Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 26 czerwca 2016
„Baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli”. Jak czytać Pismo Święte?

1 Księga Królewska 19,16b.19-21
Psalm 16,1b-2a.5.7-11
List do Galatów 5,1.13-18
Ewangelia Łukasza 9,51-62.
Z dzisiejszych tekstów wybrałem w tytule wpisu napomnienie Pawłowe barwnie dosadne, które w całości brzmi: „Bo całe Prawo wypełnia się w tym, jednym nakazie: «Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego» . A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli.” Jest to reguła moralna uniwersalna, można się jej doszukać w niemal każdym tekście Biblii. Także w urywku Ewangelii Łukasza, w którym „synowie gromu”, Jakub i Jan, pytają Jezusa, czy mogą ukarać piorunem z nieba wieś samarytańską, która nie chciała ugościć Go, bo zmierzał do odrzucanego przez nich Jeruzalem. On ich za to z kolei zgromił oczywiście.
Ale więzi tematycznej między tekstem starotestamentalnym i Ewangelią trzeba szukać raczej w podobieństwie dwóch powołań: Elizeusza na następcę Eliasza oraz jakichś dwóch uczniów którym Jezus powiedział kolejno: „Pójdź za mną”. Żaden z nich nie odmawia, choć proszą o trochę czasu. Gdybyśmy byli pedantami, akcentowalibyśmy różnicę w reakcji powołujących. Eliasz powiada: „Idź i wracaj”, Jezus odmawia obydwu uczniom, nawet i temu, który tłumaczy się pogrzebem ojca (po szczegóły odsyłam do tekstu). Czyżby lekceważył miłość do rodziców? Oczywiście nie, Łukasz również: chodzi tu tylko o niezwlekanie z ogłoszeniem Ewangelii. Zadanie to wszystkich chrześcijan, podobnie jak w Starym Przymierzu było w ogóle chodzenie drogą Bożą. W psalmie czytamy:
„Ty ścieżkę mi życia ukażesz,
pełnię radości przy Tobie
i wieczne szczęście
po Twojej prawicy.”
Szczęście jednak to wieczne, czyli tamto za grobem, przed nim doczesnych trosk legion. Nie traćmy pośród nich ducha, o pomoc do Ducha się modląc.

