Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 31 lipca 2016
Marność i mądrość. Abraham, Maria Magdalena. Ksiądz o księżach. Papież w Auschwitz

Księga Koheleta 1,2.2,21-23
Psalm 90,3-6.12-14.17
List do Kolosan 3,1-5.9.11
Ewangelia Łukasza 12,13-21
No i mamy najpierw Księgę Koheleta. Pod nazwą grecką określenia „Eklezjastes” („Eklezjasta”) zadziwiała ona przez wieki różnych czytelników swoimi gorzkimi myślami. Tak bardzo sceptycznymi, że Bóg się tutaj niemal nie pojawia, tylko w zakończeniu, nawet może dopisanym później. Niemniej jest to jeden z tekstów z biblijnych dla Żydów chyba najważniejszych, należy bowiem do pięciu tak zwanych ksiąg Megilot, czytanych podczas kolejnych świąt obrzędowego roku; świadczy to o jakiejś szerokości myślowej tego narodu, bo przecież nie tylko o dobrym guście literackim, jako że księga jest piękna.
No cóż, życie człowieka romansem nie jest. Ktoś, kto odznacza się mądrością, wiedzą i dzielnością, przegrywa z niewiele wartym. Wszystkie jego dni są cierpieniem, nawet w nocy nie zazna spokoju. „Wszystko jest marnością” – to nieustanny refren tej księgi, myśl złota, choć tak czarna.
Szukam odniesień do niej, może jakby wyjaśnień jej w dalszych dzisiejszych tekstach. Może mamy coś takiego w psalmie, gdy po słowach o przemijaniu wszystkiego tak zwany podmiot liryczny prosi Boga: „Naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca”. Pewnie jest owa mądrość dość głęboka, by pozwalała przezwyciężyć ponurość losu. Osiągniemy ten sukces, jeśli  – poucza List do Kolosan – dążyć będziemy do tego, co w górze, nie co na ziemi. Ewangelia ten drugi działania kierunek nazywa chciwością i podaje krótką przypowieść. O człowieku, który liczył, że dadzą mu szczęście pełne zboża spichlerza, a przecież da mu je tylko bogactwo u Boga. Albowiem życie na ziemi niedługie jest.
Wracam jeszcze do poprzedniej niedzieli, kiedy to czytaliśmy o Abrahamowym targowaniu się z Bogiem: o liczbę mieszkańców wystarczającą, aby Sodoma i Gomora nie zostały ukarane zniszczeniem. Zauważam nawiasem, że troska patriarchy o te miasta nie była czysto altruistyczna, bo w Sodomie mieszkał przecież jego bratanek Lot, przede wszystkim jednak wracam do tamtych tekstów biblijnych po znakomitym kazaniu ks. Jana Konarskiego w warszawskim kościele św. Michała na Puławskiej (polecam mocno tamtejsze msze niedzielne o godzinie trzynastej i osiemnastej przez tego niezwykłego duchownego przewodniczone). Proboszcz tamtejszy porównał tę perykopę z Księgi Rodzaju z przeczytaną także wtedy z Ewangelii Łukasza modlitwą „Ojcze nasz”. Skomentował, że w tej drugiej nie ma już dwóch stanowisk: ludzkiego i Bożego. Jest jedno: „Przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto przeciw nam zawini.” Nie dodał, co prawda (a chyba należało, bo trzeba uczyć właściwego czytania Pisma Świętego), że mamy tutaj wizję Boga oczywiście antromorficzną: jest On w tym tekście w gruncie rzeczy jakby omylny, niepewny swego stanowiska, ulegający doradcy bardziej miłosiernemu. Nie mogła tak wyglądać faktycznie ta rozmowa patriarchy z Najwyższym: Biblia nie jest literalnie nieomylna w swoich opowieściach historycznych. A sens modlitwy przecież nie w tym, że mamy przekonać Boga, aby zmienił swoje plany wobec nas (odsyłam do mego komentarza wtedy).
Wracam też do dnia 22 lipca, poświęconego Marii z Magdali. Trzeba wiedzieć, że Franciszek awansował przed tym dniem ową biblijną postać. Było to dotąd w liturgii rzymskokatolickiej „wspomnienie obowiązkowe”, teraz jest wręcz święto. Była już świętą, ale teraz nawet jej dzień nosi taką nazwę, co nie wszystkim bohaterom Pisma Kościół mój podarował (na przykład nie św. Marcie, patronce przedwczorajszej). Bo też Magdalenę nie tylko Kościół wschodni, ale i Tomasz z Akwinu nazywa apostołką apostołów, ona bowiem pierwsza im o tym, że powstał z martwych oznajmiła. No i nie ma podstaw do utożsamiania jej z „jawnogrzesznicą” z Łk 7,36-50. Miała kłopoty duchowe poważne: opętanie przez demonów aż siedmiu, ale płeć piękna grzeszy nie tylko „de sexto” (jeśli to był w ogóle był grzech, nie choroba psychiczna potworna). W każdym razie Franciszek feminista!

