Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 31 sierpnia 2008
Szymon Piotr szatan
Ewangelia Mateusza 16,21-27

Jezus kiedyś okropnie nawymyślał Piotrowi: nazwał go najgorzej, jak mógł, czyli szatanem. Było mianowicie tak, że gdy ten zaczął go przekonywać, że On będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie, „książę apostołów" nie zauważył jakby w ogóle zapowiedzi zmartwychwstania (idei w ogóle jeszcze wtedy mglistej), tylko zapewniał, że Mu nic nie grozi. No cóż, bywamy optymistami bardzo na wyrost, ale mnie tu wciąż zadziwia Jezusowa terminologia: Szymon nazwany dopiero co Opoką Kościoła zostaje nagle tak spostponowany. Dlaczego? „Jesteś mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku”. Myślenie „ludzkie" też i na tym polega, że za sukces uważa się to, co w oczach Bożych jest zgoła niczym. Tak jak niczym są ziemskie zaszczyty, splendory, władza nad innymi. Mamy tu też zatem przestrogę przed windowaniem każdej władzy, również kościelnej, na bliskie nieba szczyty. Myślę o wręcz kulcie papieża, uważanego jeszcze przed półwiekiem przez niektórych dworskich teologów za półboga niemal, ale i o innych wyznaniach, nawet ewangelickich, które rzymską wyniosłość jakby trochę naśladować lubią.
09:19, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
sobota, 30 sierpnia 2008
Talent, zbrodnia, piekło
Ewangelia Mateusza 25,14-30

Przypowieść o talentach, bardzo warta namysłu. Albowiem jest jakaś psychologiczna prawidłowość, że ludzie wybitnie zdolni są nieraz wybitnie leniwi i marnują ów dar Boży czy - jak kto woli - genetyczny. Może idzie im wszystko tak dobrze, iż myślą, że zawsze sobie poradzą, ale w rezultacie „osiągi" mają mizerne?

Zamiast się jednak bawić w amatorską psychologię, pomyślę teologicznie. Bóg, który wie genialnie, ile kto może, osądza też ludzi według ich możliwości, czyli znacznie łagodniej niż my, ignoranci. Wiem, wielu tłumaczy się trudnym dzieciństwem albo i odziedziczeniem okropnych cech po przodkach - i to są czasem usprawiedliwienia wątpliwe. Tak jak i choroba psychiczna nie zawsze zwalnia od odpowiedzialności w stu procentach. Niemniej może nikt nie jest potępiony na wieki dlatego, że jeden Bóg wie wszystko to, co skłoniło strasznego zbrodniarza do jego grzechów potwornych.
11:36, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
piątek, 29 sierpnia 2008
Nie lękaj się nikogo
Księga Jeremiasza 1,17

Dziś dzień mojego patrona, Jana Chrzciciela. 24 czerwca pamiątka jego narodzenia, dziś wspomnienie jego męczeńskiej śmierci. Przypominam: Jan krytykował Heroda za jego nielegalne małżeństwo, podpadł nie tyle jemu, ile nielegalnej żonie Herodiadzie, która znalazła sposób, by go zgładzić. Zginął ścięty mieczem.

Zacznę na wesoło: podobno relikwii tego świętego mamy wiele; jest nawet kilka jego głów, z tym, że autentyczne są tylko dwie...

Teraz już poważniej: prawosławie czci go bardzo, bardziej niż katolicyzm. Dowód na to m.in. liturgiczno-relikwialny: ci chrześcijanie mają nie dwa święta Jana Chrzciciela, ale cztery: poczęcie, narodzenie, śmierć, pierwsze i drugie odnalezienie jego głowy czczone razem, trzecie odnalezienie. Kojarzy się to, także mnie, z obłędnym kultem (rzekomych) szczątków doczesnych ludzi wielkich duchem. Niemniej człowiek był duchem olbrzymi, więc może jednak rzeczywiście uczniowie Jana zabrali zwłoki mistrza i pochowali je (Mateusz i Marek), ale zdobyli też poza tym odciętą mu głowę i ona służyła im, jakoś zmumifikowana, jako relikwia. Po czym gubiła się... Nie dotarłem do fachowej literatury na ten temat (myślę o prawosławnej), jak się dowiem, to napiszę, legendę zawsze szanując.

Na pewno natomiast poza perykopą Markową 6,17-29 Kościół rzymskokatolicki przeznaczył na dzisiaj urywek z Księgi Jeremiasza 1,17-29, gdzie Pan mówi do proroka: „Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi". Prorocy muszą być odważni: można by rzec, że to ich cnota fundamentalna. Jan Chrzciciel miał kłopoty z władzą cudzą, Jeremiasz z własną, o mało go nie zamordowała, podpadał nieraz.

Myślę sobie dzisiaj o różnych prorokach chrześcijaństwa, którzy narażali się własnemu Kościołowi. Szczególnie o tych, którzy - by użyć wyrażenia z czasów walki z władzą komunistyczną - szli nie „za postępem", ale przed - i obrywali nieźle. Przeczytałem kiedyś wspomnienia kardynała Congara z czasów, gdy przed Soborem głosił poglądy zgoła soborowe: nacierpiał się sporo, zanim na starość został wynagrodzony czerwonym kapeluszem (wspomnienia wydało w Polsce niedawno „W drodze").

Co do mnie, wychylam się czasem, ale nie narzekam na żadne kary kościelne. Pewnie głównie dlatego, żem człowiek świecki a nie ksiądz: duchownym gorzej. Podziwiam zatem  wszystkich, którzy nie boją się wychylić i trwają w stanie księżym  na odnowicielskim posterunku.
16:04, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
czwartek, 28 sierpnia 2008
Nadejdzie taki dzień
Ewangelia według Mateusza 24,42

„Czuwajcie, bo nie wiecie, w którym dniu wasz Pan przyjdzie.”

Słowa te odnoszą się do powtórnego przyjścia Chrystusa, tym razem skuteczniejszego niż to pierwsze, w tym sensie, że radykalnie zmieniającego stworzony świat. Okaże się On wtedy tym Mesjaszem, jakiego oczekują Żydzi. Jak to będzie wyglądało? Ewangelie opisują to barwnie, ale ich narracji nie należy rozumieć dosłownie - szczególnie że opis końca wszechświata miesza się tutaj z końcem świata starożytnych Żydów, czyli zburzeniem ich świętej stolicy.

W przeznaczonym na dzisiaj tekście jest jedna myśl zasadnicza: żebyśmy nie dali się zaskoczyć. Można to rozumieć wielorako: także jako ostrzeżenie, żeby nie dać się zaskoczyć własną śmiercią. No i ludzie rozumieją, że bardzo niewiele rzeczy muszą, ale jedno na pewno: musimy umrzeć, od tego nie ma wyjątku. Więc sporządzamy testamenty, ale też sięgamy - niech będzie taki kalambur - do Starego i Nowego Testamentu. W sensie bardzo szerokim: robimy rachunki sumienia. Często w ogóle na starość łagodniejemy, staramy się o pojednanie z ludźmi, oddzielonymi od nas jakimś konfliktem.

Przed śmiercią jednamy się w ten sposób z Bogiem, który jest w bliźnich naszych. Ale nieraz nie jesteśmy z Nim pokłóceni, bo życie upłynęło nam uczciwie, więc nawet to, że wątpimy w Jego istnienie,  wcale Go nie obraża. Jeśli zaś na starość trafimy na księdza, który ukaże nam Kościół od dobrej strony, to następuje też pojednanie z instytucją, która nieraz odstrasza ludzi.

Cieszę się, gdy ktoś pojedna się z którymś Kościołem, niekoniecznie z moim, rzymskokatolickim, choćby nawet był w moim ochrzczony (znam taki przypadek). Stać mnie na tyle ekumenizmu.
11:56, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
środa, 27 sierpnia 2008
Kościoły, praca, płaca
2 List do Tesaloniczan 3,8-10

„(...) u nikogo nie spożywaliśmy chleba za darmo, ale w trudzie i mozole pracowaliśmy dniem i nocą, aby nikogo z was nie obciążać. Nie dlatego, że nie mamy do tego prawa, ale po to, abyśmy mogli samych siebie dać wam jako przykład do naśladowania. Albowiem gdy byliśmy u was, nakazywaliśmy wam tak: kto nie chce pracować, niech też nie je."

