Chrystusa: ”Prawo Mojżeszowe objaśniają nauczyciele Pisma i faryzeusze. Róbcie więc wszystko i zachowujcie, czego was uczą, ale nie naśladujcie ich uczynków, bo mówią, ale nie czynią”. Czyli - aktualizując - nie chodzi na pewno o odrzucenie w czambuł nauczania Kościoła, ale o to, by owo nauczanie nie przesadzało w porządkowaniu życia wiernym i nade wszystko, aby nauczający świecili przykładem własnego życia. Amen.

14:38, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
niedziela, 21 sierpnia 2011
Kto poznał...

List do Rzymian 11,33-36
„O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi! Kto bowiem poznał myśl Pana albo kto był Jego doradcą? Lub kto Go pierwszy obdarował, aby nawzajem otrzymać odpłatę? Albowiem z Niego i przez Niego, i dla Niego jest wszystko. Jemu chwała na wieki. Amen”.

Zatem to stąd pochodzi mądrze pobożne powiedzenie: „Niezbadane są wyroki Boże”. Powinno być podstawą całej teologii, by dzisiejsi uczeni w Piśmie przestali mędrkować (już zresztą mędrkują dużo mniej), a nieuczeni uwierzyli, że jest Sens, choć go chwilami nie widać. No i obdarować Boga można tylko obdarowując bliźniego (oraz darując mu winy), a to też jest poniekąd Jego prezent dla nas. Albowiem tak stworzył wszechświat, że powstał ludzki gatunek zdolny do poświęceń.

18:04, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
sobota, 20 sierpnia 2011
Synowa nagrodzona

Księga Rut 2,1-3.8-11;4,13-17
„Noemi miała powinowatego, krewnego jej męża, człowieka bardzo zamożnego z rodziny Elimeleka. Nazywał się Booz. Powiedziała Rut Moabitka do Noemi: - Pozwól mi pójść na pole zbierać kłosy za tym, który mi pozwoli na to. Odpowiedziała jej Noemi: - Idź, moja córko. Rut wyszła więc i przyszła zbierać kłosy na polu za żniwiarzami, a przypadkiem tak się stało, że było to pole Booza, który był z rodu Elimeleka. Powiedział Booz do Rut: -Słuchaj dobrze, moja córko! Nie chodź zbierać kłosów na innym polu i nie odchodź stąd, ale przyłącz się do moich dziewcząt. Spójrz na pole, na którym pracują żniwiarze, idź za nimi. Oto kazałem młodym sługom, aby ci nie dokuczali. Kiedy będziesz miała pragnienie, idź do naczyń napić się tego, co będą czerpać młodzi słudzy. Wtedy Rut padła na twarz, oddając pokłon aż do ziemi, i zawołała:- Dlaczego jesteś dla mnie życzliwy, tak że mnie uznajesz, choć jestem obcą? Odpowiedział jej Booz: - Oznajmiono mi dobrze to wszystko, co uczyniłaś swojej teściowej po śmierci swego męża: opuściłaś ojca swego i matkę swoją, i swoją ziemię rodzinną, a przyszłaś do narodu, którego przedtem nie znałaś. Booz zaślubił więc Rut i stała się jego żoną. Gdy zbliżył się do niej, Pan sprawił, że poczęła i urodziła syna. Kobiety mówiły do Noemi: - Niech będzie błogosławiony Pan, który nie pozwolił, aby dzisiaj zabrakło ci powinowatego z prawem wykupu. Imię jego będzie wspominane w Izraelu. On będzie dla ciebie pociechą, będzie cię utrzymywał w twojej starości. Zrodziła go dla ciebie twoja synowa, która cię kocha, która dla ciebie jest warta więcej niż siedmiu synów. Wzięła Noemi dziecko i położyła je na swym łonie. Ona też je wychowała. Sąsiadki nadały mu imię. Mówiły: - Narodził się syn dla Noemi. Nadały mu imię Obed. On to jest ojcem Jessego, ojca Dawida”.

Komentarz niemal zbyteczny. Zwracam tylko uwagę na zwyczaj dożywiania się kłosami pozostawionymi przez żniwiarzy. Widać nie wszyscy zbierali je nie pytając o pozwolenie, jak to było z uczniami Jezusa. Może mężczyznom nikt nie dokuczał z tego powodu: co innego jakiejś młodej kobiecie. No i to padanie na twarz przed męskim dobroczyńcą...

10:08, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 sierpnia 2011
Synowa wzorowa

Księga Rut 1,1.3-6.14b-16.22
„W czasach, gdy rządzili sędziowie, powstał głód w kraju. Z Betlejem judzkiego wyszedł pewien człowiek ze swoją żoną i swymi dwoma synami, aby się osiedlić w ziemi Moabu. Ten człowiek, imieniem Elimelek, mąż Noemi, zmarł, a Noemi pozostała ze swymi dwoma synami. Ci wzięli sobie za żony Moabitki: jedna nazywała się Orpa, druga nazywała się Rut. Mieszkali tam około dziesięciu lat. Obaj synowie również zmarli, a kobieta pozostała, przeżywszy obu swych synów i swego męża. Wyruszyła więc Noemi i z nią jej synowe, aby wrócić z ziemi Moabu, ponieważ usłyszała w ziemi Moabu, że Pan nawiedził swój lud, dając mu chleb. Orpa ucałowała swoją teściową i wróciła do swego narodu, a Rut pozostała przy niej. Noemi powiedziała do Rut: - Oto twoja szwagierka wróciła do swego narodu i do swego boga, wracaj i ty za swą szwagierką. Odpowiedziała Rut: - Nie nalegaj na mnie, abym opuściła ciebie i abym odeszła od ciebie, gdyż gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam, twój naród będzie moim narodem, a twój Bóg będzie moim Bogiem. Wróciła więc Noemi, a z nią była Rut Moabitka, jej synowa, która przyszła z ziemi Moabu. Przyszły zaś do Betlejem na początku żniw jęczmienia”.

No i mamy po perykopie wczorajszej kontrapunkt. Po makabresce opowieść cudownie optymistyczna. Dla grzecznych dzieci? Raczej dla niegrzecznych synowych: żeby były jak tamta Moabitka. Gdyby w Biblii nie było tylu okropności, napisałbym, że to landrynka, ale po pierwsze, nie przykładajmy do tekstu antycznego miar pasujących do literatury współczesnej, a po drugie to rodzynek w cieście zgoła nie słodkim (a zresztą podobno historycznie prawdziwy).

