Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
czwartek, 29 lipca 2010
Mądra cząstka Marii z Betanii

Ewangelia Łukasza 10,38-43

Dziś dzień serdecznych przyjaciół Jezusa, Marii, Marty i Łazarza. Do czytania opowieść o Marcie zatroskanej o sprawy materialne i Marii, która wybrała duchowe. Nie dość powtarzać, że obraz ewangelijny Marty bogatszy jest niż sama ta perykopa, bo w Ewangelii Jana ta siostra wygląda inaczej. Co prawda, w rozdziale 12 też usługuje ogólnie, a Maria zajmuje się Nim samym, namaszcza Mu stopy, ale w rozdziale 11 jest jakby na odwrót: Marta wychodzi Mu na spotkanie, Maria zostaje w domu. Gdy mowa jest wcześniej o tym, kogo Jezus miłuje, Marta wymieniona jest przed Marią i Łazarzem. W rozmowie z Nim wyznaje wiarę w Jego mesjaństwo (o tym też dzisiaj tekst do wyboru z Łukaszowym).

Przesłanie Łukaszowej perykopy brzmi: krzątanie codzienne nie może wypełniać życia, trzeba trochę odpocząć, popatrzyć w niebo, zamyślić się nad sobą i światem. Rada to ogólnie duchowa, nie tylko religijna, medytacja każdemu się przyda.

Przyjechała rodzina z Francji, zawieszam swoje wpisy do końca tygodnia.

18:03, jan.turnau
Link Komentarze (48) »
środa, 28 lipca 2010
Jak być mężem niezgody

Księga Jeremiasza 15,10

„Biada mi, moja matko, żeś mnie porodziła, męża skargi i niezgody dla całego kraju.”

Wśród proroków starotestamentalnych Jeremiasz miał szczególne prawo narzekać na swój los. Co prawda, jego nonkonformizm obrósł legendą, niemniej był rzeczywiście „mężem skargi i niezgody”. Krytykował posunięcia żydowskich władców, na przykład potępiał zawarcie przez królestwo Judy sojusz z Egiptem przeciwko Syrii, a potem ostrzegał króla Sedecjasza, by nie buntował się przeciwko Babilonowi. Naraził się tym drugim nie tyle samemu królowi, ile jego ministrom, którzy uwięzili go w sklepionym lochu, skazując na śmierć głodową. Ocalił go wtedy sam Sedecjasz, przenosząc do łagodniejszego więzienia, z którego został uwolniony przez Chaldejczyków po upadku Jerozolimy (w r. 587 przed Chrystusem).

Jak tu wciąż powtarzam, prorok w Biblii to nie tylko przepowiadacz przyszłości, także krytyk teraźniejszości. Słowo kojarzy się dzisiaj potocznie z wieszczeniem tego, co będzie, w środowiskach bardziej elitarnych prorok to jednak np. ksiądz Zieja, jeden z najodważniejszych duchownych ubiegłego wieku, niepokorny wobec władzy państwowej, również i kościelnej.

Każdy z nas powinien być po trosze prorokiem. Minimum odwagi cywilnej to wymóg elementarnej etyki. Ile jednak trzeba na przykład „stawiać się” w rodzinie, wobec żony czy męża albo i wobec zbyt władczych rodziców, to musimy sobie sami wymierzyć. Tu cnota roztropności jest na wagę złota, a modlitwa o radę do Ducha Świętego oraz prośba do ludzkiego doradcy (niekoniecznie spowiednika) często niezbędna.

14:05, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
wtorek, 27 lipca 2010
Nadzieja jest matką dobrych

Ewangelia Mateusza 13,36-43

”Jezus odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: - Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście. On odpowiedział: - Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha".

No i mamy przecież w ustach Jezusa piekło: piec rozpalony! Czyżby był pusty? Jezus mówi wyraźnie, że będą tacy, co tam wylądują. Mamy jednak na nasze polskie szczęście także księdza Wacława Hryniewicza, który nas pociesza swoją egzegezą. Sięgam na półkę nad biurkiem, gdzie stoi stos jego książek poświęconych głównie nadziei powszechnego zbawienia. Jednak powszechnego. Biorę rozmowę-rzekę pod tytułem „Nad przepaściami wiary" i jedną z ostatnich prac: „Abym nie utracił nikogo... W kręgu eschatologii nadziei".

Właściwie to mógłbym dziś nie zajmować się wiecznym potępieniem, bo w dzisiejszym tekście nie ma mowy o owej wieczności. Jednak z „piecem rozpalonym" kojarzy się nieskończoność męki, bo w innych tekstach ewangelijnych na ten temat mamy taką sugestię. Osobliwie w Mateuszowej wizji eschatologicznej 25,31-46, gdzie powiedziano, że jedni pójdą na „życie wieczne" , inni na „wieczne potępienie" . Otóż Hryniewicz analizuje biblijne pojęcie wieczności i pisze tak:

”Niezwykle cenna jest językowa intuicja Ojców greckich. Trzeba zwrócić uwagę na słowo kolasis . W popularnych przekładach czytamy: «I pójdą ci na mękę wieczną». Oto koronny biblijny dowód na istnienie piekła. Tymczasem owa «męka» to właśnie greckie kolasis . Ojcowie greccy byli w stanie wyczuć najgłębszy sens tego słowa: to jest kara, ale kara terapeutyczna, kara lecznicza, prowadząca do ocalenia i uzdrowienia. Wybrane zostało właśnie to słowo, choć w grece istniało wiele innych terminów na określenie kary. Słowo to pochodzi z kultury sadowniczo-ogrodniczej. Tym słowem określano czynność przycinania dzikich pędów, by drzewo rodziło lepszy, bardziej dorodny i piękniejszy owoc. W takim świetle wypowiedź Jezusa ma inną wymowę niż ta, do której się przyzwyczailiśmy. Można w niej odkryć myśl o oczyszczeniu człowieka. Jeżeli już męka, jeżeli już kara - to ku opamiętaniu, uzdrowieniu, przeobrażeniu, nawróceniu. Odnajdujemy zatem odniesienie do nowotestamentalnej metanoi, nawrócenia, tyle że przeniesione już w inny wymiar. Chodzi o stan męki poprawczej, intensywnej męki ku opamiętaniu, męki eonicznej. Aionios , wieczny, trwający wieki - może tu oznaczać karę, która trwa do skutku, długo, bardzo długo, ale ku swojemu uzdrowicielskiemu końcowi. Czy można porównywać nieskończoność i wieczność Boga, nie mającego początku i końca, z takim stanem, który chcemy nazwać zatraceniem? To przecież nawet łacinnicy ukuli dwa różne słowa na oznaczenie wieczności stworzeń i Boga: aeviternitas i aeternitas. Aeviternus - oznacza to, co ma swój początek. Ci, którzy opowiadają się za nadzieją powszechnego zbawienia, nie widzą podstaw do paralelizmu symetrycznego pomiędzy wiecznym życiem Boga i wieczną szczęśliwością a stanem, który został określony tym samym przymiotnikiem aionios. Sens przymiotnika zależy od rzeczownika, z którym jest złączony.”