Przeglądzik religijnej prasy: „W drodze”, lipiec 2016, z ks. Krzysztofem Popławskim , dominikaninem, autorem „Oczka”. Miniatur (anty)klerykalnych” rozmawia Katarzyna Kolska. Pyta: Jakie były pierwsze komentarze po ukazaniu się książki?
Nikt nie potępił mnie w czambuł.
I nikt nie powiedział, że demaskuje ojciec księży?

Nie. Niektórzy dziękowali mi, że napisałem o rzeczach trudnych, że postawiłem pytania, nie dając na nie odpowiedzi. Ktoś powiedział, i bardzo mi się to spodobało, że obok smutku przebijającego przez te opowiadania jest też zawsze jakaś nadzieja.
Ksiądz homoseksualista, ksiądz alkoholik, ksiądz współpracownik SB, ksiądz, który popełnia samobójstwo… Dość bolesny obraz kapłana nam ojciec przyniósł.
Nie wiem, czy bolesny, ale na pewno bardzo prawdziwy. Próba zmierzenia się z naszą słabością lub grzechem to tak naprawdę początek zmiany czy nawrócenia.
Ale my świeccy bardzo wysoko stawiamy poprzeczkę księżom i wolimy wierzyć, że jesteście idealni, prawie święci.
Jestem przeciwny stawianiu księdza na piedestale tylko z tego powodu, że jest księdzem. To jest nieprawdziwe i w wielu sytuacjach szkodzi – zarówno księdzu, jak i świeckim.
Jak ojciec myśli, dlaczego tak lubimy idealizować obraz księdza?
To nie dotyczy tylko księdza. Idealizujemy naszych rodziców, dzieciństwo, młodość. Widocznie jest nam to potrzebne, żeby uczynić swoje życie bardziej sensownym, dodać mu blasku. Takie dobre wspomnienia niejednokrotnie pozwalają nam przeżyć.
Chce ojciec, żebyśmy spojrzeli na księdza jak na zwykłego człowieka, tak samo dobrego i złego jak my wszyscy?
Tak, bo tak naprawdę w wielu sytuacjach, które opisuję, nie chodzi o księdza, ale o naszą osobistą więź z Panem Bogiem, a mówiąc „naszą”, myślę i o kapłanach, i o ludziach świeckich. [...]Dlatego zamiast krzyku, że ksiądz jest niewinny, wolałbym usłyszeć, że jest winny, że my o tym wiemy, więc się za niego modlimy - o jego nawrócenie, o przebaczenie i wiarę dla tych, których skrzywdził. (...)
O kapłaństwie napisał ojciec tak: „Jestem dla wszystkich, a nikt nie jest dla mnie”. Tak ojciec myśli? (...)To zdanie przyszło do mnie wiele lat temu, gdy byłem duszpasterzem szkół średnich. Uświadomiłem sobie bardzo wyraźnie, że ja nie mogę od tych młodych ludzi niczego oczekiwać, żadnej wzajemności, że nie mam prawa nikogo zagarniać dla siebie. Przez prowadzenie duchowe, poprzez sakramenty ma się duży wpływ na ludzi i zupełnie nieświadomie można kogoś skrzywdzić, oszukać słowem czy gestem. Ja nie mogę nikogo przywiązać do siebie. A jest w nas taka pokusa.”
Ksiądz mądry ogromnie.

