Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
środa, 31 lipca 2013
Mojżesz nierogaty. Cena mistycznego dialogu. Franciszek I Delikatny

Księga Wyjścia 34,29-35
Wczoraj w tekstach biblijnych była tylko wiadomość, że rozmawiał z Bogiem jak z przyjacielem, dziś czytamy więcej o tym dialogu.Najpierw coś zabawnego: w tekście dzisiejszym mamy informację, że twarz Mojżesza po takiej rozmowie promieniała; tak bardzo, że „Aaron i synowie Izraela bali się zbliżyć do niego”, musiał zatem do owych rozmów z ludzkim rodzajem zasłaniać sobie oblicze. Promieniowanie to było poniekąd naturalne - wiadomo przecież, że na twarzy człowieka znać na ogół jego przeżycia. W przypadku Mojżesza powstał jednak problem językowy, Biblia Poznańska tłumaczy go tak oto: „Tekst hebrajski wyraża owo rozjaśnienie oblicza przez czasownik qaran (który dosłownie oznacza: dąć w róg) spokrewniony z rzeczownikiem qeren = róg. Róg jest synonimem światła i mocy”. Dopowiem po swojemu, że owa równoznaczność rogu i promienia spowodowała, iż w Wulgacie mamy twarz Mojżeszową rogatą, co więcej, tak go przedstawiali artyści z Michałem Aniołem na czele. A że Wulgata to na ogół Wujek (ten pierwotny, niepoprawiony), zatem gdy mój proboszcz w podwarszawskiej Miłośnie kościół ozdabiał, Mojżesza rogatego parafianom zaserwował, na moją złośliwość się naraziwszy, że owemu prorokowi rogi przyprawił.Teraz jednak poważnie: niewiele wiem o tym, jak wyglądali wielcy mistycy po swoich wizjach, chyba też jednak nie manifestowali swoich przeżyć, raczej je ukrywali, bo byli świadomi, że to zdarzenia dla zwykłych śmiertelników nazbyt niezwykłe. Nie wszyscy ukrywali je, bo jak Faustyna wiedzieli, że nie znajdą zrozumienia, byli jednak świadomi, iż wybraństwo owo swoistą samotność oznacza. Że jest ono ceną dialogu ponadziemskiego.Aktualności papieskie: terminy kanonizacji Jana Pawła II to jeszcze temat dość odległy, tymczasem mamy wypowiedzi Franciszka na tematy doktrynalne. W sprawie gejów papież powiedział to, co jest w jego książkowym dialogu z rabinem Skórką pt. „W niebie i na ziemi”, w Polsce wydanym przez Znak. Zaznaczył stanowisko wobec gejów niezmiernie delikatnie, czyniąc krok naprzód po sformułowaniach „Katechizmu Kościoła Katolickiego”. Powiedział bowiem teraz: „Jeśli ktoś jest homoseksualistą, poszukuje Pana Boga, ma dobrą wolę, kimże ja jestem, aby ją osądzać”. Taki już jest ten papież: akcentuje to, co wspólne etyce katolickiej i laickiej, a nie różnice. To nie tylko wrodzona łagodność, to strategia dialogu, który z istoty swojej polega na zaznaczaniu tego, co łączy. Tak jest w dialogu ekumenicznym, tak i tutaj.

17:23, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
wtorek, 30 lipca 2013
Mojżesz był mistykiem

Księga Wyjścia 33,11
„Pan rozmawiał z Mojżeszem twarzą w twarz, jak się rozmawia z przyjacielem.”

A przecież panowało przekonanie, że kto zobaczy Boga, musi umrzeć. Można chyba powiedzieć po dzisiejszemu, że Mojżesz był mistykiem. Nie tylko przywódcą, nie tylko prawodawcą, nie tylko prorokiem w sensie biblijnym tego słowa – by dobrze spełniać owe role, musiał mieć bardzo głębokie i intensywne życie duchowe. Biblia opisuje wydarzenia językiem sobie właściwym, nie traktujemy ich jako z zasady faktów historycznych, ale dokonując pewnej „demitologizacji” nie kwestionujemy tego, że był ktoś taki i że był geniuszem religijnym. Co więcej, człowiekiem niezwykłej dobroci, wrażliwości i bardzo nieszczęśliwym, ponieważ stale rozdartym między nieznośnym ludem, a Bogiem „zazdrosnym” i gniewnym.

13:07, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 29 lipca 2013
Marta nie mniej warta, niemal jak Piotr Opoka. Nowa książka o sprawie Dreyfusa

Ewangelia Jana 11,19-27
Dziś dzień św. Marty. Napisałem w poprzednią niedzielę błędnie, że przypada 30 bm. A myślałem już wtedy o owym dniu „martyjnym”, bo przeznaczono katolikom do czytania wówczas Łukaszową opowieść o Marii, która wybrała lepsze niż siostra zajęcie, gdy przyszedł raz do nich Jezus. Dziś dla koniecznej równowagi polecona jest inna relacja ewangelijna, z innym obrazem Marty, o wiele bardziej pochlebnym.
Oczywiście można owe różnice w obrazie dzisiejszej patronki minimalizować. Bo przecież w opowieści Łukasza Jezus Marty bynajmniej nie potępił, ani Mu się śniło. Nawet Łukasz pisze o niej, że ”gościnnie przyjęła Go do swego domu” (10, 38). Czuła się jego panią zapewne jako starsza siostra („Marta” to w ogóle po aramejsku „pani domu, gospodyni”, ). Chciała Go ugościć może tak po staropolsku albo po „kresowemu”: żeby ilość i jakość jadła była najwspanialsza. Ponieważ gość był nie byle jaki.
Przejdźmy tu od razu do perykopy dzisiejszej: mamy przecież w Ewangelii Jana w słowach samej Marty przekonanie, że Jezus jest kimś zupełnie niebywałym (11,27). Co prawda, ks. Michał Czajkowski potwierdził moje przypuszczenie, że wiara Marty, iż jest On „Mesjaszem, Synem Bożym, który miał przyjść na świat”, nie oznaczała jeszcze chrześcijańskiej wiary trynitarnej: owszem, już nawet w przedchrześcijańskiej idei Mesjasza było określenie Go wręcz jako Syna Bożego, ale przecież nie jako „współistotnego Ojcu”. Wszystko to prawda, niemniej dla rodzeństwa z Betanii Jezus był jednak Mistrzem, rabbim całkiem szczególnym. Otóż takiego kogoś należało podjąć po królewsku. Marta „uwija się wokół rozmaitych posług”, a Maria może nawet nie dała Mu wtedy zwyczajowej wody do obmycia nóg (choć w Ewangelii Jana 11,2 chyba innym razem namaszcza Go mirrą i własnymi włosami wyciera Jego stopy). Nic dziwnego, że gospodyni denerwuje się. Zatem Jezus po prostu Marię jakoś usprawiedliwia i tyle. Choć tu już przesadziłem: przecież nie jest usprawiedliwienie zdawkowe. Wypowiedziane przez Mistrza i zawierające myśl fundamentalną, że najważniejsze są sprawy duchowe. Zapewne zresztą to było sensem owej sceny, nie charakterystyka dwóch sióstr, może nawet samo wydarzenie jest historycznie niepewne, w końcu żadna z ewangelii nie jest biografią, każda jest teologią opartą jakoś (jak bardzo?) o historię.
W każdym razie ewangelia Janowa, świadka tamtych wydarzeń, obraz Marty dopełnia, jeśli nie wręcz poprawia świadomie, znając wcześniejszy przekaz Łukaszowy. Jeden szczegół ważny, choć dający się interpretować rozmaicie: werset 11,20, czyli informacja, że gdy „Marta dowiedziała się, iż Jezus nadchodzi, wyszła mu na spotkanie, Maria zaś siedziała w domu”. Może było tak, że Maria nie pobiegła za nią, bo siostra zazdrośnie zatrzymała tę wiadomość dla siebie (jeśli trochę rywalizowały ze sobą, obie zakochane w Mistrzu), albo raczej po prostu zapomniała ją w pośpiechu przekazać: potem przecież to zrobiła. Mamy werset 28: „przywołała ukradkiem swoją siostrę, mówiąc, Nauczyciel jest tu i woła cię”. Co by jednak było, gdyby nie zawołał? No i drobiazg: dlaczego „ukradkiem”? Może chciała porozmawiać sama, nie z większym towarzystwem? W każdym razie wtedy „Maria wstała szybko i udała się do Niego”.
Dobrze, że mamy dzisiaj perykopę Janową, bo wydaje mi się, że jej obraz jako kury domowej ciąży nieznośnie na potocznym wizerunku, jakby był to jedyny przekaz biblijny na jej temat. Widać był w duszpasterstwie codziennym akcentowany mocniej niż to Janowe jej awansowanie, jej obraz, w którym niemal dorównuje Piotrowi. Może przekaz Łukaszowy wydawał się duszpasterzom ważniejszy, bo zawierał podstawową wskazówkę ascetyczną, nie wiem.
PS. Jan dowartościowuje Martę także w ten sposób, że gdy pisze, kogo Jezus miłuje, ją wymienia przed Marią i Łazarzem! Jednak mamy w Biblii wyraźnie dwa jej różne obrazy. Teraz moja lektura weekendowa. Przeczytałem w maszynopisie książkę mojego przyjaciela, nieżyjącego już Michała Horoszewicza, na temat sprawy niebywałej. Na przełomie XIX i XX wieku wstrząsała potężnie całą Francją afera Alfreda Dreyfusa. Znany z bardzo wnikliwych publikacji na tematy katolicko-żydowskie autor książki analizuje równie zwięźle, jak erudycyjnie jej przyczynę, przebieg oraz skutki w świadomości społecznej. Jest również wątek polski, jest potraktowany obszernie i bardzo obiektywnie wątek kościelny, stosunek do tej niewątpliwie żydowskiej sprawy duchowieństwa francuskiego i papiestwa.
15 października 1894 r. 35-letni kapitan artylerii z rodziny żydowskich przemysłowców alzackich zostaje aresztowany jako domniemany autor wykazu poufnych dokumentów wojskowych, 20 grudnia tegoż roku skazany na dożywotnią deportację na Wyspę Czarcią u brzegów Gujany. Nie korzysta z propozycji honorowego samobójstwa, proklamuje swoją niewinność i wiarę we Francję. Na noc zakuwany w lekkie kajdanki żyje tam pięć lat, choć liczono na jego śmierć z powodu fatalnego klimatu (karę śmierci zniesiono pół wieku wcześniej, choć za przewinienia wojskowe rozstrzeliwano). Uniewinniony zostaje w roku 1899: okazuje się, że oskarżenie oparte było na fałszerstwie, bo przestępstwa dopuścił się oficer pochodzenia węgierskiego, słabo związany uczuciowo z Francją arystokrata major Esterhazy.
Horoszewicz stawia ciekawą tezę, że choć pochodzenie Dreyfusa ułatwiło koncentrację na nim podejrzeń, to jednak antysemityzm nie wykreował sprawy, choć dzięki niej odżył i zintensyfikował się, nigdy nie wygasły we francuskim społeczeństwie.
Znany z ostrożności w ferowaniu pochopnych ocen autor (broniący np. Piusa XII przed zarzutem zupełnej bezczynności w obronie Żydów) i tu nie ulega pokusie łatwych uogólnień. W sprawie dla mnie szczególnie ciekawej wysuwa przypuszczenie, że „bardziej aktywny i uzewnętrzniany antysemityzm był postawą znikomego odsetka ówczesnego duchowieństwa francuskiego”; antysemityzm wyciszony był rozleglejszy, ale jego rozmiarów nie da się określić. Zadziwiająco sympatycznie, chwalebnie zachował się Watykan, szczególnie sam papież Leon XIII, który niedolę Dreyfusa przyrównał aluzyjnie do męczeństwa Chrystusa. Zarazem kojarzona z Żydami masoneria nie była bynajmniej od razu obrończynią skazanego: dopiero zbieżnie z ułaskawieniem Dreyfusa najczcigodniejsza obiediencja wolnomularska, Wielki Wschód Francji, wyzbywa się lóż antysemickich. Co nie znaczy, że francuski Kościół katolicki stał po stronie Dreyfusa: ważny dziennik „La Croix” zionął nienawiścią do Żydów. Ukonstytuowały się stereotypy antydreyfusizmu: Żyd, zatem Judasz zdrajca, spisek żydowski... Jednak nawet i rozległość antysemityzmu w armii jest sprawą nie całkiem oczywistą. Oficerowie pochodzenia żydowskiego, choćby nosili to haniebne nazwisko, nie byli bynajmniej dyskryminowani. A przecież Francja została przedzielona na pół na długie lata. Wybuchła swoista wojna domowa. Skutki „Sprawy” (tak nazywaną tą olbrzymią aferę) sięgnęły głęboko. Historyk Kościoła Pierre Pierrard napisał, że wyznaniowy wymiar sprawy to „dramat religijny prowadzący do obecnej dechrystianizacji Francji: do alergii na orędzie ewangeliczne, do utraty zasadniczych sił duchowych”. Wówczas bowiem katolicy „swą religię miłości oddali w służbę Głupoty i Nienawiści”. Niestety stwierdzenie to budzi skojarzenia czysto polskie.
Nie wątpię, że książka znajdzie troskliwego wydawcę.

