Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 29 lipca 2018
Królestwo naprawdę z innego świata

Ewangelia Jana 6,15
Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę”.
W tej samej ewangelii powie Piłatowi wyraźnie, że Jego królestwo jest z innego świata. Okropnie trudno to zrozumieć. Ludziom spoza chrześcijaństwa i samym Jego uczniom nawet. Władza to pojęcie szerokie bardzo, między tym ziemskim a tamtym niebieskim istnieje przepaść, taka jak między tą rzeczywistością a tamtą, która przechodzi ludzkie pojęcie. Wielka też jest różnica, choć naturalnie mniejsza, między rybakiem Piotrem a papieżami prawie aż do Jana XXIII, bo już nie powiem, że aż do Franciszka. Jezus jest naszym Panem, owszem, ale panowanie to absolutnie inne niż nawet prezydenta w państwie przecież demokratycznym. Rozumiem, że Kościół to jednak wspólnota ludzka i musi mieć jakieś ziemskie struktury. Oby tylko miały tamten świat za wzór, samego Jezusa Chrystusa. Wzór niedościgły, rzecz jasna, ale bez niego żaden Boży Kościół obejść się nie może.

11:00, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
sobota, 28 lipca 2018
Z sądami moralnymi się nie śpiesz

Ewangelia Mateusza 13,24-30
Przypowieść o pszenicy i kąkolu. Tysiąclatka zrezygnowała z barwnej tradycji Wujkowej, wybierając ogólniejsze określenie ”chwast”, ponieważ w oryginale występuje inna miejscowa roślina nie mająca polskiej nazwy. Tak też zrobiła Ekumeniczna 11 Kościołów. My w EPP wraz z Poznanianką i Biblią ewangelicką zwaną Warszawską okazaliśmy się konserwatystami czy raczej przedkładającymi konkret nad ogólnik, czyli zostaliśmy przy kąkolu. Tyle botaniki i translatoryki, co zaś do teologii, to myślę sobie, że czekanie aż do żniwa to w gruncie rzeczy przekonanie, iż trzeba bardzo uważać z wyrokami moralnymi. Nie tylko z wyrokami sądowymi, by nie skazać niewinnego, ale i w ogóle z osądzaniem cudzego postępowania. Nie śpieszmy się z tym, broń Boże. Bo tylko On zna nerki i
serce człowieka. Stąd dzisiejsza zasada społecznej tolerancji.

11:00, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
piątek, 27 lipca 2018
Duchowa gleba bardzo różna. Józefa Tischnera zawsze słuchać!

Ewangelia Mateusza 13,18-23
Przypowieść o siewie. O glebach dusznych naszych różnych. Bo grunt nasz duchowy bywa skalisty, czyli korzenia stosownego nie mamy, jesteśmy niestali, przyjmujemy Słowo tylko na trochę. Gdy przyjdzie ucisk albo prześladowanie, załamujemy się szybko. Bywa też czasem dusza ciernista, rośliny owe, osty może, Boże słowo zagłuszają, czyli troski tego wieku oraz blask bogactwa zwodniczy powodują razem, że ono plonu jakoś nie daje. Ale gdy gleba dobra, staje się plon nawet stokrotny nieraz. Tak perykopę streściłem, tłumaczenia Tysiąclatki i EPP do spółki używając. Można jeszcze napisać o jednej wielkiej przyczynie odchodzenia od Kościoła czy też Boga nawet. Bardziej zewnętrznej: myślę o powodach pochodzących od bliźnich naszych. Od tych w ogóle, co sami niecnotliwi, zły przykład nam dają. Naturalnie można mu nie ulegać, komentarz taki jednak nie bardzo pasuje do innych sytuacji. Mam na
myśli duchownych, co grzechami swymi wszelakimi gorszą świeckich kolosalnie. Złota myśl księdza Tischnera, w ewangelizacji dzisiejszej aksjomat, który niegdyś obrażał niektórych: pisma Marksa odwiodły od Kościoła mało kogo, proboszczowie miejscowi przelicznych.
Amen!

15:15, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
czwartek, 26 lipca 2018
„Jak góry wysokie...”. Wspomnienie najważniejszych dziadków ludzkości

Psalm 36,6
Do nieba sięga, Panie, Twoja łaska,
a wierność Twoja aż po same chmury.
Twoja sprawiedliwość jak góry wysokie,
a Twoje wyroki jak ogromna otchłań.”
Chociaż studiowałem sto lat temu polonistykę i powinienem był już wtedy zachwycić siępięknem literackim Biblii, nawet wszak i w liceum uchodziłem za zdolnego w tymprzedmiocie ucznia, ale bardzo szybko wyparły tamto moje poszukiwania religijne.
Studiowałem przecież we Wrocławiu w latach 50-tych, burzy i naporu ateistycznego komunizmu, wykładowca literatury staropolskiej Jerzy Ziomek, ciekawy facet skądinąd,tropił niewiarę w istnienie Boga już u Kochanowskiego. Potem zresztą rozwinął się naukowo
i napisał stosowny podręcznik bardzo sensowny, nawet chyba z dużą literą w tym wyraziewedług większości ludzi najważniejszym. I chyba redaktorka to z nim może nawet bez truduuzgodniła, sama -wiem, bo to była moja koleżanka - tak ortograficznie dojrzała. Potem
zresztą profesor Ziomek wrócił do religijności chrześcijańskiej, jednak już w wersji reformacyjnej, luterańskiej. Co do mnie, uchronił mnie przed porzuceniem owego„nienaukowego” światopoglądu stały wpływ rodziny, a także przyjaźń z innym kolegą na studiach, Jackiem Łukasiewiczem, późniejszym tej polonistyki profesorem. Skontaktował mnie z wrocławską placówką „Paxu”. W tamtym środowisku odnalazłem wersję katolicyzmu chroniącą przed zarzutem „średniowieczności”, dialogową wobec dzisiejszego prawda, tylko tego drugiego, komunistycznego, ale tamtej „postępowości” w myśleniu ideowym zacząłem się wyzbywać stopniowo zaraz potem w katolickiej „Więzi”. I teraz tylko dwa wspomnienia już w związku z psalmami. Było to jeszcze pod koniec studiów:prowadzący seminarium magisterskie profesor Tadeusz Mikulski kazał nam w czasie wakacji napisać jakąś studencką prackę na staropolski temat. Jakoś tak się stało, że chyba nikt z naszej grupki nic nie przygotował, a było tam troje późniejszych polonistyki profesorów, dwoje
jeszcze poza Jackiem. Profesor Mikulski był tym słusznie oburzony. Ja byłem bliski nawetnapisania czegoś o psalmach właśnie, ale nic nie wymyśliłem: nic dziwnego, byłem na tojeszcze o wiele za głupi No i dodam to, że sporo lat potem mój synek obśmiewał w domu
swoją panią od polskiego, która nazwała ów psałterz utworem średniowiecznym. Było topewnie wskazanie nie tylko na czas jego powstania, ale i na rzekomy światopoglądowy„ciemnogród”.
Nie mogę się nadziwić zmetaforyzowaniu języka owej arcymodlitwy. Kiedyś nie rozumiałemnawet tego, że to niemal istota poezji, myślałem, że rymy przede wszystkim. No cóż, naródgenialny wielorako. I dalej o nim, czyli o dwojgu jego członkach. Dziś w Kościele
rzymskokatolickim i innych katolickich wspomnienie świętych Joachima i Anny. Imiona nie z ewangelii kanonicznych, każdy jednak człowiek musi mieć rodziców, miała ich też na pewno Maria z Nazaretu, więc niewątpliwie istnieli, a imiona to hebrajskie, więc mogli je nosić,czemu nie. No i na pewno byli parą dziadków najważniejszą w ludzkiej historii. Anna patronka tylu nie tylko Polek, Joachim patron wiceprezesa Polski (J. Brudzińskiego) - ślę życzenia imieninowe najlepsze!

