Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
wtorek, 30 czerwca 2015
Boże nas próbowanie, czyli pedagogia długa

Psalm 26,2
„Doświadcz mnie, Panie, wystaw mnie na próbę, zbadaj me sumienie i serce.” (Biblia Tysiąclecia)
No właśnie: wystaw mnie na próbę. To mi potwierdza nasze tłumaczenie prośby z modlitwy „Ojcze nasz”: „I obyś nie wystawiał nas na próbę” (pomysł wzięty z przekładu Polskiego i Zagranicznego Towarzystwa Biblijnego z 1978 r.). Wszelako całe nasze życie, niemal każda nasza sytuacja jest jakąś próbą, której poddaje nas Opatrzność. Ale – i to bardzo ważne – nie po to, żeby nas potępić. Raczej nauczyć nas życia według Jego wartości. A lekcja owa nie kończy się ze śmiercią: i potem trwa Jego pedagogia uporczywa.

12:03, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Klucze Królestwa

Ewangelia Mateusza 16,19
„Dam ci klucze Królestwa Niebios i co byś związał na ziemi, będzie związane w Niebiosach, a co byś rozwiązał na ziemi, będzie rozwiązane w Niebiosach.” (Ekumeniczny Przekład Przyjaciół).
Dzisiaj te słowa, bo dziś uroczystość katolicko-prawosławna świętych apostołów Piotra i Pawła (ma wigilię, a to jest ewangelia z mszy w sam dzień). Nie przypadkiem napisałem „katolicko”, nie „rzymskokatolicko”, bo dzisiaj obu wielkich apostołów wspominają także katolicy z Kościoła Starokatolickiego Mariawitów, zapewne wszyscy starokatolicy. Nie wynika z tego oczywiście, że wszyscy katolicy i prawosławni akceptują tak pojęty prymat biskupa Rzymu, coraz bliżej jednak do zgody, że ma on do spełnienia w chrześcijaństwie rolę szczególną, jednoczeniową. A dzisiejsi papieże starają się ją pełnić coraz lepiej. Napisałem o ewolucji papiestwa do dwumiesięcznika „Bunt Młodych Duchem” spory artykuł, który się tam ukaże w najbliższych miesiącach. Jego tekst zamieściłem tutaj niedawno i teraz to czynię, żeby chętni nie szukali go w moich wpisach poprzednich. Najpierw jednak anegdota na temat owych kluczy Królestwa (tytuł powieści Cronina skądinąd). Papież (wszystko jedno, jaki) umarł, poszedł do nieba, ale to było w nocy, więc nie może się dostać, bo wszyscy śpią. Stuka, puka, wali w drzwi, nic. W końcu ktoś przyszedł i otworzył, zaspany i zły, z pytaniem: - A co, własnych kluczy nie masz?! To stary kawał także rzymskokatolicki, opowiedziałem go zakonnicy z Lasek, powiedziała, że zna od dawna. 
A oto tamten elaborat.
Notatnik starszego ekumenisty
Zalety i wady kościelnego centralizmu
PAPIEŻ PRZESZKODĄ CZY POMOCĄ?
Piszę wreszcie po licznych zapowiedziach o problemie ekumenicznym podstawowym, czyli o urzędzie papieskim. Wciąż głównie na podstawie fundamentalnego dzieła teologa dzisiaj coraz głośniejszego, czyli kardynała Waltera Kaspera. Wydał on w Niemczech w roku 2012, w Polsce dwa lata później rzecz pod polskim tytułem „Kościół katolicki. Istota, rzeczywistość, posłannictwo” (WAM). Odpowiedni rozdział nazywa się tutaj „Urząd Piotrowy – służba na rzecz jedności”, co od razu przedstawia główną tezę autora. Na pozór paradoksalną: oto przecież główna przeszkoda na drodze do jedności, bo żadne inne chrześcijańskie wyznanie nie uznaje papieża za głowę Kościoła, jest nią tylko Chrystus - ta przeszkoda ma jedności służyć!
Co mówi Pismo Święte?
Teolog chrześcijański zaczyna oczywiście od Biblii. „Za punkt wyjścia może służyć historycznie bezsporny fakt, że rybaka Szymona, syna Jony [Jana, Jonasza - JT] Jezus obdarzył przydomkiem «Kefas», to znaczy «Skała («Petra»), w wyniku czego po grecku nazwano go Piotrem («Petros»). Wszyscy czterej ewangeliści informują zgodnie o nadaniu tego imienia, w związku z tym byłoby ciężko wątpić w jego historyczną wiarygodność. W ówczesnym świecie imiona to nie były tylko puste słowa, imiona wyrażały zadanie i pozycję. Skała jest uważana za symbol stałości i trwałości; podtrzymuje i daje schronienie. To jest podstawowe zadanie Piotra i urzędu nazwanego jego imieniem.” I dowodzi dalej autor, że Piotr jest pierwszy na wszystkich ewangelijnych listach apostołów, przemawia w ich imieniu, jako pierwszy wyznaje wiarę w Jezusa jako Mesjasza, czyli Chrystusa.  Jest pierwszym i głównym świadkiem zmartwychwstania. „W ten sposób ze swym świadectwem jest skałą, na której można budować w wierze i której można się trzymać w wierze. Piotr powinien utwierdzać braci.” Był najważniejszą postacią w pierwotnej wspólnocie jerozolimskiej i jej przywódcą. Pierwszy odważył się dokonać przyjęcia chrześcijaństwa także przez pogan, wypowiedział się rozstrzygająco o tym na tak zwanym soborze jerozolimskim. Paweł uznawał jego autorytet, choć napomniał go publicznie w Antiochii (List do Galatów 2,11-14).
Następnie mamy biblistyczne spojrzenie na zasadniczy w tej sprawie tekst biblijny: „Ty jesteś Piotr [czyli skała] i na tej skale zbuduję Kościół mój” (Ewangelia Mateusza 16,18). Kardynał biblista pisze: „Wśród egzegetów istnieje w dużym stopniu zgodność co do tego, że tekst ten w obecnej formie nie sięga bezpośrednio ziemskiego życia Jezusa, lecz stanowi kompozycję ewangelisty. Daleko idąca zgodność istnieje jednak także co do tego, że kompozycja ta nie jest swobodnym wymysłem Mateusza, lecz odwołuje się do starszych tradycji, które ostatecznie mają swój początek w nadaniu imienia oraz w objawieniu Zmartwychwstałego przed Piotrem.” Kasper zachowuje się jak uczony i widać to w powyższych jego słowach. Biblistyka dzisiejsza bowiem, co wyjaśniam ciągle w moim blogu janturnau.blox.pl, nie traktuje cytowanych w ewangeliach słów Jezusa jako spisanych z dyktafonu, co jest zresztą przecież założeniem „zdroworozsądkowym”. Słowa Jezusa są przytaczane oczywiście z pamięci (choć bardzo dobrej w tamtych czasach, gdy notatników raczej nie używano), co więcej, są włączane do autorskich kompozycji historycznych w sensie zupełnie nie dzisiejszym: żaden biblijny autor nie był dzisiejszym dziejopisem dokładnym, o wierność szczegółów zgoła nie dbał. Mimo to jednak właśnie teolog niemiecki dzisiejszy twierdzi, że owa nominacja tamtego Szymona rzeczywiście dokonała się.
Tyle tylko, że nie jest oczywiste, jak Jezusowe słowa nominacyjne rozumieć. Kasper: „Można zapytać, czy te słowa mają się odnosić do osoby Piotra, czy to wyznania Piotra jako Skały. Już Ojcowie Kościoła różnie odpowiadali na to pytanie”. Nie znalazłem u kardynała informacji, że na tę różnorodność powołują się teologowie ewangeliccy, choć sam słyszałem coś takiego od jednego z polskich, a sprawa ta jest eklezjologicznie ważna. Na tej drugiej interpretacji można bowiem umniejszać znaczenie Piotra w zalążku Kościoła. O podobnej tendencji świadczyłby przekład Jezusowego powiedzenia w tomiku „Czterech Ewangelii” wydanym przez Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne w roku 1978: „Ty jesteś skała, na takiej to skale zbuduję mój Kościół”. Czyli - sugerowali nierzymskokatoliccy tłumacze - na wyznawanej przez Piotra wierze, nie na nim samym. Pisze wszakże dalej Kasper: „Pojawiła się jednak u nich również [Ojców Kościoła - JT] trzecia odpowiedź, którą podziela dzisiaj większość egzegetów. Ujawnia się w niej przekonanie, że można co prawda rozróżniać wyznanie wiary Piotra i osobę Piotra, ale nie należy tych elementów oddzielać. Wyznanie wiary jest bowiem związane z osobą, a osoba z wyznaniem wiary. W ten sposób Piotr ze swym wyznaniem wiary i na jego podstawie jest fundamentem – skałą Kościoła”.
Papieże następcami Piotra
