Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
piątek, 30 czerwca 2017
Potomstwo Abrahama i samej Sary

Księga Rodzaju 17,1.9-10.15- 22
Miał potomstwo najpierw z niewolnicą Egipcjanką imieniem Hagar. Nie była to zgoła małżeńska zdrada, żona Saraj (Sara potem) sama chciała mieć dziecko, a że była bezpłodna do starości, wymyśliła taki na to sposób. Nie za bardzo się udał, bo panie pokłóciły się i Hagar uciekła z wynikiem Izmaelem, niemniej Anioł Pański kazał jej wrócić pod władzę Saraj. Ówczesna rodzina była najwyraźniej wielomatczyna, to nie był kazus surogatki. Teraz o tym, co w tekście na dzisiaj. Otóż Bóg z czasem przepowiedział patriarsze, że będzie miał także z Sary potomstwo. I to przewyższające religijnie tamto, połączone z Nim przymierzem, które obejmie najpierw Izaaka, potem dalszych Abrahamitów. Powstał Naród Wybrany – choć wybór ten nie oznaczał zgoła radości nieustannej. A bracia przyrodni, jak i czasem rodzeni. Niestety teraz ziemia wspólna częściowo. Abraham z nieba patrzy i płacze.

21:24, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
czwartek, 29 czerwca 2017
Piotr i Paweł w jednym stali domu. A Franciszek?

List do Galatów 1,13
„Słyszeliście przecież o mojej dawnej działalności w judaizmie, że nadzwyczaj gorliwie prześladowałem Kościół Boży i niszczyłem go” (Ekumeniczny Przekład Przyjaciół).
Dzisiaj w Kościołach katolickich (także niektórych starokatolickich) i prawosławnych (tych kalendarzowo gregoriańskich) w mszy wigilijnej i tej w sam dzień wspomina się uroczyście apostołów Piotra i Pawła, więc mamy do czytania teksty biblijne o nich. Całkiem różni byli?
Może nie całkiem, słusznie wspomina się ich jednego dnia. Paweł, co prawda, przyłożył publicznie Piotrowi (Ga 2,11-14), ale obaj rozumieli, że trzeba iść teraz do pogan, i obaj zginęli w Rzymie. Paweł bardziej może protestant, Piotr rzymski katolik, ale rozłamy to nie była ich moralna parafia.
Nie jest również oczywiście rozłam życzeniem papieża Franciszka, chociaż swoim nauczaniem swoją wspólnotę dzieli. Tak jak Jezus, który sam się do tego dzielenia przyznał (Łk 12,51). Papież Bergoglio jest roztropny, doktryny w zasadzie nie rusza, choć czasem chyba miałby ochotę. Na przykład w sprawie kapłaństwa kobiet, którą Jan Paweł II jakby definitywnie zamknął, co naprawdę trudno zrozumieć, albo antykoncepcji (chodzi plotka, że w Watykanie pracuje jakiś zespół, który myśli, co z tym zrobić, gdy tę kwestię z kolei zamurował papież Paweł VI, inspirowany z Polski przez kardynała Wojtyłę i pośrednio benedyktyna Karola Meissnera). Władza to obowiązek wielorako ciężki w instytucji tak starej jak Kościół rzymskokatolicki i tak jak on przywiązującej wagę olbrzymią do ciągłości nauczania. Ale ową kontynuację widzą dzisiaj teologowie inaczej niż dawniej. Skądinąd Franciszek teologiem się nie czuje, duszpasterzem natomiast bardzo mocno i głęboko.
Rozumie genialnie, że na dusze działać trzeba nie tyle wykładem, ile przykładem. Już raz chyba reklamowałem tutaj książeczkę Włocha Rosaria Carella „Halo, tu Franciszek. Prywatne rozmowy papieża” (Znak, premiera 19 lipca). Ojciec Święty zachowuje się jak zwyczajny człowiek? Ależ nie, zwyczajny nie zachowuje się tak nadzwyczajnie, nie telefonuje niespodziewanie do ludzi, o których dowiedział się, że potrzebują pocieszenia. Zwyczajny papież też jeszcze niedawno nie czynił podobnych gestów, choć ostatnich pięciu zmieniało również historię Kościoła w różny sposób. Wracało do czasów Piotra i Pawła.

22:33, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 28 czerwca 2017
Prorocy bywają fałszywi. Profesor Zbigniew Wierzbicki

Ewangelia Mateusza 7,15-20
„Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznajcie ich po ich owocach”.
Nie jestem fanatycznym wrogiem klasy politycznej ani nawet pewnej konkretnej partii, choć niewątpliwie nie noszę jej w sercu (ani myśli). Pomyślałem sobie dzisiaj o wszystkich ludziach, którzy chcieli uprawiać tę działalność i im się udało. Nikt nie wymyślił nic lepszego niż ustrój demokratyczny, niemniej żeby zdobyć w nim władzę polityczną, trzeba zacząć od skóry baranka. Ale potem dobrze jest nie zamienić się w drapieżnika bez żadnej etyki, zapatrzonego w słupki poparcia, owoce swojej działalności oceniającego arcyegocentrycznie.
Napisałem do „Gazety Stołecznej” wspomnienie o kimś, kto w ogóle politykiem nie był, a już na pewno nie jakimś wilkołakiem. Czekając na druk na papierze, dołączam tutaj ten tekścik nekrologalny.
Pożegnanie
Zbigniew Tadeusz Wierzbicki 1919-2017
Zmarł 7 czerwca, po życiu długim i bardzo pracowitym. Zapamiętałem Profesora przede wszystkim jako założyciela i przez długie lata redaktora naczelnego dwumiesięcznika „Bunt Młodych Duchem”, „niesubwencjonowanego, edukacyjnego, historyczno-socjologicznego i ekologicznego”. Zapamiętałem go przede wszystkim w ten sposób nieco egocentrycznie, ponieważ zaproponował mi, częste nawet, pisywanie tam. Moją ulubioną tematykę - ekumeniczną - uznał za interesującą. Ucieszyło mnie to bardzo, bo podobnych redaktorównaczelnych jest w Polsce niewielu. Tak jak niewielu jest chrześcijan innego niż rzymskokatolickie wyznania: liczby liczą się we wszystkim, tematyka niszowa mało kogo „kręci”. A Profesora kręciła, bo szczególnie w protestantyzmie widział wartości przydatne także bardzo katolikom.
Interesował go jednak nie tylko od tej strony Kościół rzymskokatolicki, którego czuł się członkiem. Interesował jak własny dom, ale właśnie dlatego nie był wobec Kościoła bezkrytyczny: chciał doradzać mu, jego duchownym, jak mogliby najlepiej paść owce swoje. Zajrzałem do dawnych numerów „Buntu” i w tym z roku 2012 znalazłem ciekawy edytorial Profesora na temat stale gorący: jak odpolitycznić kazania. Jak ma mówić z ambony duszpasterz nieobojętny wobec zła, ale moralizujący mądrze, nade wszystko niewdający się wspory polityczne, partyjne wręcz. Oczywiście jednak nie zajmował się wyłącznie ani nawet głównie odnową ściśle kościelną. Chciał, żebyśmy my, Polacy, byli w ogóle lepsi. Działał na różnych polach, także na przykład tym ekologicznym. Leżała mu na sercu szczególnie sprawa naszego alkoholizmu. Przedstawiając jego życiorys, redakcja „Buntu” na swojej stronie internetowej napisała o tej jego działalności tak: „Przez wiele lat był czołowym działaczem ruchu przeciwalkoholowego. Założył w 1956 roku pozarządowy, niezależny, samofinansujący się miesięcznik przeciwalkoholowy «Zdrowie i Trzeźwość» (pismo osiągnęło nakład 100.000 egzemplarzy). Wprowadził w 1959 roku do Polski ruch przeciwalkoholowy AA (anonimowych alkoholików), od 1975 był członkiem Komisji Episkopatu do Spraw Trzeźwości”.
Znów jednak nie tylko tym się zajmował. W ogóle nie tylko pracą społeczną. Był nie tylko działaczem, także uczonym. Socjologiem. Przez 20 lat wykładał tę dziedzinę wiedzy humanistycznej na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, prowadził też systematyczne zajęcia w warszawskim Kolegium WolnejWszechnicy i na innych uczelniach. Jego specjalnością była socjologia wsi i ekologia właśnie. Na pogrzebie wspominany był przez uczniów jako mistrz znakomity.
Powinienem był jednak napisać przede wszystkim to, że chciał, by w nekrologu napisać o nim: „Absolwent doświadczalnej średniej męskiej szkoły w Rydzynie, do końca wierny jej ideom”. Tak, założona przez wybitnego pedagoga polskiego Tadeusza Łopuszańskiego szkoła wykształciła go wszechstronnie: nie tylkointelektualnie, także duchowo. Jan Turnau

10:53, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 czerwca 2017
Ziemia nasza i nie nasza. Kwartalnik KUL-u o uchodźcach!

