Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
wtorek, 31 lipca 2012
Kto rządzi deszczem

 

Księga Jeremiasza 14, 21-22

Panie, nie zrywaj swego Przymierza z nami. Czy są wśród bożków pogańskich tacy, którzy by zsyłali deszcz? Czy może niebo zsyła krople deszczu? Czy nie raczej Ty, Panie, nasz Boże? W Tobie pokładamy nadzieję, bo Ty uczyniłeś to wszystko?

Tak, nie rządzą pogodą bożki pogańskie, nie rządzi nią również człowiek zapatrzony triumfalnie we własne siły. Jeśli istnieje jakiś Sens, jeśli katastrofalna susza albo trąba powietrzna nie jest wynikiem tak zwanego przypadku, to trzeba pytać za Jeremiaszem słowami też przeznaczonymi na dzisiaj przez mój Kościół: „Dlaczego nas dotknąłeś klęską bez możliwości uleczenia nas?” A może raczej to nie żadne kary choroby moralne leczące, tylko ta Twoja niepojęta antykaligrafia?Co zaś do deszczu, to jakoś dziwnie omija on Warszawę. Nie tęsknię za żadną burzą, za żadną trąbą (także za głosem tego instrumentu podczas liturgii oraz procesji eucharystycznych), ale smutno mi patrzeć na schnące rośliny. Koło mego bloku posadzono drzewko, młode, delikatne, więc podlewam je po zmroku, nagrodzony zresztą raz za to miłosierdzie przez Bożą Opatrzność. Zbliżam się zatem do roślinki, a tu z drugiej strony zmierza... jeż. Chyba młody, bo nieduży i jeszcze niestrachliwy: najeżył się trochę, ale nie uciekł, przystanął i przygląda się... Odtuptał z czasem spokojnie, mając w oczach swoich widok dziwnego stworu wylewającego wodę z butelek po coca-coli. Nigdy nie widziałem na wolności łosia ani nawet jelenia, a tu taka gratka. 

14:05, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 30 lipca 2012
Jak zaczyniać, jak?


Ewangelia Mateusza 13,33

Królestwo Niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło."

Jest to koncepcja kościelna popularna na tak zwanym Zachodzie: widać ją w myśli tak wielkiego teologa Karla Rahnera, jak i Josepha Ratzingera, też wybitnego myśliciela katolickiego, który został papieżem. Pewnie to zresztą nie przypadek, że mamy ją u obu owych Niemców: przecież ten drugi był jednym z licznych uczniów pierwszego. Kościół ma zrezygnować z ambicji masowości: ma być właśnie tylko zaczynem; „małą trzódką", która jednak wywiera duży wpływ na resztę społeczeństwa.
I jest to wizja do przyjęcia dla wielu „eklezjałów". W końcu przecież jest po prostu realistyczna: u nas statystyki nie są jeszcze tak pesymistyczne, ubytek praktyk religijnych dopiero się zaczął, w Niemczech jednak świątynie pustoszeją. I nie widać sposobu, żeby wróciła religijność „socjologiczna", kiedy to zachowania kościelne były pewną społeczną oczywistością. 
Owa wspólnota poglądów ma jednak swoje granice. Są bowiem przynajmniej dwie kwestie sporne.Po pierwsze, jak zakwaszać, jak ów wpływ wywierać? Z grubsza biorąc, są dwie metody. Episkopat Polski stosuje naciski ogromne: na opinię publiczną, uderzając w nią terminologią niezwykle ostrą (”in vitro” to „wyrafinowana aborcja"), na parlamentarzystów, grożąc wręcz ekskomuniką. Biskupi Niemiec czy Francji znacznie bardziej przebierają w słowach.
Po drugie, jak w ogóle ewangelizować? Jak przybliżać ludziom wiarę chrześcijańską? Nie tylko etykę, choć o nią też właśnie chodzi, tu również jest problem języka, ile „dogmatykę": tu sprawa jest znacznie trudniejsza, nie wymaga tylko elementarnej delikatności, której brak psuje wszystko. Tu trzeba mocnego główkowania.
W sierpniowym numerze „W drodze" dominikanin Jan Góra podaje taki przykład: „Dotychczasowy język wiary pochodzi jakby [ależ nie tylko ”jakby” - dokładnie tak: to język Biblii, której nie pisano przecież dopiero w kapitalizmie -  JT] z epoki niewolniczej. Chrystus przyszedł nas wykupić, odkupić, wyzwolić. To wszystko prawda, ale dzisiejsi ludzie nie bardzo wiedzą, co to jest. Bo nikt nie urodził się niewolnikiem i nie został wykupiony ani odkupiony, chociaż w języku metaforycznym to święta prawda".
Kardynał Ratzinger nazwał owe „zaczynowe" wspólnoty kościelne „mniejszościami kreatywnymi" (znam jego myśli na ten temat z odczytu nuncjusza Migliorego, drukowanego w lutowo-marcowej „Więzi"). Zaznacza, że nie są to sekty. Będą kreatywne w takiej mierze, w jakiej potrafią dotrzeć do niechrześcijan. Jak rozumiem, sekta to tutaj grupa ludzi zamknięta na świat przeklęty. Zamknięta organizacyjnie: przez brak kontaktów innych jak te prozelityczne, czyli wymierzone w kolejnych potencjalnych członków; izolująca się intelektualnie: przez niedopuszczanie żadnych myśli niezgodnych z poglądami ”guru”. Otóż chrześcijaństwo zawsze, choć w różnym stopniu, było otwarte na myślowe nowości. Myślę, że powinno być takie szczególnie dzisiaj, gdy nadeszły czasy bardzo nowe. Trzeba otwarcia tak w sprawach etycznych - tyle jest tutaj punktów spornych w dialogu z myślą świecką, jak i „dogmatycznych" - filozofia europejska, ta tradycyjna, klasyczna, na której była zbudowana cała teologia katolicka, nie może już pełnić roli takiej metody.
Co z tego wynika konkretnie? Na pewno jeden „konkret ogólny": różne próby teologiczne idące w tym kierunku powinny być przyjmowane życzliwie, nie bezkrytycznie, ale też bez zgorszenia i sankcji cenzuralnych. W moim Kościele tej zasady raczej nie widać, choć można przypuszczać, że nowy watykański szef doktrynalny, arcybiskup Müller, więcej rozumie niż jego poprzednik, kardynał Levada. Niech zatem żywi nie tracą nadziei. 