Odwieczna sprawa pracy i płacy ludzi, których władze PRL były uprzejme nazywać funkcjonariuszami. kultu.
Odwieczna - przecież na przykład kapłani Starego Przymierza też nie żyli powietrzem ani nie hodowali bydła: utrzymywali się z ofiar wiernych, w naturze i w monecie (podatek świątynny).

Ale jest to również sprawa odwieczna w tym sensie, że finanse kościelne od dawna są kwestią mocno kontrowersyjną. Niech nikt nie myśli, że wszystko zaczęło się teraz, jako spadek myślowy po komunizmie, jego antykościelnym nastawieniu. Znam nieźle czasy przedwojenne, nie z autopsji, bo byłem wtedy szczeniakiem, ale z opowiadań matki. Gorliwa katoliczka opowiadała mi szczerze, że lud wiejski wybaczał księżom niejedno, na przykład łamanie celibatu („chłop musi mieć kobitę”), wcale zresztą nierzadkie, ale gorszył się bardzo proboszczowskim zdzierstwem. I - mówiła też mi matka - ksiądz Zieja, ascetycznie traktujący sprawy finansowe, był niecierpiany przez innych księży (notabene polecam jego myśli na tematy kościelne, drukowane w kolejnych numerach „Buntu Młodych Duchem"). Bo też zawsze byli księża i księżyska, jak zjawisko to nazwał biskup Pieronek.

Sprawa księżej mamony wróciła pełną parą i to poniekąd jednak jako spadek po komunizmie. Zostały po nim nie tylko antyklerykalne uprzedzenia: także sprawy do załatwienia. Kościołowi rzymskokatolickiemu odbierano, co się dało, a teraz trzeba to oddawać. No i są spory o to, czy nie oddaje się za dużo, więcej niż się należy.

Odpowiem ogólnie tak oto. Można twierdzić, że w ogóle żaden Kościół czy inny związek wyznaniowy nie powinien nic dostać przed uchwaleniem ustawy reprywatyzacyjnej. Mamy wtedy z głowy odpowiedź na pytanie, czy w tej dużej sprawie nie ma innej, mniejszej: czy wielki, więc potężny Kościół rzymskokatolicki nie dostaje w ramach rekompensaty więcej i z mniejszym trudem niż inne Kościoły? Odpowiedź moja brzmi: dostaje na ogół więcej i łatwiej. Albowiem znam trochę ten obszar spraw i wiem, że dla (prawie) każdej polskiej władzy cywilnej, państwowej czy samorządowej, petent rzymskokatolicki jest bardziej wart poważnego potraktowania niż jakiś „innowierca".

Chodzi mi po głowie zwariowanego ekumenisty jednak też myśl druga, ekumeniczna w innym sensie. Ktoś mi skomentował starania majątkowe katolickich zakonnic, które wzbudziły tyle krytyk, w taki sposób: „niech się modlą, a nie wyciągają ręce po pieniądze". Nie wiem, czy nie kryje się za tym powiedzeniem przekonanie, że duchowieństwo chrześcijańskie w ogóle, a zakonnice w szczególności to na ogół darmozjady. Otóż znam na tyle życie polskich „funkcjonariuszy kultu", by napisać, że są wśród nich lenie, ale i pracusie. Myślę w szczególności o siostrach zakonnych, które wykonują wielką i wielce niewdzięczną pracę opiekuńczą. Między innymi właśnie owe elżbietanki i szarytki. Mamy wielki, coraz większy problem ludzi starych: moje doświadczenia z zakonnicami (także właśnie szarytkami) w tej dziedzinie są bardzo dobre. Łączą medyczną fachowość z serdeczną opiekuńczością. Są społeczeństwu potrzebne, a że potrzebują do swej pracy pieniędzy, to chyba oczywiste. Paweł z Tarsu był tu wzorem nad wzory, spalał się w pracy duchownej i by nie wzbudzać żadnych krytyk, dodatkowo wyrabiał namioty. Zapewne jest też w swej pracowitości wzorem niedoścignionym, jednak przez dzisiejszych duchownych polskich nie całkiem zapoznanym.
17:17, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
wtorek, 26 sierpnia 2008
Jasna Góra, wino, kawa, Duch

Ewangelia Jana 2,1-11

Uroczystość katolicka polska jak żadna inna: Matki Bożej Jasnogórskiej. Czytania biblijne dobrano tak: z Izajasza (2,2-5) czytamy o górze świątyni Pana (Syjonie, ściślej mówiąc, górze Moria), do której „pójdą mnogie ludy", z Psalmu 48 między innymi werset: „Święta Jego góra, wspaniałe wzniesienie, radością jest całej ziemi". Z Listu do Galatów wybrano fragment, gdzie jest jedyne zdanie Pawła na temat Matki Jezusa: że był „urodzony z niewiasty", Z Ewangelii Jana opowieść o weselu w Kanie Galilejskiej. Czyli skojarzenia z górą albo z samą Marią. No i czytaniem alternatywnym dla tekstu z Izajasza jest fragment Księgi Przysłów 8,22-35 o Mądrości upersonifikowanej, którą Bóg „stworzył przed swymi czynami", jako swe arcydzieło: tu skojarzenie z Matką Jezusa i Jej ikoną jest dyskusyjne, bo owa biblijna Mądrość to jednak raczej już Słowo niż Jego Matka. Ale mariologia czyni też takie asocjacje.

We fragmencie Janowym rola Marii z Nazaretu jest szczególna: jako inspiratorki pierwszego cudu Jezusa. Jednak nie zdawała sobie sprawy, że pierwszy cud zapoczątkowuje sławę i chwałę Jej Syna, Jego drogę wzwyż, ale ostatecznie na wysokość krzyża.

PS. Gdybym był głupio złośliwy, napisałbym, że perykopę ewangelijną o rozmnożeniu wina dobrano fatalnie, bo jest sierpień, katolicko-polski miesiąc trzeźwości. Ale to byłby wygłup, bo niezależnie od dyskusji na temat terapii alkoholizmu (ksiądz Robert Krzywicki narozrabiał na ten temat trochę w „Tygodniku Powszechnym", kwestionując zasadę żelaznej abstynencji) pijaństwo jest grzechem niewątpliwym. Albowiem w każdej czynności umiar jest niezbędny. Zarazem wiele zależy od klimatu: w słonecznej Italii do picia (lekkiego) wina stołowego zachęcają nawet księża, a w Ziemi Świętej też to może cnota. Co do mnie, jestem alkoholowo raczej obojętny, jeżeli już, to sobie polecam piwo, ale w ogóle wolę kawę. Z przyczyn fundamentalnych, bo biblijno-ekumenicznych: biblista przedni, przyjaciel mój pastor zielonoświątkowy Mieczysław Kwiecień głosi, że tuż przed koroną stworzenia, czyli człowiekiem, Pan Bóg stworzył kawę. Jeżeli nie ma tego w Księdze Rodzaju, to pewnie dlatego, że tamtoczesny przemysł alkoholowy bał się konkurencji i ocenzurował Biblię bezczelnie...

Fajka sugeruje, że nie może być różnic między Ewangeliami, bo przecież Duch Święty działa. Otóż jak działa, napisałem dzisiaj w ”Stołecznej” cytując  świętej pamięci prof. Świderkównę (we wspomnieniu o niej), a że Fajka krakowianka, do ”Stołka” nie ma dostępu, więc melduję, że Duch działa, ale kooperuje z ludźmi, a ci - na szczęście - nie na jedno kopyto. Co zaś do Ducha, to jeszcze ten dowcip z brodą, że jest spóźnialski, więc doradza też episkopatom krajowym, ale czasem nie zdąża i radzą sobie bez niego. Anegdota jest niemiecka, dotyczy zebrań w Fuldzie, nie na Jasnej Górze, rzecz jasna!