O papieżu w Polsce piszę codziennie w „GW”, do wczorajszej (sobotnio-niedzielnej) napisałem coś takiego.
Młodzi powinni być radośni, niech choć oni się cieszą; zresztą to według Franciszka święty obowiązek chrześcijanina: jemu nie wolno być ponurakiem. No i mają prawo być głośni, jak ci w naszych ŚDM-ach. Niemniej w czwartek wieczorem czekałem niecierpliwie na papieża w Auschwitz także ze względu na spodziewaną ciszę. I była. Przeszkadzały mi w niej nawet głosy komentatorów, choć byli to raczej po prostu informatorzy, pewnie trochę potrzebni.
Wśród ciszy papież. Gdy siedział sam zostawiony przez świtę, milcząc i bez ruchu, patrzyłem cały czas na jego twarz. O czym myślał? Oczywiście modlił się. Gdy wracał samolotem z Armenii, powiedział, że będzie się tutaj modlił, aby Bóg dał mu łaskę płaczu. A może i zrozumienia.
Auschwitz, miejsce teologicznie. A jedyne w swoim rodzaju. Gdzie był wtedy Bóg - pytanie tam nieubłagane. Można jednak odrzec, że przecież podobnych miejsc, wydarzeń było i jest jednak wiele oraz nie bardzo widać, żeby miało być mniej. Szatan to czy sam człowiek przezeń potwornie opętany? Teologowie chrześcijańscy od wieków pytają po łacinie: „unde malum”, skąd zło? Problem pogodzenia wiary we wszechmoc Boga z Jego wszechmiłością: jest specjalna taka dziedzina teologii, zwie się teodyceą.
Myślę, że na to pytanie oświęcimskie i nie tylko jest tylko jedna odpowiedź: ta, której udzielił ktoś pytającemu, gdzie był Bóg, gdy w Auschwitz konał na szubienicy młody chłopak. Bóg był właśnie tym chłopcem. Bóg stał się człowiekiem, czyli jest taki właśnie, jak Go przedstawiał Franciszek w środę na Jasnej Górze: absolutnie wyzbyty wielkości, władzy i bliski innym. Chrześcijaństwo jest religią krzyża.

07:11, jan.turnau
Link Komentarze (50) »
niedziela, 24 lipca 2016
Proście, a będzie wam dane - jednak. Prorok rzymski Franciszek z Argentyny

Księga Rodzaju 18,18-32
Psalm 138,1b-3, 6-8
List do Kolosan 2,12-14
Ewangelia Łukasza 1,1-13
Dzisiejsze teksty są o modlitwie. Abraham targuje się z Bogiem w obronie Sodomy i Gomory, miast symbolicznie rozpustnych, czyli modli się za nie w sposób handlarski (jak Żydzi... Bo tylko oni mają mentalność kupiecką, żadne inne narody, choć przecież też handlowały i handlują). W Ewangelii mamy modlitwę nad modlitwami, czyli Łukaszową wersję „Ojcze nasz”, ale też zapewnienia, że dostaniemy, co chcemy. A z tym w życiu są spore problemy. Abraham nie mógł mieć pretensji do Boga, bo w jego okolicy nie znalazła się widać owa dziesiątka, ale inni proszący nie mogą się powstrzymać przed żalem. Jedyna odpowiedź apologetyczna może być taka, że On lepiej wie, co dla nas dobre: „Ojcze, odwróć ode mnie ten kielich, ale Twoja, a nie moja niech się stanie wola”. Jest tak, jak w słowach dzisiejszego psalmu: „Pan za mnie wszystkiego dokona”. Albowiem właśnie wie wszystko lepiej albo nie ma Go wcale. A dał dowód, że nas kocha: „Darował nam wszystkie występki, skreślił zapis dłużny, przygniatający nas nakazami. To właśnie, co było naszym przeciwnikiem, usunął z drogi, przygwoździwszy do krzyża” (List do Kolosan).

No i wizyta Franciszka już w środę. Radość, nadzieja na jakąś kościelną zmianę.

Zawsze było o nim także w Polsce głośno, ale teraz to temat medialny słusznie obowiązkowy. Wydawnictwo WAM zadbało o bardzo piękny album pod tytułem „Franciszek: spotkania, modlitwy, gesty” (projekt i zdjęcia Grzegorza Gałązki), a tygodnik „Newsweek” poświęcił papieżowi numer specjalny. Należy mu się, szczególnie u nas, gdzie w głównym kościelnym nurcie nie jest bynajmniej na wszystkich językach. Po prostu tam nie za bardzo pasuje, jeżeli, to do złośliwej szeptanki.