13:30, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
niedziela, 29 lipca 2012
Najtrudniejsze dobre uczynki

 List do Efezjan 4,1-2

 „1. Proszę więc was ja, więzień w Panu, żebyście postępowali w sposób godny powołania, którego dostąpiliście,
2. z pełną pokory mądrością i delikatnością, z cierpliwością, przyjmując siebie nawzajem w miłośc
i”.

Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Tysiąclatka tłumaczy mocniej: „znosząc siebie nawzajem w miłości”. Ciężka to sprawa nie być nieznośnym: „ciężcy w pożyciu” bywają wszak ludzie skądinąd heroiczni. Zapamiętałem rozróżnienie usposobienia i charakteru: łatwiej wytrzymać z ludźmi mającymi charakter trochę szemrany, niż z uczciwymi do szpiku kości, ale takimi, o których trudno powiedzieć, że są delikatni, cierpliwi, a nawet, że są pełni pokory. Oczywiście przychodzą sytuacje, w których ci pierwsi okazują się nic nie warci, ale codzienność jest codziennością. 

11:44, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
sobota, 28 lipca 2012
Narody żebracze

Księga Jeremiasza 7,6
 
Jeśli nie będziecie uciskać cudzoziemca...”
 
Biblia jest wielogłosowa: są w niej słowa straszne, bo wręcz Bogu przypisane: nakazy ludobójcze –
ale mamy również wezwania ewangeliczne, „ksenofilii” pełne. Myślę zatem o tych wszystkich Ukrainkach, które przyjeżdżają do nas „na saksy”: traktowane przez chlebodawców rozmaicie,
mieszkają w warunkach okropnych, do tego jeszcze muszą patrzyć n swoich męskich rodaków, którzy przepijają, co zarobią. I muszą walczyć z polską konkurencją nie wymagając porządnej zapłaty. Zapominamy, że kiedyś sami byliśmy podobnym narodem żebraczym.

 

19:57, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
Do-czesność

 Ewangelia Mateusza 13,18-23

 Wytłumaczenie przypowieści o siewcy. Chyba najczęstsze są przypadki takich, co to słuchają Słowa, lecz „troski doczesne i ułuda bogactwa” zagłuszają je. Owe troski są często do-czesne nawet nie w sensie eschatologicznym: że to zapominanie o ostatecznym losie człowieka. Patrzymy tylko w przyszłość najbliższą, ignorujemy to, co nas czeka już za kilkanaście lat. Czas to dla nas chwila dzisiejsza i tyle. Nie martwi nas to, że można z czasem stracić bliskich sobie ludzi: nie tylko dlatego, że życie nasze kruche – związki międzyludzkie kruche są również. Tracimy przyjaciół, bo jesteśmy nieznośni, egocentryczni, wyrachowani jak liczydła. Tracimy własne dzieci, bo wciąż są dla nas nieletni. Budzimy się nagle z moralnej drzemki samotni jak palec.

 

19:55, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 lipca 2012
Bóg Łaski pełen

Psalm 38,6-11


Do nieba sięga, Panie, Twoja Łaska,
a Twoja wierność aż po same chmury.
Twoja sprawiedliwość jak góry wysokie,
a Twoje wyroki jak ogromna otchłań.
Jak cenna jest Twoja Łaska,
przychodzą do Ciebie ludzie
i chronią się w cieniu Twych skrzydeł,
sycą się obfitością Twojego domu,
poisz ich potokiem Twoich rozkoszy.
Albowiem w Tobie jest źródło życia
i w Twojej światłości oglądamy światło.
Zachowaj swą Łaskę dla tych, co Ciebie znają,
a sprawiedliwość Twoją dla ludzi prawego serca".