Dołączam w całości coś, co napisałem do dwumiesięcznika „Bunt Młodych Duchem”, a co pasuje tu bardzo.
Notatnik zwariowanego ekumenisty
Jezus nie był bezczelnym smarkaczem!
O CO CHODZI W PIŚMIE ŚWIĘTYM?
Obiecałem już dawno, że napiszę tutaj trochę, jak rozumieć Biblię. Słyszę bowiem od ludzi pobożnych różnych wyznań, że lekarstwem duchowym na prawie wszystko jest jej lektura, a przecież to nie takie proste. Pobożny, bynajmniej nie hiperkrytyczny, ale uważny czytelnik (i czytelniczka!) może mieć z tym duże trudności.
Odejdę tym tematem od samej sprawy jedności chrześcijan, której jest poświęcony ten notatnik, ale dla wielu czytelników „Buntu” to kwestia równie ważna, jeśli nie ważniejsza praktycznie. W końcu innych chrześcijan u nas niestety malutko, prawosławnego czy protestanta (ewangelika) trudno spotkać. Biblii też można nie spotkać, nie otwierać, ale dotrzeć do niej o wiele łatwiej. A rzecz w tym, że wiara bez wiedzy jednak kuleje. Wiedzy o Piśmie Świętym, jak ją rozumieć, literalnie, dosłownie, czy jednak inaczej.
Nie aż tak zwana demitologizacja, ale...
W tym „inaczej” niektórzy luterańscy teologowie poszli bardzo daleko. Jeden z nich, Rudolf Bultmann (1884-1976), rzucił hasło „demitologizacji”, czyli odrzucenia wszystkiego, co nazwał mitami, a więc dużą część opowiadań biblijnych. Głosił, że chodzi przede wszystkim o wiarę, a nie o akceptację jakiejś doktryny. O zaufanie Jezusowi i pójście Jego drogą duchową. Następni uczeni z tego środowiska byli już mniej radykalni, dogadują się dzisiaj z katolickimi, bo też zresztą nasi pod ich wpływem zrobili się bardziej krytyczni. Tak zwane Magisterium, czyli nasze władze kościelne, są oczywiście ostrożniejsze, hamują nowatorskie zapały, ale dokonała się również w naszym Kościele bardzo duża zmiana.
Rzecz w tym, że bywają w Biblii informacje ze sobą niezgodne. Nie tylko w Starym Testamencie, gdzie na przykład Księgi Kronik oświetlają pewne sprawy inaczej niż Królewskie. Ewangelie różnią się od siebie! Oczywiste jest, że trzy pierwsze (tak zwane synoptyczne) podają inny materiał informacyjny niż czwarta. Ewangelia Jana jest napisana tak, jakby jej autor znał teksty swoich poprzedników i nie chciał ich powtarzać. Jest to zupełnie zrozumiałe, ale na tym nie koniec. W ogóle każdy z czterech autorów pisał po swojemu. Każdy miał na oku ludzi innej narodowości: Mateusz Żydów, Marek Rzymian, Łukasz Greków, Jan myślał także o Samarytanach, z którymi zapewne miał jakiś kontakt (stąd opowieść o Samarytance spotkanej przy studni). Każdy poza tym był po prostu sobą, jak to jest zawsze z piszącymi. Ale – tu napiszę rzecz najważniejszą – każdy z ewangelistów jest sobą nie tylko w swoim stylu (styl to człowiek): także w swojej teologii!
Cztery różne ewangelie
Tak, mają oni swoją własną koncepcję teologiczną. To nie znaczy naturalnie, że każdy ma inną doktrynę. Słowo to w ogóle do Biblii nie bardzo pasuje, trzeba mówić raczej o podstawowym religijnym przesłaniu, a ono u nich wszystkich jest jedno i to samo. Jest to Ewangelia, czyli Dobra Nowina! Ta – przypomnę dawną formułę katechizmową – że Syn Boży zstąpił z nieba i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. No i jeszcze zaznaczę tamto, iż był Żydem (nie Polakiem), skąd głęboka jedność obu części Biblii. W tych jednak ramach każdy z ewangelistów przedstawia sprawę nieco inaczej. Mateusz, jak na dobrego Żyda przystało, swego ludu za bardzo nie lubi. No, może tylko jego ówczesnych przywódców. Otóż tylko on opowiada, że hołd złożyli Dzieciątku pogańscy mędrcy z daleka, nie monarcha Herod, i informuje, że wiadomością z Betlejem przeraziła się wraz z nim cała Jerozolima, oczywiście raczej jej żydowskie szczyty. Marek akcentuje synostwo Boże Jezusa, Łukasz Jego miłosierdzie, szczególnie wobec biedaków, Jan – dobitnie Jego boskość.
Podobne akcenty nie różnią w zasadzie, ale zauważmy na przykład, że Jan pisze sporo o swoim imienniku zwanym (nie w Biblii) Chrzcicielem, ale ani słowa o tym, że Jezus kazał mu Go ochrzcić: niektórzy bibliści widzą w tym niechęć opowiedzenia o tym, co mogło niechcący osłabić przesłanie o Jego boskości.
Tendencyjność w Piśmie Świętym?
Termin ten używany jest jako zarzut, jednak nie w moich ustach. Przede wszystkim dlatego, że ówczesne pisarstwo zawsze było jakoś tendencyjne. Nie przychodziło nikomu do głowy, żeby napisać pracę naukową w sensie dzisiejszym, jakąś biografię albo dzieło historyczne. Dziejopisarstwo kwitło, ale nigdy bez jakiejś tezy, swoistego morału. Tutaj jeszcze co do opowieści o magach ze Wschodu: wielu biblistów powątpiewa w historyczność jej w sensie dzisiejszym: że taki fakt miał rzeczywiście miejsce. Oczywiście inni jej historyczności bronią, a błyszczy ona wspaniale, bardzo ważną naukę niesie, że nie zawsze pod latarnią najjaśniej.
Napisałem tu wcześniej, że bywają w tekstach biblijnych informacje wzajemnie niezgodne. Przykład widać w tejże perykopie (jednostce narracyjnej). Powiada na jej końcu Mateusz, że zamieszkali w mieście Nazaret, ani słowa o tym, że stamtąd pochodzą i stamtąd właśnie przyjechali, o czym natomiast wiemy od Łukasza. Tak zwany fundamentalizm biblijny, głoszony dotąd przez niektórych katolików myślących tradycyjnie, szczególnie zaś przez licznych ewangelików z tak zwanej drugiej reformacji (baptystów, zielonoświątkowców), z tego względu nie wytrzymuje krytyki. Trudno twierdzić, że prawdziwe są dwa zdania przeciwne, widać jednak zapewne można.
Biblia nie jest zbiorem relacji jakoś historycznych także w tym sensie, że niektóre w ogóle nie były pisane z taką ambicją. Albowiem odkryto z czasem, że gatunków literackich jest w Księdze wiele. Są oczywiście listy, jest poezja, może nawet dramat (Księga Hioba) – i nowele. Na przykład opowieść o człowieku, którego połknęła wielka ryba: toż to zapewne właśnie nowela, czyli niewielki utwór literacki, biblijna beletrystyka. A pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju to rodzaj hymnu, nie zapiski któregoś anioła. Rozdziały następne też oczywiście reportażem historycznym nie są: autorzy ich nie korzystali z żadnych dokumentów, w których opowiedziano na przykład o Kainie i Ablu (tu szkolna zagadka: jak się kończy rymowanka „Była sobie wieża Babel, a Kaina zabił...). Ten, co tamtą opowieść ułożył, korzystał po prostu ze swojej znajomości niepięknej ludzkiej natury.
A moralność, etyka?
Najpierw pytanie, czy Pismo Święte może czytelników zgorszyć. Zdarza się, że nie tyle czyni ich mniej moralnymi, ile Boga pokazuje jako wręcz nieetycznego. Kiedy na przykład w Księdze Jozuego każe On swemu ludowi wybijać co do nogi, wraz z kobietami i dziećmi, wszystkich jego przeciwników w walce o Ziemię Obiecaną. Tutaj oczywiście nie On sam jest antywzorem, tylko niektórzy autorzy dzieła, wkładający Mu w usta własne bardzo prymitywne duchowo poglądy. Widać to także na przykład w psalmach zwanych zwyczajnie złorzeczącymi, albowiem demonstrują najdzikszą nienawiść do bliźnich swoich. Jest to niepojęte, jeśli czytamy Pismo fundamentalistycznie właśnie, zakładając, że każde zdanie w nim jest prawdziwe i ma nas moralnie budować. Że każde tam słowo wyszło spod ludzkiego pióra, ale podyktowane zostało przez Świętego Ducha. A przecież tak wcale nie jest. Mówiąc językiem pisarstwa dzisiejszego, które termin „dialog” uwielbia, Biblia to ogromna antologia tekstów przeróżnych, we wszystkich jednak obrazująca właśnie dialog człowieka z jego Stwórcą i Panem. Człowieka oczywiście grzesznego.
Jezus nieskory do skruchy?
Ale zagadek moralnych nie koniec. Było o Ewangelii Mateusza, teraz o Łukaszowej. Święta Rodzina udaje się do Jerozolimy, a tam przygoda: dwunastoletni Jezus jakoś się rodzicom gubi. Nie trzymają Go oczywiście cały czas za rączkę, nawet dzisiaj chłopiec nie zniósłby takiej kurateli, a cóż dopiero w czasach szybszego dojrzewania. Maria i Józef mieli Go słusznie za prawie dorosłego, nie pilnowali bez przerwy, może poza tym zagadali się z przyjaciółmi w drodze powrotnej, w każdym razie zauważyli Jego nieobecność w tej gromadzie dopiero, kiedy przeszli dzień drogi. Wrócili wtedy do miasta i szukali Go tam aż dni trzy. Gdy znaleźli wreszcie w Świątyni, gdzie zadziwiał uczonych w Piśmie jego znajomością, Maria użaliła się pytając, czemu naraził ich na takie zdenerwowanie. A On odpowiedział butnie, zdziwiony, że Go szukali: nie wiedzieli, że powinien być w sprawach Jego Ojca? Otóż komentarz zwykłego czytelnika, który mi się nasuwa, jest taki, iż jednak mógł zawiadomić, że się odłącza, a On całą winę zrzucił na nich. Gdyby choć jednym słówkiem przeprosił, dziwiąc się najwyżej, że tak długo nie zauważyli Jego braku. Otóż w tym rzecz, iż Łukasz nie napisał o Nim reportażu historycznego ani powieści psychologicznej, tylko ewangelię! Powiedział zatem w perykopie, którą usiłuję wyjaśnić, że Jezus nie był rozumiany w pełni nawet przez swoich rodziców, którzy przecież wiedzieli od początku, że nie jest zwyczajnym człowiekiem. Interpretuję tekst biblijny w ten sposób pouczony przez mego przyjaciela, biblistę znakomitego, ks. Michała Czajkowskiego, autora licznych tekstów tłumaczących, jak rozumieć Pismo Święte. Otóż wytłumaczył mi nie tylko to, że ewangeliści nie napisali biografii, ale też, że Duch Święty nie zajmował się redagowaniem tego, co w ogóle napisali. A jacyś nieznani nam redaktorzy, szczególnie właśnie w przypadku Ewangelii Łukasza, postępowali dość swobodnie. Na przykład dopisywali do tekstu inne wypowiedzi Jezusa, które mieli „na składzie”, bez szczególnej troski o to, czy do kontekstu pasują. Chodziło im o to raczej, żeby materiał informacyjny był najbogatszy, a niekoniecznie spoisty.
Biblijnych autorów psychologia
Ksiądz Michał w książce swojej pod tytułem „I ty zrozumiesz Pismo Święte” napisał między innymi tak: „Autor ludzki wcale nie musiał być świadom faktu, że jest obdarzony charyzmatem natchnienia. Nikt nie siadał do pisania z tym przekonaniem, że oto tworzy Pismo Święte”. Dodam od siebie, że nie przypuszczał, iż będzie czytany tyle wieków, przez tylu ludzi bardzo się odeń różniących. Nie miał też takiego poczucia urzędowej odpowiedzialności, jak późniejsi przywódcy Kościoła, jak niektórzy papieże cyzelujący swoje teksty (nie Franciszek, duszpasterz bardzo spontaniczny). Czajkowski tłumaczy dalej: „Zresztą większość ksiąg powstała okazyjnie, z konkretnych potrzeb. Taki np. człowiek czynu, jak św. Paweł, jeśli brał do ręki pióro (lub dyktował list), to tylko dlatego, że potrzebna była jego dotychczasowa interwencja w którymś z jego Kościołów”.
Nie dość powtarzać, że Pismo Święte ma dwóch autorów: Boga i człowieka. Tego drugiego nie trudno zobaczyć, jeśli tylko dopuszcza się myśl, że może się czasem pomylić. Tego pierwszego widzieli i widzą ci wszyscy, którzy od tylu wieków znajdują w Piśmie Świętym drogowskaz, pokrzepienie, nadzieję. Od Pana i Boga samego.