Nie przytoczę tu całej argumentacji za apokatastazą, czyli zbawieniem powszechnym, bo jest to materiał ogromny. Co prawda, są w książkach oczywiste powtórzenia: dzieło życia lubelskiego teologa jest jak sonata: jeden motyw stale powraca. Niemniej to właśnie całe dzieło: wielka budowla myślowa.

Jest tam też myśl, którą przetrawiwszy ujmę tak: człowiek naprawdę dobry współczuje każdemu innemu. Nie ośmielam się zarzucać tradycyjnie myślącym intelektualnego okrucieństwa, ale stwierdzę, że owa eschatologiczna nadzieja bierze się przede wszystkim ze współczucia. Jest matką dobrych, bardzo dobrych. Uważają oni, że Bóg, który z miłości do ludzi poszedł aż na krzyż, nie mógłby cierpieć nieskończonej męki niektórych z nich. Wolna wola? Czyż Bóg nieskończenie dobry mógłby stworzyć gatunek homo sapiens , którego niektóre osobniki byłyby nieskończenie złe? Nie mieści mi się to w głowie.

13:46, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 lipca 2010
Dziadek i babcia Jezusa z Nazaretu

Ewangelia Mateusza 13,16-17

„Szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę powiadam wam: wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli.”

Z dzisiejszym dniem świętych Joachima i Anny bibliści-liturgiści mają kłopot, bo o tej parze małżeńskiej w Biblii raczej głucho. Wiemy, jak się nazywali rodzice Jana Chrzciciela, o jego ojcu Zachariaszu jest nawet powiedziane sporo - a o ojcu i matce Maryi nie wiemy nic. Zatem z Księgi Syracydesa (44.1.10-15) czytamy tylko ogólnie o mężach sławnych oraz o ich równie cnotliwych dzieciach, a z Ewangelii Mateusza właśnie o szczęściu tych, co dożyli widzenia niezwykłości.

Napisałem kiedyś w „Gazecie Wyborczej” o świętej Annie jako babci Pana Jezusa. Czy miała szczęście cieszyć się takim wnukiem? Z milczenia Ewangelii nie wynika nic, przecież to nie biografie.

Co prawda, Biblia kocha rodowody, mamy w Ewangeliach genealogię Jezusa, tyle tylko, że u Łukasza jest inna niż u Mateusza, a obie są swoistymi tekstami z tezą. U Mateusza dowodzone jest pochodzenie z rodu Dawida, u Łukasza, który pisał dla Hellenów, tezą jest, że Jezus należy do całej ludzkości, nie tylko do Izraela. Różnicą między rodowodami szczególną jest jednak inne imię ojca Józefa: u Mateusza zwie się on Jakub, u Mateusza Heli. Czemu tak? Nawet tego ewangeliści nie mogli uzgodnić? Nieoceniona Biblia Poznańska twierdzi, że nie mogli, ponieważ pisali niezależnie od siebie (choć korzystając częściowo z tych samych źródeł). Od pierwszych wieków jednak zastanawiano się, czemu prawny dziadek Jezusa ma aż dwa różne imiona. Powstało parę hipotez, też i taka, która pasuje do dzisiejszego tematu. Otóż Łukasz szczególnie przejęty osobą Maryi podał w istocie jej rodowód, a imię Heli byłoby drugim Joachima albo też skróconą formą imienia Eliachim lub Eliakim, które jest synonimem Joachima lub Joakima. Czyli jednak ojciec Maryi istniałby na łamach Ewangelii. Co prawda, nie wiem, czemu nikt nie twierdzi, że Heli jest po prostu drugim imieniem Jakuba, ale mniejsza o to. No i oto prosta odpowiedź na moje wstępne pytanie, czemu mamy w Biblii imię ojca Jana Chrzciciela a imię ojca Maryi pominięte (lub dobrze zasłonięte): bo przecież ojciec Jana był ważny dla opowieści Łukasza, ojciec Maryi nie: dziadek Jezusa nie był w tej drugiej historii ważny!

Niemniej musiał istnieć i nasi przodkowie w wierze sprzed 20 wieków chcieli coś o nim wiedzieć. Tak powstała w połowie II wieku Protoewangelia Jakuba, apokryf mariologiczny najstarszy i najbardziej znany, będący podstawą do póżniejszych. Jak pisze nieoceniony wydawca tych pism postbiblijnych ks. Marek Starowiejski, autor dzieła broni Jezusa przed krytykiem chrześcijaństwa Celsusem, który argumentując zarzutami żydowskimi, twierdził, że został On zrodzony z cudzołóstwa, z ubogiej prządki pochodzącej z podłego rodu. Joachim jest zatem w apokryfie niezmiernie bogaty, pochodzi z rodu Dawida, a Maryja jest czystą dziewicą. Apokryfista dodaje, inspirowany podobnymi cudami biblijnymi, że Anna była długo bezpłodna, ale modlitwa jej i Joachima pomogła. Obiecała jednak Bogu, że ofiaruje Mu dziecko, więc oddano je do Świątyni, gdzie tkała dla niej zasłonę z purpury i szkarłatu. Do czasu, bo dziewczynki dwunastoletnie nie mogły tam przybywać dłużej, by nie skazić Przybytku krwią miesiączkową. Józef zostaje dla niej wybrany przez kapłanów spośród wdowców już wcześniej, więc dalej mamy narrację ewangelijną o nich dwojgu, oczywiście uzupełnioną licznymi cudownymi szczegółami. Pojawia się w Świątyni ojciec Jana kapłan Zachariasz, a nawet napisano, że ginie zamordowany przez Heroda, ale o Joachimie i Annie nie mówi się dalej już nic.

17:27, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
niedziela, 25 lipca 2010
Wariacje na temat węża

Ewangelia Łukasza 11,9-12 

9. „I ja wam powiadam: - Proście, a dane wam będzie, szukajcie, a znajdziecie, dobijajcie się, a otworzone wam będzie.
10. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje, kto szuka, znajduje, a temu, kto się dobija, otworzą. 
11. Jeśli syn poprosi któregoś z was jako ojca o rybę [czy] zamiast ryby da mu węża? 
12. Albo gdy poprosi o jajko, czy poda mu skorpiona?”


Ekumeniczny przekład przyjaciół.

Nieśmiertelny problem skuteczności modlitwy: odpowiedź, jak tu nieraz pisałem, może być właściwie tylko taka, że Bóg odpowiada na nasze próby, ale rządzi naszym losem po swojemu; wie lepiej, co nam potrzebne, pisze prosto po liniach bardzo, bardzo krzywych...

Ale w związku z wężem zakończę mniej melancholijnie: historia homo sapiens potoczyłaby się całkiem inaczej, gdyby Adam i Ewa byli Chińczykami. Zamiast ulec temu gadowi, zjedliby go ze smakiem...

11:14, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
sobota, 24 lipca 2010
Kto jest kąkolem?