Psalm nad psalmami, wydał mi się piękności szczególnej. Oczarowała mnie jego metaforyka, która jest przecież istotą poezji: nie rym ani nawet rytm, choć jest również tutaj jakiś swoisty. Wierzę, że istnieje Bóg, bo tak Go sobie wyobrażam: w istnienie innego uwierzyć nie mógłbym. Wyobrażam Go sobie jako Łaskę (przez duże „Ł" właśnie); czyli Miłość (po czesku i słowacku łaska to miłość i na odwrót), czyli nie kaprys wielkopański kogoś, kto nami w istocie gardzi, ale właśnie szacunek najwyższy.
Taki Bóg rysuje mi się w wybranych na dzisiaj wersetach. Bo jest w tym psalmie i kilka innych (odsyłam do Biblii), gdzie widać już nie Temat: Boga, Dobroć i Mądrość, ale autora: człowieka, który wygaduje na bliźniego swego, na paskudnego bezbożnika, pyszałka... Byłoby dobrze, gdyby to było pokazywanie wspaniałości duchowej Boga przez kontrast z człowiekiem: widzę w tym raczej przekonanie „podmiotu lirycznego" o własnej wartości przez kontrast z bezwartością kogoś, co mną nie jest. Postawa jakże płodna kiedyś i teraz, i zapewne na wieki wieków, bośmy tylko ludzie, oj, tylko.
PS. Ściśle biorąc, już końcówka dzisiejszego wyboru wersetów jest też w duchu tych, które zostały pominięte: Łaska jest tylko dla „ludzi prawego serca". A przecież jedynie Bóg zna ludzkie „serca i nerki", tylko On może nas osądzać. I jest dla wszystkich, dla wszystkich jest Jego Łaska, dla najbardziej nieprawych również. Taki Jego obraz przebija się powoli w ciągu wieków przez nasze wyobrażenia, w których sądzimy Go, wyobrażamy sobie po prostu według siebie.
Wszystkim Annom dzisiaj życzenia najlepsze! To, co prawda nie w Biblii, imię Jezusowej Babci: niech będą babuniami świętymi!

12:47, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
środa, 25 lipca 2012
Jakub coraz większy

Ewangelia 20,20-28

Dziś święto apostoła Jakuba, tego zwanego Większym. Imię owo, niezwykle popularne wówczas wśród Żydów, nosiło w najbliższym otoczeniu Jezusa kilku ludzi. Do Dwunastu należało na pewno dwóch: syn Zebedeusza, brat Jana, oraz syn Alfeusza. Tego drugiego utożsamia się tradycyjnie z Jakubem, bratem Jezusa, który potem był jednym z filarów powstającego Kościoła. Jest to jednak utożsamienie wątpliwe, ponieważ Jego bracia przekonali się doń dopiero po Zmartwychwstaniu, przedtem „nie wierzyli w Niego” (J 7, 5).  W ewangeliach występuje jeszcze dość tajemniczy „Jakub Mniejszy” (Mk 15,40), też utożsamiany z synem Alfeusza, też nie wiadomo, czy słusznie.

Koniec „jakubologii” ogólnej: teraz o Jakubie Zebedeuszowym. Właściwie to wiemy o nim niewiele czy raczej dużo, ale zawsze o obu braciach naraz. Należeli wraz z Piotrem do „ścisłej czołówki” Jezusowego otoczenia, zabiera ich On na górę Przemienienia i do ogrodu Getsemani. Co jednak nie znaczy, że błyskają od razu ewangeliczną mądrością. Jezus nazwał ich „synami gromu” (Mk 3, 17), bo chcieli spalić piorunem miasto samarytańskie, które nie chciało Go przyjąć, gdy szedł do Jerozolimy. A kiedy indziej obaj domagali się poczesnych miejsc w Królestwie Niebieskim, o czym właśnie jest dzisiejsza perykopa ewangelijna. Ten Jakub nazywany jest w tradycji postbiblijnej „większym” dla odróżnienia od tamtego „mniejszego”, ale w innym sensie zwiększał się dopiero stopniowo. Jako pierwszy z Dwunastu zginął za wiarę (Dz 12,2), ale wcześniej miał o niej wyobrażenia całkiem ziemskie. Mądrzejemy nie od razu.

Jest niemniej dzisiaj dużo bardziej znany niż Jakub Alfeuszowy, bo jego domniemany grób w hiszpańskiej Compostelli gromadzi pielgrzymki przeliczne. Przypisuje mu się pomoc w zwycięstwie nad „Saracenami” – nie wiem, czy w związku z owym piorunowym synostwem...

12:49, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
wtorek, 24 lipca 2012
Pytania egzegetyczne, pytania etyczne

Ewangelia Mateusza 12, 50

Kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten mi jest bratem, siostrą i matką”.