Buduje tu jednak nie tylko miłość do teściowej, też taka opiekuńczość okazana przez pogankę. Według Biblii Poznańskiej „celem księgi jest poszerzenie historii króla Dawida przez podanie budujących szczegółów o jego przodkach. Chce również autor podkreślić ideę uniwersalizmu, włączając obcą etnicznie niewiastę nie tylko do narodu izraelskiego, ale co więcej, do rodu samego króla Dawida” (nie jedyna to księga Starego Testamentu zwalczająca nacjonalizm Narodu Wybranego, także opowieść o Jonaszu na przykład). A Ewangelia Mateusza ciągnie tę genealogię dalej, dzięki czemu Rut jest również w rodowodzie Jezusa.

Z Poznanianki dowiedziałem się także, iż Księga Rut ma mocny związek z tak różną od niej duchem Księgą Sędziów. Bowiem według starożytnych autorów pierwotnie stanowiły jedną całość, a rozdzielono je później dla celów liturgicznych: w synagogach czytano opowieść o świętej synowej podczas Świąt Pięćdziesiątnicy. Należy bowiem ów utwór do tak zwanych Ksiąg Megilot, czytanych podczas wielkich uroczystości żydowskich. Redakcja Wydawnictw KUL opublikowała ongiś wszystkie pięć (Pieśń nad Pieśniami, Księga Rut, Treny, Eklezjasta, czyli Kohelet, Księga Estery) w przekładzie Czesława Miłosza.

15:05, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
Czy można zabić córkę?

Wpis na czwartek 18. sierpnia

Księga Sędziów 11,29-39a
”Duch Pana był nad Jeftem, który przebiegał ziemie Gileadu i Manassesa, przeszedł przez Mispa w Gileadzie, z Mispa w Gileadzie ruszył przeciwko Ammonitom. Jefte złożył też ślub Panu: - Jeżeli sprawisz, że Ammonici wpadną w moje ręce, wówczas ten, kto pierwszy wyjdzie od drzwi mego domu, gdy w pokoju będę wracał z pola walki z Ammonitami, będzie należał do Pana i złożę z niego ofiarę całopalną. Wyruszył więc Jefte przeciw Ammonitom zmuszając ich do walki i Pan wydał ich w ręce jego. Rozgromił ich na przestrzeni od Aroeru aż do okolic Minnit, co stanowi dwanaście miast, i dalej aż do Abel-Keramim. Była to klęska straszna. Ammonici zostali poniżeni przez Izraela. Gdy potem wracał Jefte do Mispa, do swego domu, oto córka jego wyszła na spotkanie, tańcząc przy dźwiękach bębenków, a było to dziecko jedyne; nie miał bowiem prócz niej ani syna, ani córki. Ujrzawszy ją rozdarł swe szaty, mówiąc: - Ach, córko moja! Wielki ból mi sprawiasz! Tyś też wśród tych, co mnie martwią! Oto bowiem nierozważnie złożyłem wobec Pana ślub, którego nie będę mógł odmienić! Odpowiedziała mu: - Ojcze mój! Skoro ślubowałeś Panu, uczyń ze mną zgodnie z tym, co usta twoje wyrzekły, skoro Pan pozwolił ci dokonać pomsty na twoich wrogach, synach Ammona! Nadto rzekła do swego ojca: - Pozwól mi uczynić tylko to jedno: puść mnie na dwa miesiące, a ja udam się na góry z towarzyszkami moimi, aby opłakiwać moje dziewictwo. - Idź! - rzekł do niej. I pozwolił jej oddalić się na dwa miesiące. Poszła więc ona i towarzyszki jej i na górach opłakiwała swoje dziewictwo. Minęły dwa miesiące i wróciła do swego ojca, który wypełnił na niej swój ślub.”

Opowieść makabryczna. Chciałoby się powiedzieć, że można było oszczędzić jej lektury słuchaczom i czytelnikom dzisiejszym, ale napiszę coś przeciwnego: Biblia to nie czytanka dla grzecznych dzieci i podobnych im dorosłych: niech wiedzą, jak kiedyś było wśród ludzi i co jest w Piśmie Świętym. Biblia to nie katechizm, o nie. Z wielu jej opowieści nie wynikają zasady moralne, które mamy w naszych katechizmach oraz sumieniach.
Biblia Poznańska informuje i komentuje: ”W Prawie Mojżeszowym składanie takich ofiar [z ludzi] było pod groźbą ukamienowania zabronione (Kpł 18,21; 20,2; Pwt 12,31; 18,10). Mimo to Izraelici składali niekiedy takie ofiary, zwłaszcza z małych dzieci. Ale składano je bożkom, nigdy zaś dla uczczenia Jahwe; jedyną taką ofiarą jest właśnie ofiara Jiftacha (Jeftego). Zapewne jego pobyt wśród pogańskiej ludności ziemi Tob przyczynił się do utwierdzenia go w tym błędnym mniemaniu.”

Komentarz do komentarza: ofiara owego dzieciobójcy jest jedyną taką ofiarą opisaną w Biblii, ale nie wynika z tego bynajmniej, że jedyną w dziejach ludu powoli dorastającego do swego duchowego wybrania. No cóż, jest jednak jakiś rozwój pojęć religijno-moralnych, jeśli dziś czyn Jeftego wydaje się niesamowity. No i uporczywie twierdzę, że przypadek Abrahama i Izaaka był w istocie bardzo podobny. Można oczywiście twierdzić, iż dowodził czegoś innego: potępienia dzieciobójstwa, które przecież Bóg uniemożliwił, ale jest to egzegeza nazbyt uprzejma. Zapewne i Jefte, i Abraham uważali, że jak Bóg każe, to trzeba Mu robić taki prezent, tyle że temu drugiemu Jahwe miłosiernie odpuścił. Co więcej, z żadnej z tych dwóch opowieści nie wynika, że ich autorzy brzydzili się takimi ofiarami, takim wyobrażeniem Boga. Biblia nie jest od początku wykładem teologii chrześcijańskiej, oj nie.

A morał dla nas po paru tysiącach lat jest taki, że trzeba nam zawsze krytycyzmu wobec okolicznych wyobrażeń religijno-moralnych. Co jednak nie znaczy na przykład, że wielki szacunek dla każdego ludzkiego życia, choćby dopiero zarodkowego, jest chrześcijańskim wariactwem. Nie nazywam aborcji dzieciobójstwem, ale boleję bardzo, że jest w tej sprawie, jak jest.

