Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
wtorek, 31 sierpnia 2010
Igraszki z diabłem i dyskusje z Bogiem, czyli Tomasz Halik Tomaszem z Akwinu czasów naszych

Ewangelia Łukasza 4,31-37 

”Jezus udał się do Kafarnaum, miasta Galilei, i tam nauczał w szabat. Zdumiewali się Jego nauką, gdyż słowo Jezusa było pełne mocy. A był w synagodze człowiek, który miał w sobie ducha nieczystego. Zaczął on krzyczeć wniebogłosy: - Och, czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić? Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: - Milcz i wyjdź z niego. Wtedy zły duch rzucił go na środek i wyszedł z niego nie wyrządzając mu żadnej szkody. Wprawiło to wszystkich w zdumienie i mówili między sobą: - Cóż to za słowo? Z władzą i mocą rozkazuje nawet duchom nieczystym, i wychodzą. I wieść o Nim rozchodziła się wszędzie po okolicy.”

Zacznę od tego, że przeczytałem właśnie książkę, która mnie zachwyciła niepomiernie. Rzecz, którą opublikuje Znak dopiero za dwa tygodnie, a ja - jako czytelnik uprzywilejowany, bo władny to i owo reklamować - dostałem egzemplarz wcześniej: niewielki tomik pod tytułem „Drzewo ma jeszcze nadzieję” i podtytułem „Kryzys jako szansa”. Autor: Tomasz Halik, dla mnie nieomal dzisiejszy Tomasz z Akwinu. W każdym razie na pewno czeski ksiądz Tischner. A podobny im obu, ponieważ jak oni próbujący owocnie dialogować ze współczesnym światem. Przypomnę, że tamten Tomasz otworzył się na świat, w którym żył, w tym sensie, że uznał za wartą uwagi myśl Arystotelesa, lansowaną przez tamtoczesnych filozofów arabskich, gdy chrześcijańscy tkwili jeszcze na ogół przy Platonie. W formie eseistycznej, relatywnie lekkiej, Halik mówi o Bogu tak, że może porwać niejednego „niedowiarka”. Użyłem tego raczej negatywnego określenia, mając na myśli kogoś, kto nie zdecydował, że jest ateistą i cześć, ale też nie podskakuje z radości, że On jest - i też cześć.

A użyłem słowa „podskakiwać z radości" dlatego, iż przy swoim otwarciu na nowoczesność ma ksiądz Halik pewną awersję, mianowicie do - tak protestanckich, jak i katolickich - „charyzmatyków”. Zaznaczyłem, że nie tylko do zielonoświątkowców, żeby nikt nie pomyślał, że mój idol jest antyekumeniczny, bo w tekście poniższym wyśmiewa jakby tylko ewangelickich „entuzjastów” (jedno z określeń owych „duchaków”). Żeby zresztą nikt tak nie pomyślał, zacznę ten cytat niebiblijny ab ovo, czyli nie od razu od diabła.

„W latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku na uniwersytetach amerykańskich narodził się typ wziętej religijności, który zaliczyć możemy do nurtu postmodernistycznego czy «postsekularnego» powrotu religii: ruch zielonoświątkowy lub charyzmatyczny (w nieco spokojniejszej katolickiej formie nazywany ruchem odnowy charyzmatycznej). Jednej ogromnej zasługi nikt mu nie może odmówić: obudził on w wielu chrześcijanach ponad granicami konfesji radość modlitwy i radość wiary.

Chodzi przecież w końcu o owo zbawienne odmłodzenie i odnowienie chrześcijaństwa, które w ten sposób mogłoby stawić czoła gnostyckim i neopogańskim wyzwaniom ruchu New Age, a przy tym potrafiłoby uniknąć zarówno rygorystycznego konserwatyzmu fundamentalistów, jak i zmęczonego i bezpłodnego liberalizmu „neomodernistów”.

Jest rzeczą interesującą, w jaki sposób ruch ten potrafi łączyć elementy dwu radykalnie odmiennych nurtów współczesnej mobilizacji religijnej: z ruchem New Age (który jednak „charyzmatycy” zdecydowanie potępiają i demonizują) łączy ich akcentowanie przeżycia emocjonalnego, podczas gdy do fundamentalizmu zbliżają się niekiedy poważnie swoją teologią (demonizującą zwłaszcza religie niechrześcijańskie). Jest z pewnością czymś wspaniałym i godnym uznania, że chrześcijanie charyzmatycy uchwycili się pomijanej Trzeciej Osoby Trójcy Świętej, i można byłoby sobie życzyć, aby powiewu Ducha nasłuchiwali jak najuważniej - bo przecież, jeśli chrześcijaństwo ma się odmłodzić, to Kościół musi właśnie w Duchu (a nie w tanich kompromisach czy przeciwnie: w wycieńczających wojnach „z duchem czasu” czy z „duchem tego świata”) znajdować swoją «biosferę».

Zwłaszcza w ostatnim czasie i w naszym kraju nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że wielu zielonoświątkowców więcej uwagi poświęca «duchom zła» niż Duchowi Chrystusa. Jeśli liberalne chrześcijaństwo zbyt łatwo wyprowadziło diabła z salonów religii humanistycznej, to z kolei fundamentaliści i zielonoświątkowi «charyzmatycy» gorliwie się nim zajmują, przypisują mu niezwykle ważne miejsce w dzisiejszym świecie i odkrywają go za każdym rogiem; w tych kręgach kościelnych egzorcysta znów stał się atrakcyjnym zawodem. Kiedy obserwuję, w jakich to dziedzinach samozwańczy wymiatacze polują dziś na swoje diabły (w medycynie homeopatycznej, wśród zielarzy i znachorów, na kursach jogi, w hipnozie, nawet w psychoterapii rogeriańskiej i Bóg wie gdzie jeszcze), nie dziwię się, że z powodu tych swoich gorliwych igraszek z diabłem nie dostrzegają prawdziwie demonicznych cech współczesnego życia społecznego. Tym, na czym się koncentrują, często są po prostu zabobony (...). Kościół katolicki w swoich dziejach był wobec zabobonów, tej stałej nieuleczalnej psychopatologii dnia powszedniego, zazwyczaj mądrze wielkoduszny, niektóre z nich nawet zintegrował i «ochrzcił»; natomiast z okresów, kiedy wobec zabobonów zachowywał się zdecydowanie inaczej - na przykład w czasach polowania na czarownice - dziś, patrząc wstecz, nie jest specjalnie dumny. Nie wątpię, że nasz świat potrzebuje egzorcyzmu i egzorcystów, jednak ci, którzy do tego zadania tak skwapliwie się garną, powinni mieć świadomość związanego z nim ryzyka; diabeł, jak wiadomo, jest doświadczonym dialektykiem - a ci, którzy wzorem świętego Prokopa chcą razem z nim orać, mogą przy swojej wielkiej gorliwości i przy drobnej nieuwadze niespodziewanie szybko znaleźć się w roli zaprzężonego do pługa”.

Co do mnie, w słowach mego czeskiego mistrza pasują mi szczególnie słowa, że prawdziwie demoniczni nie są homeopaci and Co. Pamiętam, że nie podobał mi się film „Dziecko Rosemary” Polańskiego. Napisałem wtedy w „Więzi”, że jeśli diabeł jest, to nie w takich pomysłach jakichś dziwnie szurniętych kobiet, tylko na przykład w Auschwitz. Wcielił się w Hitlera, Stalina... Co nie znaczy, że wszystkie biblijne i dzisiejsze „opętania” to tylko jakieś szczególne choroby psychiczne i cześć. Nie, to też są zjawiska niezwykłe, groźnie tajemnicze, ale mniej niebezpieczne niż potworność moralna owych postaci XX wieku, wyrosłych w środowiskach przecież chrześcijańskich, nie gdzieś u jakichś Azjatów.

Co zaś jeszcze do Halika: napiszę tu o jego przemyśleniach jeszcze nieraz, ale tutaj tylko jedna z głównych tez tej jego książki. Znowu cytat: „Z zadufaną wiarą zadufany ateizm potrafi dobrze walczyć, w końcu są to bracia bliźniacy w naiwności. Zadufana wiara w tej walce często przegrywa, ponieważ zapomniała o słowach Pawła, że na tym świecie rzeczy Boże widzimy tylko po części, jak w zwierciadle. Natomiast wiara, która nie ma w swoim herbie dumnej pewności, lecz pokorne «może», mimo pozorów słabości w gruncie rzeczy jest nie do pokonania”.

Halik nie kłania się pokornie laickiemu światu. Ma na przykład zdecydowanie krytyczny stosunek do eksperymentów biologicznych. Powtarza powiedzenie znane z tylu tekstów katolickich, że człowiek współczesny sam czuje się Bogiem. Niemniej jego popularność w głęboko zlaicyzowanych Czechach nie jest przypadkowa. Jest w owym dialogu genialny.

22:05, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
piątek, 27 sierpnia 2010
Teomechanika. Święta Teresa największa

I list do Koryntian 1,17
„Nie posłał mnie Chrystus, abym chrzcił, lecz abym głosił Ewangelię”.

Dziwne słowa: o co tu Apostołowi chodzi? Zakwestionowanie podstawowego sakramentu chrześcijaństwa? Nieprawdopodobne.

Poznanianka: „Uważano mianowicie, że chrześcijanin należy do tego, który go ochrzcił. Zadaniem Apostoła nie jest zdobywanie sobie ludzi, lecz głoszenie Dobrej Nowiny”. Paulistka: „Wypowiedź Pawła zawiera umyślną przesadę, przez którą chce się on przeciwstawić mechanicznemu traktowaniu sakramentu chrztu”.

Może te dwie egzegezy nie są właściwie sprzeczne: w obu widać troskę, żeby nie zdobywać wyznawców mechanicznie, że trzeba dbać, by ich przyjęcie Chrystusa było naprawdę głębokie. Nastawienie na jakość, nie na ilość. Takie jednak „kwantytatywne” myślenie cechuje niejednego misjonarza dzisiejszego, co przyznawał ojciec Żelazek, współczesny apostoł Indii. Nowa religia to przecież tyle korzyści materialnych (w Indiach chrześcijanie są obrońcami „niedotykalnych”), nie mówiąc o intelektualnym autorytecie tego, co przychodzi ze wspaniałej Europy (to specyfika sukcesów chrześcijaństwa w Chinach).

A ile u nas w Europie mechaniki sakramentalnej, gdy święty obrzęd jest obowiązkowy. Polski biurokratyczny wynalazek „kartek od spowiedzi”... Chrześcijanie ewangelikalni (baptyści, zielonoświątkowcy) uważają, że chrzest niemowląt jest takim właśnie automatem. Pawłowi nie chodziło o to, żeby nabożeństwa zalewały słowami, choćby najpiękniej powiedzianymi - grozi to protestantom - ale święty rytuał to nie maszyna.

PS. A propos Indii - wczoraj świętowano należycie stulecie urodzin Matki Teresy z Kalkuty. Co z tego, że podobno chrzciła podopiecznych na potęgę, niewyleczona z tradycyjnej teorii chrześcijaństwa, że ten sakrament to przepustka do Raju? Teologiem była na miarę minionej epoki, ale służebnicą bliźnich - i to nieporównanie ważniejsze - na miarę Ewangelii bez żadnych dyspens. A pisarką - nowoczesną: „ Jezus jest prostytutką - trzeba ją wydobyć z niedoli i ofiarować przyjaźń”.

Kościół katolicki ma ”małą” Tereskę z Lisieux, ”wielką” z Avila, ta ze Skopje jest największa.

14:09, jan.turnau
Link Komentarze (43) »
czwartek, 26 sierpnia 2010
Łagodne światło Jasnej Góry. Głos stamtąd o krzyżu

Księga Izajasza 2, 2-5

”Stanie się na końcu czasów, że góra świątyni Pana stanie mocno na szczycie gór i wystrzeli ponad pagórki. Wszystkie narody do niej popłyną, mnogie ludy pójdą i rzekną: - Chodźcie, wstąpmy na Górę Pana do świątyni Boga Jakuba! Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego ścieżkami. Bo Prawo wyjdzie z Syjonu i słowo Pana z Jeruzalem. On będzie rozjemcą pomiędzy ludami i wyda wyroki dla licznych narodów. Wtedy swe miecze przekują na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy. Naród przeciw narodowi nie podniesie miecza, nie będą się więcej zaprawiać do wojny. Chodźcie, domu Jakuba, postępujmy w światłości Pana!”

Nie mogę powstrzymać się od ”pisankowania”, gdy okoliczności proszą. Dziś uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. Maria z Nazaretu była (i jest !) jedna, ale jej ikon wiele, więc używa się skrótu sugerującego wielość. Mam nadzieję, że nikt już dzisiaj nie ulega wśród ludu tej ”pluralizującej” sugestii i myślę, że nasze problemy mariologiczne nie na tym polegają.

Sanktuarium częstochowskie mieści się na wzgórzu, więc dobrano na dzisiaj w Watykanie „górski" tekst Izajasza. Świątynia jerozolimska zbudowana była wysoko, bo i to miasto góruje jak nasze Zakopane, ale owo „wystrzelenie" na końcu czasów to na pewno przepowiednia metaforyczna, nie alpinistyczna. I pasuje też do Jasnej Góry, która zyskuje coraz wielką rangę międzynarodową. W tekście dzisiejszym zwracam jednak uwagę na międzynarodowość przesłania: Bóg wysokogórski jest tu rozjemcą między narodami, tu pada słynne powiedzenie biblijne o mieczach i lemieszach, włóczni i sierpach. Marzy mi się taka właśnie internacjonalistyczna rola naszej stolicy duchowej. Żeby na przykład wspólny dokument kościelny polsko-rosyjski tu został ogłoszony (bo też tutejsza ikona czczona jest przez Rosjan bardzo). Żeby Jasna Góra świeciła świętą pojednawczością także w naszych sprawach krajowych. Żeby godziła nieświęte spory nasze. Żeby z tej wysokości duchowej płynął zawsze głos rodzący pokój, uczący różnić się bez awantur. Żeby takie było zawsze światło Jasnej Góry.

