Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
wtorek, 21 lipca 2009
Przejście przez Morze Sitowia. Proboszczowi i wikarzy

Księga Wyjścia 14, 21-15, 1

”Gdy Mojżesz wyciągnął rękę nad morze, Pan cofnął wody gwałtownym wiatrem wschodnim, który wiał przez całą noc, i uczynił morze suchą ziemią. Wody się rozstąpiły, a synowie Izraela szli przez środek morza po suchej ziemi, mając mur z wód po prawej i po lewej stronie. Egipcjanie ścigali ich. Wszystkie konie faraona, jego rydwany i jeźdźcy ciągnęli za nimi w środek morza. O świcie spojrzał Pan ze słupa ognia i ze słupa obłoku na wojsko egipskie i zmusił je do ucieczki. I zatrzymał koła ich rydwanów, tak że z wielką trudnością mogli się naprzód posuwać. Egipcjanie krzyknęli: - Uciekajmy przed Izraelem, bo w jego obronie Pan walczy z Egipcjanami. A Pan rzekł do Mojżesza: - Wyciągnij rękę nad morze, aby wody zalały Egipcjan, ich rydwany i jeźdźców. Wyciągnął Mojżesz rękę nad morze, które o brzasku dnia wróciło na swoje miejsce. Egipcjanie uciekając biegli naprzeciw falom, i pogrążył ich Pan w pośrodku morza. Powracające fale zatopiły rydwany i jeźdźców całego wojska faraona, które weszło w morze ścigając synów Izraela. Nie ocalał z nich ani jeden. Synowie zaś Izraela szli po suchym dnie morskim, mając mur z wód po prawej i po lewej stronie. W tym to dniu wybawił Pan Izraela z rąk Egipcjan. I widzieli Izraelici martwych Egipcjan na brzegu morza. Gdy Izraelici widzieli wielkie dzieło, którego dokonał Pan wobec Egipcjan, ulękli się Pana i uwierzyli Jemu oraz Jego słudze Mojżeszowi. Wtedy Mojżesz i synowie Izraela razem z nim śpiewali taką pieśń ku czci Pana.”

Jeden z bardziej znanych cudów biblijnych. Wczoraj przytoczyłem komentarz z książki Aleksandry Polewskiej „Na tropach biblijnych tajemnic" (Wyd. „Rafael", Kraków 2008), dziś czynię tak samo. 
„Dochodzimy do najbardziej niezwykłej części biblijnej opowieści, czyli rozstąpienia się Morza Czerwonego które zatopiło setki rydwanów faraona. Czy otwarcie się wód można wyjaśnić w sposób racjonalny? Czy próby mierzenia się z tym pytaniem nie obrażają ludzkiej inteligencji? Morze Czerwone jest zbyt głębokie, by Izraelici mogli przez nie przejść. Nawet gdyby się rozstąpiło, wpadliby po prostu w przepaść i prawdopodobnie zginęli. Początkowo naukowcy byli przekonani, że ten moment historii Mojżesza już na pierwszy rzut oka przeczy wszelkim prawom fizyki. Tymczasem wystarczy dokładnie przeczytać oryginalny, czyli hebrajski opis przejścia przez otwarte morze. Według hebrajskiej Księgi Exodusu wcale nie jest napisane, że Mojżesz przeszedł przez Morze Czerwone. Słowo „czerwone" zostało błędnie przetłumaczone. W podobny sposób ,jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa przyprawiono rogi Mojżeszowi, zabarwiono purpurą nazwę wód, które otworzył Bóg Jahwe przed Izraelem.
Oryginalny tekst hebrajski mówi o morzu trzcin - jam suf. Słowo „trzcina" przypomina przymiotnik „czerwony", stąd funkcjonująca przez całe stulecia pomyłka. Morze Czerwone jest zbyt głębokie, morze trzcinowe natomiast to teren bagienny. Wszystko wskazuje na to, że przez takie właśnie miejsce przechodzili Hebrajczycy. W starożytnych tekstach egipskich jest mowa o istniejącym w Egipcie miejscu zwanym Trzcinami. Na współczesnych zdjęciach satelitarnych odkryto sporych rozmiarów depresję we wschodniej części Delty między terenami uprawnymi a półwyspem Synaj. Dawno temu były to bagna. Prawdopodobnie to one zatopiły wojska nieprzyjaciół, czyli armię egipską. W nowych wydaniach Biblii znajdziemy poprawne już określenie morza, które rozstąpiło się przed Mojżeszem.”

No cóż, może i tak było; autorka dołącza dalej do tych wyjaśnień niesamowity wybuch wulkanu na wyspie Santorini, w wieku XVI przed naszą erą, który to kataklizm wywołał tsunami wszechczasów. Niemożliwe, żeby fala, którą spowodował, nie dotarła do Egiptu.
„Jeśli przyjrzymy się falom, zobaczymy, że na moment przed ich załamaniem woda cofa się z lądu. Natomiast potężne tsunami po prostu wsysa wodę z wnętrza lądu, pobliskich jezior, rzek i tworzy suchy pas. Komputerowa symulacja wskazała, że tsunami w XVI wieku przed naszą erą mogła osuszyć dna zbiorników wodnych na około dwie godziny. To wystarczyłoby, aby przez nie przejść. Czy jednak armia faraona mogłaby rzeczywiście zginąć pod wodą? Zanim tsunami dotarło do Delty, wysokość fali zmalała do około dwóch metrów. Miała 160 kilometrów długości. Dotknęła całej linii brzegowej, a więc musiało to wyglądać tak, jakby poziom morza podniósł się o dwa metry. Wracając do koryt rzecznych, miała absolutnie niszczycielską siłę i z pewnością była w stanie zatopić rydwany faraona".