16:02, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
niedziela, 28 lipca 2013
Polityka nie etyka

Ewangelia Łukasza 11,2-4
Ta ewangelia ma krótszą wersję „błogosławieństw”, także najważniejszej modlitwy chrześcijańskiej. Przetłumaczyliśmy tak: 
„Ojcze,
niech święte [w nas] będzie imię Twoje,
niech przyjdzie Królestwo Twoje.
Chleb nasz powszedni podawaj nam każdego dnia.
I odpuść nam grzechy nasze,
jako i my odpuszczamy każdemu winowajcy naszemu.
I obyś nie wystawiał nas na próbę.”
Skąd te różnice? Poznanianka podaje różne hipotezy. „Jedni przyjmują dwie różne tradycje: galilejską, czyli katechezę lub liturgię judeochrześcijańską, którą przekazał Mateusz, i tradycję antiocheńską, katechezę lub liturgię przeznaczoną dla nawróconych z pogaństwa, za którą poszedł Łukasz. Możliwe też, że każdy z ewangelistów opracował na swój sposób pierwotny tekst modlitwy. Który z nich jednak jest bliższy tego tekstu, trudno powiedzieć”.
Jedno jest pewne, że grzechy (u Mateusza winy) należy darować. Także winy całych narodów, nie upierając się przy takim czy innym ich historycznym obrazie. Ale polityka nie etyka, niestety.

19:53, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
sobota, 27 lipca 2013
Kto jest kąkolem?

Ewangelia Mateusza 13,28-30
Dziś czytamy o kąkolu, dokładniej o chwaście w ogólności. O tym, żeby go nie wyrywać, albowiem wyrwać można razem z nim pszenicę: należy poczekać do żniwa. Poczekać z ostatecznym osądzaniem ludzi, aż Bóg sam się tym zajmie, bo tylko On wie najlepiej, co nam naprawdę w duszy naszej gra. Oto podstawa religijna postawy tolerancji. Niestety nie lubimy czekać, rwiemy się do sądzenia. Oczywiście nie tylko bliźnich: siebie też oceniamy, na ogół na piątkę.

14:45, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 26 lipca 2013
Dekalog komentowany. Anna, babcia Jego

Księga Wyjścia 19,17; 20,1-17

Pierwsza wersja Dekalogu, druga jest w Księdze Powtórzonego Prawa 5,6-18. W przypisach do Biblii Poznańskiej sporo wiedzy na temat tego kodeksu etycznego, zacytuję, co napisano o zakazie pożądania: „Nie tyle chodzi o samo pragnienie, aby coś posiąść, ile raczej o zdobywanie czegoś przemocą. Prawodawca ma tu na uwadze przede wszystkim porządek życia społecznego. Dopiero Chrystus pogłębił rozumienie tego przykazania, przesuwając punkt ciężkości na dziedzinę wewnętrznych pragnień serca, decydujących o zewnętrznym działaniu jednostki (por. Mt 5,8).” Ważne jest słowo „decydujących”, bo przecież nasza kontrola nad uczuciami jest ograniczona obiektywnie, jak i nad myślami. Co nie znaczy, że jest w ogóle niemożliwa: można rozkoszować się jednymi i drugimi, co prowadzi do działania, co ryzykuje kiepski skutek.
Tyle myśli moralistycznej, teraz jeszcze trochę informacji egzegetycznych. W Księdze Powtórzonego Prawa żona jest wymieniona osobno, przed całym domem. Biblia Poznańska w przypisie do drugiej wersji Dekalogu powiada tak: „Dlaczego? Jaka była pierwotna kolejność? Większość komentatorów sądzi, że Księga Wyjścia zawiera starszą, a więc pierwotną kolejność. Czy zatem wolno twierdzić, że autor Pwt okazuje wyższy szacunek dla kobiety dając jej pierwszeństwo przed domem? W świetle starowschodnich stosunków nie można wysunąć takiego wniosku, żona bowiem uchodziła za własność męża, należała do niego podobnie jak niewolnicy czy budynki gospodarcze. Raczej więc należy przyjąć, że autor Pwt jedynie zaznaczył różnicę między pożądaniem seksualnym a zwykłym pożądaniem materialnym, chciwością. W ten sposób, trochę przypadkowy, z jednego zakazu grzesznego pożądania powstały dwa.”
I dwa są w dawnym katechizmowym Dekalogu katolickim, pomija się tam natomiast w ogóle zakaz obrazów. Nie wiem, czego teraz uczy się młodzież, mam nadzieję, że nie ukrywa się, iż Dekalog biblijny zawiera takie przykazanie. „Katechizm Kościoła Katolickiego” oczywiście je przytacza, choć jako część przykazania pierwszego, tłumacząc, że ani nie było rygorystycznie przestrzegane w czasach biblijnych (wąż miedziany), ani nie ma sensu zabraniać czci ikon dzisiaj (rzeźb również), byle by była to w istocie cześć dla osoby, którą obraz przedstawia, nie dla niego samego. Luteranie nie są tu tak przeciwobrazowi, jak reszta ewangelików, Luter uznał tę sprawę bardzo mądrze za nie najważniejszą. Niechaj będzie jakowyś pluralizm.
Dziś dzień świętej Anny, wedle tradycji matki Jego matki.
Ewangelie kanonicznie na jej temat milczą, mówi o niej dopiero Protoewangelia Jakuba z drugiej połowy II wieku. Poświęca jej trochę miejsca, dając imię tak częste w chrześcijaństwie. Powtarza motyw cudownego poczęcia: Joachim i Anna nie mają dzieci, boleją nad tym strasznie, bo to wstyd, modlitwy ich jednak zostają wysłuchane, jest nawet w apokryfie sugestia, że to było poczęcie dziewicze. By spełnić daną Bogu obietnicę, oddają trzyletnią Marię do Świątyni. Żyje tam „jak gołąbka”, karmi ją anioł. Gdy jednak ukończyła lat 12, kapłani wyznaczają jej męża – Józefa, choć - jak twierdzą apokryfy późniejsze - ślubowała celibat. Decydują kapłani, nie rodzice: ich rola jest skończona, apokryf przestaje się nimi zajmować. Jego wartość historyczna jest zresztą zgoła wątpliwa, wiemy więc tylko tyle, że musiał mieć jakichś dziadków.
Pewne dziecko dzisiejsze napisało, że babcia jest lepsza nawet niż komputer. Bo to przecież wspaniała instytucja rodzinna. Czy miał babcię w tym sensie? Rodziny były wówczas oczywiście wielopokoleniowe, miał zatem pewnie kogoś takiego wśród najbliższych. Czy była to jednak babka „mateczna”, jeśli żona wchodziła z zasady do domu męża? Piotrowi uzdrowił teściową w jego domu, jeśli mieszkała tam na stałe, to może były od tamtej zasady wyjątki. Przyjmijmy zatem, że nasze babcie mają patronkę szczególną i że jest dzisiaj jej szczególny dzień. Życzenia najlepsze!
jan.turnau@agora.pl