Księga Rodzaju 13,2.5-18
„Cały ten kraj, który widzisz, daję tobie i twojemu potomstwu na zawsze”. Słowa Pana do Abrama. Można by rzec, że okazały się ryzykowne, bo nie tylko naród mający legitymację biblijną, ale każdy chce mieć własne miejsce na ziemi. Skutek jednak bywa ponury nie tylko nad Jordanem: Arabów u nas nie chcemy! A politycy różnej maści zapatrzeni w statystykę tworzą na jej podstawie etykę jawnie antychrześcijańską. Gdy jestem przy etyce, napiszę o kwartalniku zwącym się całkiem po grecku „Ethos”. Wydaje co kwartał te potężne tomy
Instytut Jana Pawła II na KUL-u. Numer 117 ma na okładce najwyraźniej kobietę nie z Polski, a osią tomu jest sprawa moralna obcości, szczególnie uchodźców. Dobrosław Kot w tekście „Cudzoziemiec”: „Nikt dobrowolnie nie wyrusza na tułaczkę. Dlatego bezpośrednie powody tej decyzji tracą na znaczeniu. Uchodźca może uciekać przed wojną, ale głód i bieda to równie ważne przyczyny ucieczki: gdyby były do zniesienia, każdy wolałbym pozostać na swoim miejscu. Na własnej – cudzej ziemi zagrożenie jest oswojone, na cudzej ziemi, do której uchodźca wyrusza, wszystko może się zdarzyć, choć żywi on nadzieję, że uciążliwości będą znośniejsze.”
Zacząłem od autora świeckiego, ale jest w numerze, na wstępie oczywiście, tekst papieski.
Nie, nie Franciszkowy, choć jego takich legion: dobrze, że przypomniano Polakom, co na ten temat mówił ich rodak, podobno autorytet ich boski niemal. Jan Paweł II w roku 1986 uderzył w sumienia bardzo mocno: „Wobec ogromu i powagi problemu wszyscy synowie Kościoła winni poczuć się wezwani do działania jako naśladowcy Chrystusa – który także chciał przyjąć los uchodźcy – i jako nosiciele Jego Ewangelii. Sam Chrystus pragnął być rozpoznany w każdym uchodźcy i utożsamiany z Nim: mówią o tym wstrząsające słowa Ewangelii (...): «Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie; (...) Byłem przybyszem, a nie przyjęliście mnie» (Mt 25,35.43). Te słowa Chrystusa powinny nas skłonić do uważnego rachunku sumienia, do oceny naszej postawy wobec wygnańców i uchodźców. W wielu parafia spotykamy ich bowiem prawie każdego dnia; stali się oni naprawdę naszymi najbliższymi bliźnimi. Dlatego też potrzebują miłości, sprawiedliwości i solidarności wszystkich chrześcijan.”. Papież nie mógł przewidzieć, co się wydarzy dalej: terrorystów powołujących się na islam i różnorakich skutków ich inwazji na wszystko, co trąci innością.
Nie zobaczył też rządów Prawa i Sprawiedliwości, polityków przyznających się przecież gromko do katolicyzmu, jak i niektórych posłów Platformy, która tu jakby nie chce być lepsza.
Sam zaś Jan Paweł II do uchodźców wtedy powiedział: „Kościół jest z wami i niesie wam pomoc, którą jego członkowie starają się czynić coraz bardziej skuteczną, choć wiedzą, że nie zaspokaja ona wszystkich potrzeb”. Ale dalej i tak: „Musicie sami przyczynić się do złagodzenia swoich cierpień, okazując dobrą wolę i wykorzystując swe umiejętności. Jesteście bogaci w swoją cywilizację, kulturę, tradycję, w wartości ludzkie i duchowe, i z tego źródła możecie czerpać zdolność i siłę, by rozpocząć nowe życie”.
Kościół rzymskokatolicki jako całość raczej jest z papieżami w tym punkcie, ale jego polska gałąź czuje się zbyt mocno związana z obecną władzą polityczną, by nie było dwuznaczności. Na przykład w wypowiedzi arcybiskupa krakowskiego Marka Jędraszewskiego, troszczącego się o uchodźców, że mogą kiedyś żałować swojej decyzji, bo na obecnej ziemi obco.
W tym znakomitym numerze „Ethosu” mamy też tłumaczenie ks. Alfreda M. Wierzbickiego, czemu uważa kompromis parlamentarny z roku 1993 za słuszny. Bo jak demokracja, to demokracja, czyli nie dało się uzyskać więcej. A prawo to nie etyka.

18:54, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 26 czerwca 2017
Abramem cokolwiek być. Arcybiskup prawosławny Jeremiasz

Księga Rodzaju 12,1-9
„Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej.”
Perykopa owa komentowana jest słusznie jako wezwanie do wszelkiego niezasiedzenia. „Ojciec wielu” (tę wielkość rodu imię patriarchy rozszerzone z czasem jako „Abraham” po hebrajsku oznacza) miał wtedy według tekstu 75 lat. Naprawdę to byłoby bardzo dużo, żyliśmy wówczas o wiele krócej, dlatego może Biblia opowiada o różnych Matuzalemach nawet jak na nasze czasy okropnie długowiecznych, bo było to tym bardziej marzeniem każdego. Dzisiaj nie jest? Medyczne przedłużanie życia wydłuża starość wraz z licznymi jej kłopotami, więc niektórzy woleliby z nimi radykalnie skończyć. Ale zarazem rozwija się ruch hospicyjny, oparty moralnie na założeniu, że trzeba bliźnich zatrzymywać na tym świecie po prostu wielką dobrocią.
Rozpisałem się na temat boczny, wracam jednak do Abrahamowego przykładu ruchliwości. Łatwo mu było, bo był koczownikiem, powiedzieć słusznie można, ale tu chodzi o niezasiedzenie myślowe, coś, co grozi każdemu człowiekowi i wspólnocie każdej. „Zejdź z kanapy” – słowa Franciszka do młodych, ale niektórzy starsi mebel ten kochają o wiele czulej. Franciszek jednak również tę miłość widzi doskonale i odczuwa na własnej skórze, gdy mu kościelna konserwa adhortację o miłości na różne sposoby kontestuje.

Dołączam moje wspomnienie o prawosławnym bibliście, ekumeniście, napisane dla „Buntu Młodych Duchem”.
Notatnik zwariowanego ekumenisty
Świętej pamięci arcybiskup Jeremiasz 1943-2017
Ekscelencja kelner znakomity
Próbuję sobie przypomnieć różne spotkania z nim. Pierwsze było chyba w KIK-u, wtedy na Kopernika. Chyba w gronie niewielkim, tamtejszej czytelni, zapamiętałem, że zeszło tam na ówczesnego patriarchę moskiewskiego Pimena. Krytykowaliśmy go za nadmierną uległość władzy komunistycznej, ale ówczesny świecki teolog prawosławny dr Jan Anchimiuk zgłosił nieśmiało swoje „votum separatum”: - Ja bym go jednak bronił. Nie pamiętam dalszego ciągu dyskusji, teraz myślę sobie, że za tym głosem stały skłonności myślowe, które kazały późniejszemu biskupowi Jeremiaszowi wziąć udział w posiedzeniu hierarchów innych wyznań, akceptujących polski stan wojenny. Nie wziął w tym zebraniu udziału biskup prawosławny przemysko-nowosądecki Adam, z którym potem albo i już wtedy władyka wrocławsko-szczeciński Jeremiasz bardzo się przyjaźnił. Wydawało mi się, że był Adam dla młodszego od niego znacznie Jeremiasza dużym autorytetem. 

