Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
środa, 27 czerwca 2012
Jak rozpoznać wilka: problem nie tylko sierotki Marysi

Ewangelia Mateusza 7,15-20
„Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami”. Ale jak zdemaskować wilka? „Poznacie ich po ich owocach”. Otóż jest to kryterium dobre, ale nierychliwe. Owocowanie z natury rzeczy się odwleka. Czy Marcin Luter był drapieżnym wilkiem? Dzisiaj widzimy – my, katolicy – że naprawdę chciał odnowy Kościoła, a skończyło się na rozłamie z winy obu stron. Nawet i Tomasz z Akwinu nie od razu stał się arcyklasykiem katolicyzmu, był kilka lat na indeksie miejscowego biskupa. Podaję przykłady tylko z mojego kościelnego podwórka, biję się chętniej we własne piersi niż w cudze, ale na każdym znaleźć można przykład pochopnego sądzenia.
Tyle melancholijnej refleksji na dzisiaj – i na dwa tygodnie. Wyjeżdżam bowiem do Cieplic, gdzie w prawosławnym domu będziemy kończyli nasz Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Następny mój wpis 16 lipca. Do poczytania!
A póki co, polecam lekturę forum teologicznego didaskalos.pl!

20:31, jan.turnau
Link Komentarze (164) »
wtorek, 26 czerwca 2012
Gdy złoto świeci nie dość jasno

Ewangelia Mateusza 7,12
„Wszystko, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie. Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy”.
Tak zwana złota reguła etyczna. Biblia Poznańska podaje w przypisie: „Przypisuje się również Hillelowi słowa: »Nie czyń drugim, co tobie jest niemiłe. To jest cała Tora, a wszystko inne jest wyjaśnieniem. Idź i ucz się«. Formuły Mt powtórzył Łk 6,31. Różnica zachodząca pomiędzy tymi zdaniami polega na tym, że oba zdania pozaewangelijne są ujęte negatywnie, ewangelijna zasada daje zaś wskazania pozytywne”.
Niemniej różnica niewielka, chodzi o to samo: żeby traktować innych ludzi jak siebie samego. Konsekwencje zasady są najgłębiej demokratyczne, ponieważ zakładają równość ludzi. Szlachcic poniżał chłopa albo i Żyda, bo właśnie zakładał nierówność. Jak długo nie rozumiano Ewangelii....
Są jednak sprawy moralne, w których złota zasada nie daje oczywistych dla wszystkich reguł postępowania. Miłe tak dla chłopca, jak i dziewczyny jest współżycie płciowe, więc czemu mają sobie tego zabraniać, koniecznie wiązać się w tym celu ślubem małżeńskim? Straszliwie cierpiący człowiek chce umrzeć, prosi o swe uśmiercenie lekarza, czemu ma on odmawiać, przecież tamten wręcz błaga? Zarodek ludzki nie jest osobą, bo nie ma rozumu ani woli, czemu zatem nie wolno uniemożliwić mu zagnieżdżenia się w macicy, gdy matka nie chce go przyjąć? Mężczyzna czuje pociąg płciowy do mężczyzny, kobieta do kobiety – czemu nie wolno im robić tego, na co oboje mają ochotę?
Tu etyka liberalna różni się od wyrosłej z tradycji religijnej. Czy nie da się ich pogodzić? Jedno jest pewne, że trzeba dyskutować. Obrzucanie się błotem jest sprzeczne ze złotą regułą. Rzadko bywa tak, że gdy dwóch ma różne poglądy, to jeden jest mędrcem, drugi ciemniakiem albo jeden cynikiem, a drugi człowiekiem zasad.

13:45, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Autolustracja potrzebna od zaraz. Ojciec Pio, święty wielki, choć kontrowersyjny

Ewangelia Mateusza 7,1.3
„Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. (...) Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?”

Gdybyśmy wszyscy lustrowali się sami przed każdą naszą krytyką bliźniego swego, byłoby nieporównanie spokojniej. Ustałyby wszelkie międzyludzkie konflikty, z ludobójczymi wojnami włącznie. Wystarczało nieraz jedno krytyczne spojrzenie na siebie samego, żeby wyciszyć emocje! Nieraz jest tak, że najbardziej drażnią nas u innych nasze własne wady: gaduły narzekają na wielomówstwo innych, samochwalcy na autoreklamiarstwo cudze... Żeby zobaczyć się w duchowym zwierciadle, trzeba spokoju ducha i trochę pokory.

Lektury: przeczytałem dwie książki o ojcu Pio. Nazywał się najpobożniej w świecie, bo to imię włoskie znaczy ”pobożny”. Odpowiednik łacińskiego „Pius”: dwunastu papieży było z imienia pobożnych, tak samo kapucyn włoski Francesco Forgione (1887-1968). Imię zakonne, które przybrał, prawdę mówi czy kłamie? Oto jest pytanie, które bulwersowało Kościół rzymskokatolicki w wieku minionym.
Postać niebywale sławna. Książek o nim, także polskich, mnóstwo. Ostatnio przetłumaczona z włoskiego Giovanniego Sieny „Święty Ojciec Pio. Dziennik trzydziestu lat przeżytych u boku świętego z Pietrelciny” (Wydawnictwo AA, Kraków 2012). Sięgnąłem jednak również do dawniejszej: Edwarda Augustyna „Ojciec Pio święty na przekór: czego nie znajdziesz w pobożnych biografiach?” (Wydawnictwo „Serafin”, Kraków 2008). Rzecz niewielka, ale w Polsce bardzo ważna. Kapucyn Marek Miszczyński napisał w przedmowie do niej: ”Ojciec Pio jest kimś wyjątkowym (...), ale - jak każdy człowiek - miał też swoje ograniczenia i słabości, które rzetelnego obserwatora zmuszają do zastanowienia i postawienia pytań.”

Wyjątkowość: cuda. Uzdrowienia, otaczający go zapach fiołków, przewidywanie przyszłości, bilokacje, stygmaty, napady nań diabelskie, nie mówiąc o penetrowaniu duszy przychodzącego do niego po spowiedź tak, że sam nie musiał nic mówić. Niebywała również liczba odwiedzających i jego kult: obrywano mu kawałki habitu na relikwie, jego prawdziwymi lub fałszywymi relikwiami handlowano. Szczególny entuzjazm kobiet: i tu przede wszystkim był problem zakonnika. Były w nim zakochane miłością tak podobną do erotycznej, że największym cudem byłby brak plotek. Nie mieli do ojca Pio przekonania papież Jan XXIII, przyszły papież Jan Paweł I. Beatyfikuje go i kanonizuje Jan Paweł II, ale przedtem był poddawany bardzo ostrym badaniom i sankcjom: zakaz publicznego odprawiania mszy i spowiadania, Święte Oficjum orzekło, że przypisywane mu fakty nie mają charakteru nadprzyrodzonego.

Jego „ograniczenia i słabości”: także z entuzjastycznej skądinąd książki Sieny wiadomo, że nieraz wybuchał złością. „Kiedy musi skarcić duszę, staje się szorstki i twardy, szczególnie gdy ma do czynienia z grzechem przeciwko czystości. Wystarczy krótka spódniczka, odkryte ramiona lub widok chłopca w krótkich spodniach, aby doprowadzić go do gniewu.”

Co do mnie, jestem pełen podziwu, absolutną negację możliwości cudu uważam za zabobon, jakoś jednak nie jest to mój święty najukochańszy. Odruchowo wolę zwyczajność.

Sprostowania. W sobotę pomyliłem się sporo: poprosiłem o wklejenie tekstu niegdysiejszego zamiast właściwego. Poniżej ten drugi.
Jako lilie i ptaki
Ewangelia Mateusza 6,24-34
Przesławna perykopa o Bogu i Mamonie. Ogólnie biorąc, przesłanie tekstu opiewa jakąś świętą lekkomyślność, na podobieństwo ptaków i ziół różnych, które istotnie spichrzów nie budują. Niedobra jest bowiem młodzieńcza niefrasobliwość, ale i starcza zapobiegliwość, która uniemożliwia jakąkolwiek decyzję wiążącą się z ryzykiem. Gdybyśmy byli od urodzenia staruszkami, umieralibyśmy w swojej ostrożności, w swoim lęku o przyszłość, nie decydując się na nic odważniejszego także w sensie ewangelicznym. Ba, przecież odwagi wymaga nawet małżeństwo, by o prokreacji nie wspomnieć.

Z kolei w czwartek komentując ”Ojcze nasz” napisałem: ”Nie udało mi się przekonać innych autorów EPP, żeby zrezygnowali z tradycyjnego «wodzenia na pokuszenie» - bo przecież kusi Szatan, nie Bóg”. Otóż nie byłem sam, poległem razem z pastorem Mieczysławem Kwietniem. Przepraszam Go za błąd historyczny!

13:13, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
niedziela, 24 czerwca 2012
Wielki w oczach Pana

Ewangelia Łukasza 1,15-17
„Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napełniony będzie Duchem Świętym. Wielu spośród dzieci Izraela nawróci do Pana, Boga ich; on sam pójdzie przed nim w duchu i mocy Eliasza, żeby serca ojców nakłonić ku dzieciom, a nieposłusznych do usposobienia sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały.”

Tak powiedział anioł do kapłana Zachariasza na temat jego syna, który ma się narodzić, choć małżeństwo było już leciwe. Dziś uroczystość narodzenia tego wielkiego człowieka, bardzo wielkie zatem święto. „Wypycha” kolejną niedzielę „zwykłą”, jest też uroczystością poniekąd dwudniową, bo ma wigilię: mszę odprawianą w wieczór poprzedzający (chrześcijański czas liturgiczny jest żydowski: każde święto zaczyna się poprzedniego dnia wieczorem i kończy wieczorem dnia „głównego”). Zacytowałem perykopę ewangelijną właśnie z owej mszy wigilijnej.

Wielkość Jana Baptysty widać w obrzędowości Kościoła katolickiego, ale jeszcze bardziej w prawosławnej. My mamy tylko dwa jego święta, Wschód chrześcijański aż pięć: wspomina liturgicznie także jego poczęcie, również razem pierwsze i drugie znalezienie jego głowy (widać była tradycja o jej gubieniu się), wreszcie odnalezienie się jej trzecie. Na domiar dobrego prawosławni poświęcają mu jakoś każdy wtorek (sobotę wszystkim świętym z Bogarodzicą na czele). No i tam na Wschodzie nie ustaje przypuszczenie, że został poczęty bez skazy grzechu pierworodnego; rozumowano wręcz tak, że jeśli Jan, to i Maria; o Janie myśli się tak na podstawie dzisiejszego proroctwa, że już w łonie matki napełniony będzie Duchem Świętym, oraz relacji Łukaszowej o słowach Elżbiety na powitanie odwiedzającej ją Maryi: „Poruszyło się dzieciątko w łonie moim”.

Był postacią ogromną, skupiał wokół siebie wielu ludzi, na przykład późniejszych apostołów Andrzeja i Jana. Jak wiadomo z Dziejów Apostolskich, jego nauka dotarła aż do Efezu, a inne źródło podaje, że również do Aleksandrii. Według ewangelii Marka Herod Antypas pod naciskiem żony decyduje się skazać Jana na śmierć, niemniej chętnie go słucha i czuje przed nim respekt.
I taki człowiek bez żadnego wahania oddaje pole Jezusowi, powiada: „On ma wzrastać, ja zaś umniejszać się”. Myślę, że na tym właśnie przede wszystkim polegała jego wielkość. Albowiem „kto się poniża, wywyższony będzie”.