Myślę, że nie pasuje przede wszystkim swoim antyklerykalizmem. Swoistym, rzecz jasna, w końcu sam jest kleru reprezentantem arcyprominentnym. Różne społeczności i instytucje na ogół uważają, że swego dobrego imienia należy za wszelką cenę bronić, tyle jest na nich przecież ataków, a z samokrytyką bardzo uważać. A Franciszek w ogóle mówi na luzie, nie sznuruje ust dyplomacją. Co prawda, jest jednak swojego imienia, tamten z Asyżu jego patronem, czyli musi być łagodnym barankiem. I bywa, ale dla kogo innego, dla tych, co są na samym dole społecznej hierarchii. Także w Kościele. Jeśli ktoś zaraz na początku powiedział, że chciałby Kościoła ubogiego i dla ubogich, to musi się trzymać za swoje słowa. Dlatego przypomina Franciszka z Asyżu, ale Marcina Lutra trochę również. Na szczęście już nie tamte czasy, jednak zmieniło się wiele.

Ale jest i druga przyczyna papieskiego języka niewyparzonego. Ten biskup Rzymu jest nie tylko jakby po prostu proboszczem. On jest także prorokiem. Jak tamci biblijni, jak Jezus, chłoszcze słowem wszystko zło tego świata. Tak, także świata pozakościelnego, oczywiście! Pogoń za pieniądzem, niepohamowany kapitalizm nazwał kiedyś „łajnem szatana”. Słowa „szatan” nie boi się, choć widzi go raczej w normalnych medycznie ludziach niż w takich, co tarzają się z pianą bluźnierczą na ustach.

A po trzecie pochodzi z Ameryki Łacińskiej, ojczyzny teologii wyzwolenia. Jan Paweł II pod wpływem kardynała Ratzingera kojarzył tę myśl za bardzo z marksizmem, choć przecież w wersji głębszej nieporównanie inspirował ją inny Żyd, z wieku jeszcze pierwszego, nie dziewiętnastego. Pomysłodawca Franciszków tylokrotny.

11:29, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 18 lipca 2016
Gościnność dobrze przemyślana. „Znak” o przyszłości religii

Wpis na niedzielę 17 lipca 2016

Księga Rodzaju 18,1-10a
Psalm 15, 1b-5
List do Kolosan 1,24-28
Ewangelia Łukasza 10,38-42
Podróżnych w dom przyjąć – uczy dobrze katechizm rzymskokatolicki. A Pismo dla nas chrześcijan najświętsze podaje przykłady. Najpierw Abrahama, któremu Pan ukazał się pod dębami Mamre. Patriarcha dostrzegł trzech ludzi zmierzających do niego i wyszedł do nich najgościnniej, po czym podobnie ich potraktował. Czy zdawał sobie sprawę, że odwiedził go sam Bóg w towarzystwie dwóch aniołów? Być może dochodził do tego wniosku stopniowo, w każdym razie już słowa powitania: „Panie, jeśli zechcesz być łaskaw dla mnie, racz nie omijać swego sługi” (Biblia Poznańska), świadczą o otwarciu dla nich najpokorniejszym. Ludy starożytne Bliskiego Wschodu były bezwzględne w swojej wojowniczości, niemniej miały zasady gościnności, można powiedzieć, staropolskiej. A my, a uchodźcy?
Łukasz opowiada o gościnności Marii i Marty. Ta druga zajęła się Jezusem od strony gastronomicznej, ta pierwsza słuchała Go jako Nauczyciela. Ta druga pewnie też chciała Go posłuchać, ale uważała, że podróżnego trzeba obowiązkowo nakarmić, napoić i ten obowiązek ciąży także na Marii, więc poprosiła Go o interwencję, na co odpowiedział jej słynnymi słowami o najlepszej (inni tłumaczą tylko „dobrej”) cząstce. Ewangelista ten, który nie znał zresztą rodziny betańskiej z autopsji, chciał tu tylko pouczyć czytelników o tym, co najważniejsze, Jan przedstawił Martę w o wiele lepszym świetle (J11). Niemniej Łukaszowy morał jest oczywiście cenny, zastawiony stół nie jest głównym kryterium gościnności.
Dzisiejszy psalm można też odnieść do tego tematu, gdy powiada, że „nigdy się nie zachwieje ten, kto swym językiem oszczerstw nie głosi" (na temat przybyszów). A Paweł? Nie będę oczywiście „ściemniał”, że to i owo odnosi się w tym fragmencie listu werbalnie do gościnności, niemniej zaznaczę, że Apostoł Narodów (albo któryś jego uczeń jako inny przypuszczalny autor listu) na obcych otworzył się najszerzej jak można. Na pogan, czyli „innowierców”, o których tu też mowa. Dołączam felieton napisany dla „MiŚ-a”.