15:00, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
środa, 17 sierpnia 2011
Przypowieść o (nie?)sprawiedliwości, na pewno o zazdrości

Ewangelia Mateusza 20,1-16a
Przypowieść o gospodarzu egalitaryście. Fabuła jest taka, że właściciel winnicy najmuje robotników na raty, kolejno, ostatnich dopiero godzinę przed „fajrantem”. Ustalił zapłatę tylko z pierwszymi, w wysokości jednego denara (według Poznanianki za czasów cezara Augusta tyle płacono za dniówkę robotnikowi niewykwalifikowanemu). Wbrew zwyczajowi zaczął wypłatę od końca, czyli od tych, którzy pracowali najkrócej, i też dał im po denarze. Hojności swej nie utajnił, wywołał zatem przewidywalną pretensję tych najętych z samego rana (o nich tu tylko mowa, choć kolejnych grup najemników było - jak łatwo obliczyć - aż pięć i pewnie owych „pretensjonalnych” też dużo więcej). Szemrali: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty”. Odpowiedź gospodarza była taka, że zapłacił tyle, na ile się umówił, a ma przecież prawo robić ze swoimi pieniędzmi, co chce: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. Przyznam się szczerze, że znana mi od dzieciństwa przypowieść wywoływała we mnie wątpliwość. Albowiem miałem problem, czy to jednak było sprawiedliwe. Niby tak, bo umowa była jasna, a prawo gospodarza do dysponowania własnym majątkiem też oczywiste, ale... Gdyby tak na przykład nauczyciel stawiał szóstki wszystkim, nawet największym leniom albo i tępakom.

Naturalnie jednak nie jest to traktat o ekonomii, mocno socjalistyczny. Ostatnie słowa dzisiejszej perykopy brzmią: „Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi”. Jeden z paradoksów Ewangelii. Kto są ci pierwsi, czyli ostatni, i ostatni, czyli pierwsi? Najpewniej Jezus chciał przede wszystkim przestrzec w ten sposób faryzeuszy czy w ogóle Żydów, przekonanych o swojej duchowej wartości, większej niż różnych grzeszników czy wręcz pogan. Przesłanie perykopy jest jednak również ogólniejsze. Uciera nosa wszystkim, którzy go zadzierają: niech nikt nie będzie pewien, że jest w oczach Boga lepszy od bliźniego swego.

PS. Sam wymyśliłem (choć to pewnie oczywiste), że przypowieść owa, przytoczona tylko przez Mateusza, bardzo pasuje do jego zawodu celnika, czyli finansisty. Ale i do tego celnika jako człowieka, którego Jezus powołał na apostoła wbrew opinii „dobrych Żydów” o owej profesji.

18:19, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
wtorek, 16 sierpnia 2011
Bogaty też bywa u Boga. Maksymilian maksymalnie święty

Ewangelia Mateusza 19,23-26
„Jezus zaś rzekł swoim uczniom: - Amen, mówię wam, że bogaty z trudem wejdzie do Królestwa Niebios. I znowu mówię wam: - Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego. Usłyszawszy to, uczniowie zdumiewali się ogromnie, mówiąc: - Któż zatem może być zbawiony? Spojrzawszy zaś, Jezus rzekł im: - U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Zapamiętałem, że w Biblii Poznańskiej są na temat owego uszeczka cenne wiadomości. Czytałem przypis: „Niektórzy sądzą, że ucho igielne to nazwa niskiej i wąskiej bramy w Jerozolimie, przez którą żaden wielbłąd nie mógł się przecisnąć. Możliwe jednak, że mamy do czynienia z tekstem skażonym i zamiast ”kamelon”= wielbłąd czytać należy »kamilon« = lina okrętowa. W tym wypadku porównanie staje się naturalne i zrozumiałe, a korektura tekstu jest minimalna. Niestety nie ma jej w żadnych rękopisach.”
A teraz moja egzegetyczna hipoteza. Jezus był, po pierwsze, człowiekiem swego miejsca i czasu, lubił zatem mówić ostro, radykalnie, przesadzać. Zresztą był prorokiem, a to przecież naród jeszcze ostrzejszy w mowie. Oczywiście przejmował się bardzo różną ludzką biedą, gorszył zadzieraniem nosa oraz skąpstwem takich, którym się udało mieć wypchany portfel. Nie był jednak bolszewikiem zabierającym ludziom ich majątki, choćby zdobyli je własnym uczciwym wysiłkiem. Tym bardziej nie przypisywał tej tendencji Bogu. Wręcz wytłumaczył uczniom, że On poradzi sobie nawet z takimi, którym bogate konto bankowe uderza do głowy bombą atomową.
„U Boga jest możliwe”: bez Niego bylibyśmy do ostatniej sekundy życia ziemskiego, a czasem i potem potem, ludźmi bez sumienia, ale On jest rzeczywiście wszechmocny i naszą (po)wolną wolę w końcu do siebie kieruje.

PS. W niedzielę minęła 70. rocznica śmierci franciszkanina, ojca Maksymiliana Marii Kolbego:
14 sierpnia 1941 roku zgłosił się w Oświęcimiu do bunkra głodowego zamiast swego współwięźnia Franciszka Gajowniczka. Minęła bez biblijno-liturgicznego echa, bo ważniejsza od jego dnia jest niedziela. Gdyby ów dzień był świętem, nie tylko ”wspomnieniem obowiązkowym” (jedynie w diecezji bielsko- żywieckiej, której jest głównym patronem, jest to wręcz ”uroczystość”), to owo święto zostałoby przeniesione na któryś dzień późniejszy. Ja świętego Maksymiliana świętuję tu prywatnie dzisiaj.
Dla wielu ludzi jest postacią kontrowersyjną. Przypisuje mu się agresywny antysemityzm. Myślę, że niesłusznie. Owszem, taki był „Mały Dziennik”, pismo, które powstało z jego udziałem, ale za jego antychrześcijańską postawę odpowiadał minimalnie i ją wyraźnie krytykował. Broniąc go, opieram się na książce siostry urszulanki Kingi Strzeleckiej, bardzo dalekiej od tradycyjnej hagiografii. Autorka pisze na przykład o niemającej miary mariologii Maksymiliana, wynoszącej matkę Jezusa ponad Niego samego. Sądzę, że był teologiem katolickim zgoła słabym. Że w ogóle był człowiekiem umysłowo przeciętnym.
Ale świętości nie mierzy się ilorazem inteligencji, lecz ilorazem serca. Jego heroizmu oświęcimskiego nic nie może pomniejszyć, nie mają tu nic do rzeczy jego poglądy, typowe zresztą dla przedwojennego katolicyzmu polskiego. Był postacią olbrzymią.