11:19, jan.turnau
Link Komentarze (34) »
niedziela, 19 czerwca 2016
Krzyże, krzyże, krzyże... Twarz wyrażająca sumienie

Księga Zachariasza 12,10-11;13,1
Psalm 63,2-6.8-9
List do Galatów 3,26-29
Ewangelia Łukasza 9,18-24
„Historia krzyżami się mierzy” – komentowała piosenka o Monte Cassino. Chodziło tam o poległych na wojnie, ale dzieje ludzkości są w ogóle naznaczone w ten ponury sposób. „Ils naquirent, ils souffrirent, ils mourirent”, czyli „Urodzili się, cierpieli, umarli” – przedstawia powiedzenie francuskie niedolę człowieczą. W Księdze Zachariasza napisano o pewnym losie opłakanym: „Na dom Dawida i na mieszkańców Jeruzalem wyleję ducha łaski przebłagania. Będą patrzeć na tego, którego przebili, i boleć będą nad nim, jak boleje się nad jedynakiem, i płakać będą nad nim, jak płacze się nad pierworodnym.” Ale „wytryśnie źródło na obmycie grzechu i zmazy”. Któż to ten tajemniczy męczennik? Biblia Poznańska wyklucza różne tłumaczenia, kojarzy tu tylko Izajaszową postać sługi Jahwe. Ewangelia Jana kojarzy z tamtym obrazem przebicie boku Ukrzyżowanego. W dzisiejszym tekście Łukaszowym Jezus mówi, że Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć, a my powinniśmy nosić co dzień swój krzyż, w ten sposób Go naśladować. Mamy jednak pomoc w Bogu, ucieczkę w cień Jego skrzydeł – pociesza Psalm 63. Paweł zapewnia, że jesteśmy przez wiarę synami Bożymi w Chrystusie Jezusie. I to wszyscy: „Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety”, bo w Nim jesteśmy kimś jednym. Gdyby tak jednak było nie tylko w oczach Boga, gdybyśmy tak się widzieli nawzajem, byłoby nam nieporównanie łatwiej krzyże nasze dźwigać. Cóż, kiedy „homo homini lupus sapiens”...

Lektury. Polecam tutaj powieść „Trzydzieści srebrników”, w której jest taki passus: „Nie ma chyba drugiej podobnej twarzy, która u tak różnych ludzi na wszystkich kontynentach tyle razy poruszyłaby wyobraźnię, a dokładnie ten ludzki przymiot, dzięki któremu człowiek jest już nie tylko ssakiem, lecz także człowiekiem: sumienie. Oblicze Nazarejczyka, tak jak je widziała, stworzyła, wyraziła i zachowała ludzkość, jest wizją sumienia (...). W wielkim gabinecie figur woskowych potrzebna była pewna twarz, pewne oblicze, w które ludzkie poczucie winy wpisze rysy miłosierdzia, litości i współczucia.” Napisał pisarz węgierski Sándor Marai (1900-1989) tłumaczyła pięknie Irena Makarewicz, wydały „Zeszyty Literackie”. Polecam!
I „zapodaję”, że w czerwcowym „W drodze”, które zachwaliłem, bo wydrukowało trzy bardzo odważne teksty na temat transseksualistów, także dwa podobne o aborcji: dominikanina Roberta Plicha i świeckiego katolika Marka Andrzejewskiego. Obaj wypowiadają się za utrzymaniem obecnego kompromisu prawnego, tak krytykowanego z obu stron. Ks. Plich pisze jednak poza tym, że „aborcja byłaby moralnie dopuszczalna jedynie wówczas, gdyby istniała absolutna pewność, że ludzki embrion nie jest człowiekiem”. Myślę, że problem jest źle postawiony: mamy już absolutną pewność, że to życie ludzkie, ale czy zaraz człowiek w sensie ludzkiej osoby?

