Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Żaden prorok... Czytajcie Poniewierskiego!

Ewangelia Łukasza 4,16-30

”Jezus przyszedł do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, natrafił na miejsce, gdzie było napisane: «Duch Pański spoczywa na mnie, ponieważ mnie namaścił i posłał mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok łaski od Pana». Zwinąwszy księgę, oddał słudze i usiadł, a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione Począł więc mówić do nich: - Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli. A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: - Czy nie jest to syn Józefa?. Wtedy rzekł do nich: - Z pewnością powiecie mi to przysłowie: «Lekarzu, ulecz samego siebie»; dokonajże i tu w swojej ojczyźnie tego, co się wydarzyło, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum. I dodał: - Zaprawdę powiadam wam: żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Naprawdę mówię wam: wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman. Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak przeszedłszy pośród nich oddalił się.”

Opowieść dość niezwykła. Nie tyle dlatego, że krajanie odrzucają rodaka. Powiedzenie Jezusa, że „żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie", nie tylko dzisiaj jest niemal przysłowiem, oczywistością : wynikało ze starotestamentalnej historii Izraela, sprawdziło się nie tylko w życiu Jezusa: przedtem też Buddy i Sokratesa. Syn jakiegoś rzemieślnika, a tak się mądrzy - myśleli sobie nazaretanie i może nawet trudno im się dziwić: czyż mało jest ludzi cenionych bardzo w miejscu pracy, dużo mniej w domu. Że to często także ich wina, to inna sprawa. Tu winy Jezusa nie było.

Czyżby? I tu zaczynają się dziwności tej opowieści. Przecież widać w niej, jakby Jezus sam sprowokował rodaków. Wynika to wyraźnie z wersji Łukaszowej, choć tylko z niej: synoptycy korzystali z podobnych źródeł, ale opracowywali je różnie. Czytamy zatem u Łukasza, że „wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego". Czyli wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że Jezus zaczął nagle wymyślać mile doń nastawionym słuchaczom. Co to znaczy?

Wytłumaczył mi to ksiądz Michał Czajkowski: nie „psychologizujemy". Nie szukajmy spójności myślowej w narracji ewangelijnej. To ani nie powieść psychologiczna, ani w ogóle nie powieść dzisiejsza, ani nie żaden reportaż historyczny. Czasem zresztą - pewnie właśnie i tutaj - widać „niedoróbki" redaktora opracowującego nie zawsze porządnie zebrane materiały. Biblia Poznańska zwraca uwagę też na odwołanie się do znaków w Kafarnaum, chociaż nie ma nic o tym poprzednio w tekście.

Zaskakuje dalej próba zamachu dokonana przez rodaków, o czym też nie ma ani słowa u innych synoptyków. Nie ma wreszcie u nich Jezusowego zacytowania przysłowia: „Lekarzu, ulecz się sam"; to zresztą u Łukasza nie dziwi, by pewnie był wśród swych uczoności również lekarzem.

Lektury

Miesięcznik krakowski „Znak" zaczyna swoje zeszyty od paru wstępnych felietonów pióra między innymi Janusza Poniewierskiego. Autor świetnej biografii Papieża „Pontyfikat" (na szczęście czysta faktografia, nie beletrystyka czy nastawiona na sensację żurnalistyka), wzruszających, ale starannie wybranych „Kwiatków Jana Pawła II", waży słowa, ale pisze odważnie. Potrafił bronić Benedykta XVI przed prasowymi atakami nań za stanowisko wobec antykoncepcji wyrażone podczas podróży afrykańskiej. Słusznie, bo ja też uważam, że tu prasa także polska, także „GW" przesadziła. Po prostu uważam, że sama prezerwatywa problemu AIDS nie rozwiąże - chodzi o postulowaną przez B XVI humanizację seksu - choć bywają przypadki, kiedy tylko ona uchroni drugą osobę przed zarażeniem. A Poniewierski zaznacza, że w ogóle nie jest bezkrytycznym entuzjastą wszystkich decyzji papieża Ratzingera.

To było w numerze majowym; przedtem w kwietniowym Poniewierski zastanawiał się, czemu kardynał Dziwisz nie został przewodniczącym Episkopatu, choć nieoficjalnie wiadomo, że jednak kandydował (wahał się). Podobała mi się puenta tekstu, w której dał wyraz ufności, że nie zaszkodziły krakowskiemu następcy kardynała Wojtyły mocne słowa na temat braterstwa chrześcijan i Żydów. Wyraził ufność, ale z wielokropkiem sugerującym, iż ta ufność pewnością nie jest... Janusz jest mi bardzo bliski intelektualnie i duchowo między innymi przez swój głęboki ekumenizm: głęboki, bo płynący z głębokiej wiary chrześcijańskiej.

W numerze czerwcowym „Znaku" Poniewierski pisze o spadku wskaźników religijności w Polsce i do różnych przyczyn tego zjawiska działających z zewnątrz Kościoła (niż demograficzny, agresywny antyklerykalizm prasy, współczesna kultura wyzwalająca lęk przed decyzjami na całe życie) dodaje - cytując arcybiskupa Władysława Ziółka - słabe świadectwo księży. Podaje statystyki: wśród kilkuset katolików zaangażowanych w życie parafii aż 40 proc. przyznało, że zna księży chciwych i lekceważących wiernych, a 26 proc. - żyjących w konkubinacie. Szczególnie to drugie mnie zaskoczyło, choć pierwsze też oczywiście.

A w numerze wakacyjnym pisze autor o strasznym skandalu kościelnym w Irlandii - z refleksją kojarzącą tamtą sprawę z ogłoszonym przez papieża rokiem kapłańskim. Asocjacja absolutnie słuszna.

19:46, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 sierpnia 2009
Wielkie wyzwanie

List Jakuba 1,22
„Wprowadzajcie zaś słowo w czyn."

Rachunek sumienia dla wszystkich bez wyjątku moralizatorów. Oczywiście dla duchownych. Protestantyzm stawia bardzo duże wymagania pastorom: są wybierani przez zbory, co już samo jest kontrolą. Młodzi teologowie ewangeliccy boją się ordynacji: co z tego, że mogą się żenić: to nie jedyna dziedzina moralności.
To też wyzwanie dla mnie, bo przecież nie tylko informuję o Biblii. Wielkie wyzwanie.

12:18, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
sobota, 29 sierpnia 2009
Jan, krytyk władcy

Ewangelia Marka 6,17-29

Dziś „wspomnienie obowiązkowe" tylko, ale z własnymi tekstami Pisma i nawet prefacją, bo to dzień postaci biblijnej i to pierwszej wielkości: Jana zwanego Chrzcicielem. Ma on w Kościele katolickim miejsce poczesne: jego narodzenie 24 czerwca świętowane jest bardzo solennie, jako „uroczystość", czyli święto pięciogwiazdkowe, nawet z wieczorną mszą wigilijną. Choć w prawosławiu patron mój jest jeszcze ważniejszy: poza dzisiejszym wspomnieniem jego męczeństwa wschodni kalendarz liturgiczny pamięta również o jego poczęciu, co więcej (i dla nas trochę śmieszniej), o szczęśliwych odnalezieniach jego głowy, która - jak to bywa z relikwiami - gubiła się i to nawet trzy razy. Każdy wtorek to tam jego dzień, a starożytna hipoteza, że ominął go - jak Maryję - grzech pierworodny, nie została całkiem zapomniana.

Bo też odegrał rolę ogromną, mimo że sam się uważał tylko za herolda. Miał dalej własnych uczniów, choć paru z nich odeszło do Jezusa. Wiemy to z Ewangelii, gdzie jego uczniowie służą mu jako posłańcy do Chrystusa, i z Dziejów Apostolskich, gdzie mamy wzmiankę o uczniach Jana aż w Azji Mniejszej.

I ten Jan przeciwstawia się twardo władcy. Oburzał go Herod Antypas, który ożenił się z żoną swego przyrodniego brata (skądinąd siostrzenicą). Nie chodziło mu o sam związek najbliższych krewnych czy powinowatych, bo prawo lewiratu nakazywało nawet płodzenie potomstwa zmarłemu bratu, tylko o to, że ów brat żył. Czy Jan był w ogóle obrońcą moralności, czy tylko konkretnego prawa żydowskiego? Na pewno Antypas grzeszył także z punktu widzenia prawa katolickiego, bo Herodiada była „rozwodniczką", a on też rozwiódł się dla niej.

Ale nie każdy dzisiejszy „rozwodnik" jest mu podobny. Co prawda Marek, inaczej niż Mateusz, widzi u Antypasa jakieś dobre odruchy (chętnie słuchał Jana, choć ten go niepokoił) - ale był jednak raczej cynikiem. Na pewno nie jest porównywalny do mego przyjaciela, który ożenił się ponownie, bo pierwsza żona ordynarnie rzuciła go kantem, choć przedtem napraszała się o to małżeństwo. Co piszę, bo podobne skojarzenia przeczytałem we wspominanym tu nieraz miesięczniku „Oremus".

12:48, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
piątek, 28 sierpnia 2009
Ciężkomyślność. Augustyn

Ewangelia Mateusza 25,1-13

Znów wezwanie do czuwania: „bo nie znacie dnia ani godziny". To puenta przypowieści o pięciu pannach mądrych i tyluż głupich. Rzecz opiera się o zwyczaj czczenia pana młodego orszakiem dziewczyn niosących lampy oliwne, a dowcip polega na tym, że głupie nie zaopatrzyły się w zapas światłotwórczego płynu, który nagle okazał się potrzebny: bez płonących lampek nie wpuszczono ich na wesele. Przypowieść jest tylko u Mateusza. Komentarz Biblii Poznańskiej zauważa różne szczegóły mało realistyczne, jak na przykład to, że wschodnia gościnność nie dopuszczała zamknięcia drzwi przed kimkolwiek na weselu, które było otwarte dla wszystkich. To jednak alegoria, nie opowieść realistyczna z morałem: chodzi o gotowość na przyjście ponowne Chrystusa. Jednak i zwykły morał jest oczywisty.