15:15, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Słuchać Słowa

Ewangelia Łukasza 11,27-28
„Gdy Jezus przemawiał do tłumu, jakaś kobieta głośno zawołała do Niego: - Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś. Lecz On rzekł: - Owszem, ale również błogosławieni ci, którzy słuchają Słowa Bożego i zachowują je.”

Perykopa na Mszę wigilijną uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Tak prawosławni, jak i katolicy wierzą, że Chrystus uczcił swoją Matkę zabierając ją z tej ziemi do nieba w sposób szczególny, od razu z duszą i ciałem. Prawosławni mówią nawet o jej tylko zaśnięciu, Jan Paweł II uznał, iż trudno wierzyć, że nie umarła, jeśli umarł Jezus. Ewangelicy nie są skłonni przyjąć nawet takiej interpretacji, nie sądzą, by została w ogóle wyróżniona jakimś szczególnym zakończeniem ziemskiego życia.

Myślę jednak, że dla zwykłego chrześcijanina ważne są przede wszystkim przepisane na dzisiaj słowa Chrystusa, że wszyscy możemy naśladować Jego Matkę. Wystarczy tylko słuchać Ewangelii. Tylko? Raczej - aż.

11:27, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
niedziela, 14 sierpnia 2011
Jeszcze o dzieciach i psach

Ewangelia Mateusza 15,21-28
Już raz komentowałem niedawno tę perykopę, zastanawiając się, czemu Jezus powiedział pogance jakby obelżywie: „Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom i rzucić psom”. Ksiądz Michał Czajkowski wytłumaczył mi wtedy, że Jezus zacytował tutaj żydowskie przysłowie, i to sporo tłumaczy. Oczywiście cytujący odpowiada za cytat, jeśli się nie zdystansuje, ale przyszło mi do głowy, że Jezus w ten sposób droczył się z proszącą, użył owego przysłowia dla swoistego żartu. Żart bardzo gruboskórny? Narażę się zapewne niektórym komentatorom, ale napiszę, że widać w tamtych czasach i miejscach takie były obyczaje, widać Jezus wiedział, że nie obrazi tymi słowami rozmówczyni. Kontekst Ewangelii nie pozwala na inną interpretację.

14:37, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
sobota, 13 sierpnia 2011
O mnie i o dzieciach

Ewangelia Mateusza 19,13-14
„Przynoszono do Jezusa dzieci, aby włożył na nie ręce i pomodlił się za nie, a uczniowie szorstko zabraniali im tego. Lecz Jezus rzekł: - Dopuśćcie dzieci i nie przeszkadzajcie im przyjść do mnie, do takich bowiem należy królestwo niebieskie.”

Wyznam tu mój grzech: byłem trochę jak owi uczniowie, opędzałem się od własnych dzieci. Nie dorosłem do ojcostwa, teraz tego bardzo żałuję. Nie miałem najlepszego przykładu we własnym ojcu, który te sprawy zostawił matce, nie usprawiedliwia mnie to jednak oczywiście, tak jak i czasochłonne obowiązki zawodowe. Podziwiam dzisiejsze małżeństwa partnerskie, także mego syna, zięcia...

15:33, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
Rozpusta przyczyną rozwodu?

Wpis na piątek 12 sierpnia 2011

Ewangelia Mateusza 19,9
„Mówię zaś wam, że kto by odesłał żonę swoją nie z powodu rozpusty i ożenił się z inną, cudzołoży.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Werset ten jest kontrowersyjny wyznaniowo. Chodzi o rozpustę. Słowo to dzieli katolicyzm od prawosławia i protestantyzmu. Oczywiście nie sam czyn - potępiają go wszystkie rodziny wyznaniowe - ale sens greckiego terminu „ porneia” , który tłumaczy się jako „rozpusta”, „wszeteczeństwo”, „nierząd”. Czy chodzi tu po prostu o taką skrajną nielojalność wobec męża (egzegeza prawosławna i protestancka), czy też o małżeństwo nieważne z punktu widzenia prawa żydowskiego, ale uchodzące za ważne (egzegeza katolicka). Za tą drugą hipotezą przemawia fakt, że o owym wyjątku od zasady nierozerwalności nie mówią Marek, Łukasz ani Paweł, dlatego właśnie, że nie pisali dla Żydów.

W czerwcowym numerze miesięcznika katolickiego „List” Urszula Jagiełło rozmawia z duchownym prawosławnym Jarosławem Antosiukiem także na temat stanowiska Cerkwi w tej sprawie.
”Skoro sakrament małżeństwa oznacza ofiarowanie jedności, to jak wytłumaczyć fakt, że w Kościele prawosławnym udziela się zgody na drugie małżeństwo?

Można mówić o dwóch przypadkach. Jeden to możliwość unieważnienia małżeństwa, kiedy są wyraźne przesłanki, że zostało ono zawarte w sposób nieważny. To, o co pani pyta, dotyczy tzw. zdjęcia błogosławieństwa z pierwszego małżeństwa i zezwolenia na kolejne. To już nie jest problem teologii, a pewnej ekonomii cerkiewnej. Duchowość Kościoła prawosławnego streszcza się w opowieści o synu marnotrawnym. Mamy mocne przeświadczenie o istnieniu grzechu. Dostrzegamy, że człowiek jest naprawdę słaby, ale też mocno podkreślamy, że Bóg kocha nas właśnie jako takich grzeszników i ciągle daje nam szansę nawracania się. Dlatego nie chcemy odbierać nikomu możliwości powrotu do Boga, do Kościoła, a opuszczenie małżonka, które jest odcięciem od Komunii, jest u nas równoznaczne z opuszczeniem Kościoła. Dla nas granice Kościoła wyznacza Eucharystia, podobnie jak w Kościele katolickim posłuszeństwo papieżowi. Jeśli ktoś jest nieposłuszny papieżowi, automatycznie jest wyłączony w Kościoła. Jeśli ktoś nie przyjmuje Komunii, traci łączność z Cerkwią. Według starożytnej tradycji przyjmowanie każdego z sakramentów musiało być zakończone Eucharystią na znak tego, że to ona ma moc łączenia ludzi z Bogiem. Jedność małżeństwa, jego nierozerwalność jest możliwa tylko dzięki Chrystusowi, dlatego nawiązanie takiej więzi możliwe tylko dzięki Eucharystii.