08:50, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
środa, 15 czerwca 2016
Prorocy Eliasz i Elizeusz, pastor Mieczysław Kwiecień

2 Księga Królewska 2,1.6-14
Dzisiaj nie niedziela, komentuję tylko pierwszy tekst starotestamentalny. Czytamy w nim o olbrzymim proroku Eliaszu i jego uczniu Elizeuszu. Uczniu szczególnie z mistrzem związanym, niejako synem jego (duchowym) pierworodnym, a to pierworództwo dawało prawo do podwójnej części ojcowizny, skąd Elizeuszowa prośba, aby otrzymał podwójną część jego proroczego ducha. Mistrz jednak, sądząc, że to decyzja Boża, nie ludzka, poddaje ucznia próbie. Jeżeli zobaczy, jak Eliasz jest brany do nieba, otrzyma ową moc. Zobaczył i otrzymał. Otrzymał jeden z charyzmatów prorockich, mianowicie zdolności cudotwórcze. Był w stanie rozdzielić wody Jordanu, by przejść przezeń suchą nogą, ponieważ spadł dla niego z góry Eliaszowy płaszcz. Co do cudów biblijnych, jak pisałem tutaj nieraz, dzisiejsi uczeni w Piśmie są różnego zdania. Wrócę jeszcze kiedyś do tego tematu, a teraz odnotuję pewne dzisiejsze wydarzenie czy raczej dwa.
Otóż dokładnie dzisiaj kończy 80 lat pastor zielonoświątkowy, profesor Starego Testamentu w Warszawskim Seminarium Teologicznym, ks. Mieczysław Kwiecień. Któż to taki poza tym? Otóż przede wszystkim jest on współtwórcą dzieła biblistycznego, nazwanego przez nas Ekumenicznym Przekładem Przyjaciół. Czterech: przede wszystkim trzech biblistów trzech wyznań, czyli ks. Michała Czajkowskiego, arcybiskupa prawosławnego Jeremiasza i właśnie pastora Kwietnia. Także sekretarza organizacyjnego i konsultanta polonistycznego Jana Turnaua. Udział księdza Mieczysława w realizacji tego pomysłu jest szczególny, bo jest on poza tym bardzo pracowitym redaktorem owej książki, także tak zwanym redaktorem technicznym, korektorem... Powodowany patologiczną skromnością nie chciał umieścić owych informacji tam, gdzie się je zwykle umieszcza, niemniej świętą prawdą one są. To wiadomości o nim nieosobiste, teraz moje najwłaśniejsze. Po pierwsze, jest moim długoletnim, serdecznym przyjacielem, po drugie, moim nauczycielem prywatnym biblistyki. Przez długie lata męczyłem go telefonami z zapytaniem o różne sprawy „w tym temacie”, teraz przezwyciężam lenistwo i szukam takiej pomocy w moich książkach, ale gdybym go znów poprosił, posłużyłby mi swoją wielką wiedzą na pewno. Mietku kochany, Bóg Ci zapłać! Oczywiście także w dalszych długich latach, może tylko mniej męczących.
Ale jubileusz ten zbiegł się w czasie z innym faktem radosnym. Otóż niezależnie od drugiego, poprawionego wydania owego EPP, publikacji dokonanej jak i przedtem przez naszego przyjaciela, doktora świętej teologii Henryka Ryszarda Tomaszewskiego, ukazuje się książka ta również w krakowskim katolickim wydawnictwie M i właśnie dzisiaj ma skończyć się jej druk. Wielka to dla nas radość, Bogu niech będą dzięki.

17:20, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
niedziela, 12 czerwca 2016
Zbawia wiara, nie prawo, żadne. Towarzystwo Biblijne w Polsce. Transseksualiści!