Wpis na czwartek 25 lipca 2013
Jakub coraz większy. Ksiądz Lemański i kuria. Franciszek się kulom nie kłania
Ewangelia Mateusza 20, 20-28
Dziś świętujemy apostoła Jakuba, syn Zabedeusza. Nazywa się go „Większym”, by go odróżnić od „Mniejszego”, którym to przymiotnikiem określa się Jakuba, syna Alfeusza (nie wiadomo zresztą, czy słusznie, bo to zakłada dyskusyjnie, że to ta sama osoba, co „Jakub Mniejszy”, wzmiankowany w Ewangelii Marka 15,40). Jeśli mierzyć wielkość człowieka bliskością z Jezusem, to może był faktycznie większy niż syn Alfeusza: wraz ze swoim bratem Janem i Szymonem Piotrem należał do trzech apostołów, którzy byli z Chrystusem w takich chwilach szczególnych, jak wskrzeszenie córki Jaira, przemienienie; byli też z Nim cieleśnie w ogrodzie Getsemani, choć raczej nie duchowo, bo wtedy drzemali.
Ewangeliści nie budują apostołom pomników: czytamy dzisiaj, jak to matka Jakuba i Jana prosiła Jezusa, by załatwił im najlepsze miejsca w Jego królestwie, ( według Marka 10,35-40 występują o ten awans sami). Trudno się dziwić, że pozostała dziesiątka była tym oburzona. Ciekawe tylko, czy zgorszył ich również pomysł tychże braci, by spalić piorunem miasteczko samarytańskie, które nie przyjęło Jezusa, bo zmierzał do paskudnego Jeruzalem (Łk 9,53-55). Myśl o Mesjaszu Bożym Baranku całej dwunastce musiała być obca, póki nie zmartwychwstał.
Z czasem jednak ten Jakub zrobił się jeszcze większy, wraz z Janem, Piotrem, z innymi apostołami. Stał się pierwszym męczennikiem wśród nich, grób ma legendarny w hiszpańskiej Galicji, gdzie właśnie poległo tak wielu pielgrzymów, męczenników kolejowej prędkości. Aktualia: ksiądz Lemański stale na tapecie. Pomyślałem sobie, że kuriozalna kurialna zaczepka po ugodzie była cenna, bo wystawiła temu urzędowi właściwe świadectwo. Kto patrzy na obie strony bezstronnie, zobaczył, jacy to ludzie. Polecam rozmowę z księdzem Wojciechem, zrobioną przez Marka Zająca w najświeższym „Tygodniku Powszechnym”. Jest tam też między innymi migawka o żyjącym, jak każe Franciszek, kardynale Świątku; widziałem kiedyś film o nim, domeczek, w którym mieszkał.
Gdy zaś jesteśmy przy obecnym papieżu, to, że nie chce się chować za kuloodporną szybą, uważam za etyczną normalność. JP II po zamachu dał się złamać, B XVI w ogóle nie lubił gestów, ich następca jest nieugięty. Co mnie zupełnie nie dziwi: w końcu Jezus też nie skorzystał z możliwości obrony przed zabójcami. Następca Piotra musi Go naśladować, nie ma rady.

13:46, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
środa, 24 lipca 2013
Co Ci przypomina...

Księga Wyjścia 16,2-3
„I poczęło szemrać na pustyni całe zgromadzenie synów Izraela przeciw Mojżeszowi i przeciw Aaronowi. Synowie Izraela mówili im: - Obyśmy pomarli z ręki Pana w ziemi egipskiej, gdzieśmy zasiadali przed garnkami mięsa i jadali chleb do sytości! Wyprowadziliście nas na tę pustynię, aby głodem umorzyć całą rzeszę.”

No właśnie, lepiej było w Egipcie i lepiej było za „komuny”: nigdy nie byliśmy tak głodni i obdarci, nigdy Kościół nie był tak prześladowany... Chwalstwo czasu minionego jest rzeczą przeraźliwie ludzką.

12:41, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 23 lipca 2013
Prawo duże i małe?

List do Galatów 2,19
„Ja dla Prawa umarłem przez Prawo, aby żyć dla Boga.”
Strasznie ostry tutaj ten były faryzeusz: ks. Michał Czajkowski twierdzi, że w późniejszych tekstach łagodnieje. Z wiekiem człowiek rozwija się myślowo, mija mu młodzieńcza wojowniczość, więc w Liście do Rzymian Paweł potrafi nawet powiedzieć: „Czyż więc Prawo niweczymy przez wiarę? Przenigdy! Przeciwnie: Prawo utwierdzamy” (EPP). „Wiara ma być okazywana w czynach, Prawo jest więc potrzebne” – tłumaczy Czajkowski. Albowiem jest Prawo i Prawo: zasada koszerności i Dekalog. Rabin Schudrich powiedział mi kiedyś w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że wszystkie przepisy Prawa są równie ważne, nie uważa jednak chyba, że zjeść plasterek szynki to to samo, co zabić człowieka. Niemniej gwałtowną obroną uboju rytualnego środowiska żydowskie wystawiają sobie świadectwo hołdowania rytualizmowi niepojętemu dla innych Europejczyków. Niestety troska o dobry PR w świeckim świecie nie jest częstą cechą rabinów, tak jak i biskupów zresztą.

12:08, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 22 lipca 2013
„Jak śmierć potężna jest miłość”, czyli Maria z Magdali. O miłości rodzinnej. O napletku oraz pośladkach

Pieśń nad pieśniami 8,6
Ewangelia Jana 20,1.11-18

Dziś świętujemy postać szczególną: Marię z Magdali, zwaną również w ewangeliach i zawsze później Magdaleną. Szczególną także dlatego, że nie ma chyba wśród chrześcijańskich świętych nikogo innego, kto obrósłby tak brzydką legendą całkiem niezasłużenie. Wciąż nie mogę nadziwić się lustracji moralnej, jaka spotkała tę wielką bohaterkę Biblii. Na chrześcijańskim Zachodzie nie został jeszcze wykorzeniony jej wizerunek jako „jawnogrzesznicy”, czyli kobiety lekkich obyczajów, jeśli nie wręcz prostytutki. Dzięki skądinąd znakomitemu papieżowi Grzegorzowi I Wielkiemu utożsamia się wciąż tę Marię ze „ze znaną w mieście grzesznicą”, która namaściła stopy Jezusa (Łk 7,36-50). Wynika niewątpliwie z ewangelii, że tamta miała kłopoty moralne z seksem, o Magdalenie jednak nic takiego nie można wyczytać; to, że Jezus uwolnił ją od siedmiu demonów (liczba zresztą symboliczna), nie musi wcale podobnej przypadłości oznaczać. Chyba że się zakłada, iż każde związki kobiety z diabłem są seksualnej natury, czyli przejawia się normalny starokościelny antyfeminizm. W owej hipotezie biblistycznej jednak jest jeszcze teza pomocnicza w postaci dodatkowego utożsamienia: Marii z Magdali z Marią z Betanii, siostrą Łazarza i Marty. O niej, co prawda, też nigdzie nie czytamy, że grzeszyła w ów cielesny sposób, twórcą czarnej legendy wystarczyła jednak wzmianka w ewangelii Jana (11, 2), że ona również namaściła Jezusowi stopy. Cóż, że Betania w Judei nie Magdala w Galilei – to całkiem nie ważne.