Zatem zjawisko naturalne a nie cud? Może i tak. Mamy dziś tendencję do wyobrażania sobie Boga jako niechętnie naruszającego porządek rzeczy, który sam stworzył. Może mamy rację - choć bywają rzeczy, o jakich się biblistom nie śniło (myślę na przykład o Lourdes). W każdym razie teraz. Nauka może cuda... 
Nie przytaczam dzisiejszego psalmu responsoryjnego, który nie pochodzi spośród stu pięćdziesięciu, tylko jest dalszym ciągiem dzisiejszej opowieści z Księgi Wyjścia. Przebija zeń radość zwycięstwa - nie grzeszna zapewne, ale dzisiaj nachodzą nas pytania defetystyczne: o straszny los zatopionych Egipcjan. Może nie był to cud, ale też przecież nie dzieło Boże, tylko jedna z ludzkich wojen. I nie dzieło Boże, niemniej każe wznosić do Opatrzności skargę, że przecież mogło być mniej potwornie.
Zdarzyło mi się za dużo innych robótek, przerywam zatem znów to wpisywanie, aż się „wyrobię", a potem może trochę wypocznę. Czyli do końca miesiąca.

PS.
Kolejna opinia księdza, że młodzi (polscy) kapłani są o wiele leniwsi niż starzy. Opowieść proboszcza 80-latka o jego wikarym 40-latku. Staruszek leży w szpitalu z zapaleniem płuc, aż tu telefon: zmarł X, trzeba mu sprawić pogrzeb, co robić? Proboszcz nie wytrzymał i odpowiedział: połóż się koło niego, poczekaj trochę - a ja wrócę i go pochowam. Co prawda moja żona twierdzi, że nie jest to opowieść o leniwym wikarym, tylko o autorytarnym proboszczu, który zabił w wikarym samodzielność decyzji. Niemniej o urzędniczym (mówiąc oględnie!) stylu młodzieży księżej mówią mi różni duchowni, także jeden wikary. Zatem są księża kapłani, kaprale - i bezideowcy.

15:54, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 20 lipca 2009
Ile miał rydwanów?

Księga Wyjścia 14,5-9a.10-18

”Gdy doniesiono królowi egipskiemu o ucieczce ludu, zmieniło się usposobienie faraona i jego sług względem niego i rzekli: - Cóżeśmy uczynili pozwalając Izraelowi opuścić naszą służbę? Rozkazał wówczas faraon zaprzęgać swoje rydwany i zabrał ludzi swoich z sobą. Wziął sześćset rydwanów wyborowych oraz wszystkie inne rydwany egipskie, a na każdym z nich byli dzielni wojownicy. Pan uczynił upartym serce faraona, króla egipskiego, który ruszył w pościg za synami Izraela. Ci jednak wyszli z podniesioną ręką. Egipcjanie więc ścigali ich i dopędzili obozujących nad morzem. A gdy się zbliżył faraon, synowie Izraela podnieśli oczy, a ujrzawszy, że Egipcjanie ciągną za nimi, ogromnie się przerazili. Synowie Izraela podnieśli głośne wołanie do Pana. Rzekli do Mojżesza: - Czyż brakowało grobów w Egipcie, że nas tu przyprowadziłeś, abyśmy pomarli na pustyni? Cóż za usługę wyświadczyłeś nam przez to, że wyprowadziłeś nas z Egiptu? Czyż nie mówiliśmy ci wyraźnie w Egipcie: zostaw nas w spokoju, chcemy służyć Egipcjanom. Lepiej bowiem nam było służyć im, niż umierać na tej pustyni. Mojżesz odpowiedział ludowi: - Nie bójcie się! Pozostańcie na swoim miejscu, a zobaczycie zbawienie Pana, które zgotuje nam dzisiaj. Egipcjan, których widzicie teraz, nie będziecie już nigdy oglądać. Pan będzie walczył za was, a wy będziecie spokojni. Pan rzekł do Mojżesza: - Czemu głośno wołasz do Mnie? Powiedz synom Izraela, niech ruszają w drogę. Ty zaś podnieś swą laskę i wyciągnij rękę nad morze i rozdziel je na dwoje, a wejdą synowie Izraela w środek na suchą ziemię. Ja natomiast uczynię upartymi serca Egipcjan, że pójdą za nimi. Wtedy okażę moją potęgę wobec faraona, całego wojska jego, rydwanów i jeźdźców, wtedy poznają Egipcjanie, że Ja jestem Panem"

Nieśmiertelna sprawa dokładności historycznej Biblii. Podstawowy kierunek egzegetyczny jest taki, że owa dokładność jest mało ważna, istotne jest ogólniejsze przesłanie opowieści. Niemniej apodyktyczne założenie, że taki czy inny szczegół jest na pewno nieprawdziwy, też nie wytrzymuje krytyki.

Krakowskie wydawnictwo „Rafael" opublikowało książkę Aleksandry Polewskiej pt. „Na tropach biblijnych tajemnic. Archeologia a zdarzenia opisane w Biblii". Podchodzę do tego rodzaju publikacji z pewnym sceptycyzmem, ale zacytować można. Autorka broni prawdopodobieństwa wzmianki, że faraon wyruszył na wojnę z Izraelem aż z sześciuset rydwanami wyborowymi i jakąś ilością mniej zbrojnych.
”Gdy Mojżesz wyruszył w drogę ze swoim ludem, faraon nagle rozmyślił się. Jak mówi Księga Wyjścia, biorąc 600 rydwanów ruszył w pościg za swoimi niewolnikami. Sześćset rydwanów wydaje się być przesadą. Nic nie wskazywało na to, by Ramzes aż tyloma dysponował. Tymczasem w 1997 roku niemieccy archeolodzy odkryli w sąsiedztwie miasta Ramzesa na terenie Delty fundamenty budowli, która była stajnią dla koni i rydwanów. Naczynia gliniane, inskrypcje, a także części rydwanów potwierdzały, iż odnaleziono wojskowe centrum dowodzenia Ramzesa II, jak również miejsce, gdzie magazynowano broń i rydwany. Ostatecznie okazało się, że budowla mogła pomieścić w swych murach około pięciuset koni i rydwanów. Dowiodło to, iż biblijna informacja o stanie wojska faraona była jak najbardziej prawdziwa. Ramzes mógł dysponować taką liczbą wyposażonego w rydwany wojska.” 