Wracam do mojej niewielkiej wiedzy ekumenicznej i sygnalizuję pogląd ewangelicki, iż władza Piotra w Kościele to niekoniecznie późniejsza władza papieży. Takie było stanowisko wielkiego szwajcarskiego teologa reformowanego Oscara Cullmana, który zresztą później skłonił się do rzymskokatolickiego (tak gdzieś wyczytałem). Kardynał widzi jednak potwierdzenie tej drugiej opinii już implicite w tekstach biblijnych. Przecież wersety Mt 16,18 oraz J 21,15-17 (potwierdzenie tamtego ustanowienia) zostały zredagowane w obecnej wersji dopiero po śmierci Piotra, także oba przypisane mu biblijne listy, w których nazywa się go najstarszym spośród najstarszych, świadkiem i pasterzem. Musiało istnieć zatem już wówczas  coś takiego, jak urząd Piotrowy. Kojarzenie go z Rzymem nie wynikło zdaniem Kaspera ze znaczenia tego miasta jako stolicy cesarstwa (taką opinię słyszałem też od teologa ewangelickiego). Wcześnie rozwija się kult rzymskiego grobu Piotra, wczesna jest także świadomość odpowiedzialności Rzymu za wspólnoty kościelne nierzymskie. Tamtoczesnych wypowiedzi nie wolno interpretować jako późniejszego roszczenia do prymatu, ale już bardzo wcześnie uważano Rzym za ostoję i gwaranta wiary apostolskiej. Staje się on ważną instytucją rozstrzygającą w sprawach spornych. Na słowa Jezusa o Piotrze jako skale powołuje się jako pierwszy papież Stefan (254-257). Stopniowo obdarza się Rzym mianem głowy całego Kościoła i wikariusza (zastępcy) Księcia Apostołów Piotra. Papież Leon Wielki odrzuca zdecydowanie kanon 28. Soboru Chalcedońskiego (451), przyznający Konstantynopolowi zaraz drugie miejsce po Rzymie (w tekście greckim mówi się nawet o takiej samej randze). Tym samym  - powiada Kasper – ujawniają się dość wcześnie różnice poglądów między chrześcijańskim Wschodem i Zachodem. Chociaż stanowiska zachodniego Ojca Kościoła, wielkiego Augustyna, nie wolno zredukować do późniejszej wypowiedzi „Roma locuta, causa finita”. Skałą, na której zbudowany jest Kościół, jest dla Augustyna Chrystus. Niemniej samoświadomość swego znaczenia w Rzymie stale rośnie. Papież Innocenty III (1198-1216) nazywa już siebie wręcz wikariuszem Chrystusa, a przedtem Bonifacy VIII (1295-1303) oznajmił, że „posłuszeństwo biskupowi rzymskiemu jest konieczne do osiągnięcia zbawienia”.
Co prawda, wielki Bernard z Clairvaux ostrzegał swego ucznia, papieża Eugeniusza III (1145-1153), przed wygórowanymi roszczeniami i krytykował centralizm rzymski, ale ten się wciąż wzmagał. Muszę się streszczać, więc przeskakuję do szczytu owej centralizacji, czyli Soboru Watykańskiego I (1869-1870).
Prymat i nieomylność jako dogmaty
Sobór ten orzeka, że władza papieska nie oznacza tylko prymatu honorowego, ale prymat jurysdykcji. Czyli papież nie jest tylko rozjemcą, on jest wszystkich biskupów zwierzchnikiem . Od decyzji papieża nie można odwoływać się do Soboru (był o to spór średniowieczny). Kasper wyjaśnia jednak, że nie oznacza to zakwestionowania normalnych rządów poszczególnych biskupów, lecz je szanuje i wspiera. Bezpośrednia ingerencja następuje tylko w sytuacjach nadzwyczajnych, na przykład gdy zabraknie innej instytucji lub gdy nie dopełni ona ciążących na niej obowiązków albo wreszcie gdy pojawi się problem dotyczący całego Kościoła. Kasper wyjaśnia również, że ogłoszona tam wtedy nieomylność papieska nie oznacza, że papież może ogłosić nowe objawienie. Nie posiada jakiejś nieomylności niezależnej od Kościoła, lecz wykonuje nieomylność daną Kościołowi. Nie wszystkie jego wypowiedzi są nieomylne, nawet nie wszystkie encykliki. Pamiętam wyjaśnienie jednego z teologów katolickich polskich, że nieomylność papieska jest nieomylnością Kościoła – czyli nie chroni od jakichś pomyłek, które są ewidentne. No i niemal wszystkiemu winna wojna prusko-francuska, która uniemożliwia kontynuowanie prac Vaticanum I, do których musi wrócić Vaticanum II. Wraca nie zaprzeczając tamtemu, ale jego myśl modyfikując.
A teraz decentralizacja!
Ów sobór przełomu olbrzymiego, ekumenicznego, nie zaczął od struktury hierarchicznej Kościoła, ale od pojmowania go jako Ludu Bożego. Papież jest widzialnym fundamentem jedności Kościoła, ale ten nie jest Kościołem papieża, jak go czasem polemicznie przedstawiano. Władza biskupa nie pochodzi od władzy papieża. Kasper pozwala sobie nawet w przypisie na uwagę, że „dwuznaczny jest tytuł «biskup Kościoła katolickiego», którym Paweł VI podpisał dokumenty soborowe” i uważa za nieszczęśliwe sformułowanie dodanego do tekstu soborowego papieskiego komentarza, że papież może w każdym czasie wykonywać swą władzę według własnej woli.
Kardynał pisze też, że po tym drugim, ekumenicznym soborze zaistniał nowy centralizm kościelny. Mówi się, że stało się to głównie za Jana Pawła II, który sobie z Kurią Rzymską oczywiście nie radził. A co do nieomylności, to jeszcze ważne jest Kasperowe przypomnienie, że w rozumieniu wiary istnieje wzrost, postęp, który widać przecież w całej historii urzędu papieskiego (choć regresy również ...)
Urząd Piotrowy w ekumenicznym dialogu
Doszedłem wreszcie bezpośrednio do tematu mojego tekstu. Myśl kardynała pojednawcza jest w skrócie taka. Możemy przyjąć za punkt wyjścia praktykę pierwszego tysiąclecia, kiedy jeszcze między Wschodem i Zachodem nie było rozłamu, ale do tamtych czasów nie da się powrócić mechanicznie, bo potem zmieniło się wiele, także na chrześcijańskim Wschodzie. Upadło tamto cesarstwo, a przecież tamten cesarz znaczył wiele także dla kościelnej jedności (przypominam na przykład, że arcyważny Sobór Nicejski zwołał Konstantyn i taka praktyka powtarzała się). Zarazem sobory średniowieczne dają nam tutaj cenne wskazówki: Sobór Florencki (1439-1445) stworzył wizję zgodnego działania papieskiego prymatu i (innych) patriarchatów, wtedy niezrealizowaną, ale dziś bardzo aktualną. Ograniczając swoją władzę, mógłby papież ingerować w życie tamtych wspólnot tylko wyjątkowo. I tu zapaliło mi się własne ekumeniczne światełko: pamiętam stanowisko w tej sprawie arcybiskupa prawosławnego Jeremiasza, tu też kiedyś przedstawione, do tego Kasperowego właściwie podobne. Prymat papieża honorowy nie znaczy praktycznie żaden: według prawosławia biskup Rzymu miałby prawo, a nawet obowiązek interwencji, gdy zajdzie potrzeba w rodzaju na przykład nieobsadzenia stanowiska któregoś z patriarchów. Miałby do spełnienia taką rolę, jak poszczególny patriarcha wschodni wobec spraw swojej wspólnoty. Czyli nie żaden kościelny zamordyzm, ale też nie honor pusty.   
Co do dogadywania się z protestantami, sprawa jest znacznie trudniejsza. Wyjaśniał to Kasper, a ja cytowałem poprzednio: w tamtych Kościołach nie ma struktury sakramentalno-episkopalnej, czyli mówiąc po prostu, jest większa demokracja, biskup jest w ogóle o wiele mniej ważny. Co zaś do papieża, to Luter nigdy nie kwestionował zasadniczo samego papiestwa, choć atakował je z czasem wręcz nienawistnie. Twierdził bowiem, że mógłby uznać papiestwo, jeśli pozwoli ono na głoszenie Ewangelii i nie będzie go tłumić. Wtedy nie tylko nosiłby papieża na rękach, ale też całowałby jego stopy. Otóż mnie się wydaje, że pies pogrzebany jest właśnie w owych stopach. O papieżu Vaticanum Primum Piusie IX krążyła złośliwa anegdota, że kiedy któryś biskup nie dość nisko schylił głowę padłszy przed nim plackiem, to monarcha własną nogą poprawił jego postawę. Rzecz w tym właśnie, że biskup Rzymu zachowywał się do niedawna jak bardzo tradycyjny monarcha. Ale papieże dzisiejsi poczynając od Jana XXIII zwalczają ten społeczny wizerunek, ile wlezie. Schodzą ze sfer podniebnych na zwykłą człowieczą ziemię. Owszem, dla jedności każdej wspólnoty
potrzebny jest taki zwornik osobowy. Niektóre obywają się bez niego, ale przydałby im się bardzo: myślę na przykład o islamie dzisiaj, jeśli nie o prawosławiu, gdzie trzeci Rzym rywalizuje o pierwszeństwo z drugim. Papiestwo jest zatem niezbędne, ale nie jako półbóstwo, a ta „dedeifikacja” jemu samemu robi znakomicie. Porównajmy ogólnoludzki autorytet papieży dawnych z tym, jaki miał Jan Paweł II i ma teraz Franciszek z Argentyny. Amen!