Aż tylu krewnych podał tu za przykład Jezus, bo Mu powiedziano, że Jego rodzina chce z Nim rozmawiać. Z ewangelii Marka (3, 20-21) dowiadujemy się, o co im chodziło: „Potem przyszedł do domu, a tłum znów się gromadził, tak że nie mogli nawet zjeść chleba. Gdy się o tym dowiedzieli Jego najbliżsi, przyszli, aby Go zabrać. Mówili bowiem: odszedł od zmysłów”. To tłumaczenie 11 Kościołów, myśmy przetłumaczyli nawet: „Zwariował”. I że rodzina przyszła, aby Go ubezwłasnowolnić”. Egzegeci pytają, kto tak o Nim mówił: postronni czy wręcz sami krewni? Wiadomo w każdym razie z ewangelii Jana (7, 5), że bracia Jezusa (rodzeni czy raczej przyrodni albo stryjeczni, cioteczni) nie darzyli Go szczególnym szacunkiem. Czyżby nawet Jego matka tak źle oceniała Jego działalność? Chyba tylko bała się o Niego: o Jego zdrowie, gdy tak niedojadał, czy raczej w ogóle o Jego los, gdy wzbudzał tak różne opinie na swój temat. Można nawet pytać, czy w słowach Jezusa poszerzających swoiście Jego rodzinę, nie było jakiegoś dystansu wobec niej. Wątpię jednak, by wobec Jego Matki.Tyle biblistyki, teraz pytania życiowe. Przecież nie zawsze wiemy, co jest wolą Bożą. Szczególnie gdy rozwój nauki stwarza tyle możliwości moralnego wyboru.
„In vitro”. Zacznę od stwierdzenia, które wydaje mi się oczywiste. Połączenie się plemnika z jajem, komórki męskiej z żeńską jest faktem o ogromnym znaczeniu. Tworzy się kod genetyczny, coś, co jakoś określa przyszłą istotę ludzką. Przyszłą? Zatem nie jest to jeszcze człowiek? Nie szafowałbym tym terminem. Że nie jest to jeszcze osoba ludzka, to przyznają nawet niektórzy zdecydowani obrońcy życia ludzkiego już od tego momentu, a słowo „człowiek” ma przecież praktycznie taki sens: że to jest ludzka osoba. Niemniej to nie zarodek innego gatunku zoologicznego, tylko właśnie „homo sapiens”.
Czy z tego jednak wynika nienaruszalność tej najpierwszej formy życia ludzkiego? Kwestionuje się to argumentem, że ów zarodek (embrion) nie może się rozwijać inaczej jak w łonie (macicy) kobiety, a tam niełatwo mu się dostać: bardzo wiele już zapłodnionych komórek ginie na tym etapie swego rozwoju. Można natomiast twierdzić, że w ogóle życie ludzkie na swoim początku jest bardzo kruche, także po zagnieżdżeniu się. Ale przecież nie ginie aż tak często.
Pytanie następne: czy w ogóle można oddzielać tworzenie się życia ludzkiego od stosunku płciowego? Czy taka sztuczność jest etyczna? Tu nie mam wątpliwości: cała medycyna współczesna taką sztuczność tworzy. Jest tylko (aż!) problem, że metoda in vitro wymaga praktycznie stworzenia kilku zarodków. A zatem mrozić czy nie mrozić? Czy mrożenie zakłada w praktyce niszczenie niewszczepionych zarodków? Są zdania bardzo różne. Profesor Waldemar Kuczyński w „Gazecie Wyborczej” z 17 lipca twierdzi, że w jego białostockiej klinice 95 procent kobiet wykorzystuje wszystkie zamrożone zarodki. Jak jest w innych klinikach, jak na całym świecie?
No i teraz problem prawny: czy można zakazać in vitro? W ogóle albo też tylko mrożenia zarodków? To pierwsze wydaje mi się pomysłem przedziwnym, jeśli jego przeciwnikiem jest nawet poseł Jarosław Gowin. To drugie? Rozumiem w pełni ludzi, którzy mają tu opory religijno-moralne, ale czy można tworzyć prawo ogólnospołeczne tak trudne do zrozumienia dla 70 procent obywateli: tyle według badania CBOS-u jest zwolenników metody zakładającej tworzenie więcej niż jednego zarodka.
Tyle moich głównych pytań w owej sprawie.

13:03, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 23 lipca 2012
Paweł, Prawo, pasja

 

List do Galatów 2,19

Ja dla Prawa umarłem przez Prawo, aby żyć dla Boga".

Paweł z Tarsu jest postacią wielorako symboliczną. Jako typ człowieka, który zmienił zapatrywania o 180 stopni, jako ten, co potem głosił te nowe z dynamizmem niesłychanym, jako wreszcie ów, co swoje poprzednie opinie analizował tworząc doktrynę, która opanowała kawał świata. Nie stworzył wręcz nowej religii, ona jest w nauczaniu Jezusa z Nazaretu, ale ją rozpracował intelektualnie z pasją olbrzymią. Choć z czasem łagodniejącą.
Wszystkie jego listy przetłumaczyliśmy i wydaliśmy w zeszłym roku jako kolejny tom Ekumenicznego Przekładu Przyjaciół. Każdy list jest tam poprzedzony wstępem, najczęściej ks. Michała Czajkowskiego. W dziele Pawła najobszerniejszym i chyba najważniejszym, czyli w Liście do Rzymian, widzi ów biblista pewną zmianę. „Trudne problemy, z którymi Paweł został skonfrontowany w Galacji i Koryncie, straciły już na ostrości. Podkreślając stanowczo darmowość usprawiedliwienia z Łaski Boga, bo «człowiek jest usprawiedliwiony przez wiarę bez uczynków Prawa», patrzy teraz bardziej pozytywnie na Prawo (Torę), pisząc o jego wypełnieniu przez miłość (13,8-10). «Czyż więc Prawo niweczymy przez wiarę. Przenigdy! Przeciwnie: Prawo utwierdzamy (3, 31)». Wiara musi być okazana w czynach, Prawo jest więc potrzebne. Co więcej, zostało ono wypisane nawet w sercach pogan (2,15)".
Co odnotowuję jako komentarz do przepisanego na dzisiaj fragmentu Listu do Galatów, znacznie wcześniejszego niż ów do Rzymian. A Prawo to tak starotestamentalne szczegółowe przepisy, które chrześcijan nie obowiązują, jak i na przykład Dekalog, fundament etyki uniwersalny. 