11:53, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 25 sierpnia 2008
Uczeni w Piśmie wtedy i teraz
Ewangelia Mateusza 23, 1.13-22

Dalszy ciąg Jezusowego karcenia uczonych w Piśmie  i faryzeuszy. Mowa bardzo ostra: „Biada wam, uczeni w Piśnie i faryzeusze, obłudnicy, bo zamykacie Królestwo Niebieskie przed ludźmi. Sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą. Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo obchodzicie morze i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę. A gdy nim się stanie, czynicie go dwakroć bardziej winnym opiekła niż wy sami."
Jak napisałem przedwczoraj, owi uczeni razem z faryzeuszami wypadają w Ewangeliach bardzo źle, gorzej niż saduceusze, choć raczej ci drudzy a nie oni stanowili kapłańską elitę władzy. Może paradoksalnie dlatego, że faryzeusze byli poniekąd bliżsi rodzącemu się chrześcijaństwu niż po trosze cyniczni saduceusze. Czasem łatwiej żyć dobrze z kimś kompletnie obcym duchowo niż z trochę podobnym. Szczególnie gdy w swej gorliwości religijno-moralnej ów trochę podobny przebiera miarę, co gorsze, gorliwości w poglądach nie łączy z gorliwością we własnej postawie moralnej.
A sami uczeni w Piśmie - kto to był? No cóż, poniekąd ówcześni bibliści. I znów próbuję uczynić przesłanie ewangelijne uniwersalnym, czyli odnieść go do naszych czasów. Jacy są dzisiejsi bibliści? Lepiej tu zapytać, jacy są ogólniej teologowie, bo bibliści to już grupa społeczna wielce naukowa, nie zajmująca się życiem wiernych. Robią to natomiast specjaliści od teologii zwanej w skrócie moralną.

Otóż zachowywali się kiedyś trochę jak tamci żydowscy sprzed 20 wieków, to znaczy dokręcali niemiłosiernie moralistyczną śrubę. Dotyczyło to w szczególności przykazania „nie cudzołóż", które uważali za alfę i omegę etyki, a za grzech ciężki wszystko, co kojarzy się z seksem. Przy czym byli komicznie drobiazgowi: pewien polski teolog rozważał był problem, czy spożycie lodów łamie zasadę wielogodzinnego postu przed Komunią, gdy wolno było tylko pić... Tak zwana kazuistyka, instrukcja na każdy przypadek.

Tylko że to już tempi passati. Dziś teologowie katoliccy, raczej tylko co prawda zachodni, polscy są ostrożniejsi, wczuwają się na ogół w niedolę wiernych, na przykład kwestionują zakaz antykoncepcji. Nie przypominają wcale ewangelijnych uczonych w Piśmie. Ale -  zaznaczam - mówię o teologach, nie o władzy kościelnej: ta jest w niejednej sprawie - na przykład tej seksualnej - o wiele twardsza.
13:17, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
niedziela, 24 sierpnia 2008
Opowieść o opoce

Ewangelia Mateusza 16,13-20

Ważna i sławna scena, w której Jezus wyróżnia Piotra spośród Apostołów, nazywając go opoką (gra słów: Petros - Piotr, petra - opoka), na której będzie zbudowany Kościół. Wyróżnienie to następuje po wypowiedzi Szymona Piotra, który w imieniu uczniów odpowiada na pytanie Jezusa, za kogo Go oni uważają. Odpowiada właściwie: „Za Mesjasza, Syna Bożego". Reprezentuje uczniów, w szczególności Dwunastu, i reprezentuje celnie.

Każdy (?) wie, że jest w całym chrześcijaństwie spór o Piotra. Tylko Kościół rzymskokatolicki wyciąga z tej sceny ewangelijnej (i ze słów Jezusa „Paś baranki moje" z Ewangelii Jana 21,15-17) wniosek centralistyczny, reszta chrześcijan obywa się z zadowoleniem bez takiego ośrodka kierowniczego. Od Soboru Watykańskiego II i papieża Jana XXIII, który go zwołał naruszając rzymską monarchię absolutną, zaczął się w tym największym z Kościołów proces decentralizacyjny. Wewnątrz tegoż Kościoła: biskupi, nie mówiąc o teologach, wykazują coraz większą niezależność myśli, a w dialogu międzykościelnym dyskutuje się, czy pierwszeństwo Piotra, w Biblii raczej oczywiste, musi przekładać się na centralizm papieski. Czy w ogóle musi być taki ośrodek kierowniczy i czy ma on mieć taką postać?

Bardzo mnie zaciekawiła i ucieszyła opinia polskiego prawosławnego hierarchy i teologa, arcybiskupa Jeremiasza, który uznałby władzę biskupa Rzymu jako jakby marszałka sejmu kościelnego sejmu: pierwszego wśród równych, nie zwierzchnika pozostałych, niemniej jakoś odpowiedzialnego za całość chrześcijaństwa.

Oto cytat z wywiadu, jakiego mój przyjaciel udzielił Katolickiej Agencji Informacyjnej (przedrukowałem go w dwumiesięczniku „Bunt Młodych Duchem"):
”KAI: Jakie prerogatywy można by, zdaniem Księdza Arcybiskupa, przyznać temu, kto sprawowałby prymat w zjednoczonym Kościele?
Abp Jeremiasz: - Na pewno prawo i obowiązek zwoływania soborów oraz przewodniczenie jakiemuś stałemu Synodowi Biskupów. Zgodnie ze starym zwyczajem patriarchalnym w każdym Kościele [prawosławnym - JT] istnieje Synod Biskupów. Prawosławni chcą, by taki Synod powstał też w jednym Kościele chrześcijańskim. Byłoby to gremium dość pokaźne. W myśl starej zasady kanonicznej, pierwszy ma również obowiązek zadbania o obsadę diecezji po śmierci ordynariusza poprzez zainicjowanie powołania jego następcy. Odpowiada za to biskup sprawujący prymat regionalny, ale gdyby zaistniały jakieś konflikty, dobrze jest mieć kogoś, kto posiada prerogatywy rozstrzygania trudnych spraw. W kompetencji prymatu [papieskiego -JT] byłaby sprawa kontaktów ze światem zewnętrznym, jak również koordynacja życia kościelnego na różnych odcinkach, jest bowiem cały szereg problemów ogólnokościelnych. Nie chodzi jednak o centralistyczne zarządzanie Kościołem, tak jak się zarządza np. państwem.”

To jednak opinia prawosławna i nie wiem nawet na pewno, w jakiej mierze typowa. Protestanci myślą po swojemu, co znaczy też, że bardzo różnie. Takich wrogów papiestwa, jakim był Luter, raczej nie ma, niektórzy luteranie dzisiejsi nie wykluczają jakiejś ogólnochrześcijańskiej ”posługi jedności”, ale całkiem innej niż obecne papiestwo. Poza tym oni są najbliżsi katolicyzmowi, u zielonoświątkowców na przykład niemal autonomiczny jest każdy zbór. A Benedykt XVI nie ułatwia sprawy, psuje stosunki zwłaszcza z protestantami.

11:26, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
sobota, 23 sierpnia 2008
Tytułomania grzechem jest
Ewangelia Mateusza 23,8-11

„Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywać mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony."