Ewangelia Mateusza 13,30 

„Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa.

Przypowieść o kąkolu i pszenicy. Interpretowana była rozmaicie, ale mnie pasuje tylko takie jej rozumienie: „W każdej rzeczy końca patrzaj”, jak radził Biernat z Lublina. Albowiem na Sądzie Ostatecznym może okazać się, że „pierwsi będą ostatnimi a ostatni pierwszymi”. Wizja tej definitywnej lustracji w rozdziale 25 Ewangelii Mateusza wskazuje wyraźnie, że mogą być wówczas (przepraszam, nie w żaden czas, już poza czasem) niespodzianki: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci najmniejszych...” i „Czegokolwiek nie uczyniliście...”

Kto jest kąkolem, a kto pszenicą? „Panta rei”: co 50 lat temu myśleliśmy, dobrzy katolicy, na przykład o protestantach? Stary kawał: wojna domowa w Hiszpanii, frankiści mordują wszystkich, prostytutka prosi o azyl w jakimś klasztorze żeńskim, przeorysza odmawia. Ale coś ją tknęło: - Czy ja dobrze usłyszałam, czy na pewno jesteś, dziecko, protestantką? Aha, no właśnie, prostytutką, jeśli tak, to oczywiście...

02:29, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
piątek, 23 lipca 2010
Małgorzata i miliardy

Psalm 34,9 

„Skosztujcie i zobaczcie, jak dobry jest Pan,
szczęśliwy, kto się chroni u Niego.”


Zajrzałem do dwóch tłumaczeń: Biblii Tysiąclecia i Przekładu Ekumenicznego jedenastu Kościołów polskich, po czym zrobiłem, lekko tamte przerabiając, własną wersję.

Bóg jest dobry? Jeśli tak, to czemu jest, jak jest? Mnie akurat jest dobrze, mam starość szczęśliwą. Jeśli chciałbym, by była jeszcze szczęśliwsza, bym był np. jako publicysta rozchwytywany wręcz, drukowany wciąż i wszędzie, to są to marzenia egocentryka do sześcianu: Bóg dla mnie jest dobry, bardzo dobry.

Ale nie tylko ja jestem na świecie. Pomijam już tragedie dziejące się dalej ode mnie, prześladowania religijne, które dzisiaj uderzają przede wszystkim w chrześcijan, nieustanne tsunami, czyli prześladowania dokonywane przez Przyrodę nieujarzmioną. Patrzę blisko siebie. Szwagier stracił wzrok w sile wieku, na progu kariery zawodowej, aż tu nagle również umiera mu żona. Umiera też innemu mojemu znajomemu po długiej walce z rakiem, poza tym jeden ich syn ma białaczkę, drugi jest autykiem. Czy Pan jest dla nich dobry? Przecież właśnie jest Panem, czyli rządzi naszym losem, jak chce, w każdym razie chorobami, które nie są przecież z zasady skutkiem naszych grzechów. Ale obaj wdowcy zachowują hart ducha.

Skosztować Boga znaczy stać się zupełnie innym człowiekiem, zmienić radykalnie swoją osobowość. Przestać być esesmanem, zacząć być ojcem Kolbe.

Na początku września ukaże się w Znaku książka Stanisława Zasady „Generał w habicie. O siostrze Małgorzacie Chmielewskiej i jej Wspólnocie Chleb Życia”. O tej wspólnocie, czyli o ludziach, którzy tam „wychodzą na ludzi”, ale też o samej Małgosi. Źle jej było, za wygodnie, nawet u Małych Sióstr, które różnią się ubóstwem od wszystkich prawie zakonów żeńskich. Jak ona wytrzymuje autyka Artura, którego usynowiła? Też innych podopiecznych, ale on jest szczególnie nieznośny: jak go coś napadnie, to niszczy wszystko dokoła.

Czy siostra Chmielewska należy do tego samego zoologicznego gatunku, co ja i miliardy zwykłych zjadaczy chleba?

18:16, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 lipca 2010
Nie żadna prostytutka - apostołka apostołów!

Pieśń nad Pieśniami 8,6-7 
Ewangelia Jana 20, 1.11-18 

Maria Magdalena, czyli pochodząca z miejscowości Magdala, jedna z najbarwniejszych postaci Nowego Testamentu - dziś jej święto. Co prawda, postać barwna przede wszystkim dzięki plotce. Trudno bowiem nazwać inaczej hipotezę pochodzącą od papieża Grzegorza Wielkiego, skądinąd wielkiego umysłem i sercem, że owa kobieta była ladacznicą. Byłaby nią już raczej inna Maria, ta z Betanii, ponieważ ona namaściła Jezusowi nogi drogocennym olejkiem i wytarła własnymi włosami (J 12,1-3), a u Łukasza 7, 36-50 podobnie zachowuje się „jawnogrzesznica", kojarzona z kolei z cudzołożnicą z Ewangelii Janowej 8,1-11. Tyle że jeżeli nawet tamta Maria grzeszyła w ten sposób, co wydaje się nieprawdopodobne, to jej tożsamość z Magdaleną jest pomysłem przedziwnym.

Maria z Magdali jest - obok Marii z Nazaretu - główną postacią kobiecą Ewangelii. „Encyklopedia biblijna" wylicza jej role: wymienia się ją na pierwszym miejscu na każdej liście kobiet towarzyszących Jezusowi, była chyba ich liderką. We wszystkich czterech Ewangeliach wymienia się ją jako pierwszą pośród świadków śmierci Jezusa, pierwszą pośród świadków pustego grobu, ona też pierwsza zaniosła uczniom nowinę o zmartwychwstaniu Jezusa i jej jako pierwszej ukazał się Zmartwychwstały.

Nic dziwnego, że chrześcijański Wschód nazywa ją apostołką apostołów. Owszem, Jezus wyrzucił z niej aż siedem złych duchów (Łk 8,2), ale prostytucja i opętanie to sprawy zgoła różne. Natomiast miała do Niego stosunek szczególny, być może jakoś erotyczny: sławna scena z Ewangelii Janowej 20 mogłaby o tym świadczyć, na pewno jednak nie o Jezusowej wzajemności. Przeznaczono nam, co prawda, na dzisiaj także fragment Pieśni nad Pieśniami brzmiący miłością nie tylko duchową (jak cała ta księga), ale z tego też nie wynika, by Mistrz był zakochany w swojej uczennicy. Naprawdę bywają mężczyźni (kobiety też zresztą), którzy jak na przykład Karol Wojtyła nie są homoseksualistami ani nie mają erotycznego pociągu do kobiet. A Jezus był mężczyzną zupełnie szczególnym.