No cóż, nie trzeba ryzykować. „By rozum był przy młodości" - wzdychał Jan Kochanowski. Lekkomyślność to najczęściej przywara młodości: przyszłość bywa wtedy jakąś błękitną mgławicą, w której nie widać niebezpieczeństw. Jakoś to będzie - mówimy sobie, nie lubimy niewygodnych zabezpieczeń. Mądrzy bywamy dopiero po szkodzie, młodzi szczególnie. U mnie to było tak, że bardzo martwiłem się własną głupotą, ale to znaczy tym, co było: przyszłość kłopotała mnie znacznie mniej. Bardzo powoli przestawiałem się na roztropne planowanie. I chyba przestawiłem się. Profesor socjologii Paweł Rybicki mówił podobno, że z młodości zostało mu tylko jedno: nadmierna ufność, że zdąży na czas. Co do mnie, chyba jestem naprawdę stary, bo wyzbyłem się nawet takiej resztówki tamtej mentalności. A kiedyś byłem przeraźliwie spóźnialski, myśl moja była w tej mierze lekka jak pióreczko.

Wszelako „ciężkomyślność" to też rodzaj wady. Myśl banalna: co by było, gdybyśmy byli od młodych lat starczo przezorni. Pełni roztropności, ale bez rozpędu. Nie przedsiębralibyśmy niczego większego, bo nie wiadomo, czym to grozi. Wyginąłby wtedy nasz ludzki ród... Starczy konserwatyzm szkodliwy jest także w Kościele, wspólnocie, co ma być „semper reformanda".

Dziś w Kościele katolickim dzień postaci ogromnej: świętego Augustyna. Nie jest to jednak święto, tylko liturgiczne „wspomnienie obowiązkowe", bez własnych czytań biblijnych. Historia biblijna ważniejsza niż dzieje późniejsze, a już gdy chodzi o Dwunastu, każdy z nich ważniejszy od takiego właśnie Augustyna, ma swoje święto, choć o Judzie czy Szymonie Zelocie w ogóle mało co wiemy. Co prawda, w Polsce Stanisław Kostka ma własną dekorację biblijną, więc może gdzieś i Augustyn jest w większej mszalnej cenie. Na przykład w zakonie augustianów, odeń się wywodzącym.  
To jeden z filarów chrześcijaństwa, też protestantyzmu, poza tym pisarz sławny, autor „Wyznań". Muszę wyznać, że nie czułem do niego sympatii. Sto lat temu zacząłem czytać owe „Confessiones" i szybko przerwałem lekturę: znudziła mnie ta skrupulancka opowieść, że facet wlazł do cudzego ogrodu i konsumował tam jabłka. Pomijając fakt, że nie jest to mój owoc ulubiony, zdenerwowała mnie ta spowiedź z grzechu raczej nie śmiertelnego. Co prawda, wiedziałem, że przyszły święty łajdaczył się poza tym bardziej, ale i to mnie jakoś doń nie zbliżało, choć pewnie powinienem go rozumieć, bom nie asceta.

Ale odpychała mnie od Augustyna także jego bez-nadzieja zbawienia. Wymyślił sobie, że dostać się do nieba bardzo trudno, a do piekła - łatwiutko. Że potępionych na wieki bardzo, bardzo dużo („massa damnata") - i to w wyniku jakiegoś przeznaczenia przez Boga. Myśli tej nie pociągnął na szczęście Kościół katolicki, na nieszczęście podjął Kalwin (ale już nie dzisiejsi kalwiniści). Poglądy na seks też miał biskup Hippony przedziwne, chyba nie tylko z racji młodzieńczej praktyki zgoła liberalnej: zawinił też tu manicheizm, którego się wyzbył nie całkiem.  
Mając taki stosunek do Augustyna, zdziwiłem się przed półwiekiem, gdy mi Leszek Kołakowski powiedział, że gdyby zbliżył się do chrześcijaństwa, to do jego nurtu augustyńskiego, nie tomistycznego. Tomasz z Akwinu dużo mi był bliższy przez swoje myślowe umiarkowanie, które powinno podobać się też poza Kościołem. Kołakowskiemu jednak - zrozumiałem potem - podobało się u Augustyna co innego.

Są bowiem w katolicyzmie dwa filozoficzne nurty: egzystencjalistyczny i racjonalistyczny. Kołakowskiemu bliżsi byli Augustyn i Pascal, którzy Boga szukali w religijnym przeżyciu, niż Tomasz z Akwinu, który zasłynął z pięciu rozumowych argumentów, że On jest. Choć też niedawno Kołakowski powiedział mi, że jednak Augustynowa „massa damnata" to teoria okropna.
Puenta: myśl katolicka na szczęście rozmaita jest, nie na jedno szyta kopyto. Mnie owego pluralizmu przydałoby się jeszcze więcej: bo te dwa nurty to właśnie filozofia, przydałaby się większa swoboda w teologii, etyce... Augustyn mógłby być tu patronem, ze swoim słynnym hasłem: ”Kochaj i rób, co chcesz”, choć ono nie znaczy ”hulaj, dusza...”.

17:56, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
czwartek, 27 sierpnia 2009
Czuwaj!

Ewangelia Mateusza 24, 43

„Czuwajcie, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie".

Ów dzień to „koniec świata". Są w Biblii wizje końca rzeczywistości „ziemskiej", „doczesnej", trój - albo czterowymiarowej (licząc czas). Jest to zwycięstwo dobra, sprawiedliwości, w Nowym Testamencie - powtórne przyjście Chrystusa (paruzja), takie, jak je sobie wyobrażają jako przyjście Mesjasza wyznawcy judaizmu: skuteczne jawnie, ostateczne. Poprzedzą ów finał różne straszności, barwnie opisywane w ewangeliach Mateusza, Marka i Łukasza. Bibliści spierają się, co w tych wizjach odnosi się do paruzji, a co do już dokonanego przed ostateczną redakcją tekstów zburzenia Jerozolimy, które dla Żydów było zaprawdę końcem ich wielowiekowego świata. Są też w Piśmie Świętym (u synoptyków i w 1 Liście do Tesaloniczan) przestrogi przed datowaniem Końca: przyjdzie on niespodziewanie jak złodziej.

Ale jak złodziej przychodzą też na nas małe dni graniczne, również będące próbami naszych sił duchowych. W czasach spokojnych mniej grożą, ale i wtedy musimy nieraz wybierać. Dla takich momentów przydaje się postawa czuwania. Trzeba umieć przewidywać rozwój wydarzeń, ale przede wszystkim trenować. Pojęcie pracy nad sobą odeszło chyba do lamusa pedagogiki, a szkoda. Liczymy na pomoc psychoterapii, psychiatrii - i słusznie, na pomoc Bożą - jeszcze słuszniej, bo wszystko jest w Jego rękach. Ale jest też w naszych: strzeżonego Pan Bóg strzeże. Strzeżmy się sami, żeby się nie okazało, żeśmy mięczaki, słabeusze. Koniec morału, przepraszam.

14:06, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 26 sierpnia 2009
Madonny

Ewangelia Jana 2,1-11

Dziś uroczystość... no właśnie, jak ją nazwać? Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej, jak to czyni miesięcznik biblijno-liturgiczny „Oremus" i „Kalendarz Słowa Bożego" księży werbistów? Bo można też np.: „Matki Bożej Częstochowskiej" albo raczej „Jasnogórskiej". Najczęściej mówi się: „Matki Boskiej Częstochowskiej", albo lepiej „Matki Bożej", bo chrześcijanie (także protestanci, np. luteranie) wierzą, że była matką Boga-człowieka, ale nie była Boska, boginią nie była.

Jednak nawet tamte pierwsze określenia sugerują, że dziś mamy święto jednej z Maryj, których jest wiele. Dwóch ”niebian” rozmawia na rysunku Andrzeja Mleczki w ”Polityce”: „- chodzą plotki, że Matka Boska Częstochowska nie przepada za Matką Boską Fatimską...”. Spór o święte obrazy jest tak stary, jak chrześcijaństwo. Sięga korzeniami religii żydowskiej, w której obowiązuje zakaz tworzenia wizerunków; większość protestantów przestrzega tej zasady, jednak z kolei u prawosławnych ikona jest w szczególnej cenie, adoracja świętego obrazu zastępuje tam wręcz katolicką adorację Hostii.

Religijność większości Polaków związana jest z rozlicznymi wizerunkami Matki Jezusa. Dziennikarz kanału Religia TV Grzegorz Polak, redaktor dawniejszych naszych dodatków religioznawczych, zrobił dla nas tym razem dziesięciotygodniowy cykl na temat najsławniejszych obrazów i rzeźb maryjnych w Polsce i na świecie. Już od dzisiaj, uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej, w każdą środę do „Gazety Wyborczej” dołączony będzie bezpłatnie bogato ilustrowany zeszyt z informacjami o pięciu obrazach. Zacznie się od ikony jasnogórskiej, skończy na ostrobramskiej; w międzyczasie będzie Pieta Michała Anioła, figurka fatimska i 46 innych obiektów szczególnej czci.
Cześć dla konkretnej ikony w pobożności ludowej urasta czasem do takich rozmiarów, że dowcip Mleczki nie jest abstrakcyjny. Potoczny kult maryjny wymaga wyprostowania także w głębszych sprawach. Maryja nie tylko jest jedna, choć ma tysiąc portretów. Także nie jest boginią. Także nie była Polką, tylko zgoła Żydówką. Także, choć jest królową Polski i kilku innych krajów, to jej wpływ na rządy tych państw jest nieporównanie mniejszy nawet niż ma go u siebie królowa brytyjska. Ba, nawet na rządy naszym losem ma Maryja wpływ znacznie mniejszy niż myślą modlący się do niej katolicy i prawosławni. Prosimy, by się za nami modliła, ale nie ona jest przecież decydentką. Wreszcie chrześcijanie nie powinni sugerować, że jest bardziej miłosierna niż Bóg. Słowa z pieśni kościelnej: „A kiedy Ojciec rozgniewany siecze, szczęśliwy, kto się do Matki uciecze” dalekie są od ortodoksji katolickiej.
Podobne sprawy będę poruszał pisząc kilka zdań wstępnych do kolejnych zeszytów cyklu, który nazwaliśmy „Madonny”. Nazwaliśmy już dawno: nazwa nie jest zabiegiem reklamowym...