15:08, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 25 lipca 2018
Apostoł Jakub Większym zwany, chciał być pierwszy. Inny Żyd wybitny zwał się Jakub Rotblat

Ewangelia Mateusza 20,28
Wspominamy dzisiaj apostoła Jakuba. Imię to jeszcze w tym biblijnym przypadku mało, bo wśród apostołów było takich ludzi trzech. Ten, który ma dzisiaj święto,czyli tak zwany Większy, syn Zebedeusza, brat Jana. Jakub zwany Mniejszym,czyli syn Alfeusza. Owo rozróżnienie wprowadził nie jakiś pożyteczny biblista, ale sam autor biblijny, mianowicie Marek (15, 40), wspominając „Marię, matkę Jakuba Mniejszego” . Takich imienników było w czołówce pierwotnego Kościoła zapewne więcej. Pomijając toże niektórzy bibliści nie są pewni, czy ten Jakub jest na pewno tą samą osobą(sorry - osobem, przecież był płci męskiej), co ów Alfeuszowicz, bo był jeszcze
być może jakiś Jakub Średni czy też może Najmniejszy. Otóż chodzi o to, czy ten występujący w Dziejach Apostolskich ważny uczeń Chrystusa, filar ówczesne jwspólnoty, pewnie autor listu biblijnego, uchodzący za przywódcę ówczesnych konserwatystów (List do Galatów 2, 12), należał do Dwunastu, czy też na razie przeciwnie, jako brat Jezusa przyrodni (może jednak rodzony), jeden z tych, co
weń, póki co,nie wierzyli, nawrócili się późnej i potem, jak na konwertytów przystało,przodowali w tej mierze. Wracam jednak do Większego. Zginął z powodu tej wiary jako drugi zaraz po Szczepanie (Dzieje 12,20). Nie spodziewał się na pewno, kiedy
załatwiał u Jezusa przez swoją matkę miejsce poczesne u Jego boku w KrólestwieNiebieskim, że będzie ono wyglądało podobnie. Pierwsi będą ostatnimi - historiateż w tym sensie paradoksem stoi.
Nie znamy jednak przyszłości, z przeszłością lepiej, ale też bywają niespodzianki. 1sierpnia ukaże się w Znaku rewelacyjna książka Marka Górlikowskiego. Pomnażaona liczbę naszych rodaków noblistów. Należał do nich także Józef Rotblat, fizyk
genialny (1908-2005). Podobnie jak Maria Curie Skłodowska otrzymał tę nagrodę,chociaż nie naukową, tylko Pokojową. Albowiem był również wybitnymdziałaczem społecznym. Specjalistą od bomby wodorowej, atomowej, niemniej jejzaciekłym wrogiem. Tak twardym, że FBI posądzało go długo o szpiegostwo narzecz ZSRR. Jego biografia pasjonująca nazywa się „Noblista z Nowolipek. Józefa
Rotblada wojna o pokój”. Liczy 500 stron, ale czyta się prawie jak powieśćsensacyjna. Może też trochę dlatego, że noblista był właśnie Żydem zwarszawskiego getta. Czuł się jednak Polakiem, nie przyjął brytyjskiegoobywatelstwa, choć mieszkał w Anglii od początku wojny.

19:53, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 24 lipca 2018
Wrzuci w morze grzechy nasze, albowiem miłosierny jest. Franciszek, miłosierdzia papież

Księga Micheasza 7,18-19
Któryż Bóg podobny Tobie, co oddalasz nieprawość, odpuszczasz występek Reszcie dziedzictwa Twego. Nie żywi On gniewu na zawsze, bo upodobał sobie miłosierdzie. Ulituje się znowu nad nami, zetrze nasze nieprawości. Wrzucisz w morskie głębiny wszystkie ich grzechy.”
Tak, taki jest Bóg nasz, naprawdę taki. Nie wszędzie w Piśmie wydać to niestety: Biblia jest całą biblioteką dzieł autorów różnych, o poglądach niejednakowych. Wiara wspólna monoteistyczna łączyła bardzo mocno, niemniej jednomyślności nie było. Różny stosunek do innowierców między innymi, poza tym właśnie różny Boga obraz: zresztą bardzo często w jednym człowieku, który miota się ciągle między ufnością a rozpaczą. A owa Reszta to Izraelici, co w czasach klęsk różnych uniknęli śmierci albo wygnania: nie grozi im gniew
Boży, jeżeli się nawrócą. Jak wiadomo, lepiej późno, niż wcale (powiedział nekrofil...) Na szczęście wrócił w moim Kościele wizerunek Boga nie mającego nic wspólnego z jakimkolwiek sadyzmem, a papież Franciszek z tamtym obrazem walczy z właściwym sobie zapamiętaniem. Pan całego stworzenia, wręcz Absolut, choć stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, czyli osobą tak jak i my jest, to jednak od gatunku homo sapiens różni się nieopisanie. Tym na przykład, że wciąż wśród wyznawców obecny teologiczny antropomorfizm jest herezją absolutną. On nie gniewa się nie tylko na zawsze, jest naprawdę absolutnie wszechmocny, czyli radzi sobie niezawodnie z każdym grzesznikiem, każdego od piekielnego zaparcia się w duchowym bagnie uratować potrafi. Amen, alleluja!
Akapit mój tutaj końcowy będzie już tylko o słudze Bożym z Argentyny. W internecie obejrzałem przypadkiem filmik o nim nie typowy. Dowcipkuje sobie oto bardzo złośliwie rozmawiając z jakimś innym biskupem. Na temat, który ostatnio często eksploatuje: plotkarstwo... Była sobie pewna niewiasta niezmiernie elokwentna, niezwykle mobilna poza tym. Potrafiła obsłużyć ludzi różnych legion, upowszechniając wiedzę o wszystkich ich bliźnich słabościach. Ale kiedyś sama zasłabła fizycznie, nie mogła wstać ze swego łóżka,
więc poprosiła pobliskiego księdza, by przyszedł do niej z Komunią. Otóż odmówił: ma pani przecież język tak długi, że zupełnie wystarczy, by sięgnął do kościoła, gdy będzie tam sprawowany właśnie ten sakrament. Następne „franciscanum” jest bibliograficzne: polecam arcygorąco książkę Jarosława Makowskiego pod tytułem: „Pobudka, Kościele!” (Warszawa 2018, Arbitror, s. 192). Dziełko niewielkie, kapitalne jednak, publicystycznie znakomite. A autor Polakiem i katolikiem jest, zatem o papieżu pisze, porównania nieuniknione czyniąc.