Inaczej o Magdalenie myślał zawsze chrześcijański Wschód, tak zresztą, jak i Zachód przez parę pierwszych wieków. Uważano ją za nową Ewę (podobnie jak Marię z Nazaretu), a św. Augustyn nazwał ją apostołką apostołów (tytuł przyjęty oficjalnie na Wschodzie). Pojawia się często w apokryfach: przedstawiana jest tam jako aktywna rozmówczyni Jezusa, zadająca Mu pytania, także jako rywalka apostoła Piotra. Bo też zgodnie z tekstami biblijnymi można windować ją bardzo wysoko. Wymieniana jest na czele kobiet towarzyszących Jezusowi w czasie Jego wędrówek misyjnych (Łk 8,2-3), jest także na pierwszym miejscu wśród niektórych z tamtych „niewiast” będących świadkami Jego śmierci i pustego grobu, a w ewangeliach Marka i Jana On jej pierwszej się ukazuje.

Ta sławna chrystofania, temat dzisiejszej perykopy ewangelijnej, pokazuje jej szczególny do Niego stosunek. Daje ów tekst asumpt do erotycznych hipotez, pewne wydaje się tylko jedno, że była w Nim swoiście zakochana, może trochę tak, jak wiele dzisiejszych dziewczyn w swoich duszpasterzach. Nic zatem dziwnego, że przeznaczono też na dzisiaj (alternatywnie z tekstem 2 Listu do Koryntian 5,14-17) urywek Pieśni nad pieśniami, gdzie mamy słynne zdanie ”jak śmierć potężna jest miłość”. Tamta księga była być może zbiorem zwykłych pieśni weselnych, czyli chodziło w niej o miłość erotyczną, ale już starożytni czytelnicy żydowscy traktowali ją jako poetycki opis miłości wzajemnej Boga i człowieka: należy do tzw. Ksiąg Pięciu Melilot (zwojów), czytanych podczas kolejnych świąt. Miłość erotyczna jest tu jak i w wielu miejscach Biblii metaforą tej największej z duchowych. A musiała być u Magdaleny ogromna, jak potężny był ów stan psychiczny, z którego ją Jezus wyzwolił.

Lektura pozabiblijna. Podstawowym miejscem miłości, erotycznej, ale i tej bardziej duchowej, jest rodzina. Raczej być powinna: „Bo rodzina, bądźcie pewni, także ludzie chociaż krewni” – przekonywał ironicznie Fredro w „Panu Jowialskim”. Ideał świętej rodziny zawsze był tylko ideałem – rzeczywistość kroiła się nieraz przaśnie, choć skrywano to w różny sposób. Dzisiaj cieszą małżeństwa partnerskie w tym sensie, że ojciec nie jest wielkim nieobecnym, ale, rzecz jasna, zmartwień od cholery i trochę. Pomagają prawie wszyscy, na różne sposoby. Podjęła się tej roli również „Polityka”, wydając na temat rodziny swój kolejny „Poradnik Psychologiczny”. Przejrzawszy seksownie ilustrowaną broszurę, notuję spostrzeżenie, że zamiast myśli wynikłych ze zwykłej mądrości życiowej, którą podziwiam w publikacjach profesor Marii Braun-Gałkowskiej, dużo tu tez opartych na badaniach psycho- i socjologicznych, choć nie są to oczywiście źródła po prostu konkurencyjne. Zauważyłem to zaraz we wstępie Aleksandry Cisłak, gdzie mamy potwierdzenie tezy znanej od tysiącleci, że egocentryzm jest źródłem wszelkiego zła. Autorka powiada: : ”Jesteśmy naiwnymi realistami, którzy wierzą, że ich własny punkt widzenia tożsamy jest z rzeczywistością, a wydawane sądy – obiektywne. Nie bierzemy przy tym pod uwagę, że widzimy otaczający świat zawsze z jakiejś perspektywy, interpretujemy fakty, a nie tylko rejestrujemy. (...) Wyniki współczesnych badań sugerują, że własna egocentryczna perspektywa jest dla każdego z nas naturalnym punktem wyjścia do rozważań i skłonność ta nie przechodzi z wiekiem, jak wcześniej sądzono. Badania Nicholasa Empleya i jego współpracowników pokazały, że tak u dzieci, jak i u dorosłych egocentryczna perspektywa jest tą pierwotną, dorośli tylko szybciej ją modyfikują. Wszyscy jednak musimy włożyć wysiłek w tę korektę i dostosowanie się do perspektywy innych. Co nie zawsze się udaje.” W rezultacie cudze stanowisko wydaje nam się zawsze tendencyjne, swoje nigdy. Przykład z badań: większość Polaków odpowiedziała, że „gdyby w ich osiedlu zabrakło wody i trzeba by ją brać z cystern, braliby mniej, aby starczyło dla innych”. Te same osoby zapytane o to, co zrobiliby inni, w prawie połowie przypadków odpowiedziały, że braliby dla siebie więcej, by mieć na zapas.”

Może jednak ciekawsze są sprawy szczegółowe. Jak to jest na przykład z jedynakami? Fama tramwajowa głosi, że są one bardziej samolubne niż tamte, co mają rodzeństwo. Otóż badania wykazały, że to nie takie proste. Bardzo wiele zależy od wychowania. Najpierw taki cytat: „Matki i ojcowie jedynaków bardziej niż rodzice rodzeństw powinni też dbać, by mieli oni kontakt z rówieśnikami (np. możliwie szybko posyłając je do przedszkola choć na kilka godzin dziennie), i w miarę możliwości przekazywać im takie umiejętności społeczne, jak np. rozwiązywanie konfliktów. O ile dzieci z większych rodzin trenują to we wspólnych pokojach z rodzeństwem, o tyle jedynacy nabywają tych umiejętności bardziej pośrednio, choćby rozmawiając z rodzicami.” Trzeba zatem rozmawiać, też jednak wiedzieć, że badania obalają kolejny powszechny do niedawna pogląd, iż „dzieci z rodzeństwem są bardziej skłonne do współpracy, podczas gdy jedynacy walczą o zabawki czy dominację. Przeciwnie – szybko rezygnują z walki, bo nie są w niej przećwiczeni, nie mają do niej w domu naturalny sparingpartnerów”. I tak dalej – Joanna Cieśla mądrze obala stereotypy.

Mamy również rozdzialik Agnieszki Sowy o związkach gejów i lesbijek z tezą ogólną, że krąży tu sporo obiegowych uogólnień. Np. takie, że „kobiecie z kobietą, a facetowi z facetem łatwiej się dogadać.” Jest to zresztą w istocie pogląd, który głoszę dowcipem kolegi z „Więzi”, czemu Jezus rozgniewał się na zaproszonego, który wykręcał się faktem, iż „pojął żonę”. Otóż Chrystusa oburzyło bezczelne kłamstwo: albowiem żony nie można pojąć! Jednak psycholog Alicja Długołęcka powiada, że ”komunikowanie się dwóch mężczyzn, którzy są wyjątkowo mało dyplomatyczni, albo dwóch kobiet, które mówią bardzo naokoło, może być nie lada wyzwaniem”. Niemniej jest również pytanie do dr. Długołęckiej, „czy to prawda, że związki homoseksualne są mniej trwałe niż związki osób hetero”. Z wywiadu w „Dużym Formacie” z Jakubem Janiszewskim, gejem właśnie, wynikałoby, że to prawda, ale Długołęcka twierdzi co innego: „na przekór stereotypowemu wizerunkowi geja szukającego tylko przygód erotycznych, mężczyźni dziś dość powszechnie wchodzą w stałe związki”. No i – dopowiadam – chcieliby ich stabilizacji prawnej, której im ”heterycy” lubią odmawiać.

Na koniec reklama tekstu w ”Tygodniku Powszechnym”: kolejnego świetnego „Listu starego diabła do... nie tak już młodego”, pióra Marka Zająca. Zauważa on, iż najgorętszymi tematami był ostatnio napletek (ks. Lemańskiego) i pośladki (Agnieszki Radwańskiej). Święte słowa katolickiego publicysty.

15:53, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
niedziela, 21 lipca 2013
Marta nie mniej warta. Niemniej od brzucha ważniejszy zawsze duch

Ewangelia Łukasza 10,38-42

Dziś bohaterkami ewangelii są Maria i Marta, ta pierwsza „obrała najlepszą cząstkę”. Nie dość powtarzać, że obraz Marty trzeba sobie tworzyć na podstawie obu ewangelii, także tej Janowej 11, gdzie owa siostra wypada o wiele lepiej (napiszę o tym w jej dzień 30 lipca), bez żadnego przewartościowywania spraw przyziemnych. Gdyby opowieść Łukaszową potraktować jako psychologiczną, nie teologiczną, można by może bronić Martę praktyczną uwagą, że jednak „primum edere, deindem philosophari” albo że ona też chciała posłuchać Jezusa, ale wieczerza sama się nie zrobi. Można by bronić, ale raczej krytykować, bo przecież od brzucha ważniejszy zawsze duch.