Ludzie. 
Z pisarstwem Kołakowskiego spotkałem się chyba już w roku 1955: z artykułem „Prawa osoby przeciw prawom człowieka". Był to wściekły atak na tomizm jako główną filozofię Kościoła katolickiego. Nie zdziwił mnie bynajmniej: studiowałem polonistykę w pierwszej połowie lat 50., kiedy to młodzi naukowcy walili w mój Kościół jak w bęben. Mnie też robiła się z mózgu woda, choć wciąż chciałem być i czułem się katolikiem.
Nadeszły inne czasy: stalinizm przeszedł, osłabła marksistowska zawierucha. Czytałem Kołakowskiego już innego. Był od Kościoła daleko, ale daleko również od tamtego komunistycznego szaleństwa. Z czasem ukazał się jego esej "Jezus Chrystus reformator", napisany piórem laickiego racjonalisty, jednak bez zaślepienia tamtej epoki, w której twierdzono, że Go w ogóle nie było. Potem zaskoczył nie tylko mnie krytyką posoborowej odnowy na Zachodzie. Awangardzie katolickiej zarzucał wypłukiwanie z wiary jej sedna: sacrum. A że byłem wówczas trochę takim awangardzistą, zamyśliłem się... 
Aż wreszcie przeczytałem książkę Leszka Kołakowskiego „Jeśli Boga nie ma". Umocniła moją wątłą wiarę, że jednak On jest. Owszem, żadne argumenty za Jego istnieniem nie wytrzymują krytyki człowieka niewierzącego, ale gdy założymy, że Go nie ma, wali się wszystko. Świat nie ma sensu i pozbawiony sensu, nierządzony żadnym rozumem, jest w istocie dla naszego rozumu niepoznawalny. Każdy ma takie dowody na istnienie Boga, na jakie go stać: mnie, sceptyka, stać tylko na tyle, ile napisał Kołakowski. Potem był memu Kościołowi coraz bliższy, choć nie dawał się zamknąć w wyznaniowe ramki.
Niech odpoczywa w pokoju. Nie, niech na tamtym świecie pracuje bez odpoczynku dyskutując dzielnie z filozofami, o których w swoich wykładach mówił bez ideologicznej pasji.
Tyle napisałem do „Metra" Dodam jeszcze, że poznałem go osobiście już bardzo dawno w KIK-u warszawskim, mniej więcej w połowie lat 60. Pamiętam że były to jeszcze czasy, gdy biskup Wojtyła miał opory, by spotkać się z Kołakowskim w naszym klubie. Może dał się przekonać, ale nie pamiętam i nie udało mi się tego sprawdzić. A Kołakowski powiedział mi wtedy, że gdyby miał wybierać między filozofami chrześcijańskimi, wolałby Augustyna niż Tomasza. Po latach zapytałem go, czy nie zmienił zdania. Powiedział, że jednak Augustyn odstręcza go bardzo swoją okrutną tezą o „massa damnata" - wielkich tłumach potępionych. Odrzekłem, że mnie też.

15:42, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
niedziela, 19 lipca 2009
Pójdź na pustynię, czyli o tygrysie i Lisie

Ewangelia Marka 6,31

„A On rzekł do nich: - Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco".

Proste prawo psychologii mówi, że trzeba czasem zmienić środowisko, wręcz odizolować się od otoczenia, żeby dobrze odpocząć. A ów odpoczynek ma służyć autorefleksji, zamyśleniu nad sobą. Otrzymałem z wydawnictw katolickich parę nowych książek, które mogą takie zamyślenie wspomagać. Najciekawsza jest spolszczona rzecz Gregorego Mayersa CSSR (redemptorysty amerykańskiego) pt. „Wsłuchaj się w głos pustyni" (Wyd. „W drodze"). Z okładki dowiedziałem się, że autor naucza kontemplacji „z odniesieniem do sztuki medytacji zen". To ciekawe, w Polsce katolickiej raczej podejrzane, bo trąci synkretyzmem.

Zamiast jakoś recenzować, coś zacytuję: 

”Medytacja jest naturalnym sprzymierzeńcem chroniącego nas ego, dzięki temu, że umacnia w nas poczucie niezależnej i oddzielonej jaźni. W medytacji nie ma niczego szczególnie tajemniczego. Ludzie nieustannie medytują nad sobą, być może wcale sobie tego nie uświadamiając. Jest to rodzaj higieny psychicznej bądź też samokontroli, po to, by się upewnić, że nasz wewnętrzny katalog zachowań jest w porządku, a jego granice są bezpieczne. Innymi słowy, istoty ludzkie są podmiotami własnej medytacji: odnośnie samych siebie lub przynajmniej odnośnie tego, co za samych siebie uznają. W sposób lepszy lub gorszy w medytacji zbieramy to, co sami posialiśmy.

Jeśli istnieją korzyści, to są także granice tego, co nazwiemy funkcjonalnym talentem ego. By określić samego siebie, nie wystarczy stwierdzić, czym jesteśmy, ale również uznać, czym nie jesteśmy; oznacza to wysiłek zmierzający do uczynienia nas odpornymi i wytrwałymi.

