Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 31 lipca 2011
Miłość i miecz


List do Rzymian 8,35.37-39


Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani potęgi, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.”


Paweł czasem wikła się w skomplikowane wywody, kiedy indziej jednak jest poetą niemal. Ale...
Miłość Chrystusowa wyraża się nawet w mieczu? Wciąż to samo: Boże pisanie po liniach przeraźliwych. Dla chrześcijanina jednak jest nadzieja zbawienia, szczęśliwości pośmiertnej, pozwala ona znosić wszelkie cierpienia. Stoicyzm chrześcijański: ten laicki, ateistyczny, z „Dżumy” Camusa, każe być bohaterem bez tej nawet nadziei, my mamy łatwiej.
Łatwo mi było to napisać? Nie. Ale naprawdę tak myślę. Trudniej mi uwierzyć w Bezsens. Jeśli jednak ktoś myśli inaczej, to znaczy nie wierzy w ów happy end, a żyje uczciwie, chylę przed nim czoła bardzo, bardzo nisko.


09:53, jan.turnau
Link Komentarze (77) »
sobota, 30 lipca 2011
Trzy portreciki Heroda Antypasa

Ewangelia Mateusza 14,1-12


Opowieść o zamordowaniu Jana Chrzciciela. Szczegół niebagatelny: Herod (Antypas, syn Heroda Wielkiego, tego, co chciał zabić Jezusa zaraz po Jego urodzeniu) wypada u Marka lepiej niż u Mateusza. Ten podaje tylko, że ów władca „bał się jednak ludu, ponieważ miano go za proroka”, Marek pisze natomiast (6,20), że „Herod bowiem czul lęk przed  Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał.” Ciekawe, że Mateusz nie wykorzystał informacji (opinii) Marka, którą zapewne znał.
Łukasz przedstawia tego Heroda jeszcze gorzej, powiada krótko (3, 19-20): „Herod zaś tetrarcha, upominany przez niego o Herodiadę, żonę jego brata, i o wszystko, co Herod uczynił złego, dołożył i to do wszystkiego, że zamknął Jana w więzieniu.” (Tu dla odmiany cytuję ”Synopsę do czterech Ewangelii” Michała Wojciechowskiego). A później przytacza słowa Jezusa, który nazywa Antypasa lisem (13,31-32). Tylko też w tej ewangelii jest mowa o przesłuchaniu Chrystusa przez owego lisa, mało dlań pochlebna (23,6-12).

09:40, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 lipca 2011
Marta nie mniej warta

Ewangelia Jana 11,19-27 i Ewangelia Łukasza 10,38-42

Dziś Dzień Marty, Marii i Łazarza. W „rozpisce” watykańskiej jest „albo”, nie „i”, ale ja polecam lekturę obu tekstów (także księżom w kościele, w każdym razie niech w homilii uwzględnią obydwa). Inaczej bowiem obraz postaci biblijnej będzie jednostronny. Bardziej znana jest opowieść Łukaszowa, w której Marta wychodzi może trochę na kurę domową, co myśli tylko o gastronomii, gdy jest okazja porozmawiać o sprawach ważniejszych. To zresztą egzegeza w ogóle wątpliwa: raczej ona też by chciała być blisko Mistrza, zła była na siostrę, że zostawiła ją samą z zajęciami gorszego gatunku. Jezus jej jednak powiedział, że duch ważniejszy niż brzuch - i takie jest przesłanie Ewangelii, nie biografia, ale teologia. Choć oczywiście można tworzyć sobie obraz obu sióstr, w którym Marta jest bardziej praktyczna niż Maria.
W każdym razie trzeba też czytać opowieść Jana. Zapewne bardziej kompetentną, bo znał obie siostry osobiście, nie z relacji cudzej (może świadomie dopełniał wcześniejszy „image” Łukaszowy). Otóż można by nawet wysnuć z Janowej wniosek, że Marta bardziej kochała Jezusa niż jej siostra. Zagapiłem się pisząc dzisiejszy felieton do „Metra” i gdyby nie podpowiedź z Góry, stwierdziłbym ochoczo, że tu Marta wypada lepiej niż siostra: napisano przecież, że kiedy „dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie, Maria zaś siedziała w domu”. Może było tak, że Maria nie pobiegła z nią, bo siostra zazdrośnie zatrzymała tę wiadomość dla siebie (może trochę rywalizowały ze sobą, obie zakochane w Mistrzu) albo raczej po prostu zapomniała od razu ją przekazać: potem przecież to zrobiła. Ważne bardzo jest jej wyznanie wiary, analogiczne do Piotrowego (Mt 16,18): „Ty jesteś Mesjaszem, Synem Bożym, który miał przyjść na świat.”
Wszystkim Martom życzę dziś wiele pomocy Bożej i ludzkiej we wszystkich ich sprawach duchowych i materialnych! Martom Kuśmierskiej i Frey osobliwie!

16:54, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
czwartek, 28 lipca 2011
Stare i nowe równie dobre

Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy stare i nowe."


Już taki jestem od wieków, że lubię nowości. Staram się odnawiać mój Kościół, inne sprawy już mniej, muzyki i sztuki nowej nie trawię, poezji również. W sprawach religijnych nie jestem jednak radykałem, choć na tle polskim pewnie tak wypadam.
Coraz bardziej wydaje mi się, że Kościół nie może być na jedno kopyto. Nie był taki, gdy się zaczynał: najlepszy dowód to cztery ewangelie, każda trochę inna. Jakoś nikomu to nie przeszkadzało, wręcz zostało utrwalone w kanonie. Gdyby ci, co go ustalali, mieli mentalność watykańską, nie pozwoliliby na taki „zamęt". Inne Kościoły też mają skłonności uniformistyczne, choć pewnie nie tak dotkliwe.
Niech jedni przyjmują Komunię na rękę, drudzy do ust, jak to jest w kościele Matki Bożej Jerozolimskiej, w Warszawie przy trasie Łazienkowskiej (gdzie na domiar nowego kielich podają wszystkim kobiety: co prawda zakonnice, ale one też płciowe...). Niech jeden przedtem klęka, drugi nie, jak jest tam również. Pewien proboszcz w Łodzi wpadł podobno w nowinkarską skrajność: zabrania przyklękać! Nie przeszkadza mi wcale rytuał trydencki, byle bez antyjudaizmu w Wielki Piątek. W końcu msza prawosławna też odcina lud od kapłana, nawet bardziej. Mam nadzieję, że ruch ekumeniczny doprowadzi do pojednania na podstawie dużej różnorodności. Amen!
PS. Cieszę się, że mój blog pozwala na swobodną dyskusję o sprawach kościelnych. ale błagam o grzeczność wobec siebie nawzajem, też o trochę szacunku dla krytykowanych instytucji. Nawet dla mojego Kościoła...

12:43, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
środa, 27 lipca 2011
Mojżesz rogaty

Księga Wyjścia 34, 29


Gdy Mojżesz zstępował z góry Synaj z dwiema tablicami Świadectwa w ręku, nie wiedział, że skóra na jego twarzy promieniała na skutek rozmowy z Panem".


Scena tak ważna, Dekalog jako fundament etyki dużej części ludzkości, a tu szczegół translatorski zabawny. Biblia Poznańska tłumaczy, że „tekst hebrajski wyraża owo rozjaśnienie oblicza przez czasownik quaran (który dosłownie oznacza: dąć w róg), spokrewniony z rzeczownikiem queren = róg. Róg jest synonimem światła i mocy (por. Hab 3,4). Święty Hieronim w Wulgacie poszedł za wersją Aquili, tłumacząc: »ingnorabat, quod cornuta esset facies tua» (dosł.: nie wiedział, że twarz jego była rogata). Pod wpływem tego wyrażenia malarze i rzeźbiarze (np. Michał Anioł) często przedstawiali Mojżesza z rogami na czole".
Takim też obrazem ozdobił kościół proboszcz mojej niegdysiejszej parafii, za co go obśmiałem ostro: że przyprawił Mojżeszowi rogi. A teraz myślę sobie, że młodsze pokolenie może by się tym malunkiem  nie przejęło. Wyrażenie „przyprawić rogi" pewnie wyszło z użycia, rogaty  Mojżesz skojarzyć się może z jakimś kultem byka,  jako symbolem siły, nie bożkiem, i nie zdziwi. A etyka seksualna też już dziś nie ta, co przed pół wiekiem...


13:45, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 lipca 2011
Jego Babcia i Dziadek

Mądrość Syracha 44,13

Pamięć o nich trwać będzie przez wieki”.