To są słowa, które według Ewangelii Mateusza Jezus skierował do faryzeuszy. Dziś bibliści sądzą, że to stronnictwo żydowskie, symbolizujące potocznie moralną obrzydliwość (rzeczownik „faryzeizm"), wcale nie było jako całość tak godne pogardy. Mieli pośród siebie takie autorytety moralne jak Gamaliel, sympatyków Jezusa, jak Nikodem czy Józef z Arymatei, za mękę i śmierć Jezusa odpowiadają także saduceusze, mający przewagę w Sanhedrynie. Niemniej w swej gorliwości religijnej faryzeusze wpadali w hipokryzję, co w przeznaczonym na dzisiaj tekście wytyka im Jezus. Głosi, że „wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć nie chcą". No i ta moralność na pokaz oraz właśnie nieokiełznana chęć błyszczenia, bycia wyróżnianym. Każdą Jezusową krytykę ówczesnego duchowieństwa kojarzymy słusznie z dzisiejszym „klerem": w końcu Ewangelie nie są martwymi dokumentami historycznymi, ale przesłaniem na każdą epokę. Dlatego też wskazanie, by nie pozwalać na różne tytuły, odnoszę do tego, co mamy tu i teraz (w Polsce - na Zachodzie jest lepiej). A mamy w zakonach ojców i braci, w duchowieństwie pozazakonnym eminencje i ekscelencje, nie mówiąc o umiłowaniu innych tytułów: prałat, kanonik i ksiądz profesor z doktorem. Cóż z tego, że tak jest (zresztą skromniej) w życiu świeckim: Kościół ma być przecież ewangelicznym wzorem! Ma hierarchię, urzędy - to samo przez się jest niezbędne, ale zbędna moralnie jest owa chęć wywyższania się, mentalność hierarchizująca wspólnotę kościelną, czyniąca z niej dwór feudalny czy też wojsko, sprzyjająca karierowiczostwu, utrudniająca dialog wewnętrzny.
15:50, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 sierpnia 2008
Jedno w dwóch
Ewangelia Mateusza 22,34-40

”Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że Jezus zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał Go, wystawiając Go na próbę:  - Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? On mu odpowiedział:-  «Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem». To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: «Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego». Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy".

Potoczna polska wiedza o Żydach starożytnych nie zawiera wiadomości, że byli wewnątrz swej wspólnoty bardzo pokłóceni (tak jak i dzisiejsi - gdyby było inaczej, może by faktycznie rządzili całym światem...). Główny spór dzielił faryzeuszy i saduceuszy. Ci pierwsi byli - można by rzec - bardziej ideowi. Nie mam na myśli tego, że nie wierzyli w zmartwychwstanie: trudno twierdzić, że z oportunizmu. Natomiast w przeciwieństwie do saduceuszy, którzy wygodnie żyli z Rzymianami - stanowili odważną opozycję antyokupacyjną (choć nie tak gwałtowną, jak zeloci). Do oceny faryzeuszy jeszcze wrócę, tu tylko skomentuję przeznaczoną na dzisiaj opowieść.

Gdy zatem Jezus poradził sobie z argumentacją saduceuszy przeciw zmartwychwstaniu (Mt 22,23-33), faryzeusze przyszli do Niego podyskutować. Mateusz jest bardziej podejrzliwy (bo też bardziej antyżydowski, ściślej: „antysynagogalny", przeciwny władzom żydowskim) niż Marek, więc zaznacza, że było to nie tyle poszukiwanie prawdy, ile szukanie sposobu, by Go skompromitować. Dlatego też Mateusz kończy perykopę odpowiedzią Jezusa, a Marek (12,28-34) ciągnie opowieść dalej: pytający chwali Jezusa, że dobrze odpowiedział, na co Jezus z kolei chwali jego.
Mam nadzieję, że takie różnice między Ewangeliami moje Czytelniczki i Czytelników nie dziwią. Ważne są nie tyle takie szczegóły (choć ciekawe!), ile przesłanie ogólne perykopy w obu Ewangeliach: że szczegółowe przykazania maleją w zestawieniu z dwoma podstawowymi. Są one miarą, zasadą rozumienia przykazań bardziej detalicznych.

No i nie da się kochać Boga nie kochając bliźniego. A na odwrót? Kochając naprawdę bliźniego kocha się Boga, choćby się nie wierzyło, że ktoś taki istnieje (wciąż polecam lekturę Mateuszowego rozdziału 25).

PS. Wczoraj w pośpiechu nie sprawdziłem i zrobiłem błąd w łacińskim wyrażeniu, które pisze się naprawdę „massa damnata": przez dwa ”s”.
17:05, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
czwartek, 21 sierpnia 2008
Przedziwna przypowieść o pewnym weselu
Ewangelia Mateusza 22,1-14

Opowieść krwawa: król urządza wesele swemu synowi, od razu są ofiary tego przedsięwzięcia w postaci ”wołów i zwierząt tucznych”. Potem zaproszeni goście nie tylko wykręcają się, niektórzy nawet wręcz mordują posłańców wysłanych z zaproszeniami. Reakcja monarchy jest też mordercza: zabójców każe wytracić a miasta ich spalić. Po czym przystępuje do dalszego kompletowania uczestników uczty. Wysyła sługi na rozstajne drogi, by zaprosili wszystkich napotkanych. Efekt jest oczywiście taki, że skład gości jest zróżnicowany moralnie: są dobrzy i źli. Ale jeden z nich wręcz nie ma stroju weselnego; nie potrafi powiedzieć niczego na swoje usprawiedliwienie, więc król każe wyrzucić go w „zewnętrzne ciemności", gdzie będzie przysłowiowy płacz i zgrzytanie zębów. Obraz dość straszny uzupełnia puenta: „Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych"

Zaglądam do Biblii Poznańskiej oraz „Komentarza praktycznego do Nowego Testamentu". Szczególnie ten drugi wyjaśnia dobrze dziwności ewangelijnej opowieści. Nie zakładając bynajmniej, że jest ona dokładnie tym, co kiedyś powiedział Jezus, pisze: „Wydaje się, że redaktor tej przypowieści pozostał pod przemożnym wrażeniem przypowieści o nieuczciwych dzierżawcach winnicy. Tam zaś zabójstwo syna właściciela winnicy odpowiada w sposób naturalny logice całego fragmentu: zabiwszy syna gospodarza dzierżawcy mogli mieć nadzieję, że w ten sposób winnica zostanie ich własnością. (...) Postawa zaproszonych była karygodna, ale kara wymierzona przez króla zdaje się być nieproporcjonalnie wielka: za kilku służących każe on wytracić wszystkich mężobójców i spalić miasto, w którym zapewne mieszkali nie tylko złoczyńcy". Poza tym zniszczenie miasta mężobójców to aluzja do zburzenia Jerozolimy.

No i jak wytłumaczyć srogość gospodarza wobec gościa ubranego nieelegancko? To było pytanie moje w dzieciństwie, kiedy to przypowieści rozumiałem dosłownie, co jest oczywiście idiotyzmem, bo uczą one nie „savoir vivre`u" towarzyskiego, tylko moralnego. W ogóle tropienie nielogiczności w tekstach biblijnych tego rodzaju literackiego nie ma sensu, bo, po pierwsze, to nie żadne wywody rozumowe, tylko swoista beletrystyka, a po drugie ktoś, kto spisywał i szlifował wypowiedzi Jezusa przekazane mu przez tradycję ustną, nie zawsze wykazywał się adiustacyjną akrybią.
Ważniejsze jest jednak jeszcze co innego: Jezus jako człowiek swej epoki i swego narodu używał mocnych wyrażeń i całych obrazów, których dziś raczej się nie stosuje, bo wrażliwość inna. Tak też tłumaczę sobie strasznie mocne słowa końcowe, że mało jest wybranych. To brzmi jak Augustyńskie wyrażenie „masa damnata" (olbrzymie tłumy potępionych), słowa ciążące na całym wielowiekowym kaznodziejstwie. Otóż dziś na szczęście nikt tak nie mnoży mieszkańców piekła. Nawet  Benedykt XVI, który nie poszedł za Janem Pawłem II, zmierzającym jakby w kierunku Hryniewiczowej nadziei powszechnego zbawienia, i w encyklice „Spe salvi" nie wykluczył piekielnej możliwości.
Mamy tu jeszcze problem, co to znaczy „wybranych". Jest to wyrażenie biblijne, rozumiane później jako potwornie niesprawiedliwa predestynacja przez mędrców chrześcijańskich od Augustyna do Kalwina, dzisiaj jednak nierozumiane chyba przez żadnego teologa chrześcijańskiego jako arbitralny dekret Boga, niezależny od starań człowieka.
PS. A ci, co w przypowieści odrzucili Boże zaproszenie, czasem jeszcze mordując sługi królewskie, to oczywiście Żydzi, którzy tak postępują z prorokami i apostołami. Gdy redagowała się Ewangelia Mateusza, pewnie prawie pół wieku po śmierci Jezusa, Kościół był już w ostrym konflikcie z Synagogą.
17:14, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 20 sierpnia 2008
Jedenaste: nie zazdrościć
Ewangelia Mateusza 20,1-16a