17:42, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
środa, 21 lipca 2010
Bogu dzięki

Psalm 71,1-6.15-17 

W Tobie, Panie, ucieczka moja, 
niech wstydu nie zaznam na wieki.
Wyzwól mnie i ratuj w twej sprawiedliwości, 
nakłoń ku mnie swe ucho i ześlij ocalenie. 
Bądź dla mnie skałą schronienia 
i zamkiem warownym, aby mnie ocalić, 
bo Tyś jesteś moją opoką i twierdzą. 
Boże mój, wyrwij mnie z rąk niegodziwca. 
Bo Ty, mój Boże, jesteś moją nadzieją, 
Panie, Tobie ufam od mojej młodości. 
Ty byłeś moją podporą od dnia narodzin, 
od łona matki moim opiekunem, 
Ciebie zawsze wysławiałem. 
Moje usta będą głosiły Twoją sprawiedliwość 
i przez cały dzień Twoją pomoc. 
Boże, Ty mnie uczyłeś od mojej młodości 
i do tej chwili głoszę Twoje cuda
.” 

Naskoczyła na mnie depresja. Pisałem dwa teksty jak po grudzie, wydawały mi się do chrzanu, bolał brzuch i w ogóle czułem się okropnie. Przepisałem ten psalm, pokazałem koleżance, Kasi Wiśniewskiej, artykuł trochę poprawiony - powiedziała, że jest drukowalny. Depresja minęła. Bywa tak. Deo gratias.

16:26, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
Familia mała czy wielka?

Wpis na wtorek 20 lipca 2010 

Ewangelia Mateusza 12, 46-50 

Gdy Jezus przemawiał do tłumów, oto Jego Matka i bracia stanęli na dworze i chcieli z Nim mówić. Ktoś rzekł do Niego: -Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na dworze i chcą mówić z Tobą. Lecz On odpowiedział temu, który Mu to oznajmił: -Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi? I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: - Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką". Tłumaczenie Biblii Tysiąclecia.

Dystans Jezusa wobec Matki? Można by tak pomyśleć, szczególnie że w Ewangelii Marka jest przed analogiczną opowieścią taka relacja: „Potem przyszedł do domu, a tłum znowu się gromadził, tak że nie mogli nawet zjeść chleba. Gdy o tym dowiedzieli się Jego najbliżsi, przyszli, by Go zabrać. Mówili bowiem: - Odszedł od zmysłów". Przy pewnej interpretacji można by sądzić, że rodzina uznała Go za „zaburzonego", że nawet i Maryja nie rozumiała Jego działań. Stąd właśnie byłyby opisane dzisiaj odwiedziny. Trzeba jednak na to przyjąć, że ową krytyczną opinię o Nim wypowiedzieli bracia z Matką, a nie że była to opinia niektórych innych ludzi, przed którymi chciała Go rodzina bronić. Zacytowałem wyżej przekład 11 Kościołów, gdzie mamy słowo „mówili", może jednak ono odnosić się właśnie nie do najbliższych, tylko do jakichś niechętnych Mu postronnych; może w ogóle należy tłumaczyć, jak to zrobiła na przykład Tysiąclatka: „mówiono".

Tak czy inaczej zresztą zamyślamy się dzisiaj nie nad tekstem Marka, który jest najmniej „maryjny" z ewangelistów (w każdym razie najmniej o Niej w jego tekście), tylko nad opowieścią Łukasza. Można zatem przyjąć, że przesłanie dzisiejszej perykopy jest takie: rodzina rodziną, ale ważne są nie tylko więzy krwi. Krewnymi Jezusa są wszyscy, którzy pełnią wolę Boga. I tylko pytanie, jak wielka to familia. Może krewnym Jezusa po prostu bywamy co jakiś czas: kiedy indziej jesteśmy z całkiem innego rodu. Aczkolwiek bywają i tacy, co są Mu rodziną dzień i noc.

00:41, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 lipca 2010
Tajemnice Watykanu

Księga Micheasza 6,3 

„Ludu mój, cóżem Ci uczynił?"
Werset dobrze znany: 
„Ludu, mój ludu, cóżem ci uczynił? 
W czymem zasmucił albo w czym zawinił? 
Jam cię wyzwolił z mocy faraona, 
a tyś przyrządził krzyż na me ramiona..." 

Pieśń przeznaczona wciąż na adorację krzyża w Wielki Piątek, w dzisiejszym oficjalnym śpiewniku kościelnym na szczęście do wyboru z innymi tekstami. Oby nie wygrywała tych wyborów także w Polsce, dawnej ojczyźnie tylu starszych braci w wierze...

Nie chodzi nawet o to, że za śmierć Jezusa odpowiadają także Rzymianie, że niektórzy współcześni bibliści minimalizują odpowiedzialność ówczesnych władz żydowskich, oskarżanych przesadnie przez ewangelie Mateusza i Jana. Jeżeli nawet śmierć Jezusa ”przyrządzili” jednak przede wszystkim Żydzi, to przecież wypominanie dzisiaj całemu temu ludowi owej decyzji sprzed dwóch tysięcy lat, do tego po Zagładzie, jest amoralnym absurdem. Sobór Watykański II stwierdził przecież ostrożnie, ale wyraźnie: „A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącymi, ani Żydom dzisiejszym".

Gdy jestem przy Soborze, przypomniała mi się książka „Tajemnice Watykanu", opublikowana w czerwcu przez Znak. Autor francuski Bernard Lecomte jest znanym dziennikarzem i pisarzem, autorem m.in. przetłumaczonego w Polsce i wydanego również przez Znak dzieła o Janie Pawle II pt. „Pasterz". A owe tajemnice to nie żadne sekrety, czyli sprawy zupełnie nieznane. Na przykład to, że na Vaticanum Secundum starli się ostro reformatorzy z konserwatystami, wiadomo wszystkim zainteresowanym doskonale, ale chcącym to wiedzieć dokładniej przydadzą się bardzo informacje Lecomte`a. Wie on o Kościele dużo, a pisze świetnie: dramatyzuje narrację kapitalnie. Co więcej, zachowuje umiar w ocenach. W sprawie sławetnego milczenia Piusa XII uważa na przykład, że papież milczał naprawdę dlatego, że chciał uniknąć większego zła, jakim byłyby sprowokowane jego wypowiedzią represje hitlerowskie, a po cichu uratował wielu Żydów. Niemniej okazał się bardziej dyplomatą niż prorokiem i to Kościołowi bardzo zaszkodziło, zepsuło jego „image". Co do mnie, akurat w tej sprawie jestem skłonny bronić Piusa XII: bywają sytuacje, w których nie ma dobrego wyjścia choćby dlatego, że przyszłość jest zakryta, nie wiadomo, jakie będą skutki naszych działań. A do tego papieża mam pretensję o coś innego: o za małą troskę o Polskę. Niemcy byli od niej ważniejsi, co udowadniał na przykład bardzo kompetentny a zarazem obiektywny Michał Horoszewicz (cytowałem go kiedyś). A poza tym Kościół katolicki był pod jego rządami naprawdę mało ewangeliczną dyktaturą, zwalczającą każdą myśl niepisaną pod sznurek Świętego Oficjum.