Głośne myślenie
Przetrwa tylko religia dialogu
Jonasz
Czy religia ma przyszłość? Taki jest główny temat numeru lipcowo-sierpniowego „Znaku”, napisany na okładce jubileuszowego, bo w rocznicę 70. miesięcznika, potężnie zasłużonego dla otwierania naszej religii na nowe czasy: gratuluję, trzymajcie tak dalej?
Ale ta religia, każda religia ma przyszłość? Czy w ogóle ma sens takie pytanie? Nie przepadam za futurologią, wydaje mi się ona zawsze wróżeniem z fusów. W naszym życiu osobistym i w historii ogólnoludzkiej widać przecież bez przerwy, że nic nie wiadomo: niespodzianki są regułą. Oczywiście jest tak zwana Opatrzność, Ktoś, kto losem moim i świata rządzi, ale właśnie czy jest? Może Go nie ma, może otwieramy, reformujemy to, co i tak z czasem zginie? Może dzięki naszym reformatorskim wysiłkom, bo w naszym wykonaniu reforma oznacza „reductio ad nihilum”, otwieranie wpuszczaniem powietrza nie świeżego, ale po prostu trucizny?
Wracam do „Znaku”. Otóż myślę, że wykonał, co zamierzył, temat swego numeru jubileuszowego wyczerpał, czytelniczek i czytelników przy tym nie wyczerpując. Jest to odpowiedź na pytanie na okładce rozpisana na głosy wielorakie. Autorami są tacy ludzie, jak teolog muzułmański Tariq Ramadan, filozofowie katoliccy Charles Taylor i Karol Tarnowski, anateista (agnostyk) Richard Kearney, rabin Abraham Skórka, wychowany w islamie ateista, filozof i socjolog Tahar Ben Jelloun, publicystka katolicka Józefa Hennelowa. Ale też kilka mniej znanych postaci.
Co odpowiedzieli? Rabin Skórka: - „Zawsze znajdą się ludzie, którzy wokół transcendencji będą organizować i prowadzić swoje życie. Tak zawsze było i nie mam wątpliwości,że tak będzie również w przyszłości. Nie widzę powodów, dla których poczucie transcendencji miałoby zostać wykorzenione z naszej codzienności. Przeciwnie - bez niego wiele osób żyłoby w poczuciu ogromnego niepokoju i niepewności. Budzić się każdego dnia w przekonaniu, że nasze życie skończy się tak samo,jak żywot liściana drzewie, byłoby czymś naprawdę smutnym.” Mnie jednak z różnych tekstów wynikało, że religie przetrwają, jeśli się zmienią. Jeśli zrozumieją swoje elementarne przesłanie, że trzeba kochać Boga, ale i bliźniego, czyli absolutnie nie wolno go mordować ani w inny sposób zwalczać. Jeśli zaczną dialogować, jeśli wreszcie pojmą, że nie są właścicielami prawdy, muszą uczyć się nawzajem od siebie. Kiedy taki dialog na dobre się zacznie? Na pewno nieprędko. Jest nawet ponury szmonces, który można by chyba odnieść do naszej sprawy. Icek pyta: - Rebe, kiedy religie się otworzą? Rabin: - Na końcu świata. A Kościół katolicki w Polsce? Trzy dni później...
Nie będzie jednak tak źle. Pan Bóg nie po to dopuścił świat tak skłócony, żeby był taki, aż się w ogóle skończy. Bóg nie jest brakorobem – albo nie ma Go wcale. No to nie ma Go wcale? Czyli nie ma sensu, tego przez duże „S”? Można i tak, ale ja wraz z miliardami teistów jestem optymistą. Choćby tylko w owym fundamentalnym sensie.

17:51, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
Będziesz miłował bliźniego swego miłosiernie

Wpis na niedzielę 10 lipca 2016

Księga Powtórzonego Prawa 30,10-14
Psalm 69,14.17.30-31.33-34.36-37 albo Psalm 19,8-11
List do Kolosan 1,15-20
Ewangelia Łukasza 10,25-37.