13:38, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 czerwca 2015
Niech się śmieją

Psalm 30,2
„Sławię Cię, Panie, bo mnie wybawiłeś
i nie pozwoliłeś mym wrogom naśmiewać się ze mnie.” (Biblia Tysiąclecia)
Nikt mnie chyba nie posądzi o głupią polemikę z Biblią, jeżeli wyznam, że takie naśmiewanie mi zupełnie nie szkodzi. Myślę sobie wtedy: źle czy dobrze, byle z nazwiskiem, oraz że śmiech to podobno samiuteńkie zdrowie...

09:00, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
sobota, 27 czerwca 2015
Setnik rzymski, Żydzi i my

Ewangelia Mateusza 8,5-13
Uzdrowienie sługi okupacyjnego oficera. Słowa „Panie, nie jestem godzien” należą do liturgii Eucharystii, ale w Ewangelii zaraz dalej mamy ostry komentarz Jezusa: „Amen, mówię wam, u nikogo w Izraelu takiej wiary nie znalazłem” (EPP). I dalej o wielu spoza Izraela, którzy zasiądą w królestwie niebieskim, i o tych synach królestwa, którzy „wyrzuceni będą do ciemności zewnętrznej”. Czytałem wyjaśnienie biblisty, że chodzi tu nie o potępienie piekielne, ale tylko o usunięcie z sali biesiadnej w nocny mrok. Tak czy inaczej, odnieśmy te słowa do siebie, my, dobrzy katolicy, z siebie samych bardzo zadowoleni.

10:11, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
piątek, 26 czerwca 2015
Jakby prehistoria islamu. Pawła Lisickiego atak nań książkowy

Księga Rodzaju 17,1.9-10.15-22
Gdy Abraham miał 99 lat, ukazał mu się Pan, czyli JHWH, zarządził obrzezanie mężczyzn jako znak przymierza z Nim, po czym obiecał patriarsze, że da mu syna z Sary. Wywołało to jego śmiech niedowierzania, bo on i Sara byli stareńcy. Poprosił Boga, by chociaż Izmaelem się zaopiekował. Na co On: „Ależ nie, żona twoja Sara urodzi Ci syna, któremu dasz na imię Izaak. Z nim też zawrę przymierze, przymierze wieczne z jego potomstwem, które po nim przyjdzie. Co do Izmaela, wysłucham cię: oto pobogosławię mu, żeby był płodny, i dam mu niezmiernie liczne potomstwo; on będzie ojcem dwunastu książąt, narodem wielkim go uczynię. Moje zaś przymierze zawrę z Izaakiem”. Czyli również wyróżnienie, ale nie tak mocne, jak potomstwa Izaakowego.
Jak wiadomo, muzułmanie wywodzą swoją religię od Abrahama, ale bliżej od Izmaela. Co skojarzyło mi się z książką właśnie wydaną, która jest niewątpliwie wydarzeniem. Autor, Paweł Lisicki, to postać dobrze znana z poglądów wielorako konserwatywnych, politycznie i religijnie. Nie powinno więc dziwić, że napisał rzecz pt. „Dżihad i samozagłada Zachodu”. (Wydawnictwo „Fabryka słów”). Mogę stwierdzić krótko, że jest to frontalny atak nie tylko na sam islam, ale i na współczesne chrześcijaństwo, przede wszystkim na katolicyzm, owszem, na papieży, Franciszka i Jana Pawła II. Na wszystko to, co zwie się ekumenizmem, dialogiem religijnym, miłym stosunkiem do innych religii, głównie do islamu, gdy on przecież z chrześcijaństwem walczy bez litości. Na lekceważenie zasadniczych różnic między tymi dwiema religiami. Lisicki brzydzi się myślowo ekumenizmem, ale i w ogóle współczesną myślą chrześcijańską, widoczną także w kościelnym nauczaniu. Coraz częściej mówi ona „takim językiem i w taki sposób, że Jego objawienie trywializuje się i banalizuje, stając się formą świeckiego humanitaryzmu.” I dlatego coraz więcej konwersji na islam, bo „daje on dostęp do tajemniczego, nieokiełznanego i transcendentnego Boga, a nie do Jego oswojonej, zhumanizowanej i grzeczne wersji”. Teza niewątpliwie ważna i ciekawa, choć według mnie głęboko niesłuszna. Ale o tym niedługo później.

18:33, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
czwartek, 25 czerwca 2015
Patriarchy Abrahama kłopoty z poligamią

Księga Rodzaju 16,1-12.15-16
Czas zmienił się o 180 stopni: kiedyś problemem było, jak mieć dzieci, dzisiaj, jak nie mieć. Przepraszam, wracamy do czasów Abrahamowych, wymyślono in vitro, ale z tym znów moralne rozterki. Co do tamtego patriarchy, to można powiedzieć, że jego żona Saraj (z czasem Sara) pośpieszyła się z radą na bezpłodność. Umyśliła sobie mianowicie, że od czego jest niewolnica. Można ją przecież ożenić z własnym mężem i wyniknie z tego potomstwo, które moje legalnie będzie. Niech zatem Abram (z czasem Abraham) „zbliży się” do Hagar. Zbliżył się, stała się brzemienną - i powstał problem nowy. Przewróciło jej się w głowie, zaczęła lekceważyć swoją panią (choć przecież jakoś współżonę) i wspólny mąż miał z nimi dwiema kłopot. Stanął po stronie Saraj, dał jej w tym wolną rękę, upokorzyła Hagar, więc ta na pustynię uciekła. Na szczęście znalazł ją anioł i namówił, żeby wróciła do swojej pani i poddała się pod jej władzę pokornie. Posłuchała, Bóg ją nagrodził potomstwem z tego jej z Abrahamem związku, a syn Izmael był dziki jak osioł onager, „walczył przeciw wszystkim i wszyscy przeciwko niemu”. Przyznają się do niego jednak ludy arabskie, co można skomentować złośliwością, że tak powstał na przykład problem palestyński. Ale to słowa głupie, a moje streszczenie perykopy nie ma służyć obśmianiu tamtoczesnej kultury. Nasza też nie cudowna, bierze mnie czasem litość i trwoga.