PS. Mój komentarz do wczorajszego kościelnego oświadczenia polsko-niemieckiego: OK. Wezwanie do polityków, by nie grali przeszłością, bardzo w porządku. Właściwy też porządek mowy o wypędzeniach: o wypędzeniu Polaków przede wszystkim. Czy ocena bardzo chłodnej odpowiedzi biskupów niemieckich na orędzie z 1965 r. jako świadczącej ”o ich otwarciu na dar nowego początku” była właściwa? Pewnie nie, zbyt pochlebna, ale to przecież dokument także niemiecki: nie wymagajmy za dużo od polskich hierarchów. Musieli pójść na jakieś kompromisy. Nie czepiajmy się również tutaj tamtejszego episkopatu, bo przecież za Odrą - tak jak i u nas! - samochwalstwo narodowe wciąż silne jest i biskupi muszą je leczyć ostrożnie.
Na szczęście także Cerkiew rosyjska jakby skłania się do narodowego samokrytycyzmu: w każdym razie nowy patriarcha, jeśli wnioskować z wypowiedzi jego prawej ręki, biskupa Hilariona.

16:19, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 25 sierpnia 2009
Mój Brat największy

Psalm 139

„Przenikasz i znasz mnie, Panie,
Ty wiesz, kiedy siedzę i wstaję.
Z daleka spostrzegasz moje myśli,
przyglądasz się, jak spoczywam i chodzę,
i znasz wszystkie moje drogi.
Zanim słowo znajdzie się na moim języku,
Ty, Panie, już znasz je w całości.
Ty ze wszystkich stron mnie ogarniasz
i kładziesz na mnie swą rękę"
.

Nic, tylko Wielki Brat, podglądacz niegdyś buszujący w telewizji... Tyle, że On podgląda w zupełnie innym celu. I nie po to, żeby nas przyłapać na grzesznym uczynku. Owszem, zna nas tak dobrze, że lepiej niż my sami, którzy nieraz tak sugestywnie wmawiamy sobie jakąś samoocenę, że naprawdę w nią wierzymy. Ale przecież samoocena bywa zbyt surowa, bywamy moralnymi masochistami. On sadystą moralnym nie jest. Jego ręka podtrzymuje, nie aresztuje.
W takiego Boga wierzę.

13:30, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Bartłomiej najpierwszy

Ewangelia Jana 1,45-51

Dziś dzień Apostoła, jednego z Dwunastu. Bartłomieja. W książeczce „Znakowej" „Dwunastu apostołów" ks. Michał Czajkowski napisał o nim tak ciekawie, że przepiszę cały tamtejszy biogram.
«Alfabetycznie to drugi Apostoł, ale być może występuje na liście Dwunastu w pobliżu pierwszego, Andrzeja, nie tylko pod własnym imieniem (zob.: Mt 10, 2-4, Mt 3, 16-19, Łk 6, I3-l6 i Dz I, 13). Także w pierwszym rozdziale Ewangelii św. Jana widzimy, że Andrzej jest pierwszy nie tylko alfabetycznie, ale także powołaniem. Tylko gdzież tam jest Bartłomiej? -- może się zdziwić uważny czytelnik Ewangelii Janowej, Otóż nie jest wykluczone, że Bartłomiej to Natanael, Ale po kolei.

Bartłomiej to po grecku Bartolomajos, z aramejskiego Bar-Tolomaj -- „syn Tolomaja", Imię to występuje parokrotnie w Pierwszym (nie Starym, bo wciąż aktualnym) Testamencie (Talmaj), W chrześcijaństwie mamy łacińską formę Bartholomaeus, z której wywodzi się polski Bartłomiej, O Apostole o tym imieniu nic bliższego nie wiemy z Nowego Testamentu. Euzebiusz z Cezarei (III/IV w,) utrzymywał, że św. Bartłomiej apostołował w Indiach, dokąd zaniósł aramejską Ewangelię św. Mateusza, Inni mówili o Arabii Saudyjskiej, Etiopii, Frygii i Mezopotamii, Wedle jeszcze innej tradycji, ewangelizował Armenię, gdzie miał nawrócić nawet królewskiego brata i gdzie na królewski rozkaz został ukrzyżowany, odarty ze skóry i ścięty. Hieronim (IV/V w.) przypisał mu autorstwo jednej z ewangelii apokryficznych. Nawet Talmud nie ustrzegł się przed bartłomiejowymi legendami.

Od wieku IX na Wschodzie, a od XI na Zachodzie, wbrew opinii niektórych Ojców Kościoła, utożsamia się Bartłomieja z Natanaelem. Pełne jego imię mogło brzmieć: Natanael bar-Tolomaj (Natanael, syn Tolomaja). Identyfikacja była tym łatwiejsza, że w spisach Apostołów w Ewangeliach synoptycznych Bartłomiej wymieniany jest zaraz po Filipie, o którym wiemy z czwartej Ewangelii, że przyprowadził Natanaela do Jezusa, który znad Jordanu wracał do Galilei. (Bartłomiej nie jest wspomniany w Ewangelii Janowej, jak Natanaela nie znają trzy poprzednie Ewangelie.)
Oto Jezus powołuje Filipa (J 1, 43 nn.), który ”pochodził z Betsaidy, z miasta Andrzeja i Piotra”, ten zaś spotyka Natanaela, którego hebrajskie imię, znane w Pierwszym Testamencie, znaczy tyle, co „Bóg dał" (odpowiednik greckiego imienia Teodoros, łacińskiego Deusdedit i być może polskiego Bogdan). Z końca tejże Ewangelii (J 21, 2), z opisu ukazania się Zmartwychwstałego nad Jeziorem Galilejskim, dowiadujemy się, że Natanael pochodził z Kany Galilejskiej. Stąd zrodziło się przypuszczenie, że to na jego wesele przybył Jezus u progu swej działalności (J 2, 1-11), wkrótce po ich spotkaniu. Do tego pierwszego spotkania doszło -- jak mówiliśmy -- dzięki Filipowi. To jest charakterystyczne dla tej Ewangelii (i dla chrześcijaństwa!), że jedni drugich prowadzą do Jezusa: Jan Chrzciciel dwóch swoich uczniów (jeden to Andrzej, drugi to Jan?), Andrzej przyprowadza Szymona, Filip -- Natanaela... Jedni drugim przekazują Dobrą Nowinę: ”Znaleźliśmy Mesjasza!” -- ”to znaczy: Chrystusa" -- wyjaśnia ewangelista. Ten, kto znalazł Jezusa - chce się Nim dzielić z innymi... Filip wyznaje Natanaelowi: „Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy: Jezusa, syna Józefa z Nazaretu".

Gorzej już nie mógł Filip trafić (wyrwał się jak filip - czyli zając - z konopi). Jak można było Mesjasza Izraela wywodzić z jakiejś galilejskiej dziury, nieznanej Biblii (ani też Talmudowi i Midraszowi)? „Czy może być co dobrego z Nazaretu?". Filip replikuje: „Choć i zobacz", sam się przekonaj. Być chrześcijaninem to nie tyle dużo wiedzieć o Jezusie, ile - osobiście Go spotkać. Jezus również nie wdaje się w dyskusję, nie przekazuje wiedzy teologicznej, lecz pozwala Natanaelowi doświadczyć wiedzy Bożej. To dlatego Jezus mówi o Natanaelu: „Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu!" (J I, 47; por.: Ps 32, 2). Patrzcie, oto godny syn Bożego Izraela, który idzie prostą drogą, bez obchodów i podchodów. To nie jest komplement, lecz przypieczętowanie przeznaczenia: prawdziwy Izraelita jest niejako skazany na Jezusa. Tak to widzi ewangelista.
„Skąd mnie znasz?" - pyta zaskoczony Natanael. „Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod figowcem" - odpowiada Jezus. Owo „skąd" w Ewangelii Janowej to nie tylko pytanie o źródło informacji, to odwołanie się do Boskiego pochodzenia Jezusa. Ale w Jezusowej odpowiedzi odwołanie to dokonuje się przez aluzję do banalnego szczegółu: sjesty Natanaela pod drzewem figowym. A może chodzi o dogłębne i konsekwentne studiowanie Tory przez rabina Natanaela (bo siedzenie pod figowcem oznacza w judaizmie studium świętej Księgi) ? Jezus objawia tutaj swą znajomość ludzkich serc. Liturgia katolicka, utożsamiając Natanaela z Bartłomiejem, wyśpiewuje w dniu jego święta w hymnie na jutrznię:
                                ”Na ciebie z wielką miłością
                                 Skierował Jezus swe oczy,
                                 Bo widział w tobie człowieka
                                 O sercu szczerym i czystym.”
Zaskoczenie Natanaela przeradza się w entuzjazm, kiedy w pośpiechu wykrzykuje pod adresem Jezusa znane sobie tytuły mesjańskie: „Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym! Ty jesteś Królem Izraela!". Wobec tego wybuchu Jezus jeszcze raz okazuje swoje delikatne poczucie humoru: ”Więcej niż to zobaczysz! ". Często sądzimy, że owo „więcej" to Kana i następne cuda. Ale chyba chodzi o całe dzieło zbawcze Jezusa Chrystusa, ukoronowane wywyższeniem na Krzyżu; i to już sprawa nie tylko Natanaela, lecz wszystkich uczennic i uczniów Mistrza z Nazaretu, po wsze czasy: „Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących nad Syna Człowieczego". Przywołując obraz drabiny ze snu Jakubowego (J I, 51; por.: Rdz 28, 10-17), Jezus objawia się jako miejsce ziemskiej obecności Boga. „Gdy Jezus począł zwiastować Słowo, niebo się otwarło i pozostaje otwarte, i od tamtej godziny nigdy się nie zamknęło" (Marcin Luter).