2 Księga Samuela 12,1.7b-10.13
Psalm 32,1b-2.5.7
List do Galatów 2,16.19-21
Ewangelia Łukasza 7,36-8,6
Główny wątek dzisiejszych tekstów biblijnych to przebaczenie. W psalmie śpiewamy:
„Szczęśliwy człowiek,
któremu nieprawość została odpuszczona,
a jego grzech zapomniany.
Szczęśliwy ten, któremu Pan nie poczytuje winy,
a w jego duszy nie kryje się podstęp.
Grzech wyznałem Tobie
i nie skryłem mej winy
Rzekłem: - Wyznaję mą nieprawość Panu,
A Ty darowałeś niegodziwość mojego grzechu.”
Ilustracjami takich postaw duchowych są urywki ksiąg Testamentu Starego i Nowego. Opowieść o rozmowie proroka Natana z królem Dawidem po ciężkim grzechu tego drugiego: nie dość, że uwiódł swemu podwładnemu żonę, to jeszcze zabezpieczył się, wysyłając tego oficera na pewną śmierć. Ale Dawid wyznaje, że zgrzeszył, więc Bóg mu ten niecny postępek daruje. Tak jak Jezus daruje winy kobiecie obyczajów zwanych lekkimi, gdy ta wyraża skruchę hołdowniczymi gestami wobec Niego jako sędziego moralności. Faryzeusz Szymon, w którego domu to się odbywało, pomyślał, że Jezus nie jest prorokiem, czyli jasnowidzem, bo gdyby nim był, widziałby, co to za kobieta, i nie pozwoliłby jej się dotknąć. Ale Chrystus właśnie jako jasnowidz wie, co tamten pomyślał, i tłumaczy mu, że owa ladacznica więcej warta niż on.
Bóg jest miłosierny, czyli przebacza. Nawet miłosierny nieskończenie, co uparcie podkreśla Franciszek, zalecając wyzwolenie z surowości prawa. Wystarczy tylko pokora, czyli niezadzieranie nosa, nie pycha zadowolonych z siebie.
A ja myślę sobie antropomorficznie, że z kolei Bóg ma jakby wyrzuty sumienia jako stwórca człowieka zdolnego do świństw ogromnych. Ale zaraz koryguję się: Pan wiedział, co robi, najwyraźniej uważał, że pośród stworzeń potrzebny jest homo sapiens, czyli ktoś Jemu podobny, choć nie tak święty jak On. Mający, owszem, tak zwaną wolną rękę, ale nieumiejący tej wolności używać. I tu zapytać można dociekliwie: no dobra, jednak stworzył również aniołów, przecież bezgrzesznych. Co prawda, niektórzy zgrzeszyli, są duchy złe, ale te dobre, co się nie zbuntowały i w tym stanie moralnie czystym trwają, pozostały dowodem na to, że można być wolnym i bez duchowej skazy. Stąd może wątpliwości teologów, czy owi anielscy posłannicy Boga to na pewno byty osobne, osobowe, a nie jakieś Jego "energie” czy jak tam to nazwać. A demony, czyli Szatan – po co Bóg zrobił sobie takiego konkurenta, przecież chrześcijaństwo to nie religia podobna tamtej wschodniej, która widzi w rzeczywistości wręcz dualizm Dobra i Zła? Niezbadane są zaprawdę Boże wyroki.
Wrogiem kazuistyki okazał się papież Bergoglio, który krytykuje ją często w codziennej katechezie. Bo też w ogóle robi raban w doktrynie, w swojej adhortacji rodzinnej „Amoris laetitia”, gdzie w przypisie do paragrafu 300 dopuszcza komunię sakramentalną dla rozwodników. W przypadkach wyjątkowych, ale nie według jakiegoś prawa, tylko oceny człowieka: jego duchowego stanu. Bo on jest ważny, czyli jego wiara, a nie paragrafy.
Ale jest jeszcze dzisiaj tekst Pawła. Teza zawsze rewolucyjna: „Człowiek osiąga usprawiedliwienie nie dzięki uczynkom wymaganym przez Prawo, lecz jedynie dzięki wierze w Chrystusa (...). Jeżeli zaś usprawiedliwienie dokonuje się przez Prawo, to Chrystus umarł na darmo.”
Jednak mentalność jurydyczna trapi nie tylko religię żydowską, gdzie religijność opiera się na rygorystycznym przestrzeganiu przepisów. Od dawna teologowie chrześcijańscy dostrzegają, że sporo tego także w naszej religii. Szczególnie w rzymskim katolicyzmie, w którym dużo jest prawa rzymskiego. Tak zwanej kazuistyki. Teraz już moraliści katoliccy nie rozważają problemów w rodzaju takiego, czy konsumpcja lodów łamie post eucharystyczny, bo to przecież nie za bardzo napój...To przykład komiczny, ale są i poważne, choćby te, o których mówi Franciszkowa adhortacja rewolucyjna.
Mamy w naszym kraju instytucję dla znajomości Pisma Świętego niezwykle zasłużoną: Towarzystwo Biblijne w Polsce. Ma już 200 lat! Powstało w październiku 1816 r., z dużym trudem, bo inicjatywie protestanckiej (nazywało się długo Brytyjskie i Zagraniczne) sprzeciwiał się ostro arcybiskup gnieźnieński Ignacy Raczyński. Ale arystokracja polska, przynajmniej w osobie Adama Jerzego Czartoryskiego, okazała się myślowo otwarta i książę został pierwszym prezesem Towarzystwa. Zaraz w pierwszym roku rozpowszechniono ok. 18 tys. egzemplarzy Biblii Wujka. Wydawano potem dla protestantów Gdańską, dla katolików Wujkową, a w naszych czasach także tak zwaną warszawsko-praską (biskupa Romaniuka) oraz Biblię Ekumeniczną 11 Kościołów. A są to obecnie wszystkie ważniejsze, także rzymskokatolicki: Kościół Adwentystów Dnia Siódmego w RP, Chrystusowy w RP, Chrześcijan Baptystów w RP, Ewangelicko-Augsburski w RP, Ewangelicko-Metodystyczny w RP, Polskoatolicki w RP, Starokatolicki Mariawitów w RP, Zielonoświątkowy w RP oraz Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny. Jubileusz dwustulecia był huczny, świętowany dni trzy, piosenką, dyskusją, modlitwą.
Wracam do spraw, o których napisałem w komentarzu do dzisiejszych tekstów biblijnych: prawo i wiara, czyli system moralny i konkretny człowiek. Omawiam numer czerwcowy miesięcznika dominikanów, czyli zakonników wielce odważnych. Otwierają go trzy wypowiedzi: Barbary Chyrowicz, znanego filozofa, etyka, zakonnicy ze Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego (czyli werbistek), Katarzyny Kolskiej, wicenaczelnej tegoż „W drodze”, oraz profesora bioetyki i teologii, ks. Piotra Morcińca. Kolska opowiada współczująco o życiu Marcina, który urodził się biologicznie jako dziewczynka, ale od najmłodszych lat czuł się chłopcem, Chyrowicz analizuje problem transseksualistów filozoficznie, Morciniec teologicznie.