12:52, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
niedziela, 22 lipca 2012
W dolinie ciemnej i głuchej

Psalm 23, 1.4

Pan jest moim pasterzem, 
Niczego mi nie braknie.(...)
Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”

Brakuje mi najważniejszego: wiary. Po prostu w to, że On JEST. Trzeba pamiętać o tym, gdy nadchodzi szarość depresji, gdy mnożą się drobne nieszczęścia, gdy wydajemy się sobie zwyczajnie głupi i podejrzewamy, że to nie tylko nasz pogląd. Gdy przyszłość zaczyna  przerażać na dobre: coraz wyraźniej widać nieuniknione niedołęstwo starości, samotność trudną do zniesienia, koniec wszystkiego, czyli ostatnią podróż w NIEZNANE. No i wyrzuty sumienia mnożone wspomnieniami, które cofają złośliwie film ziemskiego żywota. Zdobyć się na to, by być wierzącym na serio, nie tylko w gładkich pisankach. Amen. 

12:33, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
sobota, 21 lipca 2012
Trzcina i bicz


Ewangelia Mateusza 12, 19-20

Nie będzie się spierał ani krzyczał. (...) Trzciny zgniecionej nie złamie”.

Obraz z księgi Izajasza, odnoszony potem do Jezusa. Jak odnosić go do siebie jako receptę moralną, jako regułę życia? Jednym trudno wytrzymać bez walki, nie dają sobie w kaszę dmuchać, chcą, by była stale gorąca. Walczą o swoje, ale i o cudze, drażni ich każda niesprawiedliwość. Uchodzą za nieznośnych .
Inni są chłodni, spokojni, potulni właśnie, nieskorzy do kłótni, wolą siedzieć cicho. Są jak to cielę pokorne, co dwie matki ssie, nieszkodliwi, ale w ich potulności jest półświadoma metoda. Rewolucji nie robią, ale niesprawiedliwość kwitnie wokół nich i owocuje. Oportunizm.
Jezus poszedł potulnie na krzyż, ale przedtem ciskał gromy potężne. Był trzciną, ale i biczem.


12:51, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
piątek, 20 lipca 2012
Szaleńcza niewola Szabatu

Ewangelia Mateusza 12, 1-8

Uczniowie Jezusa pożywiają się kłosami zboża, czym gorszą faryzeuszy. Nie konsumowaniem nieswojego pożywienia, co było w ten sposób dozwolone, tylko tym, że czynią to w szabat. Jezus broni ich przypomnieniem, że Dawid jadł chleb przeznaczony tylko dla kapłanów, a owi „funkcjonariusze kultu” (termin z PRL-u, nie z Biblii) naruszają czasem bezkarnie „spoczynek szabatu” (zabijaniem w świątyni zwierząt, skądinąd w ten dzień zabronionym). Chrystus mówi, że „Syn Człowieczy”, On sam jest Panem szabatu, czyli najwyższym prawodawcą, a poza tym że powiedziano w Biblii: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary”. Oto negacja rytualizmu i legalizmu, która jest jednym z głównych przesłań Ewangelii.
A swoją drogą legalizm grozi każdej wspólnocie, w każdej może zdarzyć się swoista niewola prawa. Przypomina mi się przypadek kioskarki ukaranej dużą grzywną za brak jakiegoś papiereczka.
 


14:16, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
czwartek, 19 lipca 2012
Jarzmo, brzemię... Bić dzieci?

 Ewangelia Mateusza 11,28-30


Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie".


Przesłanie różnorodne. Ludzi przeżywających religijne lęki uspokoi powiedzenie, że Jezus jest łagodny: to lek na strach przed wiecznym piekłem. Już jednak zachęta do wzięcia na siebie Jego jarzma zakłóci ewentualny błogostan duchowy. Brzemię lekkie? To przecież krzyż! Co więcej, mamy się od Niego uczyć, czyli być łagodni i pokorni wobec bliźnich. Potwornie to trudne, gdy jest potraktowane serio.
Lektura wczorajsza: najnowszy „Tygodnik Powszechny". Temat wiodący: bicie dzieci. Tu etyka chrześcijańska jakby różni się od laickiej - jakby, sądząc po tym, co się słyszy. Bo powinna być przecież maksymalnie łagodna, współczująca, a taka w praktyce nie jest. „Tygodnik", podobnie jak miesięcznik „W drodze", jest tu na szczęście daleki od opinii, że żaden klaps na pewno nie zaszkodzi. Polecam też znakomicie wyważony edytorial ks. Bonieckiego oraz felieton homiletyczny ojca Oszajcy, pełen wspaniałego korporacyjnego krytycyzmu, tak wciąż rzadkiego w Kościele moim. 