19:29, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 23 lipca 2018
Paweł radykał totalny

List do Galatów 2,19-20
Ja dla Prawa umarłem przez Prawo, żeby żyć dla Boga: razem z Chrystusem zostałem przybity do krzyża. Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary jest życiem Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał na śmierć.”
Oto ten Pawłowy radykalizm. W postawie wobec Prawa, zdecydowanym odcinaniu się od żydowskiej tradycji: inni apostołowie, Jakub brat Pański, nawet i Piotr, nie byli tu tak ostrzy, przynajmniej w słowach. Prawo, kręgosłup dotychczasowej religii apostoła, którą teraz tak mocno krytykuje, to jakby przeciwieństwo Boga samego. Po drugie, radykalizm w postawie wobec Jezusa. Chrześcijaństwo jest w Pawłowym pojęciu skoncentrowane całkowicie na Jego osobie. To nie specjalność myślowa apostoła narodów, rzecz jasna, to sedno nowej wiary, czy jednak na pewno każdego rzymskiego katolika? To się dopiero teraz tak wyraźnie mówi i tak już nieraz potocznie wierzy. Trudno to przyswoić sobie ludziom, którzy szli dotąd za Dekalogiem, najwyżej za ewangelijnymi Błogosławieństwami; ja się do nich niestety zaliczam, choć staram się wychodzić poza przeciętność. Chodzi nie tylko o to, że nasza religia to nie tylko etyka, moralność, nie tylko imperatyw etyczny, bo to w końcu nic szczególnego, choć systemy etyczne różne. Każda chyba religia to także „indykatyw zbawczy”, ujęty w jakichś dogmatycznych systemach. Ale to nie wszystko. Chodzi o to właśnie, że drogowskazem naszym życiowym jest osoba Chrystusa. Mamy iść za Nim i tyle. Aż tyle. PS. Komentarze do tych pisanek oczywiście czytam, dziękuję bardzo wszystkim, osobliwie jednak Autorowi, co mi tu niedawno dość niespodziewanie słowa miłe przesłał.

16:03, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 lipca 2018
Jezus uśmiercił wrogość. Kochaj i rób, co chcesz

List do Efezjan 2, 13-18
Chrystus (czyli Mesjasz) zbliżył do siebie obie części ludzkości, Żydów i resztę narodów, zburzył mur ich rozdzielający, przez żydowskie Prawo zbudowany, ogłosił między nimi pokój. Paweł, sam Żyd, nawet faryzeusz, myślący niegdyś zgodnie z żydowską tradycją, opowiada teraz w ten sposób o Jezusie, też Żydzie oczywiście, który dokonał pojednania przez swoją śmierć na krzyżu. No cóż, taka jest (nie)dola ekumenistów wszelakich. Narażają się nieraz jednym i drugim. Za śmierć Jezusa odpowiadają, owszem Żydzi, którym jako prorok nadepnął na narodowe i (czyli) religijne ambicje, ale i Rzymianie, którzy ludzi nie szanujących państwowej władzy tępili. Tacy bywamy i my, Polacy, katolicy rzymscy. 
Dzień 22 lipca, było kiedyś takie niezbyt narodowe święto. Jest natomiast dzisiaj święto rzymskokatolickie, ustąpiło jednak niedzieli, bo każda jest wręcz uroczystością. św. Marii Magdaleny, uczennicy Jezusa duchowo wielkiej. Owszem, opanowało ją kiedyś siedem duchów najgorszych. Nie wiemy, jak się zachowywała, powstała plotka, że cudzołożyła nałogowo, pochodzi nawet od papieża, Grzegorza zresztą Wielkiego, należał on do tych licznych pobożnych mężczyzn, którym się wydawało, że to grzech najcięższy oraz specjalność kobieca (chłopom wybaczyć trzeba, bo muszą) . Dziś na szczęście wzorem prawosławnych mamy Marię z Magdali za Apostołkę Apostołów, nie żadną prostytutkę, nawet i nie ladacznicę. Ma dzięki Franciszkowi nie tylko liturgiczne wspomnienie: jest ono w teraz randze święta. Pewnie była nieznośna, chyba chorowała psychicznie (co właśnie mylono z opętaniem). Ale kochała najserdeczniej, stosowała w życiu zasadę Augustynową: kochaj i rób, co chcesz.

04:44, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
sobota, 21 lipca 2018
A narody swoje...

Ewangelia Mateusza 12,20-21
„Trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi. W Jego imieniu narody nadzieję pokładać będą”
Niestety jednak z narodami na razie tak dobrze nie jest. Ideału tego, który ewangelista zacytował tu za Księgą Izajasza (Tryto-Izjasza), gdzie mamy obraz pokornego Sługi JAHWE, ludy nie traktują na ogół jako modelu etycznego stosunków wzajemnych. Przyświeca im raczej ideał nacjonalistyczny, ambicje imperialne, zbiorowy egoizm. Pokój oczywiście, nawet - starsi pamiętają -była kiedyś tak zwana walka o pokój, ale arcyimperialistyczna, krwawa raczej (pax sovietica). Wojna tylko sprawiedliwa naturalnie, ale nawet w wykonaniu chrześcijan było tego zabijania dziwnie dużo, szczególnie przed encykliką „Pacem in terris”. I tylko czasem głowa jednego mocarstwa usiłuje się dogadać z innym prezydentem, na dudka zupełnego wychodząc.

20:14, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lipca 2018
Szabat ważniejszy niż drugi człowiek?

Ewangelia Mateusza 12,7
„Gdybyście zrozumieli, co znaczy: «Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary», nie potępialibyście niewinnych. Albowiem Syn Człowieczy jest Panem szabatu”.
Jezus cytuje tutaj Księgę Ozeasza (6,6), akcentującą istotę wiary i moralności. Jaśniejsza niż ta z „Oremus” jest zresztą wersja polskiej Biblii Jerozolimskiej: „Miłości pragnę, nie krwawej ofiary”. Bogu niepotrzebne są w ogóle nasze materialne dary. Bardziej niż one, nawet niż praktyki ascetyczne, szabatowe rygory. Miłość Boga spełnia się najlepiej w miłości człowieka, trosce o bliźniego naszego. Wystarczy tylko tyle, deklaracje, że Bóg istnieje, są mniej ważne nieporównanie, nawet niekonieczne jest takie filozoficzne przekonanie. 
Wystarczy tylko tyle. Ale to zgoła niemało. Dlatego Janusz Korczak pobożniejszy był niż niektóry Kowalski.

15:44, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
czwartek, 19 lipca 2018
Fundamentalna kwestia smaku. Antykoncepcja antyetyczna?