Inne „tajemnice" to w tej książce powstanie Państwa Watykańskiego po przeszło pół wieku konfliktu papiestwa z państwem włoskim. Sprawa została załatwiona dopiero z chytrym graczem Mussolinim, który zresztą wnet zrywa porozumienie. To nieopublikowana w końcu encyklika Piusa XI na temat rasizmu i antysemityzmu: papież umarł, a następca (Pius XII) sprawy nie podjął. Czemu? Antysemitą na pewno nie był (choć chyba mniej przejęty tą sprawą niż poprzednik), ale być może tu też bał się dyplomatycznych konsekwencji.

Inne rozdziały książki: dramat księży robotników we Francji, encyklika „Humanae vitae", napisana wbrew opinii wielu ludzi Kościoła, schizma arcybiskupa Lefebvre`a, śmierć Jana Pawła I (durna plotka o papieżobójstwie i oczywiste fakty), zamach na Jana Pawła II (na rolę Kremla jednak brak dowodów), Opus Dei (czarna legenda i czyste fakty), całun turyński (sprawa nierozstrzygnięta), trzecia tajemnica fatimska itp.

Nie zawsze całkiem zgadzam się z autorem, ale jego wiedza jest znacznie większa niż moja. A ta to po trosze historia Kościoła katolickiego w wieku XX, a i trochę XXI (kardynał Ratzinger Benedyktem XVI). Lektura obowiązkowa dla wszystkich uczonych i laickich eklezjologów.

Znak wydał też właśnie rozmowę-rzekę Jolanty Steciuk ze znakomitą publicystką i działaczką społeczną Haliną Bortnowską, uformowaną przez ten sobór i formującą w tym duchu (myślę, że w Duchu Świętym) kolejne pokolenia. Rzecz zwie się „Wszystko będzie inaczej". Na temat wyjściowy tego wpisu, czyli Żydów, taki oto cytat z tej książki:

”Tak jest, pamiętam, kto był pierwszym poznanym Żydem w moim życiu, to znaczy pierwszą osobą, której żydowskość ukazana mi została jako problem. Jak wiesz, byłam w domu jedynaczką. W takim życiu, zanim się zacznie szkoła, dużo jest samotności i towarzystwa dorosłych. Rodzeństwo tworzy własny świat, jedynak także ma swój świat, ale sprawy dorosłych więcej w nim znaczą. W moim świecie dużo znaczyło radio (telewizji przecież jeszcze nie było). Miałam swoje ulubione audycje. Jedną z nich były „Pogadanki Starego Doktora". Słuchali ich też moi dorośli. Który to mógł być rok? Trzydziesty szósty, siódmy? Pewnego dnia mama powiedziała mi, że tych pogadanek już nie będzie, bo Stary Doktor jest Żydem, i dlatego źli ludzie nie chcą go wpuszczać do radia. Pamiętam pisanie listu w moim imieniu, w którym dorysowując serduszko i wykrzykniki, potwierdzałam, że j a koniecznie chcę dalej słuchać Starego Doktora, który jest mądry i dobry... Odebranie mi Starego Doktora przeżywałam jako osobistą krzywdę.

Skojarzyłam to sobie potem z widzianym raz na ulicy koło politechniki tłumem studentów - dziś wiem: bojówkarzy prawicowych, korporantów - manifestujących przeciw Żydom. Zrozumiałam, że nie chcą wpuścić Żydów do tej swojej szkoły. Bałam się tych ludzi z kijami i ich krzyków. Pomyślałam, że właśnie tacy ludzie wypędzają mojego Doktora z radia, kiedy on chce mówić do mnie i do moich rodziców. Stary Doktor to był oczywiście Janusz Korczak. ”

Notabene wiem z ”Polityki”, że Komorowscy są herbu Korczak, czyli prezydent-elekt powinien prześcigać w dialogu z Żydami swego poprzednika, tu niewątpliwego zasłużonego.


Będę książkę Bortnowskiej cytował tu dalej, jej niebanalne myśli na tematy religijne. A teraz myśl biblijno-liturgiczna, może i banalna zresztą ogólnie, ale konkrety wołają o pomstę do nieba: na przykład taki, że w mojej parafii Pismo Święte często czytają panowie w sposób beznadziejny, bez stosownej dykcji, najwyraźniej nie wiedzą, o co autorom chodziło. A to przecież stolica, gdy tymczasem w Jagniątkowie pod Jelenią Górą dwie panie dostały do czytania teksty w ostatniej chwili i wykonały to świetnie, choć nie są po żadnych studiach teologicznych. Oj, księża, księża (bo to przecież ich odpowiedzialność).... Tyle wciąż narzekania na wrogów zewnętrznych, na szatański świat, w świątyniach beznadziejne brakoróbstwo. Pomijam niektóre kazania, bo ich beznadziejność to już banał nad banały.

18:26, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
niedziela, 18 lipca 2010
Wszyscy bywamy błądzącymi Martami

Ewangelia Łukasza 10,38-42 

Opowieść o Marii i Marcie, w której ta pierwsza wypada lepiej, bo zajmuje się czymś ważniejszym, religią, nie gastronomią. Nasze wyobrażenia drugiej siostry muszą uwzględniać inny, jaśniejszy jej obraz, ten z Ewangelii Jana 11, ale w ogóle ewangelie nie są niczyimi biografiami, ważne jest przede wszystkim przesłanie teologiczne. A ono jest właśnie takie, że ważniejszy duch niż brzuch.

Co kojarzy mi się z naszymi spotkaniami towarzyskimi, podczas których mamy obżarstwo, plotki i nieraz zupełny brak spraw poważniejszych. A już o religii nie rozmawia się prawie nigdy. Gdyby tak gospodynie domu myślały nieco mniej o konsumpcji gastronomicznej, gdyby tak gospodarze przygotowywali menu bardziej duchowe... Mea maxima culpa!

11:06, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
sobota, 17 lipca 2010
Wrzask Antychrysta

Ewangelia Mateusza 12,19 

„Nie będzie się spierał ani krzyczał i nikt nie usłyszy na ulicach Jego głosu”. Tak Ewangelia charakteryzuje Chrystusa cytatem z Księgi Izajasza, z tamtej pieśni o Słudze Jahwe.

Nie chodzi o to, by oportunistycznie milczeć: ale pieniactwo, wrzask nie są zachowaniami ewangelicznymi. O co należy walczyć? Przede wszystkim o treść, nie o formę. Do formy należą znaki. Także najświętszy znak chrześcijaństwa, krzyż. Symbol wartości najgłębszej, miłości bliźniego aż do ofiary z własnego życia. Dla mnie to znak ponadreligijny, wręcz ogólnoludzki. Ale nie tylko ja jestem na świecie, inni mają inne odczucia. Chodzi o to, żeby je szanować, rozumiejąc, że jest to znak najświętszy, jednak tylko znak. Nie twierdzę, że nie ma na zachodzie Europy fundamentalizmu laickiego, który jest wręcz antyreligijną obsesją. Przeszkadza nawet strój kobiecy... Ale walka o obronie krzyża nie może zapoznawać tego, co on znaczy: najradykalniejsze odrzucenie przemocy. Wszelkiej. Krzyżacy walczyli z krzyżem na habitach mieczem z żelaza, a ile u nas wciąż rzekomej obrony krzyża duchową przemocą. To, co się dzieje przed pałacem prezydenckim, jest z punktu widzenia Ewangelii faktycznym bluźnierstwem. Na tamtejszej ulicy nie słychać głosu Chrystusa, już raczej wrzask Antychrysta. To, że Jarosław Kaczyński aprobuje taką akcję, że szantażuje moralnie, wręcz religijnie Komorowskiego, uważam za skandal religijny i moralny, za skrajny cynizm.