PS. Mój komentarz do wczorajszego jasnogórskiego stanowiska biskupów w sprawie krzyża będzie tu bardziej wyważony niż to, co powiedziałem wczoraj „Metru" na gorąco, nie mając pełnych informacji (a co ukazało się tam dzisiaj, bo papier to ślimak wobec internetu). Powiedziałem wtedy, komentując słowa przewodniczącego Episkopatu, arcybiskupa Józefa Michalika, usłyszane w telewizji, że umywając ręce od załatwienia tej sprawy, Episkopat faktycznie poparł PiS i Radio Maryja. Dziś doceniam słowa biskupów diecezjalnych (zebrali się wczoraj tylko oni, bez sufraganów i emerytów), że ”wyznawców Chrystusa krzyż nie powinien nigdy dzielić ani być narzędziem używanym do osiągania nawet najszczytniejszych celów". Co więcej, na pewno nie „platformijny" abp Michalik stwierdził nawet, że „biskupi ani żaden chrześcijanin nie może być spokojny, widząc, że nadużywany jest znak krzyża". Ważne jest też to, co ujawnił „Gazecie Wyborczej" drugi biegun w Episkopacie arcybiskup Józef Życiński, że „różnice zdań było widać, ale instrumentalne wykorzystywanie krzyża nikomu [z biskupów - JT] nie pozostawia złudzeń". Zatem może już przed moim apelem ”jasnogórskim” zaszło tam wśród biskupów jakieś pojednanie mimo różnic.

Teraz głośno myśląc mniemam, że może najważniejsze jest, by z „obrońców krzyża" nie zrobić bohaterów przez rozwiązanie siłowe, a może w końcu znudzi im się ich manifestacja.

17:18, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
środa, 25 sierpnia 2010
Bartłomiejów Pierwszych dwóch, żaden nie zdrajca

Wpis na wtorek 24 sierpnia 2010
Ewangelia Jana 1, 45-51

”Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: - Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy, Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu. Rzekł do niego Natanael: - Czyż może być co dobrego z Nazaretu? Odpowiedział mu Filip: - Chodź i zobacz. Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: - Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu. Powiedział do Niego Natanael: - Skąd mnie znasz? Odrzekł mu Jezus: - Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym. Odpowiedział Mu Natanael: -Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela!. Odparł mu Jezus: - Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: widziałem cię pod drzewem figowym? Zobaczysz jeszcze więcej niż to. Potem powiedział do niego: - Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego".

Miałem nie blogować, ale data skłania do wpisu. Dziś dzień jednego z Dwunastu, więc w Kościele katolickim święto. Oczywiście „nienakazane", czyli nie musimy „mszyć" (termin świętej pamięci księdza Janusza Pasierba, mam nadzieję, że nikogo nie gorszy). W ogóle to nie cierpię nakłaniania do Eucharystii groźbą grzechu ciężkiego: nie czynią tak prawosławni ani protestanci, tylko my, zakochani w paragrafach. Zamiast zwiększać frekwencję jurydycznie, trzeba robić ze świętych obrzędów spotkania radosne i piękne, przyciągające samym swoim urokiem.

Przechodzę do dzisiejszego tekstu Ewangelii. Bohaterem opowieści jest tu poza Jezusem Natanael, najprawdopodobniej tożsamy z Bartłomiejem Ewangelii synoptycznych (kwestię tłumaczy ks. Michał Czajkowski w książeczce Znakowej „Dwunastu Apostołów"). Tu, w tłumaczeniu Tysiąclatki, mamy zaświadczenie Jezusa, że nie ma w Natanaelu podstępu, ale może być też „obłuda" czy Wujkowa „zdrada". I to mi pozwala połączyć dwóch Bartłomiejów: tego ewangelijnego, można rzec: najpierwszego, z dzisiejszym patriarchą Konstantynopola Bartłomiejem I. O tym drugim napisałem wczoraj sporo do sobotniej ”Arki Noego”, bo był w Polsce wychwalany wielce na KUL-u; napisałem między innymi, że niektórzy współwyznawcy mają go za zdrajcę, ale jest to dowód okropnej ciasnoty: z pierwszym łączy go nie tylko imię, także to, że nie jest obłudnikiem.

Poniżej robocza wersja owego tekstu przeznaczonego do naszej „Arki ": niech kto chce, przeczyta, nie czekając do soboty. Pożyteczny pech patriarchy

Laicyzacja jest o wiele większym zagrożeniem niż dialog ekumeniczny - powołuje się na myśl patriarchy Konstantynopola abp Józef Życiński

Zrobiłem kiedyś z Miładą Jędrysik wywiad dla ”Gazety” z patriarchą Konstantynopola Bartłomiejem I. Zgodził się tylko na pytania i odpowiedzi na piśmie, więc przyszliśmy po ten tekst do lokalu rządowego, w którym się zatrzymał. W przedpokoju zobaczyłem siwego mnicha w prawosławnym habicie, wnet potem do pokoju, gdzie proszono poczekać, przyszedł chyba inny zakonnik, niosąc oczekiwany materiał. Licząc jednak na parę słów spontanicznych, Miłada zapytała, czy nie moglibyśmy porozmawiać z samym patriarchą. Mnich odpowiedział uśmiechając się: - To właśnie ja. Mój przyjaciel Krzysztof Michalski (nie mylić z filozofem wiedeńskim), bywały w środowisku prawosławnym, wytłumaczył mi dowcipnie, na czym polega różnica urzędu papieskiego i owego znad Bosforu: - Gdy patriarcha Bartłomiej był w Białymstoku, udało mi się spotkać z nim w siedzibie tamtejszego arcybiskupa prawosławnego: w bardziej oficjalnym pomieszczeniu, lecz również w toalecie... Janek, spotkałbyś papieża w ubikacji?!

Historyjki te napisałem nie po to, by wyśmiewać pychę biskupa Rzymu. Genialna książeczka Janusza Poniewierskiego „Kwiatki Jana Pawła II" pokazuje dobitnie, że papiestwo wyzbywa się światowego splendoru. Wynika on zresztą przede wszystkim z faktu, że Watykan (czy raczej Stolica Apostolska) w przeciwieństwie do siedziby patriarchy w Fanarze (na przedmieściu Stambułu), jest mini, ale państwem. Ma to z punktu widzenia Ewangelii wydźwięk wątpliwy, stanowi spadek złej tradycji Państwa Kościelnego, ale taki pancerz dyplomatyczny przydaje się chrześcijaństwu. Nie ma go natomiast najczcigodniejsza stolica kościelna prawosławia, co ma swoje dobre strony i złe. Pancerz państwowy ciąży duchowo, ale utrudnia prześladowanie.

Patriarcha Bartłomiej odwiedził znowu Polskę. 20 sierpnia przyjął tytuł doktora honorowego od Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Laudację wygłosił wielki kanclerz uczelni, tamtejszy metropolita rzymskokatolicki abp Józef Życiński, recenzentami pomysłu byli arcybiskup prawosławny wrocławsko-szczeciński Jeremiasz i teolog rzymskokatolicki ks. Wacław Hryniewicz, na koniec przemówił też oczywiście sam czcigodny Doktor.

Nie pierwsze to już takie wyróżnienie w jego 70-letnim życiu: prawie trzydzieste. Jest nagradzany na całym świecie. U siebie jednak, w państwie tureckim laickim prawnie, muzułmańskim religijnie, natrafia na prześladowania, nie nagrody. Arcybiskup Życiński uznał za fakt symboliczny datę urodzenia sławionego przez siebie dostojnika: patriarcha urodził się 29 lutego, obchodzi urodziny tylko co cztery lata... A arcybiskup Jeremiasz powiedział o jego służbie kościelnej, że bywa męczeństwem, bo „groźba utraty życia staje się elementem dnia codziennego. Jest to sytuacja, która trwa nie rok, lecz stulecia, a więc w ciągu wielu pokoleń. O tym często się zapomina". Nauka historii bywa faktycznie słabą stroną szkoły, co skutkuje wręcz politycznie. Europa słabo pamięta, że w państwie należącym obecnie do NATO i aspirującym do członkostwa w jej Unii prawo człowieka do czczenia Boga po swojemu bywało i bywa ostro łamane, zresztą także wobec katolików. W przemówieniach KUL-owskich akcentował to nie tylko dostojnik prawosławny, mówili o tym także Życiński i Hryniewicz. Turcja nie wywiązuje się ze zobowiązań podjętych już w traktacie z Lozanny w 1923 roku. Bartłomiejowi odmawia się prawa do używania prastarego tytułu Patriarchy Ekumenicznego, nie pozwala mu się kształcić nowych duchownych, by nie wspomnieć o innych szykanach. Jednak sam zainteresowany uważa, że jego pechowa siedziba w takim kraju jest mimo wszystko błgosławieństwem dla patriarchatu i jego służebnej misji - ”błogosławieństwem, które skłania do życia w pokorze i chroni przed pokusą władzy”. Na KUL-u powiedział: „Wejście do centralnych urzędów Patriarchatu Ekumenicznego w Stambule zdobi symboliczny obraz. Jest to wspaniała mozaika, przedstawiająca Gennadiosa Scholariosa, pierwszego patriarchę ekumenicznego z okresu okupacji osmańskiej. Patriarcha stoi z wyciągniętą ręką, przyjmując od sułtana Mehmeta II »firman«, czyli dokument prawny gwarantujący ciągłość i ochronę Kościoła prawosławnego przez okres panowania tureckiego. Dzieło to jest ikoną z początku długiego współistnienia i zaangażowania międzywyznaniowego. (...) Usytuowany na styku kontynentów, cywilizacji i kultur, Patriarchat Ekumeniczny zawsze służył jako pomoc między chrześcijanami, muzułmanami i żydami. W 1977 r. zapoczątkował on dialog międzyreligijny ze społecznością żydowską (...); w 1986 r. podjęto dwustronny dialog międzywyznaniowy ze społecznością muzułmańską". KUL-owski laureat podkreśla, że drogocenną perłą, którą ma przede wszystkim chronić jako następca Apostołów, jest przykazanie miłości. Bartłomiej jest za wejściem Turcji do Unii Europejskiej.

Nosi tytuł „ekumeniczny" nie od parady. Włącza się zdecydowanie w dialog wewnątrzchrześcijański. Czyni to zgodnie z tradycją stworzoną przez swoich poprzedników. Przede wszystkim przez patriarchę Atenagorasa I, który spotkał się z papieżem Pawłem VI w r. 1964, co doprowadziło do wzajemnego zniesienia anatemy z 1054 r. Potem patriarcha Dimitrios I przez spotkanie z Janem Pawłem II dał początek dialogowi teologicznemu między Rzymem i Konstantynopolem. Wielki podział chrześcijaństwa na prawosławie i katolicyzm dzięki najwyższym dostojnikom tych rodzin wyznaniowych powoli przestaje gorszyć.

Powoli: ciąży nie tylko dziesięć wieków wzajemnej pogardy, również brak symetrii na szczytach. Papież ma w swoim Kościele władzę jurydyczną, czyli biskupi są jego podwładnymi, patriarcha ekumeniczny jest tylko pierwszym wśród równych, bo prawosławie jest w ogóle od góry do dołu demokratyczne (w języku kościelnym to się nazywa kolegialność). Co więcej, Konstantynopol (Bizancjum) jest nazywany Nowym (drugim) Rzymem, ale od wieków jest również Rzym trzeci: Moskwa. Wśród kilkunastu niezależnych Cerkwi prawosławnych (patriarchów i Kościołów autokefalicznych) oba wschodnie Rzymy rywalizują ze sobą o faktyczne pierwszeństwo, a tym bardziej o władzę nad Cerkwiami autonomicznymi (czyli nie w pełni niezależnymi): dobrym przykładem jest tu Estonia, w której podległość Konstantynopolowi spotkała się z uwarunkowaną politycznie obediencją Moskwie. No i oczywiście Cerkiew rosyjska (roszcząca sobie prawo do kościelnego zwierzchnictwa nad Ukrainą i Białorusią) bije Nowy Rzym na głowę liczbą wiernych. Grecja jest od Fanaru niezależna, autokefaliczna, podlega mu tylko - poza mniejszością w Turcji - parę okolicznych wysp i niewielkie wspólnoty rozproszone po całym świecie. Spór „nowych Rzymów" jest wreszcie o strategię dialogu ze „starym": różnice się zmniejszają, ale Konstantynopol jest bardziej śmiały. Chociaż stara się o maksymalną solidarność z Moskwą; na przykład w sprawie Unii Brzeskiej i tym podobnych aktów papiestwa, które oburzają prawosławnych, bo uważają je za wyrywanie wiernych całymi diecezjami.

Ruch ekumeniczny liczy już sto lat, ale w każdym wyznaniu ma wrogów. Była o tym mowa również na KUL-u, ponieważ właśnie Bartłomiej I uważany jest wśród niektórych swych współwyznawców (zwłaszcza w Grecji) za głównego zdrajcę prawosławia. Musiał wydać w tym roku specjalną encyklikę, by walczyć z takimi absurdami. Skąd my znamy podobne wariactwa...

Ksiądz Hryniewicz znany jest czytelnikom „Gazety" ze swej nadziei na powszechne zbawienie ludzkości (tak zwane „puste piekło"), nie omieszkał zatem dodać do obrazu Doktora to, że i on nadzieję tę żywi. A że z owym przeciwieństwem rozpaczy kojarzy się kolor zielony, więc dodaję tu właśnie jeszcze jeden rys lubelskiego obrazu: jest to przecież patriarcha tej barwy ekologicznej. Jego zasługi w tej sprawie są ogromne. A jest to wrażliwość, której chrześcijaństwo uczy się od świata laickiego. Franciszek z Asyżu to był raczej kwiatek przy kożuchu.