Ewangelia Mateusza 11,28-30
„Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie”.
Zacznę słowami, którymi zapomniałem zakończyć wpis wczorajszy: trzeba przekraczać próg wiary. Potem nadziei i miłości oczywiście, ale u podstaw wiara jakaś. Bez niej nie może być słodkie jarzmo duchowe i lekkie brzemię życia powszedniego. Kwestia gustu, owszem, ale smak także duchowy ewoluuje. W dzieciństwie nie lubiłem smaków ostrych, ale na starość potrafię docenić wino wytrawne, cytrynę znacznie wcześniej. I powolutku sens krzyża.
A teraz też o wierze, nadziei i miłości, ale o wiele konkretniej. O miłości małżeńskiej mianowicie. O tym, że dzieci są darem Bożym, kłopotliwym, ale cennym i często jednak cudownym. A kłopot między innymi jest taki, że człowiek nie królik (pogląd też papieża Franciszka) i liczbę potomstwa trzeba jakoś planować. W tym tylko problem, jak. W „Tygodniku Powszechnym” bardzo, bardzo ciekawe zauważenie rocznicy, 50-ej już, ogłoszenia przez papieża Pawła VI encykliki „Humanae vitae” na powyższy temat. Był to dokument potępiający nie tylko aborcję, także antykoncepcję. 
Dopuszczał za Piusem XII, który okazał się, nie tylko zresztą tutaj, jakimś nowatorem, stosowanie metod zwanych naturalnymi, polegających na wykorzystywaniu dni bezpłodnych kobiety, ale odrzucał antykoncepcję, prezerwatywy, pigułki. Stanowisko Pawła VI wzbudziło liczne krytyki także w Kościele rzymskokatolickim, nie tylko wybitnych teologów, także niektórych biskupów. Otóż w „Tygodniku” ks. Adam Boniecki wraz z Arturem Sporniakiem przedstawiają obszernie tę sprawę, a najciekawsze w tekście Sporniaka jest to, co wyszło na jaw dopiero teraz. Paweł VI nie zgodził się na wersję dokumentu znacznie łagodniejszą. Czyniła ona to w sposób podobny do tego, jak nauczanie o „rozwodnikach” złagodził duszpastersko papież obecny.
Może pójdzie i tutaj tamtym śladem. Dałby Bóg. Moje to marzenie od pół wieku, od kiedy zacząłem tym temacie w „Więzi” rozrabiać. Przecież też nawet prawosławni zostawiają tę kwestię raczej sumieniu zainteresowanych.

17:44, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
środa, 18 lipca 2018
Błogosławieni nieroztropni

Ewangelia Mateusza 11,25
„Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Biblia Tysiąclecia). Możliwe są naturalnie różne przekłady. Prostaczkowie” mogą być „tymi, którzy są jak małe dzieci”, „maluczkimi”, „małoletnimi”, „najmniejszymi”. Chodzi po prostu o ludzi niewykształconych (nie o żadnych „wykształciuchów”), także, rzecz jasna, o małe dzieci, ale w ogóle o tak zwanych ludzi prostych. Czyli konkretnie nie o uczonych w Piśmie, nie o faryzeuszy, przeciwników Jezusa według Ewangelii głównych. Przemądrzałych potężnie.
Trudniejszy jest natomiast problem ze zrozumieniem określeń poprzednich. Właściwie tylko drugiego, bo ci „mądrzy”, to właśnie tacy w cudzysłowie. Co jednak zrobić z owymi „süneton”, jak ich nazwać po naszemu? Albowiem jedni oddają ich słowem „uczeni”, czyli równoznacznikiem słów tamtych, drudzy wszakże piszą inaczej: „roztropni” czy „rozumni” i takich tłumaczy jest chyba większość. Chodzi im o jakąś życiową praktykę, nie o poznanie bardziej teoretyczne. Pogadałem z Michałem Czajkowskim i z jego pomocą pierwszych z drugimi godzę jakoś sylogizmem takowym. Roztropni w cudzysłowie przeciwstawieni prostaczkom to ci zadufani w sobie po same własne uszy, we własną ludzką mądrość, bez przerwy coś kalkujący, żeby tylko przypadkiem nie wypaść na wariata, nie dać się oszukać, w ogóle nigdy nie przegrać. Którzy każdego ryzyka jak ognia się boją. Pasuje może tu nieźle określenie mieszczańscy. Czyli w gruncie rzeczy myślący tylko o sobie, o swoim interesie, zapominający o wszystkich bliźnich, ale i zapominający, że jest ktoś od nas mądrzejszy absolutnie i czasem można rzucić się w nieznane, w przepaść wiary. Niekoniecznie explicite religijnej, może w jakąś wiarę podstawową, jak ją nazwał kiedyś nasz mędrzec Stefan Wilkanowicz.

17:27, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
Żeby Góra była Jasna

Wpis na wtorek 17 lipca 2018 r.

Psalm 48,2-3a
„Wielki jest Pan i godzien wielkiej chwały
w mieście Boga naszego.
 Święta Jego góra, wspaniałe wzniesienie,
radością jest całej ziemi”.
Góry są w Izraelu miejscami sakralnymi. Bo tam bliżej nieba, mieszkania Bożego. Wspominaliśmy wczoraj Maryję z Góry Karmel, w tym psalmie na dzisiaj mowa dalej o Górze Syjon, tej, na której zbudowano Jerozolimę, ale ja, Polak katolik, myślę raczej o Jasnej Górze, stolicy duchowej Polski... Są u nas inne sanktuaria, ale to wciąż jednak chyba króluje, Maryja jest tutaj szczególnie królową Polski. To tytuł tradycyjny, pewnie do zwyczajnej Nazaretanki nie bardzo pasuje, tak jednak poetycki , od polityki daleki, że mnie raczej nie razi, choć nie pasuje w ogóle do mentalności współczesnej. Co innego „królowanie” nad Polską Jezusa. Jeśli to władza podobna choć trochę do tej naszych niegdysiejszych monarchów, to trudno nie zauważyć, że Chrystus jest w takim razie tak zwanym królem malowanym, bo rzeczywistym raczej zwykły poseł Jarosław Kaczyński. 
Wracam do Jasnej Góry. Nie mogę nie przypomnieć tego, co napisałem tutaj 8 bm. „Wydarzyło się w polskim Kościele rzymskokatolickim coś ważnego, a mało głośnego. W mojej gazecie z 27 czerwca br. przeczytałem, że Rada Konferencji Episkopatu Polski ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek wypowiedziała się o pielgrzymkach narodowych. Odniosła się do takich spotkań organizowanych na Jasnej Górze. Zwłaszcza dwa z nich - kibiców i narodowców - wzbudzają kontrowersje nie tylko wśród katolików. W dokumencie podpisanym przez biskupa Krzysztofa Zadarkę, jej przewodniczącego, czytamy, że „Jasna Góra stała się od pokoleń miejscem modlitwy o jedność i symbolem trudnej wolności Polaków. Zgodnie z tą tradycją sanktuaria nie mogą być miejscem manifestowania nienawiści względem grup politycznych, społecznych lub etnicznych. (...)
Nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę właściwego patriotyzmu”. Dodam jeszcze, że episkopalnej radzie chodzi nie tylko o nacjonalizm, czyli niechęć do ludzi innego narodu. W ogóle o „wykluczanie i stygmatyzowanie społeczne innych osób, różniących się światopoglądem, wiarą, pochodzeniem etnicznym czy odcieniem skóry”.
Święte słowa biskupie!
Mamy już zgoła lipiec, ale można by przypuszczać, że dopiero maj. Miesiąc skądinąd maryjny, dobry dla rolników i całego liczącego na chleb narodu, gdy jest jak teraz pożytecznie deszczowy. Kalendarz swoje, pogoda swoje.

16:51, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 lipca 2018
Kto przyjmuje proroka... Ks. Lemański, abp Grzegorz Ryś. Jestem Turnau z miasta Turnau, trochę Żyd. Osób, nie osoba jednak!