Dziś święto rodziców Marii z Nazaretu, Joachima i Anny. Pamięć jest niewątpliwa, szczególnie o Annie, niewątpliwie również istnieć musieli, acz ich imiona i wszelkie szczegóły biograficzne nie z Biblii pochodzą, ale z apokryficznej Protoewangelii Jakuba. Wczesnej: druga połowa II wieku, ale dobrze tłumaczącej swoim bajdurzeniem, czemu nie weszła do kanonu: gdzież jej do tamtych czterech, do ich zwięzłości i powagi.
Niemniej to właśnie aksjomat, że posiadał dziadków „matecznych” i można snuć przypuszczenia, jaką rolę odegrali w Jego rozwoju duchowym. Być może mniejszą niż rodzice Józefa, bo chyba tamci byli ważniejsi: Maria weszła do jego rodziny, tamci mogli mieszkać gdzieś dalej. Co jedni i drudzy myśleli o tajemnicy rodzinnej Józefa i Marii? Notabene „Protoewangelia Jakuba” sugeruje dziewicze poczęcie także matki Jezusa. No cóż, cudomania... Joachim i Anna byli pierwszą normalną parą małżeńską uznaną jako taka za świętą (tradycja już z II wieku).
Wszystkim babciom i dziadkom (sobie też) życzę dziś mądrego spełniania tej ważnej społecznie roli!


13:12, jan.turnau
Link Komentarze (59) »
poniedziałek, 25 lipca 2011
Jakub, gromu miłośnik? Zuzanna i samce


Ewangelia Mateusza 20, 20-28


Przeznaczona nam na dzisiaj ta perykopa, bo świętujemy pamięć apostoła Jakuba Zebedeuszowego, a o nim jest owa opowieść. Początkowo nie o nim osobiście, ale o jego matce, która poprosiła Jezusa, żeby jej synowie zostali przezeń wyróżnieni: aby zasiedli w Jego Królestwie, „jeden po prawej, drugi po lewej stronie".
Drugi syn jej i Zebedeusza to apostoł Jan, postać w ewangeliach i Dziejach dużo głośniejsza, choć Jakub, przed bratem zawsze wymieniany, był chyba odeń starszy. Obaj należeli do najściślejszych współpracowników Mistrza: gdy tylko Jezus zabiera gdzieś niektórych apostołów, to zawsze ich dwóch, oczywiście poza Piotrem i, już nie zawsze, Andrzejem. Ciekawe jednak, że niemal na tym nasza wiedza o tym Jakubie się kończy. Nie całkiem, bo był wśród Dwunastu pierwszym męczennikiem (Dzieje 12,2), choć nie pierwszym wśród uczniów Chrystusa, wyprzedził go w tym Stefan (Szczepan). Jakub zginął bardzo wcześnie i tu jest może przyczyna, że nie rozwinął skrzydeł w działalności ewangelizacyjnej czynem ani piórem.
Wracam do opowieści o troskliwej mamusi. Marek przedstawia rzecz trochę inaczej: petentami są sami synowie. U Mateusza zresztą nie odbywa się to poza nimi: występują najwyraźniej razem z matką, bo choć ona prosi, Jezus odpowiada bezpośrednio uczniom marzącym o awansie. Pyta ich, czy chcą pić kielich, który On ma pić (u Marka też, czy chcą przejść chrzest). Odpowiadają, że owszem - nie wiedzą, co to znaczy. Dowiedzieli się z czasem (choć jest przypuszczenie, że Jan umarł śmiercią naturalną). Póki co, zgorszyli tym ambicjonerstwem pozostałych apostołów. Wyróżnili się jeszcze kiedyś zapalczywością: Jezus nazwał ich Synami Gromu (Marek 3,17), ponieważ chcieli spalić piorunem wieś samarytańską, która nie przyjęła Go idącego do Jeruzalem (Łukasz 9,54). Przeszedł im także ów antysamarytanizm: w każdym razie Janowi. Opisał on dokładnie rozmowę z Samarytanką, w związku z czym przypuszcza się, że środowiskiem powstania jego ewangelii była jakaś wspólnota składająca się między innymi z tamtych „heretyków", nawróconych gremialnie na nową religię przez diakona Filipa (Dzieje 8,5-25 - napisała o tym Stanisława Grabska w swym uczonym dziełku pt. „Jan III").
Można o dzisiejszym apostole powiedzieć jeszcze to, że może nie był prościutkim rybakiem, bo ich ojciec miał najemników (Marek 1,20), czyli większe przedsiębiorstwo, czyli więcej pieniędzy, a więc i nauki w rodzinie.
Na koniec coś pozabiblijnego. Otóż ten apostoł stał się postacią ogromnie znaną grubo po śmierci i to jakby jednak jako gromu miłośnik. Tradycja, że działał w Hiszpanii, według „Encyklopedii katolickiej" nie ma podstaw, niemniej rozkwitła ideą, że mamy tam jego grób, a Santiago de Compostela jest miejscem pielgrzymkowym pięciogwiazdkowym. W książeczce „Dwunastu apostołów" ironista genialny ks. prof. Jan Kracik napisał, że bohater dzisiejszy stał się, bez swej wiedzy i woli, patronem walki z Maurami. Jan przeszedł do legendy jako ktoś od miłości, Jakub od walki. Habent sua fata apostoli...
W poniedziałkowym przeglądzie prasy odnotuję publikację już nie najświeższą, ale ciągle aktualną (wierzę, że nie na wieki wieków...). Zuzanna Radzik otwiera „Tygodnik Powszechny" z 17 bm. tekstem o kobiecie w Kościele pt. „Cichy exodus". To dziewczyna (lat 28) wielkiej odwagi: to ona zdemaskowała przykościelną warszawską księgarnię antysemicką naprzeciw synagogi. Teraz powiada śmiało o innej kompromitacji.
”W sumie to sama nie wiem, Kościół jest dziwny - pisze forumowiczka w jednej z tysięcy internetowych rozmów o antykoncepcji, Kościele i spowiedzi. Pisze, zastanawiając się, czemu metody naturalnego planowania rodziny «tak» a prezerwatywa «nie» Większość nie rozumie, skąd reguły i czemu służą. Większość też się do nich nie stosuje.
W internetowych dyskusjach, podobnie jak w tych zasłyszanych w kawiarniach, autobusach, od kuzynek i koleżanek, występują «oni» i «my». «Oni» są rodzaju męskiego, czasem nazywani mężczyznami w koloratkach; decydenci. «My» jest rodzaju żeńskiego. «My» jest żywo zainteresowane sprawą, ale nie rozumie niuansów  kościelnych zasad. «Oni» pewnie też ich nie pojmują, bo skargi, że tu rozgrzeszają, a tam nie, słychać często. Ten brak konsekwencji wykorzystują kobiety, przekazując sobie nazwiska księży, którzy rozgrzeszenie dają.
Większość rodzin w katolickiej Polsce ma rozmiar 2+2 nie dlatego, by NPR był powszechnie stosowaną metodą planowania rodziny. Po prostu stosują antykoncepcję. Albo nie spodziewają się dostać rozgrzeszenia i do spowiedzi nie chodzą, albo kombinują. Nie będą ryzykować, czy trafią na księdza, który spojrzy łagodnie, czy na takiego, który będzie grzmiał. Albo nie chcą mieć poczucia, że kombinują, więc rezygnują z prób. Poza wszystkim kobiety mają też opór, by mówić mężczyźnie o intymnych sprawach.
Poruszająco wyznaje użytkowniczka jednego z forów; nie spodziewa się, by jej sytuacja nieprzystępowania do sakramentów, spowodowana stosowaniem antykoncepcji, miała zmienić i bardzo ją to smuci. Na razie smuci, bo potem może nauczy się być obok, przestanie przychodzić. Albo, jak inni, przestanie szczerze wyznawać na spowiedzi, jakich metod używa planując wielkość swojej rodziny. Czy zatajanie w konfesjonale przyjmowania tabletek dobrze służy życiu duchowemu? Czy wykluczone do menopauzy z życia sakramentalnego, później do niego wrócą? Pewnie nie.”
Czy doczekają jakiegoś ”luzu”, doktrynalnego lub choćby praktycznego, duszpasterskiego? Jakiejś na przykład instrukcji, że księżom w ogóle nie wolno pytać kobiety o sprawy intymne? Jestem jednak optymistą, choć nie na zaraz: zakaz antykoncepcji zniknie jak tyle innych w sprawach „de sexto" (metody „naturalne" też były kiedyś zabronione). Dłużej klasztora niż przeora, panta rei...