Z chwilą, gdy nasza jaźń staje się określona i zorganizowana, na arenie pojawiają się wszelkie możliwe problemy. Wszystko to, co wykluczyliśmy z obrębu naszej samodefinicji, staje się potencjalnym zagrożeniem. Stajemy się więc strażnikami uzbrojonymi w trzeźwe osądy, dokonywane z pomocą rozumu podtrzymującego wizerunek naszej oddzielonej jaźni, którą sami sobie wygrodziliśmy, rozumu, który w dyskretny sposób ocenia wszystko jako potencjalnie nam przyjazne lub wrogie. Atmosfera, którą oddycha nasza jaźń strażniczka, składa się ze strachu i tęsknoty. Strach to pozostałość naszego dążenia do bycia wytrzymałym na przeciwności losu, tęsknota zaś jest śladem, który zostawiamy za sobą, dążąc do samowystarczalności. Opiekuńcze ego jest scenarzystą rejestrującym nastroje, doświadczenia, zachowania i to wszystko, co jest „mną", utrzymuje zapis mojej biografii, który odkłada się w pamięci. Ponieważ jest to funkcja umysłu, cały ten rejestr układa się najwyżej w i d e ę siebie samego, która może się przekształcić w i d e a ł - a także, niestety, zbyt często we mnie - w i d o l a. Skłonność do zasklepienia się w sobie i utrzymywania nienaruszonego idola to narcyzm w swojej najczystszej postaci --jako uwielbienie samego siebie.” 

Dwie inne książki (z Wydawnictwa Księży Marianów MIC) to najpierw rzecz pisarki amerykańskiej Megan McKenna: „Godzina tygrysa. Jak pokonać własne lęki?" Instruktaż ciekawy, bo realizowany narracją w rodzaju takiej oto:

”Uczeń przypominał sobie gorączkowo wszystko, co czytał o tygrysach żyjących na wolności. Wiedział, że jeśli się poruszy i spróbuje uciekać albo uskoczy, tygrys potraktuje go jako żer. Zastanawiał się, czy drapieżnikowi poszczęściło się na łowach, i przyjrzał się uważniej, szukając śladów krwi lub innych oznak świadczących, że zwierzę jadło i nie było już głodne. A potem pojawił się nowy powód lęku - jaskinia! Czy tygrys w niej zamieszkiwał? Czy mieszkał sam? Uczeń wiedział, że tygrysice zaciekle bronią swoich młodych. Nie miał czasu sprawdzić, jak daleko jaskinia sięga w głąb skały - czy z tyłu kryły się małe tygrysiątka? Czy tygrys miał parę? Jeśli tak, gdzie był ten drugi? Czas się wydłużał, a uczeń miał wrażenie, że nigdy jeszcze nie czuł się tak żywy. Umysł i ciało były niezwykle czujne, a on coraz bardziej nieruchomiał, stawał się coraz bardziej samodzielny i zdecydowany, choć wszelkiego rodzaju lęki przygważdżały go do ziemi. Teraz te lęki związane były jednak z czymś rzeczywistym, nie zaś z wytworami umysłu, serca, pamięci czy doświadczenia lub jego braku, które karmiły jego wygłodniałą duszę.

W końcu to tygrys poruszył się pierwszy - niezwykle powoli. Minął ucznia i wszedł do jaskini. Mnich nie wiedział, czy ma odetchnąć z ulgą, zapłakać, czołgać się i sprawdzić, czy nogi nie odmówią mu posłuszeństwa, uciec biegiem czy jeszcze coś innego. Siedział i próbował zebrać myśli. Wtem pojawił się drugi tygrys, ciągnąc trzymaną w pysku padlinę. Odżył znów jeden z najgorszych lęków - w jaskini mieszka zapewne cała tygrysia rodzina, a ten przyniósł właśnie pokarm dla młodych! I znów odbył się pojedynek na spojrzenia. Drugi tygrys wyczuł swego towarzysza i wiedział, że młode znajdują się w jaskini. Uczeń ani drgnął i na nowo uczył się oddychać, choć tym razem zajęło mu to dużo mniej czasu. I ten tygrys poruszył się pierwszy i przeszedł obok niego, kryjąc się w zakamarkach jaskini. Uczeń nadal tkwił w bezruchu i ani się obejrzał, gdy zasnął z wyczerpania. Kiedy się zbudził, znów zapadał zmierzch. Ze snu wyrwały go dwa tygrysy przeciskające się wzdłuż ściany jaskini ku wyjściu i niewielkiej polanie. Gdy wyszły, i on się ruszył. Poszedł spłukać pot w pobliskim strumieniu, napił się wody i, usiadłszy na kamieniu, pomyślał, że musi podjąć decyzję. Po chwili wrócił do jaskini, umościł się w tym samym miejscu i rozpoczął medytację, tym razem wiedząc, że tygrysy wrócą. Od tej pory tak wyglądał jego rozkład dnia. Opuszczał jaskinię, gdy robiły to tygrysy, kąpał się, pił, jadł i wracał koło północy. Potem zaś medytował i czekał na godzinę tygrysa - kiedy zwierzęta powrócą i znów będą się sobie wzajemnie przypatrywać. Tygrysy zawsze przechodziły obok niego, a on siedział w strachu, drżąc, ale nie odchodził, a potem zasypiał ze znużenia, wyczerpania i radości. Mijały dnie i noce. Nic się nie zmieniło, poza jednym szczegółem. Upłynęło wiele nocy, zanim się zorientował, ze tygrysy stopniowo przysuwają się coraz bliżej niego, węsząc i mijając go o włos. Wystarczyłby niewielki ruch, lekkie wyciągnięcie ręki, by ich dotknąć, gdyby tylko chciał. Za którymś razem jeden z tygrysów położył się obok niego i zasnął. Potem zrobił to drugi, następnie młode, aż spali wszyscy razem. Gdy tak upłynęło parę miesięcy, uczeń zrozumiał, że może wrócić do swego świata. Teraz już umiał stawić czoło swoim lękom. Ku swemu zdziwieniu poczuł, że kocha te tygrysy i będzie mu ich brakowało - ich obecności i wszystkiego, czego go nauczyły, będąc po prostu sobą. Zatem pewnego wieczoru, gdy tygrysy udały się na łowy, wyruszył z powrotem do miasta, do swego mistrza i pozostałych mnichów. Mistrz oczekiwał go z uśmiechem zrozumienia na twarzy.