Ewangelia Mateusza 10, 41
Paręnaście zdań Jezusowych mocnych. Najpierw to, że nie będzie udawał: nie przyniósł pokoju, ale miecz. Przyniósł przykład krzyża, owszem, najpierw i potem wywołuje walkę ludzi wzajemną, bo nie wszyscy Go rozumieją albo też każdy rozumie inaczej. A w ogóle to nie wszyscy biorą krzyż na siebie, liczni ofiarowują go jako miły prezent bliźnim swoim. Kto jednak nie bierze sam swego krzyża, choćby szedł za Jezusem, nie jest Go godzien. Tak zaś postępują nawet ci, co autentycznie przejmują się losem swoich dzieci, ale niezbyt mądrze, chcą im we wszystkim ulżyć, odsunąć od nich wszystkie krzyże. O takich to między innymi mówi Jezus, gdy wygłasza pogląd, że trzeba Go kochać bardziej niż syna lub córkę: to znaczy po prostu mądrze. Jezus był również pedagogiem. Kto zaś przyjmuje Jego uczniów, Jego przyjmuje. No i padają zdania o proroku i sprawiedliwym: kto ich przyjmuje, podobne nagrody przyjmuje. Co do proroków, to muszę wyjaśnić: to w Biblii nie tyle przewidujący przyszłość, „wieszczek”, wróżbita,  choć to ktoś, kto widzi w czasie dalej niż zwykły śmiertelnik, wskazuje na następstwa działań dzisiejszych. Prorok to przede wszystkim duchowy oceniacz teraźniejszości.  Ocenia ją, ludzi teraźniejszych i dzisiejsze sprawy, tak jak to widzi, szczerze, bez ogródek. Na podobne określenie zasługuje ciągle ktoś. Zapewne nieroztropny, wariat wręcz, bo obrywa za to nieźle, ale służący sprawie słusznej. Bywa czasem bardzo niegrzeczny, na przykład  gdy - jak ks. Lemański - wyraża się  bardzo brzydko o pani premier ( i to o tej od dobrej zmiany, nie owej paskudnej, co miała na imię Ewa... Acz jest z kolei kwestia poselskiego terminu  „kanalia”...). Żydzi bywali dosadni, ich prorocy tym bardziej, język mieli niewyparzony, ale „nie za to ich cenimy”, by użyć wyrażenia radia Erywań. Co zaś do przyjmowania proroka, to jak wiadomo „Lemana” przyjął do siebie arcybiskup Ryś i zawalczę o nagrodę dla niego KIK-u warszawskiego „Pontifici”.
A w „Magazynie Świątecznym” „GW” znakomity tekst Aleksandry Klich o Bronisławie Geremku. Przypomniał mi mego pra-, pra-, pra-dziadka  Jan Nepomucena Turnau z austriackiego, dziś czeskiego miasta Turnau ( dziś czeskiego Turnov), który też był Żydem, ale nie wieszczkiem, Zagłady nie przewidział. Ale może jakby jednak: w1805 roku przechrzcił  się we Lwowie wraz z małżonką, po czym jego ród stał się nie tylko rzymskokatolickim, ale i ziemiańskim, bo zdobył dobra ziemskie w powiecie przeworskim.  Tamto brzydkie pochodzenie zostało dość starannie zatarte, aczkolwiek nie całkiem. Znali ją nawet moi kuzynowie rówieśnicy, ale też Małopolanie, nie jak osiadły potem koło Sandomierza mój ojciec. Ja uświadomiłem się w tym zakresie już w wieku dorosłym. 
W „MiŚ”-u również fajny wywiad  Kasi Wężyk z rysownikiem „GW” Andrzejem Milewskim. Zauważa on słusznie, że nie umiemy śmiać się z ludzi „naszego obozu”. Zgadzam się, na przykład z naszych kochanych feministek. Ogłaszam zatem, że nie osobą jestem - osobem!

16:54, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
niedziela, 15 lipca 2018
Apostołami wszyscy jesteśmy. Następca apostołów Joseph Ratzinger. Apostoł Wojciech Lemański