16:12, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
niedziela, 24 lipca 2011
Pan Bóg nie jest taki!

List do Rzymian 8,28-29


Wiemy, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według Jego zamiaru. Albowiem tych, których od wieków poznał, tych też przeznaczył na to, aby się stali na wzór obrazu Jego Syna, aby On był pierworodnym między wielu braćmi”.


Predestynacja? Straszliwa to teologia, którą wysnuli z tych słów Pawłowych Augustyn, potem Kalwin. Ks. Czajkowski umocnił mnie w przekonaniu, że - jak twierdził Tomasz z Akwinu - nie chodzi tu o decyzję Boga, tylko o wiedzę, że tak będzie z nami, kochającymi Go lub nie. Zresztą o wiecznej zgubie tych, co Go nie kochają, nie ma przecież słowa. Jest tylko o tych kochających i o dobroci Bożej dla nich. I trudno sobie wyobrazić, żeby święty Paweł wierzył, iż Bóg jest tak nieludzko niesprawiedliwy; kalwiniści wycofują się już ze swojej doktryny.

10:33, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
sobota, 23 lipca 2011
Smak Boga, czyli strachy na Lachy

Psalm 34,9


Skosztujcie i zobaczcie, jak dobry jest Pan,
szczęśliwy, kto się u Niego chroni”.


Tłumaczenie ks. Alfreda Tschirschnitza w ekumenicznym przekładzie 11 Kościołów i Towarzystwa Biblijnego w Polsce.
Cóż, kiedy tylu psuje ten smak: kosztujący nie są nieraz bez winy, ale ileż my, chrześcijanie, dodajemy dziegciu. Straszymy Nim zamiast powtarzać, że jest słodki jak miód. Na szczęście to się zmienia: na Zachodzie może i nawet są to już czasem landrynki, u nas goryczy wciąż nie brak, ale jest coraz mniej.

13:45, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
piątek, 22 lipca 2011
Jak śmierć potężna jest miłość

Pieśń nad pieśniami 8,6-7


Połóż mnie jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu, bo jak śmierć potężna miłość jest, a zazdrość jej nieprzejednana jak otchłań; żar jej to żar ognia, płomień Pana. Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki. Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo swego domu, pogardzą nim tylko”.


Miłość potężna jak śmierć - nie wiedziałem, że te słowa skrzydlate są z Biblii, literatury zaprawdę genialnej. I z dzieła, które dotyczyło najpierw dosłownie miłości erotycznej. Takim utworem była najpewniej wyjściowo Pieśń nad pieśniami, zbiorem jakichś pieśni weselnych, później jednak, odpowiednio przerobiona, stała się dziełem religijnym, opowieścią o miłości Izraela i jego Boga.
Tyle w dzisiejszym tekściku życiowej mądrości, nie tylko literackiego piękna. Zazdrość jak otchłań: w ogóle motor dziejów, a w sprawach Erosu siła wielka jak takowa miłość, która jest instynktem straszliwym. Nie zatopią go rzeki... Dla ludzi, którym seks wychłódł,    niepojęty. Miłość innego rodzaju, szczególnie ta religijna, niepojęta też dla niejednego.
A fragment owej pieśni wybrano na dzisiaj, bo w kalendarzu mamy nie tylko niegdysiejsze święto państwowe (coraz mniej ludzi to pamięta...), ale i Marię Magdalenę. Wielka postać biblijna, więc czytania są na jej temat.
Że nie była ladacznicą, w każdym razie nie wynika to z Pisma Świętego, pisałem tu nieraz. Czy jest ktoś drugi w Biblii i w świadomości chrześcijan, komu przypięto bez powodu taką łatkę? Łatę paskudną. (Zrobiłem w ”Metrze” kolejną zagadkę biblijną, tym razem na temat Magdaleny tak pokrzywdzonej, odpowiedzi jak i poprzednio dostałem bez liku, głównie dobre, niektórzy jednak nie popatrzyli - jak radziłem - w kalendarz i wskazali na Onana, który przecież się nie masturbował.) Na szczęście prawosławni (może i katolicy wschodni) nie dali się zmylić. Dla nich jest Apostołką Apostołów, postacią niebywale pozytywną.
Ale Jezusa kochała na pewno i trudno przypuścić, że nie jako mężczyznę. Musiał być uwielbiany też ”w tym charakterze”. I może była zazdrosna, miała tyle rywalek. Mamy również podejrzenie, że jej miłość odwzajemniał. Scorsese zgorszył powieścią o tym, że poniekąd tak było faktycznie, tyle że przezwyciężył pokusę spokojnego, zwyczajnego życia. Mnie taka supozycja nie wydała się skandaliczna, choć sądzę raczej, iż był ponad podobne uczucie. Może stanowili trochę taką parę, jak Wojtyła i Wanda Półtawska: choć On był o wiele bardziej Mistrzem. Mistrzem umiłowanym: pastor Mieczysław Kwiecień, biblista hebraista, jest zdania wielu biblistów, że owo „Rabbuni”, którym zwraca się do Niego po tym, jak wzięła Go za ogrodnika (perykopa na dzisiaj) jest jakby pieszczotliwe: „Mistrzu ukochany”.
PS. Jezuicki krakowski WAM wydał właśnie dzieło olbrzymie: ”Libri Poenitentiales”. Tak to się nazywa na okładce, na stronie tytułowej mamy już ”Księgi pokutne” (Tekst łaciński, grecki i polski, układ i opracowanie Arkadiusza Barona i Henryka Pietrasa SJ). Trzydzieści dokumentów od penitencjarzy irlandzkich po X wiek. Nieocenione źródło wiedzy nie tylko o grzechach i pokutach,
 nakładanych na nie w tamtej epoce, ale i o społecznych uwarunkowaniach, obyczajach i reliktach pogańskich. Księga otworzyła mi się sama na stronie 209*, gdzie wyczytałem: ”Gdyby maż współżył ze swą żoną, jak to czynią psy, niech pości 40 dni. Jeśli współżyje analnie, niech pości 10 lat”. Nie wiedziałem, że liberalizm w tych sprawach ojca Knotza jest aż tak duży, bo chyba tamte zakazy nie minęły bez śladu.   

14:32, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
czwartek, 21 lipca 2011
„Przesadyzm" i tyle

Ewangelia Mateusza 13, 12

„Bo kto ma, temu będzie dodane i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma".


Oczywiście na próżno szukać tu etyki społecznej albo i zresztą jakiejś zwyczajnej logiki: przecież kto nie ma, temu nie można nic zabrać... Lektura literalna Biblii tu szczególnie zawodzi. Ten logion ma sens paradoksalny, tłumaczy się wschodnią skłonnością do przesady.

12:53, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
środa, 20 lipca 2011
Życie pośród cierni

Ewangelia Mateusza 13,1-9
Przypowieść o siewcy. Także o tych ziarnach, co „padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je”. Mogą być to również osty - tak my przetłumaczyliśmy, trzech biblistów i ja - ważne, że są to chwasty agresywne.
Co może być takim cierniem, który głos Boga zagłusza? Oczywiście to, co grzechem zwiemy. Nie jakieś szczególne podłości - o tym są może poprzednie obrazy przypowieści: miejsc skalistych, ptaków, co ziarna zjadają. Tu chodzi o życie miałkie po prostu, pogoń za tym i owym, co wydaje się wielkie, ale jest byle czym.
Z owymi cierniami kojarzy mi się jednak nieszczęście. Nieraz ono człowieka od Boga i ludzi odwodzi. Powalony potworną niedolą, wpada czasem w nienawiść do całego świata. Nie jest w stanie znosić okropnej choroby albo inwalidztwa: staje się skrajnie nieznośny. Niecierpliwy w sensie dosłownym: nie wytrzymuje cierpienia. Ma też pretensję do Boga, który go tak urządził. Mało kto cierpieć potrafi.
Bywają wreszcie ciernie jeszcze innego rodzaju. Niezawinione przez samą jednostkę, przez jej wspólnotę, instytucję, jej przedstawicieli niegodnych. Także przez instytucję kościelną. Spowiednika chamusia, proboszcza, co nie pogrzebie, gdy nie ograbi, pastora też nie w porządku, przez jakieś gremium eklezjalne, katolickie lub inne, co chrześcijaństwem nie grzeszy. Kiedyś zabijało fizycznie, dziś może skrzywdzić duchowo aż tak, że z Kościoła wypędza. Choć nie odpędza od Boga, bo to dwie różne sprawy: człowiek sumienia nie traci, dalej słucha go wiernie, żadne go ciernie nie zniszczą. 