Uczy się chrześcijaństwo od świata laickiego tego i owego, jest chyba jednak oczywiste, że laicyzacja nie jest jego nadzieją. Arcybiskup Życiński: „Niezrażony przeciwnościami ukazuje on [Bartłomiej I], że dla ewangelicznego dialogu nie ma alternatywy, że Europie potrzeba duszy, którą przez stulecia ukazywało chrześcijaństwo, że zagrożenia niesione przez laicyzację są nieporównanie większe niż lęk przed dialogiem ekumenicznym". Mówiąc inaczej, niech ci, co się boją ekumenizmu, pomyślą realnie, że kontynentowi macierzystemu tej religii nie ta idea zagraża, ale utrata wiary w Zbawiciela. Oczywiście wiary świadczonej przykładem, nie wykładem, słabością Krzyża, nie siłą miecza, jaki by dzisiaj nie był.

PS. W uroczystości KUL-owskiej nie mogłem uczestniczyć, dzięki uprzejmości abp. Życińskiego korzystałem tu ze zbioru tamtejszych tekstów (przetłumaczonych też na angielski), wydanych przez lubelską uczelnię.

07:36, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Biada?

Ewangelia Mateusza 23,15
„Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo obchodzicie morze i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę. A gdy nim się stanie, czynicie go dwakroć bardziej winnym piekła niż wy sami”.

Pasuje to do polskich księży rzymskokatolickich czy nie?
Nie pasuje do ogółu naszych duchownych, bo wydaje mi się, że większość z nich nie „główkuje”, jak zdobywać nowych współwyznawców. Owszem, jest sporo inicjatyw ewangelizacyjnych, ale zbyt wielu proboszczów i wikarych zadowala się w praktyce „praktykującymi”. Grzmi do nich na temat tych, których od ołtarza nie widać, zmusza do pokazywania się tam twardymi rygorami w rodzaju „kartek od spowiedzi”, ale za mało jest refleksji, jak zwiększyć procenty „dominicantes”.
Nie o tłumy tu zresztą przecież chodzi, nie o ilość, ale jakość. Bo ci, co „uczęszczają” pobożnie, też pozostawiają dużo do życzenia. Nie tylko w praktykowaniu etycznym, także w przeżywaniu „dogmatycznym” wiary chrześcijańskiej. Stronią od problematyki religijnej, bo albo ona w istocie mało ich obchodzi, albo może i obchodzi, ale wolą o tych sprawach nie myśleć, by „nie popaść w herezję”. A kazania są głównie moralistyczne, jeśli nie po prostu polityczne (grzech popierania nie tej partii, co trzeba): przemyślanego tłumaczenia dogmatów za mało. A jeżeli jest, to właśnie intelektualnie słabiutkie. Mogłoby być mocniejsze, gdyby księża nie stronili od książek, nie lekceważyli lektury teologicznej. Choćby i tej bojącej się nowości, bo o śmielszej nawet nie marzę.

Czy pasuje do naszych kaznodziejów i spowiedników drugie zdanie dzisiejszego cytatu? Niestety chyba trochę - tak. Może i nie ma dziś nawet w Polsce dawniejszego straszenia piekłem, ale cały styl duszpasterstwa nastawiony jest na wymagania. Nie, nie chodzi mi o głaskanie, patrzenie przez palce, rewidowanie poglądów na wszystko, czym różni się etyka katolicka od laickiej, choć tu dialog, wzajemne uczenie się bardzo jest potrzebne. Można jednak o tym wszystkim w konfesjonale rozmawiać tak, by penitenta przekonać, nie przestraszyć, nie odstraszyć. Można zająć się na ambonie nie tylko aborcją, także absencją w wyborach albo szacunkiem dla prawa własnego, wolnego już przecież państwa.

Następny wpis za tydzień. Muszę napisać też o patriarsze Bartłomieju.

13:38, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
czwartek, 19 sierpnia 2010
Cnota wesela

Psalm 51,14
„Przywróć mi radość Twojego zbawienia,
- niech wstąpi we mnie duch ochoczy!”


Przekład jedenastu Kościołów polskich.

Czy smutek jest grzechem? I tak, i nie. Nie w tej mierze, w jakiej jest chorobą, depresją. Nie mogę zrozumieć, czemu grzechem ma być rozpacz: gdy wiedzie aż do samobójstwa, to niedola człowiecza potworna i tyle. Judasz wart jest maksymalnego współczucia: owszem, zwątpił w miłosierdzie Boże, ale to przecież dlatego, że tak krytycznie oceniał siebie. Skrucha niewłaściwa, ale czy amoralna?
Gdy ogarnia mnie czarnowidztwo, muszę pytać się, czy ta czapa smutku nie wlazła mi na głowę, bo za dużo chcę od losu, od Tego, kto nim rządzi. Może to malkontenctwo faceta wciąż nie sytego sukcesu?
W każdym razie jutro nie mam prawa markotnieć, muszę się weselić. Nasze złote gody!
Czytelników „Metra” co prawda od metra, ale odnotuję poniżej to, co tam napisałem na jutro prozą oraz swego czasu wierszem.

Przy stole jak w kościele
Jubileusze wciąż męczą dusze, jednak co robić, życie nie jest romansem. Co więcej, nie jest romansem małżeństwo, choć - prawdę rzekłszy - powinno doń być podobne romantycznym ogniem miłości. Wymądrzam się w tym temacie dlatego, że dziś stuknęło mi pół wieku mego ślubnego związku. A że zawarłem go z najwyższym trudem, bo żadna mnie nie chciała, a w końcu załapałem się na wspaniałą, więc postanowiłem z małżonką podziękować Bogu szczególnie. Odprawimy mszę w naszym domu. Oczywiście „mszyć" będziemy pod przewodem przyjaciela duchownego, a drugi przyjaciel prezbiter kazał nam będzie biblijnie. Słowem francuskim i polskim, bo córka wydała się za Francuza i przybyła z dalekiego kraju z jednym mężem i czterema synami.
Pisząc poważnie: takie obrzędy są dla mnie przeżyciem ogromnym. Eucharystia przy zwyczajnym stole, jak wtedy w Wieczerniku i potem, kiedy jeszcze były tylko synagogi. Brałem niegdyś udział w takiej domowej modlitwie w towarzystwie szczególnym - wspólnie z braćmi Niemcami. Nie umiałem ukryć łez. Czy dziś mi się to uda, jeden Bóg wie. Mam jednak nadzieję, że nie zapłaczę, albowiem msza to przecież najweselszy obrzęd świata.

SONET MATRYMONIALNY
I nie miłować ciężko, i miłować,
nosić krawat i nigdy nie nosić krawata,
napisać, czy nie napisać jednaka to strata,
co nie zrobisz, będziesz decyzji żałować.


Przed pół wiekiem jednakże obóz przygotować
kazała mi ”Więź” moja w idee bogata
i zjechała się z Polski pobożna rebiata,
by o personalizmie ciężko dyskutować.


Wówczas harcerkę poznałem imieniem Biruta,
w sztuce inżynierskiej nieźle wykształconą,
co też w pedagogice była już obkuta:
pomyślałem, żeby mogła zostać moją żoną.


I stało się, i tej decyzji zgoła nie żałuję,
choć żony wychowankiem chwilami się czuję.


Tak oto ogłosiłem wszem i wobec, żem wielkim poetą jest.
PS. Z powodu weselnego żegnam się do poniedziałku. Albo i na dłużej, bo muszę napisać do „Arki” coś nieco większego (o J.H. Newmanie, beatyfikowanym już wnet w Anglii).

22:42, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
Pasterze i owce, barany, owczarek...

Wpis na środę 18 sierpnia 2010

Księga Ezechiela 34,1-11
”Pan skierował do mnie te słowa: - Synu człowieczy, prorokuj o pasterzach Izraela, prorokuj i powiedz im, pasterzom: tak mówi Pan Bóg: «Biada pasterzom Izraela, którzy sami siebie pasą! Czyż pasterze nie powinni paść owiec? Nakarmiliście się mlekiem, odzialiście się wełną, zabiliście tłuste zwierzęta, jednakże owiec nie paśliście. Słabej nie wzmacnialiście, o zdrowie chorej nie dbaliście, skaleczonej nie opatrywaliście, zabłąkanej nie sprowadzaliście z powrotem, zagubionej nie odszukiwaliście, a z przemocą i okrucieństwem obchodziliście się z nimi. Rozproszyły się owce moje, bo nie miały pasterza, i stały się żerem wszelkiego dzikiego zwierza polnego. Rozproszyły się, błądzą moje owce po wszystkich górach i po wszelkim wysokim pagórku, i po całej krainie były owce moje rozproszone, a nikt się o nie nie pytał i nikt ich nie szukał». Dlatego wy, pasterze, słuchajcie słowa Pana: »Przecież owce moje stały się łupem i owce moje służyły za żer wszelkiemu dzikiemu zwierzęciu polnemu, bo nie było pasterza, pasterze zaś nie szukali owiec moich, bo pasterze sami siebie paśli, a nie paśli moich owiec». Dlatego wy, pasterze, słuchajcie słowa Pana: tak mówi Pan Bóg: «Oto jestem przeciw pasterzom. Z ich ręki zażądam moich owiec, położę kres pasterzowaniu ich, a pasterze nie będą paść samych siebie, wyrwę moje owce z ich paszczy, nie będą już one służyć im za żer». Albowiem tak mówi Pan: «Oto ja sam będę szukał moich owiec i będę miał o nie pieczę»".

Lektura mocno na czasie. Mam nadzieję, że pasterze rzymskokatoliccy polscy, oczywiście nie tak okropni, jak ci w powyższym tekście, zastanawiają się, jak paść polską trzodę dalej. Żeby nie było, jak pod wiadomym pałacem. Bo tam nie tylko politycy nawarzyli piwa: browar funkcjonuje w Toruniu, biskupi patrzą nań, mówiąc sumarycznie, przez palce. Mówiąc sumarycznie: jedni przez te członki, drudzy z niechęcią, trzeci z entuzjazmem. Albowiem Episkopat Polski różnoraki jest. Pamiętam organizowane przez KAI spotkanie z biskupem Piotrem Liberą sprzed kilku laty, wtedy był jeszcze sekretarzem tegoż ciała episkopalnego: zwierzył się dziennikarzom, że sprawowanie tej funkcji jest dla niego gehenną - tak ostre tam spory. Uważam, że może to i dobrze. Jednomyślność byłaby cudem: już sobór najpierwszy, ten w Jerozolimie w I wieku, nie przebiegł gładziutko. Kto rozumuje, ten dyskutuje. Jest tylko problem, czy wynik sporów jest na miarę spraw na wokandzie. Wtedy podjęto decyzję kolosalną: Prawo ograniczono niemal do Dekalogu. Teraz w Polsce to tylko problemy lokalne, ale te też potrafią dzielić, że hej.

Mam nadzieję, że przeważy wśród pasterzy polskich stanowisko drugie. Że zagubionych owiec przestanie się szukać wyklinając. Że zobaczono, iż barany bywają na prawo i lewo. Że te na prawo też trykać umieją, właściwie to nawet gubić się mocno, tylko na innych bezdrożach niż te od krzyża z puszek po piwie.

Napisałem coś do „Arki Noego", co jest moim, barana blogera, rachunkiem sumienia pasterskim. Zabawiłem się w pasterza? Nie śmiałbym: najwyżej w owczarka. Co szczeka sobie na całe stado oraz baców bezczelnie nie szczędząc. Oto ten przyszły artykuł.

Mojego świętego Kościoła siedem grzechów głównych

Ponura awantura o krzyż może okazać się zbawienna. Uświadomi może niejednemu eklezjalnemu decydentowi, że nie jest dobrze. W tym świętym znaku moja nieśmiała nadzieja.

Żeby jednak nie była płonna, trzeba wciąż robić rachunek kościelnego sumienia. Jako szanujący tradycję katolik ułożyłem go sobie w katechizmowym paradygmacie siedmiu grzechów głównych. Przewinień nie tylko tak zwanego kleru. Nie twierdzę heretycko, że Kościół to tylko ta warstwa społeczna wydzielona. Stanowią go również świeccy. Tyle że u nas są to głównie klienci kościelnych urzędów, którym na ogół ani w głowie odpowiedzialność za ich funkcjonowanie. Jest to zapewne najgłówniejszy polski grzech katolicki, na imię mu klerykalizm. System, w którym opinia publiczna, nawet autentycznie pobożna, jest mocno lekceważona. Trochę tu winy samego laikatu, bo bierność jest wygodna, ale (arcy)pasterze wolą potulne owieczki. No i nagle pokazało się, że chcą demokracji ci, którzy wydawali się zakochani w tym, co było przez wieki. Pewna siebie władza kościelna straciła posłuch w swojej gwardii.

Pycha
Jest nim narodowe i kościelne samouwielbienie. Mesjanizm polski jest nie do zdarcia, religijny osobliwie. Jesteśmy przykładem dla zgniłego Zachodu, nie zgrzeszyliśmy szybkim wprowadzaniem reform Vaticanum Secundum (bo i niektóre w ogóle zbyteczne), zatem świątynie mamy pełne, seminaria już nie, ale to wina mediów i znów będzie fajnie. A prawda jest taka, że ów odnowicielski sobór wciąż jeszcze nie zbłądził pod strzechy. Cała jego duchowa i myślowa otwartość to u nas głównie idea duchownych i świeckich czujących się czasem wręcz hobbystami, dla innych katolików pachnących herezją. Króluje natomiast obóz ojca Rydzyka, który zrobił sobie okno wystawowe przed Pałacem Prezydenckim. Ale ci inni katolicy to nie tylko armia duchownych, laikat też lubi myślową lodówkę.

Chciwość
Mówiła mi matka znająca polską wieś, że tam ludzie księżom wszystko wybaczą - na przykład pseudocelibat, bo proboszcz też chłop, musi mieć kobitę - ale zdzierstwa nie znoszą. Stąd mój apel o roztropność. Lepiej odzyskać połowę należnego majątku niż stracić całą reputację. Ale biznesmenowi katolikowi dziki kapitalizm też nie przystoi.