Tysiąc lat temu, podczas Wielkiego Jubileuszu roku 1000, relikwie Natanaela-Bartłomieja (?) przeniesiono do Rzymu. W tej translacji brał udział cesarz Otton III, przyjaciel Bolesława Chrobrego i pielgrzym do Wojciechowego grobu w Gnieźnie; to dzięki duchownym z jego otoczenia kult św. Bartłomieja mógł dotrzeć do Polski. Ormianie obchodzą jego święto 28 sierpnia, 15 października i 8 grudnia, prawosławni -- 11 czerwca, a katolicy -- 24 sierpnia. Ta ostatnia data znana jest nie tylko z kalendarza liturgicznego: w noc św. Bartłomieja (1572) odbyła się rzeź hugenotów w Paryżu (za co skruchę wyraził Jan Paweł II). Ze znanych postaci, którym tenże Apostoł patronuje, wymieńmy obrońcę Indian - biskupa Bartłomieja z Las Casas, kościuszkowskiego kosyniera spod Racławic -- Bartosza Głowackiego (i Bartka zwycięzcę Sienkiewicza) oraz prawosławnego patriarchę ekumenicznego Konstantynopola - Bartłomieja I, następcę Apostoła Andrzeja.«

17:24, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 sierpnia 2009
Patriarchalizm, ale łagodny

List do Efezjan 5,21-32

”Bracia: Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej. Żony niechaj będą poddane swym mężom jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus Głową Kościoła: On, Zbawca ciała. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom we wszystkim. Mężowie, miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, niemający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany. Mężowie powinni miłować swoje żony tak, jak własne ciało. Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz każdy je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus Kościół, bo jesteśmy członkami Jego Ciała. Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją i będą dwoje jednym ciałem. Tajemnica to jest wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła.”

Zapewne patriarchalizm, ale na pewno „soft", bo jednak poddanie ma być wzajemne i został nałożony mężowski obowiązek wielkiego miłowania żony: „tak, jak własne ciało” to niemało. 
Niemniej na feminizm katolicki Jana Pawła II po tym tekście któregoś ucznia Pawła poczekamy wieków prawie dwadzieścia.

12:36, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
sobota, 22 sierpnia 2009
Jak być szczęśliwym

Psalm 128,1

„Szczęśliwy, kto się boi Pana
i kto chodzi Jego drogami."


Bojaźń Boża to nie neurotyczny lęk przed Bogiem karzącym męką wiekuistą, to wybór moralny wsparty głębokim życiem duchowym. To recepta na szczęście mimo wszystko.
Powiedział mi kiedyś mój ojciec, że największym szczęściem jest poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Oczywiście na to trzeba w ogóle mieć poczucie obowiązku...

09:40, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 21 sierpnia 2009
Szczęściarze

Psalm 146,5
Księga Rut 1,1.3-6.14b-16.22

„Szczęśliwy, komu pomocą jest Bóg Jakuba,
kto ma nadzieję w Panu, Bogu swoim."


Bóg Jakuba pomaga, gdy się z Nim powalczy: patriarcha otrzymał błogosławieństwo, ale musiał się z Nim siłować (Księga Rodzaju 32). Tamtą tajemniczą opowieść o zapasach zgoła fizycznych z Jahwe, zresztą nienazwanym z imienia, można interpretować jako walkę duchową, usilną modlitwę. Czy zawsze skuteczną po prostu: dostał, czego chciał? Może raczej owa szarpanina wzbogaca przez to samo, że się odbyła: modlitwa pogłębia duchowo. Oczywiście nie klepanie znanego na pamięć tekstu, ale czynność najbardziej własna. Taka modlitwa budzi nadzieję, która uszczęśliwia.

A w „lekcji" początek Księgi Rut, cudownej opowieści o szczęśliwej miłości synowej do teściowej.

17:13, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 sierpnia 2009
O szczęściu

Psalm 40,5
„Szczęśliwy człowiek,
który nadzieję pokłada w Panu,
a nie naśladuje pysznych
i skłonnych do kłamstwa"


W „Psałterzu Dawidowym" jest dużo o szczęściu, o szczęśliwcach. Jest o nich na przykład dzisiaj, będzie jutro i pojutrze.
Recepta na szczęście jest zawsze ta sama: pokładać nadzieję w Bogu. Co to znaczy? Właśnie to, co „leci" dalej: nie naśladować pysznych i kłamczuchów. Ten, co ma takie skłonności, ma błędne mniemanie o sobie albo też tylko usiłuje udawać przed innymi własną wielkość: w przekładzie ekumenicznym 11 Kościołów mówi się nie o ludziach pysznych, tylko wyniosłych, czyli takich, co zadzierają nosa. A gdy grozi im kompromitacja, będą „ściemniać". Wszystko dlatego, że pokładają nadzieję w sobie, a nie w Kimś, kto zna nas na wylot, zna też nasze cnoty i ta znajomość wystarczy: nie musimy się nimi chwalić przed bliźnimi swymi. Oraz ma niemniejszą wiedzę o tym, co jest dla nas naprawdę dobre.

13:37, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
środa, 19 sierpnia 2009
Kto lubi rządzić

Księga Sędziów 9,8-15

„ Zebrały się drzewa, aby namaścić króla nad sobą. Rzekły do oliwki: - Króluj nad nami!. Odpowiedziała im oliwka: - Czyż mam się wyrzec mojej oliwy, która służy czci bogów i ludzi, aby pójść i kołysać się ponad drzewami? Z kolei zwróciły się drzewa do drzewa figowego: - Chodź ty i króluj nad nami!. Odpowiedziało im drzewo figowe: - Czyż mam się wyrzec mojej słodyczy i wybornego mego owocu, aby pójść i kołysać się ponad drzewami? Następnie rzekły drzewa do krzewu winnego: - Chodź ty i króluj nad nami!. Krzew winny im odpowiedział: - Czyż mam się wyrzec mojego soku, rozweselającego bogów i ludzi, aby pójść i kołysać się ponad drzewami?. Wówczas rzekły wszystkie drzewa do ostu: - Chodź ty i króluj nad nami! Odpowiedział oset drzewom: - Jeśli naprawdę chcecie mnie namaścić na króla, chodźcie i odpoczywajcie w moim cieniu! A jeśli nie, niech ogień wyjdzie z ostu i spali cedry libańskie".

Są gusta i guściki: jedni lubią królować, w ogóle panować, rządzić, inni - niekoniecznie.
Piszę, gdy toczy się u nas sprawa kobieca. Był Kongres Kobiet Polskich, jest problem: parytet czy nie? Było bardzo miłe dogadywanie się pań z Kongresu z arcybiskupem Nyczem. Tak czy inaczej rola społeczna połowy polskiej populacji jest wciąż mizerna. 

My rządzimy światem a nami kobiety - powiedział jednak ktoś, kto nie wydaje mi się antyfeministą „patriarchalistą". Powiedziała mi też kiedyś pani Aniela Urbanowicz, bardzo mądra osoba, że mężczyźni lubią być aktorami, kobiety raczej reżyserami. Polityka nie moja specjalność, już raczej rodzina, więc trochę o tym, co w niej. Żona mówi do męża: zrób to a to, sama nie zrobi, bo zależy jej nie tyle na zewnętrznym „zaistnieniu", ile na rzeczywistym efekcie. Może wynika to stąd, że jest bardziej praktyczna, może też z tego, że jest bardziej nieśmiała - w każdym razie bywa nieraz taki podział ról.

A poza tym chyba ostry patriarchalizm to zjawisko obecnie raczej cecha rodzin o niższym wykształceniu: w familiach inteligenckich często jest jakaś równowaga albo nawet przewaga płci pięknej. Tak mi się to widzi okiem laika.
A w Kościele? Kobiety nie mogą być kapłankami (mówię o katolickim i prawosławnych), ale szarych eminencji ci u nas dostatek. Prymas Wyszyński miał wokół siebie „ósemki", tak zwany instytut świecki, czyli swoisty półzakon, wielbiący go, ale i wywierający wpływ. Papież miał panią Półtawską.

16:02, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
wtorek, 18 sierpnia 2009
Oj, ta mamona...

Ewangelia Mateusza 19, 23.24
„Amen, mówię wam, że bogaty z trudem wejdzie do Królestwa Niebios. I znowu mówię wam: - Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego". Tłumaczenie naszej bandy czworga.

Ucho igielne była to w Jerozolimie brama bardzo wąska, jednak brama, nie igła, więc aż się prosi o łagodzenie sensu tej wypowiedzi Jezusa. Tyle że nie metry ani milimetry są tu ważne, nie geometria, tylko etyka. Z psychologią do spółki: mamona demoralizuje. Chcemy być bogaci, a jeśli nawet nie wszyscy, to gdy nam się trafi dużo pieniędzy i wynikające z nich wygody, ciężko wytrzymać bez nich. Dlatego to pewnie - była o tym mowa we wczorajszej porcji ewangelijnej - Jezus zasmucił młodzieńca, kiedy mu powiedział: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za mną". „Przyzwyczajenie jest drugą naturą": powiedział to Arystoteles, nie Jezus, ale prawdą jest, że do przyjemności łatwiej się przyzwyczaić niż do przykrości. 
A już na pewno do Niebios idzie się na piechotę, nie leci prywatnym samolotem.

14:21, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Sektolog. Czaja po Nossolu. Służba żydowska, służba chrześcijańska

Ewangelia według Mateusza 19, 16-19
„Pewien człowiek zbliżył się do Jezusa i zapytał: Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne. Odpowiedział mu - Dlaczego mnie pytasz o dobro? Jeden tylko jest Dobry. A jeśli chcesz osiągnąć życie, zachowaj przykazania. Zapytał Go: - Które? Jezus odpowiedział: - Oto te: nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę oraz miłuj bliźniego swego jak siebie samego"

Wracam do tej pisaniny, odwaliwszy dużo innej na różnych papierach. A fragment ewangelijny jest dość niezwykły. Chodzi mi o te przykazania. Jest ich sześć, zatem „sektolog", choć nie robią z chrześcijaństwa (ani z judaizmu) sekty. Wręcz przeciwnie. Zauważmy, że są dziwnie bezwyznaniowe, jakby „laickie". Dotyczą tylko bliźniego, przykazań odnoszących się do Boga nie ma. Nie ma przykazania miłości Boga, jest tylko to dotyczące stosunku do drugiego człowieka (mówiąc nawiasem, nie ma tego przykazania „antropofilskiego" spoza Dekalogu u pozostałych synoptyków). 