13:11, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
sobota, 20 lipca 2013
Nadzieje niepłonne narodów

Ewangelia Mateusza 12,14-21
Faryzeusze naradzają się, jak Go zgładzić, wobec tego oddala się od nich. Nawias o faryzeuszach: dzisiejsza biblistyka uważa na ogół ich ewangelijny obraz za zbyt czarny, rzutują nań złe stosunki między Synagogą a zalążkiem Kościoła później, gdy powstawały ewangelie, szczególnie ta Mateuszowa właśnie. Zwraca się zresztą uwagę na istotny szczegół widoczny w samym tekście Nowego Testamentu: gdy doszło do procesu Jezusa, nie widać już faryzeuszy, więc może nie byli jednak najgorsi. Wracam do tekstu dzisiejszej perykopy: otóż „wielu poszło za Nim i uzdrowił ich wszystkich, lecz surowo im zabronił, żeby Go nie ujawniali”. Chodziło o to, żeby nie dodać Mu sławy, przez co czyniąc zeń potężnego mesjasza politycznego. I tu komentarz ewangelisty cytujący Księgę Izajasza z obrazem Sługi Bożego: który „trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi. W Jego imieniu narody nadzieję pokładać będą.” Narody dzisiejsze faktycznie bliższe są niż kiedyś Jego nauczaniu: ONZ jaka jest, każdy widzi, ale któż wymyśliłby coś podobnego nawet dwa wieki temu. By o błogosławionej, chociaż nie bezgrzesznej Unii Europejskiej samochwalczo nie wspomnieć.

09:35, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 lipca 2013
Rytuał i etyka. Paweł prekursor ekologów

Ewangelia Mateusza 12,7
„Gdybyście zrozumieli, co znaczy »Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary«, nie potępialiście niewinnych. Albowiem Syn Człowieczy jest Panem szabatu.”

Cytat z Księgi Ozeasza służy Jezusowi do polemiki z dogmatycznym rytualizmem. Chodziło o pożywianie się kłosami zbóż. Nie o siódme „nie kradnij”, Prawo było bardzo litościwe, nie broniło własności prywatnej w zaparte, dominowała natomiast jego interpretacja rygorystyczna w sprawach znacznie bardziej formalnych. Syn Boży jest Panem szabatu, ale to panowanie oznacza przewagę formy nad treścią, rytuału nad etyką. Boga nie czci się nigdy tak, żeby mógł cierpieć na tym bliźni. A bliźnim naszym jest jakoś także świat żywy pozaludzki: myślę tu oczywiście o uboju rytualnym. Nie mam głębokiej wiedzy w tej sprawie, już raczej biblistyczną niż biologiczną (w Kościele pierwotnym obowiązywał początkowo zakaz spożywania tego, co duszone, czyli z krwią), myślę sobie jednak buddystycznie, że trzeba unikać zadawania cierpienia, jak się tylko da. Myśl na szczęście nie tylko buddystyczna: taka postawa wynika również z Biblii, choć może raczej „implicite”. „Explicite” głównie z Listu do Rzymian (8,19-22), choć to przecież powinno wystarczyć: tu Paweł, jak i gdzie indziej, wyprzedza swoje miejsce i czas. „Wszak wiemy, że całe stworzenie cierpi straszne udręki aż do tej pory” – niestety z naszej także winy.

19:04, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 lipca 2013
Pan, Bóg brakorobem nie jest

Księga Wyjścia 3,13-20
Pan, Bóg przedstawia się. Między dwoma największymi słowami ludzkimi postawiłem przecinek, bo przecież tu słowo „Pan” nie znaczy tyle, co w wyrażeniu „pan Kowalski”: nieporównanie więcej. „Pan”, jak wyjaśniałem wczoraj, to jakby imię Boga. Zwiemy Go Panem, bo wierzymy, że to On panuje nad światem, rządzi nim samowładnie, choć to nieraz niełatwo zobaczyć.
Czytamy dzisiaj w Księdze Wyjścia: „Postanowiłem wywieść was z ucisku w Egipcie do ziemi (...) opływającej w mleko i miód. (...) Król egipski pozwoli wam wyjść z Egiptu tylko wtedy, gdy będzie zmuszony ręką przemożną. Wyciągnę przeto rękę i nawiedzę Egipt różnymi cudami, jakich tam dokonam, a wypuści was.”.
Albowiem opiekuje się swoim ludem. Niezależnie od tego, jak się dokładnie rozumie tajemniczy tetragram, czemu owa Boża definicja jest tak zagadkowa, oznacza ona istnienie dla nas ludzi. Acz nie jest to odpowiedź na pytanie, jak pogodzić Wszechmoc z Wszechmiłością. W każdym razie - jak pisałem nieraz - mogę je pogodzić tylko odrzucając myśl o czyjej męce bez końca. Taka cena woli bezwzględnie wolnej wydaje mi się zbyt wielka albo też, precyzyjniej mówiąc, nie wierzę w Boga, który nie może sobie jakąś z nią poradzić. Gdybym taką myśl przyjął, uznałbym, że Adonaj jest brakorobem: stworzył świat absolutnie makabryczny.
PS. Kilka dni temu palnąłem głupstwo: napisałem że odpowiednikiem greckiego terminu „psyche” jest hebrajski „ruah”. Oczywiście słowu „ruah” (tchnienie, duch) odpowiada greckie „pneuma”, a odpowiednikiem „psyche” jest „nefesz”. Przepraszam dziękując za sprostowanie memu uczonemu kuzynowi Władysławowi Schinzlowi.

16:44, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
środa, 17 lipca 2013
O aniołach, o „Adonai”, o absolutnej Transcendencji

Księga Wyjścia 3,1-6.9-12
Fundamentalna wizja płonącego krzewu: JAHWE przedstawia się Mojżeszowi. Zwracam uwagę na zdanie, że „wtedy ukazał mu się anioł JAHWE”: jest to swoista forma opowiadania o teofaniach. Anioł ten powstrzymuje Abrahama przed synobójstwem, on też zwiastuje pasterzom w Betlejem radość wielką, że narodził się Zbawiciel, czyli występuje, gdy zdarza się coś bardzo ważnego. „Encyklopedia Biblijna” powiada, że ów wysłannik Boży „we wcześniejszych warstwach Starego Testamentu okazuje się niemal imieniem samego Boga”. Między teologami w ogóle jest spór, czy aniołowie to aby na pewno były osobne, osobowe – takie jest jednak nauczanie mojego Kościoła: vide „Katechizm Kościoła Katolickiego” 328-30.
Tyle o aniołach, teraz o samym JAHWE. Tetragram ów powstał z biblijnej troski o ochronę świętości imienia Boga, zrozumiałej, gdy się pamięta, że dla tamtych ludzi imię dawało wgląd w istotę tego, który je nosi, a Bóg jest absolutnie transcendentny, niepoznawalny ludzkim umysłem. Tetragram ów zastępowano tytułem wymawianym jako „Adonaj”, co znaczy po hebrajsku „Mój wielki Pan”. Septuaginta, żydowski starożytny przekład Starego Testamentu na język grecki, tytuł ów przetłumaczyła jako „Kyrios”, czyli Pan właśnie. Co piszę, żeby usprawiedliwić taką terminologię w niektórych polskich tłumaczeniach, np. w Biblii Tysiąclecia. Autorytatywna translatorsko (co nie znaczy, że autorytarna) francuska Biblia Jerozolimska zachowuje termin „Jahwe”.
Co ów termin oznacza w świetle dzisiejszej i jutrzejszej „lekcji”, napiszę jutro. Dziś już tylko komentarz, że starsi bracia w wierze powinni być dla nas wzorem w swojej trosce o ochronę Imienia: bądźmy ostrożniejsi w Jego używaniu (to przykazanie Dekalogu zresztą). Także w słownictwie najbardziej potocznym, ale również w przemądrzałych wywodach teologów, w pobożnym rozgadaniu naszym...

14:17, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
wtorek, 16 lipca 2013
Rodzi się wielki prorok z Egiptu. Ksiądz Lemański też trochę prorok

Księga Wyjścia 2,1-15a
I oto pojawia się Mojżesz. Wczoraj czytaliśmy, że faraon zachował się podobnie jak po wiekach Herod: wydał rozkaz mordowania wszystkich noworodków. Nie bał się jednak jak tamten jednego Żyda króla: uznał, że zagrożeniem jest każdy noworodek z tego kłopotliwego ludu. Ratuje jednego z nich jak kiedyś całą ludzkość coś pływającego po wodzie, też jakby arka, tyle że mini. Pomysł rodzicielki Mojżesza okazuje się skuteczny: skrzynkę z papirusu spostrzega córka faraona, oddaje chłopczyka na wykarmienie rodzonej matce oczywiście nie wiedząc o pokrewieństwie i tak znów Hebrajczyk trafia na dwór władcy. Można do tej relacji dopisać hipotezę, że w ten sposób przyszły arcyprorok żydowski zdobywa mądrość wspaniałej cywilizacji. Myśliciele żydowski Filon i Flawiusz pisali na ten temat, w Dziejach Apostolskich jest też zdanie: „I wykształcony został Mojżesz we wszelkiej mądrości egipskiej” (7, 22): mamy tu jakąś podstawę do sugerowania „naturalnej” także genezy tego fenomenu religijnego niebywałej wielkości. W każdym razie z tekstu biblijnego wynika dzisiaj, że Mojżesz jest nie tylko bardzo wykształcony, ale i moralnie wyczulony. Zabija Egipcjanina pastwiącego się nad jego rodakiem, co zmusza go do ucieczki z tamtego kraju do ziemi Madian (albo Midian).
Aktualium też poniekąd żydowskie: chyba ksiądz Lemański opuści posłusznie Jasienicę. Jak nieraz pisałem w „Gazecie Wyborczej”, do pokornych zgoła nie należy, jest też coś w nim z proroka, chyba nawet wiele, jeśli słowo oznacza raczej krytyka teraźniejszości niż kogoś, kto przepowiada przyszłość. Dalsze jego losy też nie będą zapewne spokojne. A aspekt sprawy żydowskiej jest oczywiście ten, że ksiądz z Jasienicy (przedtem z Otwocka, bo stamtąd też poprzednio posłusznie odszedł za karę) jest owego dialogu dwóch religii entuzjastą bardzo emocjonalnym. Mało takich u nas, tym są cenniejsi, szczególnie że chyba nie tylko ten biskup polski starszych braci w wierze szczególnie w sercu nie nosi. Poprawność kościelna nakazuje słuchać papieży, co bywa jednak przestrzegane tylko zewnętrznie, w organizowaniu Dnia Judaizmu itp.: niektórzy nasi hierarchowie chyba jednak myślą i czują także w tej sprawie raczej po staremu.