To tylko opowieść, ale o zasadniczym znaczeniu, oparta na rzeczywistości będącej wyzwaniem dla każdego - owej godzinie tygrysa, między trzecią a piątą nad ranem, a dokładniej rzecz biorąc - o czwartej. Kiedy komuś o tym mówię, w jego spojrzeniu widzę zrozumienie. Kiedy inni wspominają o tym na zajęciach czy wykładach, okazuje się, że każdy wie, o czym mowa - wszyscy znają godzinę tygrysa, choć może dotąd jej tak nie nazywali. Ludzie czasem budzą się o tej porze, najciemniejszej i najchłodniejszej porze nocy, samotni, i muszą skonfrontować się ze sobą. Odczuwają napięcie, niejasny niepokój, brak swobody lub prawdziwy lęk, osamotnienie i obawę. To godzina tygrysa - czas stawienia czoła lękom. Powszechne doświadczenie, potrzebne każdemu. Jeśli nie zmierzymy się ze swymi lękami, one nas zniszczą.” 

Wreszcie książeczka pary moralistów, Marka i Wojciecha Wareckich, „Być 40-latkiem". Znowu cytat.

”Będzie o narcyzie. Narcyz to taki facet - to głos Marlona Brando - który słucha tylko wtedy, kiedy mówisz o nim.

Zdarzyło się, że pewien narcyz cały wieczór opowiadał tylko o sobie. W końcu jedna z osób nie wytrzymała i zapytała: - Stary, dlaczego ty cały czas mówisz o sobie?. Zaskoczony narcyz spojrzał na nią i odparł: No, bo to jest takie ciekawe!. W jego głosie nie można było wyczuć ironii. Powiedział to ze śmiertelną powagą.

Poczucie bycia kimś ważnym jest niebezpiecznie bliskie narcyzmowi. Narcyz - zgodnie z nazwą - kocha wyłącznie siebie. Inni są tylko po to, by umożliwić realizację misji narcyza polegającej na rozprzestrzenianiu po całym świecie jego niebywale interesującej osobowości. Jeśli jeszcze nie wiesz, jak wygląda narcyz, po prostu poświęć trochę czasu i obejrzyj jeden program z cyklu: „Tomasz Lis na żywo".

Jeśli jesteś narcyzem i właśnie przeglądasz się w lustrze, prawdopodobnie w tej chwili rzucisz tę książkę do kosza. Nie rzuciłeś? Dałeś nam szansę. To miłe.

[Ale i my potrafimy być mili. Powiemy więc prawdę: w tym momencie dałeś szansę sobie.]

Narcyz oczekuje, że inni będą odgadywać jego myśli i zachcianki, że będą spełniali je jak najszybciej i jak najpełniej, w przeciwnym razie okaże swoje niezadowolenie i ukarze winnych zaniedbań. Rodzi to konsekwentną postawę roszczeniową wobec otoczenia. Pisze o tym szeroko Nina Brown w pracy «Zazdrosny partner». Naczelnym celem narcyza staje się więc zdobycie kontroli nad bliskimi, ale nie tylko nad nimi, w celu wykorzystywania ich do realizacji swoich potrzeb. Dobrym motywem może być krzewienie kultu własnej osoby albo chęć uzyskania materialnych korzyści.

Przyznajmy szczerze, każdy z nas ma tendencję do rozpowszechniania swojego «ja» bez względu na to, jakie ono jest. I być może na tym właśnie polega jedno z największych nieszczęść naszych czasów, ponieważ zero pomnożone przez siłę mediów, niestety, jak nas poucza matematyka, nie daje zerowego iloczynu, ale telewizyjną osobowość.]est takie powiedzenie: czasy się zmieniają, ale ludzie nigdy, i zawsze do wypełniania medialnych funkcji ustawi się kolejka chętnych.

Czterdziestolatek, nie wiadomo kiedy, dojechał do połowy życia i bardzo by chciał, aby ono coś znaczyło. Cieszy się zatem jak dziecko, kiedy wydrukują jego list napisany do gazety albo zaproszą go do radia, aby mógł pogadać o perspektywach swojej firmy.

Nie ma w tym nic złego, dopóki twoje «ja» nie zaczyna przesłaniać wszystkiego i wszystkich.

Znamy wielu narcyzów. Kłamią, manipulują i niszczą każdego, kogo dopadną.

['No. może z wyjątkiem tych, co zdążyli uciec na drzewo. Przed ewolucją... A co? Darwin już ci się nie podoba?]”

Z dawnych lektur zapamiętałem taką opowieść. Jakiś facet był bardzo lubiany towarzysko. Ktoś wyjaśnił jego tajemnicę: on głównie słucha.

08:11, jan.turnau
Link Komentarze (36) »
sobota, 18 lipca 2009
Święta cnota gościnności

Księga Wyjścia 12,38

„Także wielkie mnóstwo cudzoziemców wyruszyło z nimi."

Nie pamiętałem, że jest w Biblii taka lakoniczna informacja o ucieczce Żydów z Egiptu. Ważna - widać był to exodus nie tylko jednego plemienia, widać też inne ludy miały dosyć nadnilskich gospodarzy. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na „beletrystyczność" Biblii, na to, że nie jest to relacja reportażowa.