19:06, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 24 czerwca 2015
Prorok, poprzednik, pustelnik prześwięty

Ewangelia Łukasza 1,5-17
Dzieje Apostolskie 13,22-26
Ewangelia Łukasza 1,57-66.80
Aż dwie lektury ewangelijne, bo dzisiaj uroczystość mojego patrona (imieniny obchodzę na jego święto sierpniowe), a była to postać ogromna, czcimy go zatem w moim Kościele także w wigilię, w sam ten dzień tym bardziej.
Ewangelia Łukasza opowiada najpierw o niepłodności matki Jana, Elżbiety, bardzo już „posuniętej w latach”, podobnie jak jego ojciec, kapłan Zachariasz. On podczas służby w Świątyni widzi anioła, który zwiastuje mu radość wielką: żona urodzi mu syna, który ma zwać się Jan, co znaczy „Jahwe jest łaskawy”. Będzie to dla Zachariasza „radość i wesele; i wielu z jego narodzenia cieszyć się będzie. Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napełniony będzie Duchem Świętym. Wielu spośród dzieci Izraela nawróci do Pana, Boga ich; on sam pójdzie przed nim w duchu i mocy Eliasza, żeby serca ojców nakłonić ku dzieciom, a nieposłusznych do usposobienia sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały” (Biblia Tysiąclecia).
Biblia Jerozolimska podaje tu w przypisie, że to napełnienie Duchem Świętym „nie oznacza łaski uświęcającej, lecz dar proroctwa, który uzdalnia do natchnionego przepowiadania”. Tak napełnieni zostaną także Elżbieta (1,41) i Zachariasz (1,67). „Ten dar objawi się u Jana już w łonie matki przez prorocze poruszenie się (1,44)”. „Pójdzie przez Nim w duchu i mocy Eliasza” - to nawiązanie do ówczesnego przekonania opartego na podstawie proroctwa Malachiasza 3,23, że czas mesjański zostanie poprzedzony i przygotowany powrotem tamtego proroka – będzie nim Jan Chrzciciel. Sam zwracam uwagę, że zdanie „on sam pójdzie przed Nim” sugeruje zapewne, iż On jest „Panem, Bogiem ich”, o którym mowa w zdaniu poprzednim.
To o tekście wigilijnym. Tekst na sam dzień z Dziejów Apostolskich zawiera słowa Pawła o Janie, „który głosił chrzest nawrócenia całemu ludowi (…), a pod koniec swojej działalności mówił: - Ja nie jestem tym, za kogo mnie uważacie. To po mnie przyjdzie Ten, któremu nie jestem godny rozwiązać sandałów na nogach”.
A Ewangelia Łukasza opowiada dalej, że po urodzeniu Jana ludzie, którzy przyszli go obrzezać, chcieli mu dać imię ojca, ale Elżbieta, potem Zachariasz, który po anielskim zwiastowaniu mu dobrej nowiny utracił mowę - i pewnie słuch, bo rozmawiają z nim na migi (domysł Poznanianki) - odzyskuje owe zmysły. Na wszystkich zatem sąsiadów pada religijny strach, a cała Judea przeżywa tę sensację. „Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem; a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem”. Co było z nim dalej, ewangelie mówią dość obszernie, a ja z ich informacji kiedyś wręcz eseik zrobiłem. Teraz tylko przytoczę uwagę mego przyjaciela Czarka Gawrysia, którą usłyszałem dzisiaj w „Dwójce” radiowej, że mój patron zniósł pokornie „odbijanie” mu przez Jezusa uczniów. Przykład olbrzyma, co się nie bał umniejszyć, chyba w historii najwspanialszy.

19:40, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
wtorek, 23 czerwca 2015
Rozdzielić się, by nie rozłamać

Księga Rodzaju 12,2.5-18
Abram (z czasem Abraham) ma bratanka Lota, a obaj mają dobytek bogaty: „owce, woły i namioty”. Koczownikami są jednak, ziemi do życia potrzebują bardziej niż jakiś lud osiadły, pasterze ich są w konflikcie. Abram wymyśla sposób na zgodę. Mówi do Lota: „Odłącz się ode mnie. Jeżeli pójdziesz w lewo, ja pójdę w prawo, a jeżeli ty pójdziesz w prawo, ja pójdę w lewo” (Tysiąclatka).
I tak się też stało, więź rodzinna została utrzymana, a Abram otrzymał od Pana, może właśnie dlatego, że się z Lotem dogadał, kraj cały w posiadanie i obietnicę wielkiego potomstwa. Doświadczenie uczy, że jakieś mieszkanie „na kupie” niebezpieczne jest nieraz. Młode pary nie powinny mieszkać ze starymi, rodziny wielopokoleniowe miłe są, ale na jakąś odległość. Za często widzieć siebie niedobrze.

15:40, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 22 czerwca 2015
Ja jak każdy człowiek. Papież świeżego powietrza