Nieczystość
Nie jest tak jakoś dziwnie, że molestują nieletnich tylko księża zagranicą. Wiem, co piszę, z doświadczenia bardzo mi bliskiego. I w polskich rodzinach też bywa ponuro. Nostra maxima culpa.

Zazdrość
Dowcip klerykalny stary, ale jary: czemu tak się dzieje, że w różnych krajach brakuje powołań kapłańskich, nigdzie jednak biskupich... Radzę lekturę na temat: powieść Macieja Grabskiego „Ksiądz Rafał” (Znak). Księży strój czarny to łachman, zdobi dopiero fiolet, a już purpura najwyższa kultura. Jak tu nie zabiegać o eklezjalny awans.

Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu (i budowaniu...)
Nie chodzi o to, by pleban był ascetą: niech je, pije (byle nie do syta), nie mieszka w ruderze, niech jednak pamięta, że zdobi go świątynia, nie plebania, nie samochód, nie marka koniaku. Tylko zakonnicy ślubują ubóstwo, ale księża zwani diecezjalnymi niech nie zapominają, że był taki jeden, co zwał się z Asyżu Franciszek. Oczywiście amnezja świeckich w tej materialnej materii też gorszy mnie niewąsko.

Gniew
Reakcja na ludzką podłość zaprawdę chwalebna. Jezus w Ewangelii nieraz nawet wymyśla. Na ambonie ksiądz też nie jest od głaskania, byleby nie był monotematyczny, ale już w konfesjonale musi tryskać miłosierdziem, świadomością, że ów sakrament jest posługą współgrzesznika.

Lenistwo
Nie wszyscy księża są obibokami: niektórzy bywają zarobieni po uszy. Gdy jednak warszawski proboszcz powiedział parafiance, że nie będzie się spotykał z jej wspólnotą świeckich o ósmej wieczorem, bo wtedy siedzi z nogami na stole i ogląda telewizję - zgrzeszył grzechem głównym. A największe lenistwo duchownej populacji to wstręt do poważniejszej lektury, nawet teologicznej. Stąd przeraźliwa nuda kazań: nie ma większego banału niż ten kościelny. Ksiądz to koniecznie człowiek książek, nie ma rady. Niech także w tej mierze świeci przykładem.

Napisałem „mój święty Kościół” bez krzty ironii. Znam księży i „laików” zaprawdę wspaniałych. Wierzę poza tym, że w każdej Eucharystii (nie tylko katolickiej) można odnaleźć świętość, jakiej nie ma nigdzie. Kościół mój jest trochę jak demokracja: chwilami nie do zniesienia, ale nikt nie wymyślił lepszego. Wydaje mi się najlepszy wśród innych chrześcijańskich, a chrześcijaństwo najlepszą z religii. Co więcej, mam nadzieję, że jego polska cząstka obudzi się powoli z duchowego letargu. Ufam, że krzyż zwany smoleńskim stanie się z czasem znakiem tego, czym był tamten sprzed wieków. Że dla ludzi spoza mojej religijnej wspólnoty zacznie kojarzyć się ze wszystkim najlepszym: z ogarniającym cały świat bezbrzeżnym współczuciem.

22:37, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 sierpnia 2010
Z wyjątkiem żony, męża też

Ewangelia Mateusza 19,29
„I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy".

Różni ludzie są tu wymienieni z polem (lub polami) włącznie: dziś Jezus powiedziałby o polu działalności zawodowej. Ciekawe, że w tym wyliczeniu członków rodziny nie ma żony ani męża. To nie przypadek: ideał małżeński Ewangelii jest monogamiczny. Może nawet tekst Mateusza dopuszcza powtórne małżeństwo, gdy żona jest rozpustnicą (Mt 5,32 i 19,9 - o mężu rozpustniku ani słowa, bo tylko mąż u Żydów mógł wystąpić o rozwód). Jest to kwestia międzywyznaniowej dyskusji egzegetycznej i pastoralnej, niemniej Nowy Testament sublimuje Stary, zresztą nie tylko tutaj. Cywilnoprawny zakaz rozwodów dzisiaj nie pomoże, czasem także w Kościele trzeba uznać następny związek (różnie się to załatwia w poszczególnych wyznaniach), ale „ontologia" małżeństwa jest taka, że dwoje stają się jednym ciałem i rozcięcie go jest ostatecznością. Gdyby tak ten ideał był wysławiany przez wszystkie media...

Opuścić dzieci? Chyba nie chodzi o te wymagające opieki rodzicielskiej ani na pewno Jezus nie zalecał zapominania o starych rodzicach. Wezwanie, by opuścić kogoś (coś) dla Jego imienia, nie znaczy, że On jest rywalem rodziny czy w ogóle jakiegokolwiek człowieka. I to jest raczej metafora niż paragraf prawny. Chodzi o to, że czasem warto porzucić wszystko, co swoje, by radykalnie służyć i Bogu, i ludziom. Myślę na przykład o Albercie Schweitzerze.

15:31, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Choćby jeden chrabąszcz. Chrystus i różne krzyże

Ewangelia Mateusza 19,21
„Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za mną".

Co to znaczy „być doskonałym"? Chodzi o to, żeby szlifować własną cnotę? Wciąż myśleć, czy jestem w porządku, czy robię się coraz lepszy, czy jestem już prawie bez skazy i zmazy? Codzienny rachunek sumienia jest bezcenny, aby tylko nie wpaść w swoisty egocentryzm. Trzeba jakby zwrócić oczy poza siebie. Rozejrzeć się wokół wzrokiem teleskopowym, zobaczyć miliony ludzkiej biedy, te wszystkie symboliczne chrabąszcze z opowieści Gombrowicza, co leżą na plaży na plecach i nie umieją się odwrócić. Rozpocząć ich ocalanie, nie rozpaczając, że ich za wiele na mnie jednego. Jezus też nie uzdrowił wszystkich, a wskrzesił tylko kilkoro. Wiedzieć, że każdy taki gest ocala cały świat.

Nie wszystkie moje tutejsze Czytelniczki i nie wszyscy Czytelnicy kupują ”Gazetę Wyborczą”, więc dopisuję mój dzisiejszy felieton stamtąd.

W nocy z soboty na niedzielę przyśnił mi się Jezus z Nazaretu. Było najpierw trochę jak w uroczej opowieści Antoniego Słonimskiego: jechał na osiołku ulicami Warszawy. Ale przybył pod Pałac Prezydencki. Zsiadł z wierzchowca, przeżegnał się przy krzyżu, pomodlił się tam trochę, po czym odwrócił się w drugą stronę i sprawił cud: zaistniał tam znów krzyż z puszek po piwie. Popatrzył, popatrzył i uśmiechnął się. Nagle ktoś z pierwszej strony chwycił krzyż zwany smoleńskim i podał Mu go, a On wziął swój ciężar na ramiona i ruszył w stronę kościoła św. Anny. I był wciąż uśmiechnięty, aż tu nagle młodzież wokół krzyża piwnego zaczęła klaskać i wrzeszczeć wniebogłosy: - Jezus, Jezus, Jezus! Podniósł wtedy ręce gestem proroczym i zawołał głosem wielkim: - Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, nienawidzę kultu jednostki! Ja jednak dostrzegłem w Jego twarzy uśmiech nieco szelmowski.

14:34, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
niedziela, 15 sierpnia 2010
Jest w Niebie, błogosławiona na całej ziemi

Ewangelia Łukasza 1,39-56
Odwiedziny u Elżbiety uwieńczone hymnem „Magnificat”. Łukasz włożył w usta Marii z Nazaretu słowa triumfalne. Zapewne wtedy nie wiedziała, że „błogosławioną nazywać ją będę wszystkie pokolenia”. Czy po Zmartwychwstaniu miała już takie przeczucie? Może była na to zbyt pokorna. Zatem Ewangelia myli się na jej niekorzyść? Znów pytanie zakładające, że to zwyczajna biografia Jezusa, Jego Rodziny i uczniów, a nie przede wszystkim przesłanie teologiczne. Pod koniec I wieku, gdy tekst przypisywany Łukaszowi został ostatecznie zredagowany, niektórzy chrześcijanie czcili już bardzo Matkę Jego Mistrza i widać to w tej Ewangelii.

Dziś uroczystość Jej wzięcia do Nieba (”chwały niebieskiej”) z duszą i ciałem: dogmat katolicki mający oparcie w pradawnej wierze chrześcijan Wschodu i Zachodu. Tak, w Niebie będziemy wszyscy kiedyś jako ludzie, nie duchy, bo człowiek jest jednością, „duszociałem”, choć ciążący na myśli chrześcijańskiej platonizm rozdzielał nas na dwoje. Tradycyjna myśl dogmatu jest jednak taka, że Maria wyprzedziła nas w tym uszczęśliwieniu, od razu znalazła się TAM „w całości” - my dopiero na końcu świata; przedtem musimy, będąc jakoś dziwnie samą duszą, czekać na zmartwychwstanie naszych ciał. Tylko że dzisiaj lepiej rozumiemy, że przecież TAM nie ma przestrzeni ani czasu, są to wymiary „ziemskie”. Zatem może Jego Matka, wyprzedzająca nas szczególną świętością, nie tyle wyprzedziła nas tam czasowo, ile jest symbolem naszego pośmiertnego losu? Nikt z nas nie nadaje się do tej roli lepiej, jak ta, którą błogosławi tyle narodów...

01:16, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
sobota, 14 sierpnia 2010
Cud Ojca Maksymiliana

Ewangelia Jana 15,12-16
„Takie jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, jak ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości niż ta, gdy ktoś daje swoje życie za swoich przyjaciół. Wy jesteście moimi przyjaciółmi, jeśli czynicie to, co ja wam przykazuję. Nie nazywam was już sługami, gdyż sługa nie wie, co czyni jego pan. Nazwałem was przyjaciółmi, bo oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od mojego Ojca. Nie wy mnie wybraliście, ale ja was wybrałem i przeznaczyłem, abyście szli i przynosili owoc i aby wasz owoc był trwały, żeby Ojciec dał wam to, o co poprosicie w moje imię.”
Tłumaczenie 11 Kościołów polskich.

Dziś rocznica śmierci Ojca Maksymiliana Marii Kolbego. Wspominamy liturgicznie jego męczeństwo. W imię Chrystusa w dzień tego świętego proszę, by sprawa krzyża przed Pałacem Prezydenckim została wreszcie rozwiązana. Mam nadzieję, że nie będzie do tego potrzebne żadne męczeństwo. Niech zdarzy się cud Ojca Maksymiliana.

15:41, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
piątek, 13 sierpnia 2010
I święte psy, anioły nasze

Psalm z Księgi Izajasza 12,2-6
”Oto Bóg jest moim zbawieniem,
będę miał ufność i bać się nie będę.
Bo Pan jest moją mocą i pieśnią,
On stał się dla mnie zbawieniem.
Wy zaś z weselem czerpać będziecie wodę
ze zdrojów zbawienia.
Chwalcie Pana, wzywajcie Jego imienia.
Dajcie poznać Jego dzieła między narodami,
przypominajcie, że wspaniałe jest imię Jego.
Śpiewajcie Panu, bo uczynił wzniosłe rzeczy,
niech to będzie wiadome po całej ziemi.
Wznoś okrzyki i wołaj z radości, mieszkanko Syjonu,
bo wielki jest wśród ciebie Święty Izraela.”


Staram się nie śpiewać, bo głos mam barani, a słuch słoni (to zwierzę nastąpiło mi na narząd muzycznego słuchu). Niemniej mam trochę ambicji, by moją pieśnią był On.

Owszem, uczynił wzniosłe rzeczy. Rozumuję tak: owszem, świat jest makabryczny, zjadamy się nawzajem torturując przy okazji. Ale jeśli w tym morderczym kosmosie jest jednak trochę ludzi, którzy wolą dać się zabić niż przyprawić o śmierć bliźniego swego, jeśli przezwyciężają w ten sposób dzikie prawo natury, jeśli do tego bywają psy tak wierne ludziom (zaprawdę anioły!), to owe święte stworzenia Boże są może - w planie Bożym - jakąś ”metafizyczną” równowagą dla tamtego oceanu zła. To takie moje głośne myślenie dzisiejsze.

15:50, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
czwartek, 12 sierpnia 2010
Przebaczać bez końca. Kwadratura krzyża

Ewangelia Mateusza 18,21-22
„Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: - Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: - Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy".

Biblia Poznańska: „W mniemaniu Piotra liczba siedem oznaczała bardzo wielką wyrozumiałość, zwłaszcza że rabini uczyli, iż Bóg daruje winy do trzech razy. Piotr usłyszał w odpowiedzi, że ma przebaczyć aż siedemdziesiąt siedem razy albo też siedemdziesiąt razy siedem: tekst grecki dopuszcza jedno i drugie tłumaczenie. W jednym i drugim wypadku nie o liczby chodzi, ale o to, aby przebaczyć bliźniemu »bez końca, stale i zawsze« (Jan Chryzostom)".
Dalszy ciąg dzisiejszej perykopy dałby się streścić znaną nam formułą: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom". Mamy bowiem dalej przypowieść o poddanym króla, któremu on darował olbrzymi dług, ale ukarał poddanego strasznie, gdy się dowiedział o jego braku litości wobec własnego dłużnika. Można by może podstawić pod króla nie Boga (sens Ewangelii), ale bezosobowy los: czy szczęściarze nie powinni być bardziej litościwi wobec tych, co, przeciwnie, znaleźli się pod wozem bez własnej winy?

Lektury
A przebaczyć trudno. Przeszłość nie zachodzi mgłą, urazy wracają z neurotyczną siłą. Odpierać je można oczywiście modlitwą oraz wspominając także ciosy i ciosiki, zadawane przez nasze własne ręce i języki (rym niezamierzony)

Najnowszy „Tygodnik Powszechny" bardzo ciekawy! Temat wiążący się z przebaczeniem: krzyż. Artykuł wstępny Jerzego Sosnowskiego „Kwadratura krzyża", potem tekst bardziej faktograficzny Macieja Müllera i Tomasza Ponikły, wreszcie rozmowa redakcyjna Aleksandra Kwaśniewskiego, biskupa Pieronka i profesora Andrzeja Zolla.