09:07, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
sobota, 23 czerwca 2012
Nasze wspólne tajemnice

1 List do Koryntian 10,16-17
”Kielich błogosławieństwa, który błogosławimy, czyż nie jest udziałem we Krwi Chrystusa? Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa? Ponieważ jest jeden Chleb, przeto my liczni tworzymy jedno ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba.”

Dziś Boże Ciało: uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Oto zupełna niezwykłość doktrynalna chrześcijaństwa. Co prawda, nieco bardziej zrozumiała, gdy się pamięta, że Ostatnia Wieczerza była świętym posiłkiem żydowskim, szabasowym albo według innych biblistów sederowym, paschalnym. Niemniej obecność Mesjasza w chlebie i winie, wiktuałach owych sakralnych spotkań jest Przymierzem absolutnie nowym. Nadzwyczajności tej nie może też zacierać świadomość, że Chrystus jest – w każdym razie w doktrynie katolickiej – obecny również w celebransie Eucharystii, w czytanym Piśmie Świętym, w całym zgromadzeniu eucharystycznym (Kościele). W sposób szczególny („substancjalny”) bywa nam dany bowiem tylko pod postaciami chleba i wina.

Specyfikę tę próbowano zredukować. Były podobne pomysły w średniowieczu, na progu nowożytności czynił to Szwajcar Ulrich Zwingli. Słynna była jego polemika z Lutrem, który z właściwą sobie determinacją bronił Obecności realnej, nie tylko symbolicznej.

Wśród polskich periodyków religijnych, wychodzących czasem tematycznie i „tetycznie” (od słowa „teza”, pogląd) poza własne wyznaniowe podwórko, mamy „pismo religijno-społeczne poświęcone polskiemu ewangelicyzmowi i ekumenii”, czyli ewangelicko-reformowaną „Jednotę”. Jeden z dawniejszych numerów miesięcznika traktuje ciekawie właśnie problem dzisiejszego tylko katolickiego święta.
Trzeba wiedzieć, że tamto wyznanie, zwane w Polsce potocznie kalwińskim, szczególnie w naszym kraju nie powinno być tak nazywane. „Genetycznie” bowiem są to nie tylko synowie duchowi Kalwina, możni niegdyś na Litwie, ale też potomkowie Braci Czeskich, którzy uciekali ze swojej ojczyzny przed katolickim prześladowaniem przez Dolny Śląsk (ślady w sudeckiej Pstrążnej, Strzelinie u stóp Ślęży) na Mazowsze, gdzie ten maleńki dziś Kościół polski ma swoją największą parafię w miasteczku Zelów w rejonie Łodzi. Wywodzą się zatem nie tylko od Kalwina, także od Husa. Ale przede wszystkim także od Zwingliego, którego ”symbolizmu” Kalwin nie przyjmował, ”teologizował” jeszcze inaczej.

Otóż w rzeczonym numerze zimowym mamy wyraźnie opcję doktrynalną kalwińską. Z dawnych lat pamiętam, że były na ten temat spory między duchownymi polskimi tego Kościoła, tu widzę w paru artykułach myśl mego francuskiego imiennika. Zajmował on w sporze zwingliańsko-luterskim stanowisko jakby pośrednie. W artykule Sue Rezeboom, teolożki reformowanej z USA, przetłumaczonym przez J. Lewandowską, czytamy: „Według Kalwina chleb i wino są symbolami ciała i krwi Chrystusa, ale nie są zwykłymi symbolami. W Wieczerzy dana nam jest prawdziwa, głęboka, integralna komunia Chrystusa. Jeśli nie chcemy nazywać Boga kłamcą, nie ośmielimy się zasugerować, że daje nam pusty symbol, mówi Kalwin. I tak, »jeśli prawdą jest, że widzialny znak jest dany, by zapieczętować [niewidzialną rzecz], kiedy otrzymaliśmy symbol ciała, tak samo ufamy, że i samo ciało jest nam dane»”.

I dalej tak:
”Fakt, że jesteśmy karmieni krwią i ciałem Chrystusa jest, jak to ujmuje Kalwin, wielką tajemnicą, tajemnicą, o której nawet marzyć nie możemy, że ją zrozumiemy. Jego wyznanie może być równie dobrze naszym: «Nie będę zawstydzony, kiedy wyznam, że to jest tajemnica zbyt wielka, by mój umysł mógł ją zrozumieć, a moje usta wypowiedzieć. I, żeby wyrazić się jeszcze jaśniej, ja raczej doświadczam tego, niż rozumiem. Stąd przyjmuję tutaj bezspornie prawdę Boga, w której mogę bezpiecznie odpocząć. On nazywa swoje ciało pokarmem mojej duszy, swoją krew jej napojem. Ofiaruję Mu moją duszę, by była nakarmiona takim pokarmem. W swojej Świętej Wieczerzy prosi mnie, żebym wziął, jadł i pił Jego ciało i krew pod postacią chleba i wina. Nie wątpię, że On je prawdziwie podaje, a ja je otrzymuję». Zatem, kiedy celebrujemy sakrament, powinniśmy znaleźć przyjemność w doświadczeniu głębokiej, niewypowiedzianej duchowej tajemnicy: Chrystus spotyka nas przy stole i daje nam siebie – swoje ciało, swoją krew – jako duchowy pokarm na duchową podróż, żywiąc, wzmacniając i dając radość dzieciom Bożym na ich drodze.”

No właśnie, tajemnica, nie ma rady! Ale Obecność realna!
Nie „irenizuję” (od słowa „irene” – pokój), czyli nie zagłaskuję różnic konfesyjnych: z innych sformułowań „Jednoty” nie wynika, że między kalwinizmem a katolicyzmem (i prawosławiem) nie ma już teraz żadnej różnicy. Kalwiniści akcentują duchową (ale realną!) Obecność, katolicy podkreślają dodatkowo jej „substancjalność” (jeśli nie „fizyczność”- ale przecież nie ”materialność”). Niemniej wydaje mi się, że subtelne rozróżnienia intelektualne potrzebne były w tej kwestii ludziom dawnych wieków, dziś wolimy stwierdzenia „zdrowo agnostyczne”.

Co zaś do „pustego” symbolu, przypomina mi się to, co już tu nieraz pisałem, że starożytni myśliciele chrześcijańscy wschodni głosili za Platonem istnienie symboli właśnie nie „pustych”, ale realnych, jakoś partycypujących w oznaczanej rzeczywistości, i do takich zaliczali właśnie konsekrowane chleb i wino.

Wreszcie w omawianym numerze „Jednoty” zostało też podkreślone, że Eucharystia to nie tylko pamiątka tamtej Wieczerzy, to rzeczywiste otrzymywanie i uczestnictwo w ciele i krwi Chrystusa. Gdzie indziej jest zarazem powiedziane, iż „Kościół rzymski wierzył, że miał w swojej mocy zdolność składania na nowo w ofierze Chrystusa za nasze grzechy”. Otóż słuszny jest tu czas przeszły: dziś dawna katechizmowa formuła „powtórzenia ofiary Chrystusa” została zastąpiona (dawną, z czasem wypaczoną) wersją „uobecnienia” Ofiary.

Na koniec uwaga na temat dzisiejszych słów Pawłowych: każą nam one pamiętać o najgłębszej wspólnocie, Komunii przecież, z uczestniczącymi w sakramencie bliźnimi. Przekazywany wtedy znak pokoju musi być tej wspólnoty serdecznym wyrazem.

08:25, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
piątek, 22 czerwca 2012
Skarb Tomasza Morusa

Ewangelia Mateusza 6,19-21
„Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną. Bo gdzie jest skarb twój, tam będzie i serce twoje.”

Bywają ludzie, którzy gromadzą swoje skarby w niebie, ale i, nie zawsze chcący, na ziemi, tylko że w innym sensie: w ludzkiej najlepszej pamięci. Nie tylko w pamięci swojego Kościoła i swego narodu: także wszystkich ludzi, którzy słyszeli o ich ponadwyznaniowych i ponadnarodowych dziełach.

Tomasz More, którego dziś mój Kościół liturgicznie wspomina, może być uważany za patrona dialogu Kościoła katolickiego z lewicą. Autor ”Utopii”, pierwszej w historii wizji społeczeństwa egalitarnego, a zarazem męczennik za wiarę katolicką, łączy w sobie ideały obu tych wielkich rodzin ideowych. Jakkolwiek interpretowalibyśmy stosunek Morusa do opisanego przezeń ładu społecznego (jakiś dystans autora wobec systemu utopijskiego nie ulega chyba kwestii - być może dystans chrześcijańskiego realisty, rozumiejącego, że po grzechu pierworodnym żaden raj na ziemi nie jest możliwy), bezsporne jest przecież, że autor żywił do idei egalitarnej żywą sympatię i zainteresowanie. Niewątpliwa jest jego wrażliwość społeczna, krytycyzm wobec status quo i reformatorska śmiałość, prekursorska wobec dążeń późniejszych radykałów. Nic więc dziwnego, że jest Morus bodaj jedynym świętym, o którym entuzjastycznie pisała lewica, również skrajny jej przedstawiciel, Karol Kautsky. Co prawda, dla tych radykałów był Morus na ogół tylko autorem ”Utopii”. Reszta jego twórczości, jego życie i śmierć męczeńska mało ich obchodziły — jako przejaw zacofania, historycznych ograniczeń itp. Dla katolików z kolei autorstwo tego dzieła było sprawą nieraz dość niewygodną... Niemniej i jednym, i drugim chodziło o tę samą osobę. Było to wówczas wiele i stało się źródłem mej gorącej sympatii dla tej niezwykłej postaci.

Ale i ja dawniej nie zdawałem sobie sprawy, że między autorstwem Utopii a heroizmem katolickim Morusa istnieje jakiś wewnętrzny związek. Oba te czyny wielkiego Anglika są przecież świadectwem na rzecz tej samej sprawy: prawa człowieka są nierozdzielnie. Papież Paweł VI powiedział o innym męczenniku brytyjskim, Johnie Ogilvie, że poniósł śmierć jako świadek i obrońca wolności religijnej. Odnosi się to również do tego św. Tomasza.