Komentarz mój? Nie naukowy, egzegetyczny - laicki, publicystyczny. Otóż morał mój jest taki, że w jakimś sensie miłość bliźniego ważniejsza jest od miłości Boga. Albowiem jest ona sprawdzianem tej pierwszej, jest czymś jakoś zewnętrznym. O wiele łatwiej udawać miłość Boga - przez dewocję - niż miłość człowieka. Oczywiście i tu można się zakłamywać, a raczej okłamywać innych - ale tu łatwiej wyłazi fałsz. Dziś, kiedy nie składa się Bogu ofiar z własnego dobytku, łatwiej udawać poświęcenie Bogu (choć marsz pielgrzymkowy to ofiara dość spektakularna). Zresztą Jezus w tejże ewangelii Mateusza podaje właśnie taki sprawdzian w rozdziale 25, gdzie mówi: „wszystko, cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci najmniejszych, mnieście uczynili". Takie kryterium oceny nie byle gdzie, bo na Sądzie Ostatecznym! 
Oczywiście to laicyzm w wielkim cudzysłowie, choćby dlatego, że o Bogu jest zaraz wyżej i to z zaznaczeniem, że tylko On jest dobry - ale ten wybór przykazań coś mówi! Może jednak nie przypadek?

Ludzie
Dobra nowina (ewangelia) z Opola. Od 29 sierpnia (ingres) nie będzie tam arcybiskupa Nossola, ale na szczęście zastąpi go ktoś na jego obraz i podobieństwo. Też autochton: nawet nazywa się Czaja tak jak niegdysiejszy walczący przesiedleniec (starsi pamiętają: był Czaja i Hupka). Też teolog z prawdziwego zdarzenia. 
Niby to każdy ksiądz, tym bardziej biskup, jest teologiem, ale przecież różnej klasy. Biskupi są zresztą często ze specjalności i praktyki prawnikami kościelnymi, „kanonistami", a to zupełnie inna mentalność. W każdym razie dzisiaj, po odnowie teologii. I tak gładko przechodzę do Opola. Było bardzo dawno tak: pojechałem na KUL nie znając tam jeszcze prawie nikogo. Mowę tam trzymał przyjezdny ksiądz profesor, od teologii moralnej. W tym rzecz, że raczej też od prawa, bo taka była wtedy ta teologia katolicka: „kazuistyka", czyli rozpatrywanie konkretnych przypadków, i jurydyczne instrukcje, co wtedy trzeba zrobić albo i nie zrobić. Ten ksiądz profesor zresztą potem, skrytykowany przez nas ostro w „Więzi", złożył wobec mnie samokrytykę, ale w on czas na KUL-u bredził w tym duchu (napisałem o tym w „GW" i jeszcze napiszę chyba). Po czym w dyskusji zabrał głos jakiś księżulek i strasznie na niego wsiadł. Byłem wtedy jeszcze ciemny nie tylko w personaliach, też w „teologaliach" i wziąłem go za lubelskiego konserwatystę, co przedtem krytykował Wojtyłę (już wtedy biskupa, więc był odważny) za książkę „Miłość i odpowiedzialność", która „illo tempore" była w Polsce dość rewolucyjna. Zmyliło mnie to, że ów nieznany mi atakujący zarzucał mówcy bezbożność (może nie użył tego słowa, ale sens był taki), czyli nie mówienie o Bogu, tylko jakieś świeckie szufladkowanie ludzkich czynów. Atak był zatem „z lewa" i był to Alfons Nossol, jeden z kilku młodych gniewnych odnowicieli teologii (obok m.in. ks. Hryniewicza). Ekumenista (habilitacja z wielkiego kalwinisty Bartha), w ogóle umysł otwarty na nowe, zachodnie prądy, co widać też było, gdy potem został biskupem: np. tylko w jego diecezji i katowickiej są ministrantki.
A Czaja? Przeczytałem zatem jego traktat o Kościele w wielotomowej dogmatyce Biblioteki „Więzi". Jak na Polskę odważny, bo nie boi się (trochę) krytykować Ratzingerowej deklaracji „Dominus Jesus", mało mającą wspólnego z ekumenizmem. Chyba przynajmniej w Opolu dalej będzie trochę Europy. 

Wydarzenia
Ważny, bo odważny dokument Międzynarodowej Rady Chrześcijan i Żydów, udostępniony mi (po przetłumaczeniu na polski) przez współprzewodniczącego Rady Polskiej ze strony żydowskiej prof. Stanisława Krajewskiego. Odwaga ta polega przede wszystkim na tym, że jest to apel do obu stron: też do żydowskiej - by i ona starała się rewidować swoje opinie o partnerze. Dialogowa śmiałość etyczna pozwala też autorom dokumentu włączyć do swych dobrych intencji islam. Tekst poprzedził obszernym wstępem Stanisław Krajewski, całość ukaże się z czasem w miesięczniku „Więź", przedtem - mam nadzieję - w jakimś skrócie „Gazecie Wyborczej".
Słowo „żydowski" było w języku polskim z zasady epitetem: gdy w „Potopie" żołnierze buntowali się, że nie dostają żołdu, służbę swoją nazywali oczywiście „żydowską". Międzynarodowa Rada Chrześcijan i Żydów uprawia służbę i żydowską, i chrześcijańską.

15:12, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
środa, 12 sierpnia 2009
Szukać owcy bez wyklinania, czyli znów o „Przeglądzie Powszechnym"

Wpis na wtorek 11 sierpnia

Ewangelia Mateusza 18,12-13

„Jak wam się zdaje? Jeśli ktoś posiada 100 owiec i zabłąka się jedna z nich, czy nie zostawi 99 na górach i nie pójdzie szukać tej, która się zabłąkała?"

Są tacy pasterze, którzy szukają tej jednej, ale czynią to krzycząc tyle złego na jej temat, że wieje przed nimi na kraj świata. Tak wygląda w Polsce rozmowa na tematy dzielące mój Kościół i świat: hierarchowie nie przebierają w słowach oceniając postępowanie niezgodne z moralnością kościelną. Aborcja, antykoncepcja, eutanazja, in vitro... Inna rzecz, też ważna, że ze strony niekatolickiej również raczej otwarcia nie widać.

Wczoraj omówiłem teksty „Przeglądu Powszechnego" o „klerze" i „mamonie". Drugi mocny punkt numeru letniego tego pisma to dyskusja redakcyjna o IN VITRO. Bardzo ciekawa, bo z udziałem obu stron sporu. „Obu" to zresztą wyrażenie nieprecyzyjne, bo mamy ich przynajmniej trzy. Tu, w „Przeglądzie Powszechnym", ze strony katolickiej jest nie tylko Jarosław Gowin, także dominikanin ks. Robert Plich. Tu miejsce na zaznaczenie, że Gowin, wbrew opinii szczególnie moich kolegów z „Gazety", wcale nie jest głównym przeciwnikiem IN VITRO, nie jest bynajmniej twardym kościelnym ortodoksem. Dopuszcza tę metodę przecież, choć z upartym zastrzeżeniem, że można tworzyć tylko jeden zarodek, by nie narażać dodatkowych na ryzyko unicestwienia. Na przykład właśnie ksiądz Plich reprezentuje oficjalne stanowisko kościelne, w którym zapłodnienie IN VITRO jest w ogóle wykluczone. Po drugiej stronie barykady mamy w „Przeglądzie Powszechnym" Sławomira Zagórskiego, głównego przeciwnika Gowina w „Gazecie", oraz prof. Jacka Zarembę, genetyka i bioetyka. Dyskusja jest ostra, choć Gowin z Zagórskim hamują się bardziej niż poprzednio: iskrzy potężnie. Wraca spór także o to, czy o nowym życiu ludzkim możemy realnie mówić już od momentu zapłodnienia, czy też dopiero od zagnieżdżenia zarodka. Zwolennicy drugiego poglądu powołują się na fakt, że przed zagnieżdżeniem ginie w sposób naturalny tyle zarodków, iż wkroczenie w te nieuchronne procesy nie może być uważane za niemoralne. Ja jednak - choć o dozwolenie przez mój Kościół antykoncepcji walczę od 40 lat i odrzucam argumentację przeciw technice „in vitro" jako takiej (z jednym zarodkiem) - ciągle mam wątpliwości, czy granicą etyczną może być dopiero zagnieżdżenie embrionu. Przecież i po zaistnieniu tego warunku jego przeżycia jest multum okoliczności, w których ginie zarodek, płód czy noworodek. A ile ludzi ginie na wojnie, od chorób czy na drogach: czy zmniejsza to wartość ludzkiego życia? To moje pytanie pośród wątpliwości.

W numerze też rozmowa z księdzem Hryniewiczem, gdzie po raz setny wielki teolog polski głosi nadzieję powszechnego zbawienia. Sebastian Duda, redaktor „Przeglądu Powszechnego" pyta, teolog odpowiada:

« Dlaczego Ksiądz Profesor tak bardzo przywiązał się do nadziei powszechnego zbawienia, gdy innym tak trudno ją przyjąć?
- Bo wierzę, że śmierć nasza tu na ziemi nie jest kresem dziejów Boga z człowiekiem. Po tamtej stronie te dzieje trwają dalej. Pojednanie Boga z człowiekiem może przedłużać się przez „wieki wieków". Ale będzie On w końcu, jak napisał apostoł Paweł, „wszystkim we wszystkich" „wszystkim we wszystkim" (l Kor 15,28). Księga wizjonera z Patmos mówi rzecz zdumiewającą: nawet „królowie ziemi wniosą do niego [Nowego Jeruzalem) swoją chwałę" (Ap 21,24). Wcześniej opisani są jako najbardziej niegodziwi spośród ludzi, jako sprzymierzeńcy Bestii i Fałszywego Proroka (19,19-20). Teraz zaproszeni zostają do „świętego miasta" (21,2) zbawionych. A przecież powiedziano w tej samej księdze, że na zewnątrz są „mordercy i bałwochwalcy, i każdy, kto kocha kłamstwo i się go dopuszcza" (22,15) oraz że „nie wejdzie do niego nic skalanego ani ten, kto czyni obrzydliwości, i kłamca, a tylko ci, którzy są zapisani w księdze życia Baranka" (21,27). Tak więc Bóg musiał wcześniej dokonać wśród nich wielkiego dzieła oczyszczenia i przemiany, aby stali się godni uczestnictwa w radości nowego świata. Ten niezwykły fakt świadczyłby o tym, iż po drugiej stronie życia jest jeszcze więcej nawróceń niż w życiu ziemskim.

W Nowym Jeruzalem jest także „drzewo życia (...), a liście tego drzewa służą do leczenia narodów. I nic już nie będzie obłożone klątwą" (22,2-3). Słowa te mówią o przezwyciężeniu ciemności, śmierci, Gehenny i stanu potępienia. W nowym świecie Bożym nie będzie już niczego przeklętego, czyli odrzuconego. Dokona się powszechne przebaczenie i pojednanie z Bogiem. Zaiste, to Księga Wielkiej Nadziei, do której zaglądam coraz częściej. Trzeba wewnętrznie dojrzewać do jej lektury.