Sosnowski polemizuje z ks. Czesławem Bartnikiem, stałym publicystą „Naszego Dziennika". Stara się nie przesadzać, zauważa także agresję ateistyczną na Zachodzie Europy. Jest w jego artykule akapit na ten temat, który kończy się tak: „Krótko mówiąc: nawet (a może zwłaszcza) katolik otwarty, nieagresywny, dążący do dialogu, potrafi zderzyć się z taką dużą porcją uprzedzeń, że pozostaje albo rejterować, albo dać się wepchnąć w rolę Savanaroli i Torquemady razem wziętych". Sosnowski jednak nie daje się. Wdzięczny mu jestem również za zacytowanie takiego zdaniem z soborowej konstytucji „Gaudium et spes": Kościół „nie pokłada jednak swoich nadziei w przywilejach ofiarowanych mu przez władzę państwową; co więcej, wyrzeknie się korzystania z pewnych praw legalnie nabytych, skoro się okaże, że korzystanie z nich podważa szczerość jego świadectwa albo że nowe warunki życia domagają się innego układu stosunków". No właśnie, szczerość świadectwa! Sosnowski odnosi tę wskazówkę Kościoła powszechnego do sprawy lokalnej: Komisji Majątkowej oraz religii w szkole. Wydaje mi się, że naszym biskupom przydałby się obowiązkowo specjalista od PR: żeby duchowni nie wychodzili na tupeciarzy albo zachłannych chciwców. Żeby poprawić swój fatalny „image", trzeba czasem uznać to za ważniejsze od pieniędzy, które może i słusznie się należą.

O Komisji Majątkowej jest mowa również w dyskusji trzech osobistości. Tam bp Pieronek jej broni twierdząc, że przeważająca część umów zawierana była uczciwie, natomiast prof. Zoll czyni uwagę zasadniczą. „Komisja Majątkowa pracuje bez nadzoru, bo w ustawie, która powołała ją do życia, nie ma zapisów o organach kontrolnych. A przecież od 1997 roku w porządek państwa polskiego wpisana jest dwuinstancyjność. To zaś oznacza, że ustawa o trybie prac Komisji Majątkowej jest niezgodna z Konstytucją. Nie może być tak, że istnieje ciało, od którego decyzji nie ma odwołania".

Te parę cytatów to niemal kropla w morzu bardzo odważnych jak na pismo katolickie stwierdzeń. Lektura zaprawdę obowiązkowa!

A w „Przekroju" tamtejszy wicenaczelny Marek Zając pisze tak: „Polski Episkopat, polski Kościół są podzielone. Ale tu wcale nie chodzi o pęknięcie na liberałów i konserwatystów, ale na tych, którzy religię i wiarę chcieliby radykalnie odciąć od polityki, i tych, którzy taki rozdział uważają w gruncie rzeczy za niepotrzebny, ba - szkodliwy". Niektórzy z tych pierwszych wręcz przyjaźnią się z Komorowskim, ale milczą ze względów pryncypialnych.

A na tablicy upamiętniającej DZIEWIĘĆDZIESIĘCIU SZEŚCIU może niech będzie krzyżyk. Znak cierpienia, znak współczucia. Naprawdę apolityczny. Nieśmiała myśl, przy której nie upieram się żadną miarą.

15:43, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
Księża, prosimy, nie ćwiartujcie nas... Klepanie biskupa

Wpis na 11 sierpnia 2010
Ewangelia Mateusza 18, 17
„A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik.”
Z tego powiedzenia nie wynika, że poganin i celnik byli dla Jezusa obrzydliwi moralnie: cała Ewangelia jest poświęcona ich obronie, bo bywają w istocie lepsi od różnych ortodoksów, co zadzierają nosa. Niemniej byli dla słuchaczy symbolami obcości duchowej i dlatego został do nich porównany „wewnątrzkościelny” grzesznik.

Mamy tu jednak głównie inny problem: sposobu traktowania ludzi przez eklezjalną wspólnotę. Kwestia stara, ale wciąż jara... Mówiąc przykładowo i najkrócej: klimatu duchowego konfesjonału. Żeby urzędujący w nim przedstawiciel Kościoła, ba, Boga samego, był jak ojciec miłosierny z przypowieści Łukasza. By cieszył się z powrotu syna marnotrawnego, nie pastwił się nad nim duchowo. Nie zadawał wścibskich pytań, w szczególności kobietom (gdyby były kapłanki, katoliczki mogłyby porozmawiać o swoich „dusznych” problemach niekoniecznie z mężczyzną).

Biblista ks. prof. Mariusz Rosik ma w „Niedzieli” rubrykę popularnie egzegetyczną. W ostatnim numerze tłumaczy potwornie okrutne zdanie u Mateusza 24,50-51: „Nadejdzie pan owego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z obłudnikami wyznaczy mu miejsce.” Otóż w jednym z pism qumrańskich czasownik „dichotomeo”, który znaczy dosłownie „rozciąć na dwoje”, został użyty w znaczeniu „odłączyć”, „oddzielić”. Czyli w owym wersecie mogło też chodzić o oddzielenie, nie ćwiartowanie. Może być jednak również ćwiartowanie duchowe: oby nie zdarzało się w kościelnym miejscu miłosierdzia!

Lektury
W ostatnim „Gościu Niedzielnym” rozmowa ks. Tomasza Jaklewicza z biskupem brazylijskim Edwardem Zielskim, Polakiem. O kolegach w ojczyźnie mówi w duchu rzadkiej w Kościele szczerości.
”Po 30 latach pracy w Brazylii, jak Ksiądz Biskup postrzega Kościół w Polsce?
- Księża w Polsce mają za duży dystans wobec ludzi. Uważam, że biskupi za mało słuchają, co mówi lud Boży. Nie chodzi o to, co piszą w gazetach czy pokazują w telewizji. Każdy człowiek na kierowniczym stanowisku, a więc także biskup, powinien mieć obok siebie kogoś, kto potrafi mu powiedzieć prawdę. Pochlebców nigdy nie zabraknie. Może trzeba czasem bez „świętych szatek" usiąść między zwykłymi ludźmi i z nimi porozmawiać.
A Ksiądz Biskup u siebie tak robi?
- Bardzo często. Kiedy jestem na bierzmowaniu w wiosce, bardzo lubię iść na obiad do jakiejś rodziny. Lubię usiąść gdzieś pod drzewem, zażyć tabaki i wtedy zaraz ludzie częstują swoją i bardziej się otwierają.
Uważa Ksiądz Biskup, że tej bezpośredniości u nas brakuje?
- Chyba tak. Może ten dystans tworzą też sami ludzie, ale to biskup powinien pierwszy go skrócić. Chyba nie potrafiłbym się już przystosować do Kościoła w Polsce.
To ciekawe, że wielu księży, którzy przepracowali jakiś czas za granicą, mówi to samo. Skąd się to bierze?
- Misjonarz po powrocie do Polski, jeśli się zapomni i na przykład klepnie biskupa po plecach, to zaraz dostanie kubeł zimnej wody na głowę (śmiech). A mówiąc poważniej, pracując poza ojczyzną, tracimy zakorzenienie. To jest cena, jaką się płaci za tego typu pracę. Znam księdza, który wrócił na emeryturę do Polski. Był proboszczem na jakiejś małej parafii w swojej diecezji. Ale po niecałych dwóch latach był z powrotem w Brazylii. Pytam go: - Tęskno ci było za Brazylią, co?". On się wypierał, ale już pięć lat siedzi i nie myśli wracać do Polski.”

No, no...

15:42, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 sierpnia 2010
O męczenniku i polityku

Ewangelia Jana 12, 24
„Amen, amen mówię wam: - Jeśli ziarno pszenicy, padłszy w ziemię, nie obumrze, samo pozostaje; jeśli zaś obumrze, wielki plon przynosi". Cytuję Ekumeniczny Przekład Przyjaciół, nie Biblię Tysiąclecia, między innymi wtedy, gdy mogę błysnąć jakimś naszym pomysłem translatorskim. Tu mamy „amen" zamiast przepięknego zresztą (zabytek pierwszej klasy) „zaprawdę". Trzeba wiedzieć, co w oryginale piszczy, szczególnie kiedy mamy tam słowo tak skądinąd znane, a oznaczające w ogóle pewność.

Otóż jest pewne jakby nawet empirycznie, że krew męczenników zrasza życie społeczne. Pozostają symbole, dla jednych wzorce do naśladowania, dla innych moralno-polityczne wyrzuty sumienia. Mord na księdzu Jerzym, którego nie udało się przypisać „nieznanym sprawcom", skompromitował komunizm mocno. Nie pociągnę dalej tej myśli, by ktoś nie pomyślał, że sugeruję po prostu „opłacalność" także na przykład Powstania Warszawskiego. Rachunek zysków i strat jest w takich sprawach z istoty swej dyskusyjny, ja tylko twierdzę, że ludzka ofiarność nigdy nie idzie całkiem na marne.

A dzisiejsze czytania są o męczeństwie, bo świętujemy dziś męczennika sławnego. Święty Wawrzyniec, diakon z III wieku, jako „etatowy" opiekun żebraków i chorych w odpowiedzi na zamach na majątek kościelny zgromadził swoich podopiecznych, co uznano za prowokację. Zginął po wymyślnych torturach, tworząc legendę żywą między innymi w Polsce, gdzie wybudowano mu ponad sto kościołów, sanktuaria, jedne bardzo wysoko, bo aż na Śnieżce. Na tymże uświęconym szczycie jest dzisiaj spotkanie na państwowych szczytach, prezydentów Komorowskiego i Klausa. Ten drugi jest jakoś od niedawna bliższy Kościołowi katolickiemu, mam nadzieję, że szczerze.

I tak doszedłem do państwowej polityki. W Polsce jest ona nieuchronnie w cieniu Kościoła, za duży on i za dużo służył jej przed laty. A partie polityczne to naczynia swoiście połączone: gdy PiS posługuje się licznymi biskupami, PO korzysta autentycznej sympatii innych. Wolę te uczucia niż tamte z ojcem Rydzykiem na czele. No i dla mnie nowy prezydent to nie gajowy, już raczej „grajowy". Czuje się słusznie słabo, mając tak mocną i zdolną do wszystkiego partyjną opozycję oraz właśnie eklezjalną: legiony ambon. Łatwo mówić: przenieść krzyż. Przecież jest to wzięcie na siebie okropnego odium, które należałoby się także większości naszego duchowieństwa katolickiego: to ono tak formowało świeckich! Uczyło tak radiomaryjnie bronić krzyża: wyzwiskami wobec każdego, kto śmie być innego zdania.

Pewnie trzeba Komorowskiemu wytykać uniki. To, że nie zauważył Kościoła w orędziu, to milczenie nawet trochę komiczne. Oczywiście gra i nie zawsze mądrze. Trudno mi jednak wybrzydzać na jego błędy, gdy sobie pomyślę, co by było, gdyby wygrał Kaczyński. Są poza tym pewne tradycje, które trudno odrzucić. Taką była na przykład piątkowa msza z udziałem byłego prezydenta, przecież nie katolika. Ucieszyłem się jednak, że koncelebrował ją prymas z trzema hierarchami, choć Radio Maryja Bronisława Marii nie chce. Oczywiście chciałbym, żeby takie nabożeństwa, jeśli już muszą być jako oprawa polityki, miały charakter wyraźnie ekumeniczny, żeby homilię miał „innowierca". Takie chęci to jednak u nas wciąż „hobbystyka".

PS. Jeszcze co do męczeństwa: ogromne słowo, oznacza raczej śmierć „nienaturalną", ale przecież bywają ofiary z życia kończące się w normalnym łóżku, niemniej po całym życiu dramatycznie ofiarnym. Moja znajoma wzięła do swego jednego pokoju dziewczynkę z domu dziecka, która przeszedłszy na emeryturę zrobiła się tak nieznośna, że jej „niebiologiczna" matka postanowiła się wyprowadzić do jakiegoś domu dla staruszek. Finał życia męczeńsko bolesny.

Na koniec przepraszam, że w niedzielę wkleiłem najpierw przez omyłkę dawny wpis na 8 czerwca. Errare turnauum est...

13:34, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 09 sierpnia 2010
Edyta od Krzyża, panna mądra wielorako

Ewangelia Mateusza 25,1-13

Mamy dziś opowieść o pięciu pannach nierozsądnych i pięciu roztropnych. Przymiotniki takie mogą być w tłumaczeniu różne (te są z Tysiąclatki): Ekumeniczny Przekład Przyjaciół ma po prostu głupie i mądre. A mamy dzisiaj taką Ewangelię, bo wspominamy Edytę Stein, czyli siostrę Teresę Benedyktę od Krzyża, która jako jedna z patronek Europy ma dziś swoje święto. No cóż, była niewątpliwie niezamężna, „partnera" też nie miała i była mądra.

Była mądra w sensie na pewno takim, że uczona: nie habilitowała się z filozofii tylko dlatego, że czymś nie pasowała do ówczesnej niemieckiej profesury. Czym? Oto jest pytanie. Kiedyś pokłóciłem się o to w „Wyborczej" z karmelitą ojcem Grzegorzem J. Firsztem. Napisałem że chodziło o płeć Edyty, mój polemista twierdził, że o jej żydowskość. Spieraliśmy się ostro, teraz byłbym spokojniejszy. Nie tylko dlatego, że złagodniałem na starość.W moich pierwszych lekturach wyczytałem, że przeszkadzała kobiecość, jest faktem jednak, że - jak gdzieś wyczytałem potem - na tymże uniwersytecie niemieckim habilitowała się jakaś matematyczka. Udało jej się, bo kobieta może od biedy rachować, ale filozofować nie da rady? Wszystko (nie)możliwe. A może przeszkody były po prostu dwie: obie złożyły się na dalsze życie filozofki. Podobnie zresztą zakończył nasz spór ojciec Firszt: że najpierw przeszkadzała płeć, gdy już przestała, przyszedł Hitler.