Czy jednak aby na pewno? Czy rzeczywiście autor ”Utopii” bronił wolności religijnej, czy też tylko wolności Kościoła katolickiego? Na wymyślonej przezeń wyspie szczęśliwej panuje swoboda przekonań. Poza jednym, co prawda, wyjątkiem: materialistów, tych, co nie wierzą w życie pozagrobowe. Nie pozwala im się wyznawać publicznie ich poglądów, nie powierza się żadnych zadań publicznych, a nawet nie daje się miana obywateli: ”Któż bowiem może wątpić, że ci ludzie, dla których jedynym hamulcem jest strach przed prawami, którzy poza materią z niczym nie wiążą swoich nadziei, będą usiłowali sprytnie i potajemnie obchodzić ustawy własnego państwa lub jawnie pogwałcać je, byleby dogodzić swym samolubnym zachciankom.” Gdzie indziej jeszcze znajdziemy w Utopii ślad zasadniczej niewiary autora w możliwość etyki laickiej. Myślę, że decydującą rolę odegrało tu doświadczenie życiowe Morusa, który pewnie nigdy nie spotkał uczciwego ateisty albo też raczej ateisty w ogóle (epoka oświecenia jeszcze nie nadeszła), a za ”bezbożników” uważał po prostu rzezimieszków. Zarazem jednak czytamy w jego dziele, że wiara człowieka nie zależy od jego woli; nie wymierza się więc niewierzącym żadnych kar, Utopianie nie zmuszają też nikogo z nich groźbami, aby ukrywał swe przekonania, strasznie bowiem nienawidzą obłudy i kłamstwa. Było to na owe czasy bardzo dużo.

Takie poglądy głosił w swym dziele. Czy realizował je, gdy w kilkanaście lat później został kanclerzem? Historycy mają na ten temat różne zdania, chyba jednak słuszna jest opinia, że — znów jak na owe czasy - odznaczał się łagodnością i szacunkiem dla ludzi, których idee zwalczał.

Okazał się człowiekiem odważnym nie tylko w poglądach. Gdy trzeba było, przypomniał sobie podziwu godną stałość tylu męczenników, o której misjonarze opowiadali Utopianom, i poszedł na śmierć w Roku Pańskim 1535, bo nie chciał uznać władzy królewskiej nad Kościołem angielskim.

Lat temu wiele w „Zeszytach Naukowych Uniwersytetu Wrocławskiego" wydrukowano mi artykulik na temat XVIII-wiecznej sztuki o Morusie, której streszczenie, ot, taki swoisty program, zachował się w zbiorach „Ossolineum". Sztuka ta grana była na szkolnej scenie Akademii Zamojskiej w r. 1736 (spóźnione uczczenie dwusetnej rocznicy śmierci?). Zasługuje na uwagę jako pierwszy chyba nasz druk na temat autora ”Utopii”. Określenie zresztą nieścisłe, bo w streszczeniu nie ma ani słowa o tej książce. O wielkości Tomasza świadczy tu tylko jego męczeństwo: cóż mogła obchodzić szlachecka społeczność idea egalitarystyczna? Rzecz ciekawa natomiast, że jest to według owego druku męczeństwo nie tylko za „całość religii", „całość wiary chrześcijańskiej", ale również, nawet na pierwszym miejscu, za „prawa ojczyste" i „ojczystą wolność". Anarchistyczny lęk Sarmatów przed silną władzą? Zapewne także i to, może nawet głównie to. Niemniej święty Tomasz Morus naprawdę przecież był obrońcą nie tylko wąsko pojętej doktryny katolickiej. Nie będzie chyba propagandową przesadą ani sloganem twierdzenie, że tak przez swoje dzieło, jak i przez swoje męczeństwo był obrońcą praw człowieka. Na szczęście doktryna katolicka owe prawa uczyniła dziś, bardziej jasno i wyraźniej niż dawniej, swoimi prawami. Myślę, że stało się to między innymi dzięki autorowi ”Utopii”.

16:25, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
czwartek, 21 czerwca 2012
Modlitwa po mojemu

Ewangelia Mateusza 6,7-15
„Modląc się, nie bądźcie gadatliwi jak poganie, myślą bowiem, że z powodu swojego wielomówstwa zostaną wysłuchani. Nie upodobniajcie się więc do nich, bo wasz Ojciec wie, czego potrzebujecie, zanim Go poprosicie. Wy zatem módlcie się tak:
Ojcze nasz, któryś jest w Niebie, święć się Imię twoje, przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w Niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wystawiaj nas na próbę, ale nas zbaw ode Złego. [Albowiem Twoje jest Królestwo i potęga i chwała na wieki wieków. Amen.] Gdy bowiem przebaczacie ludziom ich przewinienia, przebaczy i wam Ojciec wasz niebiański. Kiedy zaś nie przebaczacie, to i Ojciec wasz nie przebaczy przewinień waszych.”
Pozwoliłem sobie powyżej na wersję poniekąd własną, żeby pofolgować swoim gustom. I komentuję je, wyjaśniając to i owo.

Mamy nie być gadatliwi: słowo dość mocne, przekład filologiczny Popowskiego i Wojciechowskiego mówi jednak wręcz o paplaniu. Ważny problem: co do mnie, jeszcze zanim wyzbyłem się gadatliwości w ogóle, nie umiałem się długo modlić. Wydawało mi się i wydaje teraz, że Bóg wie wszystko, zatem nie ma co Mu się jakoś wyszczególniać. Jeśli wyliczam ludzi, za których się modlę, to po to, żeby zwrócić na nich uwagę nie Boga, ale siebie samego: przełamać własny egocentryzm. Skądinąd jednak nie umiem modlić się długo, bo mam naturę dziwnie małą kontemplacyjną, zgoła nie mistyczną. A może też dlatego, że sobie owej kontemplacyjności jakoś dotąd nie wyrobiłem, nie włożyłem w to dość wysiłku, nie wiem. W każdym razie myśl mi zeskakuje od razu na to, co i jak powinienem zrobić.

Problem jest z ”poganami”. Rzecz w tym, że w oryginale są „etnikoi”, czyli np. w Ekumenicznym Przekładzie Przyjaciół „narody”: cała reszta ludów. Lubię tłumaczyć oryginalnie, inaczej niż wszyscy (choć zgodnie z oryginałem, która dopuszcza rozmaitość), tu jednak pasuje mi bardziej słowo oznaczające jakiś krytycyzm, który chyba czuć w tekście.

Nie wiem w końcu, jak pisać niebo: z dużej litery czy z małej. Bo to przecież miejsce Boże, ale zarazem paralelne do ziemi, a ta ma być pisana z dużej jak planeta? Nie ma dla mnie takiego problemu przy Królestwie.
Ten chleb powszechni to Eucharystia? Poznanianka sugeruje, że jednak tylko wtórnie, Paulinka że może tu chodzi o „chleb uczty czasów ostatecznych”, jak np. w Mt 8,11-12, gdzie mowa o „zasiądnięciu przy stole z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem”. Mnie tu się widzi pożywienie w sensie najbardziej ogólnym, zaspokojenie doczesnych potrzeb człowieka.

Nie udało mi się przekonać innych autorów EPP, żeby zrezygnowali z tradycyjnego „wodzenia na pokuszenie” - bo przecież kusi Szatan, nie Bóg.
„Złego” z dużej albo z małej: chodzi o Szatana czy w ogóle o to, do czego on kusi?
W nawiasie kwadratowym dałem zdanie, które jest tylko w niektórych rękopisach i bibliści zrezygnowali zeń w przyjętym powszechnie tekście, mieści się jednak w wersji modlitwy codziennej ewangelików, więc niech będzie i tutaj.
W oryginale nie są ”przewinienia”, ale dosłownie „długi”, przyjąłem jednak oczywiście, że chodzi o darowanie nie tylko jakiejś należnej mamony.

Wracam na koniec do słów „Święć się Imię Twoje”. Imię to w kulturze hebrajskiej coś o wiele więcej niż w naszej, to osoba sama. Święcenie Boga to czczenie Go, wysławianie, ale też wyznawanie, prawdziwa wiara w Niego. W Niego jako „Ojca naszego”: nas wszystkich na równi, wszyscyśmy jego synami (albo córkami!), co praktycznie, etycznie niełatwe (konieczny jest tutaj ekumenizm totalny). No i Ojca właśnie: czyli kogoś, kto kocha najbardziej i najmądrzej, choć uwierzyć w to we wszechświecie bezlitosnym również bardzo trudno.

21:58, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
środa, 20 czerwca 2012
Autoreklamy pokusa astronomiczna

Ewangelia Mateusza 6,1
„Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.”

Niby to oczywiste: samochwała w kącie stała... A przecież chęć autoreklamy jest rzeczą okropnie ludzką. „Nie chwaląc się” - mówimy - traktując te słowa jak zaklęcie, które ma nas usprawiedliwić. Żeby na pewno nie męczyła myśl, iż ktoś ważny nie dowiedział się, żeśmy tacy nieladajacy. A to dziwne, bo reklama przecież złości: ja czasem półżartem pytam, co gorsze - rządy monopartii z cenzurą i innymi złodziejstwami inwentarza czy to potwornie nachalne wciskanie nam bez przerwy handlowej pseudoinformacji. Znam oczywiście odpowiedź i pamiętam, że tamten ustrój reklamował się sam bez przyzwoitości, ale te wrzaski megasamów ciężko znoszę. Tyle tylko, że o wiele gorzej znoszę autoreklamę cudzą niż własną. Albowiem miłość własna większa jest niż każda inna.

17:09, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
wtorek, 19 czerwca 2012
Osad nienawiści

Ewangelia Mateusza 5,44.46
”Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują (...) Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie?”

Zasada wzajemności jest głęboko zakorzeniona w naszej psychice, tak głęboko, że niemal jej nie widać, mimo że jest tam jak najbardziej. Gdy chwalę artykuł redaktora, ledwie przemyka mi przez głowę myśl, że mi się ta uprzejmość przyda, bo mi chętniej wydrukuje moją ”pisankę”. Nawet kiedy pochwalę tekst faceta, który mnie nie lubi, mogę zrobić to trochę interesownie: żeby mnie polubił, bo mi się to może kiedyś przydać.

Niechęć owocuje w dziedzinie poglądów czy gustów artystycznych często półświadomie: gdy ktoś mi mocno podpadł, odrzucę jego opinię na jakiś temat, czego bym nie zrobił, gdybym go darzył sympatią. Tak to narastają międzyludzkie podziały.

12:21, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Nie mamy Micheaszów

2 Księga Kronik 18,3-8.12-17.22
Opowieść znów trochę pasująca do Polski w EURO, bo też o zwycięstwie albo klęsce. By pokonać Aramejczyków (Syrię), król północnego państwa Izrael Achab namawia króla Judy Jozafata na wspólną wojnę. Ten jednak mu radzi, by najpierw zapytał proroków „o słowo Pana". Czterystu wieszczków pogańskich przewiduje zwycięstwo, ale Jozafat proponuje badać przyszłość dalej, zapytać jeszcze innego proroka. Achab powiada, że jest taki, Micheasz (Mikajehu - Poznanianka woli wersję oryginału, hebrajską), ale go nienawidzi, bo on mu zawsze prorokuje źle (czyli zgubę). Daje się jednak namówić i otrzymuje odpowiedź ironiczną: „Wyruszycie, a zwyciężycie". Achab domyśla się, że to złośliwość, domaga się prawdy i ją otrzymuje, czym jest jak zwykle oburzony.

Choć mój ród wywodzi się z czeskiego miasta Turnau, dzisiaj Turnov, kibicowałem naszej drużynie zawzięcie, wpatrując się w telewizor jak sroka w kość. Jednak różni komentatorzy wieszczący wiktorię pomylili się sporo. Nie mamy Micheaszów, nie słyszałem, żeby też ktoś przewidział klęskę Rosjan. A Grekom może się sukces należał, gdy w ich polityce tak bardzo mizernie.