Teologia nadziei powszechnego zbawienia wymaga duchowości serca idącej w parze z duchowością ludzkiego umysłu. Nadzieja odsłania coś z tajemnicy Nowego Świata i jego piękna. Daje przeczucie tego, co zakryte jest teraz przed naszymi oczyma. Uczy religijności bardziej dojrzałej, jakkolwiek trudniejszej. Serce pełne nadziei i współczucia dla wszystkich potrafi lepiej wyczuć blask piękna i prawdy niż chłodny i logiczny umysł, niedostrzegający sensu całości. Bóg jest Bogiem Wielkiej Całości, Bogiem przyszłej symfonii wszechświata. Ostateczny wynik dziejów wszechświata będzie zgodny z Jego niezmierzonym majestatem i chwałą. Gdybyśmy przyjęli, że Bóg karać będzie grzeszników przez całą wieczność, znaczyłoby to, iż stworzenie świata było wielkim błędem, że On sam okazał się niezdolny do przezwyciężenia zła i całkowicie bezradny wobec własnego daru wolności.» Zgadza się, Bóg nie jest brakorobem!

Na koniec cytat  z homilii ojca Wacława Oszajcy na niedzielę 16 sierpnia br.

”Kard. Carlo Maria Martini w maju powiedział: uradowała mnie dobroć, z jaką Ojciec Święty zdjął ekskomunikę z czterech biskupów lefebrystów. Myślę jednak, jak wielu innych, że jest w Kościele bardzo dużo osób, które cierpią, ponieważ czują się marginalizowane i że należałoby pomyśleć też o nich. Mam tu na myśli przede wszystkim tych, którzy zawarli nowy związek. Nie o wszystkich, bo nie powinniśmy sprzyjać lekkomyślności i powierzchowności, lecz krzewić wierność i wytrwałość. Niektórzy są dziś jednak w stanie nieodwracalnym i bez własnej winy. Podjęli na przykład nową odpowiedzialność wobec dzieci z drugiego małżeństwa, podczas gdy nie ma żadnego powodu, aby się wycofali owszem, takiego postępowania nie można by uznać za rozsądne. Uważam, że Kościół powinien znaleźć rozwiązanie dla tych osób.

Uważam, że celibat jest wielką wartością, która zawsze pozostanie w Kościele: to wielki znak ewangeliczny. Nie można jednak z tego powodu narzucać go wszystkim.”

A na koniec końców melduję, że zawieszam blogowanie do odwołania, bo zwaliły się na mnie nadliczbowe roboty. Zresztą moim polemistom też należy się odpoczynek.

00:15, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Kto skąpo sieje... Zachłanność księży? - o nowym numerze „Przeglądu Powszechnego"

2 List do Koryntian 9,6
”Kto skąpo sieje, ten skąpo zbiera, kto zaś hojnie sieje, ten hojnie też zbierać będzie.”

 Ewangelia Jana 12, 24
„Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity."

Elementarne przesłanie Ewangelii: wezwanie do hojności. To postawa człowieka, który nie liczy, nie rachuje wciąż swoich zysków i strat. W każdym razie nie rachuje swoich zysków: nie myśli w kółko o sobie. „Zostanie tylko samo”: bywa tak z ludźmi, że na starość zostają sami, bo nie umieli ułożyć sobie życia z innymi. A do tego trzeba trochę więcej myśleć o bliskich i w ogóle o bliźnich, bo inaczej się oddalają.

Lektury.
Wreszcie zabrałem się do czytania lipcowo-sierpniowego „Przeglądu Powszechnego". Nie rozumiem, jak to pismo może mieć kłopoty ze sprzedażą. Owszem, miesięczniki przegrywają z tygodnikami, nie mówiąc o dziennikach, ale analogiczne periodyki katolickie - „Więź", „Znak" czy „W drodze" - mają po kilka tysięcy nakładu, a „Przegląd" tysiąc. Pismo ze 125-letnią tradycją, niegdyś bodaj najważniejsze w polskim Kościele. Przecież zakon wydawca, czyli jezuici, są w Polsce dość liczni i przecież z założenia skuteczni. Może jednak po prostu nie mają ochoty reklamować tego czasopisma. Chyba tu jest pies pogrzebany: widać większości z nich nie odpowiada linia miesięcznika, patrzą raczej na ojca Rydzyka. Hipoteza ta nie tylko rymuje się, także potwierdził mi ją znawca tamtejszych układów.
W numerze letnim przynajmniej trzy materiały ważne, bo odważne. Najwięcej o pieniądzach w Kościele (rzymskokatolickim polskim). O nich jest edytorial, potem rozmowa z ks. Janem Drobem, byłym ekonomem Episkopatu, dalej artykuł o opodatkowaniu instytucji i osób kościelnych prof. Jacka Patyka, „Zachłanność proboszczów wiejskich - glossa do rozważań na temat stereotypu" Kazimierza Koraba, „Na garnuszku Kościoła" ks. Andrzeja Przybylskiego, „Ziemia ziemi nierówna" ks. Ryszarda Ryngwelskiego, „Znak sprzeciwu czy zwyczajna buta" współredaktora „Przeglądu" Sebastiana Dudy i „Czym straszy duch kancelarii" Małgorzaty Bilskiej. Autorzy akcentują różne rzeczy, ale można ich tezy jakoś zsyntetyzować, bo wydają mi się w istocie niesprzeczne. W każdym razie większość z nich.
Rodzaj podsumowania zawiera się już w edytorialu, gdzie jest taki akapit: „Duchowni zaś albo unikają ujawniania realnych uposażeń osobistych, powołując się na to, że osobiste dochody osób prywatnych nie muszą być ujawniane - albo skromnie przemilczają częściowe ich przeznaczanie na cele nieosobiste, sami żyjąc ubogo". Czyli błąd podstawowy: brak jawności, który wcale nie zawsze ukrywa „błędy i wypaczenia", czasem właśnie wielką ofiarność naszych kapłanów. Postulat „transparentności" mamy też u profesora Patyka i przemyka się to w dalszych głosach. W ogóle jednak brakuje elementarnych wiadomości o zasadach finansowych obowiązujących w Kościele. Na przykład o tym, że ofiary wiernych są twardo dzielone na te z „tacy", które idą na potrzeby kościoła przez małe „k" - oświetlenie, ogrzanie, remonty -  i na „życie" samych księży, czyli te składane z okazji sakramentów, pogrzebów itp. Przy czym plotką jest twierdzenie, że księża nie płacą podatków. Płacą i to od liczby mieszkańców na terenie parafii, a nie liczby praktykujących, czyli płacących katolików.
Druga teza poniekąd wspólna całego bloku tematycznego to nierówność księżych zarobków. Parafie miejskie są bogatsze od wiejskich, stereotyp zachłannego proboszcza wiejskiego jest właśnie tylko stereotypem.
W opiniach poszczególnych autorów usłyszałem jednak dwa różne tony. Jeden, że w ogóle ksiądz bogaczem bynajmniej nie jest, bo ma wydatków mnóstwo a dochody skromne: złotówki rzucane na „tacę" nie starczają nieraz na utrzymanie świątyni, ksiądz musi dokładać z tego, co dostaje od parafian na utrzymanie własne. Ton drugi to laikatowa księży krytyka: red. Duda opisuje może nie tyle nawet zdzierstwo, ile okropny autokratyzm proboszczów, szczególnie jednak w sprawach pieniężnych.
Moim zdaniem grzech pierworodny polega na tym, że proboszcz jest prywatnym przedsiębiorcą: wszystko na jego głowie.  Wprawdzie wyczytałem informację, że „jeśli ksiądz nie ma środków do życia, kuria mu dopłaca, nawet 1200 złotych”. Może jednak nie każdy proboszcz ma ochotę żebrać o taki zasiłek. Wbrew opinii wyczytanej u któregoś z autorów sądzę, że lepszy jest system francuski, w którym pieniądze otrzymywane przez księży wysyłane są do kurii diecezjalnej i tam dzielone po równo między wszystkich księży i biskupa.
W każdym razie proboszcz nie może mieć na swojej biednej głowie wszystkich spraw pieniężnych. Powtarza się wciąż ze słabym skutkiem, że wręcz prawo kanoniczne nakazuje te sprawy traktować kolegialnie: konieczne są rady parafialne, i to specjalne ekonomiczne, nie tylko duszpasterskie, które zresztą jeśli są u nas, to dość fasadowo. Radcy byliby też od tego, żeby tłumaczyć parafianom, że w księżej kasie nie ma milionów. Pewnie jednak celnie kończy swój tekst Małgorzata Bilska: „Może pora, by świeccy się obudzili, zdjęli księży z piedestału i zamiast plotkować zaczęli stawiać wymagania - biorąc jednocześnie odpowiedzialność za swoją parafię (...) Bierność świeckich jest o wiele potężniejszym problemem Kościoła niż system finansowy..." Święte słowa Jej Mości!

19:17, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
niedziela, 09 sierpnia 2009
Depresja i Komunia

Ewangelia Jana 6, 47-51a

„Amen, amen, mówię wam: - Wierzący ma życie wieczne. Ja jestem chlebem życia, ojcowie zaś jedli mannę na pustyni i umarli. Taki jest chleb z nieba schodzący, że się go spożywa i nie umiera. Ja jestem chlebem żyjącym, który z nieba zstąpił; jeśli ktoś będzie spożywał ten chleb, żyć będzie na wieki.”

Przekład moich biblistów trzech wyznań. Komentarz przepisuję z tekstu ojca Wiesława Dawidowskiego w dzisiejszym „Tygodniku Powszechnym”.

„(…) Wielką rzeczą w Kościele jest Komunia Święta. Wydaje się, że nigdy dość przypominać o jej wartości. (…) Przyzwyczajeni jesteśmy do traktowania jej jako nagrody za dobre sprawowanie. Nauczyliśmy się oceniać własny stan ducha pod kątem godności do aktywnego uczestnictwa we Mszy. Owszem, grzech to nie błahostka, ale Eucharystia to przecież most między nami a Bogiem. (…) Ten chleb jest lekarstwem na nasze choroby i niepokoje, a nie nagrodą za to, że byliśmy grzeczni. (…) Wielu ludziom pogrążonym w depresji potrzeba także tego chleba”.