Najczęściej u arcybiskupa w Cieplicach
Następnych spotkań z wtedy jeszcze świeckim Jankiem Anchimiukiem nie pamiętam, choć musiało być przynajmniej jedno: to, na którym zaproponowałem mu uczestnictwo w ekumenicznym zespole tłumaczy Nowego Testamentu. Mieli być tam trzej bibliści z trzech rodzin wyznaniowych: ksiądz Michał Czajkowski, arcybiskup Jeremiasz, pastor Mieczysław Kwiecień oraz ja jako sekretarz organizacyjny przedsięwzięcia i facet nieco bieglejszy w sprawach polonistycznych.
Nasza praca zaczęła się na daczy, którą moja żona Biruta wybudowała we wsi Górki koło Osiecka, zaczęliśmy jednak niestety bez naszego prawosławnego kolegi. Został właśnie mnichem w klasztorze w Jabłecznej i miał wnet zostać biskupem. Mnisi stan jest w Cerkwiach warunkiem pełnienia hierarchicznego urzędu. Już jako biskup spotkał się z nami najpierw w Miłkowie koło Karpacza, czyli pod Jelenią Górą, w klasztorze tamtejszym sióstr elżbietanek. Na owych zakonnicach Władyka zrobił wrażenie jak najlepsze. Jedna z nich powiedziała nawet: - Tylko szkoda, że on nie nasz. Nie pamiętam, co wtedy jej odpowiedziałem, teraz odpowiedziałbym, że nie szkoda, tylko dobrze, bo chrześcijaństwo powinno być wielokształtne, byleby pojednane, natomiast szkoda, że nie wszyscy biskupi wszystkich wyzwań są tacy. Po Górkach i Miłkowie przyszła kolej na równie podjeleniogórskie Cieplice. Otóż Jeremiasz wybudował tam dom wypoczynkowy dla swojej diecezji i zaproponował go jako kolejne miejsce naszych prac przekładowych. Co do mnie, przystałem na to z entuzjazmem, bo to przecież moje miasteczko rodzinne, tam, potem obok w Sobieszowie spędziłem pierwszą młodość aż do matury. W tychże Cieplicach przetłumaczyliśmy z władyką większość ksiąg Biblii chrześcijańskiej. Tu trochę o jego walorach „w tym temacie”. 

U początku jest Słowo
Otóż grekę biblijną znał Jeremiasz znakomicie. Oraz twórczo: miał ciekawe translatorskie pomysły. Przede wszystkim jego był ten, żeby początkowe wersy prologu do Ewangelii według św. Jana przetłumaczyć podobnie, jak to zrobił Roman Brandstaetter, czyli w czasie teraźniejszym. Nie zgodnie z translatorską tradycją: „Na początku było Słowo”, ale „jest Słowo”, bo przecież było zawsze, w ogóle poza czasem: nie chodzi tu o chronologię, ale o ontologię – Logos jest u podstaw wszelkiego bytu stworzonego. A już całkiem własnym pomysłem Jeremiasza było tłumaczenie „u początku”, nie „na początku” oraz „Słowo jest ku Bogu” nie „u Boga”, jak na ikonie „Trójca” Rublowa, gdzie dwie jej osoby zwrócone są ku trzeciej.
Pamiętam, że na początku kłóciłem się z władyką o imiesłowy przysłówkowe, szczególnie te czasu przeszłego kończące się na „szy”. Czy można je stosować w tłumaczeniu, choć brzmią bardzo regionalnie, to przecież polszczyzna „Wilniuków”. Wnet jednak wycofałem się, bo doszedłem do wniosku, że to też polszczyzna, czemu nie. Jeremiasz był w ogóle za tłumaczeniem dosłownym, ale nie oznaczało to bynajmniej jego niechęci do translatorskich nowości, które w zasadzie robiliśmy wszyscy, nie tylko Michał Czajkowski, miłośnik ich największy. Był nim tylko początkowo jednak: pracowaliśmy przecież wspólnie bite trzydzieści lat, z czasem gusta nam się zmieniały. Moją chyba propozycję, by tradycyjnego Szczepana zastąpić bliższym oryginałowi Stefanem, przyjął oczywiście władyka, w bliskich mu językach, cerkiewno-słowiańskim, rosyjskim, rodzinnym białoruskim (pochodził z Podlasia), nie brzmi wcale swojsko tamto imię spolonizowane. Otóż przegłosowanym przez nas trzech twardym obrońcą Szczepana okazał się nagle Michał. A Jeremiasz zgodził się bez trudu na pomysł Michałowy z kolei, by Ewangelia Mateusza, a więc i cały Nowy Testament rozpoczynał się jakby starotestamentalnie (bo greka do tego uprawnia): „Księga rodzaju Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama”. Jak też, żebyśmy w Janowym prologu sięgnęli do oryginału bardzo głęboko i nie napisali o Słowie, że „zamieszkało między nami”, ale dosłownie: „rozbiło namiot wśród nas”. Pewnie to echo życia koczowniczego i metafora przepiękna!  

Ekumenista zaprawdę wrodzony
Bo w ogóle był nasz współtłumacz człowiekiem bardzo zgodliwym. Nic dziwnego, że wiele lat pełnił urzędy prezesa Polskiej Rady Ekumenicznej oraz rektora wielowyznaniowej Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Był ekumenistą, by tak rzec, wrodzonym. Siedziało to w nim jakoś bardzo głęboko. Na dowód tego przypomnę wydarzenie już przeze mnie wszędzie rozgłaszane, ale trudno go tu nie przypomnieć. Otóż powiedziała mi znana ekumenistka rzymskokatolicka Danuta Baszkowska, że arcybiskup został bardzo niegrzecznie potraktowany przez kleryka z tegoż Kościoła właśnie przed nabożeństwem ekumenicznym. Gdy jednak nawiązałem do tego w najbliższej rozmowie z samym władyką, oświadczył zdecydowanie, że to pomyłka, że jeżeli ktoś był wtedy winien, to on, nie tamten kleryk. Zatem zapytałem potem Danusię, czy nie przesadziła. Powiedziała, że nie, ale również to, że arcybiskup błaga, by tego nie rozgłaszać. Ja jednak bywam nieposłuszny nie tylko wobec moich hierarchów. Do tego, żeby być pojednawcą skutecznym, trzeba nie tylko pokory, zauważania źdźbła raczej w oku swoim, niż cudzym. Także mocnej niechęci do wywoływania konfliktów. Jeremiasz był dyplomatą w znaczeniu tego słowa najlepszym, duchowym. Co nie znaczy, że nie widział błędu po drugiej, w tym przypadku katolickiej stronie. Przyjaciel mój Grzegorz Polak przypomniał w „Przeglądzie Prawosławnym” rozmowę sprzed 35 laty. Wtedy jeszcze świecki teolog powiedział Grzesiowi o zmarnowanej w Polsce ekumenicznej szansie, jaką stworzył list Jana Pawła II z okazji 1500. rocznicy Soboru Nicejsko-Konstantynopolskiego. Były w tym dokumencie słowa o Duchu Świętym, który pochodzi tylko od Ojca, ale tłumacz na polski poprawił papieża i napisał sobie: „który od Ojca i Syna pochodzi”. Chodziło o tak zwany problem filioque: prawosławnych od katolików dzieli formuła wyznania wiary: w tekście mszalnym dodajemy „i Syna”, choć właściwie to nie musimy, bo dla nas ortodoksyjne w istocie są obie wersje. Wierzymy bowiem, że, owszem, Duch pochodzi od Ojca i od Syna, ale od każdego z nich inaczej: od Ojca jako źródła wszelkiego bytu i Syna jako tego, który Ducha Świętego „tchnie”. A formuła filioque nie jest pierwotną, ale została dodana apodyktycznie w średniowieczu na chrześcijańskim Zachodzie, co Wschód oburzyło bardzo.
Po co obecnie oburzać dalej? Po co utrwalać mury, które już zaczęto burzyć?