12:46, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
niedziela, 17 czerwca 2012
O ziarnku gorczycy oraz jej drzewie, czyli czego się boję najbardziej

Ewangelia Marka 4,30-32
„Mówił jeszcze: - Z czym porównamy Królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od wszystkich jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki podniebne gnieżdżą się w jego cieniu.”

Ziarnkiem gorczycy jest grupka uczniów z Dwunastoma na czele, drzewem Kościół dzisiejszy, póki co, największa religia świata. Wszystko się zgadza, tyle że właśnie na wielkich gałęziach oraz pod nimi stwory rozmaite: w cieniu potęgi kościelnej różne polityczne ptaszki... A poza tym niektóre gałęzie raczej przyschnięte. Niestety choć w dialektyce marksistowskiej ilość przechodzi w jakość, to w rzeczywistości częściej w bylejakość. Odkąd chrześcijaństwo stało się religią państwową, wzrastało liczebnie znacznie szybciej, ale kosztem poziomu swoich wiernych. Prawo psychologii społecznej.

Czeka nas pewnie powrót do głębokiej przeszłości, gdy w wielu krajach będziemy lub już jesteśmy mniejszościami świecącymi przykładem. W Afryce jeszcze nieprędko, na razie mamy tam boom ilościowy, ale z jakością gorzej: z czasem i tam musi być chyba podobnie jak dziś w Europie. W każdym razie u nas, Polski nie wyłączając, już działa oczyszczające sito. Byleby tylko nie uczyniło z Kościoła sekty. Zamkniętej na świat laicki, szczerzącej nań wszystkie zęby, nieuznającej żadnego dialogu, wymiany myśli, wartości. Tego się boję najbardziej.

08:10, jan.turnau
Link Komentarze (43) »
sobota, 16 czerwca 2012
O Pani, nadchodzi noc...

Ewangelia Łukasza 2,41-51
Katolickie wspomnienie (liturgicznie obowiązkowe) Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny. Tekstów biblijnych o matce Jezusa nie za wiele, w każdym razie mniej niż jej świąt, zatem przeznaczona na dzisiaj perykopa powtarza się w liturgii często. Tu dobrze pasuje, bo mowa jest na końcu, że „Maryja chowała wiernie te wspomnienia w swoim sercu”. Trudno jednak przyjąć, że ewangelista miał tu na myśli ranę duchową, jaką zadał swej matce Jezus w Jerozolimie: opuściwszy rodziców bez słowa, a potem nie przepraszając ich, nawet wręcz sugerując, że są sami sobie winni, bo powinni byli wiedzieć, że ma do spełnienia misję Syna Bożego. Ewangelie to nie powieści psychologiczne. Przekazują orędzie religijne, tutaj o Jego szczególnym posłannictwie, nie od razu rozumianym nawet przez ludzi Mu najbliższych i najświętszych. Mówiąc inaczej, trudno przyjąć, że ewangelia krytykuje tu Chrystusa: przecież cała jest o Jego absolutnej świętości. Jeżeli kogoś krytykuje, to raczej rodziców. Albo raczej nikogo: tak musiało być, gdy Bóg stał się człowiekiem Bogiem pozostając.

Serce Maryi to dla nas w Biblii symbol bólu raczej w zapowiedzi proroka Symeona, że jej duszę przeniknie miecz, i w późniejszej realizacji tego proroctwa pod krzyżem. Może jednak jeszcze bardziej serce matki Jezusa jest symbolem jej troski o nas: macierzyńskiej. Mamy tu na koncie heretycką przesadę: „A kiedy Ojciec rozgniewany siecze, szczęśliwy, kto się do Matki uciecze”. Siostra Faustyna swoim „Jezu, ufam Tobie” podważyła potężnie takie negowanie wiary w Ojcowskie miłosierdzie. Niemniej nasze prośby do niej są przecież ortodoksyjne (tak jak nasze prośby do osób żyjących), a w naszej kulturze owocują pisarsko tysiącem tekstów. Wydawnictwu PROMIC zawdzięczamy ostatnio piękną książeczkę tłumaczoną z włoskiego pt. „Sto modlitw do Maryi”. Od „Zdrowaś Mario” przez Dantego i Petrarkę do bizantyjskiej modlitwy do Matki Boga. Także przez Karola de Foucauld i Tomasza Mertona. Oto tekst bł. Karola:
”Idę do Ciebie, Matko Bolesna,
i wiem, że sam nie dorastam,
ale we dwoje wytrwamy.
Modlitwa moja nieraz płynie bez echa,
poza mną rozgłośny śmiech szatana
- zwątpienie.
Z drogich nawet ust płynie pytanie:
po co i na co się męczysz?
Nie wiem, ale wierzę że z Tobą wytrwam.
Wierzę, że między wieczorem Wielkiego Piątku
a porankiem wielkanocnym
godzin zaledwie kilka,
więc z Tobą staję przy krzyżu i działam.
Amen.”
A oto Merton:
”O Pani, nadchodzi noc,
za chwilę ciemność skradnie całą krew
zranionego zachodu.
Gwiazdy wsączają do mego serca
mroźne krople niedosłyszalnej muzyki,
kruchej jak lód
i gorzkiej jak krzyż nowego roku.
Czy gdziekolwiek na świecie
ktoś modlił się dziś o pokój,
który Ty nam możesz dać, o Pani?
W tym dniu krwawym i niespokojnym
za horyzontem ze stali widzę kraje
chwytające za broń, by zabijać.
Czy choć jedno miasto na świecie
zawierzyło się dziś Tobie?
Za miastem, gdzie żołnierze stoją obozem,
grzmią kanonady i kolejna zima nastaje,
by skuć lodem dni naszego życia.
Ostatni pociąg wydaje krzyk przerażenia
i ucieka z tej rolniczej doliny,
gdzie wszystkie ptaki wymarły.
Drogi są białe, pola nieme,
las milczy jak zaklęty,
a drzewa wyciągają nagie ku niebu ramiona,
jakby chciały zajrzeć w oczy gwiazdom.
Och, czy Chrystus
znów zostanie zabity gdzieś tutaj,
w tej krainie martwych ludzi?
O Pani, noc wzięła we władanie nasze serca,
cały świat wali się w gruzy.
Słowa zamarzają mi w wyschniętym gardle,
więc modlę się bez słów za tę ziemię,
idąc do Ciebie po lodzie długiej zimy
tego roku, który znów chce wojny.”

01:04, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
piątek, 15 czerwca 2012
Miłość zupełnie niepojęta

List do Efezjan 3,17-19
„Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w sercach waszych; abyście w miłości wkorzenieni i ugruntowani, wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość, Głębokość, i poznać miłość Chrystusa przewyższającą wszelką wiedzę, abyście napełnieni zostali całą Pełnią Bożą”.

Dziś katolicka uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. „Pan Jezus” to - podobnie jak Pan Bóg - nie to samo, co „pan Kowalski”. Słowo „Pan” w Biblii to poniekąd odpowiednik hebrajskiego „Jahwe”, jako że w Septuagincie pozostawiono to najświętsze słowo w oryginalnej hebrajskiej pisowni, ale czytano jako „Kyrios”, czyli właśnie „Pan”.
Serce w Biblii to ośrodek uczuć, ale także myśli oraz woli i sumienia. To centrum decyzji, reprezentujące całą osobę. Czyli właściwie to, o co chodzi w dzisiejszym święcie.
„Wraz ze świętymi” - chodzi tu nie o osoby wyróżniane szczególnie w katolicyzmie i prawosławiu, ale o chrześcijan w ogóle. Z czasem, gdy wyznawców tej religii przybywało masowo, znaczenie słowa uległo słusznemu zawężeniu.
„Szerokość” itd. to w filozofii stoickiej cztery wymiary rzeczywistości. Formuła ta oznacza tutaj uniwersalny zasięg zbawczego dzieła Chrystusa (Biblia Paulińska).
„Wszelką wiedzę” - tak tłumaczy poza Tysiąclatką także Paulinka i Poznanianka, ale my mniemaliśmy wraz z ekumeniczną Jedenastką (termin mój własny, ale niepatentowany), że chodzi tu o poznanie (jego niemożliwość) i tak też przetłumaczyliśmy. Miłość Chrystusa jest większa niż możemy sobie wyobrazić. Dzięki siostrze Faustynie rozumiemy to lepiej niż dawniej; święto dzisiejsze poniekąd dubluje dzisiaj Niedzielę Miłosierdzia, bo przecież miłość całej Trójcy jedna jest. No i nie mogę tu nie wspomnieć o nadziei powszechnego zbawienia, która Miłosierdzie z Wszechmocą uzgadnia w sposób, który wydaje mi się jedynym możliwym.

14:17, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
czwartek, 14 czerwca 2012
Zanim przyjdziesz przed ołtarz

Ewangelia Mateusza 5,20-26
”Jezus powiedział do swoich uczniów: - Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Słyszeliście, że powiedziano przodkom: «Nie zabijaj»; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A ja wam powiadam: - Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu «Raka», podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj. Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz".

Radykalizm ewangelijny: piekło za nawymyślanie bliźniemu. To oczywiście retoryczna przesada, jakiej sporo w ewangeliach, ale chodziło o większe uwrażliwienie moralne słuchacza. Ma on traktować swoje praktyki religijne jako działanie nie tylko wobec Boga: jakże to aktualne także dzisiaj, przed naszymi ołtarzami. Dlatego tak ważny jest w naszej liturgii eucharystycznej znak pokoju, jakby lekceważony również przez wielu księży. Oczywiście jesteśmy skonfliktowani niekoniecznie z naszymi sąsiadami z kościelnej ławki, w większych miejscowościach ich na ogół nie znamy, ale chodzi o symbol. Pogodzenie się ze znajomym jest, rzecz jasna, tym bardziej konieczne. Nieporównanie bardziej niż dokładnie wyliczona godzina eucharystycznego postu... Już w Starym (Pierwszym) Testamencie walczono z tępym rytualizmem, Ewangelia jest jego potężnym oskarżeniem. Także naszego rytualizmu, który wciąż kwitnie mimo jasnych słów Pisma Świętego. Redaktor naczelny „Więzi" Zbigniew Nosowski zaproponował na którymś Synodzie Biskupów, byśmy znak pokoju przekazywali sobie wcześniej, byśmy oczyszczali się duchowo w ten sposób na początku mszy, aby w niej naprawdę godnie uczestniczyć.

22:39, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
środa, 13 czerwca 2012
Mecz religijny wygrany. Mecze nasze powszednie

1 Księga Królewska 18,20-39
Wyjątkowo długa dzisiejsza perykopa opowiada o zwycięstwie proroka Eliasza. Ów turniej religijny ma służyć odwiedzeniu ludu Izraela, czyli północnej części narodu hebrajskiego, od pogańskiego kultu Baala. Miał on na dworze króla Achaba potężną protekcję, ponieważ popierała go zawzięcie królowa Izebel: mordowała proroków Jahwe (Pana). Przyszła jednak na te północne królestwo ciężka przygoda, mianowicie głód, a była to za sprawą Eliasza kara Boża za bałwochwalstwo.