13:43, jan.turnau
Link Komentarze (62) »
wtorek, 19 lipca 2011
Opatrzność sprawa nie prosta. „W drodze" jest mądre srodze

Księga Wyjścia 14, 26-15,1
Opowieść o wyratowaniu Izraela. Autor biblijny połączył dwie tradycje, dwie przyczyny klęski Egipcjan: cudotwórcze wyciągnięcie ręki przez Mojżesza z zesłanym bezpośrednio przez Boga wschodnim wiatrem. Biblia Poznańska zauważa ten swoisty synkretyzm narracyjny, dodając myśl o trzeciej przyczynie, której Biblia nie bierze pod uwagę: że po prostu nastąpił odpływ morza. Ale mój komentarz nie będzie o cudach i niecudach.
Uradowani uratowani śpiewają Panu pieśń, której fragment stanowi przepisany na dzisiaj psalm responsoryjny: „Pod tchnieniem Twoich nozdrzy spiętrzyły się wody...". My też przypisujemy Bogu nasze ziemskie wiktorie, dziękujemy za nie, i owszem. Pamiętam, że mój przyjaciel w „Więzi" Andrzej Siemianowski urządził w Poznaniu uroczystość dziękczynienia Bogu w którąś rocznicę zakończenia wojny. Pojechaliśmy na nią delegacją z Mazowieckim na czele, ale inny kolega, Stefan Bakinowski, kawalarz nasz kapitalny zapytał: - Czemu jeśli dziękuje się Bogu za zakończenie wojny, nie przygadać Mu delikatnie za to, że do niej dopuścił? Wierzymy, że rządzi On naszym losem, ale to wszystko nie takie proste.
Są jednak sprawy trochę prostsze. Rymowałem ongiś tak: natnie się każdy srodze, ten, co nie czyta „W drodze". Po każdym prawie numerze mam takie wrażenie szczerze...
W numerze lipcowym wypowiedzi dwóch księży. Pierwszy, Grzegorz Ryś, został właśnie mianowany biskupem pomocniczym krakowskim (czyli tak zwanym sufraganem - na pewno znakomitym: słyszałem, co prawda, że termin ten niektórym kojarzy się z lokajstwem, ale asocjacja to nie racja!). Nominat napisał między innymi:
”W ubiegłym roku podczas spotkania z neoprezbiterami z krakowskiego seminarium zapytałem: - Co przez te kilka miesięcy bycia księżmi było dla was najtrudniejsze? Odpowiedzieli, że poczucie bezsensu. Zatrzęsło mną. Pomyślałem, że na wszystko ich przygotowałem, ale nie na to, że będą mieli poczucie bezsensu. Pytam więc dalej, o co chodzi, skąd to poczucie bezsensu? Jeden z nich powiedział, że ogłosił nabór na ministrantów, przyszło czterech, a po dwóch zbiórkach został jeden. Ogłosił spotkanie kandydatów do bierzmowania, przyszli, ale podczas trzech pierwszych spotkań walczył, żeby w ogóle chcieli go słuchać. Podczas czwartego udało mu się wreszcie coś powiedzieć. Słuchając ich, pomyślałem sobie: Wam, panowie, marzy się duszpasterstwo, a poszliście do ewangelizacji. W tym bowiem tkwi główny powód ich zniechęcenia. Kościół w Polsce ciągle jeszcze myśli kategoriami duszpasterskimi i nawet gdy mówimy «ewangelizacja», to nadal myślimy «duszpasterstwo». W ewangelizacji zupełnie inne rzeczy się liczą niż w duszpasterstwie. Ale my tej lekcji jeszcze nie odrobiliśmy. Bo kiedy papież Paweł VI pisał o tym w 1976 roku, wydawało nam się, że to nie do nas, tylko do tych z Zachodu. On zaś pisał, że w ewangelizacji potrzeba przede wszystkim świadectwa i dialogu. To znaczy, że ważniejszy jest styl życia księdza (np. ubóstwo) niż to, czy ksiądz umie powiedzieć kazanie.”
Choć jakość kazań to też problem poważny: żeby miały cokolwiek  wspólnego ze świadectwem i dialogiem. Ale ubóstwo duchownych jest sprawą zgoła fundamentalną. Polecam przy okazji anegdoty na ten temat w nowej książeczce wydawnictwa PROMIC pt. ”O tym, co gryzie biskupa”.
Paweł Kozacki OP, były naczelny dominikańskiego miesięcznika, wypowiada się nie zwalając całej winy na wrogi świat, choć sporo jej widzi w ”światowych” mediach (czy nie za dużo, nie będę się tu kłócił). Zajmuje się przyczynami braku kleryków, także w Polsce. Są różne, wymienia też dwie rzadko widziane : Radio Maryja i religia w szkole.
”Ważnym powodem, dla którego zmniejszyła się liczba powołań, jest niewątpliwie klimat społeczny i kulturowy kształtowany przez środki społecznego przekazu. Nie trzeba znać tytułów antyklerykalnych gazet czy rozgłośni, by stwierdzić, że przedstawiany w nich ksiądz to nudny kaznodzieja, beznadziejny moralista, człowiek nienowoczesny, niepasujący do naszych czasów. Jeśli ten obraz znajdzie swoje potwierdzenie w spotkaniu z nijakim duchownym, który nie potrafi rozmawiać ani z ludźmi o Bogu, ani z Bogiem o ludziach, to nie trzeba już wiele, by młody człowiek zniechęcił się do kapłaństwa i Kościoła. Ten niekorzystny obraz pogłębiają wybuchające co jakiś czas afery z udziałem duchownych, zawsze starannie odnotowywane przez media, a nieudolnie komentowane przez hierarchów.
Co gorsza, najpotężniejsze medium elektroniczne, które nosi etykietkę «katolickie», czyli Radio Maryja, jest w swoim przekazie wrogie nowoczesnemu światu, zgorzkniałe wobec zmian, które się w Polsce dokonały, podejrzliwe wobec wartości oferowanych przez społeczeństwa zachodnie. Tym samym potwierdza ono stereotyp, że Kościół i świat stoją na przeciwstawnych biegunach. Tymczasem media pokazują inne drogi rozwoju człowieka, które dają wymierne korzyści, takie jak pieniądze, satysfakcja z wykonywanej pracy, kompetencja, uznanie społeczne. Na takim tle droga powołania wygląda naprawdę szaro i mizernie. Świat się rozwija, zaprasza do dynamicznej przyszłości, a Kościół jawi się jako instytucja, może nawet zasłużona i czcigodna, ale odchodząca w przeszłość. Nie ma nic ciekawego do zaoferowania dzisiejszym pokoleniom oprócz obrony tego, co było ważne w pokoleniu kombatantów II wojny światowej i skłóconych pogrobowców Solidarności. (...)
Mając przez wiele lat możliwość obserwowania ludzi wstępujących do dominikańskiego nowicjatu, utwierdziłem się w przekonaniu, że pochodzą oni najczęściej z tych ośrodków, w których żywe jest duszpasterstwo. Gdy rozmawiałem z osobami pukającymi do klasztornej furty, mogłem z dużą pewnością ocenić, w którym duszpasterstwie dzieje się coś sensownego, a które wegetuje. Od rektora jednego z polskich seminariów słyszałem, że zdecydowana większość alumnów wywodzi się spośród ministrantów i lektorów żywych parafii, w których pracują dynamiczni księża. Można zatem stwierdzić, że wpływ na decyzje przyszłych kapłanów i zakonników ma wiara i osobowość wierzących duszpasterzy. Tam, gdzie młodzi ludzie widzą księdza, który cieszy się z tego, kim jest i co robi, tam też mają szansę zrodzić się powołania.
Na tym tle widać klęskę lekcji religii w szkole. Mam co prawda fragmentaryczny ogląd rzeczywistości, ale nie spotkałem człowieka, którego motywem wstąpienia byłaby osobowość katechety czy przesłanie płynące ze szkolnej katechezy. Chyba że była ona połączona z jakąś formą aktywności pozaszkolnej - oazy, duszpasterstwa, grupy modlitewnej. Nie pamiętam też, bym od któregokolwiek z braci wstępujących do naszego zakonu usłyszał, że marzy on o roli katechety. Nie jest to wina katechetów, ale sytuacji w szkołach, w których jedynym pragnieniem wielu kapłanów jest przetrwanie do dzwonka kończącego lekcje, a nie głoszenie przesłania Ewangelii, mówienie o osobistym spotkaniu ze Zmartwychwstałym i wyjaśnianie, czym jest życie w Duchu Świętym. Patrząc realnie, a nie idealnie, nawet jeśli katecheta ma twardą rękę i potrafi ujarzmić młodzież, może wyegzekwować od niej porcję wiedzy o prawdach wiary, etyce i wartościach chrześcijańskich, ale ma niewielkie szansę, by wprowadzić uczniów w umiłowanie słowa Bożego czy życie Eucharystią, zaangażowanie w działalność wspólnot czy posługę na rzecz potrzebujących.”
Święte słowa Jegomościów!