Polski folwark zwierzęcy
Janek Anchimiuk ma do pojednania swoją własną drogę nieprostą. Wspomniał mi raz, że gdy wracał kiedyś rozradowany z nabożeństwa ekumenicznego, jakiś Polak uderzył go w twarz. No bo przecież on ruski pop, nie żaden brat w jednym Chrystusie. Nie tylko odłączony, ale i podłączony, bo przecież oni tacy wszyscy, wysługują się komunistom zamiast bronić się przed nimi razem z naszym Kościołem rzymskokatolickim. Owszem, po tamtej stronie bywało czasem niepięknie, niesolidarnie, nielojalnie, owszem, ale z kolei po naszej królowała pogarda wobec innych chrześcijan Kościoła o tyle w Polsce większego oraz faktyczny brak braterskiej troski o nich. Przypomina tu mi się znakomita bajka ewangelicko-reformowanego księdza Bogdana Trandy, tłumacząca zachowania innych Kościołów za „komuny”: o ogromnym słoniu, malutkich myszkach oraz wielkiej kłodzie, która niesiona przez wodę jej wartkim prądem wali we wszystko po drodze. Słonia tylko trochę zaboli, dla myszek to śmierć, a ten zoologiczny olbrzym nie kwapi się zaprosić owe zwierzątka na swoje bezpieczne cielsko. Takie to były czasy, władyka doczekał na szczęście lepszych, folwarku zwierzęcego już całkiem innego. Serdeczność, współczucie, skromność Przyjaźnie międzywyznaniowe to rzecz szczególnie piękna. Nasz współtłumacz przeżywał je bardzo. Grześ Polak napisał w swoim tekście serdecznym, że jego kolega z Katolickiej Agencji Informacyjnej po śmierci siostry Joanny Lossow, wielkiej promotorki pojednania, zatelefonował do władyki z prośbą o wspomnienie. „Po drugiej stronie słuchawki zapadła długa cisza. Wreszcie dziennikarz usłyszał szloch: to prawosławny hierarcha opłakiwał katolicką zakonnicę”.
Spotykaliśmy się także w naszym warszawskim mieszkaniu, po naszej pracy Biruta karmiła nas dobrą kolacją. Trzeba było ze stołu zabrać książki, położyć talerze, sztućce i tp.: najbardziej ochoczy w tym działaniu był arcybiskup, prezes i rektor, ekscelencja, magnificencja...

11:20, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
niedziela, 25 czerwca 2017
Gorliwość o Jego dom pożerać może

Psalm 69,8-10
„Dla Ciebie znoszę urąganie, hańba twarz mi okrywa,
dla braci moich stałem się obcym,
cudzoziemcem dla synów mej matki.
Bo gorliwość o dom Twój mnie pożera
i spadły na mnie obelgi złorzeczących Tobie.”
Potok żalów człowieka cierpiącego z powodu swojej pobożności. Tak zwany podmiot liryczny błaga Boga o pomoc, bo przecież dla Niego cierpi los okropny. Musiało tak widać bywać czasem w starożytnej społeczności żydowskiej. A ja spróbuję jakoś podobną sytuację uogólnić.
Może mógłby to być na przykład jakiś mocno zaangażowany religijnie katolik w krajach, do których dotarła laicyzacja, czyli raczej zachodnioeuropejskich. Na przykład taki, co nie wstydzi się demonstrować swojej religijności, nosząc na szyi krzyżyk czy muzułmańskie nakrycie głowy. W jeszcze na ogół pobożnej Polsce może być to poza tym ktoś inny, na przykład ów człowiek odmawiający usługi zawodowej wobec środowiska, które mu nie odpowiada światopoglądowo. „Gazeta Wyborcza” czy też środowisko LGBT brzydzi go moralnie aż tak, że nie chce świadczyć im usług zawodowych. Zatem ma kłopoty z wymiarem sprawiedliwości, bo też tego rodzaju sprzeciw sumienia wydaje się niektórym (mnie również) jakąś dziwną przesadą, ale jak to się ma do wolności tegoż sumienia? A z kolei, przeciwnie, czy ktoś, kto w imię świeckości szkoły zdejmuje tam ze ściany krzyż, nie powinien być również chroniony przed jakąś dyskryminacją?
Tyle że nie od rzeczy są też inne skojarzenia z dzisiejszym psalmem. Troskę o dom Boży można dostrzegać również u każdego człowieka, który stara się poprawiać etycznie rzeczywistość społeczną. Czy nie byli faktycznie podobnymi sługami duchowymi Boga nawet i niewierzący religijnie działacze antykomunistyczni? I czy wreszcie nie byli i nie są sługami Boga, Kościoła wręcz, najlepsi katolicy, chrześcijanie, którzy próbują reformować swoje wspólnoty, instytucje i obrywają za to potężnie. A takich przypadków zna historia wiele. Jednym reformatorom oddolnym udawało się to gorzej, innym lepiej, jeszcze innym znakomicie, bardzo rzadko jednak nie byli oni karceni za zbytnią śmiałość. Papież Franciszek uczcił ostatnio dwóch niegdyś podpadniętych władzy duchownych włoskich. Tak już bywa w życiu na ziemi naszej, w różnych Kościołach również.

08:59, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
sobota, 24 czerwca 2017
Pustelnik i cieśla

Ewangelia Łukasza 1,80
„Chłopiec zaś rósł i umacniał się duchem; a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem”.
Najpierw był Jan pustelnik, potem Jezus cieśla. Krewniacy ciałem i obaj wielcy duchowo, ale jakże inni. Ten pierwszy raczej tradycjonalista: asceza postna, Mesjasz jako moralny pogromca. Jezus natomiast rewolucjonista: posty, rygory nie są ważne, a moralność nie ma przyjść przemocą. Ale ten pierwszy jest tylko pokornym zwiastunem, że ma przyjść ten drugi. Taka była zbawienia historia. A o Janie Chrzcicielu piszę dzisiaj, bo to dzień pamiątki jego urodzenia.
Ja obchodzę imieniny w dzień pamiątki jego śmierci, ale tym, co tak świętują dzisiaj, życzę najserdeczniej pomocy Bożej i ludzkiej na każdy dzień.

11:08, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
piątek, 23 czerwca 2017
Moralizować czy pokrzepiać

Ewangelia Mateusza 11,25-30
„Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię.”
Dzisiaj w moim Kościele święto Najświętszego Serca Pana Jezusa. Bardzo ważny dzień. Najpierw mały problem artystyczny: żeby na przyszłych obrazach zaznaczać delikatnie ten organ anatomiczny, który przecież z miłosierdziem ma związek jedynie symboliczny. Przede wszystkim jednak trzeba rozważać powyższe słowa Ewangelii. Czy w naszych kazaniach nie za dużo jest o tym, co mamy robić i czego nie robić, a za mało słów pokrzepienia. Za dużo imperatywu moralnego, za mało indykatywu zbawczego. Oczywiście oba się łączą, w końcu przecież zaraz dalej Jezus proponuje, byśmy wzięli na siebie Jego jarzmo, a wiadomo, jakie nosił. Niemniej przychodzimy do Niego nie tylko z grzechem, także z niedolami, które nie z grzechu wynikły, a przejmują Go również bardzo.