13:20, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
środa, 18 lipca 2012
Pastuszkowie, ale i mędrcy

 

Ewangelia Mateusza 11,25

Wyznaję Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, albowiem zakryłeś to przed uczonymi i inteligentnymi, a odkryłeś prostaczkom”.

Tłumaczenie po trosze moje własne, wzorowane na francuskiej Biblii Jerozolimskiej. Tak, apostołowie nie byli „uczonymi w Piśmie”, a proste kobiety przechowywały wiarę chrześcijańską w Rosji sowieckiej, inteligencja znacznie rzadziej.Ale apostołem był również intelektualista Paweł. Wiara „babuszki” nie ma być ideałem, nie zawsze jest pełniejsza, głębsza niż wiara człowieka wykształconego, grozi jej pogoń za cudami, rytualizacja, myślenie magiczne, myślowe zamknięcie na wszelką inność. W Kościele zawsze będą pastuszkowie i mędrcy. 
A propos owej inności: 4 lipca zmarł mój przyjaciel Michał Horoszewicz. Śmierć ta jest dużą duchową stratą nie tylko dla mnie: dla kultury polskiej, dla dialogu polsko-żydowskiego i chrześcijańsko-żydowskiego, dla Kościoła rzymskokatolickiego. Tak, dla mojego Kościoła również. Ten człowiek o poglądach zdecydowanie laickich, wolnomyślicielskich, pisał o sprawach kościelnych bardzo spokojnie, obiektywnie, rzetelnie. Z erudycją wręcz niebywałą. Uważał się za publicystę, nie za uczonego, a przecież jego wiedza eklezjologiczna była kolosalna, godna zazdrości niejednego katolickiego historyka Kościoła. 
Specjalizował się w sprawach relacji między Kościołem a Synagogą. Napisał na ten temat wiele artykułów, przede wszystkim jednak obszerną książkę. Wydane przez Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w 2001 r. dzieło nosi tytuł „Przez dwa millennia do rzymskiej synagogi"; ma podtytuł „Szkice o ewolucji postawy Kościoła katolickiego wobec Żydów i judaizmu", ale ta formuła dowodzi dużej skromności autora. Nie umiem wymienić innej polskiej książki, szkicującej syntetycznie historię stosunków owych dwóch wielkich religii. Czyniącej to właśnie w sposób bardzo zrównoważony: wytrawny watykanolog Michał Horoszewicz twierdził na przykład, że przez długie wieki papiestwo było w świecie chrześcijańskim obrońcą Żydów. Nie zawsze, taka postawa skończyła się na progu nowożytności: sytuacja Narodu Wybranego w Państwie Kościelnym uległa w drugiej połowie XVI wieku znacznemu pogorszeniu. Ale nawet i później zdarzały się uczciwe gesty Rzymu. Na przykład franciszkanina Lorenza Ganganellego (późniejszego papieża Klemensa XIV), który w raporcie przyjętym przez ówczesnego biskupa Rzymu Klemensa XIII kwestionował polskie procesy o rzekome mordy rytualne w wieku XVIII.
Dzielny badacz dziejów pracował do ostatnich dni swego życia. Jego resztę chciał poświęcić sprawie Alfreda Dreyfusa, francuskiego oficera pochodzenia żydowskiego, oskarżonego fałszywie o zdradę: planował obszerną monografię tego tematu. A znał go na tyle dobrze, żeby cytować papieża Leona XIII, porównującego niedolę Dreyfusa „do losu Syna Bożego Ukrzyżowanego"! Nie zdążył napisać tej książki: ufam jednak, że spotkał już bohatera swego wymarzonego dzieła tam, gdzie króluje Bóg-Człowiek Żydem będący, zatem żaden antysemityzm dostać się nie może. 


13:41, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
wtorek, 17 lipca 2012
Bo gdyby w Sodomie... Każdy jest teologiem - głosi Robert M. Rynkowski. ”Więź”: seks nie grzech!

 

Ewangelia Mateusza 11, 23-24

Albowiem gdyby w Sodomie dokonały się znaki mocy, które stały się w tobie, uchowałaby się aż do dzisiaj. Toteż mówię wam, że ziemi sodomskiej łatwiej będzie w Dzień Sądu, aniżeli tobie”.

Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.Albowiem nikt nie jest prorokiem we własnym kraju: jest to prawda psychologiczno-ewangelijna uniwersalna. Nikt nie jest prorokiem we własnym domu: mężczyźnie każda cudza żona wydaje się znośniejsza niż własna. Jest nawet taki szmonces: przychodzi Icek do rabina i pyta: - Rebe, jaka musi być żona przede wszystkim? Piękna? Dobra? Mądra? – Icek, żeby się mężowi podobała, wystarczy, że będzie cudza... Rodzeństwo nie tylko nie docenia brata czy siostry, nieraz wręcz nie cierpi go, bo zazdrości sukcesów. Tak było zapewne z braćmi Jezusa, którzy weń nie wierzyli, póki nie zmartwychwstał. Własne dzieci wydają się o wiele bardziej niegrzeczne niż cudze, właśni rodzice o wiele nudniejsi niż ciotki czy wujkowie. Właśni autorzy widzą się redaktorom raczej przeciętni, choć inne pisma zazdroszczą im takich piór. Tak to się dziwnie plecie na tym grzesznym  świecie. 
A te „znaki mocy” to termin grecki tłumaczony na ogół jako cuda, choć oryginał ma własny odpowiednik owego wyrażenia, a w ogóle aż trzy słowa oznaczające taką niezwykłość.
Lektury. Najpierw o tym, co dla wielu starych i młodych najciekawsze. Lipcowa „Więź”: seks nie grzech! Miesięcznik warszawski dzielnie drąży tematy kościelne, w których w naszym kraju wciąż nie dość mądrego rozrabiania. W najnowszym numerze problem przyjemności. Zabawne? Zależy, dla kogo. Dla wszystkich Polaków poważnie traktujących chrześcijańską tradycję moralną lektura „Więzi" będzie ciekawa, a może dla niektórych kontrowersyjna.
Ot, taki na przykład passus z tekstu ks. Andrzeja Draguły: „Chrześcijańskie średniowiecze gotowe było potępić wszelką przyjemność łączącą się z życiem seksualnym, nawet tę, która powiązana jest ze współżyciem małżonków. (...) Wszelkie współżycie małżeńskie - chociaż przecież legalne - powodowało stan moralnej nieczystości, dlatego mnożono zakazy współżycia. (...) Seks małżeński zakazany był w niedziele, okresy pokutne przed wielkimi świętami i w same dni świąteczne". Albowiem „według myśli średniowiecznej pożądanie seksualne i jego zaspokojenie zawsze jest nieczyste". Według pewnego ówczesnego teologa „stosunek małżeński, do którego dochodzi dla zaspokojenia pożądania lub dla przyjemności, jest grzechem śmiertelnym". Nawet gdy celem stosunku jest tylko rozmnażanie, to według innego moralisty odczuwanie wtedy „rozkoszy ciała" jest grzechem powszednim.
Ktoś może twierdzić, że to karykatura kościelnej historii, ja jednak naczytałem się trochę na ten temat i wiem, że tak było. Jak jednak w takim razie chrześcijanie nie wymarli, bojąc się każdego sposobu na przedłużenie gatunku? Oczywiście grzeszyli żyjąc z tą świadomością, nic dziwnego, że czując się nieczyści bardzo rzadko przystępowali do Komunii, a celibat uważany był oczywiście za stan nieporównanie świętszy niż małżeństwo. Na szczęście było, minęło, acz ojciec Knotz wydaje się niektórym księżom demoralizatorem, kiedy głosi, że w małżeństwie każde pieszczoty są dobre, nawet i oralne.
Zająłem się tylko przyjemnością łóżkową, choć oczywiście są inne. I w sprawie tych innych dużo łatwiej się dogadać wyznawcy etyki katolickiej z tym, który preferuje laicką. Dlatego też zapewne i ten drugi nie uśmiechnie się złośliwie, gdy przeczyta w owym zeszycie „Więzi" taką myśl znakomitej mniszki, siostry Małgorzaty Borkowskiej: „Przyjemność to coś ulotnego, coś jak czyjś uśmiech do nas. Co innego szczęście - ono jest trwałe - a przyjemność jest chwilowa".Niemniej nie trzeba się katować. Szczególnie, że życie uczciwe i bez tego bywa katorgą. Coraz więcej mamy nad Wisłą teologów świeckich. Wśród nich dr Robert M. Rynkowski, który wydał niedawno książkę pt. ”Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii” (WAM, Kraków 2012). Książka istotnie niepiłowata, to raczej eseje niż ”studia”. Autor rozważa różne sposoby na odnudnienie polskiej teologii, ja za najważniejszy uważam jeden: niech autorzy będą bardziej odważni, nie tylko np. ks. Hryniewicz. Znowu szmonces, teraz z ”Lalki” Prusa. - Co to jest: w koncze stoi i sze boi? Szezląg...
No i coś z Wydawnictwa PROMIC: ”Modlitewnik dla dorosłych”, zbiór tekstów spory. Przyda się właśnie ludziom starszym, którzy - inaczej niż ich dzieci - zadanej przez spowiednika litanii nie znajdą w internecie, bo to nie ich żywioł.   
 

14:56, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 16 lipca 2012
Kubek wody dla ucznia, ale któż to właściwie?