14:08, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 18 lipca 2011
Mojżesz trochę jak Piłsudski. Michnik imponuje łagodną mądrością. Cenna książka o Żydach uczonego z KUL-u

Księga Wyjścia 14,5-9a.10-18
Faraon najpierw nie chciał wypuścić ludu izraelskiego: dużej liczby niemal darmowej siły roboczej. Co prawda, pewnie nie było 600 tysięcy mężów i dzieci, jak powiada wcześniej autor biblijny. Według Poznanianki wyszło raczej 10 razy mniej: taką liczbę można odczytać, jeżeli słowo elef zrozumie się nie jako tysiąc, tylko jako grupę rodową, liczącą około 100 osób. Niemniej sprawa jest bardzo zagadkowa, nawet gdy się wie o wschodnim „przesadyzmie".
W końcu jednak, chłostany słynnymi plagami egipskimi, pozwala faraon na wymarsz Izraela. Ale gdy doniesiono mu o ucieczce pożytecznych poddanych, znów zmienia zdanie i wyrusza w pogoń. Widząc ją, „synowie Izraela" wpadli w popłoch i po raz pierwszy zaczęli narzekać, krytykując Mojżeszowi jego pomysł wyjścia z Egiptu. Pan uspokaja jednak nieszczęsnego przywódcę, że „okaże swoją potęgę wobec faraona".
Mojżesz jawi się w Biblii jako człowiek również szlachetny, moralnie wspaniały, jak i wciąż nieszczęśliwy. Kocha swój lud, chce dlań lepszego losu, a on wciąż marudzi, woli służbę Egipcjanom niż niepewność wędrówki. No cóż, bardzo to ludzkie, ten ociężały praktycyzm Ludu Wybranego. A my, Polacy, rwaliśmy się jako naród do radykalnych zmian sytuacji? „Legiony to strzelecka buta, legiony to straceńców los"...
Wróćmy do spraw narodu żydowskiego. „Więź" lipcowa poświęcona w dużej mierze książce Grossa. Redaktor naczelny Zbigniew Nosowski rozmawia z Adamem Michnikiem, redaktorem antologii „Przeciw antysemityzmowi". Zaskakuje próba zrozumienia. Zamieściłbym cały kapitalny w swej łagodnej mądrości wywiad, byłoby to jednak trochę dziwne, więc tylko kilka cytatów.
”Michnik: (...) pisząc o antysemityzmie, trzeba z jednej strony moralnie piętnować, a z drugiej strony trzeba spróbować to rozumieć. Są świetne tużpowojenne eseje Stanisława Ossowskiego i Jerzego Andrzejewskiego, w których jest ta próba rozumienia. Wobec niektórych zachowań czy postaw oczywiście nie może być żadnej tolerancji. Chodzi jednak o to, aby sklepikarza z Wołomina, który mówił „nie kupuj u Żyda", nie stawiać na równi z Rudolfem Hoessem czy Adolfem Eichmannem.
Nossowski: Tekst Tadeusza Mazowieckiego z «Więzi», słusznie uważany za niesłychanie istotny - Antysemityzm ludzi łagodnych i dobrych - też jest próbą zrozumienia.
Michnik: To klasyka! Tadeusz stara się zrozumieć, ale oczywiście nie ma tam żadnego przyzwolenia. Wielkim wysiłkiem zrozumienia wykazał się też Aleksander Smolar w eseju Tabu i niewinność. Ten tekst dla mnie zapoczątkował nowy etap dyskursu na ten temat. Gdy ukazał się w „Aneksie", ja siedziałem jeszcze w więzieniu. Kiedy wyszedłem, pytałem się ludzi, co czytać. Jacek Kuroń polecił mi ten numer „Aneksu". I miał rację.
Oczywiście dla mnie zupełnie fantastyczne były też teksty jezuity Stanisława Musiała. To imponujący przykład człowieka, który Ewangelię potrafił przetłumaczyć na język tej debaty. Z taką uczciwością kapłańską, bez żadnego politykowania czy kręcenia.
(...) Ale ja jednak wolę występować w innej roli. Wie Pan, jeżeli się było w „Solidarności" i spędzało się wiele czasu z robotnikami, to w pamięci siedzi choćby to, co się działo w więzieniu. I człowiek wie, że bardzo wiele tych agresywnych postaw czy odzywek bierze się nie z antysemityzmu, lecz z niewiedzy, ze stereotypu, z myślowych przyzwyczajeń. I z takimi ludźmi też trzeba rozmawiać. Nie można im powiedzieć: - O tym się nie rozmawia.
Jacek Kuroń mówił: - Z każdym można dyskutować, antysemitę trzeba bić w mordę. Powiedział mi to chyba w roku 1998 czy 1999. On był absolutnie nieprzemakalny, podobnie Kołakowski, podobnie Musiał. Natomiast mnie jest bliższa taka perspektywa chrześcijańska, żeby nienawidzić grzechu, ale grzesznika rozumieć. To mi się wydaje i bardziej ludzkie, i rozsądniejsze. Rozciągam to zresztą też na mój dzisiejszy stosunek do komunistów. Dzisiejszy - bo kiedy rządzili, to nie byłem dla nich sympatyczny.
Miłosz był zdania, że pism prawicy w ogóle nie należy brać do ręki. Jestem przekonany, że jemu się nigdy nie chciało przeczytać  pism politycznych Dmowskiego (choć nigdy mi tego nie powiedział). Podobnie myśleli Leszek Kołakowski czy Barbara Skarga. Mnie też musiało upłynąć sporo lat życia, zanim sięgnąłem po Dmowskiego. Uznałem jednak, że chcąc zrozumieć nasz kraj, nie można od tego tak totalnie abstrahować.
(...) Dlatego właśnie ten esej Smolara jest mi tak bliski i dlatego sam w podobnym duchu pisałem o pogromie kieleckim. Chociaż biskup częstochowski Teodor Kubina, który potępił pogrom, nie był żadnym filosemitą, to dobrze zrozumiał, że w Kielcach roztrzaskano kamienne tablice Dekalogu. Trzeba jednak spróbować zrozumieć postawę episkopatu, który się zdystansował od Kubiny. Bo inaczej - jeżeli się odmówi tego wysiłku rozumienia - nie będzie się rozumiało Polski. (...) Zasadniczo, jak wiadomo z Biblii, dziesięciu sprawiedliwych ocala miasto. Janka Grossa interesuje dziesięć tysięcy grzeszników, a mnie bardziej interesuje dziesięciu sprawiedliwych. Uważam, że jeśli historia jest nauczycielką życia, to mamy się z niej uczyć nie tylko tego, że w naszej przeszłości jest tak wiele zła. Warto się uczyć także od tych dziesięciu sprawiedliwych. (...)
W sumie, jeśli chodzi o sprawy polsko-żydowskie, to w Polsce dokonało się bardzo dużo dobrego. Natomiast nie byłbym już takim optymistą, jeśli chodzi o stronę żydowską. Oczywiście tam też są ludzie, którzy są życzliwi Polsce. Ale generalnie wciąż panuje tam wiele stereotypów na temat Polski. To z myślą o tej grupie odbiorców przygotowałem antologię Przeciw antysemityzmowi. Jej jednotomowa wersja ukaże się wkrótce po angielsku. Zrobiłem to, żeby powiedzieć: - Widzicie, jak niesprawiedliwe jest twierdzenie, że Polak wysysa antysemityzm z mlekiem matki!. Mogę tak spokojnie mówić dzięki takim ludziom jak Jan Józef Lipski, Leszek Kołakowski, Jerzy Turowicz, Jacek Woźniakowski, Tadeusz Mazowiecki, Jerzy Giedroyć, Konstanty Jeleński, Józef Czapski, Czesław Miłosz.
A wobec Jana Błońskiego będę miał wyrzuty do końca życia. Byłem bardzo przeciwny publikacji w „Tygodniku Powszechnym" jego eseju   Biedni Polacy patrzą na getto, bo uważałem, że w stanie wojennym temu sponiewieranemu narodowi nie można rzucać takiego oskarżenia w twarz. Dziś jest to klasyka gatunku, a ja uważam, że Błoński miał rację. Bo na to, żeby rzucić taki granat, nigdy nie ma dobrego czasu.”
Adamie, dzięki wielkie, zaimponowałeś mi!
Ukazała się też inna rzecz na temat żydowski. Na KUL-u (który teraz nosi imię Jana Pawła II) działa Pracownia Literatury Polsko-Żydowskiej, której kierownikiem jest profesor Sławomir Jacek Żurek. Wydał on w Towarzystwie Naukowym KUL książkę bardzo sympatyczną. Tytuł: „Zastygłe w polszczyźnie", wyjaśniający podtytuł: „Szkice o świętach w poezji polsko-żydowskiej dwudziestolecia międzywojennego". Chodzi o święta żydowskie, które obrosły poezją polską, pisaną przez autorów żydowskich.
We wstępie do książki autor uświadamia czytelnikom, że przed Zagładą kultura polska nie była bynajmniej rzymskokatolicka. Dawną Rzeczpospolitą zamieszkiwali przecież nie tylko Polacy i katolicy obrządku łacińskiego. Obok nich byli ludzie innych narodowości, wyznań czy obrządków oraz religii. Także Żydzi mówiący i piszący po polsku.
Żurek wymienia siedmioro: Maurycego Szymela, Andę Eker, Karola Dresdnera, Horacego Safrina, Daniela Ihra, Stefana Pomera, Karola Rosenfelda. Właśnie tych pisarzy, ponieważ ich rola w twórczości na temat świąteczny była najważniejsza.
Autor książki dokonał pracy budującej. Mamy tu informację o dziesięciu świętach żydowskich. Przede wszystkim o szabacie, ale też o świętach Rosz ha-Szana, Jom Kipur, Sukot, Simchat Tora, Chanuka, Purim, Pesach i Szawuot. Samo ta informacja nie byłaby niczym szczególnym, nawet gdy informuje profesor uczelni katolickiej, w końcu z dialogiem chrześcijańsko-żydowskim nie jest tak źle. Ale Żurek robi to w sposób wyjątkowo obrazowy, najdalszy od encyklopedycznej sztampy. Pisze jak historyk literatury: charakteryzuje święta wplatając w opis fragmenty poezji, polskiej właśnie. Tekst przez to jednak nie tylko lepiej się czyta, książka ma wartość nie tylko naukową. Powiedziałbym, że także dialogową właśnie: cudze obyczaje stają się przez to mniej obce. Drobiazgowość religijnych przepisów nie przestaje dziwić (przed ucztą sederową trzeba wykąpać się, ostrzyc i obciąć paznokcie), ale rzeczywistość, którą kształtują, staje się przez to życiem jakichś ludzi, co żyli blisko naszych przodków.
I już ich nie ma. Opowieść o szabacie autor kończy tak: „W wyniku Zagłady szabat rozsypał się w popiół wraz z tymi, którzy niegdyś w ten święty wieczór uroczyście gromadzili się wokół stołu".
I mieli takie problemy, jak w szczególności ten, przedstawiony w wierszu Karola Dresdnera, nawiązującym do święta Sukot (Szałasów).
”Gdy zniosę dyle i belki,
By dom zbudować niewielki,
Jakaż mi, jaka ojczyzna
Synostwo wierne przyzna,
Jakaż, o! jaka ojczyzna?...
A gdy pojąć zechcę żonę
W łoże dobrze zasłużone,
Jakież się, jakie dziewczę wyda
Za mnie tułacza, za mnie Żyda,
Jakie się dziewczę wyda?...
[...]
Nam dał tułaczkę i szałasy,
A triumfalnym Tytusom łuk!”
Żurek objaśnia: ”Łuk Triumfalny - Brama Tytusa w Rzymie, przez którą nie wolno było przechodzić Żydom po wygnaniu z Jerozolimy. Przez wieki był on dla Żydów żyjących w diasporze symbolem hańby i poniżenia.”
Katolicki Uniwersytet Lubelski kojarzy się dzisiaj raczej z zupełnie inną postawą duchową niż ta, którą prezentuje ten jego profesor. Występ Grzegorza Brauna, nieoprotestowany na czas przez władze uczelni, okrył ją bardzo złą sławą. Niech ta książka świadczy, że nie jest tam tak nieładnie.