Tamta wiadomość skojarzyła mi się z obszernym studium historycznym, jakie drukujemy dzisiaj i za tydzień w „Arce Noego": Mirosław Czech opowiada o losach Kościoła greckokatolickiego w PRL. O ich ciężkich przeprawach z władzami państwowymi, o kłopotach także z polskimi władzami rzymskokatolickimi (ściślej: obrządku łacińskiego). Te pierwsze zaczynały od doktryny likwidującej właściwie Cerkiew greckokatolicką (unicką), będącą wspólnotą ukraińską; te drugie nie były dość otwarte na braci przecież tego samego wyznania (pod jednym papieżem), tyle że innego narodu, skonfliktowanego tragicznie z polskim. Lektura ciekawa w czasie wspominania rzezi wołyńskiej. Sam pamiętam wiarygodną opowieść o pewnej rzymskokatolickiej zakonnicy, która jeszcze niedawno wymuszała na unitce bierzmowanie, uważając, że nieważny jest ten sakrament przyjęty przez nią w jej obrządku - tak jak też to jest u prawosławnych - w niemowlęctwie, razem z chrztem i komunią. Dramatem w ogóle unitów jest to, że rzymskokatolicka matka krzywo patrzy na styl swojej córki, zagwarantowany przecież w unii brzeskiej. W każdym razie patrzyła krzywo kiedyś, dziś jest lepiej. 

Nie byliśmy wobec unitów nadmiernie gościnni.

10:08, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
piątek, 17 lipca 2009
Szabat nasz powszedni

Ewangelia Mateusza 12,1-8

”Pewnego razu Jezus przechodził w szabat wśród zbóż. Uczniowie Jego, będąc głodni, zaczęli zrywać kłosy i jeść. Gdy to ujrzeli faryzeusze, rzekli Mu: - Oto Twoi uczniowie czynią to, czego nie wolno czynić w szabat. A On im odpowiedział: - Nie czytaliście, co uczynił Dawid, gdy był głodny, on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego i jadł chleby pokładne, których nie wolno było jeść jemu ani jego towarzyszom, tylko samym kapłanom? Albo nie czytaliście w Prawie, że w dzień szabatu kapłani naruszają w świątyni spoczynek szabatu, a są bez winy? Oto powiadam wam: tu jest coś większego niż świątynia. Gdybyście zrozumieli, co znaczy: «Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary», nie potępialibyście niewinnych. Albowiem Syn Człowieczy jest Panem szabatu."

Szabat. Dzięki takim passusom w ewangeliach słowo to nabrało znaczenia negatywnego: zaczęło oznaczać duchową sztywność, tępy, niemal nieludzki legalizm. Najmocniej ów typ religijności potępiają słowa Jezusa „To szabat został ustanowiony dla człowieka, nie człowiek dla szabatu" (Mk 2,27). Sens tego nauczania jest taki, że ważniejsze niż wszystkie czynności i „bezczynności" rytualne jest miłość bliźniego. Dzisiaj jednak, gdy judaizm przestaje być dla nas samym przeżytkiem, głębiej patrzymy też na ową żydowską instytucję. Myślę sobie, że nawet rygoryzm w rodzaju niezapalania wtedy światła ma jakiś psychologiczny sens. Chodzi o jakieś absolutne oderwanie się od codzienności. Przydałby się nam taki relaks w każdą niedzielę, choć bez owych skrajności. Takie wyjście na pustynię.

To jeden mój morał, ale raczej „kontrmorał", bo jest też ten wynikający z dzisiejszego fragmentu Ewangelii. Przełożę go na sytuacje chrześcijan, katolików. Chodzi o to, żebyśmy zrozumieli, że miłość Boga i (czyli) bliźniego jest naprawdę największym przykazaniem. Dlatego na przykład opieka nad chorym jest ważniejsza niż udział w mszy. Dlatego praca zawodowa w niedzielę bywa konieczna. Myślę, że coraz mniej jest katolików tak spętanych paragrafem - ale chyba jeszcze są wśród starszego pokolenia. Legalizm, rytualizm ciążą. Ciąży mentalność szabatowa w negatywnym sensie tego terminu.

I znów kontrapunkt. Bo jednak msza to bardzo ważna rzecz, niedziela w ogóle też. Niestety jest to przedstawiane przez władze kościelne jako obowiązek a nie święta radość. Ze wszystkiego robi się „piłę" zamiast starać się, by Ewangelia była naprawdę dobrą nowiną a msza czasem jej przypominania.

21:47, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
czwartek, 16 lipca 2009
Jest, który Jest

Księga Wyjścia 3, 13-15

„Mojżesz rzekł do Boga: - Oto pójdę do synów Izraela i powiem im: Bóg ojców naszych posłał mnie do was. Lecz gdy oni mnie zapytają, jakie jest Jego imię, to cóż im mam powiedzieć? Odpowiedział Bóg Mojżeszowi: - Ja jestem, który jestem. I dodał: - Tak powiesz synom Izraela: «Ja jestem» posłał mnie do was. Mówił dalej Bóg do Mojżesza: - Tak powiesz synom Izraela: - Pan, Bóg ojców waszych, Bóg Abrahama, Bóg Izraela i Bóg Jakuba posłał mnie do was. To jest imię moje na wieki i to jest moje zawołanie na najdalsze pokolenia."

Opowieść o fundamentalnym znaczeniu: Bóg odsłania się, przedstawia. Imię to w tamtym języku coś znacznie więcej niż w naszym: to definicja danej istoty. Nie tylko człowieka, także zwierząt (Księga Rodzaju 1,19) - i Boga. Cóż jednak znaczy Jego dziwne imię? Zapamiętałem szczególnie dwa wyjaśnienia, zresztą niesprzeczne.