Gdyby jednak została profesorem uniwersyteckim (a nie tylko docentem w uczelni pedagogicznej), życie jej potoczyłoby się inaczej? Pytanie oczywiście bez sensu: nie „falsyfikowalne", jak by powiedzieli inni filozofowie (nie fenomenolodzy, jak ona, tylko neopozytywiści). Można równie mądrze pytać o jej sprawy najbardziej intymne. Uważają niektórzy, że kochała się w polskim filozofie, wtedy jeszcze młodym, Romanie Ingardenie. Owszem, w jej opublikowanej korespondencji z nim raz go nazywa „kochanym panem", ale przypuszczenie jest mylne. Miała do niego stosunek raczej opiekuńczy, wprowadzała go w świat filozoficzny, niemniej czuła coś więcej do kogoś innego. Był to mianowicie jej starszy kolega Hans Lipps, który jednak ożenił się z inną dziewczyną. Co prawda, gdy owdowiał, zwrócił uczucia do niej, ale ona już wtedy podjęła inną decyzję. Lepszą cząstkę wybrała. Jako panna mądra? Byłaby głupsza, gdyby wyszła za mąż? Na szczęście dzisiaj, w dużej mierze dzięki Janowi Pawłowi II, który jednak był tu wiernym uczniem Vaticanum Secundum, zrównuje się te dwa powołania.

Zbliżyła się do chrześcijaństwa dzięki przyjaźni z małżeństwem protestanckim, ale w końcu wybrała katolicyzm.

Zerwała z własną, rodzinną religią. Najpierw wybierając ateizm, potem przyjmując chrzest. Sprawiła tym wielki ból swojej matce. Próbowała jej wytłumaczyć, bezskutecznie, że ta konwersja nie oznacza wyrzeczenia się wiary, lecz jej rozwinięcie. Może było to trudne też dlatego, że stosunek Edyty do judaizmu był bardziej tradycyjny niż postawa dzisiejszych teologów katolickich dialogujących z judaizmem. W testamencie prosi Boga, by zechciał przyjąć jej życie i śmierć „w duchu ekspiacji za niewiarę ludu żydowskiego". Od Soboru Watykańskiego II mamy kościelną wskazówkę, by nie uważać, że cały lud żydowski odrzucił Jezusa. Owszem, nie uważa on go za Mesjasza, tym bardziej, za Syna Bożego, ale trudno go za to „kulpabilizować". Wtedy elita żydowska doprowadziła do Jego śmierci, ale przecież nie cały lud, a niedługo potem chrześcijanie zaczęli stosować swoistą antyewangelizację. Za niewiarę dzisiejszych Żydów odpowiadamy raczej my, Jego wyznawcy.

Może gdyby spotkała przed chrztem wierzącego intelektualistę żydowskiego, wróciłaby do wiary swoich przodków. Wtedy jednak miała koło siebie raczej Żydów zlaicyzowanych. Było ich w Niemczech wielu i dobrze się czuli w państwie, które uważali za swoje, ona też: była pruską patriotką. Mylili się tragicznie.

Walczyła o to, żeby jej nowa religia osłoniła jej starych pobratymców. Zagadkowa jest historia listu, który napisała do papieża Piusa XI. Nie otrzymała właściwej odpowiedzi, chyba że uznamy za takową niedoszłą encyklikę, która - gotowa już do ogłoszenia - z przyczyn niezbyt jasnych została na biurkach.

Czy poszła na krzyż dobrowolnie? Aresztowana w Holandii, najpierw odrzuciła propozycję ocalenia, potem zgodziła się, ale już było za późno.

Czy może być symbolem Zagłady? Tak, bo zginęła jako Żydówka. Nie, bo jednak w jakimś sensie porzuciła religię swego ludu.

Była mądra. Uczona, ale nie tylko. Mądrością, którą posiada każdy, kto rozumie sens krzyża. Na dzisiaj przeznaczone są alternatywnie inne słowa z tej samej Ewangelii: „Jeśli ktoś chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je". Tak czy inaczej, Edyta była na pewno Benedyktą od Krzyża. Oczywiście nie od takiego, co przypomina miecz.

14:58, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
Dola przeciemna nasza

Wpis na niedzielę 8 sierpnia 2010
Ewangelia Łukasza 12,39-40
„A to rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie”.

Nie chodzi tylko o Paruzję: są stale przyjścia przedostateczne. Oczywiście trzeba czuwać bez żadnej przerwy na moralny luz. Ba, także na luz psychiczny: często przychodzi nagle nie boski Dobrodziej, ale właśnie złodziej. Chwila lekkomyślności i samolot spada, samochód ląduje w rowie. Przydałoby się nam trochę jasnowidzenia: czemu przyszłość jest przed nami tak szczelnie zakryta?

Gdyby jednak była odkryta, byłoby nam lepiej? Nie ma co tak pytać, wyobrażać sobie niewyobrażalne. „Futurologiczna ignorancja” należy do istoty kondycji „hominis sapientis”. Nie największy to zresztą nasz dramat.

14:56, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 sierpnia 2010
Sól papieża Benedykta XVI

Ewangelia Mateusza 5, 13-15
„Wy jesteście solą ziemi, jeśliby zaś sól straciła moc, czymże ją osolić? Na nic się już nie nadaje, tylko by ją wyrzucić na podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może skryć się miasto leżące na górze ani nie zapala się lampki i nie stawia pod korzec, ale na świeczniku, i świeci wszystkim w domu".
Ekumeniczny przekład przyjaciół.

Tak jest, my, chrześcijanie, jesteśmy solą ziemi. Jeśli zwietrzejemy, to nie dziwmy się, że nas depczą. My jesteśmy miastem na wzgórzu, które widać zewsząd, i lampą potrzebną prawie jak woda.
W Kościele były różne funkcje, różny ich rozdział, różne hierarchie, ale zawsze byli „starsi", to znaczy tacy, którzy mieli świecić nie tylko wykładem, także przykładem. W Kościele rzymskokatolickim jest wzgórze watykańskie, a na nim papież, który z tej wysokości ma świecić miastu i światu. Powinien, a jak jest naprawdę?

W każdej sprawie trzeba umiaru w sądach. Bardzo ciekawy jest też dlatego majowy numer „Znaku", gdzie o kościelnych skandalach pedofilskich piszą Janusz Poniewierski i Arkadiusz Stempin. Obaj z umiarem.
W swoim stałym felietonie wstępnym Poniewierski powiada tak:
”Przypadki pedofilii wśród księży i zakonników «to, być może, najcięższa próba, jakiej doznaje dziś Kościół» - mówił w kazaniu wielkopostnym, wygłoszonym w obecności Benedykta XVI i jego najbliższych współpracowników, o. Raniero Cantalamessa, kaznodzieja Domu Papieskiego. Oczywiście, nie wolno tego grzechu ludzi Kościoła uogólniać - dodał - «biada jednak, gdy będzie się milczeć» na ten temat!
Tego akurat - milczenia, tuszowania pedofilii i jej bagatelizowania - nie można zarzucić Papieżowi, choć w ostatnich tygodniach wielu z tego właśnie powodu próbowało postawić obecnego biskupa Rzymu w stan oskarżenia. Wyraźnie szukano nań «haków», żeby tylko pokazać, iż Joseph Ratzinger - jako arcybiskup Monachium i prefekt Kongregacji Nauki Wiary - nie zawsze stawał na wysokości zadania i w związku z tym nie ma dziś prawa do występowania w roli autorytetu moralnego. W tym celu prześwietlono całą jego biografię - i w końcu udało się znaleźć dwa przypadki, które (odpowiednio naświetlone i nagłośnione) mogły stać się pretekstem do obrzucenia go błotem. Po pierwsze, sprawę ks. Murphy'ego ze Stanów Zjednoczonych - kapelana katolickiego ośrodka dla głuchoniemych dzieci, który w latach 1950-1974 dopuścił się czynów pedofilskich. W1996 roku rozpoczęto przeciwko niemu postępowanie kanoniczne, które powinno zakończyć się redukcją do stanu świeckiego. Tak się jednak nie stało, bo Lawrence Murphy był już wówczas ciężko chory (zmarł w roku 1998) i błagał Stolicę Apostolską o miłosierdzie (chciał umrzeć jako prezbiter), zaś jego sprawa dotyczyła przeszłości, za którą - jak twierdził - od przeszło dwudziestu lat pokutował. W tej sytuacji kierowana przez kard. Ratzingera Kongregacja Nauki Wiary zawiesiła swoje procedury - i, moim zdaniem, biorąc pod uwagę ów kontekst, można to zrozumieć. To zaś, co dziś przy tej okazji dzieje się w mediach, uważam za antypapieską nagonkę. Pikanterii dodaje fakt, że w roli głównego oskarżyciela, bezkrytycznie cytowanego przez „New York Times", występuje były arcybiskup Milwaukee Rembert Weakland, który musiał ustąpić ze stanowiska ze względów obyczajowych.
Bardziej dyskusyjny jest drugi przypadek, ujawniony przez prasę niemiecką. Otóż Joseph Ratzinger - kiedy był arcybiskupem Monachium - przyjął do swej diecezji ks. Petera Hűllermana z Essen, podejrzewanego o molestowanie nieletnich. Ksiądz ten miał poddać się terapii, w której skuteczność w tamtym czasie i w tamtych kręgach powszechnie wierzono, tymczasem niemal od razu skierowano go do pracy duszpasterskiej. Stolica Apostolska i Kościół w Niemczech twierdzą dziś, że decyzję tę - bez wiedzy Ratzingera! - podjął wikariusz generalny ks. Gerhard Gruber. To możliwe, warto jednak pamiętać, że ostateczną odpowiedzialność za diecezję ponosi zawsze jej ordynariusz. Byłoby zatem rzeczą «godną i sprawiedliwą», gdyby Papież osobiście się do tej sprawy odniósł. Dobrą okazją ku temu - niestety, z tego punktu widzenia nie w pełni wykorzystaną - było ogłoszenie przezeń listu do Kościoła w Irlandii (19 marca) poświęconego skandalowi pedofilii. Listu skądinąd bardzo przejmującego i przepełnionego bólem. Szkoda też, iż Benedykt XVI nie wykorzystał symboliki mycia nóg w czasie liturgii Wielkiego Czwartku. Bo przecież zamiast dwunastu księży, przed którymi ukląkł, mogła się tam znaleźć choć jedna ofiara molestowania. Jednak takich możliwości jest wiele i wciąż mam nadzieję, iż Biskup Rzymu znajdzie sposób, żeby publicznie podjąć jakiś akt skruchy - w imieniu własnym i Kościoła. Moim zdaniem, byłby to gest profetyczny i wielki.
Inna rzecz, że Kościół rzymskokatolicki - zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych I Europie - czuje się ostatnio traktowany jak chłopiec do bicia. Duża część opinii publicznej patrzy nań jak na organizację przestępczą, opartą na strukturze mafijnej. Nic dziwnego zatem, że wielu katolików zamiast okazywać skruchę, poczuwa się raczej do obrony Kościoła i manifestowania solidarności z Papieżem. Tak jak wspomniany o. Raniero Cantalamessa, który - cytując w Wielki Piątek anonimowego żydowskiego przyjaciela - przyrównał obecną fobię antykościelną («posługiwanie się stereotypami i przechodzenie od odpowiedzialności osobistej do zbiorowej») do... antysemityzmu. Porównanie to (zwłaszcza dla Żydów, ale także dla ofiar pedofilii) jest szokujące - i sam kaznodzieja później za to przeprosił - ale czy na pewno nie ma dlań żadnego uzasadnienia?!”
Wyważa również Stempin, choć podaje wiele wiadomości potwornych. Zajmuje się samym terenem Niemiec, skąd wystarczy jeden przykład: „Moje pierwsze doświadczenie seksualne to ejakulacja ojca P. na moich plecach" - oświadczył jeden z czterdziestu mężczyzn będących ofiarami przemocy mnichów z klasztoru w Ettal.

Stempin pisze dalej tak o samej dyskusji niemieckiej:
”Większość biskupów niemieckich opowiada się za współpracą z prokuraturą i szybkim wyjaśnieniem przypadków pedofilii popełnionych przez przestępców w sutannach. Krzykliwa mniejszość woli jednak zachować dotychczasową autonomię Kościoła i trzymać państwowych urzędników z dala od swoich spraw. Ustami biskupa Ratyzbony Gerharda Miillera oskarżyła ona media o prowadzenie antykatolickiej kampanii. Jako głównych oskarżonych wskazała nie pedofilskich księży, lecz... rewolucję kulturową 1968 roku, winną «rozerotyzowania społeczeństwa». Taką retoryką twardogłowi dolewają tylko oliwy do ognia, radykalizując przeciwników, którzy z kolei uważają, że samooczyszczenie Kościoła to za mało. W samych Niemczech ludzie sceptycznie podchodzący do wewnętrznej odnowy Kościoła wskazują na fakt, że po skandalach pedofilskich w Stanach Zjednoczonych ordynariusz szczególnie skompromitowanej diecezji bostońskiej kardynał Bernard F. Law ustąpił wprawdzie ze stanowiska (udowodniono mu, że krył księży pedofilów przed prokuraturą), ale potem powierzono mu zaszczytną godność archiprezbitera rzymskiej Bazyliki Santa Maria Maggiore, co wielu uważa za jego rehabilitację.
Fakt, że w prasie i telewizji niemal codziennie pojawiają się doniesienia na temat skandalów w Kościele, sprawia jednak, że w społeczeństwie powstał nieco przesadzony obraz nadużyć duchowieństwa. Koryguje go kryminolog z Hannoveru Christan Pfeiffer. Na 138 tysięcy przypadków napastowania małoletnich w latach 1995-2009 w Niemczech jedynie 0,1 procent przypada na duchownych. Zatem, zdaniem Pfeiffera, «Kościół katolicki stoi wobec problemu jakościowego, a nie ilościowego». Jego przyczyn katolicy świeccy upatrują w obowiązkowym celibacie duchownych. Przyciąga on w dużym stopniu mężczyzn, którzy pod dachem kościoła mogą uniknąć konfrontacji z własną zaburzoną seksualnością, a w zamian za deklarację seksualnej abstynencji uzyskują aprobatę, status i niezłe pieniądze. Tyle tylko, że ten, kto jest seksualnie niedojrzały (także do prawdziwej abstynencji), szybko ulegnie presji własnej seksualności. Według Eugena Drewermanna, niemieckiego teologa i psychoterapeuty, także duchowni nie będący pedofilami cierpią na nerwice na tle seksualnym, co otwiera drzwi patologii i charakterologicznym dewiacjom. Celibat rodzi jeszcze jeden, poważniejszy problem. Tuszowanie afer przez biskupów w imię zachowania twarzy zdaje się mieć związek z wysokimi wymaganiami, jakie w kwestii moralności seksualnej przed wiernymi stawia Kościół.”