Marcin przeżył kilkanaście lat cierpienia, ciągłych upokorzeń, ukrywania się, tłumaczenia, odrzucenia. Wścibskich pytań, jakby był trędowaty. Był sam, nikt go nie rozumiał, nawet jego mama. Zrozumiała Marcina dopiero przyjaciółka w podstawówce. Pomagała w różny sposób, przyniosła kolorową gazetkę dla dziewczyn, w której był artykuł o transseksualistach. Poczuł, że nie jest na świecie sam. Studiuje problem w internecie, wybiera liceum daleko od domu z małego miasteczka. Przestaje się ukrywać, w bursie mówi koleżankom, że nie czuje się jedną z nich, nie rozbiera się przy nich, co one przyjęły z dużym zrozumieniem Mając lat 18, znalazł w internecie adres poradni, która diagnozuje transseksualizm. Ma kilkuset pacjentów. Trafił tam na doktor Aleksandrę Rubachę, która pomogła mu fundamentalnie. Sprawdziła rutynowo, czy jego zaburzenia tożsamości płciowej nie są wynikiem choroby psychicznej, jakiegoś uszkodzenia mózgu czy problemów rodzinnych – i doszła do wniosku, że nie. Rozpoczęła kurację hormonalną. Potem sąd zmienił dokumenty. Wreszcie chirurgia (dokonuje się ją w kilku polskich szpitalach, niestety dzisiaj bez refundacji, czyli za kilkanaście tysięcy złotych). Olę poznał w pracy. Od razu zwróciła uwagę na jego wrażliwość i radość życia. Podziwia jego upór, że nie poddaje się. I jeszcze dla nich, wierzących, jeden wielki problem: chcieliby wziąć ślub kościelny. Znaleźli księdza, któremu ufają: obiecał, że sprawdzi wszystkie możliwości. Czekają cierpliwie, wciąż mają nadzieję. Wierzą, że dla Boga nie znikną. Bez względu na to, jaka będzie decyzja, chcieliby się zapisać na kurs dla narzeczonych.
Streściłem opowieść o przypadku, teraz tamte analizy. Profesor Chyrowicz referuje spokojnie debatę światową na ten temat. Podaje, że są dwa zjawiska różne: transseksualizmu i transgenderyzmu. Różnicę tłumaczy się dosadnie: seks jest między nogami, a gender (tylko) między uszami (czyli w mózgu). Co do tego pierwszego, przeciwnicy przemian w etyce twierdzą, że transseksualizm to nie diagnoza, ale życzenie ludzi obciążonych seksualną dewiacją. Można i tak, podobnie wciąż traktuje się przecież homoseksualizm i biseksualizm. Jeśli dobrze zrozumiałem, uczona katoliczka wykazuje dla tych ludzkich spraw więcej zrozumienia. Pisze niemniej: „To prawda, że bycie mężczyzną względnie bycie kobietą nie wyraża się jedynie w cielesności, wyraża się jednak przez cielesność. Nie ma innej możliwości, bo człowiek żyje posiadając ciało. Problem osób transseksualnych pokazuje, jak bardzo cielesność jest dla nich ważna. Czy po operacji są już «razem ze sobą» czy nadal «osobno»? Ponieważ płciowość jest istotnie związana z przekazywaniem życia, najbardziej problematyczną kwestią operacji SRS jest nieodwracalne ubezpłodnienie. Osoby transseksualne nie przekażą życia. W istocie nie zmieniły bowiem swojej płci, zmieniły drugorzędne cechy płciowe, uzyskując odpowiednio wygląd mężczyzny albo kobiety. W tym sensie są «razem» , ale nadal «osobno» . Jeśli osiągnięcia neuronauk pozwolą kiedykolwiek na modyfikację psychiki osób transseksualnych, należałoby zastanowić się nad tym, jak można by im przywrócić «jedność» bez kaleczenia.” Siostra zakonna nie uważa, jak jakiś duchowny, że wystarczy powiedzieć: niech transseksualista niesie cierpliwie swój krzyż. Powiada, że „należy dołożyć wszelkich starań, by takim ludziom pomóc. Pytanie, w jaki sposób to zrobić, trzeba skierować do specjalistów. Operacje typu SRS wydają się bowiem doraźnym rozwiązaniem problemu, potrafią zamaskować jego symptomy, ale czy rozwiążą go dogłębnie?”
No i jako trzeci w rozmowie z naczelnym, ks. Romanem Bieleckim, teolog rzymskokatolicki, czyli ktoś, kto wyrokuje myślowo trzymając się jakoś doktryny (też mojego) Kościoła. Jakoś – bo nie bezdusznie, jednak z troską o zachowanie granic prawowierności. Według księdza Morcińca dramat polega na tym, że bez względu na zaproponowane rozwiązania, które próbują potraktować ciało oddzielnie, a psychikę oddzielnie – mężczyzna transseksualny zawsze pozostaje genetycznie i gonadalnie mężczyzną, a kobieta – kobietą. Minęły jednak czasy, gdy taki człowiek był traktowany jako osoba chora psychicznie i napiętnowany. Może jednak jest tu jak z samobójstwem przez kilkanaście wieków: było ono traktowane jako najgorsze przestępstwo. Synod w Arles z 314 r. mówił, że to jest furor diabolicus, czyli czyn diabelski, i takie rozumienie długo funkcjonowało. Kiedy wyniki badań psychologicznych udokumentowały głębię zaburzeń samobójcy, zmieniła się ocena subiektywna czynu i w Kodeksie prawa kanonicznego z 1983 r. zniesiono kary kościelne za takie czyny, a „Katechizm Kościoła katolickiego” mówi, że nie tracimy nadziei na zbawienie i modlimy się za tych ludzi. Być może taka sama droga jest przed nami w ocenianiu transseksualizmu. Może kiedyś zrozumiemy, że mówimy o czymś, czego nie znamy, i zmienimy nastawienie. Na razie stanowisko Kościoła jest jednoznaczne: normą jest obiektywna jedność psychologiczna człowieka, a wszystko inne jest jej zaburzeniem i nie może być zaakceptowane, a już na pewno nie może być promowane. Ksiądz zaznacza jednak dalej swoje zrozumienie dla dramatu tych osób: żyją ze świadomością, że ja to nie jestem ja. Przeżywają piekło. Nic dziwnego, że wśród nich jest tak wysoki odsetek prób samobójczych: siedem razy wyższy niż w innych grupach społecznych (podaje Kolska).
Wnioski duszpasterskie co do sakramentów: rozgrzeszenie i komunia możliwa, gdy jednak penitent po ingerencji w ciało szczerze tego żałuje. Chrzest możliwy, ale nie wolno zmieniać imienia, nie można też po zmianie płci być ojcem chrzestnym. Także była kobieta i mężczyzna, który stał się metrykalnie kobietą. Ale ostatni akapit rozmowy zaskoczył mnie i pocieszył. „Poza obiektywnym opisem rzeczywistości istnieje jeszcze jej odbiór subiektywny. Być może jakimś rozwiązaniem jest to, co można zaobserwować w sformułowaniach teologów zachodnich. Jeżeli inne formy pomocy nie odnoszą skutku, to może w niektórych przypadkach chirurgiczna zmiana płci jest jedynym sposobem, dzięki któremu taki człowiek mógłby zbudować pozytywny stosunek do własnego ciała. Ich zdaniem z tej perspektywy byłaby to decyzja etyczna akceptowalna. Myślę, że merytoryczna dyskusja dotycząca osób transseksualnych, ich niekrzywdzenia jest dopiero przed nami.”
Albowiem dzieją się rzeczy, o których nie śniło się filozofom ani teologom. Myślę, że w teologii moralnej powinien dokonać się (już się dzieje) przełom podobny jakby do tego, jakim było pojawienie się filozofii podmiotu. Awans myślowy „subiectum”. Tu uznanie decydującego znaczenia takich faktów, jak przecież niepatologiczny pociąg płciowy mężczyzny do mężczyzny i kobiety do kobiety oraz męska świadomość kobiety i na odwrót. Tradycyjny biologizm teologiczny trzeba dalej rewidować. Ecclesia semper reformanda!