10:31, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
piątek, 16 lipca 2010
Msza jest dla człowieka

Ewangelia Mateusza 12,1-8 

Przeznaczono nam na dzisiaj opowieść o tym, że faryzeusze zgorszyli się postępowaniem Jego uczniów, którzy zrywali kłosy i jedli w szabat. Jezus obronił ich paroma argumentami. Najpierw udowodnił, że taki rygoryzm rytualny nie ma podstaw w Biblii, bo gdy Dawid był głodny, jadł chleb przeznaczony tylko dla kapłanów, a oni przecież sami w szabat pracują w świątyni, spełniając tam ofiarnicze obowiązki. Zresztą „jest tu coś większego niż świątynia”. Egzegeci powiadają, że tym „czymś” jest sam Chrystus, może jednak chodzi raczej o to, że świętość świątyni jest względna. Potem bowiem Jezus przytoczył Księgę Ozeasza 6,6, gdzie jest powiedziane, że miłosierdzie jest ważniejsze niż ofiara - oczywiście ta rytualna. Czyli że istotą moralności jest miłość bliźniego, a nie ramy rytualne. A na koniec stwierdził, że jest Panem szabatu, czyli że jest ostateczną instancją w interpretacji Prawa.

A trzeba je właśnie interpretować tak, żeby litera nie dominowała nad duchem. U Mateusza nie mamy mocnych słów Markowych, że szabat jest dla człowieka, nie człowiek dla szabatu, ale sens perykopy jest ten sam. Rytualizm zagraża każdej religii, jeśli nie każdej ludzkiej próbie moralnego porządkowania życia. W tej opowieści widać podstawy dla ewangelicznej rewolucji Pawłowej, która zniosła tyle paragrafów Prawa.

Co ten tekst Ewangelii oznacza dzisiaj? Każe zastanowić się na przykład nad akcentowaniem niedzielnego obowiązku mszalnego. Zrobił się z tego nakaz rytualny: zamiast straszyć, że to grzech ciężki, lepiej byłoby dokładać starań, żeby msza nie była jak szabat w wydaniu faryzeuszy: ciężkim obowiązkiem a nie radością. By była pokrzepieniem, nie śmiertelną nudą.

18:38, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 lipca 2010
Na obie strony konfesjonału. Nowa „Więź"

Ewangelia Mateusza 11,28-30 

„Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni jesteście, a ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.”

Dwie prośby: do spowiadających się i do spowiedników.

Do pierwszych: by lustrowali swoje sumienia według prośby Jezusa, aby uczyli się od niego. By wręcz wzięli na siebie jego jarzmo. Oczywiście z zachowaniem proporcji: jego krzyża nie uniesiemy, ale możemy dźwigać ciężar naszych obowiązków nie stękając i nie zrzucając ich na innych równie obciążonych. Możemy starać się być Jego uczniem.

Do drugich: niech będą łagodni i pokorni. Pokorni: jak ktoś powiedział, spowiedź jest posługą współgrzesznika. Łagodni: w konfesjonale obowiązuje Wersal. Księża muszą zrozumieć, że spowiedź jest wbrew ludzkiej naturze, jest wystawieniem swojego wnętrza, swej intymności na osąd człowieka nieraz „z ulicy”, nieznanego osobiście. Oczywiście, jest to w zasadzie spotkanie z Bogiem, nie z człowiekiem, niemniej spowiednik nie może zapominać, że zagląda do sumienia także jako człowiek. Mówiąc inaczej, musi być właśnie jak Jezus łagodny. Oczywiście, w formie, nie w treści, nie może pochwalać grzechu, ale musi ważyć każde słowo, by nie urazić i odstraszyć od spowiedzi na długie lata albo i do śmierci. Musi być ciepły. Gdy spowiada kobietę, musi być szczególnie delikatny: różnica płci to tutaj nie tylko powód do większej elegancji, to absolutny zakaz jakiegokolwiek wścibstwa. A w ogóle wzorem dla spowiedników niech będzie pewien ksiądz, który zbliża do Kościoła ludzi z duchowej oddali: pilnie słucha, pyta bardzo rzadko, przyjmuje obraz duszy nakreślony przez jej właściciela. Urabianie sumień, przekonywanie do kościelnych zasad moralnych to sprawa nieprosta, nie na jedną spowiedź. Nie trzeba też nalegać na częstą spowiedź, trzeba natomiast radzić znalezienie stałego spowiednika. Oczywiście bez pchania się na to stanowisko.

Lektury: nowa „Więź” poświęcona przede wszystkim katolickiego zaangażowaniu w sprawy społeczne. Bardzo ciekawy wydał mi się reportaż Joanny Bątkiewicz-Brożek, gdzie mamy między innymi opowieść o pracy zawodowej pewnej kobiety, zakończony takim podsumowaniem:

”Historia Urszuli jest jaskrawym, jeśli nie drastycznym antyprzykładem funkcjonowania katolickiego pracodawcy. Trudno uważać ją za regułę. Z drugiej strony, w myśl zasady o wpisanej w naturę człowieka skłonności do omylności, można przyjąć, że kierujący zakładem pracy ma prawo do błędów. Nie daje jednak spokoju pytanie, jak to możliwe, że nikt nie pofatygował się, by zweryfikować funkcjonowanie firmy powołującej się na współpracę z Kościołem. Że katolicki pracodawca potrafił posunąć się do wykorzystania z premedytacją istniejącej w kodeksie pracy luki prawnej dotyczącej przywracania matek do pracy po urlopach macierzyńskich. Że nagminnie łamał przepisy dotyczące czasu pracy. Urszula: - Przyjaciel domu, zakonnik, podsumował: «A nie mówiłem, żeby nie pracować w instytucjach katolickich?»”.

Niestety to samo, co ów zakonnik, powiedział mi mój przyjaciel dziennikarz z podobnym doświadczeniem pracowniczym. Nie należy uogólniać, ale niestety katolicka etyka społeczna jest piękna w teorii: praktyka w instytucjach kościelnych bywa często brzydka.

18:34, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
O prostaczkach, dziennikarzach oraz Pawle z Tarsu

Wpis na 14 lipca 2010 

Ewangelia Mateusza 11,25 

„Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom."