W księdze starotestamentalnej mocny nakaz: „Będziesz słuchał głosu Pana Boga swego, przestrzegając Jego poleceń i postanowień zapisanych w księdze tego Prawa .(...)Polecenie to bowiem, które ja ci dziś daję, nie przekracza twych możliwości i nie jest poza twoim zasięgiem. (...) Słowo to bowiem jest bardzo blisko ciebie: w twych ustach i w twoim sercu, byś je mógł wypełnić”.
Z ewangelii Łukasza wybrano na dzisiaj przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Perykopa zaczyna się od częstego wobec Chrystusa pytania podchwytliwego. Uczony w prawie wystawia Jezusa na próbę: „Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”. On jednak zgodnie z metodą polemiczną swojego narodu odpowiada także pytaniem: o to, co jest napisane w Prawie. Uczony cytuje przykładnie przykazanie Boga i bliźniego, ale chcąc się usprawiedliwić (stworzyć problem, zresztą niewydumany, bo mieli go liczni jego rodacy), pyta dalej: „A kto jest moim bliźnim?” I Jezus odpowiada tekstem, mam nadzieję, bardzo znanym. Sprawdza jeszcze, czy rozmówca zrozumiał, a otrzymawszy słuszną odpowiedź, że bliźnim człowieka, który wpadł w ręce zbójców, okazał się ten, który okazał mu miłosierdzie, puentuje: „Idź, i ty czyń podobnie”. W pierwszym z polemicznych na dzisiaj psalmów mamy natomiast modlitwę: „Wysłuchaj mnie, Panie, bo miłość Twoja jest łaskawa, spojrzyj na mnie w ogromie Twego miłosierdzia”. Ale jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, oczekujmy miłosierdzia sami go nie skąpiąc.
Paweł (jeśli on sam jest autorem Listu do Kolosan, a nie któryś z jego uczniów) rozwija myśl, że „Chrystus Jezus jest obrazem Boga niewidzialnego”. A że to Jezus, który by nie okazać przemocy, dał się ukrzyżować, to znaczy, że Obrazowany jest miłosierdziem samym. Co trzeba wciąż ludziom tłumaczyć, bo są zaległości ogromne, także w polskim potocznym nauczaniu Kościoła.

I to mi przypomniało ważne publikacje, które spróbowałem omówić w felietonie przeznaczonym do „Magazynu Świątecznego” „GW”. Oto plik.
Głośne myślenie
Miłosierny paragraf trzechsetny
Jonasz
Są w moim polskim Kościele ludzie przytomni. W „Tygodniku Powszechnym” z 3 lipca najpierw Jarema Piekutowski, potem biskup Antoni Długosz kwestionują sensowność sześciu głównych prawd wiary, które wkłada się wciąż do głowy polskim dzieciom. Od dawna tak jak oni myślałem i napisałem w „GW” to samo niedawno, powołując się na męża uczonego trzeciego, jezuitę Dariusza Piórkowskiego. Nie można przedstawiać chrześcijaństwa nie wspominając o zmartwychwstaniu, tylko o duszy nieśmiertelnej, nie można również szkicować obrazu Boga jako sędziego sprawiedliwego, który za dobre wynagradza, a za złe karze. O Bożym miłosierdziu nie mówiąc ani słóweczka!
I teraz o kapitalnej publikacji w letnim numerze kwartalnika „Więź”. Otwiera ją mianowicie tekst teologa habilitowanego ks. Damiana Wąska pt. „Kościół miłosierny, czyli jaki?” A no taki, który daje wiarę papieżowi Franciszkowi, jego adhortacji „Amoris laetitia”. Otóż zdaniem autora przemilcza się w Polsce eklezjalne novum tego dokumentu. Chodzi oczywiście o przypis numer 336. Franciszek nawiązuje tam do swoich słów w paragrafie 300, że przypadki tak zwanych rozwodników są bardzo różne, duszpasterze powinni rozeznawać je odpowiedzialnie, stopień moralnej odpowiedzialności nie jest w nich ten sam, skutki prawne zatem również. I w owym przypisie papież dodaje: „Nawet gdy chodzi o dyscyplinę sakramentalną, ponieważ po rozeznaniu można uznać, że w danej sytuacji nie ma poważnej winy”.
Otóż trudno tych słów Franciszkowych nie zrozumieć jako furtki otwierającej niektórym rozwodnikom sakramentalną komunię. Tak je rozumieją interpretatorzy przeliczni, ale nie wszyscy. Inni albo odczytują je uparcie po swojemu, albo wolą milczeć. W Polsce zdarza się jedno i drugie, raczej chyba drugie. Adhortację wydało dzielnie polskie katolickie Wydawnictwo M, ale zaległa potem dyplomatyczna cisza. No bo jak krytykować kogoś, kto jest mimo wszystko Ojcem Świętym.
Natomiast ks. Wąsek broni papieża wielorako. Teologicznie – miłosierdzie Boże nie jest dodatkiem do sprawiedliwości ani jej pochodną. „Jest jedną z fundamentalnych prawd Objawienia i zasadą hermeneutyczną w odniesieniu do chrześcijańskiej hierarchii wartości”. Prawniczo – „Ludzkie prawa mogą być wyłącznie in pluribus, to znaczy obowiązujące w większości przypadków i ze względu na swój ogólny charakter nigdy nie będą w stanie rozwiązywać wszystkich indywidualnych przypadków, często bardzo złożonych”. To nie są słowa autora polskiego, ale niemieckiego: sławnego kardynała Waltera Kaspera. Dla niektórych jednak osławionego, Franciszkowego złego ducha. No cóż, Polska leży nad Wisłą i Wartą, nie nad Renem, Sekwaną – i nie nad Tybrem. Na szczęście zdarzają się w tej sytuacji geograficznej ludzie, którzy jej myślowe skutki odważnie przezwyciężają. Chwała im za to i cześć.