13:56, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 czerwca 2017
Szaleńcy rozmaici

2 List do Koryntian 11,1
„O, gdybyście mogli znieść trochę szaleństwa z mojej strony!”
To jak zwykle tłumaczenie Tysiąclatki. Może jednak raczej głupoty (EPP), jakiegoś braku rozsądku, bo wymaga za dużo.
Na pewno zwyczajny Paweł nie był. Już to samo, że z wroga okrutnego stał się obrońcą zaciekłym, propagatorem nowej religii. Misjonarzem jej arcydynamicznym.
Można jednak zaszaleć inaczej. Dzisiaj w Kościele rzymskokatolickim wspomnienie świętych męczenników Jana Fishera i Tomasza Morea`a, Anglików, którzy oparli się królowi Henrykowi VIII, co miał całkiem spore zachcianki. To też było szaleństwo: jest przecież zawsze trochę sposobów, żeby się jakoś usprawiedliwić, tylko nieliczni mówią twardo „nie”.
W końcu za „komuny” opozycjonistów było po paru latach powojennych już bardzo niewielu, dochodziliśmy do wniosku, że walka nic nie da. A później Jana Józefa Lipskiego wielu z nas uważało początkowo za szaleńca.
Swoją drogą do takich szaleństw oczywiście skłania jakaś dyktatura, nawet jest ich warunkiem. Demokracja nie rodzi raczej męczenników, choćby nawet przez swoją czasem fanatyczną laickość czepiała się każdego krzyżyka na szyi. Nikt już na szczęście w tym ustroju głowy za poglądy nie ucina. Ewangelii zwycięstwo niespodziewane.

19:34, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 21 czerwca 2017
Taka dziwna radość. Szukajmy wszyscy!

2 List do Koryntian 9,7
„Radosnego dawcę miłuje Bóg”.
To zwyczajny morał: egoista innemu nie da, altruista się z bliźnim podzieli. Ale też to obserwacja psychologiczna niektórych. Są przecież tacy, co naprawdę radują się radością innych. Podobni ludzie bywają jakby z natury (instynkt opiekuńczy), jednak też nie kiedy z nawrócenia. Można z czasem zrozumieć, że moje „ego” to nie Pan Bóg, a nawet swoje nowe zachowanie polubić.
Przeczytałem letni numer kwartalnika „Więź”, a tam między innymi kapitalny tekst Aleksandry Domańskiej „Dwie rywalizacje. Czytając «Listopad» Henryka Rzewuskiego”. XIX-wieczny autor „Pamiątek Soplicy” skonfrontował w tej powieści dwie postawy szlachty polskiej w wieku poprzednim: konserwatywną, uwielbiającą rodzime obyczaje i mentalność, z otwartą na zagranicę, reformatorską. Domańska napisała, że tekst nabrał dzisiaj niebywałej aktualności i pokazuje to bardzo ciekawie.
Ale równie warte uwagi są poglądy wypowiadaneprzez księży Tomasza Halika, Rafała Pastwę i Grzegorza Strzelczyka oraz Zbigniewa Nosowskiego i Tomasza Maćkowiaka, pod hasłem „Wszyscy szukajmy”: nowego sposobu przekazu wiary chrześcijańskiej. Na szczęście mamy obecnie papieża, który w tym poszukiwaniu przoduje, dobry przykład dając, swoją adhortacją „Amoris laetitia”. Przykład ów nie jest jednak uważany za dobry przez niejednego kościelnego prominenta.
W tejże „Więzi” adhortacji broni teolog niemiecki ks. Eberhard Schockenhoff, mianowicie tamtej furtki dla rozwodników. Oczywiście nie w sposób redukujący nowatorstwo Franciszkowego nauczania przez twierdzenie, że owszem, ale ich udział w Komunii możliwy jest tylko wtedy, gdy powtórne małżeństwo zrezygnuje z pełnego życia seksualnego. Pisałem o tym sporze w ubiegły piątek. Ów teolog niemiecki porusza w podobnym duchu także problem antykoncepcji. Naprawdę warto wydać złotych 25 i ten gruby tom „Więzi” kupić!

13:27, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 20 czerwca 2017
Bogactwo prostoty, hojności

2 List do Koryntian 8,1-2
„Donosimy wam, bracia, o łasce Bożej, jakiej dostąpiły Kościoły Macedonii, jak to w dotkliwej próbie ucisku uradowały się bardzo i jak skrajne ich ubóstwo zajaśniało bogactwem prostoty.” A może „ich hojności”, jak przełożyli trzej moi znawcy Pisma? Dosłowne tłumaczenie ks. Remigiusza Popowskiego i Michała Wojciechowskiego ma tu podobnie jak Tysiąclatka „prostotę”. Spróbuję jednak biblistów pogodzić. Prostota i hojność to czasem jednak prawie to samo. Bo przecież można być na przykład pięknym, choć mało czymozdobionym, bo mamona nie zdobi, raczej prostoty bogactwo, i można być wtedy jakoś hojnym, jak tamta uboga wdowa ze swoim grosikiem.

12:43, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
Dola nasza chrześcijańska

Wpis na poniedzialek 19 czerwca
2 List do Koryntian 6,4-10
„A we wszystkim uważamy się za sługi Boga: w wielkiej cierpliwości, w udrękach, w potrzebach, w uciskach, w chłodach, w więzieniach, w rozruchach, w trudach, w nocnych czuwaniach, w postach, w czystości, w poznaniu, w wielkoduszności, w dobroci, w Duchu Świętym, w miłości nieobłudnej, w mówieniu prawdy, w mocy Bożej; przez oręż sprawiedliwości w prawej i lewej ręce, przez chwałę i hańbę, przez zniesławienie i dobrąsławę – jako zwodziciele i prawdomówni, jako nieznani i znani, jako umierający i oto żyjemy, jako karceni, a nieuśmierceni, jako zasmuceni, a zawsze radośni, jako ubodzy, a wzbogacający wielu, jako nic nie mający, a posiadający wszystko.”
(Ekumeniczny Przekład Przyjaciół)
Paweł bywa pisarzem znakomitym. Kojarzy mi się ciągle raczej z długimi i skomplikowanymi zadaniami, a tutaj prawie poezja, jak w sławnym hymnie o miłości. Dola nasza dzisiaj nie tak dramatyczna, jak w on czas, choć czasem ktoś się z nas pośmieje, bośmy wiary innej albo i bez wiary. Ale nawet gdy bywa nielekka, bądźmy mężni.

12:41, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
niedziela, 18 czerwca 2017
Katoliku, lituj się! Zakonnica o niektórych księżach

Ewangelia Mateusza 9,36-10,8
„Jezus, widząc tłumy, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owe nie mające pasterza. Wtedy rzekł do swych uczniów: - Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Wtedy przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości.”
No cóż, mamy być takimi robolami. Jezus nie dał nam takiej władzy? Owszem dał, choć nie tak nadzwyczajną. Można przecież leczyć ludzi znękanych życiem przez zwykłe dobre słowo i jakąś pomoc materialną. Niedoceniana jest działalność kościelnej Caritas, o której teraz trochę głośniej, bo zmienia się jej dyrektor: dotychczasowy, ks. Marian Subocz, odchodzi po dwóch kadencjach. A mówił w rozmowie radiowej, że Polacy są bardzo ofiarni, nie tylko w datkach pieniężnych, także w pracy organizacyjnej. Co mogę potwierdzić, widząc arcydzielną panią z mojej parafii, która dziękuje za każdy banknot, jakby miał iść do jej własnej kieszeni. Nie jest zatem z nami najgorzej. Tylko dzika polityka antyuchodźcza obecnego rządu psuje nas intelektualnie i moralnie, strasząc grozą islamskiego terroru. Owszem, religia ta przeżywaduchowy kryzys, jej prominenci za słabo tłumaczą, że ISIS to nie Koran – ale mogą tamto utożsamienie krytykować także sami działacze partyjni przyznający się do katolicyzmu manifestacyjnie. Wolą kierować się niewolniczo słupkami poparcia i nie odcinać się od ksenofobów coraz potężniejszych.
Teraz coś z periodyków katolickich. Numer czerwcowy „W drodze” jak zwykle znakomity. Na wstępie rozmowa wicenaczelnej Katarzyny Kolskiej z siostrą Jolantą Olech, urszulanką szarą. Zakonnica prominentna, w różnych władzach od dawna, mówi o stosunku księży do zakonnic szczerze, a mocno: „Znam wielu wspaniałych duchownych, ale muszę pani powiedzieć, że w moim życiu spotkałam też sporą grupę księży, głównie zakonników, których szanuję, dlatego, że należy szanować kapłana, ale po ludzku wielu z nich to dorastającechłopaczki zapatrzone w siebie, w swoje potrzeby i w swoją wielkość”, a na siostry zakonne wygadujące. Antyfeminizm niejeden ma wyraz.