Achab wraz ze swoim majordomusem Obadiaszem wyruszają w podróż po kraju w poszukiwaniu trawy dla koni, mułów i bydła. Obadiasz spotyka Eliasza i aranżuje spotkanie proroka z monarchą. Achab wypomina prorokowi dręczenie Izraela głodem, prorok królowi „pójście za Baalami", a że ma przewagę sprawczą, więc rozkazuje zgromadzić lud, by przekonać go, kto jest naprawdę Bogiem. Rytuał religijnego meczu polega na cudownym rozpaleniu ofiarniczego ognia. 450 prorokom nie udaje się to mimo szaleńczych tańców, zwycięża jeden Eliasz, choć utrudniał sobie zadanie zalewając żertwę wodą. Lud woła: - ”Naprawdę Pan jest Bogiem".

Dzisiejszy tekst liturgiczny pomija krwawą puentę: Eliasz morduje swoich przeciwników. Biblia Poznańska: „Prymityw etyczny ówczesnych czasów pozwalał Eliaszowi uważać ten czyn za dopuszczalny, chociaż nie był on zgodny z ideą dobrego i miłościwego Jahwe". Zaprawdę nie był, bo też owa idea toruje sobie drogę bardzo powoli, jeszcze wolnej niż sam monoteizm. Biblia jest swoistą historią teologii, która w wierze chrześcijan wiedzie aż do ofiary Chrystusa, wywracającej wszystko do góry nogami.

A modlitwy nasze są skuteczne albo i nie, mecze nasze wygrywamy albo i nie. Ewangelia jest rewolucyjna również w tej sprawie: zapewnia ostateczne zwycięstwo dopiero za grobem. Przegrane doczesne każe tłumaczyć Bożym pisaniem po liniach przeraźliwie krzywych. Wybieg myślowy? Oczywiście można uważać, że los nasz jest w rękach ślepej bogini Fortuny.

16:30, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 12 czerwca 2012
Solny rachunek sumienia. Mądry socjolog o rodzinie: wywiad dla KAI

Ewangelia Mateusza 5,13
„Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól straci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.”
Na tegorocznym Zjeździe Gnieźnieńskim komentował te słowa Jezusa ks. Tomasz Halik (teksty kilku wystąpień, też tego autora zamieściła „Więź” majowo-czerwcowa). Mówił, że nie trzeba przesadzać w żadną stronę: potrawa nie jest dobra ani niedosolona, przesłodzona, ani przesolona. „Mamy być pokorni, ale nie konformistyczni, bez wyrazu czy też uniżenie słodcy.” Ba! Ale jak to wymierzyć? Jak nie być ani tępym apologetą Kościoła, rzucającym wciąż gromy na paskudny świat, niewidzącym belki w oku własnego środowiska, ani kimś wciąż schlebiającym światu, krytykującym wyłącznie błędy własnej instytucji. Jak wyważać w dialogu ze światem: nie przyjmować ochoczo każdej jego nowiny, ale też nie zamykać się szczelnie we własnej myślowej tradycji? Jak uczyć się od innych, ale też być samemu nauczycielem? Jak troszczyć się o własną tożsamość religijną bez myślowego betoniarstwa? Jak odróżniać niewzruszone dogmaty od ruchomych form wyrażania ich treści? Jak być otwartym, ale nie rozwartym...

Lektura: Tomasz Królak, wicenaczelny Katolickiej Agencji Informacyjnej, zrobił dla niej bardzo ciekawą rozmowę o rodzinie. Pytał profesor Mirosławę Grabowską, dyrektor(kę) Centrum Badania Opinii Publicznej, skądinąd osobę zaangażowaną religijnie. Oto kilka pytań i odpowiedzi.

”KAI: Czy zmienia się podejście Polaków do rodziny? Pozostaje ona wartością, czy może widać tu jakieś symptomatyczne przemiany?
- W deklaracjach rodzina ciągle jest wielką wartością. Jesteśmy krajem, społeczeństwem rodzinnym. Co się zmienia? Wydaje mi się, że praktycznie został zaakceptowany - nie tylko w pokoleniu młodych, ale także ich rodziców - seks przedmałżeński, także kohabitacja «na próbę». Młodzi mówią dziś: trzeba sprawdzić, czy nadajemy się do życia razem na zawsze. Nie powiedziałabym, że oznacza to jakiś hedonizm, ponieważ jednocześnie bardzo ostro, także wśród młodych osób, potępiana jest zdrada. Jeśli już z kimś jesteś - formalnie czy nieformalnie - to masz być wierny. Tyle w deklaracjach. Wiemy skądinąd, że liczba takich kohabitujących par nie jest wielka, a jeśli rośnie, to bardzo nieznacznie. Z tym, że jeszcze do niedawna tego zjawiska nie badano, zatem nie wiadomo, jaka jest jego dynamika, czy i jak szybko rzeczywiście zwiększa się liczba par żyjących, jak to się dawniej mówiło, «na kocią łapę», a teraz - kohabitujących. W tej sferze widziałabym poważne zmiany, np. «lżejsze» podchodzenie do związków sformalizowanych, czy to sakramentalnych czy niesakramentalnych: jeśli się nie uda, to się rozstaniemy. Ale, jak już mówiłam, nie oznacza to bynajmniej, iż ludzie uważają, że «wszystko wolno». Jednak ciągle - nie.

Wydaje się, że te zmiany są jednak powolne i wielowymiarowe. Można rozpocząć życie seksualne przed ślubem i nawet mieszkać ze sobą, ale trzeba w tym związku - nagannym z punktu widzenia nauki Kościoła -zachowywać się przyzwoicie. Mamy więc do czynienia z mieszaniną odchodzenia od tradycyjnych wzorów i norm, przy zachowywaniu pewnych ich elementów. Tutaj rewolucji nie ma - była może w latach 60. - są natomiast powolne, wielokierunkowe zmiany.
(...)

KAI: Pomiędzy wskazaniami Kościoła na temat seksu przedmałżeńskiego i mieszkania przed ślubem a polską praktyką w tej dziedzinie występuje wyraźny rozdźwięk? Jak Pani na to patrzy?
- Występuje wyraźny rozdźwięk, ale odnosiłabym się do tego ze spokojem, wręcz pobłażliwie. Natura była zawsze silniejsza od kultury.
To my sobie wyobrażamy, że kiedyś było «po Bożemu», a teraz już nie jest. Tymczasem, kiedy spojrzymy na fakty... W Anglii w niektórych parafiach zachowały się księgi parafialne prowadzone w XIV, XV w. Analizy historyków brytyjskich wykazały, że znaczący odsetek urodzin miał miejsce wcześniej aniżeli, biorąc pod uwagę datę ślubu, powinno to nastąpić. Nie można więc twierdzić, że kiedyś ludzie byli moralni, a dziś już nie są. Na pewno jednak Kościół musi szukać nowego języka, nowych środków oddziaływania, l czasem znajduje. Na przykład: wydawało się, że sprawa aborcji jest dla Kościoła przegrana i że w miarę modernizacji społeczeństwo będzie się domagało z coraz większą energią liberalizacji ustawy aborcyjnej. Badania CBOS dowodzą jednak, że nie, że argumenty Kościoła trafiły do przekonania: odsetek zwolenników aborcji «na życzenie» spada i w 2011 r. wynosił 16 proc. Oznacza to, że reszta nie postuluje takiej możliwości. Obecnie obowiązująca ustawa ma za sobą większość. Być może pomogła też technika: badania USG pokazują istotę ludzką i trudno temu zaprzeczyć. Przykład ten przekonuje, że sukcesy są możliwe. (...)

KAI: O ile jednak nauka jest sprzymierzeńcem Kościoła w dziedzinie aborcji, o tyle trudno wykorzystać ją w nauczaniu dotyczącym seksu przedmałżeńskiego...
- Biorąc pod uwagę powszechną dostępność rozmaitych środków antykoncepcyjnych i społeczną akceptację seksu przedmałżeńskiego, sytuacja Kościoła nie jest łatwa. Na dodatek wydłuża się okres pomiędzy gotowością ludzi do podjęcia życia seksualnego a momentem, kiedy stają się samodzielni społecznie i mogą zacząć myśleć o założeniu rodziny. W tej chwili jest to ponad 10, może 15 lat, w każdym razie nie 2 czy 3 lata. To jest wyzwanie. Nie wiem, jak na nie odpowiedzieć, ale wydaje mi się, że na pewno nie przez proste powtarzanie zakazów. To przestaje być skuteczne, a właściwie już nie jest, co pokazują dane CBOS.”

Bardzo rozsądne, wyważone uwagi. ”Wywiadowcy” i Rozmówczyni wielkie dzięki!
Na koniec coś z telewizora: obejrzałem ”Świra”. Sławny film nie podobał mi się. Trochę tak jak ”Rewers”: czarny humor, którego nie kocham. Czarny, bo choroba psychiczna to wielki dramat, nie wiem, czy rzecz do śmiechu. Komedia jakby pod tak zwaną publiczkę. Ale mojej żonie się podobało.

16:19, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Barnaba, wuj opiekuńczy. Jerzy Gałkowski o pracy w Biblii

Dzieje Apostolskie 13,2
Rzekł Duch Święty: - Wyznaczcie mi już Barnabę i Szawła do dzieła, do którego ich powołałem.”
Ewangelia Mateusza 10,10
Wart jest bowiem robotnik swojej strawy.”

Dzisiaj dzień ważnego świętego: niejakiego Barnaby. Ważnego, choć raczej nie u nas, bo Polaków Barnabów mało, wymienianego jednak w Biblii, jednej z najważniejszych postaci tamtejszej wspólnoty kościelnej, która jest nie tylko zalążkiem Kościoła, ale i jego fundamentem. Miał na imię Józef, Barnaba(s) to przydomek nadany przez apostołów; znaczący „syn zachęty” czy raczej „pocieszenia”, co niemal wychodzi na jedno, bo ktoś pocieszony, czyli wyciągnięty z depresji, może łatwiej działać. Otóż ów syn pocieszał, czyli zachęcał do Ewangelii. Zaczął od własnego przykładu: sprzedał swoją ziemię i zapłatą zasilił finanse powstałej właśnie komuny. Związał się bardzo z Szawłem Pawłem: zaczęło się od tego, że przygarnął go w Jerozolimie, gdy tam nikt mu nie ufał, bano się go po prostu. Barnaba przedstawił też Szawła apostołom. A że nowo nawrócony apostołował potężnie, nienawróceni uważali go za zdrajcę i usiłowali zabić, wysłano go zatem do rodzinnego Tarsu. Teraz z kolei (zresztą po latach wielu, o których nic nie wiemy) to Barnaba odnajduje Pawła w tamtym kraju i przywodzi do Antiochii. Potem poróżnił ich niechcący późniejszy autor ewangelii, Jan zwany Markiem. Krewny Barnaby, być może jego siostrzeniec, nie wytrzymał pierwszej podróży misyjnej z apostolskim duetem, czym tak zgorszył Pawła, że ten nie chciał go zabrać w drugą, przez co i Barnaba z nim nie poszedł, tylko z Markiem popłynął ewangelizować na Cypr, skąd pochodził. Konflikt jednak chyba z czasem wygasł, bo później Paweł podróżował z Markiem, chociaż już bez Barnaby. Mało wiemy poza tym o ich wzajemnych relacjach. Czy Barnaba, początkowy protektor Pawła, nie zazdrościł mu potem przywódczej roli w Kościele? W każdym razie został w Biblii z opinią, że był „człowiekiem dobrym i pełnym Ducha Świętego i wiary”.