11:39, jan.turnau
Link Komentarze (39) »
niedziela, 05 czerwca 2016
Ożywianie umarłych. Ekumenia w miesięczniku „W drodze”. Biskup niestety nie biskup. Biblia czytana przez Jandę!

1 Księga Królewska 17,17–24,
Psalm 30,2.4-6.11-12a.13b,
List do Galatów 11,1-19,
Ewangelia Łukasza 7,11-17.
Temat biblijny tej niedzieli to wskrzeszanie, czyli ożywianie tych, co przekroczyli granicę śmierci. Mówią o tym teksty ze Starego Testamentu i Nowego, ale jest też przerywnik innotematyczny z Pawłowego listu.
Eliasz wspomaga wdowę, u której zamieszkał. Zachorował i umarł jej synek, o co ma jakby pretensję do proroka: „Czego ty, mężu Boży, chcesz ode mnie? Czy po to przyszedłeś do mnie, żeby mi przypomnieć moją winę i przyprawić o śmierć mego syna.” Jej winę, bo przecież nieszczęście było dla starożytnych Żydów karą za jakiś grzech. Eliasz wskrzesza: odbywa się to w ten sposób, że na własnym łóżku kładzie się na dziecku, nawet trzy razy, i modli się natarczywie: „O Panie, Boże mój! Czy nawet na wdowę, u której zamieszkałem, sprowadzasz nieszczęście, dopuszczając śmierć jej syna?” Opatrzność Boża nie powinna bowiem unieszczęśliwiać przynajmniej tych, co i tak już bardzo cierpią. W Psalmie mamy zdania, które mogą być rozumiane jako dotyczące wskrzeszenia, kiedy tekst tłumaczy Biblia Tysiąclecia: „Panie, Boże mój, z krainy umarłych wywołałeś moją duszę i ocaliłeś mi życie spośród schodzących do grobu”. Biblia Poznańska przekłada trochę inaczej: „Jahwe, wywiodłeś mnie z Szeolu, przywróciłeś i nie dopuściłeś, bym zstąpił do grobu”. W przypisie rozumie się to tam jako stwierdzenie, że bohater liryczny tekstu był tylko blisko śmierci. W Ewangelii Łukasza wskrzeszony jest też synem wdowy. Jezus dokonuje cudu samym tylko dotknięciem mar, na których niesiono chłopca do grobu.

Cuda. Zjawiska, których interpretacja zależy od stanowiska w sporze między światopoglądem religijnym i ateistycznym. Ateista powie, że to niemożliwe, agnostyk będzie wątpił, a teista będzie twierdził, że Bóg może wszystko. Do tych trzecich zaliczam oczywiście poważnych biblistów czy w ogóle teologów dzisiejszych. Podobnie jak Walter Kasper (ten kardynał uważany przez licznych polskich katolików za niemal heretyka) sądzą, że niektóre cuda trzeba uznać za legendarne, ale nie wszystkie: są w ewangeliach opowieści o cudach Jezusa uzasadnione historycznie. Kasper nie zalicza chyba raczej do nich – jeśli go dobrze zrozumiałem – wskrzeszeń: córki Jaira, właśnie młodzieńca z Nain oraz Łazarza. Ale oczywiście nie jest nieomylny, zresztą znam jego na ten temat poglądy tylko z dzieła wydanego w Niemczech w roku 1981 (w Polsce 2 lata później), czyli 35 lat temu: mógł myśleć dziś co innego, a różne sprawy zwykł raczej wyważać. Choć to on właśnie namówił Franciszka - śmiało, ale słusznie - na adhortację posynodalną robiącą małą furteczkę dla rozwodników.

W dzisiejszym tekście apostoł Paweł jest taki jak zawsze. Twardo broni swojej Ewangelii: nie jest ona wymysłem ludzkim, nie otrzymał jej od jakiegoś człowieka, lecz od Jezusa Chrystusa. Zwalczał ją niezwykle gorliwie, w żarliwości dla judaizmu przewyższał wielu swoich rówieśników, był w tym zapaleńcem największym - aż zmienił się najradykalniej. Bóg powołał go w drodze do Damaszku, aby głosił ewangelię o Jego Synu poganom. Zaczął to robić natychmiast, nie pojechał po instrukcję do Jerozolimy. Udał się tam dopiero po trzech latach, aby poznać Piotra jako Kefasa (opokę), czyli przywódcę Kościoła, a nawet i wtedy zatrzymał się u niego tylko 15 dni. Sam wszystko wiedział wystarczająco dobrze, miał własne zdanie nie wahając się. Gdy - opowiada potem w tym samym liście - Piotr zachowywał się nie dość odważnie, skrytykował go „wobec wszystkich”. Zapaleńcem był zawsze, osobowością olbrzymią. Niektórzy niemal zrównują jego rolę z Jezusową, przesadzają naturalnie, ale historia Kościoła już wtedy paradoksem stała. Tworzyli ją w wielkiej mierze ludzie bez żadnego apostolskiego stażu. Paweł napisał bowiem w dzisiejszym urywku też, że widział wtedy w Jerozolimie spośród innych apostołów tylko Jakuba, brata Pańskiego: otóż liczni bibliści uważają, że nie chodzi tu Pawłowi o żadnego z dwóch Jakubów należących do Dwunastu (apostołami nazywano także niektórych innych uczniów). Na pewno nie o syna Zebedeusza, ale i chyba też nie o syna Alfeusza, faktycznie Jezusowego kuzyna, tylko o jednego z Jezusowych braci, którzy nie wierzyli w Jego misję, aż powstał z martwych. Jakub ten też stał się apostołem, nawet jednym z czterech filarów Kościoła (Ga 2,9)!