Problemy translatorskie: my przetłumaczyliśmy trochę inaczej niż Biblia Tysiąclecia: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, albowiem zakryłeś to przed mądrymi i rozumnymi, a odkryłeś maluczkim." Pozostał jednak dla mnie problem, czemu Ewangelia przeciwstawia prostaczków czy też maluczkich ludziom mądrym i rozumnym albo wręcz roztropnym. Co to za roztropność, która zamyka się na Ewangelię?! Ale przyszła mi do głowy prosta odpowiedź: owi mędrcy są mądrzy, roztropni na pozór. Biblia lubi mocne słowa: głupstwo Krzyża to też przecież żadna głupota w świetle mądrości nie z tej ziemi.

Intelektualiści, inteligencja i lud prosty... Jest w moim, szczególnie polskim, Kościele niedobra skłonność do preferowania prostaczków ponad mądrą miarę. Ci pierwsi są traktowani podejrzliwie, jako że bywają często bardziej krytyczni wobec Kościoła, dalsi od jego formalnych granic, od jego różnych rygorów. Owszem, to proste kobiety przechowały w Rosji wiarę, nie tamtejsze wybitne umysły, niech to nas jednak nie zwalnia od odpowiedzialności za wiarę dzisiejszej inteligencji polskiej. Niełatwo do niej trafić, ale jak ktoś w Kościele umie, to się nań patrzy krzywo. O księdzu Tischnerze za jego życia mówiło się w kręgach kościelnych bardzo krytycznie, dopiero po śmierci zrozumiano jego wielkość.

Myślę, że nasi biskupi nie doceniają na przykład roli mediów. Doktor habilitowany teologii, uczeń księdza Hryniewicza, profesor Uniwersytetu Gdańskiego Józef Majewski napisał książkę pt. „Religia, media, mitologia" (wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010), gdzie akcentuje olbrzymią rolę duchową środków masowego przekazu. Jest ona porównywalna z funkcją religii, choć różni je od niej (nich) niemal wszystko. I trzeba między tymi dwiema potęgami dialogu, jakiejś myślowej osmozy. Zresztą zdaniem Majewskiego ona już jest. „Religia i media nie są samotnymi wyspami, między którymi od czasu do czasu przerzuca się mosty, by media przesyłały jednokierunkowy przekaz religijny, dobrze czy źle służący religiom. Media oraz religie czy - szerzej - to, co religijne, są różnymi »członkami« jednego organizmu kultury, pozostającymi w sieci związków z innymi »członkami« i z samymi sobą, przenikając się i nieustannie oddziałując na siebie."

Tyle tylko, że u nas w Kościele dominuje koncepcja przekazu jednokierunkowego. Strategia jest taka: trzeba zawrzeć sojusz z partią przymilającą się do Kościoła, popierać ją, jak się da, i korzystać z jej wpływu na media i służących jej dziennikarzy. To jednak pomysł bardzo krótkowzroczny, ewangelizacja pozorna. Trzeba dogadywać się z mediami o wiele głębiej. Trzeba zrozumieć wreszcie na przykład to, że jedynym lekarstwem na medialne krytyki Kościoła jest radykalna walka u siebie z tym, co krytykowane. Walczyć na przykład z molestowaniem nieletnich a za grzechy tego rodzaju bić się bez wykrętów we własne piersi.

A ludzie mediów miewają swoje sumienie. Wspominam medialną dyskusję między kandydatami na prezydenta: zaczęła się od pytania Joanny Lichockiej, które było faktycznie poparciem Kaczyńskiego, a potem przepytywała Komorowskiego Katarzyna Kolenda-Zaleska i choć nie była jego politycznym przeciwnikiem, nalegała nań, by nie wykręcał się od odpowiedzi. Sympatie polityczne uznała za mniej ważne niż dziennikarski obiektywizm, medialną zasadę etyczną. Brawo ta pani! Także dla Dominiki Wielowieyskiej, strzegącej się stronniczości jak grzechu śmiertelnego.

Lektura biblistyczna: czerwcowy numer „Biblii krok po kroku", poświęcony Pawłowi z Tarsu. Akcent na fakcie, że ten apostoł spoza Dwunastu był człowiekiem porządnie wykształconym w kulturze helleńskiej „Chodził do szkoły greckiej, czytał greckich tragików i bajki Ezopa, biegał do gimnazjonu i pisał na woskowych tabliczkach, brał udział w zapasach, konkursach śpiewu i recytacji poezji greckiej." Nic dziwnego, że tak forsował otwarcie się na świat helleński. Kościołowi też dziś trzeba Pawłów: nie tylko gorliwych misjonarzy, także ludzi znających dobrze kulturę współczesną i rozumiejących potrzebę dialogu z nią. Getto i ewangelizacja to rzeczy nie do pogodzenia.

18:31, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 lipca 2010
Cud niedaleko Jeleniej Góry. Bogdan Michałowicz

Ewangelia Mateusza 11,23 

„A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do Otchłani zejdziesz. Bo gdyby w Sodomie działy się cuda, które się w tobie dokonały, zostałaby aż do dnia dzisiejszego". Najpierw trochę pedanterii translatorskiej: chyba lepsze są nasze słowa „uchowałaby się" zamiast „zostałaby" Tysiąclatki. Pochwaliwszy swój ogonek, przechodzę śpiesznie do „meritum".

Czekamy na cud, ale nie każdy z nas przejmuje się nim, gdy się jednak zdarzy. To nie jest wezwanie do łatwowierności, nie jest to bynajmniej pochwała postawy tych, co widzą Matkę Bożą nawet na szybie naturalnie brudnej. Jezus w ogóle nie przeceniał roli cudów, złościło Go namolne ich oczekiwanie, dokonywał ich, bo chciał pomóc ludziom, bynajmniej nie po to, by błyskać nadziemską mocą. Uważał, że Jego przesłanie powinno być wiarygodne samo przez się, bez jakichkolwiek sztuczek. Ale gdy nie pomagały nawet „dzieła mocy" (jedno z trzech określeń cudów w oryginale, obok słów: „znaki" i „cuda"), oburzał się.

Myślę, że sceptycyzm jako taki nie jest grzechem, jest źle, gdy stoi za nim brzydka postawa moralna. Kwestia autentyczności Całunu jest neutralna moralnie, jeśli jednak ktoś wątpi w to, że jest to nadzwyczajna ikona Chrystusa, bo w ogóle nie wierzy w nic, jest człowiekiem pełnym nieufności nie tylko do Kościoła, ale i do wszystkiego i wszystkich, nieufności przechodzącej chwilami w nienawiść, to taki sceptycyzm trudno pochwalać.

Byłem, jak już to jest od 15 lat, dwa tygodnie w Cieplicach, gdzie w gościnnym domu prawosławnym kontynuowaliśmy „Ekumeniczny przekład przyjaciół" oraz objeżdżaliśmy turystycznie okolicę. Rozmawialiśmy z proboszczem w jednej z tamtejszych wiosek. Bardzo ona malutka i wyludniająca się, księdzu doskwiera samotność. Również gnębią go problemy finansowe, ale opowiedział nam coś o cudzie w tym pieniężnym temacie. Spotkał się kiedyś z zakonnicą z parafii jeszcze biedniejszej, w Witebsku na Białorusi, i wspomógł ją jakąś sumą, mówiąc, że Bóg wynagradza ofiarność w czwórnasób. Wrócił do domu, po pięciu minutach ktoś stuka do drzwi: przyszła pani sprzątająca u bogatych parafian, na pozór dalekich od Kościoła, i przyniosła dokładnie cztery razy tyle pieniędzy, ile dał tamtej Białorusince. Co więcej, wnet okazało się również, że suma, którą otrzymał, pokryła cały koszt niezbędnego wydatku parafialnego. Bywa i tak.