Tyle o nim. Ale z perykopy ewangelijnej wybrałem też zdanie o prawach robotnika czy raczej pracownika: wtedy jeszcze nie było klasy robotniczej. Zdanie to jest biblijną podstawą chrześcijańskiej etyki społeczno-politycznej: protestu wobec ekonomicznego wyzysku, jednego z grzechów głównych, A wybrałem te słowa także po to, żeby odnotować potężne dzieło filozoficzne pracy ludzkiej poświęcone. Przyjaciel mój Jurek Gałkowski, profesor KUL-u, opublikował w tamtejszym wydawnictwie rzecz pt. „Człowiek, praca, wartości”. Jest też tam oczywiście o Biblii. Najważniejsza jest tutaj teza, iż Pismo Święte nie czyni z pracy skutku grzechu pierworodnego, jak się sądzi nieraz: skutkiem tym jest tylko ciężki trud z nią często związany. Ona sama jest wręcz przedłużeniem boskiego aktu stworzenia.

16:23, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
niedziela, 10 czerwca 2012
Grzechy, spowiedź, samokierownictwo

Psalm 130,3-4
„Jeśli zachowasz pamięć o grzechu, Panie,
Panie, któż się ostoi?
Ale ty udzielasz przebaczenia,
aby ze czcią Ci służono."
Ks. Alfred Tschirschnitz przełożył w Biblii 11 Kościołów: „aby się Ciebie bano." Nie chodzi jednak o strach, lęk zwyczajny, ale o „bojaźń Bożą".
Grzech w moim Kościele kojarzy się automatycznie ze spowiedzią, odnotuję więc tutaj dwie publikacje na temat tego sakramentu. Najpierw opis pewnej wzorowej spowiedzi w powieści Anny Marii Jaśkiewicz „Przeczekać ten dzień" (PROMIC, Warszawa 2012).
”Klęknąłem w ciasnym konfesjonale. Spojrzałem na gęstą kratkę, odgradzającą mnie od spowiednika. Splotłem spocone dłonie.
- Odwagi, synu. Pamiętaj, że w konfesjonale siedzi taki sam grzesznik jak ty.
Pomimo tej zachęty czułem, jak głos uwiązł mi w gardle. Jak zacząć?...
- Nie wiesz, jak zacząć? Najlepiej powiedz, kiedy ostatnim razem byłeś u spowiedzi.
- Dawno... - wydukałem zdławionym głosem.
- Wiem, że Kościół to nie urząd statystyczny, ale postaraj się być bardziej precyzyjny. Jak dawno?
- Wiele lat temu.
- Czym obraziłeś Pana Boga, synu?
- Miałem żonę, proszę księdza - wydukałem wreszcie. Czułem, jak po policzkach spływają mi łzy. Sam nie wiem dlaczego. Przecież minęło już tyle lat.
- To jeszcze nie przestępstwo.
- Ona... umarła. W samotności. Opuściłem ją wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebowała. Odszedłem.
Zapadła cisza. Przerywana jedynie regularnym rzężeniem, wydobywającym się z płuc starzejącego się księdza. Zapewne czekał na jakieś dodatkowe wyjaśnienia. Nie. Nie mam zamiaru się usprawiedliwiać, pomyślałem. Dla tego, co zrobiłem, nie ma usprawiedliwienia. Wyczekująco patrzyłem w stronę księdza, ale przez wąskie kratki konfesjonału nie było wiele widać.
- Czego oczekujesz? Że każę ci odmówić pięć zdrowasiek? Sam chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że to nie pomoże. Nie pomoże tobie. Nie ulży ci. Nie uciszy wyrzutów sumienia.
-Ja... żałuję. Naprawdę.
Znów chwilę trwaliśmy w ciszy. Czekałem jak na wyrok.
- Czy to wszystko?
Zamyśliłem się. Nie, to nie było wszystko.
-Ostatnio... bardzo denerwowałem się na moich uczniów. Szczególnie jednego.
- Czyli jesteś nauczycielem?
- Tak. W liceum... - zawiesiłem głos, po czym dodałem - Proszę Boga o wybaczenie...
- Och, już przestań z tymi prośbami o przebaczenie - przerwał mi ksiądz. - Pan już ci dawno przebaczył. Teraz nadszedł czas zadośćuczynienia. W ramach rozgrzeszenia zmienisz na lepsze życie jednej osoby. Uratujesz od zguby i cierpienia kogoś, kto nie jest sobie w stanie poradzić sam. Zrozumiałeś?
- Tak - wyszeptałem, choć nie byłem tego taki pewny. Kiedyś regularnie chodziłem do spowiedzi i nigdy nie dostałem takiej pokuty. Ale nigdy wcześniej nie spowiadałem się z... tego, co teraz.
- No, może za tego ucznia dorzucę ci jeszcze dziesiątek różańca. A teraz udzielę ci rozgrzeszenia w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Idź i nie grzesz więcej.
- Bóg zapłać - otarłem rękawem mokre oczy i podniosłem się z klęczek.
- Pamiętaj, Bóg jest z tobą - zawołał jeszcze za mną ksiądz, wychyliwszy się z konfesjonału. - Odwagi.”

Ach, żeby była to spowiedź powszechna w sensie „normalna", taka, jak u każdego księdza...

A teraz artykuł Józefa Majewskiego, profesora teologii, ucznia ks. Hryniewicza, w „Tygodniku Powszechnym" na dzisiaj. Autor atakuje obszernie niepisane przekonanie wiernych (a może i praktycznie niektórych duchownych, jeśli to przekonanie nie dość mocno zwalczają), że po paru tygodniach od przyjęcia tego sakramentu oraz Komunii, żeby ją ponownie przyjąć, trzeba się znów wyspowiadać, choćby nie zgrzeszyło się ciężko, śmiertelnie. Kończy się rzecz akapitem brzmiącym u nas jak dzwon (diabelski...?): „Pustoszejące konfesjonały nie muszą być dowodem kryzysu wiary i śmiertelnych chorób sumienia, przeciwnie - mogą świadczyć o ich dojrzałości".

Nie muszą: kryzys „spowiedzi usznej" na Zachodzie nie musi wynikać zawsze z utraty poczucia grzechu, jak sądzą krytycy tamtych porządków. Może wynikać z rozróżnienia sakramentu i tak zwanego kierownictwa duchowego, które jest potrzebne, ale nie tak, żeby nie można było nigdy radzić sobie samemu.

06:59, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
sobota, 09 czerwca 2012
Być ewangelistą skutecznym. Miesięcznik ”W drodze”: wychowanie bezklapsowe

2 List do Tymoteusza 4,5
„Wykonaj dzieło ewangelisty." Albo też - jak my przetłumaczyliśmy - ”dokonuj dzieła zwiastuna Ewangelii”. Przekład Tysiąclatki bardziej mi się jednak podoba, bo jest tam właśnie jedno greckie słowo w genetiwie: „evaggelistou".

My ewangelistą nazywamy autora jednego z czterech tekstów ewangeliami zwanych, ale dzisiejsze słowa to jeszcze jeden dowód, że owe teksty to jakieś orędzie, nie reportaże historyczne, po drugie, że ewangelistą jest każdy, kto orędzie Ewangelii, czyli Dobrej Nowiny głosi. Nowiny dobrej: że znalazł się ktoś, kto zatroszczył się o nasze szczęście pośmiertne, a że jest wręcz Synem Boga, więc zadbał o to skutecznie. Jest tylko problem, jak tę nowinę przekazywać. W „Tygodniku Powszechnym" przeczytałem list kogoś, kto oburza się na nachalność religijnego molestowania, np. przez maile do skrzynki pocztowej w pracy. Mnie ono nie oburza, martwię się jednak, czy jest skuteczne. Świadkowie Jehowy nie są najlepszym wzorem.

Co się wydaje
Lektura: „W drodze”, czerwiec 2012.
Naprawdę natnie się srodze
ten, co nie czyta „W drodze”.

W rymowance reklamowej, którą kiedyś ułożyłem dla poparcia polskich periodyków, tak sobie promowałem ów miesięcznik dominikański poznański. Pomogło mu jednak raczej co innego: koncepcja pisma inna niż skądinąd znakomitego „Znaku” czy „Więzi”. Podtytuł „miesięcznik poświęcony życiu chrześcijańskiemu” dobrze opisuje rzeczywistość: jest tu faktycznie bardzo dużo o samym życiu. Pewnie dzięki temu nakład urósł do 7700 egzemplarzy: to na tle trudności podobnych periodyków sukces niebywały!

Najnowszy numer ma jako temat wiodący wychowanie. Otwiera tekst psychologa Anny Dembińskiej w kwestii klapsa. Nie mamy tu jego obrony przez wyśmiewanie wychowania bezstresowego, grożącego rzekomo ciąganiem rodziców po sądach za maleńkie klapnięcie po pupie. Autorka argumentuje empirycznie. Jej znajoma „próbowała oduczyć córeczkę rzucania zabawkami. Za każde rzucenie dziewczynka dostawała lekko po łapce. Nadal rzuca zabawkami, tylko teraz po każdym rzuceniu przybiega do mamy po obowiązkowe pacnięcie w rączkę.” Skalkulowała, że się opłaci.

I dużo takich rad (także w tekstach Joanny Stroemich i Macieja Müllera), przede wszystkim jedna podstawowa, wyakcentowana w podtytule świetnego artykułu: „Bicia uczymy bijąc, krzyku krzycząc, mówić »cholera« - mówiąc »cholera«. Tłumaczenie nic nie da, jeśli nie pójdzie za tym nasz przykład”. Teza równie oczywista, jak trudna w codziennym życiu. Co piszę smutny, sam pełen winy za to, co było ze mną przed pół wiekiem.

PS. Tylko kto dzisiaj mówi „cholera”? Nazwa ciężkiej choroby somatycznej wyszła z mody, wyparta przez termin schorzenia moralnego...

00:06, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
piątek, 08 czerwca 2012
Czym Biblia nie jest?

2 List do Tymoteusza 3,16-17
16.„Całe Pismo jest natchnione przez Boga i pożyteczne do nauczania, ukazywania błędów, naprawiania, do wychowania w sprawiedliwości,
17. aby takim był Boży człowiek, jakim być powinien, zdatny do każdego dobrego dzieła.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Od bardzo dawna jestem fanem Biblii, kiedyś jednak myślałem, że sprawa jest prosta: wystarczy czytać i cześć!
Dziś nie tylko znam biblijne teksty nieporównanie lepiej, także wiem z rozmów z przyjaciółmi, ile ich lektura może nasunąć problemów. Zatem trochę luźnych myśli, dla niektórych banalnych, dla innych klerykalnych.