14:37, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
niedziela, 17 lipca 2011
Duch dmie potężnie

List do Rzymian 8,26
„Duch Święty przychodzi z pomocą naszej słabości”.

Byłem niedawno w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka na spotkaniu wokół Jedwabnego i Srebrenicy. Prowadziła je pięknie Halina Bortnowska, bardzo pięknie powiedziała też przed pomnikiem na Umschlagplatzu, gdzieśmy się udali na koniec. Teksty na temat obu tych miejsc zbrodni przeczytała Maja Komorowska i potem rozmawialiśmy ciekawie. Kościół katolicki nie był niestety bohaterem pozytywnym dyskusji, choć zauważono, że w niedzielę pojawił się w Jedwabnem przedstawiciel Episkopatu, a zabrakło takiego znaku 10 lat temu. Zauważyliśmy bowiem również niedzielny zjazd Rodziny Radia Maryja, z Jarosławem Kaczyńskim i niestety wychwalającym to radio arcybiskupem metropolitą lwowskim Mokrzyckim, niegdyś sekretarzem Jana Pawła II, następcą kardynała Jaworskiego, który podobno sympatykiem Radia nie jest bynajmniej. Był wśród nas młody człowiek, który podkreślał swój dystans wobec Kościoła i wiary chrześcijańskiej, ale w pewnym momencie powiedział, że Duch Święty jest mu bardzo bliski. Dmie On bardzo potężnie.

08:44, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
sobota, 16 lipca 2011
Polubić cień

Ewangelia Mateusza 12,16
„Lecz surowo im zabronił, żeby Go nie ujawniali”.

Za sławą nie gonił, choć ona tak smaczna. Równie miła jak władza, a niektórym nawet milsza, bo odpowiedzialność mniejsza, a człowiek też jest ważny, na ustach wszystkich, choćby też czasem wyklinany. „Źle czy dobrze, byle z nazwiskiem” - ktoś wymyślił, może trochę ironicznie, taką zasadę, przydatną szczególnie w pracy medialnej. Dziennikarzowi, redaktorowi oraz wszystkim, którzy za jego przyczyną stają się głośni. Byleby tylko byli medialni, czyli z tupetem... A jeszcze ważne jest w ogóle, żeby raz się pokazać. Bo nowych twarzy redakcje nie lubią: gdy się proponuje kogoś nieznanego, niełatwo przekonać decydenta. Mówi wtedy, że to ktoś nieznany, tak jakby żaden znany nie został kiedyś wyciągnięty z cienia.

Jezus wolał być w cieniu. Choć nie tylko z powodu swojej świętości. Wiedział, co Go czeka, a zresztą sława groziła upolitycznieniem Jego misji, nieporównanie głębszej.


10:37, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
Szabat to nie sam Bóg, ale...

Wpis na piątek 15 lipca 2011
Ewangelia Mateusza 12,7
„Gdybyście zrozumieli, co to znaczy »Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary«, nie potępialibyście niewinnych”.
Poznanianka wyjaśnia, że Jezus cytuje tu Księgę Ozeasza 6,6 według Septuaginy, jednak z zachowaniem sensu tekstu hebrajskiego, który w tejże Biblii Poznańskiej brzmi: „W miłości bowiem mam upodobanie a nie w ofiarach i bardziej w poznaniu Boga niż w całopaleniach”.

Niezmiernie ważne słowa, niemal sedno Ewangelii. Wszelki formalizm religijny, rytualizm jest wypaczeniem sensu religii, w szczególności wiary chrześcijańskiej. Chrystus komentuje w ten sposób oburzenie faryzeuszy tym, że Jego uczniowie zrywali kłosy zboża i jedli (takiego pożywiania się nie uważano za kradzież: obyczaje starożytnego Izraela były swoiście „socjaldemokratyczne”, nie ubóstwiały cudzej własności, były właśnie miłosierne). Forma jest zawsze ważniejsza od treści do tego stopnia, że gdy się ma do wyboru opiekę nad ciężko chorym i udział w Eucharystii, świętości nad świętościami, należy zająć się bliźnim w potrzebie.