I tu jest, zgodnie z niemieckim właśnie przysłowiem, pogrzebany pies. Problem jest ilościowy, nie da się zaprzeczyć, a nawet trzeba powtarzać - ale również jakościowy. Nie chodzi mi tu o celibat, który jest rozdziałem osobnym (na szczęście na szczytach coś ruszyło, jeżeli za otwartą dyskusją na ten temat wypowiedział się także dotąd umiarkowany w poglądach kardynał wiedeński Schönborn). Chodzi mi o to, że Kościół jest miastem na wzgórzu i solą ziemi, co więcej, w sprawach seksu wymaga szczególnie dużo, zatem jedno takie okropne świństwo na terenie eklezjalnym kłuje w oczy, jak sto pozakościelnych. I trudno się dziwić, że kościelną sól się depcze, gdy okazuje się niewiele warta.

Tyle tylko, że deptanie akurat personalnie Benedykta XVI wydaje mi się przesadne. Oprócz powodów, które podał Poniewierski, jest jeszcze taki, o którym przeczytałem niedawno w „Polityce", w wywiadzie z Tomaszem Polakiem, niegdyś księdzem Węcławskim. Był on mianowicie promotorem sprawy arcybiskupa Paetza, położenia kresu jego molestowaniu kleryków (czyli nie pedofilii, co prawda, ale czegoś podobnego, bo wykorzystywania podległości kościelnej dla wymuszania seksu). Jako członek Międzynarodowej Komisji Teologicznej znał jej ówczesnego szefa, kardynała Ratzingera, i dał mu poznać poznańską nieprawość. Ważne jest to, co mu powiedział przyszły papież: żeby wysłał oficjalne pisma w tej sprawie do jego Kongregacji Doktryny Wiary, ale też do dwóch innych dykasterii. Oczywiście dlatego, że hamulce w tej sprawie działają gdzie indziej. Nie wiemy od Polaka, co to były za urzędy watykańskie, ważne jest jednak, że dzisiejszy papież już wtedy próbował walczyć z tą kościelną zbrodnią. Oddawajmy mu zatem sprawiedliwość.

00:44, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 sierpnia 2010
My, gromada płazów

Księga Habakuka 1,12-2,4

”Czyż nie jesteś odwieczny, o Panie, Boże mój, Święty? Przecież nie pomrzemy! Na sąd przeznaczyłeś, o Panie, lud Chaldejczyków, dla wymiaru kary zachowałeś, Skało moja. Zbyt czyste oczy Twoje, by na zło patrzyły, a nieprawości pochwalać nie możesz. Czemu jednak spoglądasz na ludzi zdradliwych i milczysz, gdy bezbożny niszczy uczciwszego od siebie? Obchodzi się z ludźmi jak z rybami morskimi, jak z gromadą płazów, którą nikt nie rządzi. Wszystkich łowi na wędkę, zgarnia swoim niewodem albo w sieci gromadzi, krzycząc przy tym z radości. Przeto ofiarę składa swojej sieci, pali kadzidło niewodowi swemu, bo przez nie zdobył sobie łup bogaty, a pożywienie jego stało się obfite. Ciągle na nowo zarzuca swe sieci, mordując ludy bez litości. Na moich czatach stać będę, udam się na miejsce czuwania, śledząc pilnie, by poznać, co przemówi do mnie, jaką odpowiedź da na moją skargę. I odpowiedział Pan tymi słowami: - Zapisz widzenie, na tablicach wyryj, by można było łatwo je odczytać. Jest to widzenie na czas oznaczony, lecz wypełnienie jego niechybnie nastąpi; a jeśli się opóźnia, ty go oczekuj, bo w krótkim czasie przyjdzie niezawodnie. Oto zginie ten, co jest ducha nieprawego, a sprawiedliwy żyć będzie dzięki swej wierności”.

Jak widać, utalentowani literacko byli nie tylko autorzy Księgi Izajasza. I widać, że Naród Wybrany umiał dyskutować z Bogiem. Ale słuchał Go pilnie i Mu wierzył. Co prawda, nie zawsze, w każdym razie często była to wiara słabiutka, raczej bez uczynków.

08:54, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 06 sierpnia 2010
Być jak Pepi

Ewangelia Łukasza 9,28b-36

Dziś chrześcijańskie święto Przemienienia. Dzień pamiątki wydarzenia opowiedzianego w Ewangeliach: Jezus zabrał najbliższych Mu uczniów na „górę wysoką" i ukazał się im jako ktoś sponad ziemskiego świata.

Mieć wizję mistyczną. Otrzymać potwierdzenie wiary i rozumowania, że ten świat nie jest jedyny, że istnieje nieporównanie lepszy. Nie było mi to dane, żaden ze mnie mistyk, jestem empiryk całkiem zwyczajny.

Niemniej są też niezwykłe przeżycia bardziej ziemskie: kiedy człowiek nagle dochodzi do wniosku, że musi się zmienić. Albo i nie nagle, bo taka decyzja dojrzewa nieraz powoli, ale w pewnym momencie obracamy ostro życiową kierownicą, porzucamy własną bylejakość.

Kogo podać tu za przykład takiego zwrotu o 180 stopni? We wtorek wiele oczu wpatrzonych było w warszawski Pałac Prezydencki, w krzyż, co był niemal jak miecz rozcinający Polskę - a tam przecież stoi pomnik kogoś, kto ostro podzielił swój życiorys. Siedzi na koniu dawny złoty młodzieniec Pepi Poniatowski, co stał się potem narodowym bohaterem.

Być jak on. Nie żeby zaraz zasiąść na pomniku, wystarczy nagroda jeszcze wyżej. To rada też oczywiście dla mnie samego.

14:41, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
Papież jako Piotr Apostoł, karcony przez Apostoła Pawła

Wpis na czwartek 5 czerwca

Ewangelia Mateusza 16, 17-19
17. „Odpowiadając zaś, Jezus rzekł mu: - Błogosławiony jesteś Szymonie, synu Jonasza, albowiem ciało i krew nie objawiały ci, lecz Ojciec mój, który jest w Niebiosach.
18. I ja ci mówię, że ty jesteś Piotrem i na tej skale zbuduję Kościół mój i bramy Hadesu nie przemogą go.
19. Dam ci klucze Królestwa Niebios i co byś związał na ziemi, będzie związano w Niebiosach, i co byś rozwiązał na ziemi, będzie rozwiązane w Niebiosach"
.
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Zacznę nie od filologii - od anegdoty. Pewien papież poszedł do Niebios, ale trafił tam późną porą i nie może się dostukać. W końcu jednak święty Piotr się budzi, ale otwierając pyta zeźlony: - No co, własnych kluczy nie masz?... Mam nadzieję, że nikogo nie zgorszyłem.

A my greckiego Jonę nazwaliśmy po prostu Jonaszem. Mógłby też być „syn Jana", bo tak mamy w Ewangelii Jana 21, 15-17. „Dowcip" polega na tym, że Jonasz (oraz Jona) jest swoiście skróconą wersją imienia Jan, które w hebrajszczyźnie brzmi Johanan lub Jehohanan. Problem gry słów „Petros" - „petra" rozwiązaliśmy w sposób pewnie średni, ale na kalambury nie ma rady. Trzeci nasz pomysł to dosłowne tłumaczenie greckiego „Hadesu": tak Ewangelia nazywa żydowski Szeol.
No i wreszcie trochę eklezjologii. Spór o papieża podzielił chrześcijaństwo trzy razy. Na Wschód i Zachód, na katolicyzm i protestantyzm, wreszcie - w wieku XIX - od Rzymu oderwali się starokatolicy, odrzucający dogmat o prymacie i nieomylności papieża. Ten trzeci rozłam wynikł tylko ze sprawy władzy papieża, pierwszy - głównie, drugi - także, we wszystkich jednak trzech rozłamach przedstawiano urząd biskupa Rzymu jako skalany ciężkim grzechem.

Od Vaticanum Secundum następuje swoista rehabilitacja kościelnej centrali. Proces ten mógłby mieć - i chyba ma po obu stronach - ewangelijną wizję Piotra, który był bezspornie przywódcą wyróżnianym przez Jezusa, ale był raczej pierwszym wśród równych. W tym sensie, że nikt z Dwunastu nie uważał go za monarchę, a nawet Paweł skarcił go publicznie, pochwalił się tym nawet w Liście do Galatów i owa epistoła znalazła się wręcz w Piśmie Świętym!

Nowe samorozumienie papieża widać w zewnętrznych oznakach jego władzy. Rewolucyjny Jan XXIII (pontyfikat 1958-1963) zniósł groteskowy obyczaj całowania następcy Piotra (domniemanego: następstwo to nie jest bynajmniej oczywiste dla innych chrześcijan) - w stopę. Za dalszych papieży znikła również lektyka, monarchiczna tiara, „pluralis majestatis". Zwiększyła się kolegialność władzy: są synody biskupów, oni sami są mniej niż dawniej urzędnikami rzymskiego władcy, zwiększyła się znacznie kościelna wolność słowa. Ale i ona pozostawia dużo do życzenia, wciąż obowiązuje teologia tworzona na rzymskim dworze, jakim jest tamtejsza kuria. Centralizacja Kościoła katolickiego jest wciąż nieporównanie większa niż była w pierwszych wiekach, dalszych też zresztą.

Dogadywanie się z prawosławiem cieszy: raduje wizja polskiego arcybiskupa prawosławnego Jeremiasza, w której papież byłby nie tylko pierwszym honorowym, miałby władzę zbliżoną do marszałka Sejmu, nawet większą, byłby naprawdę zwornikiem chrześcijaństwa, jakimś superpatriarchą całej tej wspólnoty. Oby tylko Zachód katolicki nie dogadywał się ze Wschodem prawosławnym głównie na podstawie wspólnej niechęci do liberalizmu, zakorzenionego w protestantyzmie, którą to niechęć widać nie tylko u Benedykta XVI, także u patriarchy moskiewskiego Cyryla.

I oby nie wracała koncepcja ekumenizmu jako powrotu do Rzymu, którą dostrzec można w pomyśle przechodzenia doń biskupów anglikańskich, oburzonych u siebie biskupstwem kobiet. Niech ruch ekumeniczny nadal będzie wspólnym, „promienistym" marszem do Chrystusa! A święty Piotr pośmiertnym odźwiernym niebieskim niech będzie oczywiście dalej...

PS. Na Zachodzie jest papież, na Wschodzie patriarcha Konstantynopola, noszący nawet tytuł „ekumeniczny". Ranga nie ta sama, nikt na Wschodzie tak nie twierdzi, ale porównywalna. No i porównuję obyczaje obu. Wytłumaczył mi to fajnie mój przyjaciel z ambasady w Moskwie: - Janku, patriarchę spotkałem kiedyś w toalecie, papieża nie mógłbym... Następca Piotra jest głową państwa - w tym też rzecz. Co ma dużo dobrych stron, jest polityczną osłoną dla Kościoła katolickiego (a trochę i dla innych Kościołów), ale do rybactwa Piotra pasuje słabo.

14:39, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
środa, 04 sierpnia 2010
Dziewica. „Seks jest boski, czyli erotyka katolika"

Księga Jeremiasza 31, 4
„Znowu cię zbuduję i będziesz odbudowana, Dziewico-Izraelu"

Słowa te padają w przepowiedni ponownej radości: Izrael wróci do swojej ojczyzny. Prorok powinien nie tylko „podkręcać", moralizować - także podnosić na duchu, pocieszać. Mówić, że klęska nie jest wieczna.

Ja tu jednak zajmę się tylko słowem „Dziewica". Brzmi ono dziś „obciachowo". Gdy arcybiskup Życiński („taki nowoczesny"...) „konsekrował dziewice", znajomy publicysta laicki pytał mnie, co to znaczy. Otóż znaczy to, że jakaś osoba ślubuje, że nie wyjdzie za mąż (ani oczywiście nie poszuka sobie „partnera"), niemniej termin ten pachnie pruderią czy raczej absurdalnym stosunkiem do seksu.
Tyle tylko, że dziś dawna diabolizacja seksu ustąpiła miejsca deifikacji. Kultura machnęła się mocno w drugą skrajność.
Starożytni Żydzi nie byli, co prawda, pruderyjni, uważali wręcz, że przedłużanie rodu jest sprawą niemal świętą. Co prawda również, celibat kapłanów jest ideą chrześcijańską i to znacznie późniejszą. Niemniej - jak widać właśnie w dzisiejszym wersecie - dziewiczość jako taka nie była bynajmniej wartością ujemną. Symbolizowała duchową czystość, wierność, opanowanie.
To też oczywiście cnoty chrześcijańskie. Prawdą jest też jednak z kolei, że manicheizm naznaczył tę religię na długie wieki. I błogosławieni ci, co próbują ją uwolnić od tej groźnej herezji.

