Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
piątek, 24 czerwca 2011
Zazdrość, zazdrość, zazdrość...

Ewangelia Łukasza 1,15
”Będzie wielki w oczach Pana.”
Jeżeli wszyscy zgadzają się, że powinna być jakaś regulacja urodzin, to powinni też uznać, że konieczna jest regulacja imienin. Przyszło mi to kiedyś do głowy, gdy dowiedziałem się, że mój patron Jan Chrzciciel ma w kalendarzu katolickim dwa święta (w prawosławnym aż pięć). Świętuje się nie tylko jego narodziny 24 czerwca, ale też koniec ziemskiego życia 29 sierpnia. Żeby zatem w tym pierwszym terminie nie było za dużo solenizantów, postanowiłem obchodzić swoje imieniny pod koniec lata.

Niemniej w moim Kościele wspomina się wielkiego Jana przede wszystkim dzisiaj. Na czym jego wielkość polegała? Myślę, że na tym, iż nie było w nim nic z zazdrości. On, wielki prorok, który przyciąga tłumy, ogłasza, że nie on jest obiecanym Żydom mesjaszem, tylko dotąd nikomu nieznany jego krewniak, Jezus z Nazaretu.

Jakże trudno ustąpić pola drugiemu, uznać jego wyższość. Ile wciąż na około nas, szczególnie na społecznych szczytach, zażartej rywalizacji. Każdy chce być ważny, ważniejszy: walka o władzę przeżera politykę, zamiast troski o dobro wspólne mamy tam przede wszystkim troskę o własne „ja”. Tak bywa wysoko, ale też niżej, w rodzinach, w szkole, na uczelni, w każdym środowisku. Oczywiście jest coś takiego, jak rywalizacja zdrowa, bez niej nie byłoby niczego nie tylko w sporcie. Ale panuje pokusa pójścia na moralne skróty: podstawić drugiemu nogę, zrobić wszystko, żeby nas nie przewyższył. Co piszę smutny, bom sam nie bez winy.

To mój ostatni wpis przed urlopem: następny 10 lipca.

13:48, jan.turnau
Link Komentarze (114) »
czwartek, 23 czerwca 2011
Nasze wspólne tajemnice

1 List do Koryntian 10,16-17
”Kielich błogosławieństwa, który błogosławimy, czyż nie jest udziałem we Krwi Chrystusa? Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa? Ponieważ jest jeden Chleb, przeto my liczni tworzymy jedno ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba.”

Dziś Boże Ciało: uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Oto zupełna niezwykłość doktrynalna chrześcijaństwa. Co prawda, nieco bardziej zrozumiała, gdy się pamięta, że Ostatnia Wieczerza była świętym posiłkiem żydowskim, szabasowym albo według innych biblistów sederowym, paschalnym. Niemniej obecność Mesjasza w chlebie i winie, wiktuałach owych sakralnych spotkań jest Przymierzem absolutnie nowym. Nadzwyczajności tej nie może też zacierać świadomość, że Chrystus jest – w każdym razie w doktrynie katolickiej – obecny również w celebransie Eucharystii, w czytanym Piśmie Świętym, w całym zgromadzeniu eucharystycznym (Kościele). W sposób szczególny („substancjalny”) bywa nam dany bowiem tylko pod postaciami chleba i wina.

Specyfikę tę próbowano zredukować. Były podobne pomysły w średniowieczu, na progu nowożytności czynił to Szwajcar Ulrich Zwingli. Słynna była jego polemika z Lutrem, który z właściwą sobie determinacją bronił Obecności realnej, nie tylko symbolicznej.

Wśród polskich periodyków religijnych, wychodzących czasem tematycznie i „tetycznie” (od słowa „teza”, pogląd) poza własne wyznaniowe podwórko, mamy „pismo religijno-społeczne poświęcone polskiemu ewangelicyzmowi i ekumenii”, czyli ewangelicko-reformowaną „Jednotę”. Zeszłoroczny numer miesięcznika 1-2 traktuje ciekawie właśnie problem dzisiejszego tylko katolickiego święta.

Trzeba wiedzieć, że tamto wyznanie, zwane w Polsce potocznie kalwińskim, szczególnie w naszym kraju nie powinno być tak nazywane. „Genetycznie” bowiem są to nie tylko synowie duchowi Kalwina, możni niegdyś na Litwie, ale też potomkowie Braci Czeskich, którzy uciekali ze swojej ojczyzny przed katolickim prześladowaniem przez Dolny Śląsk (ślady w sudeckiej Pstrążnej, Strzelinie u stóp Ślęży) na Mazowsze, gdzie ten maleńki dziś Kościół polski ma swoją największą parafię w miasteczku Zelów w rejonie Łodzi. Wywodzą się zatem nie tylko od Kalwina, także od Husa. Ale przede wszystkim także od Zwingliego, którego ”symbolizmu” Kalwin nie przyjmował, ”teologizował” jeszcze inaczej.