Przypowieść ekonomiczno-etyczna: o właścicielu winnicy, który najmował robotników do pracy w swoim gospodarstwie. Najął ich trochę z samego rana, potem około godziny szóstej i dziewiątej (w naszej rachubie około południa i godziny trzeciej) i umówił się, że każdy dostanie po denarze. Nie byłoby problemu, ale około jedenastej (piątej) zobaczył jeszcze jakichś bezrobotnych i ich też zaangażował. Gdy przyszło do wypłaty, wszyscy dostali tę samą należność, wobec tego ci najęci wcześniej poczuli się rozczarowani, bo uznali, że to niesprawiedliwość: ile pracy, tyle płacy. Ale gospodarz powołał się na umowę: przecież płacę wam, ile obiecałem, a mam prawo być dobry dla innych.

Morał z tego nie dotyczy ekonomii (choć dziś również mamy takie rozumowanie: dostali podwyżkę górnicy, to chcą też hutnicy), tylko etyki: żeby nie zazdrościć. A dotyczy w szczególności spraw duchowych: ludzie, którzy późno przyszli do Kościoła, nie są mniej warci od tych, którzy wytrwali od dzieciństwa. Szczególni że - czytamy peuntę - „Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi”. Neofici bywają gorliwsi w wierze i życiu, a gdy jeszcze nie przesadzają, nie wyzbywają się całkiem dawnego krytycyzmu, który bywa cenny - są w Kościele nabytkiem znakomitym.
20:01, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 sierpnia 2008
Prorok wielce dziwny
Księga Ezechiela 28, 1-10

Od kilku dni czytana jest ta księga, jeden z czterech wielkich tekstów prorockich, warto zatem wiedzieć, kto zacz autor. Spróbuję go krótko przedstawić na podstawie wstępu do księgi w Biblii Poznańskiej i hasła w „Encyklopedii biblijnej".
Otóż był to człowiek wyjątkowej wrażliwości psychicznej. Niektórzy przypuszczają nawet, że wręcz trapiła go psychiczna choroba (np. schizofrenia paranoidalna). Jednak egzegeci raczej są zdania, że te fragmenty księgi, które przekazują relację o jego wizjach lub doznaniach, mających znamiona przeżyć ekstatycznych, jeśli nie są fikcją literacką, to w każdym razie nie dają podstawy do diagnozy, że był psychicznie chory. Owszem, był ekstatykiem, ale nie bardziej nienormalnym niż Paweł z Tarsu czy Teresa z Avila. Tak to ocenia Biblia Poznańska. Niemniej zachowywał się dziwnie i dziwne miał przeżycia, o czym wiele w tekście bliblijnym, księdze wyjątkowo zagadkowej.

Nie jest jasne jego „curriculum vitae". Gdy Nabuchodonozor najechał Jerozolimę w r. 597, zabrał do Babilonii jako zakładnika kapłana Ezechiela. Właśnie w Babilonii byłby on powołany na proroka w r. 593 lub rok później. Ale Biblia Poznańska podaje wątpliwości. „Jedni opowiadają się za działalnością, która koncentrowała się wyłącznie na terenie Jerozolimy, inni twierdzą, że Ezechiel do r. 586 działał na terenie Palestyny, a po tej dacie na terenie Babilonii. Jeszcze inni twierdzą, że w r. 597 był uprowadzony do Babilonu, stamtąd jednak wrócił na pewien czas do Palestyny, aby pełnić misję proroczą wśród pozostałych tu rodaków aż do upadku Królestwa Judzkiego. W tej pracy widzą nawet działalność na rzecz króla Babilonu".

Miał umiłowaną żonę, która mu zmarła niespodziewane na wygnaniu. Nie jest jasne, gdzie i kiedy sam zmarł. Była hipoteza, że został zamordowany na wygnaniu przez jednego ze starszych gminy żydowskiej, ale to wcale niepewne.
A sama księga? Nie ulega kwestii, że nie był jej do końca autorem, działał też redaktor, może uczeń proroka. Dzieło da się podzielić na trzy części. Pierwsza obejmuje wyrocznie z czasu przed zburzeniem Jerozolimy (r. 586), dotyczące mieszkańców Królestwa Judy; druga stanowi zbiór proroctw o innych narodach, m.in. właśnie o mieszkańcach Tyru, potężnego miasta handlowego w obecnym Libanie, o czym mówi dzisiejszy tekst; trzecia część zawiera wyrocznie po upadku Jerozolimy, które zwiastują odrodzenie wolności.

Dzisiejszy tekst ma zaraz z początku termin „syn człowieczy" - autor przedstawia mianowicie słowa Pana (Jahwe), który tak właśnie nazywa proroka. Otóż określenie to  pojawia się u Ezechiela aż 93 razy! Nie znaczy to jednak, by tylko ta księga była źródłem znanej nam terminologii ewangelijnej (tak się też przecież sam nazywa Jezus). Albowiem wizja Syna Człowieczego będącego wyraźnie kimś innym niż człowiek zwykły, powtórzona jakby w Apokalipsie (1,13), jest akurat nie u Ezechiela, tyko u Daniela (7, 13).

Jeszcze co do dzisiejszego fragmentu Księgi Ezechiela. Jest tu zdanie przypisane Bogu: „Ponieważ rozum swój chciałeś mieć równy rozumowi Bożemu, oto dlatego sprowadzam na ciebie cudzoziemców, najsroższych spośród narodów". Myśl, że chęć dorównania Bogu jest grzechem okropnym, mamy zaraz na wstępie Biblii, w opowieści o grzechu zwanym pierworodnym. Ale bardzo się boję powtarzania owej myśli, tak częstego w różnych tekstach kościelnych, bo nie jest to dobry sposób polemiki z humanizmem laickim. Nie wolno wytwarzać wrażenia, że Bóg boi się konkurencji człowieka. Niech człowiek ma ambicje jak największe, jego rozwój, wzrastanie Bogu absolutnie nie szkodzi! Szkodzi Mu tylko i wyłącznie ludzkie zarozumialstwo. Przekonanie, że po pierwsze możemy wszystko, a tymczasem byle trąba powietrzna może nas pokonać (nie mówiąc o imperialistycznych cudzoziemcach), po drugie, że możemy sami sobie wymyślać etykę, gdy tymczasem są jakieś wartości bezwzględne, które my, „teiści", nazywamy Bogiem.
15:09, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Gdzie zostawić własne Ja
Ewangelia Mateusza 19,

„Jezus mu powiedział: - Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie.
Potem przyjdź i chodź za mną. Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości".

Któraś gazeta przypomniała opowiadanie Kornela Makuszyńskiego o pewnym biednym nobliście. Biednym, albowiem bogatym. Ten majątek stał się dla niego jednym wielkim kłopotem. Choćby te zalegające całe mieszkanie worki z listami od ludzi błagających o ratunek w biedzie... Zatem stara myśl przekorna, że posiadłość jest jak ciężki kufer, który trzeba nieść w cholerny upał.

Jezus jednak był mędrcem, ba, był Mądrością, i wiedział, jaki jest człowiek, co mu może naprawdę dać szczęście. W tym tekście posiadłość jest symbolem różnych wartości w istocie mało wartych, ale przecież ludzie żyją pozorami. Stanowią one w sumie o wiele cięższy kufer niż kupa kasy.

Żeby być naprawdę szczęśliwym, trzeba zostawić w przechowalni bagażu coś, czego najtrudniej się pozbyć, ale co ciąży jak nic. Własne Ja. Odwrócić wzrok od własnego pępka.
Niech nikt nie myśli, że wiem, jak to zrobić.