14:03, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 15 lipca 2013
Naród narodowi wilkiem. „Jednota” o Biblii Brzeskiej

Księga Wyjścia 1,8-14.22
Dalszy ciąg opowieści o Hebrajczykach w Egipcie, o tym, że sielanka się kończy. Nowy faraon nie znał Józefa – od tego stwierdzenia zaczyna się dzisiejsza „lekcja” ze Starego Testamentu, po czym jest dalsze tłumaczenie źródeł konfliktu. Najpierw dopowiem, że rodzeństwo Józefa zamieszkało tam, gdzie ich wielki brat rządził. Księga Wyjścia zaczyna się od wyliczenia imion braci, którzy tam zamieszkali, oczywiście jednak nie zostawili swoich rodzin w ziemi Kanaan: Biblia podaje, że osiedliło się w Egipcie 70 osób. Po czym „synowie Izraela rozradzali się, pomnażali, potężnieli i umacniali się coraz bardziej, tak że cały kraj się nimi napełnił”. Skutek owej mnogości okazał się fatalny. Nowy faraon (zapewne Ramzes II) „rzekł do swego ludu: »Oto lud synów Izraela jest liczniejszy i potężniejszy od nas. Roztropnie przeciw niemu wystąpmy, ażeby się przestał rozmnażać. W wypadku bowiem wojny mógłby się połączyć z naszymi wrogami w walce przeciw nam, aby wyjść z tego kraju«.” Ostatnie zdanie poboczne zapowiada dodatkowy motyw konfliktu, jakim jest dążenie faraona do zatrzymania Izraela w Egipcie. Motyw dziwny na pozór, jeśli lud ów zagrażał bezpieczeństwu państwa: chodziło jednak władcy najpewniej o siłę roboczą, chciał bowiem budować dużo, a po drugie nie podobało mu się, że ktoś poza nim samym podejmuje jakąkolwiek decyzję. Rozmnażający się lud izraelski był zaś coraz gorzej traktowany i chciał wrócić do pierwszej ojczyzny.

Tak to jest, gdy na jednym terenie żyją różne narody. Może wtedy nad Nilem współplemieńcy Józefa drażnili tubylców swoją protekcją na szczycie władzy i gdy ta się zmieniła, sytuacja odwróciła się. Jak to było na Wołyniu, gdzie 70 lat temu nastał czas, że chłopstwo ukraińskie mogło mordować znienawidzonych panów Lachów.

Lektury. Wśród periodyków religijnych jest ewangelicko-reformowana „Jednota”, kiedyś miesięcznik, teraz wydawany rzadziej, bo kryzys także mniejszościom religijnym zagląda w oczy. Im nawet szczególnie, a już najbardziej najmniejszym: takim jak właśnie przezacny Kościół ewangelicko-reformowany, wspólnota w Polsce dzisiaj parotysięczna.

W numerze majowo-czerwcowym „Jednoty” mamy świętowanie kościelnego jubileuszu. 450 lat temu ukazała się Biblia zwana Brzeską albo Radziwiłłowską, od Brześcia nad Bugiem i Mikołaja Krzysztofa Radziwiłła, który był zleceniodawcą dzieła. Tłumaczono ją głównie w Pińczowie, znanym ośrodku tego wyznania, więc przymiotnik „Pińczowska” również jest uprawniony. Przełożył zespół teologów reformowanych. Mówiło się kiedyś, że kalwińskich, choć określenie owo przez Kościół ten nie jest dziś w Polsce używane, bo jego inicjatorów było dwóch, także Zwingli, albo nawet i trzech, jako że gałąź polska ma silne związki z Braćmi Czeskimi, czyli pośrednio z Husem. O owym zespole teologów wyczytałem dodatkowo nie w „Jednocie”, jeno w „Encyklopedii Katolickiej”, że podjął się tego tłumaczenia Jan Łaski, a po jego śmierci dokończyli je rektor szkoły pińczowskiej G. Orszak na czele zespołu owego. Z tej mojego wyznania encyklopedii wiem również, że Biblia Brzeska uważana była za lepszą od pierwszej polskiej (1561) tak zwanej Biblii Leopolity (czyli lwowianina – tłumacz pseudonimu skromnie użył, a był księdzem Janem Niczem, jak ustalono po wiekach), translatorsko mało dokładnej.

O Biblii Brzeskiej wyczytałem z kolei w „Jednocie”, że był to wytwór drukarski kilku rzemiosł, jeszcze niezbadany naukowo. „Czeka więc na rozpoznanie papier, na jakim ów przekład wydrukowano, a był to papier czerpany ręcznie, formowany na sitach i suszony w pojedynczych arkuszach. Jego jakość i wytrzymałość na upływ czasu i czynników atmosferycznych jest imponująca. Także skład drukarski wykonany został ręcznie z czcionek o nader zróżnicowanym kroju i wielkości, wymagał więc zespołu dobrze wyszkolonego w sztuce typograficznej. Ponadto potężne, liczące 786 kart dzieło formatu stołowego, wymagało po wydrukowaniu mocnej oprawy, stanowiąc prawdziwe wyzwanie dla introligatorów. Biblia Brzeska jest więc nie tylko pomnikiem języka polskiego, pomnikiem kultury i translatologii [raczej jednak translacji], ale także pomnikiem kilku rzemiosł, świadczącym o wysokiej jakości polskiej kultury materialnej w XVI w. I wreszcie wspomnieć należy o zjawisku najważniejszym: Biblia Brzeska jest chlubnym wytworem biblistyki ewangelicko-reformowanej w Polsce, świadczącym o jej związkach z ówczesną biblistyką Zachodu.”

„Jednota” pisze dalej o wpływie tej Biblii na Gdańską (1632), czyli na dzieło Daniela Mikołajewskiego z Kościoła zwanego dzisiaj ewangelicko-augsburskim, czyli luterańskim, będącego dla ewangelików w ogóle tym, czym dla katolików Biblia Wujkowa.

Na koniec cytat znów obszerny, tym razem z „Encyklopedii Biblijnej”: „Tłumaczenia katolickie opierały się wówczas głównie na łacińskiej Wulgacie, protestanckie zaś na wydaniach hebrajskich i greckich. Wadą pierwszych było oddalenie się w pewnych przypadkach od oryginału [nawet czasem znaczne!], a drugich to, że ówczesne wydania hebrajskie i greckie były bardzo niedoskonałe, gdyż oparto je na późnych rękopisach, obfitujących w błędy i przeróbki – dotyczy to zwłaszcza rękopisów NT z tradycji bizantyjskiej. Na tym tle szczególne miejsce zajmuje bezsprzecznie najważniejszy dawny przekład Biblii na język polski, Biblia Wujka. Ks. Jakub Wujek (1540-1597), jezuita, wydał najpierw przekład NT (1593, 1594 wyd. poprawione). Dążył do wykorzystania zarówno Wulgaty, jak i tekstu oryginalnego. Noty wykazywały różnice między oryginałem a Wulgatą. Ponadto korzystał z dorobku tłumaczy wcześniejszych.”

Tak to pochwaliłem także moją konfesję, a zakończę informacją, że oba przekłady na „Wu” się zaczynające przez kilka wieków w moim Kościele obowiązywały żelaźnie. Co na szczęście minęło jak sen jakiś czarny.

15:01, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
niedziela, 14 lipca 2013
Paragraf zawsze się znajdzie

Ewangelia Łukasza 10,25-37
Przypowieść o Samarytaninie miłosiernym i dwóch sługach Świątyni, którzy na to miano nie zasłużyli. Oczywiście ma rację papież Franciszek, gdy powiada, że każdy z nas może być takim niemiłosiernym. Wystarczy trochę inteligencji, żeby wymyślić sobie stosowne rozgrzeszenie. Jest nawet egzegeza tej przypowieści sugerująca, że kapłan i lewita szli do Świątyni, więc gdyby dotknęli człowieka, który może już nie żył, staliby się rytualnie nieczyści i nie mogliby przekroczyć progu tego przybytku. Zatem siła wyższa... Można usprawiedliwiać się rytualistycznie pojętą religią, można czymś innym. Paragraf zawsze się znajdzie. Napisał mędrzec francuski: „Mamy zawsze dość siły, by znosić cierpienia naszych bliźnich”.

12:09, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
sobota, 13 lipca 2013
Co to jest dusza?