Przegląd kościelnej prasy. Odnotowałem poprzednio z majowego „W drodze” rozmowę o prawosławiu z jezuitą Markiem Blazą, ale są w tym numerze jeszcze dwa teksty na temat ekumeniczny, teraz księży dominikanów. Wojciech Surówka napisał o pojednaniu z prawosławiem. Że przeszkody doktrynalne zostały już właściwie usunięte w sprawie Filioque w dokumencie z 1999 r., ale „istnieje jeszcze przestrzeń autorytetu i władzy”. Dla Cerkwi nie jest problemem uznanie, że Piotr był pierwszym wśród apostołów (i że biskup Rzymu jest jego następcą), czyli prymat. Ale to „primatus”, a jest jeszcze „papatus”, to znaczy historyczna (zmienna) forma sprawowania najwyższego urzędu. Czy papież ma władzę jurysdykcyjną nad innymi biskupami? Jak wtedy tłumaczył ks. Blaza, prawosławni bardzo się boją, że pojednanie spowoduje szarogęsienie się władzy rzymskokatolickiej. Niemniej dogadujemy się stopniowo. Surówka wymienia trzy dokumenty: tamten podpisany przez patriarchę Moskwy Cyryla i ówczesnego przewodniczącego Episkopatu Polski Józefa Michalika, ten Cyryla i Franciszka z Hawany, wreszcie dzieło wspólne z marca br. świeckich intelektualistów obu Kościołów na temat zbrodniczej sowieckiej likwidacji w 1945 r. Ukraińskiego Kościoła Grecko-Katolickiego. Autor dominikański komentuje, że w tekście hawańskim widać ogólną troskę o rodzinę, ale pozostały w tej dziedzinie różnice w stosunku do rozwodników i antykoncepcji. No i informuje na koniec, że tamten tekst spotkał się z ostrą krytyką części rosyjskiej hierarchii prawosławnej. Biskup Longin oskarżył Franciszka o herezję, a Cyryla o zdradę. Chociaż papież poszedł tam na spore ustępstwa, co mu wytykali z kolei katolicy, szczególnie unici ukraińscy. Tak to jest na ogół z dogadywaniem się: znajdą się jego przeciwnicy po obu stronach. Poza tym widać na tym przykładzie skrajny konserwatyzm trujący ciągle Cerkiew moskiewską.
Dominikanin Maciej Biskup napisał natomiast o chrześcijańskim Oriencie. Katolicy (i w ogóle chrześcijanie Zachodu) orientują się w tamtej mnogości kościelnej bardzo słabo. Na przykład na ogół nie wiedzą pewnie, że przeszkoda do pojednania ich wspólnot z resztą chrześcijaństwa w postaci tak zwanego monofizytyzmu w zasadzie minęła. Okazało się wreszcie, że ich doktryna na temat natur Chrystusa, boskiej i ludzkiej, nie różni się od zachodniej ortodoksji. Tamte ludy wschodnie nie znały przecież najlepiej greki, języka teologicznych debat. A swoją drogą Biskup napisał też celnie o innym czynniku dzielącym: „apologetyka zwyciężała nad miłością”. Bywa tak niestety nieraz. Co zaś jeszcze do autora ekumenicznego tekstu, to nie jest on niestety biskupem. W nowym „Tygodniku Powszechnym” taka jego myśl szczerozłota: „To w wierze mamy pokładać ufność, a nie w prawach, ustawach, sojuszu tronu z ołtarzem”.

Wracam do tekstu o chrześcijanach orientalnych. Są zewnętrznie bardzo różni od europejskich. Bardzo podobni do muzułmanów. „Wspólnota koptyjska praktykuje też niektóre obrzędy żydowskie: obrzezanie chłopców, święcenie szabatu i koszerność pokarmów. Nowo ochrzczonego tatuuje się znakiem krzyża.” Skądinąd wiem, że Ormianie obowiązkowo witają wizytującego biskupa publicznym zabiciem barana. Ks. Tadeusz Isakowicz miał z tym duży problem w Gliwicach. Zaprotestowaliby ekolodzy i nie tylko, cóż, że muzułmanie uśmiercają w ten sposób byka... Tempora mutantur et nos mutamur in illis – ale z wielkim trudem...
A teraz dobra nowina na temat Ewangelii. Będzie można usłyszeć ją (Stary i Nowy Testament) czytaną przez znakomitych aktorów polskich: Kożuchowską, Jandę, Malajkata, Woronowicza, Reczka, Trelę, Polony, Żaka i wielu innych: w sumie przez około trzynastu aktorów. Także przez Romana Kłosowskiego, który już prawie nie widzi, ale nauczył się swojej kwestii na pamięć. Reżyseruje Krzysztof Czeczot. Słuchowisko będzie dostępne bezpłatnie na stronie internetowej bibliaaudio.pl.
Bardzo fajna to popularyzacja Księgi, ale podkreślam ciągle, że tekst jej nie jest bynajmniej w każdym zdaniu zrozumiały. Nie tylko ekolog zdziwi się niemile, czemu Jezus przeklął drzewo figowe, bo nie mógł się pożywić jego owocami. Przecież, pomijając niewątpliwą bezgrzeszność roślin, sam Marek podaje, że w ogóle „nie był to czas na figi”. Nawet to dla biblistów egzegetyczna zagadka.

08:39, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
Archiwum