Otóż w rzeczonym numerze zimowym mamy wyraźnie opcję doktrynalną kalwińską. Z dawnych lat pamiętam, że były na ten temat spory między duchownymi polskimi tego Kościoła, tu widzę w paru artykułach myśl mego francuskiego imiennika. Zajmował on w sporze zwingliańsko-luterskim stanowisko jakby pośrednie. W artykule Sue Rezeboom, teolożki reformowanej z USA, przetłumaczonym przez J. Lewandowską, czytamy: „Według Kalwina chleb i wino są symbolami ciała i krwi Chrystusa, ale nie są zwykłymi symbolami. W Wieczerzy dana nam jest prawdziwa, głęboka, integralna komunia Chrystusa. Jeśli nie chcemy nazywać Boga kłamcą, nie ośmielimy się zasugerować, że daje nam pusty symbol, mówi Kalwin. I tak, »jeśli prawdą jest, że widzialny znak jest dany, by zapieczętować [niewidzialną rzecz], kiedy otrzymaliśmy symbol ciała, tak samo ufamy, że i samo ciało jest nam dane»”.

I dalej tak:
”Fakt, że jesteśmy karmieni krwią i ciałem Chrystusa jest, jak to ujmuje Kalwin, wielką tajemnicą, tajemnicą, o której nawet marzyć nie możemy, że ją zrozumiemy. Jego wyznanie może być równie dobrze naszym: «Nie będę zawstydzony, kiedy wyznam, że to jest tajemnica zbyt wielka, by mój umysł mógł ją zrozumieć, a moje usta wypowiedzieć. I, żeby wyrazić się jeszcze jaśniej, ja raczej doświadczam tego, niż rozumiem. Stąd przyjmuję tutaj bezspornie prawdę Boga, w której mogę bezpiecznie odpocząć. On nazywa swoje ciało pokarmem mojej duszy, swoją krew jej napojem. Ofiaruję Mu moją duszę, by była nakarmiona takim pokarmem. W swojej Świętej Wieczerzy prosi mnie, żebym wziął, jadł i pił Jego ciało i krew pod postacią chleba i wina. Nie wątpię, że On je prawdziwie podaje, a ja je otrzymuję». Zatem, kiedy celebrujemy sakrament, powinniśmy znaleźć przyjemność w doświadczeniu głębokiej, niewypowiedzianej duchowej tajemnicy: Chrystus spotyka nas przy stole i daje nam siebie – swoje ciało, swoją krew – jako duchowy pokarm na duchową podróż, żywiąc, wzmacniając i dając radość dzieciom Bożym na ich drodze.”

No właśnie, tajemnica, nie ma rady! Ale Obecność realna!

Nie „irenizuję” (od słowa „irene” – pokój), czyli nie zagłaskuję różnic konfesyjnych: z innych sformułowań „Jednoty” nie wynika, że między kalwinizmem a katolicyzmem (i prawosławiem) nie ma już teraz żadnej różnicy. Kalwiniści akcentują duchową (ale realną!) Obecność, katolicy podkreślają dodatkowo jej „substancjalność” (jeśli nie „fizyczność”- ale przecież nie ”materialność”). Niemniej wydaje mi się, że subtelne rozróżnienia intelektualne potrzebne były w tej kwestii ludziom dawnych wieków, dziś wolimy stwierdzenia „zdrowo agnostyczne”.

Co zaś do „pustego” symbolu, przypomina mi się to, co już tu nieraz pisałem, że starożytni myśliciele chrześcijańscy wschodni głosili za Platonem istnienie symboli właśnie nie „pustych”, ale realnych, jakoś partycypujących w oznaczanej rzeczywistości, i do takich zaliczali właśnie konsekrowane chleb i wino.

Wreszcie w omawianym numerze „Jednoty” zostało też podkreślone, że Eucharystia to nie tylko pamiątka tamtej Wieczerzy, to rzeczywiste otrzymywanie i uczestnictwo w ciele i krwi Chrystusa. Gdzie indziej jest zarazem powiedziane, iż „Kościół rzymski wierzył, że miał w swojej mocy zdolność składania na nowo w ofierze Chrystusa za nasze grzechy”. Otóż słuszny jest tu czas przeszły: dziś dawna katechizmowa formuła „powtórzenia ofiary Chrystusa” została zastąpiona (dawną, z czasem wypaczoną) wersją „uobecnienia” Ofiary.