Ewangelia Mateusza 10,28
„Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej tego, którzy duszę i ciało może zatracić w piekle.”

Dusza – fundamentalne pojęcie religii abrahamowej, a pewnie i innych. Zapamiętałem rozróżnienie znaczenia tego słowa w przesiąkniętej Platonem i Plotynem antropologii chrześcijańskiej i jego sensu w Biblii. W Piśmie Świętym dusza („psyche”, „ruah”) to życie (to samo słowo), czyli czynnik ożywiający, ale nie całkiem odrębny od ciała, nie ma tu zatem antropologicznego dualizmu, jaki jest w naszym potocznym rozumieniu istoty ludzkiej. „Encyklopedia biblijna” poucza jednak, że „dusza” może też oznaczać osobę ludzką: Lea urodziła Jakubowi szesnaście dusz (Rdz 46,18). Wszelako także w Biblii widać jednak zaczątek antropologii platońskiej (plotyńskiej), mianowicie w 1 Liście Piotra 1,9, gdzie mowa o zbawieniu „dusz” (a nie całego człowieka). Czy również tekst dzisiejszy nie jest podobnym świtem dualizmu? Nie jest, jeżeli dusza oznacza tu w ogóle istnienie po śmierci, a groźba zatracenia w piekle duszy i ciała sugeruje, że także na tamtym świecie nie będziemy bezcieleśni. W końcu, czyli dopiero na Sądzie Ostatecznym, po zmartwychwstaniu ciał, przedtem będziemy tylko duszą, albo raczej „od razu”, bo czas to przecież rzeczywistość właściwa tylko temu światu.

19:50, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 12 lipca 2013
Znowu płacz Józefa. Pedofilia, efebofilia...

Księga Rodzaju 46,29
„Józef kazał zaprząc do swego wozu i wyjechał na spotkanie Izraela [Jakuba], ojca swego, do Goszen. Kiedy zobaczył go, rzucił mu się na szyję i długo szlochał na jego szyi.” Tyle płaczu w historii Józefa to kicz? Nikt chyba tak nie powie: krytyka literacka nie jest ahistoryczna przecież. Nawet filozofka ateistka Helena Eilstein, rozprawiająca się bez pardonu z wielorako błędną naukowo „Księgą nad Księgami”, docenia piękno tej opowieści („Biblia w ręku ateisty”, Wyd. IFiS PAN, W-wa 2006).

Aktualia: napisałem wczoraj, że ks. Lemański zrobił błąd nie mówiąc od razu, co mu powiedział arcybiskup Hoser. Wczoraj w radiu TOK FM przeprosił arcybiskupa, że naraził go na posądzenie o molestowanie seksualne podwładnego, i wreszcie go zacytował: ”Czy jest ksiądz obrzezany, niech ksiądz powie, czy należy do tego narodu”. A było to po słowach, że Żydzi to nie jest środowisko, z którym warto mieć kontakty. Komentarz zbyteczny.

A stanowisko SLD w sprawie ukraińskiej wyjątkowo cyniczne: lewica to jednak choć trochę internacjonalizm.

Lektury: „Znak” lipcowo-sierpniowy. Przeczytałem trzy teksty na temat duchownych pedofilów: mocny tekst moralny Janusza Poniewierskiego, potem erudycyjną analizę zjawiska napisaną przez ks. Jacka Prusaka, wreszcie też fachowy wywiad Dominiki Kozłowskiej z psychologiem Ewą Kusz. Poniewierski odnosi się do książki Ekke Overbecka „Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim Kościele”, wydanej dość niedawno przez „Czarną Owcę”. Choć nie podoba mu się bez reszty ta publikacja, dziwi się tak krytycznemu jej przyjęciu przez polską opinię katolicką. Zgadza się bowiem z holenderskim autorem, że „głównym zarzutem wobec Kościoła [polskiego] nie jest to, że zdarzają się księża pedofile. Problem polega na tym, że instytucja kościelna chroni i chowa sprawców zamiast pomóc ofiarom”. Teksty „Znakowe” były pisane przed powołaniem w Polsce koordynatora walki z tymi potwornościami, niemniej warto odnotować to, co pisze dalej Poniewierski: „Dlaczego ten [polski] Kościół unika uczciwej konfrontacji z problemem i chowa głowę w piasek mając nadzieję, że »jakoś to będzie«? Dlaczego nie gromadzi danych dotyczących pedofilii wśród księży i zakonników? Dlaczego wciąż pokutuje w nim duch korporacji, zgodnie z którym dobro osób duchowych, choćby były one krzywdzicielami, jest dlań ważniejsze niż dobro skrzywdzonych, którzy są »tylko« świeckimi? I wreszcie: jak to się dzieje, że ludzie w szczególny sposób odpowiedzialni za instytucję i wspólnotę powołaną do głoszenie Dobrej Nowiny i miłości bliźniego pozwalają na to, by Kościół, stawał się dla niektórych źródłem zgorszenia i lęku?”

Boję się krzywdzącego podejrzenia, ale czy myśl niegdysiejsza arcybiskupa Michalika, że tajemnica powinna obejmować wyznania molestantów dokonywane również poza sakramentalną spowiedzią, w ramach tzw. kierownictwa duchowego, nie zwalnia praktycznie zwierzchników kościelnych z obowiązku czynnego reagowania na takie moralne obrzydliwości? Poniewierski dopisuje jednak do swego tekstu zastrzeżenie do tytułu książki Overbecka: sugeruje on, że „Kościoła można i trzeba się bać, tak jakby była to organizacja przestępcza”. No i stawia pytanie, „o co (autorowi? wydawcy) tak naprawdę chodzi? O rzetelne postawienie i rozwiązanie realnego problemu czy raczej o kampanię antykościelną?” Myślę, że zależy komu, któremu autorowi, któremu medium. Na ogół szczera chęć dobrego skutku łączy się z troską o sam efekt publicystyczny, a tego z kolei nie można oddzielić od dużo mniej szlachetnej chęci zysku. Niemniej jedno jest dla mnie pewne: gdyby o takich sprawach pisała rzetelnie cała prasa katolicka, nie byłoby świeżego tematu dla innych mediów. Tu duch korporacji wieje, aż huczy.

W art. ks. Prusaka (jezuity, psychoterapeuty) wyczytałem rozróżnienie pedofilii i efebofilii. Znałem je oczywiście, ale autor precyzuje. Ta druga to pociąg seksualny do chłopców w wieku 11-16 lat. Ważniejsze jest dla mnie jednak, choć też już znane, mocne stwierdzenie takowe: „Ponieważ pedofilia i efebofilia to przestępstwa na tle seksualnym, a duchowni katoliccy oraz zakonnicy żyją w celibacie, niektórzy uważają, że istnieje związek przyczynowy między jednym i drugim. Po pierwsze, jak dotąd nie ma żadnych badań, które potwierdziłyby taką hipotezę – a to na oskarżającym ciąży obowiązek dostarczenia dowodów. Po drugie, celibat nie jest wyznacznikiem represji seksualnej ani niedojrzałości emocjonalnej. Badania porównawcze pokazały, że księża nie tylko nie odbiegają od normy, kiedy oceniana była ich dojrzałość emocjonalna, ale osiągali lepsze wyniki na »wskaźnikach« przyjaźni i relacji od swoich rówieśników niebędących celibatariuszami.”

W swoim niełatwym do czytania tekście (talentu publicystycznego znakomity duchowny nie ma) Jacek Prusak podejmuje także inny mocno dyskutowany problem: o związku homoseksualizmu z pedofilią i efebofilią wobec chłopców. Autor referuje dwa stanowiska skrajne: że związek ów istnieje oraz że go nie ma. „Dzięki dostępnym badaniom wiemy, że większość osób wykorzystujących seksualnie nieletnich nie jest orientacji homoseksualnej, a większość homoseksualistów nie molestuje dzieci”. Ale jest też hipoteza „środkowa”, że „homoseksualizm wprawdzie nie jest przyczyną, ale prawdopodobnie jest czynnikiem zwiększającym ryzyko wykorzystywania młodych mężczyzn”.

Z wywiadu z Ewą Kusz (tytuł: „Blizna”) wybrałem twierdzenie ostatnie: „Nawet jeżeli operacja jest skuteczna, rana została dobrze oczyszczona, zagoiła się bez problemów, na całe życie pozostaje po niej blizna. Podobnie jest z doświadczeniem traumatycznym. Można je przepracować, poradzić sobie z nim, ale samo to doświadczenie pozostanie w nas do końca życia, jak ta blizna. Zmieni się pogoda, biorytm będzie niekorzystny i ta blizna być może o sobie przypomni. Człowiek raz seksualnie wykorzystany w tym jednym punkcie zawsze będzie słaby. Terapia pozwala mu mieć lepsze zrozumienie swoich odczuć. Patrzeć na nie z większym dystansem. Blizna pozostanie jednak na zawsze.” Dobra puenta trzech ważnych tekstów.

17:50, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
czwartek, 11 lipca 2013
Rozwaga...

Księga Przysłów 2,3-5
„Jeśli wezwiesz rozsądek, przywołasz donośnie rozwagę, jeśli szukać jej poczniesz jak srebra i pożądać jej będzie jak skarbów, to bojaźń Pana zrozumiesz, osiągniesz znajomość Boga.”