Ewangelia Mateusza 7,1-2
„Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim wy sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą.” Biblia Tysiąclecia.
Niby to banał, truizm, ale trudno jakoś o nim pamiętać: żeśmy dokładnie tacy, jak inni. Zachowujemy się, postępujemy jak cały nasz zoologiczny gatunek, czyli inne osobniki tak myślą o nas, jak my o nich. I naśladują nasze zachowania, małpują wręcz: jak Kuba Panu Bogu... Nie, to ostatnie to nieprawda: Bóg jest inny, nawet inny absolutnie. Czyli akurat On nie wzoruje się na nas, ładnie byśmy w takim razie wyglądali. Ale bliźni nasi przyglądają się nam uważnie i przez okulary przeźroczyste, nie żadne różowe. Zapamiętują, obliczają i oddają, dłużnikami niechętnie będąc. Owszem, bywają niewdzięcznicy, tacy, co nam krzywdy darowują, ale większość rewanżuje się przykładnie.
Napisało mi się kazanko, chociażem nie ksiądz żaden ani papież tym bardziej. Gdy zaś już przy biskupie Rzymu jestem, to do jego nowej encykliki wrócę. Właściwie to pierwszej, nie licząc tamtej, „Lumen fidei”, którą głównie poprzednik napisał, i adhortacji „Evangelii gaudium”, która nie ma tej rangi formalnej. Sprężyłem się i zaraz całą przeczytałem. Oto moje glosy.
Najpierw o samym autorze: to jeszcze jeden dowód, nawet bardzo duży, że Franciszek nie jest tylko arcydobry, arcywrażliwy na każdą ludzką niedolę, w ogóle święty oczywisty, ale nie intelektualista, raczej nie myśliciel jednak. Otóż nie jest on profesorem uniwersyteckim jak papież Ratzinger i Wojtyła, ale to raczej dobrze, nie źle. Ten pierwszy był profesorski nazbyt, za mało duszpasterski, wolał książki niż ludzi. Ten drugi oba powołania dzielnie w sobie łączył, ale to dar Boży podwójny nieczęsty. Niemniej właśnie Franciszek zwykłym poczciwcem nie jest, otrzymał od jezuitów wykształcenie porządne, przypomina Jana XXIII, ale gdy tamten encykliki przy pomocy ekspertów pisał, ten chyba raczej sam sobie poradził.
A tekst jest przecież zgoła niebanalny. Główna teza encykliki z podtytułem „W trosce o wspólny dom” jest taka, że między ekologią a etyką społeczną, między troską o przyrodę a troską o niektórych ludzi ścisła więź istnieje. „Wołanie ziemi i krzyk biednych” duet harmonijny tworzą, „podejście ekologiczne zawsze staje się podejściem społecznym”. Najpierw jednak pytanie wątpliwców: czy jednak modna troska ekologiczna jakimś szaleństwem nie jest? Można na los puszczy amazońskiej ręką pogardliwie machać, powiadając, że człowiek jest ważniejszy niż drzewa, że ekologiczni liberałowie roślinom obsesyjnie współczują, ludzkie embriony natomiast jak byle co traktując. Otóż Franciszek nie widzi etycznej alternatywy między ekologią a embriologią taką, jeśli tą pierwszą właściwie się rozumie: „Nie da się utworzyć nowej relacji z naturą bez odnowionego człowieka. Nie ma ekologii bez właściwej antropologii. Gdy osoba ludzka uważana jest jedynie za jakiś kolejny byt pośród innych, pochodzący jakby z gry losowej lub fizycznego determinizmu, «powstaje zagrożenie, że świadomość odpowiedzialności ulegnie w sumieniach osłabieniu» [cytat z tekstu Benedykta XVI]. Wypaczony antropocentryzm nie musi koniecznie ustępować miejsca jakiemuś «biocentryzmowi», bo oznaczałoby to dokładanie nowego nieładu, który nie tylko nie rozwiąże problemów, ale przysporzy nowych. Nie można wymagać od człowieka zaangażowania w świat, jeśli nie uznaje się i nie podkreśla równocześnie jego szczególnych zdolności poznawania, woli, wolności i odpowiedzialności. (...) Ponieważ wszystko jest ze sobą powiązane, nie da się pogodzić obrony przyrody z usprawiedliwianiem aborcji. Niewykonalny wydaje się proces edukacyjny na rzecz przyjęcie osób słabych przebywających wokół nas, które są czasami uciążliwe lub kłopotliwe, jeśli nie otacza się opieką ludzkiego embrionu, mimo że jego pojawienie się może być powodem trudności i problemów.” Tu myśl moja własna: w sprawie in vitro zauważa się, że przecież przed zagnieżdżeniem się embrionu giną jego tysiące, więc sama natura dokonuje wśród nich samorzutnej selekcji. Według mnie takiego argumentu zlekceważyć nie można troszcząc się realnie, żeby choć jeden zarodek stał się ludzką osobą, ale zlekceważenie ludzkiego kodu, jaki już embrion posiada będąc życia ludzkiego niewątpliwym początkiem, też widzi mi się moralnie wątpliwe.
Wracam jednak do spraw przyrody pozaludzkiej. Przecież gwałcenie owej natury na samym człowieku gwałtem się odciska, rykoszetem w niego uderza, gałąź, na której siedzi, bezmyślnie w ten sposób piłuje. Trzeba przecież czymś świeżym oddychać, czystą wodę pić, w lasach niezaśmieconych odpoczywać. Kiedyś problemów tego rodzaju nie było, puszcze wycinać trochę trzeba było, żebyśmy mieli miejsce na rolę uprawną, a w niej zwierząt wszelakich zgoła nie brakowało i niektóre nam dzikością swoją nieźle zagrażały. Powiada Franciszek, że słowa Księgi Rodzaju „Czyńcie sobie ziemię poddaną” źle rozumiane były: chyba jednak tamtą interpretację narzucała sytuacja, problem polega raczej na tym, żeśmy się obudzili o wiele za późno. Nie od razu zrozumieliśmy, że idea cywilizacyjnego postępu szkodliwa z czasem się stała. I tego przecież nie mówi się dopiero dzisiaj. Encyklika „Bądź pochwalony” jest na pewno wydarzeniem, ale czy aż takim, jakim była porównywana z nią „Rerum novarum”, która zatroszczyła się o los robotników w końcu XIX wieku, parędziesiąt lat po „Manifeście komunistycznym”. Różnica, wydaje mi się, polega na tym, że sprawy ekologiczne nie były dotąd zaniedbane przez mój Kościół tak jak wtedy tamte. Sam Franciszek powołuje się w tej mierze na Benedykta i Jana Pawła. Choć oczywiście encykliki specjalnej nie było, co więcej, nie było wyraźnego twierdzenia, że niszczenie środowiska uderza szczególnie w najbiedniejszych. Tu widać całego papieża Bergoglia, który ma wrażliwość socjaldemokraty (sam się takiego określenia nie wypiera), o tych, co najsłabsi, szczególnie się troszczy, z tymi, co najubożsi materialnie na czele.
Rzucił kiedyś Franciszek hasło nawrócenia duszpasterskiego, teraz wzywa do ekologicznego. „Nikt nie chce wrócić do epoki jaskiniowej, ale konieczne jest spowolnienie marszu, aby obserwować rzeczywistość w inny sposób, gromadzić osiągnięcia pozytywne i zrównoważone, a jednocześnie przywrócić wartości i wielkie cele unicestwione z powodu megalomańskiego niepohamowania.”
Jako ekumenista zajadły powtarzam po różnych komentatorach, że nowością było uczestnictwo w czwartkowej prezentacji dokumentu patriarchy ekumenicznego Bartłomieja. Jest on w encyklice cytowany obszernie, bo sam jest kościelnym ekologiem bardzo zasłużonym. Zaś jako autor tego blogu melduję coś na temat biblijnych przesłanek dzieła. Otóż po lekturze porządniejszej niż poprzednia potwierdzam spostrzeżenie, że nie ma tu odniesienia do słów Pawłowych z Listu do Rzymian o przyszłej chwale całego stworzenia. Choć są przecież zdania, przy których o takie odniesienie się prosi. Szczególnie gdy pod koniec encykliki pisze: „Życie wieczne będzie wspólnym zadziwieniem, gdzie każde stworzenie, świetliście przemienione, zajmie swoje miejsce i będzie miało coś, czym obdarzy ubogich ostatecznie wyzwolonych”. Toż to Paweł właśnie do encykliki odniesiony.
Tak, Franciszek całe stworzenie kocha, albowiem „serce jest jedno”.

14:12, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
niedziela, 21 czerwca 2015
Wicher nie zawsze opanowany

Księga Hioba 38,1.8-11
Ewangelia Marka 4,35-41
Dzisiaj czytania meteorologiczne, na tapecie wiatr. Pan jest „zaporą dla nadętych fal”, Jezus ucisza go, gdy są w łodzi. Bóg panuje nad wszystkim, więc też i nad przyrodą i tylko pytanie wątpliwca, czemu tak często nie działa obrończo, kiedy giną ludzie, o innych stworach nie mówiąc. Czy raczej dlaczego kosmos tak bezładny stworzył. Teodycei problem nieśmiertelny, jak Wszechmoc z Wszechmiłością myślowo pogodzić.

18:11, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
sobota, 20 czerwca 2015
Oto mistyk szalony

2 Kor 12,1-10
Znów wyznanie „szaleńca” (BT, „bez rozumu”-EPP): o kimś, kto „został porwany aż do trzeciego nieba”. „Został porwany do raju i słyszał tajemne słowa, których się nie godzi człowiekowi powtarzać”. Ten ktoś to oczywiście autor tekstu, zresztą sam zdradza się dalej mówiąc o swym tajemniczym „ościeniu dla ciała”. Taki to był Paweł, poza wszystkim mistyk.

20:09, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 czerwca 2015
Szaleniec rózgami sieczony. Jak pozbyć się ego

2 Kor 11,18.21b-30
Przyznaje znów tu Paweł, że jest szaleńcem, i dalej argumentacja w skomplikowanym stylu podobnym do tego we fragmencie wczorajszym. Opowiada dalej o tylu cierpieniach swoich natury przeróżnej. Chwali się nimi wręcz, bo dzięki nim jest sługą Chrystusa. A gdyby nie to apostolskie wariactwo, Ewangelia zostałaby może na tym skrawku Azji. Poczytajmy.
Teraz coś też żydowskiego. Wydawnictwo „Charaktery” dostarczyło nam w tłumaczeniu Zbigniewa Zawadzkiego dziełko Aryeha Kaplana „Medytacja żydowska. Praktyczny przewodnik”. Wpadły mi w oko słowa autora na stronach 122-123:
„Jednym z celów medytacji jest pozbycie się ego. W dzisiejszych czasach jest to bardzo trudne. Co więcej, w pełnym napięć świecie naszego codziennego życia człowiek musi mieć silne poczucie własnego ja oraz swoich celów, by nie zostać stratowanym przez innych.
Wielu ludziom może się wydawać, że praktyka medytacji osłabiającej ich ego i poczucie własnej jaźni przyniesie skutki przeciwne do ich zamierzeń. Cele przyświecające medytacji mogą się bowiem okazać odmienne od ambicji i aspiracji, jakie żywimy w naszym świecie. Praktyka rozmawiania z Bogiem nie ma tych wad. Prawdą jest, że – podobnie jak inne metody medytacji – może pomóc w przezwyciężaniu ego. Niemniej jednak w tym przypadku ego zastępowane jest czymś silniejszym. Rozmawiając z Bogiem., człowiek może spojrzeć na samego siebie z zupełnie innej perspektywy: zacząć widzieć w sobie odgałęzienie Boskości. Ten rodzaj medytacji czyni z nas – jeśli wolno tak powiedzieć – Jej partnerów. Jeśli na przykład ktoś przedstawił Bogu swoje plany na przyszłość i nadal jest do nich przekonany, jego zdecydowanie i poczucie celowości ulegną wzmocnieniu. Oczywiście istnieją też niebezpieczeństwa związane z przeciwnymi procesami. Jeśli ktoś nie wytłumi dostatecznie swojego ego, może stać się tak nieprzejednany i uparty, że ludzie nie będą mogli z nim wytrzymać. Nie ma nic bardziej przykrego niż człowiek, który zachowuje się tak, jakby miał bezpośrednie połączenie telefoniczne z Bogiem. Zadanie polega więc na osiągnięciu i utrzymaniu równowagi.” Jakby tu judaizm z buddyzmem się złączył.