Jeśli jakieś małżeństwo się rozpada i osoby je tworzące tracą szansę na przyjmowanie Eucharystii, wtedy szukamy rozwiązania, które będzie pociągało za sobą mniejszy grzech. Nie chcemy wykluczać ich z Kościoła. Decyzję o „zdjęciu błogosławieństwa" i pobłogosławieniu kolejnego związku podejmuje biskup diecezjalny. Rozpatruje on każdą sytuację indywidualnie. Zgody udziela się wtedy, gdy nie ma nadziei, że można jeszcze uratować małżeństwo: małżonkowie nie żyją ze sobą od wielu lat, założyli nowe rodziny, w nowych związkach pojawiły się dzieci. Musi być też obopólna zgoda na rozstanie oraz pewność, że żadne z małżonków nie było w zasadniczy sposób winne zniszczenia relacji. Zgoda na zdjęcie błogosławieństwa jest tylko pewną umowną formą, bo sam ślub jest nierozerwalny.”

W czasopiśmie Kościoła Zielonoświątkowego „Chrześcijan” (nr 1-6/2011) jest też rozmowa na ten temat z teologiem tego Kościoła Tomaszem Józefowiczem. Znowu obszerny cytat.

”CHN: Czy chrześcijanin może się rozwieść?
Odpowiedź na to pytanie będzie niepełna, jeśli nie umieścimy jej w kontekście tego, czym jest chrześcijańskie małżeństwo. Tym bardziej, że Biblia przypomina o jego wartości niemal za każdym razem, gdy tylko podejmuje temat rozwodu. Tak jest przy okazji wypowiedzi Jezusa czy w przypadku rozważań zawartych w listach Apostoła Pawła. Jezus podkreśla, że małżeństwo jest związkiem ustanowionym przez Boga. Mężczyzna i kobieta opuszczają w którymś momencie życia ojca i matkę i łączą się ze sobą. Od tego momentu nie są już dwoje, ale są jedno. I wyraźnie to połączenie w «jedno ciało» dzieje się nie tylko w obecności Boga, ale wręcz to On jest jego sprawcą. W Ewangelii Mateusza, a także w Ewangelii Marka zapisane zostają znamienne słowa Jezusa potwierdzające Boże działanie: « Tak więc, co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela ». Również Apostoł Paweł w I Liście do Koryntian pisze o nakazie Pana, aby żony nie porzucały mężów, a mężowie żon. Mamy więc jasny kontekst. Bóg przyznaje się do małżeństwa, broni go. Ma ono być zawarte z jedną osobą na całe życie. Małżeńskie przymierze męża i żony polega na wiernej miłości, bliskości, którą wręcz można określić jednością. Ma to być miłość pełna poświęceń, podobna do tej, jaką Chrystus ukochał wszystkich ludzi.

• Taka jest reguła, ale czy są od niej wyjątki?

Owszem, pojawiały się w Starym Testamencie pomysły na poligamię, czyli wielożeństwo, ale Jezus wyraźnie nawiązuje do planu, jaki Bóg miał od początku i przywołuje fragment I Księgi Mojżeszowej o tym, że małżeństwem jest związek jednej kobiety z jednym mężczyzną.

Mąż i żona mają trwać w tym przymierzu przez całe życie. Niemniej jednak Jezus w Ewangelii Mateusza podaje jeden wyjątek, na mocy którego rozwód jest dopuszczalny. Jest on określony greckim terminem ” porneia” . W polskich przekładach Biblii to greckie słowo ma różne odpowiedniki: wszeteczeństwo, nierząd, rozpustę, cudzołóstwo. Tłumacząc bardziej współcześnie, trzeba by powiedzieć, że chodzi o trwałą zdradę fizyczną. Jeśli ma ona miejsce, wówczas zdradzony mąż może opuścić zdradzającą żonę, a zdradzona żona może opuścić zdradzającego męża.

• Co to znaczy "trwała zdrada fizyczna"?

Termin ” porneia” odnosi się do czegoś obrzydliwego, raniącego, poniżającego, zdrady, która nie była jednorazowym upadkiem, bo wówczas zawsze należy dążyć do przebaczenia. Mówimy o trwałej sytuacji, której osoba zdradzająca nie chce przerwać, mimo napomnień, mimo gotowości osoby zdradzanej do przebaczenia. Wówczas trwale zdradzany małżonek może opuścić zdradzającego. Tak większość Kościołów rozumie słowa Jezusa: «Dlatego mówię wam, że jeśli ktoś porzuca żonę i żeni się z inną, cudzołoży, z wyjątkiem wszeteczeństwa«.

• Czyli mamy jeden wyjątek od reguły - trwałą zdradę fizyczną. Jeśli występuje, zdradzany może opuścić zdradzającego. To tak zwana klauzula Mateuszowa. Czy są jeszcze jakieś inne wyjątki?

Przynajmniej jeden, co do którego również zgadzają się niemal wszystkie Kościoły chrześcijańskie. Tzw. klauzula Pawłowa. To sytuacja opisana w siódmym rozdziale I Listu do Koryntian. Mowa jest tam m.in. o małżeństwie osoby wierzącej z niewierzącą. Jeśli niewierzący chciałby odejść - pisze Apostoł Paweł - to niech odejdzie. Uzasadnia to przekonaniem, że osoby wierzące, o ile jest to w ich mocy, powinny żyć w pokoju ze wszystkimi.

• Mamy więc dwa przypadki - trwałą, fizyczną zdradę oraz dążenie niewierzącej osoby do opuszczenia małżeństwa dzielonego z osobą wierzącą - które są wyjątkami od reguły.

Ale nie można ich traktować jako automatycznej zgody na rozwód. Większość wspólnot kościelnych na świecie, także Kościół zielonoświątkowy w Polsce, stoi na stanowisku, że konieczne w takich sytuacjach jest duszpasterskie rozpoznanie każdego przypadku. Małżeństwo to zbyt ważna wspólnota, aby decyzja o opuszczeniu małżonka podejmowana była pochopnie, pod wpływem emocji, impulsu czy subiektywnych ocen. Dlatego warto i trzeba ją rozważyć, najlepiej w rozmowie z pastorem i wykwalifikowanym chrześcijańskim doradcą rodzinnym.