17:47, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
niedziela, 03 lipca 2016
Pokój jak rzeka. I radość

Księga Izajasza 66,10.12-14c
Psalm 66,1b-3a.4-7a.16.20
List do Galatów 6,14-18
Ewangelia Łukasza 10, 1-12.17-20.
Odnotowuję miejsca, skąd wzięto te teksty, z równą dokładnością, jak są oznaczone w biblistycznych źródłach: dla porządku, choć to miłym Czytelniczkom i Czytelnikom nie jest na ogół potrzebne. A tytuł wpisu wziąłem z tekstu Izajasza, bo księga błyszczy poetyckim pięknem (twierdzę, że była czwórca, nie trójca pisarzy największych, do Homera, Dantego i Szekspira dołączam tamtego biblijnego). „Pokój jak rzeka i chwała narodów jak strumień wezbrany”. Napisałem „księga”, nie prorok, bo to dzieło trzech autorów piszących swoje teksty w ciągu paru wieków (od VIII do V przed Chrystusem). Tekst jest radosny: wezwanie do weselenia się wraz z Jerozolimą, do której wracają wygnańcy z babilońskiej niewoli.
Optymizm mamy również w psalmie: „Z radością sławcie Boga, wszystkie ziemie”, ponieważ swoją potęgą nas uszczęśliwia.
Czy również pociesza nas Łukasz? Tak. Opowiada o wysłaniu jeszcze (poza Dwunastoma) siedemdziesięciu dwóch uczniów. Jezus zapowiada, że pójdą jak owce między wilki, ale wracają szczęśliwi, bo nawet złe duchy im się poddają. Studzi może ich entuzjazm powiedzeniem, że widział Szatana, który spadł z nieba jak błyskawica, ale raczej to wtrącenie bez takiego związku z kontekstem. W każdym razie mnie skojarzyło się z Państwem Islamskim, diabelstwem nieoczekiwanym, a przeraźliwym. No i Jezus każe im się cieszyć nie ową wiedzą nad demonami, ale tym, że ich imiona zapisane są w niebie. To oczywiście ważniejsze.
List do Galatów ciągnie swoją rewolucję religijną: „obrzezanie nic nie znaczy ani nieobrzezanie, tylko nowe stworzenie. Na wszystkich tych, którzy się tej zasady trzymać będą, i na Izraela Bożego niech zstąpi pokój i miłosierdzie.” Czyli otwarcie na pogan oczywiście, ale też zaznaczenie Pawłowego szacunku dla Narodu Wybranego (chociaż powinien rozumieć, że nie tylko dla niego zbawienie).
Chrześcijan nie może nie być optymistą: pesymizm, ponuractwo jest sprzeczne z Ewangelią, czyli Dobrą Nowiną, nie złą. Co nie znaczy, że jest wyjęty z doli człowieczej, która staje się pełnym szczęściem dopiero w niebie. Na ziemi – jak napisał muzycznie wielki teolog, jezuita Karl Rahner – każda symfonia jest niedokończona. Musimy starać się zawsze o uśmiech, ale bywa on nieraz przez łzy, które grzechem bynajmniej nie są.

22:55, jan.turnau
Link Komentarze (60) »
Archiwum