14:55, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
czwartek, 18 czerwca 2015
Szaleniec z Tarsu

2 List do Koryntian 11,1-11
„O, gdybyście mogli znieść trochę szaleństwa z mej strony”. Biblia Tysiąclecia.
Dzisiejsza porcja listu Pawłowego to jeden z fragmentów jego pism bardzo osobistych, gdzie mówi o swojej własnej osobie. Samego siebie, nie swoją doktrynę wykłada. Nawet do szaleństwa się chwytem retorycznym przyznaje czy też - jak inni tłumaczą - wręcz do głupoty. Zaraz jednak dalej zaprzecza sobie przekonując, że nie dokonał mniej niż „wielcy apostołowie”, jak ironicznie nazywa swoich przeciwników. Zresztą nie będę streszczał bardzo emocjonalnego tekstu, polecam jego osobistą lekturę,
zgoła nienużącą.
Co zaś do encykliki „Laudato sii (możliwa też pisownia si’ - taka w oficjalnym tekście dokumentu), to chyba się nie pomylę, jeżeli napiszę, że nie ma tam odwołania do apostoła Pawła, który w Liście do Rzymian 8,18-22 sugeruje wyraźnie, iż (całe) stworzenie doczeka się „w przyszłej chwale” lepszego losu. Ale może przegapiłem: errare turnauum est.

16:20, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
Nieprzyjaciół swoich miłujcie...

Zaległy wpis na wtorek 16 czerwca 2015
Ewangelia Mateusza 5,43-48
„Słyszeliście, że powiedziano: « Będziesz miłował swego bliźniego » , a nieprzyjaciela będziesz nienawidził. A ja wam powiadam: miłujcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują.” Biblia Tysiąclecia starannie odróżnia interpunkcją albo rodzajem czcionki słowa biblijne od tych spoza Świętego Pisma, a polskie wydanie Biblii Jerozolimskiej wyjaśnia: „Tej drugiej części przytoczonego przez Jezusa przykazania nie ma w Prawie i nie mogłaby się ona tam znaleźć. Jest to wyrażenie niejako wymuszone na języku ubogim w odcienie znaczeniowe (oryginał po aramejsku). Chce ono wyrazić: nie musisz kochać swego przyjaciela (por. Łk 14,26 i paralelne Mt 10,37). Znajdujemy jednak w Syr 12,4-7 i w pismach z Qumran (1QS1,10; itd.) wyrażenia odrazy wobec grzeszników, które nie są dalekie od nienawiści – Jezus właśnie je mógł mieć na uwadze”.
Hm. Laik zapyta, czy aby na pewno chodziło tu tylko rabinom o zmiękczenie nakazu miłości, tak przeciwnego gniewnej naturze ludzkiej. W każdym razie Jezus nakaz ów poszerza, radykalizując go ewangelicznie. Argumentuje, że przecież Bóg nie różnicuje swoich łask meteorologicznych, blasku słońca i deszczu, i każe nam być doskonałymi, jak On. Cóż, kiedy emocje nasze silniejsze są od zasad etycznych. Tamte słuchaczy żydowskich, te dwadzieścia wieków późniejsze na przykład sierot ocalonych z Zagłady, wszystkich ludzi przed słońcem.

12:31, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 17 czerwca 2015
Nie graj wiarą