• Czy rozwód z powodu trwałej zdrady fizycznej albo opuszczenia przez niewierzącego małżonka upoważnia do zawarcia nowego związku?

Są zbory, które uważają, że nie ma biblijnych podstaw do zawarcia nowego związku, dopóki żyje drugi małżonek. W przywołanym już I Liście do Koryntian można znaleźć wskazanie skierowane do osób, które opuściły z jakichś przyczyn męża albo żonę, aby dalej żyły samotnie lub dążyły do pojednania z opuszczonym. Może to dotyczyć sytuacji, w których trudno było przebywać razem, gdyż jeden z wierzących małżonków co prawda nie zdradzał drugiego, ale czynił niemożliwym wspólne życie wybuchami złości, agresji, znęcania się, nadużywania alkoholu.

• Czy to nie jest sytuacja do rozpoznania przez pastora? Po owocach ich poznacie - mówi Jezus.   Być może taki małżonek w istocie jest niewierzący i dąży do rozwodu, a wówczas miałaby zastosowanie klauzula Pawłowa?

Dlatego każda sytuacja poważnego małżeńskiego kryzysu warta jest interwencji duszpasterskiej, w czasie której pastor będzie miał szansę ocenić w świetle Bożego Słowa, co tak naprawdę się stało i co można zrobić dalej. Czasem wręcz może występować konieczność zawiadomienia policji czy prokuratury. Niekiedy konieczne będzie zalecenie czasowej lub trwałej separacji, jeśli zagrożone jest zdrowie lub życie któregoś z małżonków albo dzieci, a strona będąca powodem zagrożenia nie zmienia swojego postępowania. Powstaje przy tym bardzo realne pytanie: czy poszkodowany małżonek - a wraz z nim dzieci - mają żyć bez partnera i jednego rodzica, wystawieni, nie ze swojej winy, na szereg poważnych wyzwań emocjonalnych i materialnych?

• Są też inne przypadki, gdy pojednanie i powrót do jedności nie będą możliwe. Mąż porzucił żonę, związał się z nową, ma z nią dzieci. Co ma zrobić porzucona?

Wiele Kościołów chrześcijańskich zezwoli jej na powtórne małżeństwo. W tym kierunku idzie też stanowisko Naczelnej Rady Kościoła Zielonoświątkowego w Polsce. Widząc, że rozwód jest złem, Kościół dostrzega jednocześnie niesprawiedliwość, jaka dotyczy porzuconych, skrzywdzonych i zdradzonych osób. Daje im szansę na zawarcie nowego związku, gdy poprzedni rozpadł się w oparciu o klauzulę Mateuszową lub Pawłową. Zawarcie nowego małżeństwa możliwe jest jednak po dokładnym, duszpasterskim rozpoznaniu konkretnego przypadku. Pastorom i zborom zostawiono w tym przedmiocie możliwość kierowania się nie tyle dyscypliną kościelną, ile sumieniem. To są trudne sprawy. W świecie chrześcijańskim toczy się cały czas debata na temat małżeństwa i rozwodów.”

Myślę, że wszystkich chrześcijan łączy także w tej sprawie bardzo wiele: ideał wierności aż do śmierci. Tak dopuszczenie powtórnego małżeństwa, jak i stwierdzenie nieważności pierwszego, ideałowi owemu nie przeczą.

15:32, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
czwartek, 11 sierpnia 2011
Zmienić okulary

Ewangelia Mateusza 18, 21-22
„Wtedy Piotr przystąpiwszy, rzekł Mu - Panie, ile razy może zgrzeszyć przeciw mnie brat mój, bym mu odpuścił. Do siedmiu razy? Mówi mu Jezus: - Nie do siedmiu razy, lecz do siedemdziesięciu siedmiu".
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Biblia Poznańska: „W mniemaniu Piotra liczba siedem oznaczała bardzo wielką wyrozumiałość, zwłaszcza, że rabini uczyli, iż Bóg daruje winy do trzech razy. Piotr usłyszał w odpowiedzi, że ma przebaczać aż siedemdziesiąt siedem razy albo też siedemdziesiąt razy siedem. Tekst grecki dopuszcza jedno i drugie tłumaczenie".

Przebaczyć nie znaczy zapomnieć, bo to zresztą niemożliwe: skleroza a pewnie i alzheimer tak potężne nie są. Chodzi natomiast o to, żeby popatrzyć na takiego brata innymi oczami. Żeby zmienić swoją podświadomość: na przykład nie uważać już go nie tylko świntucha, ale i za głupola albo potwornego nudziarza tylko dlatego, że kiedyś nam dopiekł.

11:47, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
środa, 10 sierpnia 2011
Trochę Miłosza

Psalm 112, 1-2.5-9
„Szczęśliwy, kto się boi Pana,
kto w Jego przykazaniach upodobał sobie wielce.
Potężnym będzie ród jego,
pokolenie prawych będzie błogosławione.
Dobrze się dzieje człowiekowi, który łaskawy jest i użycza,
który swoimi sprawami zarządza sprawiedliwie.
Bo nie zachwieje się nigdy,
w pamięci wiecznej zostanie sprawiedliwy.
Słysząc złą nowinę, nie boi się,
stateczne jego serce ufa Panu.
Mocne jest jego serce i nie boi się,
aż zobaczy upadek nieprzyjaciół swoich.
Hojnie rozdaje ubogim,
szczodrobliwość jego trwa na wieki.”

Przekład Czesława Miłosza. Wybrałem to tłumaczenie, choć nie wiem na pewno, czy akurat ono jest najlepsze. Po prostu to jakiś dokument myśli człowieka dostatecznie sławnego, by ciekawe było wszystko, co napisał.
Gołym okiem widać tu archaizację; na starość coraz bardziej ją lubię, a dziwiła mnie kiedyś, gdy czytałem Ewangelię Marka w tłumaczeniu noblisty. Co stare, przecież piękne podobno. No i trzeba stale pamiętać nie tylko, że psalmy to poezja, czyli coś, co nie nadaje się do prostej oceny: słuszne - niesłuszne, ale i że są to teksty do śpiewu! Nikt nie recytuje „Jeszcze Polska nie zginęła”... Tak też dobrze jest czytać psalmy w myślach, podśpiewując sobie na melodię znaną z kościoła lub jakąś inną.