Przede wszystkim zapewne są jeszcze ludzie, którzy oczekują od Pisma Świętego, żeby opowiadało o ludziach świętych. A tu zupełnie jak w jakiejś telenoweli albo jeszcze gorzej: cudzołożnicy, mordercy. I to na samych szczytach. Abra(ha)m cudzołoży z niewolnicą, żeby mieć potomka, a gdy ta nie może się dogadać z żoną patriarchy, małżonka wypędza ją z niemowlęciem na pustynię bez jego sprzeciwu. Zresztą patriarcha własnej żony bynajmniej nie chroni przed chucią faraona; tłumaczy jej tylko, jak ważny jest jego los: żeby go nie zamordowano, aby móc ją posiadać (no cóż, jej śmierć nie grozi przecież, a zgwałcenie to fraszka...). Wybujały patriarchalizm. Kwestia, czy narrator go potępia. Czasem to potępienie werbalizuje: gdy opowiada o chuci monarchy i karze Bożej za nią. Narrator biblijny jest jednak przede wszystkim kronikarzem: Stary (Pierwszy) Testament (pomijając późne księgi) to przecież głównie faktografia: raczej rodowody niż moralne wywody.

Jeśli jednak nawet przyjmiemy, że autorowi i redaktorom księgi nie podoba się w życiu patriarchy wszystko to, co i nam dzisiaj, to, co zrobić z Bożymi nakazami ludobójczymi, które przerażają nas w opisach podboju Ziemi Obiecanej? Nie ma rady, musimy pogodzić się z tym, że Biblia jest dziełem Boga, ale posługuje się On nie tylko piórem, także umysłem człowieka. Można powiedzieć, że tak jest w ogóle z działaniem Boga w świecie: samowola ludzka króluje tu tak bardzo, że za nią Go prawie nie widać. Tyle że to historia, nie Biblia, całą przecież natchniona. Trzeba dodać do tego problem (nie)dokładności historycznej Pisma Świętego: mamy, co prawda, wciąż dowody archeologiczne, że to nie same zmyślenia, ale to też nie historiografia dzisiejsza. Czasem bezspornie beletrystyka (w Starym Testamencie tej drugiej w późniejszych księgach sporo), ale w Nowym są też tak zwane ewangelie dzieciństwa, równie piękne, jak - pisałem o tym nieraz - kronikarsko wątpliwe.

Jest na szczęście wielu ludzi także poza formalnymi strukturami kościelnymi, którzy nazywają Biblię księgą nad księgami, choć nie czytają jej jak Pismo Święte, i jest wielu ludzi w środku Kościołów, którzy ją czytają religijnie nie gorsząc się Abrahamem, Księgą Jozuego ani niepewnością, czy naprawdę Jezus urodził się w Betlejem, czy przybyli tam mędrcy nad mędrcami itd., itp. Którzy uważają Biblię za literaturę klasy zerowej, ale będącej trochę jak gotycka katedra: gdzie piękno budowli jakoś samo buduje duchowo.

20:20, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
czwartek, 07 czerwca 2012
Jezus umarł za wszystkich! Wiara katolicka (i prawosławna), wiara kalwińska

Ewangelia Marka 14,22-25
„A gdy jedli, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dał im mówiąc: - Bierzcie, to jest ciało moje. Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie dał im, i pili z niego wszyscy. I rzekł do nich: - To jest moja krew Przymierza, która za wielu będzie wylana.”

Wyrażenie „za wielu” stało się kontrowersyjne w Niemczech, gdzie zastąpiono je w liturgii słowami „za wszystkich”. Nie jest to tłumaczenie dosłowne, wiadomo jednak, że w języku hebrajskim, do którego trzeba tu sięgnąć, odpowiedni termin oznacza właśnie wszystkich bez wyjątku. Jednak Benedykt XVI kazał przywrócić wersję dosłowną, nie wiem, czy słusznie wtrącając się do nie najważniejszej chyba sprawy Kościoła lokalnego. Na szczęście nie zaprzeczył, że chodzi tu o całą ludzkość. Tak, Chrystus umarł za wszystkich ludzi. Trudno mi zatem uwierzyć, że moc Jego śmierci może być słabsza niż wolna wola jakiegokolwiek złoczyńcy. Pokona wszystko, by zbawić wszystkich! 

Teraz - bo dziś przecież Boże Ciało - o rzeczywistej Obecności (przytoczę to, co napisałem kiedyś). Oto zupełna niezwykłość doktrynalna chrześcijaństwa. Co prawda, nieco bardziej zrozumiała, gdy się pamięta, że Ostatnia Wieczerza była świętym posiłkiem żydowskim, szabasowym albo według innych biblistów sederowym, paschalnym. Niemniej obecność Mesjasza w chlebie i winie, wiktuałach owych sakralnych spotkań, jest Przymierzem absolutnie nowym. Nadzwyczajności tej nie może też zacierać świadomość, że Chrystus w doktrynie katolickiej obecny jest, co prawda, również w celebransie Eucharystii, w czytanym Piśmie Świętym, w całym zgromadzeniu eucharystycznym (Kościele). W sposób szczególny („substancjalny”) bywa nam jednak dany pod postaciami chleba i wina.
Specyfikę tę próbowano zredukować. Były podobne pomysły w średniowieczu, na progu nowożytności czynił to Szwajcar Ulrich Zwingli. Słynna była jego polemika z Lutrem, który z właściwą sobie determinacją bronił Obecności realnej, nie tylko symbolicznej.

Wśród polskich periodyków religijnych, wychodzących czasem poza własne wyznaniowe podwórko, mamy „pismo religijno-społeczne poświęcone polskiemu ewangelicyzmowi i ekumenii”, czyli ewangelicko-reformowaną „Jednotę”. Jeden z dawniejszych numerów miesięcznika traktuje ciekawie właśnie problem dzisiejszego katolickiego święta.
Trzeba wiedzieć, że tamto wyznanie, zwane w Polsce potocznie kalwińskim, szczególnie w naszym kraju nie powinno być tak nazywane. „Genetycznie” bowiem są to nie tylko synowie duchowi Kalwina, ale też potomkowie Braci Czeskich, którzy uciekali ze swojej ojczyzny do Polski. Wywodzą się zatem nie tylko od Kalwina, także od Husa. Ale przede wszystkim także od Zwingliego, którego ”symbolizmu” Kalwin nie przyjmował, ”teologizował” jeszcze inaczej.

Otóż w rzeczonym numerze mamy wyraźnie opcję doktrynalną kalwińską. Z dawnych lat pamiętam, że były na ten temat spory między duchownymi polskimi tego Kościoła, tu widzę w paru artykułach myśl mego francuskiego imiennika. Zajmował on w sporze zwingliańsko-luterskim stanowisko jakby pośrednie. W artykule Sue Rezeboom, teolożki reformowanej z USA, przetłumaczonym przez J. Lewandowską, czytamy: „Według Kalwina chleb i wino są symbolami ciała i krwi Chrystusa, ale nie są zwykłymi symbolami. W Wieczerzy dana nam jest prawdziwa, głęboka, integralna komunia Chrystusa. Jeśli nie chcemy nazywać Boga kłamcą, nie ośmielimy się zasugerować, że daje nam pusty symbol, mówi Kalwin.

I dalej tak:
”Fakt, że jesteśmy karmieni krwią i ciałem Chrystusa jest, jak to ujmuje Kalwin, wielką tajemnicą, tajemnicą, o której nawet marzyć nie możemy, że ją zrozumiemy. Jego wyznanie może być równie dobrze naszym: «Nie będę zawstydzony, kiedy wyznam, że to jest tajemnica zbyt wielka, by mój umysł mógł ją zrozumieć, a moje usta wypowiedzieć. I, żeby wyrazić się jeszcze jaśniej, ja raczej doświadczam tego, niż rozumiem. Stąd przyjmuję tutaj bezspornie prawdę Boga, w której mogę bezpiecznie odpocząć. On nazywa swoje ciało pokarmem mojej duszy, swoją krew jej napojem. Ofiaruję Mu moją duszę, by była nakarmiona takim pokarmem. W swojej Świętej Wieczerzy prosi mnie, żebym wziął, jadł i pił Jego ciało i krew pod postacią chleba i wina. Nie wątpię, że On je prawdziwie podaje, a ja je otrzymuję». Zatem, kiedy celebrujemy sakrament, powinniśmy znaleźć przyjemność w doświadczeniu głębokiej, niewypowiedzianej duchowej tajemnicy: Chrystus spotyka nas przy stole i daje nam siebie – swoje ciało, swoją krew – jako duchowy pokarm na duchową podróż, żywiąc, wzmacniając i dając radość dzieciom Bożym na ich drodze.”
No właśnie, tajemnica, nie ma rady! Ale Obecność realna!

Nie „irenizuję” (od słowa „irene” – pokój), czyli nie zagłaskuję różnic konfesyjnych: z innych sformułowań „Jednoty” nie wynika, że między kalwinizmem a katolicyzmem (i prawosławiem) nie ma już teraz żadnej różnicy. Kalwiniści akcentują duchową (ale realną!) Obecność, katolicy podkreślają jednak jej „substancjalność” (jeśli nie „fizyczność”- ale przecież nie ”materialność”). Niemniej wydaje mi się, że subtelne rozróżnienia intelektualne potrzebne były w tej kwestii ludziom dawnych wieków, dziś wolimy stwierdzenia „zdrowo agnostyczne”.
Co zaś do „pustego” symbolu, przypomina mi się to, co już tu nieraz pisałem, że starożytni myśliciele chrześcijańscy wschodni głosili za Platonem istnienie symboli właśnie nie „pustych”, ale realnych, jakoś partycypujących w oznaczanej rzeczywistości, i do takich zaliczali właśnie konsekrowane chleb i wino.

Wreszcie w omawianym numerze „Jednoty” zostało też podkreślone, że Eucharystia to nie tylko pamiątka tamtej Wieczerzy, to rzeczywiste otrzymywanie i uczestnictwo w ciele i krwi Chrystusa. Gdzie indziej jest zarazem powiedziane, iż „Kościół rzymski wierzył, że miał w swojej mocy zdolność składania na nowo w ofierze Chrystusa za nasze grzechy”. Otóż słuszny jest tu czas przeszły: dziś dawna katechizmowa formuła „powtórzenia ofiary Chrystusa” została zastąpiona (dawną, z czasem wypaczoną) wersją „uobecnienia” Ofiary.
Dialog teologiczny zbliża naprawdę.

08:01, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
środa, 06 czerwca 2012
Płomiennie, ale rozsądnie

2 List do Tymoteusza 1,6-7
„Przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie przez włożenie moich rąk. Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia.

Charyzmat... Słowo to wróciło do łask na fali Vaticanum Secundum, czasem używane jest w sposób swoisty: pewna działaczka katolicka mówiła, że ma ”charyzmat mówienia rzeczy nieprzyjemnych”. Tu jednak oznacza nie tyle specyficzne uzdolnienia osobowe, ile w ogóle święty zapał. Miał go Paweł może nawet w nadmiarze, chciał, by płomienny był również jego syn duchowy Tymoteusz. Każdy z nas powinien być taki, musi pamiętać jednak o owej „trzeźwości myślenia” czy też „umiarkowania” lub „rozsądku”, jak tłumaczą inni. Inaczej pojawić się może fanatyzm najróżniejszy. Każdy pogląd daje się utopić w bezrozumnym szaleństwie.