Powieść o grzechach głównych prawdziwie pobożna Ewangelia Mateusza 10, 40-42 „Kto was przyjmuje, mnie przyjmuje, a kto mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który mnie posłał. Kto przyjmuje proroka w imię proroka, zapłatę proroka weźmie, a kto przyjmuje sprawiedliwego w imię sprawiedliwego, zapłatę sprawiedliwego weźmie. A ktokolwiek by dał się napić jednemu z tych najmniejszych kubek zimnej wody tylko w imię ucznia, zaprawdę powiadam wam, nie straci zapłaty swojej". Tak przetłumaczył Wujek (oczywiście uwspółcześniony, r. 1948). Wszystko wydaje mi się jasne w dwóch pierwszych wersetach: gdy chodzi o Chrystusa, a potem proroka i sprawiedliwego. Problem zaczyna się dla mnie dopiero w wersecie 42, gdy ten, którego trzeba wesprzeć, nazwany jest uczniem. Łatwo o interpretację zacieśniającą: że ów „najmniejszy" to, owszem, nikt jakoś szczególny, ale też nie każdy człowiek, tylko uczeń, czyli ktoś słuchający Chrystusa, ogólniej - Boga. Zatem nie jakiś paskudny grzesznik. Myślę, że jednak to egzegeza mało ewangelijna. Przecież Ewangelia jest jednym wielkim protestem przeciw takiemu kategoryzowaniu ludzi, osądzaniu według jakichś schematów. ”Celnicy i grzesznicy” jako nieraz nie gorsi od sprawiedliwych...Niemniej grzechy są faktem i nie ma powodu, by o nich nie pisać, gdy piszemy o życiu. Biblia jest tu wzorem dla uczniów Chrystusa (też Mojżesza i Mahometa), których swędzi pióro, a dzisiaj komputer. I tak przechodzę gładko do mego dość częstego dodatku lektorskiego.Lektura wakacyjna. Być może nie umiem odpoczywać, ale nasze coroczne pobyty w Cieplicach przeznaczam w dużej mierze na to, co robię w Warszawie, czyli pisanie i czytanie. Piszę zatem, co mi podyktują moi uczeni tłumacze Biblii, ale poza tym czytam coś, co przydaje mi się do mojej pracy zawodowej. Czasem są to teksty poważne: jakieś studium albo artykuł, ale kiedy indziej powieść. Tyle że zawsze rzeczy „eklezjologiczne".W dniach od 1-7 lipca przeczytałem pożyczoną w bibliotece wspaniałego domu prawosławnego książkę pt. „Grzechy kardynalne". Autor - ksiądz amerykański Andrew M. Greeley, tłumacz (dobry) Piotr Kuś, wydawca polski: Książnica (Katowice 2001). Rzecz ukazała się w USA dwadzieścia lat wcześniej, jej akcja kończy się jeszcze dawniej. Tłem romansu jest trzydzieści lat historii całego Kościoła rzymskokatolickiego, zakończone wyborem na papieża Karola Wojtyły, głównie jednak sprawy Kościoła w Stanach Zjednoczonych. A jest to rzeczywiście romans, tyle że w nowym stylu. Bardzo dużo o miłości, ale w wersji zgoła wyzbytej pruderii: scen łóżkowych legion, opisywane, co prawda, bez pikantnych detali anatomicznych, ale językiem, w którym słowo angielskie oddane polskim „pieprzyć się" pada bez zahamowań. Dodam jednak, że w dialogach, nie w narracji. Autor duchowny ma usprawiedliwienie, że musi pokazywać ludzi, jakimi są, nie jacy powinni być.  Powieść jest zatem o seksie. Trudno, żeby dzisiaj było inaczej, tylko że jest to seks eklezjalny. Uprawiany przez różnych kapłanów, w szczególności przez jednego z głównych bohaterów, który załapał się wręcz na kapelusz kardynalski. I nie odbiega on, ów duchowny, nazbyt radykalnie od normy (statystycznej, nie moralnej - oczywiście).Pierwsze moje wrażenie było takie, że jest to rzecz antyklerykalna,  taka, jakiej w dzisiejszej dobie pełno, również nad Wisłą. Bo poza księżym spółkowaniem mamy tu również kościelne machinacje „mamonalne", karierowiczostwo, w ogóle różne grzechy zwane w naszych katechizmach raczej głównymi, nie kardynalnymi. Obraz instytucji nie z tygodnika „Nie" albo „Fakty i Mity", niemniej na pewno nie z „Niedzieli". A że na dodatek wydawca nie jest kościelny, więc nie przeczytałbym pewnie, gdyby nie wcześniejsza lektorka, moja żona, która mi powiedziała, że nie jest z ową powieścią tak źle.A nawet jest bardzo dobrze. Inne odczytanie książki wynika zresztą z autorskiego posłowia. Greeley mówi tam wyraźnie, że „Kościół, którzy często bywa ladacznicą (...), potrafi się odnowić i stać się ponownie niewinną dziewicą (przeczytajcie Pierwszy List Piotra)". Ba, nawet, że „celibat jest tak trudny dla wszystkich księży, dla wielu nie do utrzymania, bywa konstruktywną i słuszną drogą życia dla wielu zdrowych i mądrych mężczyzn". Morał przylepiony słabo, jak listek figowy? Nie, ponieważ powieść ma za głównego bohatera takiego właśnie kapłana, co potrafi zapanować nad zmysłami, także zresztą nad pokusami pozałóżkowymi. Nie jest mu łatwo, ma wielkie kłopoty ze swoją instytucją, ale daje radę.Można bronić Kościoła mówiąc, że jest święty i kropka, ale to już dziś raczej nie bierze. Lepsza jest apologetyka księdza amerykańskiego. Stosuję ją zresztą sam, choć w innych gatunkach literackich. Miło mi było znaleźć bratnią duszę autorską. PS. W Europie Środkowej głośno o dwóch redemptorystach: w Polsce o Rydzyku, na Słowacji o Bézaku. Pierwszy jest uwielbiany przez lokalny episkopat, trochę i przez papieża, drugi wręcz przeciwnie. Odruchowo wolę drugiego, szczególnie że jego była diecezja Trnawa nazywała się jakiś czas Turnau!   

12:53, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
Archiwum