Zasada ta współgra ze słowami z rozdziału 25 tejże Ewangelii, gdzie na Sądzie Ostatecznym do zbawionych zaliczeni są ci, co pomogli drugiemu człowiekowi, bo pomogli w ten sposób Sędziemu, choćby nie mieli takich intencji. Miłość bliźniego nie jest dodatkiem do miłości Boga, ale jej sprawdzianem: właściwie to jedno przykazanie!

A swoją drogą szabat to świętość: odpocznij co jakiś czas po biegu, bo zwariujesz. Gdy jestem zmęczony, żadne zdanie Biblii przeznaczone na dany dzień nie pobudza mnie do refleksji. Kiedy jednak choć trochę wypocznę...

02:02, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
czwartek, 14 lipca 2011
On JEST - niewiele więcej wiemy

Księga Wyjścia 3, 13-14
„Mojżesz rzekł do Boga: - Oto pójdę do synów Izraela i powiem im: Bóg ojców naszych posłał mnie do was. Lecz gdy oni mnie zapytają: jakie jest Jego imię, to cóż im mam odpowiedzieć? Odpowiedział Bóg Mojżeszowi: - Ja jestem, który jestem. I dodał: - Tak powiem synom Izraela: »Ja jestem« posłał mnie do was".
Autodefinicja Boga jest tajemnicza, różne są sposoby jej rozumienia. W oryginale hebrajskim mamy cztery spółgłoski jhwh, które należy czytać Jahwe. Biblia Poznańska podaje dalej, że „jest to forma czasownikowa, imperfectum od hawah (młodsza forma: hajah) = być, istnieć. Brzmienie «Jehowa» pojawia się dopiero ok. r. 1100 po Chr. i polega na niezrozumieniu faktu, że Żydzi po Chr. w spółgłoski jhwh wpisywali samogłoski słowa Adonaj (=Pan); przypominali w ten sposób czytającemu, aby nie wymieniał istnienia Boga, lecz zastępował je słowem Adonaj (Septuaginta tłumaczy więc: Kyrios = Pan). Etymologicznie Jahwe oznacza: On istnieje, On jest. Mieści się tu domyślne przeciwstawienie tym, którzy nie istnieją, są nicością, to znaczy bożkom pogańskim (por. Iz 42, 8n, Bar 6, Mdr 14, 13). Teologiczna treść słowa Jahwe nie wyczerpuje się jednak na pojęciu nieprzerwanego, czyli wiecznego istnienia. Dla Izraelity Bóg, który jest obecny, to zarazem Bóg, który żyje i działa, kieruje biegiem rzeczy".

A czyni to w sposób dla nas niepojęty. Nie tylko nie podaje nam swojego imienia, czyli nie chce się w pełni ujawnić lub też może chce podkreślić naszą niepoznawalność Jego osoby. Niepojęty jest także dla nas Jego sposób rządzenia całym bytem stworzonym. Pisze po liniach przeraźliwie krzywych, alfabetem nie z tej ziemi.

14:25, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
środa, 13 lipca 2011
Komu płonie krzew

Księga Wyjścia 3, 1-6.9-12
Scena teofanii przesławna: Bóg objawia się Mojżeszowi w płonącym krzewie. Co do owego zjawiska: próbuje się je tłumaczyć „naturalistycznie”, że było to ulatnianie się eterycznych olejków z kwiatów krzewu rycynowego, Biblia Poznańska jednak kwestionuje takie wyjaśnienie. „Gdyby było to tylko podobieństwo do ognia, Mojżesz nie upatrywałby w tym niczego nadzwyczajnego, znał przecież dobrze florę półwyspu synajskiego i jej osobliwości” - czytamy w przypisie. Chyba jednak trzeba czytać ten tekst z pewnym dystansem: przecież nie jako reportaż historyczny. Faktografia relacji może być częściowo „beletrystyczna”: podnosząca zjawiska zwyczajne do rangi cudów. W końcu zresztą nie to jest tu najważniejsze.

Sedno sprawy to obraz Boga jako Opiekuna: „Ja będę z tobą”. Mojżesz został tu pasowany na przywódcę Ludu Wybranego, ale jest jakoś postacią symboliczną. Tak jak ów lud nie jest osobnym gatunkiem zoologicznym, innym niż homo sapiens, tak jego dole i niedole nie są całkiem inne od naszych, ludzi wszelakich. Wybraństwo nie polegało przecież na przykład na szczęściu nieustannym: głównie na powołaniu do głoszenia Boga Jedynego. A dola Mojżesza jest poniekąd dolą każdego przywódcy, a nawet losem każdego człowieka.

Z każdym z nas jest Bóg, choć nikt nie czuje Jego obecności bez przerwy; raczej bardzo rzadko albo i wręcz nie czuje jej nigdy.

15:04, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
wtorek, 12 lipca 2011
Biada prorocze, jeszcze bezsilne

Ewangelia Mateusza 11, 20-24
„Wtedy zaczął grozić miastom, w których dokonało się najwięcej Jego cudów, że nie pokutowały: - Biada, tobie, Chorazynie, biada, tobie, Betsaido; bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się te cuda, które u was się stały, dawno by w worze i popiele pokutowały. Ale powiadam wam: lżej będzie Tyrowi i Sydonowi w dniu Sądu, aniżeli wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba wywyższone będziesz? Aż do piekła zostaniesz strącone, bo gdyby się w Sodomie dokonały te cuda, które się stały u ciebie, stałaby jeszcze po dzień dzisiejszy. Ale powiadam wam: lżej będzie ziemi sodomskiej w dniu Sądu, aniżeli tobie".
Przekład Biblii Warszawskiej.

Trudne słowa. Jezus, „cichy i pokorny sercem", łagodny jak baranek, a tu takie groźby.
Bo też poszedł na krzyż, ale swoich poglądów nie taił: zresztą właśnie za to Go zabito. Był kimś więcej niż prorokiem, ale język miał tej rodziny wieszczów i ich temperament. A może w ogóle była to mowa ludów Wchodu, przesady pełna.

Rzucał gromy, ale tylko słowne. Któryś z teologów żydowskich powiedział, że był mesjaszem, któremu się nie udało. Faktem jest, że nie udało Mu się, póki co, zrobić z ludzi aniołów. Taki był plan Boży: aby był jedynie zaczynem moralnym, co działa powoli, krok po kroku, nieraz i do tyłu, aż koniec grzechu nadejdzie. Zupełnie nie wiemy, jak to się stanie: czy cała ludzkość tymczasem dojrzeje, czy raczej Bóg nie doczekawszy się, zrobi z nami porządek. Ta druga hipoteza ma literalne uzasadnienie w biblijnym obrazie Sądu, ale gdzie indziej w Piśmie można by szukać nadziei, że w każdym razie ”kozłów” będzie wtedy o wiele mniej niż ”owiec”. No i mam nadzieję księdza Hryniewicza, że żaden koziołek nie będzie smażył się w piekle bez końca.

13:22, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 11 lipca 2011
Koniec świata jeszcze daleki: Chrystus jeszcze nie panuje, niech Go Kościół naśladuje! O Rydzyku, ale i Haliku

„Zaprawdę powiadam wam, że wy, którzy poszliście za mną, przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na tronie chwały swojej, zasiądziecie i wy na dwunastu tronach i będziecie sądzić dwanaście pokoleń izraelskich".
Zgodnie z planem wracam do „blogowania". Właściwie to wróciłem już w czasie urlopu w domu prawosławnym w Cieplicach. W przerwach między tłumaczeniem Apokalipsy rozmyślałem nad przepisanym na dzisiaj wersetem w przekładzie Biblii Warszawskiej, który jest tam w każdym pokoju.
Łatwo pośpieszyć się i zachowywać się tak, jakbyśmy już byli w czasach ostatecznych, gdy skończy się czas „doczesny" i Jezus wróci: wtedy już „w chwale", z boską potęgą, by odrodzić, odnowić wszechświat. Póki co, nie objawia On swej mocy i Jego Kościół musi Go naśladować: nie powinien się szarogęsić. A o pokusę łatwo...
Mój polski Kościół ma swoją specyfikę: jest nią „naturalne" upolitycznienie. Wzięło się ze szczególnej historii, w której bywał ostoją narodowej wolności, czym zdobył sobie duży autorytet. Oczywiście dobrze, że go ma (źle, że go traci z powodów, o których dalej) : dobrze dla narodu, bo dzięki temu może głosić swoje zasady nie jak dziad do obrazu. Niedobrze jednak, gdy nadal czuje się ostoją wolności politycznej, choć już nikt na nią nie czyha, a w każdym razie nie mógłby jej nam zabrać. Mamy demokrację, mamy ustrój liberalny, system wielopartyjny: gdyby któraś partia chciała rządzić po dyktatorsku (a są takie...), opozycja jej na to nie pozwoli.