18:17, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
Czy Pan Bóg może się gniewać?

Wpis na sobotę 17 czerwca 2017 r.

Psalm 103,8-9
„Miłosierny jest Pan i łaskawy,
nieskory do gniewu i bardzo cierpliwy.
Nie zapamiętuje się w sporze,
Nie płonie gniewem na wieki”.
My dzisiaj myślimy sobie, że to i tak jednak teologiczny antropomorfizm, bo Bóg nie gniewa się w ogóle i nie spiera się z człowiekiem, jakby sam był mu podobny. Oraz jest nawet miłosierny nieskończenie, choć z innych słów niektórych ksiąg biblijnych nie wynika to bynajmniej.

18:17, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
piątek, 16 czerwca 2017
Nie cudzołóż. Dyskusja nad adhortacją Franciszka rozwija się

Ewangelia Mateusza 5,27-32
Perykopa na temat cudzołóstwa. Słowa radykalne, język ostry, prorocki: „Słyszeliście, że powiedziano: «Nie cudzołóż». A ja wam powiadam: każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie”... Potem zaraz zakaz rozwodów jako dopuszczenie do cudzołóstwa, choć „z wyjątkiem przypadku rozpusty”, co bywainterpretowane różnie: w Kościele prawosławnym jako pozwolenie na rozwód w przypadku cudzołóstwa, w rzymskokatolickim jako odniesienie do przypadku małżeństwa faktycznie nieważnego (takie bywały w prawodawstwie żydowskim).
Problem dopuszczalności rozwodów stanął w moim Kościele, gdy papież Franciszek otworzył tutaj furtkę w adhortacji „Amoris laetitia” (paragraf 300). Albo nie otworzył jednak, jak tekst dokumentu interpretuje część episkopatów krajowych z kardynałem Muellerem, szefem Kongregacji Doktryny Wiary, także na ogół teraz z biskupami polskimi. Hierarchowie ci uważają, że jest taka możliwość, gdy małżeństwo zostanie uznane za nieważne, co jest zresztą oczywiste, ale też kiedy nowa para małżeńska postanowi zrezygnować z więzi seksualnej. Tego rodzaju egzegeza stanowiska papieskiego wydaje mi się jednak jawnie naciągana: tojest, owszem, warunek postawiony jeszcze w nauczaniu Jana Pawła II, ale już nie przez Franciszka. I tu moim zdaniem dobra, a w każdym razie ważna nowina. Napisałem o niej do jutrzejszego „Magazynu Świątecznego” „Gazety Wyborczej” i tekst felietonu, trochę zmieniony, doklejam usłużnie tutaj.
Podpada Franciszek prominentom kościelnym potężnie, bo krytykuje ich prawie jak Luter, tu swego imiennika z Asyżu zupełnie nie przypomina. Karci ich ogólnie, nie po nazwisku, ale mocno. Tak zresztą, jak i możnych świata pozakościelnego. Łagodny jest natomiast wobec różnych maluczkich, strapionych życiem, które się nie wiedzie. Nic dziwnego, że możni go nie lubią. Osobliwie ci z jego Kościoła. Najbardziej jednak obruszył obrońców wszystkiego, co stare, kiedy zabrał się do spraw doktrynalnych w tamtej swojej adhortacji. I tu się zaczęło. Czterej kościelni dostojnicy, a potem i inni krytykują Franciszka ostro. Kardynał Mueller nieośmiela się jawnie polemizować z papieżem, interpretuje zatem dokument papieski po swojemu, deprecjonując inne opinie. Można i tak.
Ale dzisiaj sytuacja wygląda inaczej. Papieża wziął w obronę kardynał kurialny Francesco Coccopalmerio, poniekąd też urzędowy ekspert od tej tematyki, ponieważ przewodniczący Papieskiej Rady Tekstów Prawnych, a w końcu jest to sprawa tak moralna, jak i prawna, ponieważ obie chodzą tutaj w parze. W niewielkiej książeczce, wydanej także już u nas, bo dołączonej do nowego numeru niezawodnego „Tygodnika Powszechnego”, autor szczegółowo analizuje papieską adhortację, jej kontrowersyjny rozdział ósmy, pokazując tamtejszy sposób rozumowania. Główne tezy tego kardynała są chyba takie. Ideał katolickiego małżeństwa różni się bardzo od innych związków tego rodzaju, nie znaczy to jednak, że tamte są moralnie nic niewarte. Ważna jest zasada stopniowalności w ocenie ludzkich działań, także w tym sensie, że człowiek może rozwijać się moralnie stopniowo.
Nieraz jest tak, że nie jest w stanie przyjąć obecnie za swoją jakiejś normy moralnej, czyli jest tak, jakby jej w ogóle nie znał, a więc nie żyje w stanie grzechu ciężkiego. A co do warunku, żeby małżeństwo nie było ciężko grzeszne tylko wtedy, jeżeli obywa się bez seksu, kardynał tłumaczy, że taka abstynencja powoduje brak pewnych przejawów intymności i zagraża praktycznie małżeńskiej wierności. Mnie się wydaje wręcz, że zagraża istocie tego związku, który jednak przecież polega na pełnej relacji seksualnej. Nie tylko na niej, ale bez niej to chyba nie jest właściwie małżeństwo.
Zastanawiam się, w jakiej sytuacji jest obecnie mój rzymskokatolicki Kościół, bardzo podzielony. Współczuję Franciszkowi, który ma go głowie. Niemniej głowę ma mocną, umie rządzić. Dobiera sobie, chociaż powoli, współpracowników myślących podobnie jak on. Albo odsuwa ich, gdy myślą zgoła inaczej: to przypadek mocno konserwatywnego kardynała Reymonda Burkego, którego Franciszek odwołał ze stanowiska prefekta ważnegowatykańskiego Trybunału Sygnatury Apostolskiej już w 2014 roku. Otóż powiada się, że to właśnie on stał faktycznie na czele tamtego pierwszego ataku na papieską adhortację.
Wszystko pasuje.

13:23, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
czwartek, 15 czerwca 2017
Boże Ciało, jedno ciało

1 List do Koryntian 10,16-17
„Kielich błogosławieństwa, który błogosławimy, czyż nie jest udziałem we Krwi Chrystusa? Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa? Ponieważ jest jeden, przeto my, liczni, tworzymy jedno ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego chleba.”
Dzisiaj rzymskokatolickie święto zwane potocznie Bożym Ciałem, bardziej oficjalnie uroczystością Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Na ulicach i drogach manifestacje wiary, że pod postacią chleba (opłatka lub prawosławnej prosfory) i wina gronowego jest obecny zmartwychwstały Jezus Chrystus. I chociaż tego rodzaju procesje są zwyczajem wyłącznie katolickim i sama ta wiara jest różnie interpretowana w różnych wyznaniach chrześcijańskich, to jednak tak właśnie chrześcijanie wierzą. Skąd ów dziwny pomysł?Wywodzi się poniekąd z judaizmu, bo nasza religia jest jakby córką tamtej. Ciało i krew to w starożytnej antropologii żydowskiej cały człowiek. Zarazem chleb (maca) i wino były i są elementami spożywczymi żydowskiej wieczerzy szabatowej. W chrześcijaństwie tamten posiłek został swoiście przekształcony w sakrament, w którym więzią łączącą uczestników jest Bóg i człowiek w jednej osobie.
Jeżeli jednak jest tak rzeczywiście, jeżeli jest to wspólnota, czyli komunia, tak mocno zespolona, to powinno być to jakoś widoczne. A ja widzę raczej podczas nabożeństw i owych procesji ludzi modlących się, pobożnych na pewno, zjednoczonych jakoś duchowo z Bogiem, ale czy także między sobą? „Przeto my, liczni, tworzymy jedno ciało”? Chyba jednak ciała nieraz bardzo liczne, ale i bardzo osobne duchowo. Komunizm dzielił, nie łączył, ale zapytam może nietaktownie, czy aby na pewno najświętsza komunia łączy nas bardzo mocno.