Bywają ludzie cudowni. Wczoraj w warszawskim kościele św. Marcina na Piwnej był w samo południe spory tłok. Żegnaliśmy profesora Bogdana Michałowicza. Nic dziwnego, że tam: w owej świątyni przez bardzo wiele lat w modlitwie zwanej powszechną zmarły przedstawiał różne ludzkie sprawy w sposób najdalszy od kościelnej sztampy. Ale to w końcu nie najtrudniejsze. Bogdan świadczył mocno o Bogu także poza świątynią.

Chirurg, ordynator jednego z oddziałów szpitala przy ul. Banacha, czynem zaprzeczał wszystkim negatywnym uogólnieniom na temat lekarzy. Leczył nie tylko skalpelem, także słowem tak ciepłym, że pacjent zdrowiał już od rozmowy z nim. I taki był dokładnie dla wszystkich, niezależnie od miejsca w hierarchii społecznej.

Jednolicie brzmiały świadectwa o nim na tamtej mszy: duchownych katolickich, pastora zielonoświątkowego i rektora jego uczelni: mówiono, że to był człowiek naprawdę dobry. Napisałbym mocniej, zostawiam to jednak eklezjalnym strukturom, orzekającym, kto błogosławiony czy wręcz święty.

Postawa moralna i polityczna to nie to samo, znam człowieka moralnie niezwykłego, co ojcu Rydzykowi wierzy bardziej niż papieżowi - ale katolicyzm Bogdana był z zupełnie innej parafii. Pamiętam, że kiedyś okazał się odważniejszy ode mnie w tym, co było i jest zadaniem warszawskiego KIK-u, do którego wspólnie należeliśmy: w walce o gruntowną odnowę Kościoła. Także jej był świadkiem niezwykłym.

20:35, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 lipca 2010
Odczep się od bliźniego swego

Ewangelia Mateusza 

„Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien. I kto miłuje syna lub córkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien".

Na podstawie tych słów niezwykle łatwo sobie stworzyć obraz Boga okropnie zazdrosnego. Takiego, który przykazuje: miłuj bliźniego swego, ale nie za bardzo. Bardziej miłuj mnie. Taka egzegeza prowadzi do bezwzględnego wywyższenia celibatu (kapłańskiego czy zakonnego) ponad małżeństwo: bo w małżeństwie bardziej się kocha małżonka niż Boga; w rodzinie bardziej kocha się swe dziecko niż Chrystusa.

Rozumowanie łatwe, ale okropnie błędne. Chrystus jest osobą, Bóg chrześcijan to nawet trzy osoby, ale żadna z nich nie jest rywalem człowieka. Gdyby tak było, chrześcijaństwo nie różniłoby się niczym istotnym od religii pogańskich, w których Zeusowie i Jowisze, nie mówiąc o Baalach i Molochach, byli bogami wyobrażonymi na podobieństwo ludzi. Bóg Jezusa nie byłby wtedy absolutem Dobra.

Zatem o co tu chodzi w Ewangelii Mateusza? O najróżniejsze kumoterstwa. Jest coś z prawdy w powiedzeniu z epoki minionej, że kumoterstwo to ostatnie ludzkie uczucie na drodze do komunizmu, ale nawet te uczucia trzeba kontrolować. Nie tylko rodzinne: jakże groźne jest kolesiostwo w Kościele. Szczególnie w moim rzymskokatolickim, gdzie na szczytach absolutnie dominują mężczyźni, łatwo zatem o związki uczuciowe ułatwiające kariery słabo umotywowane merytorycznie.

Wrócę jednak do sprawy złego rozumienia tego ewangelijnego logionu. Można bowiem tropić w Biblii etykę bardzo moralnie niebezpieczną. Taką, w której dobro bliźniego musi ustąpić przed dobrem ideologicznym. Taką, która kwestionuje zasadę etyki liberalnej: moja wolność nie powinna ograniczać wolności drugiego człowieka. Chrześcijanie powinni uznać ją bez zastrzeżeń.

Kończę właśnie lekturę bardzo ważnej książki. Prawosławna oficyna „Orthdruk" w Białymstoku wydała we współpracy z Fundacją Ekumeniczną „Tolerancja" zbiór wystąpień publicznych patriarchy Cyryla. Rzecz zwie się po polsku „Wolność i odpowiedzialność. W poszukiwaniu harmonii" i stanowi wielką polemikę z etyką liberalną. W imię prawosławnej tradycji, czyli przeciw moralności indywidualistycznej, która dopuszcza stosunki homoseksualne oraz oczywiście kapłaństwo kobiet. Chodzi nie tylko o to: także o eutanazję i aborcję, ale akcent położony jest w poglądach patriarchy moskiewskiego na tych dwóch pierwszych sprawach. Akcent jak na mój gust o wiele za mocny. Autor opowiada się, co prawda, za dialogiem między tradycją religijną (także żydowską, muzułmańską, buddyjską) a etyką liberalną (mającą korzenie protestancko-oświeceniowe). Podkreśla, że nie jest za karaniem tych, co łamią tradycyjne zasady, ale jest przeciw temu, co uważa za ich promowanie. Uważa wręcz, że zwolennicy owych nowości chcą je narzucać myślącym inaczej.

Cóż ja na to? Oto mamy jak na dłoni to, o czym kiedyś już tu pisałem: podział nie między Rzymem i resztą, jak było dość długo, ale między katolicyzmem i prawosławiem a sporą częścią Kościołów protestanckich i anglikańskich. Przede wszystkim jednak mamy spór religijno-liberalny, w którym po stronie hierarchii mego Kościoła (Watykanu i wielu biskupów, mniej już teologów) opowiada się hierarchia cerkiewna (jak tam jest z teologami, nie wiem). Taki jest nowy układ, a ja tu napiszę, póki co (planuję artykuł do ”Arki Noego”), tylko to, że mamy nie jeden, ale dwa fundamentalizmy: kościelny, co odrzuca twardo nawet kapłaństwo kobiet (bez argumentów biblijnych) i homoseksualistów uważa za zboczeńców, oraz laicki, który - patriarcha ma tu trochę racji - uważa za brak tolerancji już sam prywatny pogląd polityka, że stosunki homoseksualne są grzechem (casus Buttiglione). Pogląd pewnie błędny, ale sam w sobie brakiem tolerancji nie jest. Nie przesadzajmy. Fundamentalizm niejedno ma imię. Nietolerancja również. Byleby tylko zauważać każdą jej formę.

19:52, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
Archiwum