Bóg to między innymi rozwaga. Odwaga również, nawet największa, mimo wszystko jednak roztropna. Potrzebna jest szczególnie, gdyśmy pełni emocji. Gdy na przykład skrzywdzi nas zwierzchnik, państwowy, kościelny. Myślę oczywiście o ks. Wojciechu Lemańskim: sądzę podobnie jak niektórzy jego kibice, że powinien był albo milczeć, albo powiedzieć jasno, co mu zrobił jego zwierzchnik, arcybiskup Henryk Hoser. Teraz stopniowo wyjaśnia, że chodziło o słowa, czyli nie było to molestowanie seksualne, jak mogło wynikać z poprzedniej wypowiedzi, ale niejasność trwa.

Chyba rzecz w tym, co wynika mi z niejednej informacji, iż między księdzem Wojciechem a arcybiskupem Henrykiem oraz większością księży ich diecezji (żeby tylko tej...) jest wielka różnica myślowa. Chodzi przede wszystkim o dialog chrześcijańsko- i polsko-żydowski (to jest sprawa główna), ale i w ogóle o tak zwany katolicyzm otwarty. To formacja myślowa księdza, nie biskupa. Niejeden zwierzchnik kościelny polski miał w tej sprawie kłopoty ze swoim podwładnym. Kiedyś żartowało się, że trzeba zawsze iść za postępem, a nie przed, bo to grozi ”wychyleniem się”.

Inne ”aktualium” to decyzja o kanonizacji dwóch papieży. Większym ewenementem jest według mnie wyniesienie na ołtarze całego świata Jana XXIII niż - choć tak szybkie - papieża naszego. Ten pierwszy jest dla wielu wiernych postacią nie tak wielką, jak drugi, choć to on ruszył z posad bryłę Kościoła, bez niego nie byłoby papieża Polaka ani Argentyńczyka, by o rewolucyjnym Vaticanum Secundum nie wspomnieć. Rzecz właśnie w tym, że papież Roncalli narozrabiał, przecież został beatyfikowany razem z papieżem ”Syllabusa” Piusem IX, żeby nie było tak postępowo. Otóż teraz ma być kanonizowany bez tego równoważnika! Franciszek go kocha, bo są do siebie podobni, obaj są proboszczami świata, miło jednak poza tym, że dzisiejszy biskup Rzymu nie zamierza ogłosić świętości tamtego Piusa. Na czym bowiem miałaby polegać jego świętość, coś niezależnego od poglądów, przez którą rozumiem przede wszystkim pokorę mimo wielkości sprawowanego urzędu? Nie było tak, że mierzył niskość pokłonu składanego mu przez podwładnych, jak kiedyś gdzieś sobie wyczytałem?

Na koniec moja opinia o uboju rytualnym, o którą mnie prosi Czytelnik. Owszem, to drastyczne barbarzyństwo! Grozi nam podczas pontyfikatu papieża, który przyjął imię świętego rozmawiającego z wilkiem. Blisko mi do wegetarianizmu, owszem.

15:04, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
Płacz Józefa, syna Jakuba

Wpis na  środę 10 lipca 2013

Księga Rodzaju 41,55-57, 42,5-7.14-15a.17-24a
Głód nie tylko w Egipcie. Tam Józef otwiera spichrze przezornie wcześniej napełnione, przybywają potrzebujący zewsząd, także bracia, którzy go sprzedali. On ich poznaje, oni jego nie. Rozmawia z nimi przez tłumacza, więc nie wiedzą, że rozumie, gdy wymieniają swoje wyrzuty sumienia. „Gdy odszedł od nich, rozpłakał się.” Są w Biblii miejsca niezrozumiałe, nawet okropne, to dzisiejsze wzrusza dalej. Literacka arcyklasyka.

14:38, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 lipca 2013
Mocą diabelską leczy, ratuje

Ewangelia Mateusza 9,34
„Lecz faryzeusze mówili: wypędza złe duchy mocą ich przywódcy.”
Przypomina mi się przypuszczenie, że Clive Harris jest (był) pod podobnym złym wpływem. Bo się nie modli. Mocą diabelską wyleczył tylu. Czego to ludzie nie wymyślą, żeby nawymyślać.

13:32, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 08 lipca 2013
Cuda, czyli nie ma rzeczy niemożliwych. Grahama Greene`a powieść o Amalekicie

Ewangelia Mateusza 9, 18-26
Dwa cudy: uzdrowienie i wskrzeszenie. Uzdrowienie kobiety, która dwanaście lat cierpiała na krwotok, oraz wskrzeszenie córeczki przełożonego synagogi. Mam oczywiście skojarzenia z tym, co się wydarzyło w sobotę na Stadionie Narodowym w Warszawie. Oto, co mi wydrukowano w ”Gazecie Wyborczej” internetowej i ”papierowej” pod tytułem ”Cudów nie ma, ale są”.

Gdy jeszcze był biskupem Bergogliem, w książkowej rozmowie z rabinem Skórką papież Franciszek mówił o cudownych uzdrowieniach tak: ”Dziś, kiedy dysponujemy badaniami parapsychologii, opiniami onkologów, którzy odnotowują wpływ czynników psychicznych na sferę cielesną, niejedno da się wytłumaczyć. Istnieje też coś takiego, jak posługa wstawiennictwa rabina czy kapłana, który modli się o zdrowie jakiegoś człowieka i to zdrowie uprasza. Moim zdaniem rękojmią dla człowieka, który dokonuje uzdrowienia, jest prostota, pokora, brak jakiejkolwiek ostentacji”. Co z tych słów moim zdaniem wynika? Po pierwsze to, że w pewnym sensie cudów nie ma. Zdarzają się niezwykłe uzdrowienia, można je jednak nieraz tłumaczyć ”naturalnie”. Tyle tylko, że dzisiaj pojęcie ”natury” jest o wiele mniej jasne, niż przed wiekami. Wątpliwe się stały oba dogmatyzmy. Ten, co powiada, że każdy cud to bzdura, i tamten, co twierdzi, że są wydarzenia, których się nigdy nijak nie wytłumaczy medycznie. Mówiąc inaczej, już teologicznie: Pan Bóg działa, jak Mu się podoba, uruchamia takie siły, jakie uważa za stosowne, i każde uzdrowienie (wskrzeszenie oczywiście tym bardziej) jest Jego dziełem: to medyczne i tamto, które dzisiejszych lekarzy zadziwia. Tamto drugie można dalej nazywać cudem. Po drugie, ksiądz Bashobora nie tylko nie działał ostentacyjnie, ale akcentował, że nie on uzdrawia i że uczestnicy powinni się przede wszystkim wyspowiadać. A Pan Bóg uzdrowił tam kogoś ”fizycznie”? Z tego, co napisałem wyżej, wynika, że nie to jest w istocie najważniejsze. Grunt, że zapewne trochę Polaków opuściło Stadion Narodowy trochę bardziej kochając bliźnich swoich. Zapewne dokonały się cuda najważniejsze.

Ksiądz Bashobora skarcił słuchaczy za to, że nie wzięli na stadion Biblii. Może jednak niektórzy wzięli, ale polska religijność katolicka jest wciąż mało – by użyć kalamburu – pisemna. Pisma Świętego w głowach wiernych więcej niż dawniej, na co mam dowody w „Metrze”, gdzie robię na temat Księgi zagadki, niemniej nadal za mało ją czytamy, co wynika między innymi z tego, że w ogóle lektury religijne (także religijna prasa) słabo nas interesują. Choć niestety jakiekolwiek lektury.

A ja sam wykorzystałem weekend na lekturę mniej poważną, na powieść. Trzeba czasem odpocząć czytając teksty jakoś pośrednie między prozą życia a publicystyką. Przeczytałem mianowicie ostatnią książkę zmarłego przed dwunastu laty sławnego powieściopisarza angielskiego Grahama Greene`a „Kapitan i nieprzyjaciel” (Wyd. MART, tłumaczenie Marty Glińskiej, ilustracje Jerzego Skarżyńskiego). Autor „Sedna sprawy” znakomicie łączył sensacyjną fabułę z problematyką religijną, w ostatnim swoim dziełku traktuje również sprawy fundamentalne, bo przecież należy do nich zwyczajna ludzka moralność. A zresztą ociera się o Biblię jakimiś do niej raz po raz odniesieniami. Na przykład takim, że główny bohater powieści jest w swojej szkole Amalekitą (było to jedno z plemion walczących z Izraelitami). U nas pomysł chłopięcy nieprawdopodobny.

18:24, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
niedziela, 07 lipca 2013
Papież jak marzenie

Ewangelia Łukasza 10,3
„Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki.”
Bywają jednak wilki w owczej skórze – uważa Franciszek. Biskupi karierowicze, proboszczowie zdziercy. Papież odkrywa ową tajemnicę poliszynela, owszem, chłoszcze nasz Kościół jak kiedyś Luter. Ale chłostał nie tylko on – wewnątrzkościelny krytycyzm ma bardzo długą tradycję, bywali krytycy zgoła ortodoksyjni: A przecież ten papież jest jak marzenie...

23:26, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
sobota, 06 lipca 2013
Radykalizm

Ewangelia Mateusza 9,17
„Raczej młode wino wlewa się do nowych bukłaków.” Czasem trzeba działać radykalnie. Jak papież Franciszek, amen!

10:25, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
 
1 , 2
Archiwum