19:04, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
Litera i Duch, ale...

Wpis na środę 14 czerwca 2017 r.

2 List do Koryntian 3,6
„Litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia”.
Święte słowa, co więcej, skrzydlate: to jak przysłowie prawie, choć tylko bibliści pamiętają, kto tak kiedyś napisał. Problem jednak w tym, że litera to coś raczej materialnego, Duch zaś ze swej istoty zgoła duchowy jest, czyli jak wiatr (po grecku też „pneuma”) nieuchwytny właśnie. Literalne rozumienie tekstu uchodzi za głupawe, a czasem i wredne, bywają jednak sytuacje, na przykład przy tekstach prawnych, kiedy nie wiadomo ponad wszelką stronniczość, w każdym razie nie od razu, po czyjej stronie sporu wieje Duch Święty, a nie ów wręcz przeciwny. No cóż, ten pierwszy wieje tam, gdzie chce, ale nie ogłasza całemu światu, gdzie wieje, a gdzie nie. Zachowuje się właśnie, jak Bóg – jest Bogiem jednak ukrytym, jakGo określił klasyk. Już łatwiej nam bywa z Jego odpowiednikiem meteorologicznym, bo tego przynajmniej możemy utożsamić na własnym ciele.

19:04, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 czerwca 2017
Świecić nie jedną zapałką

Ewangelia 5,13-16
Mamy być solą ziemi i światłem świata. Któż zaprzeczy, że to wymóg wynikający z ludzkiej godności, przez to jednak zgoła ogromny. Perykopa kończy się: „Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”. Na to jednak nasza działalność oświetleniowa nie może być taka, jaka bywa, gdy elektrownię nagle trafi szlag.

14:15, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Szczęśliwi szczęściem, co nie z tej ziemi

Psalm 34,2-9
Ewangelia Mateusza 5,1-12
Dostaliśmy dziś z Watykanu do czytania perykopę o tak zwanych błogosławieństwach. Choć nie każdy Polak uważa tamtejsze wskazania biblistyczne za bardzo ważne, to jednak Biblia jest Biblią, Ewangelia Ewangelią, a te jej wskazania właściwie fundamentalne. To jest przecież przesłanie etyczne równie radykalne, jak jakoś ogólnoludzkie. Zanim wyjaśnię, co mam na myśli, zaznaczę, że owi „błogosławieni” to dosłownie „szczęśliwi”: „makarioi”. Greka ma dla „błogosławionych” inny termin, nawet dwa: „eulogetoi” i „eulogemenoi”. Otóż wydaje mi się, że mało który z nas zaprzeczyłby, że najważniejsze jest czyste sumienie i że taki komfort moralny czyni go nade wszystko szczęśliwym. Oczywiście mam tutaj na myśli deklaracje, nie faktyczne ludzkie zachowania: ocena czystości własnego sumienia bardzo różna bywa. W tym rzecz jednak, że zakładamjakąś jakby równoważność ogólnoludzkiego świeckiego pojęcia czystego sumienia z pojęciem religijnym, z ową nagrodą w niebie, o jakiej mówi się tutaj w Ewangelii Mateusza: „Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie”. Albowiem powiada wskazany na dzisiaj psalm: „Szczęśliwy człowiek, który znajduje w Nim ucieczkę”. I Bóg nam nie ucieknie, chociaż On i szczęście, którym On jest, doganialne są w pełni na ogół dopiero za tamtą granicą. Gdy tymczasem – powie krytyczny czytelnik albo Czytelniczka niniejszego – czyste sumienie uszczęśliwia szybciej i na pewno. Kto jednak – odpowiem – naprawdę czystesumienie ma za wartość fundamentalną, a poleruje je dniami i nocami, sam już jest faktycznie jakby w niebiesiech, ale takich osobników oczywiście nie na kopy. Tym optymistycznym relatywnie oraz ortodoksyjnym akcentem wywody moje na dzisiaj kończę.

13:46, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
niedziela, 11 czerwca 2017
Nie trzech, ale Jeden, bo zgoda absolutna

2 List do Koryntian 13,13
„Łaska Pana, Jezusa Chrystusa i miłość Boga, i społeczność Świętego Ducha z wamiwszystkimi.”
Przytaczam tutaj Pismo najczęściej w przekładzie Biblii Tysiąclecia, nieraz jednak robiłem to w naszym, trzech biblistów wyznań również trzech: ks. Michała Czajkowskiego, świętej pamięci arcybiskupa Jeremiasza i pastora Mieczysława Kwietnia oraz po trosze moim jako tego zespołu sekretarza. Postąpiłem tak i tutaj. Zwracam uwagę na naszą wierność oryginałowi: tam naprawdę jest ta „społeczność Świętego Ducha” raczej niż „dar jedności w Duchu Świętym” Tysiąclatki, bo w grece mamy przecież „koinenia tou ᾁgiou pneumatos”. A o osobach Boga czytamy dlatego, że w moim Kościele dzisiaj uroczystość Trójcy Przenajświętszej. Takiego pojęcia nie ma werbalnie w całym Nowym Testamencie, ale są tam podstawy wiary, że Bóg jest trójosobowy. Chociaż jest jeden, nie trzech, to nie politeizm jednak. Owszem, nie dziwię rabinowi Grunewaldowi, że pojęcie Trójcy uważa za karkołomne. Tylko że dla mnie owa karkołomność jest nie tyle arytmetyczna, ile raczej – by tak rzec – socjoetyczna. Albowiem niemożliwa zupełnie wydaje się nam ludziom taka jednośćnatury osób, taka ich absolutna zgoda. Bóg jest wszelako w ogóle dla nas niepojęty i tyle. 
Ojciec Wacław Oszajca napisał zaś w „Tygodniku Powszechnym”: „Określanie Boga jako jednego w trzech osobach nie jest i nie musi być jedynym możliwym Jego opisem, definicją. A nawet gdyby taki obraz Boga był najdoskonalszy, to zawsze będzie też jednym z możliwych, niedoskonałym, bo stworzonym jednak przez człowieka ograniczonego w swoich możliwościach poznawania i opisywania tego, co poznał. Być może za jakiś czas Kościół zdobędzie się na inny sposób widzenia Ojca, Syna i Ducha i nie będzie to gorszy obraz odtego, który znamy z historii dogmatów”. Futurologia śmiała, jezuita wszakże zapewne wie, co pisze.

22:32, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
sobota, 10 czerwca 2017
Uczeni w Piśmie i ubogie wdowy

Ewangelia 12,38-44
Rabin Grunewald, którego wydaną ostatnio w Polsce książkę „Szalom, Jezusie!” już tu po trosze cytowałem, pyta Jezusa, czemu tak bardzo niedobrze mówi o ówczesnych odpowiednikach autora, czyli faryzeuszach i uczonych w Piśmie. Owszem, tutaj na przykład tych drugich Jezus atakuje bez pardonu: gonią zajadle za różnymi zaszczytami, poza tym objadają domy wdów. A potem mamy w dzisiejszym tekście pochwałę ubogiej wdowy, która wrzuciła do skarbony jeden grosz, ale to było więcej niż tamto wiele, które wrzucali bogaci,bo było to wszystko, co miała na swoje utrzymanie.
Co do owych Jezusowych nagan: bardzo są ostre w ustach człowieka głoszącego przecież miłosierdzie, ale to dlatego, że był prorokiem. Starotestamentowi prorocy stanowili  dlań przykład przecież, ich język był też niewyparzony. Może teraz, gdy papież Franciszek gani prominentów duchownych katolickich też często i niemiłosiernie, rabin rozumie łatwiej adresata swojej książki.