16:33, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
wtorek, 09 sierpnia 2011
Jeszcze jedna wielka Teresa

Ewangelia Mateusza 16,24
„Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje.”
Znowu dziś te słowa o krzyżu, bo dziś święto Teresy Benedykty od Krzyża, czyli patronki Europy Edyty Stein. Na chrzcie przyjęła imię „Teresa”, w zakonie dodała „Benedyktę” - i Krzyż.
Życie jej nie obfitowało w sukcesy. Ani te naukowe: nie mogła zrobić habilitacji, trudno powiedzieć, czy jako kobieta czy Żydówka. Raczej kolejno z obu tych przyczyn: gdy przezwyciężono uniwersytecki antyfeminizm, nadszedł ogólnoniemiecki antysemityzm. Nie ułożyło się jej również życie osobiste: kochała się w koledze filozofie. Ale on ożenił się z inną. Co prawda, owdowiawszy, poprosił ją o rękę, ale ona już wtedy wybrała inną drogę: zakonną. Oczywiście jednak sądząc po chrześcijańsku poszczęściło jej się. A czy męczeństwo to sukces? Wchodzimy w sprawę już absolutnie religijną.

Męczeństwo? Było tak, że najpierw odmówiła propozycji ucieczki do Szwajcarii, gdy potem jednak zgodziła się, było już za późno. Strona żydowska zwraca też uwagę, że nie poszła do gazu jako chrześcijanka, tylko jako Żydówka. Choćby jednak było to męczeństwo za rasę, nie za wiarę, powiedziałbym, że w jej osobie mój Kościół wyniósł jakoś na ołtarze jej lud wymordowany. Póki co, umieszcza tam wyłącznie swoich formalnych członków, ale już było kiedyś widać światełko w tym ekskluzywistycznym tunelu: wszystko jest możliwe.
A pewne już teraz jest to, że Teresą Benedyktą od Krzyża była w pełni świadomie. Napisała: „Rozmawiałam ze Zbawicielem i powiedziałam Mu, iż to Jego krzyż zostaje teraz złożony za naród żydowski. Ogół tego nie rozumie, lecz ci, co rozumieją, ci muszą być gotowi w imieniu wszystkich wziąć go na siebie. Chcę to uczynić, niech mi tylko wskaże, jak. Gdy nabożeństwo się skończyło, miałam wewnętrzną pewność, że zostałam wysłuchana. Ale na czym ma polegać to dźwiganie krzyża, tego jeszcze nie wiedziałam.” Wiedza ta przyszła później.

Byłoby to piękne zakończenie tego wpisu, ale nie pominę w nim czegoś, co przyniósł nieuchronny upływ czasu i równie konieczny rozwój teologii chrześcijańskiej. Teresa napisała również prośbę do Boga, by zechciał przyjąć jej życie i śmierć w różnych intencjach, także „w duchu ekspiacji za niewiarę ludu żydowskiego, aby Pan został przez swoich przyjęty.” Teologowie chrześcijańscy zaangażowani w dialog z judaizmem nie używają takich słów. Nie z przyczyn dyplomatycznych, nie z powodu „poprawności politycznej”. Nie chcą mówić o ekspiacji, bo termin ten oznaczałby grzech, a niewiara przecież nie zawsze jest grzechem. Nie sądzę, by była nim u ludu, który zobaczył u chrześcijan tyle antyewangelicznego świadectwa. Jeszcze zanim dokonała się Zagłada, przeczuwana przez tę niezwykłą Żydówkę. Duch przywiał jej wiarę chrześcijańską, tak jak wielu ludziom z jej filozoficznego otoczenia, ale wszak wieje, kędy chce i kiedy chce.

A może kiedyś, jeszcze przed końcem świata, wszyscy chrześcijanie zgodzą się z poglądem ks. Michała Czajkowskiego (nieudolnie tu jego myśl wpiszę), że Paruzja nie będzie właściwie powtórnym Jego przyjściem (to określenie w Biblii nie pada), ale pierwszym. Termin grecki oznacza objawienie, czyli przyjście w chwale - kiedy faktycznie lemiesz zastąpi miecz. Przecież Chrystus w tym sensie jeszcze nie przyszedł. Jest taki dowcip upowszechniany przez Jerzego Turowicza, że „w on czas” Chrystus zapytany, które to przyjście, pierwsze czy drugie, odpowie: „no comment”. Otóż może odpowie tak, że obie Jego religie (obie: przecież tej pierwszej się nie wyrzekł) będą Mu biły brawo: albowiem stwierdzi, że pierwsze.
Edyta Teresa Benedykta nie dożyła takich myśli. Może też na tym polegał jej dramat: ze względu na rodzinę byłoby jej dziś o wiele łatwiej zmienić religię. Nie wyprzedziła genialnie swojej epoki, niemniej jawi mi się jako jeszcze jedna wielka święta tego imienia.

16:15, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 08 sierpnia 2011
Cudzoziemcy - ”naszoziemcy”. Zwierzę też człowiek

Księga Powtórzonego Prawa 10,16-19
„Dokonajcie więc obrzezania waszego serca, nie bądźcie nadal ludem o twardym karku, albowiem wasz Pan Bóg jest Bogiem nad bogami i Panem nad panami, Bogiem wielkim, potężnym i straszliwym, który nie ma względu na osoby i nie przyjmuje podarków. On wymierza sprawiedliwość sierotom i wdowom, miłuje cudzoziemca, udzielając mu chleba i odzienia. Wy także miłujcie cudzoziemca, boście sami byli cudzoziemcami w ziemi egipskiej."
Pasuje mi ta mowa Mojżesza dzisiaj nie tylko ze względu na owych cudzoziemców, choć na nich najpierw. Olbrzymi problem moralny współczesnej Europy; problem w całym tego słowa znaczeniu, ponieważ nie lekceważę trudności, jakie stwarza współistnienie ludów różnych cywilizacji. Nie idealizuję przybyszów z krajów muzułmańskich, różniących się mocno stylem życia od europejskich „tubylców". No i nie lekceważę kwestii ponurej przyszłości demograficznej krajów Zachodu, których główni i mieszkańcy tak nie lubią się rozmnażać. Wszystko to rozumiem, równocześnie jednak biorę pod uwagę powyższe słowa Pisma Świętego, łącznie z ich przypomnieniem doli gospodarzy, gdy sami byli cudzoziemcami. I my, Polacy, powinniśmy pamiętać, że sami również jesteśmy gośćmi w bogatszych krajach, nie zawsze szanującymi tamtejsze obyczaje. A w swoim kraju musimy być gospodarzami na miarę Biblii i wymagań, jakie mamy będąc w sytuacji odwrotnej. Przydałby się bardzo już teraz list pasterski Episkopatu w duchu dzisiejszych słów Biblii: imigrantów u nas coraz więcej, zachowania nasze moralnie różne. Aborcja i in vitro to jeszcze nie cała etyka! Na koniec tej części komentarza refleksja o biblijnym kontekście owych „ksenofilijnych pouczeń": jakże przeciwnych tym wszystkim wezwaniom do ludobójstwa, straszącym w innych księgach. Nie da się tego uzgodnić: po prostu Biblia jest biblioteką, nie katechizmem i tyle.