PS. Przedwczoraj zmarła profesor Anna Świderkówna. Wielka to strata dla Kościoła katolickiego, innych Kościołów, biblistyki, innych nauk humanistycznych, kultury polskiej. Dla wielu ludzi, z którymi się przyjaźniła serdecznie.
11:39, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
niedziela, 17 sierpnia 2008
Nie Żyd nie pies
Ewangelia Mateusza 15,21-28

”Jezus podążył w strony Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: - Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to zbliżyli się do Niego uczniowie i prosili: - Odpraw ją, bo krzyczy za nami. Lecz On odpowiedział: - Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela". A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: - Panie, dopomóż mi. On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom i rzucić psom. A ona rzekła :- Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołu ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: - O niewiasto, wielka jest wiara twoja; niech ci się stanie, jak chcesz.W tej chwili jej córka została uzdrowiona.

Tekst kłopotliwy, bo Jezus jest tu niegrzeczny, ba, jest niemal rasistą. Oczywiście żartuję, ale jest pewien problem, zauważył go m.in. o. Wiesław Dawidowski w swoim stałym komentarzu homiletycznym w dzisiejszym „Tygodniku Powszechnym”. Sprawę zbagatelizowałbym, bo wydaje mi się, że tutaj,  jak nieraz, Jezus droczy się, żartuje, może zresztą nie tyle z nieszczęśliwej Kananejki, ile ze swoich rodaków, którzy nie grzeszyli „ksenofilią”. To może ironia na ich temat. Ale słowa „Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela” brzmią całkiem poważnie (zauważmy - mówiąc nawiasem - że nie odnoszą się do Żydów w ogóle, tylko do „poginionych”, czyli chyba do celników i grzeszników).

Otóż ks. Dawidowski pisze: „Mimo że było to popularne przysłowie, brzmi niczym najgorsza obelga i trudno jest zrozumieć intencje Jezusa. Wyjaśnienie, że chodziło o wystawienie na próbę wiary kobiety, jest zasadne, lecz przecież jest tysiąc innych sposobów wystawiania kogoś na próbę.” Kaznodzieja podaje dalej wyjaśnienie św. Augustyna, ale go nie przytoczę - proszę czytać „Tygodnik Powszechny”, pismo religijnie i redakcyjnie coraz lepsze (nie wchodzę tu w to, jakie politycznie). Zacytuję tylko dalszy akapit: „W Ewangelii św. Mateusza Jezus tylko raz wypowiedział słowa: «Wielka jest twoja wiara». Adresatką była właśnie ta poganka i nie jest to szczegół bez znaczenia. Wiara tej kobiety przyczyniła się do uzdrowienia córki, ale przede wszystkim doprowadziła do zniesienia bariery etnicznej między ludźmi.” Oczywiście do zniesienia doktrynalnego, bo realne bariery są i działają ludobójczo, jak słyszymy co dzień, w te dni szczególnie.
11:29, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
sobota, 16 sierpnia 2008
Psalm jak dla nas
Psalm 51,12-15. 18-19

”Stwórz, o Boże, we mnie serce czyste
i odnów we mnie moc ducha.
Nie odrzucaj mnie od swego oblicza  
i nie odbieraj mi świętego ducha swego.
Przywróć mi radość z Twojego zbawienia  
i wzmocnij mnie duchem ofiarnym.
Będę nieprawych nauczał dróg Twoich  
i wrócą do Ciebie grzesznicy.
Ofiarą bowiem Ty się nie radujesz
i całopalenia, choćbym dał, nie przyjmiesz.
Boże, moją ofiarą jest duch skruszony,
pokornym i skruszonym sercem Ty, Boże, nie gardzisz”
.

Psalm ten wydał mi się jakoś wyjątkowo bliski naszej mentalności. Zajrzałem do Biblii i sprawdziłem, jaki jest cały tekst, bo przydział dzisiejszy to przecież tylko wyjątki. Dowiedziałem się, że są to słowa Dawida, wypowiedziane „gdy po jego grzechu z Batszebą przybył do niego prorok Natan”: takie biblijne jest objaśnienie wstępne; według Biblii Poznańskiej mógł to być rzeczywiście utwór króla poety. Przypominam, że skądinąd raczej subtelnemu duchowo Dawidowi spodobała się żona jego wojownika, więc postarał się, by jej mąż zginął na wojnie, i tak wzbogacił swój harem. Jest to zatem psalm pokutny. Biblia Poznańska zauważa, że autor modlitwy „nie powołuje się na własne zasługi, nie skarży się na cierpienia cielesne ani na prześladowanie przez nieprzyjaciół i nie pragnie zagłady grzeszników, lecz ich nawrócenia do Boga”.

Stąd też ten klimat duchowy nam pasujący. Dużo o duchu, o duchu Bożym pisanym z małej litery, bo wiara w Trójcę jeszcze nie dojrzała, i duchu skruszonym oraz ofiarnym samego „podmiotu lirycznego”. Cieszy nas podkreślenie, że sama ta skrucha ma być ofiarą, nie akty rzeźnicze dokonywane w Świątyni.

Swoją drogą ciekawe, co by było, gdyby świątynia  jerozolimska nie została ostatecznie zburzona: najwyraźniej przecież od dawna dojrzewało przekonanie, że dokonywane w niej ofiary nie są wiele warte. Czy zaprzestano by ich i we wspaniałej budowli zaczęto odprawiać nabożeństwa bardziej duchowe?
10:47, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
piątek, 15 sierpnia 2008
Maria ze zwykłego Nazaretu
15 sierpnia 2008

Ewangelia Łukasza 11,27-28

Dziś uroczystość Maryjna bardzo uroczysta: zaczęła się poniekąd już wczoraj, w wigilię, ma wtedy dodatkową Mszę. Przesłanie święta jest takie, że Matka Jezusa była szczególnie święta. Dlatego też - głosi dogmatyczne orzeczenie katolickie Piusa XII z 1950 r. - została wzięta do Nieba (”chwały niebieskiej”) z duszą i ciałem. Ma to taki sens, że znalazła się tam z duszą i ciałem, zanim nadejdzie koniec świata, kiedy nastąpi „ciała zmartwychwstanie” wszystkich ludzi. Jej los pośmiertny byłby zatem taki, jaki Jej Syna (pośmiertny: jednak nie zasnęła, tylko umarła, jak Jej Syn - wyjaśnił Jan Paweł II). Niemniej teologowie są od tego, żeby myśleć, wciąż wymyślają coś nowego. Niedawno wymyślili (oczywiście tylko niektórzy - Ratzinger napisał w jednej ze swoich książek, że się z nimi nie zgadza), że owo pierwszeństwo Maryjne nie może być chronologiczne, bo Tam nie ma czasu. Może być tylko „ontologiczne” - polegać na jakimś szczególnym wyróżnieniu. Jakim? Cóż my w ogóle możemy powiedzieć o tym, co Tam będzie?

Możemy natomiast na podstawie Ewangelii mówić, że takie wyróżnienie Jej się należało nie tylko z racji niezwykłego macierzyństwa. Życie miała ofiarne niesłychanie. Jakoś się tego na ogół nie mówi, ale przecież Nazaret nie mogło nie być podejrzliwie plotkarskie: dziewicze poczęcie było raczej nie do wiary, nieślubne nieporównanie bardziej prawdopodobne. Na pewno to syn Józefa? Podobny do Józefa czy jakoś dziwnie mało?

A potem działalność Jezusa, która Jego braciom (przyrodnim czy ciotecznym, tu to wszystko jedno) nie podobała się: Maria pewnie musiała Go bronić. Marek (3,21) powiada nawet, że Jego „bliscy” mówili, iż popadł w szaleństwo, i chcieli Go pochwycić. Maria pewnie rozumiała Go lepiej, ale było Jej w rodzinie niełatwo. A On sam też czasem mówił coś takiego, co mogło wydawać się ludziom nie najmilsze dla Matki: nawet w dzisiejszym tekście Łukasza z Mszy wigilijnej mamy słowa Jezusa, że, owszem, łono i piersi Maryi są błogosławione, ale również „błogosławieni są wszyscy, którzy słuchają Słowa Bożego i zachowują je.” Czyli że - mógł ktoś komentować - własną matkę potraktował dosyć chłodno. Ona była pewnie za mądra, by tak myśleć, ale znów zauważmy, że plotkarstwo „humanum est”.