Napisałem te oczywistości, ponieważ pewien nasz duchowny zakwestionował je niedawno. Myślę naturalnie o ojcu Rydzyku, o jego wypowiedzi w Brukseli, że w Polsce panuje totalitaryzm. Wyjaśnił potem, że miał na myśli jedynie posunięcie totalitarne jednej partii, tej, co teraz rządzi - a która go jego zdaniem tak brzydko potraktowała.
W „Tygodniku Powszechnym", w artykule Artura Sporniaka wyczytałem myśl złocistą ks. Andrzeja Lutra. Stwierdził on, że wypowiedź dyrektora Radia Maryja jest tak absurdalna i obskurancka, że państwu polskiemu zaszkodziła niewiele! Zaszokowała natomiast poważnie wizerunkowi Kościoła, z którym Radio Maryja jest przecież utożsamiane. I nic tu pewnie nie pomoże wypowiedź rzecznika Watykanu, iż to nie jest głos Kościoła. Wiadomo przecież - napisał to sam Sporniak - że za tym głosem stoi duża część biskupów polskich. I tu jest pies pogrzebany, bardzo głęboko.

Historia ciąży. Ciąży zdobyty w dawnych czasach autorytet. Zjawisko Radia Maryja jest w istocie wierzchołkiem góry lądowej, wykwitem swoistej mentalności Kościoła, który przywykł być duchowym mentorem całego społeczeństwa; żeby tylko duchowym: także politycznym. Granica między doradztwem duchowym a działaniem politycznym jest cienka. Między zajmowaniem stanowiska politycznego, wywieraniem nacisku na władze państwowe, naleganiem na konkretny kształt państwowych ustaw, a głoszeniem swoich pryncypiów moralnych. Prawo musi mieć jakiś związek z moralnością, jest jednak problem, co robić, gdy w niektórych sprawach moralnych panują w społeczeństwie różne poglądy. Kościół uważa, że jego zasady wynikają z ”prawa naturalnego", czyli stanowią odwieczną etykę ogólnoludzką, powinny zatem rządzić prawem państwowym - ale wielu obywateli jest innego zdania.

Co gorsza, na owym wierzchołku głosi się w Polsce poglądy tak skrajne, że chyba żaden polski biskup się do nich głośno nie przyzna. Przeciwnikom odmawia się nie tylko moralności, także polskości. Radio Maryja jest nie tylko zaangażowane politycznie, jeśli przez to rozumieć samą tematykę polityczną, którą widać przecież w różnych mediach kościelnych: ono jest zaangażowane partyjnie, sprzyja jednej partii. Episkopat Polski unika już takiej opcji, ale nie widać, by mu przeszkadzała w mediach ojca Rydzyka.
Owszem, biskupi moi napominali nieraz wszechwładnego zakonnika, ustanowili nawet nad jego działaniem pewną instytucjonalną kontrolę, wydaje się jednak, że gwiżdże on im na nosie, a oni słuchają tego z imponującym spokojem.
Może jednak nowy nuncjusz coś tu realnie zadziała. W końcu wypowiedź brukselska jest niczym w porównaniu do hańby na KUL-u. Do tamtejszego ataku na arcybiskupa Życińskiego, który można było przewidzieć, bo Grzegorz Braun robił to przedtem w Radiu Maryja, ataku, który nie spotkał się od razu z żadną oficjalną polemiką ze strony uczelni, której arcybiskup był wielkim kanclerzem. Zaprawdę zaraza szerzy się na całego.

Na tym jednak nie koniec opowieści o ciążeniu przeszłości. Napisałem, że radio ojca Rydzyka jest wierzchołkiem góry lodowej. Otóż jest to góra potężna, bo nie ma u nas instytucji duchowej silniejszej niż Kościół rzymskokatolicki, ale i zamrożona mocno. Historia nadwiślańska nie sprzyjała rozwojowi żadnego ekumenizmu, szczególnie tego wewnątrzchrześcijańskiego, bo protestantyzm kojarzył się z zaborcą pruskim a prawosławie z caratem, ale również każdego otwarcia na inne wiary albo i niewiarę właśnie. A inni chrześcijanie to w Polsce mniej niż 3 proc. obywateli, liczni natomiast to jakaś „szara strefa" myślowa między katolicką ortodoksją a ateizmem, różne wersje religijnego agnostycyzmu. Nasza utrata niepodległości spowodowała również, że nie dotknęła nas głębiej i szerzej myślowa rewolucja oświeceniowa. Zamiast pytania o Boga, jak rządzi światem albo czy w ogóle istnieje, nasz religijny kontestator z „Dziadów" Mickiewicza jedynie bluźni, przyrównując Boga do rosyjskiego cesarza. Wszelkie problemy religijne, które rewolucjonizują myśl Zachodu, blakły u nas w obliczu bardziej fundamentalnych: jak wybić się na niepodległość. Pozwolę sobie na kalambur: stąd nasz nadwiślański fundamentalizm.

I tu trochę myśli z kolejnej książki księdza Tomasza Halika, ekumenisty najdalszych granic. Znak wydał dość niedawno jego „Teatr dla aniołów". Podtytuł: „Życie jako religijny eksperyment". Trochę tu jego myśli dawniejszych, ale i sporo nowych.
Zacznę od mego stwierdzenia ważnego, choć nie przedstawiającego głównej tezy „Teatru". Jest ona po staremu taka, że wierzący od niewierzącego wiele się może nauczyć - ale przez książkę przewija się również, chyba mocniej niż dawniej, swoisty kontrapunkt. Halik jest bardzo otwarty myślowo, ale nie rozwarty. Jest krytyczny wobec swoich, ale przed nieswoimi nie pada nigdy na kolana. Nie podoba mu się w szczególności myślowe źródło współczesnego ateizmu, czyli ideologia oświeceniowa. Zacytuję coś ze s. 21:
„Świat nie jest niebem, ludzkość nie jest zastępem aniołów, wszelkie obietnice stworzenia nieba na ziemi i skonstruowania doskonałego człowieka są ideologicznymi oszustwami taniego optymizmu oświeceniowego i jego spadkobierców".

Albo myśl o twórcy nowoczesnego ateizmu, ż zaproponował on „bardzo ryzykowną terapię religijnej alienacji. Bo chociaż człowiek nowożytny, wedle Feuerbacha, ściągnął boga z nieba na ziemię, to przecież nie przyczynił się tym samym do rzeczywistego uzdrowienia istoty ludzkiej, lecz wywołał inflację i hipertrofię jej własnego »ja«, narcystycznego uwielbienia siebie".
Nie ma zatem Halik wobec laickiego świata kompleksów niższości. Ale też nie wywyższa swej wiary nad niewiarę: powiada, że „większość z nas oscyluje między snem a czuwaniem, zamknięciem, a otwartością, wiarą a niewiarą".
Proponuje reformę chrześcijańskiego pojmowania Boga. Nie jest On zgoła Wielkim Bytem, „który żywi się ludzkim strachem i wtłacza człowieka w świat kłamstwa, lęku i nienawiści". Bóg nie przychodzi do nas jako tyran ograbiający nas z naszych szans i naszej wolności". Wiara w Niego „otwiera przed człowiekiem przestrzeń, w której może żyć w pełni i odpowiedzialnie, w prawdzie i wolności". To już zresztą obraz Boga nierewelacyjny: Joseph Ratzinger też napisał kiedyś, że nie jest On na pewno naszym nieznośnym dozorcą. Halik zresztą nie uważa Benedykta XVI za ciasnego stróża katolickiej myśli. Przejął się tym, co ten papież powiedział o ludziach niewierzących: że powinni postępować tak, jakby Bóg istniał, ale nie interpretuje tego jako założenia, że niewierzący są moralnie gorsi od wierzących ani jako chęci łatwego pomnożenia szeregów Kościoła. Co do mnie, obawiam się, że według Benedykta niewierzący są jednak gorsi, bo wpadli w relatywizm moralny, ale to już inna sprawa. Tu chcę tylko zaznaczyć, że czeski myśliciel jest krytyczny obustronnie: tak wobec fundamentalizmu ateistycznego, jak i religijnego. Proponuje dialog między agnostycyzmem a chrześcijaństwem nieustannego szukania Chrystusa, teologią negatywną, akcentującą niepoznawalność Boga. Uważa, że pewne rodzaje ateizmu są cennym doświadczeniem religijnym, a monopolu na prawdę nie ma nikt.

15:45, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
Archiwum