Ewangelia Mateusza 6,1-6.16-18
„Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli. (...) Gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu!”
Pan Bóg nie jest towarem politycznym, nic na Nim nie zarobisz, choćbyś się wdrapał na sam dach katedry.
PS. Wpis malutki, więc dołączę coś dużego, co napisało mi się dla „Buntu Młodych Duchem”.
Notatnik starszego ekumenisty
Zalety i wady kościelnego centralizmu
PAPIEŻ PRZESZKODĄ CZY POMOCĄ?
Piszę wreszcie po licznych zapowiedziach o problemie ekumenicznym podstawowym, czyli o urzędzie papieskim. Wciąż głównie na podstawie fundamentalnego dzieła teologa dzisiaj coraz głośniejszego, czyli kardynała Waltera Kaspera. Wydał on w Niemczech w roku 2012, w Polsce dwa lata później rzecz pod polskim tytułem „Kościół katolicki. Istota, rzeczywistość, posłannictwo” (WAM). Odpowiedni rozdział nazywa się tutaj „Urząd Piotrowy – służba na rzecz jedności”, co od razu przedstawia główną tezę autora. Na pozór paradoksalną: oto przecież główna przeszkoda na drodze do jedności, bo żadne inne chrześcijańskie wyznanie nie uznaje papieża za głowę Kościoła, jest nią tylko Chrystus - ta przeszkoda ma jedności służyć!
Co mówi Pismo Święte?
Teolog chrześcijański zaczyna oczywiście od Biblii. „Za punkt wyjścia może służyć historycznie bezsporny fakt, że rybaka Szymona, syna Jony [Jana, Jonasza - JT] Jezus obdarzył przydomkiem « Kefas » , to znaczy « Skała ( « Petra » ), w wyniku czego po grecku nazwano go Piotrem ( « Petros » ). Wszyscy czterej ewangeliści informują zgodnie o nadaniu tego imienia, w związku z tym byłoby ciężko wątpić w jego historyczną wiarygodność. W ówczesnym świecie imiona to nie były tylko puste słowa, imiona wyrażały zadanie i pozycję. Skała jest uważana za symbol stałości i trwałości; podtrzymuje i daje schronienie. To jest podstawowe zadanie Piotra i urzędu nazwanego jego imieniem.” I dowodzi dalej autor, że Piotr jest pierwszy na wszystkich ewangelijnych listach apostołów, przemawia w ich imieniu, jako pierwszy wyznaje wiarę w Jezusa jako Mesjasza, czyli Chrystusa. Jest pierwszym i głównym świadkiem zmartwychwstania. „W ten sposób ze swym świadectwem jest skałą, na której można budować w wierze i której można się trzymać w wierze. Piotr powinien utwierdzać braci.” Był najważniejszą postacią w pierwotnej wspólnocie jerozolimskiej i jej przywódcą. Pierwszy odważył się dokonać przyjęcia chrześcijaństwa także przez pogan, wypowiedział się rozstrzygająco o tym na tak zwanym soborze jerozolimskim. Paweł uznawał jego autorytet, choć napomniał go publicznie w Antiochii (List do Galatów 2,11-14).
Następnie mamy biblistyczne spojrzenie na zasadniczy w tej sprawie tekst biblijny: „Ty jesteś Piotr [czyli skała] i na tej skale zbuduję Kościół mój” (Ewangelia Mateusza 16,18). Kardynał biblista pisze: „Wśród egzegetów istnieje w dużym stopniu zgodność co do tego, że tekst ten w obecnej formie nie sięga bezpośrednio ziemskiego życia Jezusa, lecz stanowi kompozycję ewangelisty. Daleko idąca zgodność istnieje jednak także co do tego, że kompozycja ta nie jest swobodnym wymysłem Mateusza, lecz odwołuje się do starszych tradycji, które ostatecznie mają swój początek w nadaniu imienia oraz w objawieniu Zmartwychwstałego przed Piotrem.” Kasper zachowuje się jak uczony i widać to w powyższych jego słowach. Biblistyka dzisiejsza bowiem, co wyjaśniam ciągle w moim blogu janturnau.blox.pl, nie traktuje cytowanych w ewangeliach słów Jezusa jako spisanych z dyktafonu, co jest zresztą przecież założeniem „zdroworozsądkowym”. Słowa Jezusa są przytaczane oczywiście z pamięci (choć bardzo dobrej w tamtych czasach, gdy notatników raczej nie używano), co więcej, są włączane do autorskich kompozycji historycznych w sensie zupełnie nie dzisiejszym: żaden biblijny autor nie był dzisiejszym dziejopisem dokładnym, o wierność szczegółów zgoła nie dbał. Mimo to jednak właśnie teolog niemiecki dzisiejszy twierdzi, że owa nominacja tamtego Szymona rzeczywiście dokonała się.
Tyle tylko, że nie jest oczywiste, jak Jezusowe słowa nominacyjne rozumieć. Kasper: „Można zapytać, czy te słowa mają się odnosić do osoby Piotra, czy to wyznania Piotra jako Skały. Już Ojcowie Kościoła różnie odpowiadali na to pytanie”. Nie znalazłem u kardynała informacji, że na tę różnorodność powołują się teologowie ewangeliccy, choć sam słyszałem coś takiego od jednego z polskich, a sprawa ta jest eklezjologicznie ważna. Na tej drugiej interpretacji można bowiem umniejszać znaczenie Piotra w zalążku Kościoła. O podobnej tendencji świadczyłby przekład Jezusowego powiedzenia w tomiku „Czterech Ewangelii” wydanym przez Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne w roku 1978: „Ty jesteś skała, na takiej to skale zbuduję mój Kościół”. Czyli - sugerowali nierzymskokatoliccy tłumacze - na wyznawanej przez Piotra wierze, nie na nim samym. Pisze wszakże dalej Kasper: „Pojawiła się jednak u nich również [Ojców Kościoła - JT] trzecia odpowiedź, którą podziela dzisiaj większość egzegetów. Ujawnia się w niej przekonanie, że można co prawda rozróżniać wyznanie wiary Piotra i osobę Piotra, ale nie należy tych elementów oddzielać. Wyznanie wiary jest bowiem związane z osobą, a osoba z wyznaniem wiary. W ten sposób Piotr ze swym wyznaniem wiary i na jego podstawie jest fundamentem – skałą Kościoła”.
Papieże następcami Piotra
Wracam do mojej niewielkiej wiedzy ekumenicznej i sygnalizuję pogląd ewangelicki, iż władza Piotra w Kościele to niekoniecznie późniejsza władza papieży. Takie było stanowisko wielkiego szwajcarskiego teologa reformowanego Oscara Cullmana, który zresztą później skłonił się do rzymskokatolickiego (tak gdzieś wyczytałem). Kardynał widzi jednak potwierdzenie tej drugiej opinii już implicite w tekstach biblijnych. Przecież wersety Mt 16,18 oraz J 21,15-17 (potwierdzenie tamtego ustanowienia) zostały zredagowane w obecnej wersji dopiero po śmierci Piotra, także oba przypisane mu biblijne listy, w których nazywa się go najstarszym spośród najstarszych, świadkiem i pasterzem. Musiało istnieć zatem już wówczas coś takiego, jak urząd Piotrowy. Kojarzenie go z Rzymem nie wynikło zdaniem Kaspera ze znaczenia tego miasta jako stolicy cesarstwa (taką opinię słyszałem też od teologa ewangelickiego). Wcześnie rozwija się kult rzymskiego grobu Piotra, wczesna jest także świadomość odpowiedzialności Rzymu za wspólnoty kościelne nierzymskie. Tamtoczesnych wypowiedzi nie wolno interpretować jako późniejszego roszczenia do prymatu, ale już bardzo wcześnie uważano Rzym za ostoję i gwaranta wiary apostolskiej. Staje się on ważną instytucją rozstrzygającą w sprawach spornych. Na słowa Jezusa o Piotrze jako skale powołuje się jako pierwszy papież Stefan (254-257). Stopniowo obdarza się Rzym mianem głowy całego Kościoła i wikariusza (zastępcy) Księcia Apostołów Piotra. Papież Leon Wielki odrzuca zdecydowanie kanon 28. Soboru Chalcedońskiego (451), przyznający Konstantynopolowi zaraz drugie miejsce po Rzymie (w tekście greckim mówi się nawet o takiej samej randze). Tym samym - powiada Kasper – ujawniają się dość wcześnie różnice poglądów między chrześcijańskim Wschodem i Zachodem. Chociaż stanowiska zachodniego Ojca Kościoła, wielkiego Augustyna, nie wolno zredukować do późniejszej wypowiedzi „Roma locuta, causa finita”. Skałą, na której zbudowany jest Kościół, jest dla Augustyna Chrystus. Niemniej samoświadomość swego znaczenia w Rzymie stale rośnie. Papież Innocenty III (1198-1216) nazywa już siebie wręcz wikariuszem Chrystusa, a przedtem Bonifacy VIII (1295-1303) oznajmił, że „posłuszeństwo biskupowi rzymskiemu jest konieczne do osiągnięcia zbawienia”.
Co prawda, wielki Bernard z Clairvaux ostrzegał swego ucznia, papieża Eugeniusza III (1145-1153), przed wygórowanymi roszczeniami i krytykował centralizm rzymski, ale ten się wciąż wzmagał. Muszę się streszczać, więc przeskakuję do szczytu owej centralizacji, czyli Soboru Watykańskiego I (1869-1870).
Prymat i nieomylność jako dogmaty
Sobór ten orzeka, że władza papieska nie oznacza tylko prymatu honorowego, ale prymat jurysdykcji. Czyli papież nie jest tylko rozjemcą, on jest wszystkich biskupów zwierzchnikiem . Od decyzji papieża nie można odwoływać się do Soboru (był o to spór średniowieczny). Kasper wyjaśnia jednak, że nie oznacza to zakwestionowania normalnych rządów poszczególnych biskupów, lecz je szanuje i wspiera. Bezpośrednia ingerencja następuje tylko w sytuacjach nadzwyczajnych, na przykład gdy zabraknie innej instytucji lub gdy nie dopełni ona ciążących na niej obowiązków albo wreszcie gdy pojawi się problem dotyczący całego Kościoła. Kasper wyjaśnia również, że ogłoszona tam wtedy nieomylność papieska nie oznacza, że papież może ogłosić nowe objawienie. Nie posiada jakiejś nieomylności niezależnej od Kościoła, lecz wykonuje nieomylność daną Kościołowi. Nie wszystkie jego wypowiedzi są nieomylne, nawet nie wszystkie encykliki. Pamiętam wyjaśnienie jednego z teologów katolickich polskich, że nieomylność papieska jest nieomylnością Kościoła – czyli nie chroni od jakichś pomyłek, które są ewidentne. No i niemal wszystkiemu winna wojna prusko-francuska, która uniemożliwia kontynuowanie prac Vaticanum I, do których musi wrócić Vaticanum II. Wraca nie zaprzeczając tamtemu, ale jego myśl modyfikując.
A teraz decentralizacja!
Ów sobór przełomu olbrzymiego, ekumenicznego, nie zaczął od struktury hierarchicznej Kościoła, ale od pojmowania go jako Ludu Bożego. Papież jest widzialnym fundamentem jedności Kościoła, ale ten nie jest Kościołem papieża, jak go czasem polemicznie przedstawiano. Władza biskupa nie pochodzi od władzy papieża. Kasper pozwala sobie nawet w przypisie na uwagę, że „dwuznaczny jest tytuł « biskup Kościoła katolickiego » , którym Paweł VI podpisał dokumenty soborowe” i uważa za nieszczęśliwe sformułowanie dodanego do tekstu soborowego papieskiego komentarza, że papież może w każdym czasie wykonywać swą władzę według własnej woli.
Kardynał pisze też, że po tym drugim, ekumenicznym soborze zaistniał nowy centralizm kościelny. Mówi się, że stało się to głównie za Jana Pawła II, który sobie z Kurią Rzymską oczywiście nie radził. A co do nieomylności, to jeszcze ważne jest Kasperowe przypomnienie, że w rozumieniu wiary istnieje wzrost, postęp, który widać przecież w całej historii urzędu papieskiego (choć regresy również ...)
Urząd Piotrowy w ekumenicznym dialogu
Doszedłem wreszcie bezpośrednio do tematu mojego tekstu. Myśl kardynała pojednawcza jest w skrócie taka. Możemy przyjąć za punkt wyjścia praktykę pierwszego tysiąclecia, kiedy jeszcze między Wschodem i Zachodem nie było rozłamu, ale do tamtych czasów nie da się powrócić mechanicznie, bo potem zmieniło się wiele, także na chrześcijańskim Wschodzie. Upadło tamto cesarstwo, a przecież tamten cesarz znaczył wiele także dla kościelnej jedności (przypominam na przykład, że arcyważny Sobór Nicejski zwołał Konstantyn i taka praktyka powtarzała się). Zarazem sobory średniowieczne dają nam tutaj cenne wskazówki: Sobór Florencki (1439-1445) stworzył wizję zgodnego działania papieskiego prymatu i (innych) patriarchatów, wtedy niezrealizowaną, ale dziś bardzo aktualną. Ograniczając swoją władzę, mógłby papież ingerować w życie tamtych wspólnot tylko wyjątkowo. I tu zapaliło mi się własne ekumeniczne światełko: pamiętam stanowisko w tej sprawie arcybiskupa prawosławnego Jeremiasza, tu też kiedyś przedstawione, do tego Kasperowego właściwie podobne. Prymat papieża honorowy nie znaczy praktycznie żaden: według prawosławia biskup Rzymu miałby prawo, a nawet obowiązek interwencji, gdy zajdzie potrzeba w rodzaju na przykład nieobsadzenia stanowiska któregoś z patriarchów. Miałby do spełnienia taką rolę, jak poszczególny patriarcha wschodni wobec spraw swojej wspólnoty. Czyli nie żaden kościelny zamordyzm, ale też nie honor pusty.
Co do dogadywania się z protestantami, sprawa jest znacznie trudniejsza. Wyjaśniał to Kasper, a ja cytowałem poprzednio: w tamtych Kościołach nie ma struktury sakramentalno-episkopalnej, czyli mówiąc po prostu, jest większa demokracja, biskup jest w ogóle o wiele mniej ważny. Co zaś do papieża, to Luter nigdy nie kwestionował zasadniczo samego papiestwa, choć atakował je z czasem wręcz nienawistnie. Twierdził bowiem, że mógłby uznać papiestwo, jeśli pozwoli ono na głoszenie Ewangelii i nie będzie go tłumić. Wtedy nie tylko nosiłby papieża na rękach, ale też całowałby jego stopy. Otóż mnie się wydaje, że pies pogrzebany jest właśnie w owych stopach. O papieżu Vaticanum Primum Piusie IX krążyła złośliwa anegdota, że kiedy któryś biskup nie dość nisko schylił głowę padłszy przed nim plackiem, to monarcha własną nogą poprawił jego postawę. Rzecz w tym właśnie, że biskup Rzymu zachowywał się do niedawna jak bardzo tradycyjny monarcha. Ale papieże dzisiejsi poczynając od Jana XXIII zwalczają ten społeczny wizerunek, ile wlezie. Schodzą ze sfer podniebnych na zwykłą człowieczą ziemię. Owszem, dla jedności każdej wspólnoty
potrzebny jest taki zwornik osobowy. Niektóre obywają się bez niego, ale przydałby im się bardzo: myślę na przykład o islamie dzisiaj, jeśli nie o prawosławiu, gdzie trzeci Rzym rywalizuje o pierwszeństwo z drugim. Papiestwo jest zatem niezbędne, ale nie jako półbóstwo, a ta „dedeifikacja” jemu samemu robi znakomicie. Porównajmy ogólnoludzki autorytet papieży dawnych z tym, jaki miał Jan Paweł II i ma teraz Franciszek z Argentyny. Amen!