Tyle myśli laika, nie uczenie biblistycznych.
11:55, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
czwartek, 14 sierpnia 2008
Łatwo przebaczyć słowem

Ewangelia Mateusza 18, 20-21

„Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: - Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli brat mój wykroczy przeciwko mnie. Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy.”

Wiedzy biblistycznej pełna Biblia Poznańska podaje, że tekst grecki dopuszcza dwa tłumaczenia: 77 razy albo 70 razy 7. Ale to właściwie pewnym sensie wychodzi na jedno, ponieważ nie o liczby tu chodzi: tak jak w powiedzeniu: mówiłem ci milion razy, żebyś... Chodzi o to, żeby przebaczać zawsze.

I dokumentnie. Łatwo przebaczyć słowem, trudniej czynem (traktować tego, któremu się przebaczyło, jak przyjaciela), najtrudniej myślą. Jakże trudno pozbyć się jakiegoś osadu na (pod)świadomości, który chyba nie może nie być widoczny (wyczuwalny) dla tego, któremu się niby to przebaczyło.

16:49, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
środa, 13 sierpnia 2008
Zgoda, czyli utopia
Ewangelia Mateusza 18,19

„Dalej zaprawdę powiadam wam: jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie.”

Jak to: proszą całe narody, proszą Kościoły, na przykład o pokój, i co z tego? Odpowiedź mogłaby być tylko taka, jaka jest zawsze w sprawie skuteczności modlitwy: Jezus w Ogrójcu prosił Ojca, by nie musiał iść na mękę i śmierć, ale zaraz dodał:„niech się stanie nie moja, ale Twoja wola”. Albowiem Bóg wie lepiej, jak ma być, żeby było najlepiej. Dotykamy tu tajemnicy Opatrzności: jakiegoś niepojętego planu Bożego, w którym jakoś mieszczą się nawet Auschwitz i Kołyma. W którym jest Szatan: Bóg dopuścił, żeby ktoś przezeń przecież stworzony robił Mu - jak to się gdzieniegdzie mówiło - na pakość.

W dzisiejszym tekście jednak jest poza tym słowo wiele znaczące: „zgodnie”. Pan Bóg ma z modlitwami naszymi poważny problem. Jak w tym dowcipie o dwóch najpobożniejszych diecezjach w Polsce: jedna modli się bardzo gorąco, żeby jej biskup został przeniesiony do Poznania, druga, poznańska, równie gorliwie, żeby został w Szczecinie. Dylematy Opatrzności... Ale tu już bez żadnego dowcipu stwierdzam, że zgoda międzyludzka to niemal utopia. Bo na przykład dwóch polityków modli się o wolność Ojczyzny, czyli niby o to samo, ale naprawdę proszą o co innego, bo każdy z nich prosi Boga dodatkowo (może podświadomie, gdzieś w najgłębszej głębi duszy, ale Bóg to słyszy), żeby to on był prezydentem.
Tajemnica Trójcy Przenajświętszej jest tak niezgłębiona, bo Ci Trzej są absolutnie zgodni w każdej absolutnie sprawie.
19:23, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 12 sierpnia 2008
Poszukiwanie czy pohukiwanie?
Ewangelia Mateusza 18, 12-14

„Jak wam się zdaje? Jeśli ktoś posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich, to czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu w górach i nie pójdzie szukać tej, która się błąka? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę, powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały. Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło [nawet] jedno z tych małych" Przekład Tysiąclatki, tyle że poprawiłem „kto" na „ktoś". Chyba już większość Czytelniczek i Czytelników wie, że owo „zaprawdę" to hebrajskie „amen", ale najważniejsza jest sprawa teologiczna, nie filologiczna.

Może nie tylko teologiczna, teoretyczna, ile praktyczna, duszpasterska. Mamy tu motyw przewodni wszystkich czterech Ewangelii: mali ważniejsi od dużych. Co znaczy, że istotą chrześcijaństwa jest szczególna troska o tych, którzy są pod wozem. Jednak również o upośledzonych duchowo: to owi celnicy i grzesznicy, których Jezus rehabilitował.
I tak doszedłem do twierdzenia, że można za zagubione owce uznać ludzi błąkających się poza Kościołem. Ale zaraz uwaga: wielu z nich wcale nie uważa się za zabłąkanych, wręcz przeciwnie: uważają swoją drogę za najlepszą. Jeśli zatem chcemy ich zbliżyć do Kościoła, nie możemy ich klepać po ramieniu, litować się nad ich niedolą duchową, reklamować powrót tych synów marnotrawnych.

Nade wszystko jednak nie możemy zbliżać ich do Kościoła przez oddalanie. Szukać zagubionej owcy wołając: - Gdzieś się podział, podły bydlaku! Jeszcze nikt nikogo nie nawrócił wymyślaniem!

Na koniec prośba: nie mówmy, nie piszmy, że Iksiński przed śmiercią pojednał się z Bogiem, jeśli nie wiemy, czy nie był bliższy duchowo Bogu niż niejeden pobożniś, tyle że mierził go Kościół, jaki dane mu było zobaczyć. Gdy zaś zobaczył, że ta instytucja to jednak nie tylko beton i bezczelność, wrócił do niej bez wahania. Ale właśnie trzeba mu było tę ludzką twarz Kościoła pokazać. Na tym pokazywaniu polega apostolat.
12:57, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Problemy podatkowe różne. Jan czyta Jana
Ewangelia Mateusza 17, 25-26
„ - Co ci się wydaje, Szymonie? Od kogo królowie ziemscy biorą opłatę lub podatek? Od swych synów czy od obcych? Gdy zaś powiedział: - Od obcych, rzekł mu Jezus: - Tak więc wolni są synowie". Żeby jednak nie dać powodu do zgorszenia, każe zapłacić.

W tamtych czasach podatki różnego rodzaju w krajach okupowanych były daniną na rzecz okupanta, opłatą z przymusu, czynioną przez zniewolonych. „Encyklopedia Katolicka" wyjaśnia: „Kontrakty za ściąganie podatków wydzierżawiano osobom prywatnym, przeważnie bogatym cudzoziemcom. Ci z kolei wynajmowali miejscowych mieszkańców do bezpośredniego pobierania podatków od ludności - takim poborcą był np. Zacheusz w Jerychu (Łk 19,1)". Podatki i cła były różnego rodzaju, doprowadzały nieraz ludność do nędzy. Dzierżawcy podatków i poborcy mieli wolną rękę w pobieraniu nadwyżki podatkowej do własnej kieszeni, byli zatem przez Żydów znienawidzeni także z tego powodu, nie tylko dlatego, że z racji kontaktów z poganami byli rytualnie nieczyści.

W dzisiejszym tekście jednak wbrew pozorom nie chodzi o podatek dla wroga, tylko dla najbardziej swojego, mianowicie na Świątynię. Jezus nie czuje się do tego zobowiązany jako Pan również Świątyni, ale każe zapłacić, by nie gorszyć ludzi oczywiście nie rozumiejących Jego władzy.

A nasze podatki, na rzecz naszego państwa? Gdyśmy otrzymali wolność, działają wciąż myślowe przyzwyczajenia z dwóch wieków niewoli: państwowe to cudze. Ale władze wybrane w wolnych wyborach nie ułatwiają nam innego myślenia: instytucje państwowe pracują, że pożal się Boże. W sobotę chciałem wysłać listy wrzucając je normalnie do skrzynki, ale wyczytałem na niej, że wybiorą je dopiero dzisiaj, bo w dniu wolne od pracy odpoczywają również panowie płatni za tę czynność. Pewnie wszyscy pracownicy Poczty Polskiej są źle płatni, ale przecież nie jej prominenci, którzy są od tego, by instytucja funkcjonowała. Przykładów podobnych milion, wszystkie banalne. Również te z samej góry, która zajmuje się sobą, nie państwem. Potworność. Dobrze, że chociaż w sprawie Gruzji widać jakieś poczucie odpowiedzialności.