Pierwsze jest bardziej biblistyczne: Bóg to ten, którego istota (i istnienie) polega na nieustannej Bożej obecności. Izraelici ówcześni wierzyli, że Bóg jest tylko przy nich albo raczej, że tylko przy nich jest to obecność pozytywna, opiekuńcza - my wierzymy o wiele szerzej.

Drugie wyjaśnienie jest filozoficzne, tomistyczne, „Jest, który Jest" znaczy, że Jego istotą jest istnienie, że w przeciwieństwie do bytów „przygodnych", których może nie być, On być „musi", jest bytem ”koniecznym”. Oczywiście w sensie metafizycznym, nie jest to żaden kościelny mus dla ludzkiej woli ani dla rozumu.

Jest i trzecia interpretacja. Bóg odpowiada bardzo tajemniczo, żebyśmy za dużo o Nim nie wiedzieli i nie wykorzystywali tej wiedzy do manipulacji praktycznej: wzywania Go z zupełną pewnością, że każda nasza prośba zostanie wysłuchana. Albo też raczej manipulacji teoretycznej: byłaby to zatem sugestia, że jest On niepoznawalny. Bardzo to ważna sprawa: chodzi o to, co się nazywa teologią negatywną: o Bogu nieporównanie więcej nie wiemy niż wiemy. Nie manipulujmy tą (nie)wiedzą wdając się w spekulacje uprawiane w schyłkowym średniowieczu (obśmiewane cytowaniem pytania, ilu jest aniołów na końcu szpilki). Takie (nie)pojęcie Boga otwiera myślową perspektywę pomocną w dialogu z ateizmem. Uczmy się od ateistów świętej niepewności! Myśl tę świetnie rozwija ksiądz Tomasz Halik w książce „Cierpliwość wobec Boga. Spotkanie wiary z niewiarą" (Wydawnictwo WAM, Kraków 2009), mówiąc o „naiwnym i wulgarnym teizmie, który nie bez podstaw prowokował i prowokuje krytykę ateistyczną".

22:16, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 15 lipca 2009
Stroje i nastroje

Księga Wyjścia 3,5

„Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą".

I oto w czytaniach ze Starego Testamentu doszliśmy do sceny spotkania Mojżesza z Jahwe w krzewie ognistym. Widzimy starożytny zwyczaj czczenia Boga zdjęciem obuwia.

Różne są zwyczaje religijne związane z ubraniem: muzułmanie zdejmują obuwie (nie tylko w świątyni, w każdym nieswoim mieszkaniu), Żydzi - nie, choć to ich przede wszystkim świętą księgą jest Biblia. U chrześcijan też ważne jest nakrycie głowy, ale u mężczyzn na odwrót: w świątyniach zdejmują czapki zamiast je nakładać. Chyba że są duchownymi: kiedyś każdy ksiądz musiał w kościele nosić biret, biskup przez część mszy jest w infule, choć na czas konsekracji zdejmuje nawet piuskę, którą poza tym nosi tak często, jak Żyd kipę. Kiedyś arcybiskup Muszyński wytłumaczył mi, że owa katolicka czapeczka nie przypadkiem przypomina żydowską, bo z niej się wywodzi.

Modernizacja kościelna - tak jak w ogóle religijna - idzie w kierunku „normalności": biskup Pieronek niechętnie używa piuski; na Zachodzie takie stroje kościelne mocno wyszły z mody. Chyba minęły czasy, gdy ubiór miał sens symboliczny: zatraca go nieuchronnie. Zresztą przecież Ewangelia potężnie relatywizuje zwyczaje: ważne jest wnętrze człowieka, nie to, co na zewnątrz. Dlatego rygory kościelne dotyczące strojów turystów w świątyniach okropnie trącą myszką. Zamiast walczyć z dekoltami i szortami księża powinni wzywać odwiedzających kościoły do refleksji moralnej ogólnoludzkiej: - Spróbuj tutaj zdjąć z siebie zbroję nienawiści...

22:30, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
wtorek, 14 lipca 2009
Mojżesz, uczeń Egiptu. Lektura antywatykańska, ale...

Księga Wyjścia 2,1-10

”Pewien człowiek z pokolenia Lewiego przyszedł wziąć za żonę jedną z kobiet z tegoż pokolenia. Ta kobieta poczęła i urodziła syna, a widząc, że jest piękny, ukrywała go przez trzy miesiące. A nie mogąc ukrywać go dłużej, wzięła skrzynkę z papirusu, powlekła ją żywicą i smołą i włożywszy w nią dziecko, umieściła w sitowiu na brzegu rzeki. Siostra zaś jego stała z dala, aby widzieć, co się z nim stanie. A córka faraona zeszła ku rzece, aby się wykąpać, jej służące zaś przechadzały się nad brzegiem rzeki. Gdy spostrzegła skrzynkę pośród sitowia, posłała służącą, aby ją przyniosła. A otworzywszy ją, zobaczyła dziecko: był to płaczący chłopczyk. Ulitowała się nad nim mówiąc: - Jest on spośród dzieci Hebrajczyków. Jego siostra rzekła wtedy do córki faraona: - Chcesz, a pójdę zawołać ci karmicielkę spośród kobiet Hebrajczyków, która by wykarmiła ci to dziecko? - Idź, powiedziała jej córka faraona. Poszła wówczas dziewczyna zawołać matkę dziecka. Córka faraona tak jej powiedziała: - Weź to dziecko i wykarm je dla mnie, a ja dam tobie za to zapłatę. Wówczas kobieta zabrała dziecko i wykarmiła je. Gdy chłopiec podrósł, zaprowadziła go do córki faraona, i był dla niej jak syn. Dała mu na imię Mojżesz, mówiąc: - Bo wydobyłam go z wody.”