19:47, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 15 czerwca 2015
Oszuści tajemniczy. Modlitwa na Umschlagplatzu. Wspomnienie o ojcu

2 List do Koryntian 8b-9a
„Uchodzący za oszustów, a przecież prawdomówni, niby nieznani, a przecież dobrze znani.” Biblia Tysiąclecia.
Apostoł Paweł mówi tutaj o swoich misjonarskich trudach. O konfliktach z ludźmi, którym Dobra Nowina nie mogła pomieścić się w głowie. Nie były to jeszcze, rzecz jasna, późniejsze prześladowania chrześcijan, tamte z kolei nie zasługują zgoła na miano ludobójstwa, a przecież skojarzył mi się dzisiejszy tekst biblijny z modlitwą, w której uczestniczyłem w czwartek 11 czerwca na warszawskim Umschlagplatzu. Osób może dwadzieścia zebrało się tam wspominając odwiedziny tego miejsca przez papieża Jana Pawła przed 16 laty. Spotkaniu przewodniczył ks. Wojciech Lemański, zorganizowali je wespół z nim Ewa Teleżyńska i Leszek Tyboń. Strażnicy pamięci piękni.
No właśnie, jak się kogoś zwalcza, to mu się oszustwo zarzuca i otacza się go aurą tajemniczości: nie wiadomo, co to za jedni, co knują, spiskują... Lepiej ich się pozbyć czym prędzej.
Rozdano nam spisy imion wypisanych na murze, Lemański mówił pierwsze imię, my wszyscy dalsze tego nekrologalnego alfabetu. „Aba, Abel, Abiel, Balbina, Barbara, Batia, Cadok, Cedakiasz, Celina, Dan, Daniel, Daniela, Edward, Efraim, Efrata, Fajga, Fajwel, Fejbusz, Gabriel, Gamaliel, Gecel, Hadasa, Hagara, Hanna, Icchak, Icek, Icyk, Jadzia, Jair, Jakir...”. Najwięcej imion na „S” – 49, jedna Łucja i jedna Żanna. Imion rozmaitość: żydowskie i polskie, urzędowe i zdrobniałe. Szli razem do nieba złączeni męczeństwem.
Rozdano też sławną modlitwę papieską.
„Boże Abrahama,
Boże Proroków,
Boże Jezusa Chrystusa.
W Tobie zawarte jest wszystko,
Do Ciebie zmierza wszystko,
Ty jesteś kresem wszystkiego.
Wysłuchaj naszych modlitw,
jakie zanosimy za naród żydowski,
który – ze względu na swoich przodków –
jest Tobie nadal bardzo drogi.
Wzbudzaj w nim nieustannie
coraz żywsze pragnienie
zgłębienia Twojej prawdy
i Twojej miłości.
Wspomagaj go,
by zabiegając o pokój i sprawiedliwość
mógł objawiać światu
moc Twego błogosławieństwa.
Wspieraj go,
aby doznawał szacunku i miłości
ze strony tych,
którzy jeszcze nie rozumieją
wielkości doznanych przez niego cierpień,
oraz tych, którzy solidarnie
w poczuciu wzajemnej troski,
wspólnie odczuwają ból zadanych mu ran.
Pamiętaj o nowych pokoleniach,
o młodzieży i dzieciach,
aby niezmiennie wierne Tobie
trwały w tym,
co stanowi szczególną tajemnicę ich powołania.
Umocnij wszystkie pokolenia,
aby dzięki ich świadectwu
ludzkość pojęła, że twój zbawczy zamiar
rozciąga się na całą ludzkość
i że Ty, Boże,
jesteś dla wszystkich narodów
początkiem i ostatecznym celem.
Amen.”
Myślę też o moim praprapradziadku Janie Nepomucenie, który przed 211 laty, przybywszy najpewniej z miasta Turnau, dziś Turnowa w czeskich Sudetach, w katedrze lwowskiej, „ex iudaismo baptizatur”. Czytając przepięknie wydany przez Jędrzeja Majkę przewodnik pt. „Lwów i okolice” (wyd. AA) zastanawiam się, w której synagodze modlił się wcześniej: Wielkiej, Tempel czy Złota Róża. Myślę też o moim ojcu Stanisławie, który o swoim pochodzeniu jakoś nie wiedział, choć było znane jego rodzeństwu, nawet niektórym siostrzeńcom. Może gdyby był świadom swojej żydowskiej skazy, mniej odważnie okupację by znosił. Może zadrżałaby mu dusza albo raczej uśmiechnąłby się, gdy oficer niemiecki z sympatią na niego popatrzył mówiąc: „Turnau? To znana rodzina niemiecka, co Pan w ogóle robi w tym kraju?”

14:19, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
Archiwum