Natomiast moja lektura sobotnio-niedzielna jest zupełnie innego ducha. Księża marianie wydali książkę Jeana Vaniera pt. „Tajemnica Jezusa. Czytanie Ewangelii według św. Jana". Kto zacz autor, chyba nie muszę wyjaśniać. Czuję się związany z nim przez moją córkę: już w czasie studiów na KUL-u zetknęła się ze swoistym ekumenizmem Jeana wobec niepełnosprawnych umysłowo. Jak ekumenizm międzywyznaniowy czy międzyreligijny jest zaprzeczeniem paternalizmu, partnerskim traktowaniem drugiej strony, wymianą duchową, nie tylko dawaniem, tak ów prorok naszych czasów otwiera na wartości duchowe ludzi zwanych w Polsce „muminkami". Iloraz inteligencji mają mały, wielki jednak iloraz serca. Otóż Joasia pojechała do Vanierowej „Arki" jako wolontariuszka i z tego wyjazdu powstał związek małżeński. Mam zięcia Francuza i czterech wnuków mieszańców, są właśnie w Polsce, a ja czytam, co ów Jan wyczytał u Jana.

Wyczytał poparcie dla swoich przekonań najgłębiej ewangelicznych. Naprawdę dobrze byłoby, żeby każdy kaznodzieja polski tak komentował Ewangelię. Zaraz z początku spodobało mi się, że Vanier nie wybrzydza totalnie na dzisiejsze czasy. Przyznaje, że dziś „istnieje, jak nigdy dotąd, świadomość wagi i znaczenia każdej istoty ludzkiej, bez względu na jej rasę, kulturę czy religię, zdolności czy ich brak". No właśnie, na przykład cywilizacja śmierci to określenie lepsze dla epok minionych, kiedy istoty ludzkie zabijały się nawzajem jak muchy, o prawach człowieka nikomu się nie śniło, jeżeli już, to o prawach  współplemieńca. Oczywiście jednak Vanier nie jest chwalcą naszych czasów. Pisze również: „Uświadamiamy sobie bardziej kruchość naszej ziemi i ludzkiego życia. A jednak depresja, ucisk, lęk i śmierć zdają się krążyć wszędzie". Ucieszyła mnie ta wzmianka (nie jedyna) o depresji: wiem, co to takiego.

Są częste akcenty „filosemickie". Mogłyby być zgoła inne: przecież ta Ewangelia jest przepełniona polemiką z „Żydami". Vanier oczywiście nie ignoruje tej tematyki, ale stara się, żeby owej polemiki nie rozumieć jako starcia Jezusa z całym jego ludem, nawet jeżeli z faryzeuszami, to tylko z „niektórymi", jakąś ich „grupą".

Podobało też mi się, że nie wybrzydza na dzisiejszą rozwiązłość seksualną: świeżo brzmi zdanie: „W naszych czasach niektóre pary, choć niepoślubione sobie oficjalnie czy legalnie, czują przecież, że ich związek jest święty. To przymierze miłości". Gdy się okaże taką otwartość myślową na związki formalnie wolne, można powiedzieć również: „Jeżeli to pragnienie przymierza miłości istnieje także i dziś, to u wielu pojawiają się wątpliwości co do trwałej wierności [polszczyzna średnia - JT]. Czy jest możliwa? Na świętowaniu wesela często kładzie się cieniem perspektywa łatwego rozwodu".

Dowartościowanie „muminków" jest motywem przewodnim książki, przy czym jest niejako uogólnione w tym sensie, że życzliwość autora obejmuje w ogóle wszystkich biedaków i słabeuszy, że Vanier widzi w każdym człowieku zranienia, które trzeba goić.

Człowiek Boży i na pewno kościelny nie stosuje autocenzury, pozwala sobie na ogólne wzmianki krytyczne nie tylko o instytucjach świeckich, także o Kościołach. Nie dorastają do ewangelicznego ideału współczucia z cierpiącymi.
„Prawda jest jedyną bronią ubogiego wobec władzy" - powiada Vanier. Na szczęście demokracja idzie zawsze w parze z „glasnością": dlatego jest ustrojem, gdzie ubogim jednak lepiej niż tam, gdzie można go maltretować po cichu. Wracam w ten sposób myślą do pierwszej części tego wpisu. Może nasza nadwiślańska demokracja wreszcie zacznie dojrzewać.
A co do książki jeszcze, to ułatwia jej lekturę zapis „poetycki", „słupkowy". Autor nazywa ją „prozą medytacyjną". Powtarzam - dla kaznodziejów pomoc znakomita! Szczególnie, że to jest - co chyba zbyt słabo napisałem powyżej - komentarz do kolejnych rozdziałów Ewangelii Jana: są cytaty, nie tylko medytacje inspirowane tekstem.
16:01, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
czwartek, 07 sierpnia 2008
O pewnych kluczach

Ewangelia Mateusza 16,19

Przerywam milczenie, bo dziś mamy tekst ze słowami, do których znam dowcip pierwszej klasy. Jezus mówi do Piotra:
„Tobie dam klucze królestwa Niebios..."

Otóż podobno któryś papież po śmierci stukał do nieba - i nic. Walił pięściami i też głucha cisza. Gdy zaczął kopać, odezwał się z drugiej strony głos zaspany i wściekły:
- Co, do cholery, własnych kluczy nie masz!?

19:05, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 05 sierpnia 2008
Przerwa
Do końca tygodnia będzie mi brakowało czasu na wpisy. Przepraszam. Radzę lekturę własną, bez mojej, przecież zgoła niekoniecznej, inspiracji.
14:41, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 sierpnia 2008
Z najbliższymi czasem najtrudniej

Psalm 119,79

„Niech zwrócą się ku mnie Twoi wyznawcy
 i ci, którzy znają Twoje napomnienia.”
O kogo tu chodzi? Zajrzałem w kontekst: werset poprzedni, którego nie ma w przeznaczonym na dzisiaj wyborze wersetów z tego psalmu, brzmi też przekładzie Biblii Tysiąclecia:
„Niech zawstydzą się zuchwali, bo niesłusznie mnie dręczą,
 ja będę rozmyślał o Twoich przykazaniach.”
No cóż, z współwyznawcami kłopot niemniejszy niż z „innowiercami”. Działa tu zasada ironicznie wyrażona przez Fredrę w „Panu Jowialskim”:
„Bo rodzina, bądźcie pewni,
także ludzie, chociaż krewni”.
Z najbliższymi czasem najtrudniej. Stąd rozwody, rozłamy i inne rozstania w gniewie. Chodzi o to, by tolerować różnorodność, a to łatwiejsze, gdy inność daleko i nie musimy jej widzieć co chwila. A jeśli nawet widzimy wciąż, to machamy ręką, bo on już tak bardzo inny, że pal go sześć...

13:31, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 sierpnia 2008
Pan Bóg coraz lepszy
Psalm 145, 8-9

„Pan jest łagodny i miłosierny,
nieskory do gniewu i bardzo łaskawy.
Pan jest dobry dla wszystkich,
a Jego miłosierdzie nad wszystkim, co stworzył”.


Oczywiście to nie jedyny obraz Boga w Starym Testamencie, są i inne: Boga skorego do gniewu i potwornie niemiłosiernego. Myśl żydowska była różna, Bóg raz jest okrutny, innym razem kocha jak najlepszy Tatuś.
Trudno te obrazy pogodzić. Bo i po co? Trzeba tylko przyjąć do wiadomości fakt jakiegoś rozwoju, którego finałem jest idea Boga, co tak umiłował świat, że „Syna swojego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16). A wiara w Jezusa sprawdza się ostatecznie w etyce: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci najmniejszych, mnieście uczynili.” (Mt 25). Amen.
11:11, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Archiwum