Wczoraj czytaliśmy o kolejnym faraonie, który widząc, że rosnący w liczbę lud Izraela, goszczący w Egipcie na zaproszenie Józefa, może z czasem zagrozić państwu, rozpoczął prześladowanie. Gdy jednak to tylko zwiększało rozrodczość, rozkazał mordować wszystkich nowo narodzonych chłopców. Ale Mojżesz ocalał.

Fakty historyczne czy też częste w literaturze tamtych miejsc i czasów „beletrystyczne" opowiadanie o cudownych narodzinach wielkiego człowieka? „Encyklopedia biblijna", mająca pieczęć publikacji katolickiej, sugeruje tę drugą możliwość.

Mnie interesuje raczej co innego: co wyniósł Mojżesz z mądrości starożytnego Egiptu. Chyba wiele, jeśli taka była utrwalona przez wieki opinia tego ludu, którą przekazał krótko autor Dziejów Apostolskich, wkładając w usta Szczepana (Stefana) zdanie: „I wykształcony został Mojżesz we wszelkiej mądrości egipskiej". Jaki owa mądrość miała wpływ na monoteizm izraelski? Skądinąd śmiała „Encyklopedia biblijna" powiada tak: „Nie wiadomo dokładnie, jakie były początki monoteizmu Izraela. Pewne tendencje w religii egipskiej w II tysiącleciu przed Chrystusem, zmierzające do uniwersalizacji jednego bóstwa, teoretycznie mogły wywrzeć wpływ na Mojżesza, ale istotne różnice między tymi zjawiskami a Bogiem Izraela przemawiają przeciwko temu założeniu. Nie wydaje się prawdopodobne, aby zewnętrzne procesy religijne stały się inspiracją dla tego aspektu wiary Izraelitów." Tak czy inaczej miło wiedzieć, że my, chrześcijanie, zawdzięczamy sporo pośrednio nadnilskiemu ludowi.

Z tą sprawą kojarzy mi się wczorajszy zarzut komentatora, że przecież w Biblii nie ma słowa „Pan", jest tylko „Jahwe". Otóż tłumaczenie tego właśnie słowa jako „Pan" ma prastarą tradycję żydowską, mianowicie w Septuagincie, gdzie mamy równoznaczny ze słowem polskim termin grecki „Kyrios".

Wciąż też spotykam zarzut, że nie odpowiadam na komentarze. Otóż na ogół po prostu nie daję rady tyle pisać, a zresztą coraz bliższy mi jest obraz człowieka, który nie odpowiada kłótliwie na każdą polemikę, słucha albo czyta spokojnie. Odpowiadam tylko wtedy, gdy chodzi po prostu o fakty.

Lektura wakacyjna: powieść Jacquesa Neiryncka „Proroctwo dla Watykanu". Spolszczyło Wydawnictwo M. Spotkało się z przyjętą przezeń krytyką niektórych katolików duchownych i świeckich. Nie dziwię się jej, autor katolikofilem zgoła nie jest, ale wydaje mi się, że warto poczytać też i takie poglądy, bo nie biorą się z nikąd. Niestety mój Kościół uchodzi za piramidę władzy, za budowlę, w której liczy się tylko możliwość rządzenia - ale przecież za czyjś obraz na ogół odpowiada także sam obrazowany, więc raczej myślmy samokrytycznie zamiast się gorszyć apologetycznie.

Oczywiście autor napisał thriller, w stylu tych różnych powieści, których górnym wykwitem był osławiony „Kod Leonarda da Vinci". Owszem, wizja Neiryncka przypomina tamtą traktowaniem władz katolickich jako mafii. Taki koncept literacki, taki fanatyzm antyklerykalny nawet nie oburza - raczej śmieszy. Ale bohater pozytywny powieści, papież Jan XXIV, jest członkiem najgłębiej wierzącym. Zakończenie thrilleru to opis mszy, którą odprawia w wigilię paschalną głosząc zmartwychwstanie. Wierzy w nie mimo ostatecznego zwątpienia w możliwość odnowy rzymskiego Kościoła, wierzącego w istocie tylko we władzę.

Można powiedzieć, że to szmirowate popłuczyny po antykatolicyzmie Dostojewskiego i dzisiejszym ruchu katolików spod znaku hasła „Chrystus tak, Kościół nie". Jest jednak w tej krytyce potwornie przesadzonej jakieś „racjonalne jądro". Kościół mój wydaje mi się chwilami jakąś ”armią zbawienia”, właśnie wojskiem. Piramida władzy, na szczycie jeden człowiek, u podstaw tłum olbrzymi, nie mający nic do gadania. I nie wiem, czy nie jest najgorsze, że kapłani bywają kapralami: musztrują świeckich rekrutów bez żadnego psychologicznego wyczucia, szacunku dla osoby. Oczywiście nie wszyscy: są genialni kierownicy duchowi, są kolejki do ich konfesjonałów - ale średnia jest bardzo średnia. No i te nasze polskie kartki od spowiedzi...

Można też zadumać się z autentyczną kościelną troską nad całym rzymskokatolickim jurydyzmem. Nad mentalnością najgłębiej prawniczą, która gnębi wciąż od wewnątrz mój Kościół. Króluje w nim Paragraf. Prawo. Widać to najlepiej w sprawie rozwodów: bawimy się w szukanie powodów do unieważnienia małżeństwa, ściślej: stwierdzenie jego nieważności. Tak jakby ważny był abstrakt legalności a nie konkret stosunków międzyludzkich, który ulega czasem ponurej zmianie. Prawosławie przyjmuje tę zmianę do wiadomości, bolejąc nad nią, ale wspomagając swoim błogosławieństwem nową próbę chrześcijańskiego życia. Wydaje to mi się lepsze.

19:54, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
Archiwum