Parę lat temu na polskim niebie kościelnym zabłysła gwiazda znacznej wielkości. Kapucyn ojciec Ksawery Knotz zaczął walczyć z pogardą dla ciała i wstrętem do seksu. Kolejna jego książka to rozmowa rzeka, jaką zrobiła z nim Krystyna Strączek (publikacja w Znaku 9 września). Rzecz zwie się pociągająco „Seks jest boski, czyli erotyka katolicka" i na pewno jest cennym wkładem w katolicką dyskusję o „tych rzeczach".
Autor mówi śmiało: „Teologię ciała Papież głosił na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Możemy zapytać: dlaczego nic z nią jako Kościół nie zrobiliśmy? Czy dlatego, że nikomu nie zależało na relacji mężczyzny i kobiety? Łatwiej przecież nakrzyczeć na homoseksualistów, przekląć aborcję i in vitro i mieć sprawę ludzkiej seksualności załatwioną, niż tłumaczyć, dlaczego Bóg w trudzie i mimo naszego oporu chce nas odkupić razem z naszym ciałem". Analiza biblijnej opowieści o początku rodzaju ludzkiego jest też w książce nowatorska. Oraz wiele mówiące są „ramki" zawierające opowieści mężów i żon o ich życiu seksualnym i religijnym. Na przykład relacja o dwóch spowiedziach: żony przepytywanej dokładnie o pigułki i prezerwatywę oraz męża, którego ten sam ksiądz zostawił pod tym względem w spokoju. Znam to, znam! Antyfeminizm obleśny!

Mniej nowatorska, ale to nie znaczy, że niesłuszna, jest w książce analiza (apologia) wierności małżeńskiej. ”Skoki na boki" to przecież brzydka rzecz nie tylko dla chrześcijan. Ale są dla mnie w myśleniu ks. Knotza jakby jakieś zahamowania. Bo owszem, zgadzam się, że ideał dziewiczości w czasie przedślubnym trzeba usilnie lansować. Powtarzam jak mantrę, że seks jest prawie jak woda: bardzo wielu ludziom konieczny do życia, niemniej powódź nikomu nie służy. Tyle tylko, że zaczynanie pełnego seksu przed ślubem (z nastawieniem na małżeństwo) to jednak nie „cudzołóstwo": wspólne łóżko dwóch ludzi wolnych nie jest cudze.
No i nieśmiertelny problem antykoncepcji. Wciąż dla mnie dziwnej obrony metod ”naturalnych” argumentem, że przecież sama natura stwarza w życiu kobiety możliwość regulacji poczęć, bo są dni bezpłodne. Tyle tylko, że naturalne zapotrzebowanie na pełny seks w owe dni jest często znacznie mniejszy. Nie jest tak, jak u zwierząt, ale całkiem inaczej też nie jest. No i poza tym: co mają robić na przykład żony marynarzy?
I w tych sprawach jest jednak ojciec Ksawery dużo rozumniejszy niż wielu duszpasterzy, nie mówiąc o autorach instrukcji eklezjalnych, którzy taką rozumność u księży zwalczają. Różni się też zakonnik od pewnej świeckiej instruktorki na kursach przedmałżeńskich, która z „nupturientami" nie odrzucającymi antykoncepcji w ogóle nie chciała rozmawiać. Ten polski duchowny jest naprawdę duchowy, bardzo ciepły.

I walczy obosiecznie. Bardzo wyraźnie krytykuje parafie, które nie są żadnymi wspólnotami, w ogóle polskie duszpasterstwo („arcypasterstwo" również), które „nie myśli kategoriami wiary, tylko tradycji i siły instytucji". Katecheza szkolna jest według niego absolutnie niewystarczająca. Pisze też: „Dlaczego bierzmuje się nastolatków? Bo jeszcze mamy nad nimi władzę. Gdy dzieci skończą liceum, rozpraszają się po świecie. Każdy musiałby sam prosić o bierzmowanie, dokonując świadomego wyboru chrześcijaństwa. Pewnie zdecydowałoby się niewielu. I czy tak nie byłoby lepiej?" Wreszcie zdanie tak różne od naszego kościelnego samochwalstwa: „Na Zachodzie Kościół przynajmniej zdaje sobie sprawę z tego że jest mały - w tym sensie sytuacja jest bardziej klarowna. Ludzie wybierają uczciwiej".

Książka księdza Knotza jest niewątpliwie uczciwa. Chwała mu za to i cześć.

15:03, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
wtorek, 03 sierpnia 2010
On JEST. Krzyż

Ewangelia Mateusza 14, 25-27

25. „O czwartej straży nocnej przyszedł do nich, idąc po morzu.
26. Uczniowie zaś, widząc Go idącego po morzu, przestraszyli się i mówili, że to zjawa, i krzyczeli ze strachu.
27. Zaraz zaś przemówił do nich, mówiąc: - Odwagi, JA JESTEM, nie bójcie się!"

Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Na wniosek pastora Kwietnia piszemy słowa, którymi Jezus przedstawia się uczniom, dużymi literami. Można bowiem tę autoprezentację skojarzyć z tamtą, którą Bóg Izraela przedstawia się Mojżeszowi w krzaku ognistym na Synaju. Tamta ma różne tłumaczenia, ale jest i takie, że Jego istnienie, zwane przez tomistów koniecznym (gdy inne byty istnieją tylko przygodnie, mogłyby nie istnieć), stanowi niezawodne oparcie. Gdy istnieje taka arcypotężna opoka, nie mamy się czego bać.
Ale na to trzeba jeszcze jednego: wiary potężnej. Zaraz dalej Piotr idąc po wodzie zaczyna tonąć, bo nie uwierzył dość mocno.
Może szatan działa przede wszystkim depresją i innymi odchyłkami psychicznymi. Ewangelia zaznacza, że uczniowie przestraszyli się o czwartej straży nocnej, czyli między trzecią a szóstą rano: wtedy najtrudniej pokonać senność, a więc i najtrudniej o trzeźwe patrzenie wokół siebie.
Jesteśmy słabi. Byle co każe nam myśleć, że szklanka jest aż do połowy pusta, nie że jest pełna do połowy. Że - to tytuł niejednego tekstu chrześcijańskiego pocieszającego głęboko - wszystko będzie dobrze. Twardymi optymistami są tylko święci: bohaterowie zresztą z całkiem różnych parafii.
Przeznaczono nam też na dzisiaj wizję z Księgi Jeremiasza (30, 1-2. 12-15. 18-22), gdzie Pan (Jahwe) powiada: „Oto przywrócę znowu namioty Jakuba i okażę miłosierdzie nad jego siedzibami. Miasto zostanie wzniesione na swych ruinach, a pałace staną na swoim miejscu". Fortuna kołem się toczy, spod woza wyłazimy na jego siedzenia.
Czasem jednak dopiero TAM. Tragizm naszego losu. Ale jeśli wierzyć, że On JEST i jest i nieskończenie dobry, to nie tragedia, to tylko dramat.

A o krzyżu na Krakowskim Przedmieściu myślę tak.

W tłumie pod Pałacem Prezydenckim, w którym stałem, by na własne uszy usłyszeć ten kawałek Polski, padały słowa najróżniejsze. Ludzie folgowali sobie, mamy przecież wolność. Jedno słowo jednak opisuje dobrze sytuację: ”Hańba”. Rzeczywiście.
Można pocieszać się, że krzyż milion razy znaczył coś wręcz przeciwnego niż zamiar Tego, który na nim poniósł śmierć. Różnych Krzyżaków nie brakowało nie tylko na Pomorzu pod koniec średniowiecza.
Mamy jednak - zdawałoby się - inne czasy. Wydawałoby się: no właśnie.
Mnie się też wydawało wczoraj rano, że ludzie pokrzyczą, poobrażają prezydenta elekta wolnej Polski, jak żadnego dotąd - i ustąpią delegacji z księżmi na czele.
Czy ustąpiliby, gdyby przemówił do nich arcybiskup metropolita warszawski? Nie wiem, czują się silni, mają za sobą potężną partię polityczną i mocną rozgłośnię mieniącą się katolicką. Pewnie uważają, że tych paru księży, którzy do nich przyszli, to nie żadna władza kościelna. Harcerze to też dla nich Żydzi... Ale należało spróbować.
Problem jest oczywiście także państwowy, nawet przede wszystkim. Krzyżem walczy się przecież z demokracją. I walczy się twardo, pierwsza bitwa została przegrana. Jeszcze dotąd tak nigdy nie było.
Sytuacja jest bardzo poważna. Demokracja jest młoda i słaba, Kościół stary i potężny tradycją. Jeśli nawet lokalizacja krzyża w mieście to raczej nie sprawa kościelna, jeśli nawet demokracja powinna raczej bronić się sama, to o sens krzyża powinien zadbać Kościół. Prezydium Episkopatu, prymas Polski, kardynał krakowski. Choćby tylko o to.
Muszą wziąć odpowiedzialność, rzucić na szalę swój autorytet. W interesie Kościoła, w interesie Polski. Nie ma Papieża, który uważał, że krzyża w Auschwitz być nie powinno i w ten sposób sensu krzyża bronił.

PS. Co oznacza decyzja zainteresowanych instytucji i organizacji, żeby krzyż zostawić, nie wiem. Mądry głupiemu ustąpi? Czyli krzyżem można spokojnie manipulować politycznie? Czyli państwo jest słabsze niż kilkudziesięciu fanatyków?

18:23, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 02 sierpnia 2010
O czym myślał wtedy sam na sam

Ewangelia Mateusza 14,13

„Gdy Jezus usłyszał o śmierci Jana Chrzciciela, oddalił się stamtąd w łodzi na miejsce pustynne, osobno.”

Analizę wersetu zacznijmy od końca. Pustynia kojarzy się nam z piaskiem. Mamy nawet trochę takiego terenu u nas: Pustynia Błędowska, różne pustynki nadmorskie (największa chyba w Łebie). Niemniej miejsca pustynne, które odwiedził Jezus, o wiele bardziej przypominają skaliste przestrzenie Tatr i Karkonoszy. Gdy jedzie się przez Ziemię Świętą, widzi się stale takie odludzia z daleka i z bliska: jest to kraj obficie górzysty, a te góry są na ogół gołe.

I na takie miejsce oddalił się Jezus po śmierci krewniaka, który był Jego promotorem. Udał się - by użyć wyrażeń niedzisiejszych - „na osobność” (mówiono też dawniej gdzieniegdzie: „na ustęp”). Chciał być sam. Miał podobną potrzebę nieraz, bo gdy rozpoczął działalność publiczną, po pierwszych cudach, wnet rzadko kiedy nie był wśród tłumu. Gdyby jednak nawet nie był tak wziętym prorokiem, potrzebował często pustyni, by medytować. A już szczególnie teraz, gdy Jego poprzednik został zamordowany.

Nawet gdyby nie miał nadludzkiej zdolności patrzenia w przyszłość, nie mógłby się uwolnić od myśli, że Jego los może być podobny. Przecież sam ukuł przysłowie, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. A prorok z istoty swego powołania „rozrabia”. Jest przeciwieństwem dyplomaty, ale nawet i każdego zwyczajnego działacza, który wie, że bat musi iść w parze z marchewką. A On walił biczem słowa, czasem nawet - w Świątyni - biczem z postronków. I to bił raczej nie tych, których uważano za grzeszników, tylko ważne osoby przy władzy. Może już wtedy zaczął się modlić słowami z Ogrójca: „Ojcze, odwróć ode mnie ten kielich...”

O czym jeszcze myślał? Może o samym Janie, synu Zachariasza. Może porównywał go ze sobą. Może przypomniał sobie delegację uczniów Janowych, która pytała Go w imieniu swego uwięzionego mistrza, czy aby na pewno jest On Mesjaszem, czy też „innego czekamy” (Mt 11,2-6, Łk 7,18-23). Czytelnicy Ewangelii z biblistami na czele zastanawiają się, co oznaczało to pytanie. Biblia Poznańska pisze nawet o hipotezie, że „pod wpływem ciężkich warunków więziennych Jan zachwiał się w swoich dotychczasowych przekonaniach o mesjańskim posłannictwie Jezusa”. Przypuszczenie to odpiera tamtejszy komentator argumentami, że przecież Jan był niezłomnego ducha, zwątpienie doń nie pasuje, a warunki więzienne musiały być niezłe, bo Herod nie żywił nienawiści do tego proroka (nawet - ale zaznacza to tylko Marek - był pod jakimś jego duchowym wpływem). Być może zatem - przypuszcza Poznanianka - Janowi chodziło tylko o to, żeby Jezus wyraźnie przedstawił się jako Mesjasz. Może teraz, na pustyni, zastanawiał się, czy Jego odpowiedź była aby na pewno wystarczająca, czy Jego odwołanie się do czynionych przez Niego cudów wystarczyło Janowi. Jemu może nie trzeba było żadnych dowodów, ale chodziło o wiarę Janowych uczniów i w ogóle ludu. Co do uczniów Jana, ich stosunku do Jezusa, sprawa nie jest prosta: z Dziejów Apostolskich (19,1-7) dowiadujemy się, że tacy odrębni „joannici” istnieli jeszcze długo po Zmartwychwstaniu. A co do całego ludu? Chyba jest oczywiste, że zgoła niecały uwierzył w posłannictwo mesjańskie proroka, który był tak inny od wyobrażeń i oczekiwań Izraela. Może, a raczej na pewno, Jezus przewidywał podobny obrót Jego własnej sprawy.

A może myślał o innych ludziach Mu bliskich. O swoich braciach, którzy uwierzą weń dopiero wtedy, gdy już wróci do Ojca. O swojej Matce, którą może buntowali przeciw Niemu, bo mało kto jest prorokiem we własnej rodzinie. O Dwunastu, z których jeden miał Go wydać, a inni nie zdradzą Go, ale Piotr się Go wyprze, inni uciekną, zostanie tylko najmłodszy z nich. O Marii z Magdali, która zakochała się w Nim po uszy, a On może i lubił ją bardziej niż inne kobiety chodzące z Nim. O trojgu przyjaciół w Betanii, jeśli już wtedy zaprzyjaźnił się z nimi serdecznie.

Przede wszystkim jednak na pewno myślał o swoim Ojcu. Współmyślał. Modlił się.

15:39, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
Archiwum