12:08, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
sobota, 08 sierpnia 2009
Pan, Bóg

Księga Powtórzonego Prawa 6,5

„Będziesz miłował PANA, twojego Boga, całym swoim sercem, całą swoją duszą i z całej swojej mocy”.

Tłumaczenie nowe, Biblii Paulińskiej. Dobre, bo nie używa tradycyjnej zbitki językowej „Pan Bóg”, która nieuchronnie czyni z Niego VIP-a, bardzo ważną osobistość, najważniejszą, ale przecież o kogo innego tu chodzi. Po pierwsze, nie dość tłumaczyć, że Bóg nie jest jednym z nas, choć nieporównanie ważniejszym. On wręcz istnieje inaczej. Po drugie, PAN to ten Bóg „konkretny”, ludu Izraela, to JAHWE. Różny od bogów ludów ościennych - oczywiście różny absolutnie. Po trzecie różny jednak również od naszych Jego wyobrażeń. My też uczłowieczamy Go nieświadomie, jak to czynili wyznawcy Baala. On też bywa dla nas żądnym ofiar Molochem. Nie takiego boga mamy miłować ze wszystkich sił.

11:52, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
piątek, 07 sierpnia 2009
Bronię krzyża

Ewangelia Mateusza 16, 24

„Jeśli ktoś chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje”.

Krzyż to „dola człowiecza” czy raczej niedola: to nasze życie, jeśli znoszone jest godziwie. To pojęcie w istocie ogólnoludzkie, nie tylko chrześcijańskie, to symbol najgłębiej humanistyczny. Rozumiem wszystkie złe skojarzenia z tym słowem, bo wiele razy krzyż równał się mieczowi, ale mam prośbę do wszystkich gorszących się tym znakiem w miejscach publicznych: przecież to właściwie znak każdego z nas.

23:49, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
czwartek, 06 sierpnia 2009
Przemienienie

Ewangelia Marka 9, 2-10

”Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe, tak jak żaden wytwórca sukna na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: - Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: - To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy powstać z martwych.”

Czy owych trzech apostołów zabranych przez Jezusa „na górę wysoką", zobaczywszy Go przemienionego, sami też przemienili się w sensie etycznym? Pewnie tak, zostawiło to na nich jakiś ślad. Umocniło ich wiarę, więc i moralność.
Przeżycia mistyczne nie wszystkim ludziom dane, każdy z nas przeżywa jednak czasem jakiś moment duchowy niecodzienny, jakąś odmianę na lepsze. Wczoraj i dzisiaj wyruszyły z Warszawy na Jasną Górę pielgrzymki piesze: to wypróbowany sposób na autorefleksję. Ucieszyłem się, że może dziś ją ułatwiać Biblia w wersji audio, słuchana z przenośnego odtwarzacza mp3 lub komórki. Technika w służbie etyki...

18:21, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 05 sierpnia 2009
Jezus, poganka i psy

Ewangelia Mateusza 15, 21-28

”Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: - Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to zbliżyli się do Niego uczniowie i prosili: - Odpraw ją, bo krzyczy za nami. Lecz On odpowiedział: - Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: - Panie, dopomóż mi. On jednak odparł: - Niedobrze jest brać chleb dzieciom i rzucać psom. A ona odrzekła: - Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołu ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: - O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz. W tej chwili jej córka została uzdrowiona.

Nie jest to perykopa najłatwiejsza do pojęcia. Czemu Jezus nie kwapił się, by uwolnić od diabła dziecko poganki? Czemu, kiedy w końcu się do niej odezwał, uczynił to niezbyt grzecznie?
Egzegeci odpowiadają dość różnie. Cytowałem tu niedawno nawet opinię, że Jezus zmienił z czasem swoje poglądy, także na zakres swojej misji, którą początkowo ograniczał do swoich współrodaków. Co do owych psów czy szczeniąt, pisze się, że w tamtym kontekście kulturowym odpowiedź nie była nieuprzejma, było po prostu takie przysłowie „kynologiczne", które Kananejka znała i nie poczuła się urażona.

Ja bym jednak odpowiedział inaczej. Przede wszystkim pogódźmy się z tym, że nie każdy fragment Biblii jest dzisiaj zrozumiały. A żeby ten lepiej rozumieć, trzeba między innymi pamiętać, że „ipsissima verba Iesu", dokładnie podane słowa Jezusa, nie są w ewangeliach częste. Co myśleli redaktorzy ewangelii Mateusza i Marka (wydarzenie opisane jest w obu), gdy dawali czytelnikom taki tekst? Może chcieli podkreślić wiarę poganki, która nie zraziła się niczym, bo mimo wszystko wierzyła, że Jezus jest Panem - to określenie Boga! Na tle niechęci do Niego żydowskich elit  była to postawa niezwykła. A ewangelistom opisane zachowanie Jezusa wydawało się normalne: tacy byli, uwarunkowani swoim czasem i miejscem.

16:57, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
wtorek, 04 sierpnia 2009
Mojżesz, Miriam i Aaron. Św. Jan Maria Vianney

Księga Liczb 12,1-13

”Miriam i Aaron mówili źle o Mojżeszu z powodu Kuszytki, którą wziął za żonę. Rzeczywiście bowiem wziął za żonę Kuszytkę. Mówili: - Czyż Pan mówił z samym tylko Mojżeszem? Czy nie mówił również z nami?. A Pan to usłyszał. Mojżesz zaś był człowiekiem bardzo skromnym, najskromniejszym ze wszystkich ludzi, jacy żyli na ziemi. I zwrócił się nagle Pan do Mojżesza, Aarona i Miriam: - Przyjdźcie wszyscy troje do Namiotu Spotkania. I poszli wszyscy troje, a Pan zstąpił w słupie obłoku, zatrzymał się u wejścia do namiotu i zawołał na Aarona i Miriam. Gdy obydwoje podeszli, rzekł: - Słuchajcie słów moich: jeśli jest u was prorok, objawię mu się przez widzenia, w snach będę mówił do niego. Lecz nie tak jest ze sługą moim, Mojżeszem. Uznany jest za wiernego w całym moim domu. Twarzą w twarz mówię do niego, w sposób jawny, a nie przez wyrazy ukryte. On też postać Pana ogląda. Czemu ośmielacie się o moim słudze, o Mojżeszu, źle mówić?. I zapalił się gniew Pana przeciw nim. Odszedł Pan, a obłok oddalił się od namiotu, lecz oto Miriam stała się nagle biała jak śnieg, od trądu. Gdy Aaron do niej się zwrócił, spostrzegł, że była trędowata. Wtedy rzekł Aaron do Mojżesza: - Proszę, panie mój, nie karz nas za grzech, któregośmy się nierozważnie dopuścili, i jesteśmy winni. Nie dopuść, by ona stała się jak martwy płód, który na pół zgniły wychodzi z łona swej matki. Wtedy błagał Mojżesz głośno Pana: - O Boże, spraw, proszę, by znowu stała się zdrowa.”

Kochające się rodzeństwo to zjawisko nie najczęstsze. A tutaj doszła jeszcze różnica wieku: Miriam na pewno była starsza od Mojżesza, bo gdy on jako noworodek pływał w kolebce-łódeczce po Nilu, ona była już chyba sporą dziewczynką, bo została wysłana przez matkę z ważną misją do córki faraona. Aaron też był według Biblii starszy, co wiemy z Księgi Wyjścia 7,27. No i ten najmłodszy nagle robi się najważniejszy. Sądząc z zapewnienia, że „był najskromniejszym, ze wszystkich ludzi", nie prowokował rodzinnych zazdrości - ale o ten grzech nietrudno. Pamiętam, że gdy mądrzyłem się wobec brata Jurka, odpowiadał mi argumentem: - Jestem od ciebie trzy i pół lat starszy (w tej precyzji arytmetycznej był zresztą pewien żart, bo był to człowiek o niezwykłym poczuciu humoru i też bardzo skromny). Zresztą nie tylko Aaron, ale i Miriam zawsze należeli do najbliższych współpracowników Mojżesza, współprzywódców. Także Miriam, choć kobieta: rola płci pięknej w starożytnym Izraelu wcale nie była nieraz malutka, sprawa ta jest dość skomplikowana. W każdym razie imienniczka Marii z Nazaretu po wydarzeniach nad Morzem Czerwonym szła na czele kobiet i śpiewała pieśń chwały, nazwana expressis verbis prorokinią. (Wj 15,21). Rola Aarona jest jeszcze bardziej oczywista, w Księdze Syracha 45 nawet równa Mojżeszowi. Uzupełniali się na ogół nawzajem (starszy brat był lepszym mówcą), ale w dzisiejszym tekście kłócą się. Podejrzewam, że motorem tu była Miriam, ale nie chcę wyjść na antyfeministę... W każdym razie Pan ujął się za Mojżeszem i ukarał Miriam (a nie Aarona - moje podejrzenie jest słuszne?).

Nie jest dobrze, gdy jest dwóch (albo i troje) przywódców. Chyba, że jeden z braci stale ulega drugiemu, co jednak też czasem sprawia kłopoty...