10:20, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
wtorek, 05 czerwca 2012
Nasze codzienne cegiełki. ”Więź” majowo-czerwcowa, bardzo mile bojowa!

2 List Piotra 3,12-13
„Oczekujecie i staracie się przyspieszyć przyjście dnia Bożego, który sprawi, że niebo zapalone pójdzie na zagładę, a gwiazdy w ogniu się rozsypią. Oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość.”
Przejmujmy się nie tyle takimi apokaliptycznymi obrazami, nie bierzmy ich dosłownie, zwracajmy uwagę raczej na obietnicę nowego nieba i nowej ziemi, czyli lepszej rzeczywistości, której przyjście mamy przyspieszyć. Jak? Przez budowanie owego lepszego światła własnym codziennym wysiłkiem. Brzmi to potwornie sloganowo, ale jak określić inaczej nasze starania, by wokół nas było lepiej? Choćby troszenieczkę... Byleby tylko nie machnąć ręką na wszystko. I nie wykluczać, że jednak jest jakiś postęp.

Lektura: „Więź" majowo-czerwcowa. Miesięcznik znakomity prawie połowę numeru poświęca marcowemu IX już Zjazdowi Gnieźnieńskiemu. Drukuje co ważniejsze tamtejsze wystąpienia oraz kilka komentarzy. Również tekst redaktora naczelnego pisma, Zbigniewa Nosowskiego, zresztą głównego organizatora imprezy. Wybrałem passus smakowity - palce lizać. Oczywiście palce Platformy Obywatelskiej...

”Można było (...) przeczytać w miesięczniku „WPiS" (Wiara, Patriotyzm i Sztuka) wydawanym przez zasłużone Wydawnictwo Biały Kruk - że w połowie marca w Gnieźnie odbyła się «wielka kampania marketingu politycznego na rzecz jedynie słusznej i sprawiedliwej partii - obywatelskiej. [...] Choć o jakiejkolwiek platformie nikt nie wspominał, czuło się, jak wisi ona nad tymi uczonymi głowami». Autor tych refleksji - podpisujący się: «Mgr Stanisław Kąkretny» - uważa, że «zjazd w Gnieźnie przerodził się w totalną, choć kulturalną, krytykę Kościoła katolickiego». Ów pan wyraźnie nie był na Zjeździe, bo czyni elementarne błędy w opisie faktów, ale za to oburza się, że «najwyższy rangą polski hierarcha, wspierany przez paru innych godnych szacunku kolegów, napomina mnie ciągle, żem nie dorósł do społeczeństwa obywatelskiego. Co prawda nie wyjaśnia ani słowem, co to znaczy owo społeczeństwo obywatelskie, ale przecież mogę łatwo wydedukować, że to społeczeństwo na pewno nie takie jak dotychczasowe: katolickie, polskie, przywiązane do tradycji».

Rzecz jasna, ani gospodarz Zjazdu, prymas Polski, abp Józef Kowalczyk, ani kard. Kazimierz Nycz nic takiego w Gnieźnie nie mówili. Dzięki takiej publikacji jednak 40 tysięcy czytelników pisma - rozsyłanego przez Wydawnictwo Biały Kruk m.in. po parafiach w ramach promocji publikacji albumowych tej oficyny - już wie, że oto któryś z biskupów skumał się z wrogami polskości i katolickiej tradycji. A wszystko to w artykule pod tytułem Bolesław Chrobry przewraca się w grobie. Dlaczego się przewraca? Albowiem «dzieło Chrobrego [idea Zjazdu Gnieźnieńskiego -ZN] tysiąc lat później podstępnie zostało ukradzione przez ludzi, których on sam w najlepszym wypadku przegnałby precz». A na czele tych, co ukradli i których Chrobry przegnałby precz, stoi, jak wiadomo, inicjator i patron odnowionych - dla arcykatolickiego pana Kąkretnego, «haniebnych» - Zjazdów Gnieźnieńskich, abp Henryk Muszyński.”

Ucieszył mnie Nosowski: dzięki niemu wreszcie wiem, jak pięknie różnorodna jest nasza święta ojczyzna. I jak się sympatycznie wszystko miesza: dotąd wydawało się, że jak ktoś na prawicy, to Kościoła nie ruszy. A tu ”WPiS” (oczywiście nie mylić z PiS-em) miesza z błotem kardynała, aktualnego prymasa Polski oraz prymasa seniora. Ten ostatni oczywiście najgorszy: wiadomo od wieków, z jakimi wrogami trzyma. Z tymi, których tak dzielnie zwalczał król Bolesław, i z jeszcze innymi, których książę Władysław Herman nierozważnie dopieszczał.

15:10, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 04 czerwca 2012
Wspólnicy Bożej natury. Trup w Bożej szafie

2 List Piotra 1,2-4
„2. Niech łaska i pokój napełnią nas obficie w poznawaniu Boga i Jezusa, Pana naszego.
3. Ponieważ jego Boża moc podarowała nam wszystko, co służy życiu i pobożności przez poznanie Tego, który powołał nas do własnej chwały i doskonałości,
4. i z tego względu zostały nam podarowane drogocenne i największe obietnice, abyście dzięki nim byli we wspólnocie z naturą Bożą, uchodząc przed niszczycielską pożądliwością, która jest na świecie".
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Bodaj najpóźniejszy tekst Nowego Testamentu, według Biblii Poznańskiej mógł powstać nawet w połowie II wieku. Prawdopodobnie nie Piotrowy, Poznanianka nazywa go poza tym deuterokanonicznym, czyli późno włączonym do kanonu. Jedno i drugie nie oznacza niekanoniczności. To, że nie napisał go Piotr, nic tu nie ma do rzeczy: w on czas prawo autorskie nie strzegło praw autora rzeczywistego (sam z nich rezygnował), ani tego znakomitego, któremu dla dodania tekstowi autorytetu był przypisywany.

Mnie w dzisiejszej treści uderzyła ta nasza „wspólnota z naturą Bożą" czy - jak w innych przekładach - w niej „uczestnictwo". Wyrażenie to - uczy Poznanianka - było już w myśli greckiej (Platona, stoików, Filona, Józefa Flawiusza), a odpowiada myśli innych autorów nowotestamentalnych, którzy mówią o Bożym synostwie, jednak brzmi mi to jakoś szczególnie mocno. Oczywiście jest to jednak dar, czyli możemy go nie przyjąć.

Lektura weekendowa: „Trup w Bożej szafie". W przekładzie polskim książka zwie się o wiele milej: „Ślad życia, ślad śmierci". Wydawnictwo katolickie, jakim jest PROMIC księży marianów, musi szanować subtelne uszy polskich czytelników, zatem schowało pod korcem angielski tytuł „Skeleton in God`s Closet". Nie mam jednak o to pretensji. I tak kryminał Paula L. Maiera jest dziełem religijnie odważnym.
Thriller na wielce drażliwe tematy biblistyczne: czegoś takiego u nas jeszcze chyba nie było, w każdym razie z katolickim stemplem edytorskim. Amerykański profesor historii starożytnej wykorzystał swoją wiedzę naukową do opowieści wielce oryginalnej. Wymyślił mianowicie, że uczony z jego kraju znajduje w Ziemi Świętej ni mniej, ni więcej, tylko kostne szczątki Jezusa Chrystusa. Znajdują się w sarkofagu razem z dokumentem, który tę przynależność zdaje się bezdyskusyjnie potwierdzać. Tak w każdym razie sądzi ów profesor, jak też paru jego najbardziej kompetentnych współpracowników. Weryfikują swoją tezę na najróżniejsze sposoby i bronią jej przed krytykami, których jest oczywiście legion, z różnych wyznań chrześcijańskich i - rzecz zrozumiała - z ich kościelnych szczytów. Przecież jeśli grób nie był pusty, to znaczy, że Chrystus nie zmartwychwstał, czyli wali się cała wiara chrześcijan: więc i my nie mamy co liczyć na niebieskie szczęście. Powstaje niesłychane zamieszanie, w które zostają wciągnięci nawet dostojnicy państwowi z prezydentem USA, katolikiem na czele. Triumfują radykalni teologowie spod znaku Rudolfa Bultmanna, którzy w żadne cielesne zmartwychwstanie Jezusa nie wierzą, protestują ortodoksi, fundamentaliści szaleją. Wygląda to na koniec świata chrześcijańskiego.

Nie jestem aż tak bezlitosny wobec czytelników książki, żebym referował ją dalej: nie mogą przecież wiedzieć, jak się kryminał kończy. Zakończę zatem myślą własną. Czy rzeczywiście zmartwychwstanie Jezusa musiało oznaczać zniknięcie z grobu Jego ziemskiego ciała? Jego zupełnie nowe ciało nie musiało powstać z przemiany tego starego, miało przecież zupełnie inne właściwości. Ważne to było dla apostołów, którzy wyobrażali sobie po dawnemu, że grób musi być pusty, bo Bóg ożywia to, co umarło. Zadbała zatem o taki znak Jego Opatrzność, tak czy inaczej go opróżniając, ale nam dzisiaj to chyba wszystko jedno: grób był pusty albo i nie.

W każdym razie książkę warto przeczytać: jest tam również o innych zagadkach biblistycznych. No i akcja zaprawdę thrillerowa!

21:47, jan.turnau
Link Komentarze (40) »
niedziela, 03 czerwca 2012
Za kozę...

Ewangelia Mateusza 28,19
„Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego.”

Bardzo ważne słowa, warto się nad nimi zastanowić.
Najpierw istotny problem translatorski: właściwie należałoby tłumaczyć „czyńcie uczniami”, a to nie to samo. Nauczyć doktryny można ateistę, będzie on jednak tylko religioznawcą. Albo też owszem, w istocie będzie uczniem Chrystusa, ponieważ kocha bliźniego swego jak siebie samego, nie dlatego jednak, że habilitował się ze znajomości chrześcijańskiej religii. Być uczniem mistrza to naśladować go w swoim życiu.
Dalej: „wszystkie narody”. Banalne jest twierdzenie o konieczności „inkulturacji”, czyli adaptacji przesłania religijnego do odpowiedniej kultury. Nie jest jednak oczywiste, co zrobić na przykład z afrykańskim wielożeństwem, które jest tam nie tylko obyczajem, stanowi wręcz inną strukturę społeczną, w których kobiety i dzieci są siłą roboczą faceta. Tu kapitalna opowieść ks. Bonieckiego: pewien Afrykańczyk chce się ochrzcić. Ma jednak dwie żony, więc ksiądz mu mówi, że niestety nie może. Poszedł - i wraca, bo ma już tylko jedną. - A co zrobiłeś z tamtą? - Sprzedałem. Za kozę... Sapienti sat. Oni są jeszcze na etapie Abrahama. Zresztą wielożeństwo to może nie tyle wynik chuci, ile ekonomii, ale ta pierwsza też buzuje. Celibat nie dla Murzynów.

A dzisiaj w Kościele Niedziela Trójcy Świętej. Wiara - jak widać powyżej - oczywiście biblijna, choć pojęcie dopiero późniejsze. Acha - i taki drobiazg: w tekście jest nie ”Ducha Świętego”, ale „Świętego Ducha”. Takim tekstem zresztą żegnają się prawosławni.

07:12, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
 
1 , 2
Archiwum