Ewangelia Marka 6, 7
„Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch”.
Byli Jego wysłannikami. Wysłany czy posłany nazywa się  po grecku „apostolos”, apostoł zatem. Nazywa się tak Dwunastu właśnie, również Pawła, także Barnabę, ale jeżeli świadkiem przenoszonej Dobrej Nowiny, czy też z grecka Ewangelii jest każdy z nas chrześcijan, to każdy jest poniekąd apostołem. Tak, mamy ją głosić wszem i wobec. Nie musimy robić tego we dwójkę, chociaż i tutaj samotność dobra nie jest. Nie musimy chodzić po domach, odwiedzając nieznanych ludzi, jak to w dalszym ciągu praktykują świadkowie Jehowy. Przekraczalibyśmy w ten chronioną dzisiaj skrzętnie granicę prywatności. W ogóle  w ewangelizacyjnej pracy powinniśmy troskliwie dbać o to, żeby nie wypaść na „nachałów”, jakichś szurniętych fanatyków, kompromitując w ten sposób nie tylko nas osobiście. Trzeba zawsze działać roztropnie, a im sprawa ważniejsza, tym to też ważniejsze. Najpierw truizm: trzeba zawsze świadczyć przede wszystkim własnym przykładem, czyli po prostu postępowaniem, zachowaniem chrześcijańskim. Bez tego nic. A co do zachowania słownego, to zacznę od tego, że z takimi sprawami, jak ze sportem: są tacy, których to kompletnie nie interesuje, nawet kto wygra mundial. Losy księdza Lemańskiego, nawet i ojciec Rydzyk. Obojętność religijna bywa niemal absolutna, także wśród Polaków. Gadanie im na ten temat  może tylko ich znudzić. Gdy jednak sami poruszą podobne problemy, nie należy rzecz jasna milczeć. Naturalnie natomiast trzeba mówić mądrze. Broń Boże nie apologetycznie, nie bronić naszego Kościoła w zaparte, bo przecież idealny nie jest, intelektualnie ani moralnie. W kwestii z najwyższej półki nie należy tłumaczyć, iż już wielki filozof Tomasz z Akwinu podał aż pięć dowodów na istnienie Boga, więc On istnieje na pewno i cześć. Pomijając wszystko inne, sam Tomasz nie nazwał tego dowodami, tylko drogami. Nie należy dalej rozpisywać się o tym, że Chrystus umarł na krzyżu, a Mahomet wojował, ile wlazło, choć to skądinąd święta prawda. Ani że nie tylko sam Budda , ale i buddyści nie stosują przemocy w przeciwieństwie do chrześcijan, albowiem skłonności wojownicze, także w upowszechnianiu własnej wiary, mają wyznawcy wszystkich religii. Nawet  uczniowie wielkiego świętego indyjskiego również, na przykład teraz wobec muzułmanów w Birmie. Żydzi zabili Jezusa, z kolei  Grecy Sokratesa, mordowanie proroków, czyli ludzi myślących samodzielnie i te swoje myśli upowszechniających, w ogóle humanum est. Co zatem mówić w sprawie filozoficznej  fundamentalnej do kogoś, kto chce nas słuchać? Po prostu przede wszystkim, że możliwości są dwie. Albo calutką rzeczywistością rządzi przypadek, albo że jednak jest Sens. Ani jednego, ani drugiego nie udowodnimy jak tego, ż dwa plus dwa jest cztery. Wybieramy natomiast fundamentalny optymizm.
Wyspałem się, więc pełen animuszu, także autorskiego, dołączam felieton Jonasza, co więcej taką wersję, która nie ukaże się na pewno w „GW”, tylko tu w blogu, bo o wiele za długa.
Głośne myślenie. Widział, jaki jest Kościół.
Jonasz
Nazwał się sam kiedyś dziadkiem świata. Joseph Ratzinger ma już lat 91. Dość dużo, by starczyło na obszerną biografię. Mamy już taką nawet i po polsku. Napisał ją włoski teolog Elio Guerriero. Polski tytuł  potężnego dzieła: „Świadek prawdy”, w oryginale pokorniej, bez lęku przed relatywizmem: w moim przekładzie: „Sługa Boga i ludzkości”. Niemniej prawda też ważna. Ratzinger brał udział w zasadniczych dyskusjach teologicznych i zajmował  wyraźne stanowisko, co autor obszernie referuje, zatem Ratzingerowa historia osobista jest po trosze dziejami całej ludzkości. Kościół rzymskokatolicki jest instytucją ważną nie tylko dla swoich wyznawców. Czytałem książkę z ciekawością nie tylko zawodową.Ale jakie miał i ma poglądy? Autor biografii streszcza je zaraz na wstępie krótko i węzłowato: „Podczas Soboru Watykańskiego II Ratzinger był zdecydowanym przeciwnikiem naturalistycznej wizji scholastyki, jaka wciąż dominowała w watykańskich kongregacjach i na rzymskich uniwersytetach papieskich. Jednak już kilka lat później z równą stanowczością zdystansował się od poglądów Rahnera, Künga, teologów wyzwolenia i innych myślicieli, którzy - jego zdaniem  - akcentując przesadnie to, co nowe, ryzykowali zerwanie ciągłości tradycji. Dla Ratzingera jest ona bowiem nieprzerwaną nicią, która - gdy pójdzie się wstecz jej śladem jej śladem - prowadzi do apostołów i samego Jezusa”.
Guerriero  poglądy swojego „temata” przyjmuje. Co więcej, broni go, choć bardzo delikatnie, jeżeli sam krytykuje, to bardzo rzadko i cichutko. Broni przede wszystkim przed krytyką „z lewa”, dziennikarzy i teologów, czasem jednak także „z prawa”. Przedstawia swego bohatera jako „centrowca”. Przez co w Polsce budzi sympatię. Wypadłby gorzej, gdyby upierał się przy opinii, że było dobrze, jak było przed tamtym  soborem, w co wierzy jednak może niewielu Polaków katolików. Oczywiście nie każdy wie, co znaczy „naturalistyczna wizja scholastyki”, pojęcie z wysokiej półki, przedstawię zatem dawne czasy inaczej. Któraś dziewczyna nie mogła uwierzyć, że jeszcze zgoła w wieku XX papieża całowało się w nogę, nie w rękę. Wydawał się rzymskim katolikom niemal półbogiem. Kościół mój był zhierarchizowany do absurdu, nie mówiąc o tym, że po renesansowym kryzysie zgoła nie idealny wielorako. Sam Guerriero reakcję papieża Piusa X na dziewiętnastowieczne próby reformy, tak zwany modernizm, nazywa „wściekłą”, bo w ogóle okularów różowych na ogół nie używa. Za tamtych rządów podejrzany był o taką nieprawomyślność nawet przyszły inicjator soborowej odnowy Jan XXIII. Rozmiar dzieła książkowego wymaga porządnego omówienia, nie tylko takiego felietoniku. Nie wszyscy zatem wiedzą na przykład , że ten wybitny profesor teologii miał poważne problemy z habilitacją. Recenzent wymaganej pracy kwestionował jej wartość naukową, ale chodziło