19:45, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
piątek, 09 czerwca 2017
Ociemniali czasem widzą

Księga Tobiasza 11,5-18
Czytamy od paru dni tę księgę deuterokanoniczną, sympatyczną bardzo. To opowieść o Żydach mieszkających w Niniwie. Tobiaszowi ojcu (bo syn też Tobiasz) przydarza się wypadek ponury: spadają mu na oczy odchody ptasie, powodują ślepotę, lekarze nie pomagają swoimi maściami. Nieszczęśnik prosi Boga zrozpaczony o śmierć, ale Bóg zamiast tego zsyła mu anioła Rafała (jednego z siedmiu, zwanych potem archaniołami), któryorganizuje mu pomoc. Poczytajmy!No cóż, czasem „Pan przywraca wzrok ociemniałym”, jak czytamy w psalmie 146, przeznaczanym też na dzisiaj. Cuda się zdarzają, nie tylko w Medjugorie (WAM wydał ostatnio książkę Doroty Szczerby na ten temat). Zamiast jednak przestrzegać tutaj jak zwykle przed skrajnym sceptycyzmem albo z kolei dogmatyzmem w tej sprawie, wzdycham tylko, że uzdrowienia cudowne zdarzają się tak rzadko... I znów tutaj, znów nie pierwszy raz, formuła: niezbadane są Boże wyroki...

13:47, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
Ociemniali czasem widzą

Księga Tobiasza 11,5-18
Czytamy od paru dni tę księgę deuterokanoniczną, sympatyczną bardzo. To opowieść o Żydach mieszkających w Niniwie. Tobiaszowi ojcu (bo syn też Tobiasz) przydarza się wypadek ponury: spadają mu na oczy odchody ptasie, powodują ślepotę, lekarze nie pomagają swoimi maściami. Nieszczęśnik prosi Boga zrozpaczony o śmierć, ale Bóg zamiast tego zsyła mu anioła Rafała (jednego z siedmiu, zwanych potem archaniołami), któryorganizuje mu pomoc. Poczytajmy!No cóż, czasem „Pan przywraca wzrok ociemniałym”, jak czytamy w psalmie 146, przeznaczanym też na dzisiaj. Cuda się zdarzają, nie tylko w Medjugorie (WAM wydał ostatnio książkę Doroty Szczerby na ten temat). Zamiast jednak przestrzegać tutaj jak zwykle przed skrajnym sceptycyzmem albo z kolei dogmatyzmem w tej sprawie, wzdycham tylko, że uzdrowienia cudowne zdarzają się tak rzadko... I znów tutaj, znów nie pierwszy raz, formuła: niezbadane są Boże wyroki...

13:47, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 czerwca 2017
Kapłan, człowiek ofiarowany

Ewangelia Mateusza 26,36-42
Czytamy dzisiaj niespodziewanie o wydarzeniu sprzed Paschy i Pięćdziesiątnicy. Jezus modli się w Ogrodzie Oliwnym: „Ojcze mój, jeśli można, niech ominie mnie kielich ten. Ale nie jak ja chcę, lecz Ty” (Ekumeniczny Przekład Przyjaciół). Otóż wracamy myślą do tamtych opisów ewangelijnych, ponieważ mamy dzisiaj w moim Kościele od niedawna święto: Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana. Ustanowił je papież Benedykt XVI, zostawiając episkopatom krajowym swobodę, czy wpisać je do liturgicznego kalendarza krajowego, jako że świąt samego Jezusa jest już bardzo dużo. Dobry przykład decentralizacji.
A kapłan to ten, który składa ofiarę. Jezus złożył ją z samego siebie, dając w ten sposób przykład podobnej ofiarności wszystkim swoim uczniom, osobliwie jednak dzisiejszym kapłanom, ściślej mówiąc, prezbiterom i biskupom. Komentarz właściwie zbyteczny.

12:25, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
środa, 07 czerwca 2017
Przyszli też raz saduceusze. Książka księdza byłego Krzysztofa Charamsy

Ewangelia Marka 12,18-27
Tym razem to oni przyszli i przekonywali Go, że zmartwychwstania nie będzie. Bo gdyby tak było, to na tamtym świecie musiałaby panować poligamia, na przykład gdyby umarła kobieta, co miała siedmiu mężów umierających po kolei. No cóż, doktrynalnie saduceusze dalej byli od Jezusa na pewno niż faryzeusze, choć raczej ci drudzy wydają się nam dzisiaj głównymi Jego przeciwnikami. A to dlatego, że gdy redagowane były ewangelie, to konflikt Kościoła z Synagogą narastał już nie tyle z władzami świątynnymi, do których należeli w większości saduceusze - świątynia została zburzona już przed powstaniem ewangelii Mateusza, Łukasza, Jana, a może i Markowej - ile z elitą późniejszą, w której dominowali faryzeusze. W tekstachewangelijnych odbija się jakoś ta nowa sytuacja. Choć faryzeusze przecież w zmartwychwstanie, rzecz podstawową, wierzyli, tak jak i Jego uczniowie. Życie nieraz paradoksem stoi.
Teraz coś jednak na temat innego paradoksu. Wydawnictwo „Krytyki politycznej” przetłumaczyło z włoskiego i wydało u nas książkę Krzysztofa Charamsy pod tytułem „Kamień węgielny”. Rzecz ma podtytuł: „Mój bunt przeciw hipokryzji Kościoła” i jest to wielkie oskarżenie instytucji, której ksiądz, już teraz były, służył długie lata. Otóż paradoks niewielki polega moim zdaniem na tym, że ja, katolik, odebrałem publikację mniej krytycznie niż mój kolega z „Wyborczej” Krzysztof Varga, który do Kościoła zgoła się nie przyznaje. Krzyś imponuje mi w ogóle ostatnio zupełnym nieprzejmowaniem się opiniami dominującymi w jego laicko-liberalnym środowisku. Tak było mianowicie z przedstawieniem w Teatrze Powszechnym „Klątwa”: reżysera Olivera Frljićia zjechał jako egocentryka do kwadratu o fatalnym guście artystycznym, teraz też w „Dużym Formacie” napisał coś podobnego o osobowości Charamsy. Że ów były urzędnik watykańskiej Kongregacji Doktryny Wiary „kocha siebie na zabój, ma się rozumieć - z czułą wzajemnością”, że najważniejsze są dla niego „charyzmat sławy i sakrament celebryctwa”. Choć, owszem, jego oskarżenia hierarchii są zdaniem Vargi słuszne.
Otóż przyznam się, że ów „Kamień węgielny” zostawił mnie po jego lekturze z innymi uczuciami. Może trochę uległem urokowi talentu pisarskiego Charamsy, ale przecież jeżeli oskarża słusznie, to jest to dla mnie problem nieporównanie większy niż osobowość oskarżyciela. A słuszność owej krytyki? Wyjaśnię w końcu, że jest gejem i krytykuje za stosunek Kościoła do tej grupy ludzi, ale w ogóle za hipokryzję właśnie. Jego krytyka na pewno jest zbyt ostra nie tylko w słowach, nieraz po prostu niesprawiedliwa, ale przecież niebezpodstawna. Jan Paweł II zapytał kiedyś ówczesnego ambasadora RP przy Stolicy Apostolskiej Stefana Frankiewicza, czy nie stracił wiary w Watykanie i to przecież nie był po prostu dowcip. A Charamsa był w samym środku Kurii Rzymskiej, nie tylko blisko niej, jak Stefan. Mógł widzieć więcej. Przyznaje się do oportunizmu, że za długo cicho siedział, do długoletniej dwulicowości. No cóż, szamotał się. Nie potrafię mu nie współczuć.

19:38, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
 
1 , 2
Archiwum