Ludzie
Dziś dzień liturgiczny świętego Jana Marii Vianneya, 150. rocznica jego śmierci. Wspominam XIX-wiecznego księdza francuskiego, którego Benedykt XVI ogłosił patronem rozpoczętego w czerwcu Roku Kapłańskiego. Była to niewątpliwie postać niezwykła. Bardzo niezdolny umysłowo, z trudem uznany za zdolnego do przyjęcia kapłaństwa (łacina!), potem nawet nie od razu miał prawo rozgrzeszania. Był natomiast tak głęboko religijny i tak pracował nad sobą, że z czasem stał się sławnym w całej Francji i innych krajach spowiednikiem i w ogóle znakomitym proboszczem w maleńkiej wiosce Ars (jedynym proboszczem wyniesionym na ołtarze!). Przeczytałem o nim w KAI, też artykuł ks. Kazimierza Panusia w ostatniej „Niedzieli" i tam również tekst ks. Mariusza Frukacza o encyklice Jana XXIII na temat tamtego Jana. No i wróciłem do tegorocznej książki Wydawnictwa Księży Marianów MIC pt. „Zapiski z Ars": są to „Notatki naocznego świadka kazań, homilii i rozmów" świętego Francuza, spisane przez ks. Alfreda Monnin. Znalazłem tam taki ważny akapit:
„Początkowo ks. Vianney wygłasza bardzo rygorystyczne kazania, w stylu tych, jakie wyczytał w odziedziczonych po ks. Balleyu podręcznikach kaznodziejskich. Roztacza w nich przed parafianami przerażające wizje piekła, walczy z najmniejszymi słabościami i przywarami prostych wieśniaków. Z czasem jednak, mniej więcej od 1830 r., ludzie zauważają, że coś zaczyna się zmieniać. Proboszcz coraz częściej mówi o pełnym miłosierdzia Dobrym Pasterzu, o niebiańskim smaku Eucharystii, o miłości Boga i modlitwie, która jest oddechem duszy. Jego słowa łagodnieją, stają się głębsze, zaczynają wypływać prosto z serca, a nie z książek. Na ambonie zamiast Bożego prawnika staje Boży świadek, który zalewa się łzami na myśl o szczęściu życia w Bogu. Wieść o świętym Proboszczu z Ars zaczyna rozchodzić się po okolicy: ludzie wiedzą, że spędza on długie godziny klęcząc przed Najświętszym Sakramentem, że sypia po trzy godziny na dobę, że dzieli się swoim chlebem z ubogimi i jak nikt umie pocieszać strapionych na duchu. Wierni chcą go słuchać, a przed konfesjonałem Proboszcza zaczynają ustawiać się coraz dłuższe kolejki".
Ksiądz musi ludzi zdobywać dobrocią i opowieścią o dobroci Boga, bo to najlepsza ewangelizacja.

17:31, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Niedola wodza

Księga Liczb 11,4b-15

„Na pustyni synowie Izraela mówili: - Któż nam da mięsa, abyśmy jedli? Wspominamy ryby, któreśmy darmo jedli w Egipcie, ogórki, melony, pory, cebulę i czosnek. Tymczasem tu giniemy pozbawieni tego wszystkiego. Oczy nasze nie widzą nic poza manną. Manna zaś była podobna do nasion kolendra i miała wygląd bdelium. Ludzie wychodzili i zbierali ją, potem mełli w ręcznych młynkach albo tłuki w moździerzach. Gotowali ją w garnkach lub robili z niej podpłomyki; smak miała taki jak ciastko na oleju. Gdy nocą opadała rosa na obóz, opadała równocześnie i manna. Gdy Mojżesz usłyszał, że lud narzeka rodzinami, każda u wejścia do swego namiotu, wtedy rozpalił się potężny gniew Pana. To wydało się złe Mojżeszowi. Rzekł więc do Pana: - Czemu tak źle się obchodzisz ze sługą swoim, czemu nie jesteś dla mnie łaskawy i złożyłeś na mnie cały ciężar tego ludu? Czy to ja począłem ten lud w łonie albo ja go zrodziłem, żeś mi powiedział: «Noś go na łonie swoim, jak nosi piastunka dziecię, i zanieś go do ziemi, którą poprzysiągłem dać ich przodkom»? Skądże wezmę mięsa, aby dać temu całemu ludowi? A przecież przeciw mnie podnoszą skargę i wołają: «Daj nam mięsa do jedzenia». Nie mogę już sam dłużej udźwignąć troski o ten lud, już mi nazbyt ciąży. Jeśli chcesz tak ze mną postępować, to raczej mnie zabij, jeśli jesteś dla mnie łaskawy, bym już nie patrzył na swoje nieszczęście".

Wzruszająca jest ta skarga Mojżesza, położonego między młotem groźnego Boga a kowadłem narzekającego ludu. No i odważna ta polemika, tak typowa w tej religii. Ciężko być przywódcą, szczególnie gdy odpowiedzialność moralna jest stale tak uświadomiona, jak to było z mistykiem Mojżeszem. Niektórzy jednak mają „instynkt wodzowski", skłonności i talenty przywódcze. Ja ich zupełnie nie mam. Może dlatego byłem kiedyś kiepskim nauczycielem: nie miałem autorytetu nawet w bardzo grzecznej klasie i przerażała mnie odpowiedzialność za tę czeredę przed dyrektorką, wizytatorem.

PS. A w tym tekście widać brak wspólnego, pieczałowitego po dzisiejszemu redaktora Biblii: w czytanej dziś Księdze Liczb jest dalej o zaopatrzeniu szemrającego ludu w mięso przez zesłanie przepiórek, tak jakby nie nastąpiło to już wcześniej, o czym czytaliśmy wczoraj z Księgi Wyjścia. Z dawna wiadomo, że jest w Biblii kilka różnych tradycji - redaktorom to jakoś nie szkodziło, takie były pisarskie obyczaje.

21:18, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
niedziela, 02 sierpnia 2009
Manna, przepiórki, kobiety

Księga Wyjścia 16,2-4.12-15

Opowieść o narzekaniu Żydów na pustyni i o tym, że dostawali od Boga przepiórki oraz mannę. Przepiórki przeszły do kultury polskiej nie za sprawą Biblii, tylko Żeromskiego („Uciekła mi przepióreczka"), ale manna z nieba stała się przysłowiowa oraz mamy odpowiednią kaszę.

Jak było z tamtym dożywianiem Izraela, można przeczytać w nieocenionej „Encyklopedii biblijnej". Manna byłaby według F. S. Bodenheimera „słodką wydzieliną dwóch rodzajów owadów z rodziny czerwców, odżywiających się sokiem tamaryszku. Owady te pochłaniają ogromne ilości soku, bogatego w węglowodany, ale ubogiego w azot. Nadwyżka węglowodanów, które owad musi wchłonąć, aby uzyskać niezbędną do życia ilość azotu, jest następnie wydalana w postaci słodkiej substancji. Ta słodka substancja o miodowym smaku jest bogata w trzy podstawowe cukry i pektynę. W suchym pustynnym powietrzu nadmiar cieczy szybko wyparowuje z wydzieliny, z której pozostają kuliste krople na roślinach albo na ziemi." Wcześniej czytałem, że to mógł być jakiś porost. Co zaś do przepiórek, w cytowanej encyklopedii czytam, że „Hebrajczycy mogli z wielką łatwością zebrać bardzo wiele przepiórek (...), co tłumaczy się zapewne tym, że chociaż znakomicie latają, to jednak na dłuższych dystansach są uzależnione od wiatru. Zmiany kierunku wiatru zmuszają je do lądowania, a na ziemi stają się łatwym łupem."

Czyli Biblia nie fantazjuje, choć nieraz „ucudownia” zjawiska jakoś normalne. Jakoś - bo działając poprzez ”przyczyny wtóre” Bóg też działa, a jakże.    

Lektury.

W lipcowo-sierpniowym ”Liście" (polecam, polecam, polecam!) Jerome Murphy-O`Connor OP pisze m.in. tak:

”Popularny obraz Jezusa odzwierciedla właściwie tylko jeden etap Jego działalności. Z czysto ludzkiego punktu widzenia wygląda na to, że na początku rzeczywiście myślał o sobie jako o proroku. Jego nauczanie było zgodne z nauczaniem wielkich proroków Starego Testamentu, nie interesował się poganami i troszczył się o przestrzeganie Prawa. Mniej więcej w połowie swej misji Jezus zaczął jednak zmieniać postawę. Nie mógł dłużej akceptować autorytetu Prawa. Przykładowo określało ono jako grzeszników tych, którzy wykonywali zakazane zawody, czyli te, przy których brak kontroli ułatwiał kradzież. Chodziło np. o pracę tzw. celników. Jezus widział, że wielu wybierało tego typu zawód bynajmniej nie z powodu łatwości dokonywania kradzieży - ulegali presji społecznej i ekonomicznej, nad którą nie mieli żadnej władzy. Jezus widział w nich raczej ofiary i nie obawiał się z nimi przebywać. Nie domagał się od nich natychmiastowej zmiany stylu życia, przyjmował ich takimi, jacy byli (Mt 11, 19). Z czasem Jezus zaczął dochodzić do rozumienia swojej misji jako misji ostatniego posłańca Boga w historii. Droga do zbawienia w Jego nauce nie wiodła już przez zachowywanie żydowskiego Prawa, ale przez naśladowanie Jego Osoby (Mt 10, 32-33).”

Ciekawe jest i cieszące, że autor mówi o ewolucji poglądów Jezusa. Bo przecież nie miał świadomości swego Bożego posłannictwa już będąc dzieckiem w kolebce. Bibliści powołują się tutaj na Ewangelię Łukasza, gdzie czytamy, że „wzrastał w mądrości" (2,52), i jest do takiej egzegezy podpórka w którymś dokumencie kościelnym.

Na koniec kolejny odcinek „Kobiet w Biblii" profesor Elżbiety Adamiak w dzisiejszym „Tygodniku Powszechnym". Autorka analizuje uczenie List do Efezjan, gdzie mamy patriarchalne słowa, że żony mają być poddane swoim mężom jak Panu (5,22), czyli oczywiście samemu Bogu. Zauważa, że co prawda werset wcześniej mamy nakaz podległości małżonków wzajemnej, ale konkluduje, że to jednak  („zauważają niektórzy") podbudowa teologiczna domowego patriarchalizmu. Pewnie tak, na szczęście bibliści twierdzą, że ten list to raczej dzieło uczniów Pawła, nie samego Apostoła, w którego gminach kobiety miały poczesne miejsce. A poza tym Paweł twierdził, że nie ma mężczyzny ani kobiety, tak jak nie ma niewolnika ani wolnego (to na pewno Pawłowy List do Galatów 3,28). Na co jednak z kolei można rzecz sceptycznie, że nie domagał się przecież zniesienia niewolnictwa jako struktury społecznej: łagodził tylko jej okrucieństwo (List do Filemona). Może więc był tylko za patriarchalizmem soft.      

Kończę dwiema anegdotami. Pierwsza mego biblistycznego kommilitona, pastora Mieczysława Kwietnia: że po całym wszechświecie, tuż przed człowiekiem, Pan Bóg stworzył kawę. I moja: że zaraz po kawie stworzył kobietę, dopiero po niej - człowieka... Zgodziłby się ze mną chyba niejeden Ojciec i Doktor Kościoła.

12:13, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Archiwum