mu nie tyle o poziom, ile pion. Postawił zarzut, że koncepcja  Objawienia u habilitanta niebezpiecznie ociera się o ów modernizm. Ratzinger poradził sobie jednak jakoś, przedstawiając tylko trzecią część utworu, mniej kontrowersyjną. Niechęć do niego budziło także tempo jego kariery naukowej, bardzo szybka profesura, a potem zapewne kościelnej: 50-letni kardynał to zjawisko rzadkie. No cóż, zazdrość, jeden z motorów ludzkiej historii, rzeczą tak ludzką właśnie jest. Ów szczegół z życia eklezjalnego prominenta  przywodzi mi jednak na myśl kwestię psychologiczną: czy będąc później surowym recenzentem dzieł innych teologów jako prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, dawnego Świętego Oficjum, prawowierności  arcyczujnie pilnującego, pamiętał o niegdysiejszych własnych w tej mierze kłopotach. Jest nawet złośliwe zoologiczne powiedzenie o zapominaniu starszych, jacy byli za młodu... Nazwiska autorów przez Ratzingera ostro krytykowanych: Curran, Küng, Schillebeeckx, Haering, Metz,  Boff, Dupuis. Oczywiście żyją, stosów się nie stosuje od wieków, pozostali na ogół księżmi, niektórzy nawet wykładają dalej na kościelnych uczelniach. Ba, można jeszcze dorzucić coś, co mi opowiadał ktoś niebędący katolikiem, że ksiądz profesor Hans Küng w swoich negatywnych ocenach Jana Pawła II wydał mu się zapalony przedziwnie. Guerriero od personalnych  cenzurek powstrzymuje się, jest relatorem, nie recenzentem, ale przydałyby się w jego książce nie tylko czasem entuzjastyczne pochwały autora, któremu ją poświęcił. Dorzucić muszę i to, że Karl Rahner, uważany przez niektórych za największego teologa wieku XX, w swojej próbie odpowiedzi na egzystencjalizm był nowatorem wielkim. Anna Morawska powiedziała mi kiedyś tłumacząc na polski tego autora (zresztą tłumacząc także w sensie przekładu na język po prostu zrozumiały, parafrazując niemal, bo pisał zbyt zawile nawet dla teologów), że „zrzyna z Heideggera”. Pewnie tak było, tylko że w podobnym sensie św. Tomasz z Akwinu zrzynał  z Arystotelesa. Ratziger woli w tym zakresie św. Augustyna i też dobrze. Są różne drogi do Boga, również do mądrego mówienia o Nim. Owszem, trzeba mówić o Nim roztropnie, by nie zamieszać w głowie ludziom prostym: tę troskę Ratzingera, którą akcentuje Guerriero, rozumiem, ale grozi również bezproblemowa teologia dla maluczkich, która poszukujących zgoła nie zadowala. Co do mnie, dwie książki przydały mi się bardzo: „Wprowadzenie w chrześcijaństwo” Ratzingera, ale też „O możliwości wiary dzisiaj” Rahnera, choć „optyka” ich inna. Trzeba wreszcie dorzucić, co wspomina także Guerriero, że w którejś sprawie ekumenicznej prefekt kongregacji doktrynalnej miał inne zdanie niż jej członkowie i to dobrze o nim świadczy, ale czy dobrze o szefowskich umiejętnościach prefekta? Ach ta Kuria Rzymska, no właśnie. Joseph Ratzinger był człowiekiem skromnym. Amerykańska zakonnica feministka bawiąc parę lat temu w Polsce opowiadała, że kiedyś leciała samolotem, dostała miejsce przy jakimś księdzu, wydał jej się sympatyczny, nawet i wtedy, gdy okazał się owym stróżem wiary. Przedstawiła mu się, a była wtedy już osobą znaną z krytycznych kościelnych przekonań, wyglądało, że o niej nie słyszał, w każdym razie był miły nadal. Uprzejmość formalna, może wynikająca z nieśmiałości, niechęci do polemiki tak zaraz? Zanim został papieżem, chodził w zwykłym czarnym berecie. W przeciwieństwie do Franciszka lubi jednak bogate szaty papieskie. Nawet mieszkał jako kardynał na trzystu metrach kwadratowych, choć  trzeba dodać za Guerrierem, że tę przestrzeń wypełniały książki. Jest profesorem, czyli przejmuje się bardzo tym, co wyrażone w słowach, czy jednak nie za bardzo. O praktyce duszpasterskiej wie niewiele, bo nie ma takiego doświadczenia, a to przecież jest księdzu niezbędne. Błędy podwładnych bierze według Guerriera często na siebie. Na zaszczytach kościelnych mu nie zależało, woli książki. Karierowiczem kościelnym nie jest. 
No i z tego najświętszego urzędu odważnie zrezygnował, co było źle odbierane. Publicznie krytykowane na przykład przez kardynała Dziwisza, który powiedział, że z krzyża się nie schodzi, choć już Paweł VI nie wykluczał takiej papieskiej osobistej decyzji i to już na początku swego pontyfikatu. Benedykt XVI tłumaczył to własnym brakiem sił fizycznych, na pewno jednak widział, jaki jest jego Kościół, że jego reforma wymaga mocarza. Chciał głębokiej odnowy.
Elio Guerriero:” Świadek prawdy. Biografia Benedykta XVI”. Przełożyła Joanna Tomaszek. S. 583. WAM
Aktualium eklezjalne polskie to naturalnie x. Lemański. Mój komentarz w „GW ”nie każdy przeczytał, więc go tu „wklejam”. „Ksiądz Lemański w paszczy drapieżnika
Dowcipkuję, ale sprawa jest poważna, tyle że wydarzenie wprowadziło mnie w humor znakomity. Otóż po długich staraniach duchownych i świeckich ks. Wojciech Lemański z diecezji warszawsko-praskiej został przeniesiony do archidiecezji łódzkiej. Tamtej szefem jest arcybiskup Grzegorz Ryś, z którym niekonwencjonalny ksiądz zgadany jest doskonale. Arcybiskupowi metropolicie dzięki kolosalne, najserdeczniejsze! Honor polskiego Kościoła rzymskokatolickiego uratowany. Alleluja!” 
Post scriptum. już tylko tutejsze: arcybiskup ma ponadprzeciętne poczucie humoru, także na punkcie swojego nazwiska, więc się nie boję obrazy. Nie lubię się jednak powtarzać, więc kończę jeszcze komentarzem poniższym. Otóż moja serdeczna przyjaciółka, wielbicielka jak ja „Lemana”, opowiadała mi coś cokolwiek „w tym temacie”, choć z nim go nie kojarzyła zgoła, dopiero ja sam. Otóż ojcu jej w czasach przedwojennych powiedziała raz „pomoc domowa”, że telefonuje do niego ktoś. Owszem, przedstawił się, ale dobrze wychowana wstydziła się powiedzieć, kto. A był on z kurii biskupiej... Otóż ta anegdota, fakt zresztą autentyczny, do obu władz kościelnych, i tamtej warszawsko-praskiej dzisiaj, i tej nowej  zupełnie nie pasuje. Amen!