Tyle o innych ludach, ale przepisane wersety nie są tylko na ich temat. Mowa jest również o sierotach i wdowach, czyli w ogóle o wszystkich potrzebujących opieki. Mam zatem dobrą sposobność, by zająć się istotami spoza naszego gatunku zoologicznego. Zresztą temat ów pasuje mi także do patrona dzisiejszego dnia, świętego Dominika. Dominikanie to bowiem według kalamburu ich własnego zakonu „psy pańskie" (Domini canes), jest nawet wiersz Staffa na ten temat. A poza tym 8 sierpnia przed wielu laty zakończył życie nasz przeuroczy pies, Trampek. Miał pewnie jakiś nowotwór zatykający grube jelito, uśpiliśmy go. Może należało go operować, leczyć, postąpiliśmy z nim właśnie tak, jak nie robi się z człowiekiem. Czy słusznie?

Przeczytałem właśnie książkę na ten temat: Andrewa Linzeya „Teologię zwierząt". Wydał ją w Polsce rok temu jezuicki WAM, nie czytałem żadnych sygnałów bibliograficznych, a jest co rozgłaszać, bo temat w Polsce teologicznie raczej dziewiczy. Autor, najpewniej anglikanin, chce swymi wywodami z tej dziedziny nauki wesprzeć apele moralne. Obrzezanie serc uzupełnić podobną operacją umysłów. Nie jest wobec owych apeli całkiem bezkrytyczny, niemniej staje zdecydowanie po ich stronie. Można by jego przesłanie wyrazić w oczywiście przesadnym haśle „zwierzę też człowiek". Linzey napomyka parokrotnie, że granice ludzkiego gatunku stają się niejasne, bo w innych ssakach odkrywamy zachowania dotąd uważane za unikalne, niemniej nie jest biologiem, ale teologiem, więc argumentuje religijnie. Najważniejsza jego teza brzmi: dana nam przez Boga możliwość panowania nad całym stworzeniem powinna wyrażać się w służeniu mu. Nie tyle w równouprawnieniu, ile w hojnej służbie: przecież tak panuje Chrystus! Istoty wyższe powinny poświęcać się dla niższych, nie odwrotnie. Przecież kapłaństwo polega na cierpieniu dla innych; teza współczesnej teologii o współcierpieniu Boga służy też autorowi dzielnie. Krytykuje teologię wyzwolenia za to, że ograniczyła się do wyzwalania ludzi. Stara się nie wpadać w przesadę, nie twierdzi, że nigdy nie wolno zabić żadnego zwierzęcia, że wszelkie badania naukowe na nich są całkiem wykluczone, ale uważa, iż należy wszystkie takie czynności maksymalnie ograniczać. Wiadomo dzisiaj, że bez mięsa można zdrowo żyć, polowania dla sportu czy rozrywki to moralna okropność. Nawet i rybołówstwo, choć autor nie jest pewien, czy wszystkie ryby cierpią (tym bardziej - chyba zbyt asertywnie - wyklucza taką wrażliwość roślin). Niemniej przypomina, że to też stworzenia Boże, więc także ich życie należy możliwie chronić.

Argumentacja biblistyczna w książce jest nieraz nowa, ciekawa. Słusznie zauważa Linzey, że w zakazie spożywania krwi jest jakaś ważna intuicja moralna: to przecież czynnik życia, zatem przez czynienie zeń swoistego tabu szanuje się symbolicznie każde życie. Ważny jest ideał rajskiego pokoju także między zwierzętami w wizji Izajaszowej, w której wilk mieszka z barankiem, nie ma drapieżników: to istotna perspektywa eschatologiczna. Nie całkiem od rzeczy jest też dociekanie autora, czy Jezus jadł ryby albo i w ogóle mięso i czy przez to nie grzeszył. Myślę, że po prostu był przecież człowiekiem swej epoki: jeśli nie poglądami, to jakąś strategią w perswazji: wobec świątynnych ofiar ze zwierząt byłoby to absolutne dziwactwo. Podobną myśl daje się chyba odczytać w książce. A może - pyta Linzey - był zwolennikiem wegetarianizmu niektórych esseńczyków?

Na koniec znów coś pro domo sua. Pasjonują mnie zwierzęta, o mało co nie zostałem zoologiem, kocham psy, nie mogę się nadziwić ich miłości do ludzi (skąd ona właściwie pochodzi?). Wegetarianizm dotąd mnie raczej śmieszył, po przeczytaniu książki traktuję poważnie ten sprzeciw wobec zabijania, które nie jest konieczne. No właśnie: zabijać tylko wtedy, gdy ocala się w ten sposób jakąś większą wartość. Pewnie jest śmiesznie o tym pisać, ale nie mogę nie wyznać tutaj, że już uwrażliwiony przez Linzeya zabiłem jednak muchę, choć szansa, że komukolwiek zaszkodzi, była niemal żadna.

13:39, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
niedziela, 07 sierpnia 2011
Małowierność nasza człowiecza

Ewangelia Mateusza 14,22-33

Jezus idzie po jeziorze, wzywa do tej samej drogi Piotra, jemu też to się udaje, ale na widok silnego wiatru wpada w popłoch i zaczyna tonąć. Jezus go ratuje, wypominając mu „małowierność”. Któż z nas by się nie przestraszył? Timor humanum est.

08:19, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2
Archiwum