18:09, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 lipca 2018
Biblia jednak księgą ludzką. August Hlond jednak błogosławiony. Inność jednak lubić trzeba

Ewangelia Marka 6,1-6
Mamy na dzisiaj opowieść o Jezusowej wizycie w rodzinnym Nazarecie. Bardzo nieudanej. Za bardzo był tam znany jako zwyczajny cieśla. Zwyczajny zjadacz chleba, nie jakiś prorok, nie był przedtem długo na pustyni, jak Jan Chrzciciel asceta, nie żaden uczony w Piśmie. A tu On gromko naucza w synagodze. Tak o tych reakcjach opowiadają Mateusz i Marek. Jezus skomentował je słowami przysłowia żydowskiego, może raczej sentencji, która weszła do kultury europejskiej: „Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju”. Łukaszowa narracja jest trochę inna. Ewangelista napisał najpierw, że Nazaretanie dziwili się, owszem, iż tak pięknie mówi, zaraz jednak odnotował też Jego przypuszczenie, że owi krytycy powiedzą Mu agresywnie: : „Lekarzu, ulecz się sam” [to też złośliwa rada żydowska, stosowana potem w narodach licznych]. „Tyle słyszeliśmy o tym, co się stało w Kafarnaum, uczyń to tutaj, w swojej ojczyźnie”. I tu Łukasza tamten komentarz o odrzucaniu proroka tyko w jego ojczyźnie, potem dalsza Jezusowa krytyka. Prowokacyjna prawie, dotycząca właściwie całej historii Izraela. Zachowywał się ten lud podobnie za czasów Eliasza i Elizeusza, kiedy to pomoc Bożą otrzymywali poganie, nie Żydzi. Słuchaczy rozwścieczył tak, że chcieli Go zamordować, już wtedy, nie Judejczycy w ów czas jeszcze, ale właśnie rodacy nazaretanie.
Opowiada o tym zamachu tylko Łukasz, łagodzący na ogół opisy. U Marka i Mateusza mamy natomiast informację, że z powodu ich niedowiarstwa Jezus nie mógł tam uczynić żadnego cudu. Chyba podobnie jak uzdrowiciel dzisiejszy Harris: potrzebne był mu też było odpowiednie „medium”. Na jednych jakoś działał, na innych nie, choć tu raczej nie z powodu osobistego do niego stosunku. Sprawa psychologii podobnych relacji chyba jest bardzo skomplikowana.
I teraz myśl moja, że to kwestia teologii tym bardziej. Otóż cuda Jezusa nazywane są w ewangeliach nieraz, na przykład tutaj, „dziełami mocy”. Jest zatem sprawa owej mocy właśnie. W ubiegłą niedzielę czytaliśmy u Marka o uzdrowieniu chorej na nieustanne krwotoki.. W dwóch pierwszych ewangeliach jest tam dziwne zdanie, że gdy owa kobieta dotknęła Jego płaszcza i już to samo cud spowodowało, Jezus dowiedział się o tym w ten sposób, że „poczuł„ iż moc wyszła z [od] Niego”. Owe cudowne dzieła mocy wyobrażamy sobie jednak przecież nie tak, że nie działa ona poza Jego świadomością. W ogóle raczej nie tak, że jest to jakieś działanie fizyczne, fizjologiczne, a już na pewno nie takie, że działa wtedy sam organizm cielesny cudotwórcy, bez jego wiedzy a nawet i jakby woli, kiedy ktoś inny z zewnątrz go do tego mobilizuje. Jakby wystarczała prawie sama wiara „przedmiotu” działania, która staje się niemal podmiotem.
To oczywiście interpretacja tekstu biblijnego laicka - w sensie niefachowości jednak, nie optyki areligijnej. Albowiem rozumiem przede wszystkim, że w tej perykopie ważne jest to, Chrystus uzdrawiał, ważniejsze nieporównanie, niż tamto, w jaki dokładnie sposób.
Rozumiem nieźle również, iż Biblia jest księgą Bożą, ale i ludzką zarazem. Autorzy starali się jakoś przedstawić, po ludzku właśnie, po swojemu, każdy nieraz inaczej, sprawy niełatwe do zrozumienia psychologicznie i teologicznie. Duch Święty działał na nich, bardziej niż na innych pisarzy, ale redaktorem tekstów, w każdym razie adiustatorem na pewno nie był.
Amen!
PS. Powinienem chyba pielgrzymować do Canossy. Bo chyba we wpisie na 10 czerwca nie doceniłem kardynała Augusta Hlonda jako kandydata na ołtarze. Nie przeczytałem wtedy jeszcze ważnych artykułów Macieja Müllera w „Tygodniku Powszechnym”, potem Aleksandry Klich w naszym magazynie „Ale historia”. Z tamtych tekstów wnioskuję, że była to postać jednak duchowo niebywała. A antysemitą jak inni Polacy chyba jednak nie był, jeżeli jak ktoś jeszcze inny o nim napisał, endecji nienawidził. Przed wojną przecież o Żydachnawet brzydziej pisał młody Stefan Swieżawski, potem wielka ikona myślowa nasza. Tempora mutantur...
A o miłości do inności Jonasz napisał był felietonik takowy. Inność wytrzymać niełatwo Reklamuję tutaj mądre książki, wizerunek mego Kościoła jakoś poprawiające. Odłożyłem jednak teraz „na zaś” omówienie dwóch tomów potężnych o dwóch ludziach wybitnych. Dzieła teologa włoskiego Elia Guerriera o człowieku, który stał się Benedyktem XVI, oraz książkowej rozmowy Tomasza Dostatniego OP i Lidii Ciecierskiej z emerytowanym prymasem Henrykiem Muszyńskim, biskupem polskim bardzo ciekawym, aż dziwnie mało polskim.Albowiem wydarzyło się w polskim Kościele rzymskokatolickim coś ważnego, a mało głośnego. W „Gazecie Wyborczej” z 27 czerwca br. przeczytałem, że Rada Konferencji Episkopatu Polski ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek wypowiedziała się o pielgrzymkkach narodowych. Odniosła się do takich spotkań organizowanych na Jasnej Górze.Zwłaszcza dwa z nich - kibiców i narodowców - wzbudzają kontrowersje nie tylko wśród katolików. W dokumencie podpisanym przez biskupa Krzysztofa Zadarkę, jej przewodniczącego, czytamy: ,Jasna Góra stała się od pokoleń miejscem modlitwy o jedność i symbolem trudnej wolności Polaków. Zgodnie z tą tradycją sanktuaria nie mogą być miejscem manifestowania nienawiści względem grup politycznych, społecznych lub etnicznych. (...)Nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę właściwego patriotyzmu”. Dodam jeszcze, że episkopalnej radzie chodzi nie tylko o nacjonalizm, czyli niechęć do ludzi innego narodu. W ogóle o „wykluczanie i stygmatyzowanie społeczne innych osób, różniących się światopoglądem, wiarą, pochodzeniem etnicznym czy odcieniem skóry”.
Wspaniale! Księże Biskupie, uchodźców także miłośniku, Bóg Ci zapłać! Szkoda tylko, że nie jest to wypowiedź całego episkopatu mojego. Był, owszem, rok temu bardzo ważny i bardzo potrzebny dokument pt. „Chrześcijański kształt patriotyzmu”, mało zresztą reklamowany, niemniej na ten temat słów nigdy dosyć, szczególnie jeżeli dotyczą miejsca tak niezwykłego, jak częstochowskie sanktuarium. Szkoda też, że moja gazeta kochana od razu nie ucieszyła się w druku tą dobrą nowiną, acz sama przecież ją przykładnie podała. Ja zatem, choć bardzo już markotny starzec, z radości podskakuję. Ja, ksenofil, czyli ktoś obcość przedziwnie kochający.
Jeśli nas żaden inny nie brzydzi moralnie, chyba że podlec wstrętny jakiś, to może również ktoś o innej seksualnej orientacji. W gazecie mojej profesor prawa Wojciech Sadurski zamieścił 26 czerwca br. krótki, ale węzłowaty tekścik, w którym napisał, że w naszej konstytucji nie ma nic zupełnie na temat związków partnerskich. Z tego, że małżeństwo jest pod opieką RP, nie wynika, iż inne związki nie mogą tam być. Tak jak z tego, że specjalną opieką otacza weteranów, nie wynika, że inni weterani nie mogą być przez nią zaopiekowani! 
A w „Wysokich Obcasach” trzy lesbijki proszą: „Chcemy usłyszeć: Wasza miłość nie jest gorsza od naszej” . Nie jest! Amen!

11:00, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
niedziela, 01 lipca 2018
Gwałtownicy i ich wrogowie

Psalm 32, 2
„Sławię Cię, Panie, bo mnie wybawiłeś i nie pozwoliłeś mym wrogom naśmiewać się ze mnie”.
Najpierw pro domo sua. Często wydaje mi się, że właściwie nie mam wrogów. Ani tutaj w „Wyborczej”, bo chociaż różnię się od innych pracowników i pracownic stosunkiem do mojego Kościoła i religii w ogóle, to jakoś mnie lubią, może przede wszystkim jako sympatycznego staruszka. A na zewnątrz owszem, co wnioskuję na przykład z wpisów do mojego blogu, chyba to jednak nie wrogowie ani nawet nieprzyjaciele osobiści, tylko samych moich poglądów na to i owo. Na lewicy, prawicy, w Kościele moim i innych Kościołach albo i całkiem innych środowiskach., Episkopat mój, jaki jest, taki jest, ale spora część hierarchów zdaje się rozumieć, że jestem na pozycji bojowej szczególnie wysuniętej i przydaję tam się jednak. W każdym razie niedola moja, jeśli w ogóle jest takowa, to drobiazg w porównaniu do Franciszkowej. On ma na głowie cały mój Kościół, całe chrześcijaństwo również, świat cały. A w Kościele jak przy stole rodzinnym niejednym, czyli pluralistycznie, nieraz wojowniczo. Ma opozycję jawną i to niemal zewsząd. Konserwa nie tylko kurialna, episkopaty zgoła myślowo różne, od polskiego do niemieckiego, a ten drugi mocno ekumeniczny, jest w większości za komunią dla małżeństw mieszanych, co się mniejszości tak nie podoba, że odwołała się do Watykanu, a tam ma sojuszników.
Papież jest i tutaj między młotem a kowadłem, bo konserwa ma doktrynę tradycyjną, a ekumeniści nową, świat pozakościelny tym bardziej. W sprawie aborcji stanął zdecydowanie i nie taktycznie po stronie tej pierwszej, choć chyba bez narzucania określonych reguł prawnych, tak jak też w kwestiach mówiąc ogólnie „gender”. Natomiast jest antyklerykałem, czyli dostojników kościelnych bardzo ostro krytykuje ciągle oraz twardo podtrzymuje otwarcie komunijnej furtki dla rozwiedzionych w swojej rewolucyjnej adhortacji. Ciekawe, że zyskał umiarkowane poparcie nawet biskupów polskich, o czym napisałem tutaj przed kilkoma dniami i teraz jako Jonasz na weekend. Można być ostrożnym, ale Królestwo Boże zdobywają jednak raczej „gwałtownicy”. Franciszek należy do nich, choć jako papież uważać musi. Jako strażnik jedności szczególnie, on także jej samej Opoką być musi. Co do mnie znowu na koniec, ja chyba gwałtownikiem nie jestem, ale nie mnie sądzić o tym.

17:37, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
Archiwum