Na koniec uwaga na temat dzisiejszych słów Pawłowych: każą nam one pamiętać o najgłębszej wspólnocie, Komunii przecież, z uczestniczącymi w sakramencie bliźnimi. Przekazywany wtedy znak pokoju musi być tej wspólnoty serdecznym wyrazem. 

13:57, jan.turnau
Link Komentarze (48) »
środa, 22 czerwca 2011
Rozwinęliśmy się ogromnie

Księga Rodzaju 15, 1-12.17-18
Opowieść o teofanii. Ważnej, bo Bóg składa w niej Abramowi obietnicę obdarowania go licznym potomstwem oraz ziemią ogromną (wręcz od Nilu do Eufratu). Czytamy o sposobie przekonania patriarchy, że rzeczywiście dostanie to wszystko na własność. Odbywa się rzecz tak, że Pan w postaci dymu i ognia przechodzi między połowami zwierząt: przedtem oczywiście są one zarzynane. Myślę sobie radośnie, że od tamtego czasu rozwinęliśmy się sporo: już nie wierzymy, że Bogu potrzebna jest taka jatka. Objawia się inaczej. Także religia żydowska nie jest już w tej sprawie krwiożercza, bo też i nie ma Świątyni, gdzie zabijano ssaki i ptaki (ciekawe, co by było dzisiaj, gdyby jej nie zburzono). Czytana odpowiednio, historia religii krzepi.

20:31, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
wtorek, 21 czerwca 2011
Nie czyń drugiemu... Hanna Malewska

Ewangelia Mateusza 7, 12
„Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie. Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy".
Bardzo ważne słowa, odpowiednik jest u Łukasza 6,31, choć bez odniesienia do Starego Testamentu, bo nie pisał do Żydów. Poniekąd to też odpowiednik złotej myśli rabbiego Hillela, której pierwszą część znamy z naszej mądrości potocznej: „Nie czyń drugiemu, co tobie jest niemiłe. To jest cała Tora, a wszystko inne jest wyjaśnieniem. Idź i ucz się".
Tak to i starotestamentalna, i ewangeliczna etyka zostają sprowadzone do prostej zasady wzajemnej życzliwości. Prostej, lecz tylko teoretycznie. Bo w praktyce takie zrównanie naszych potrzeb z cudzymi nie jest łatwe. Są równi i równiejsi, a ja odruchowo zaliczam się do tych drugich.

Stulecie urodzin Hanny Malewskiej: wybitnej pisarki i intelektualistki katolickiej (zmarła w r. 1983). Prawie nie znałem jej osobiście. Pamiętam tylko jedno spotkanie z nią w większym gronie, nawet w jej własnym mieszkaniu w Krakowie, tylko że wtedy pani Hania jak zwykle mówiła mało. A przecież coś ważnego zostało mi w pamięci. Poprawka, jaką zrobiła w moim tekście, który właśnie sama adiustowała. Napisałem „niemniej jednak", pani Hania skreśliła to „jednak" jako zbyteczne. Wziąłem to sobie do serca: wystarcza mi odtąd zawsze to pierwsze słówko. Wniosek biograficzny: nie tylko dzielnie parała się rzemiosłem adiustacyjnym, ale w tej pracy widać było jej własny styl: maksymalną oszczędność słowa.

Była znakomitą powieściopisarką, a jej proza wyróżniała się właśnie taką słowną ascezą. Tak wielką, że przyznam się szczerze - utrudniała mi lekturę.
Była zresztą ascetyczna nie tylko w pisaniu: także w mówieniu o sobie. Jako pisarkę i redaktor naczelną „Znaku" znało ją wiele osób, nikt jednak nie wiedział, co robiła podczas wojny, że kierowała komórką szyfrów Komendy Głównej AK, i to bez żadnej wpadki.
O wielkiej postaci polskiego powojennego chrześcijaństwa napisze w sobotniej „Arce Noego" Katarzyna Wiśniewska.

12:56, jan.turnau
Link Komentarze (41) »
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Nie sądźcie...

Ewangelia Mateusza 7, 1
„Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni". Sądzenie bliźnich jest niebezpieczne, bo już tak jest, że nasze kryteria oceny innych stosuje się także do opiniowania nas samych. Brakuje nam nieraz czegoś takiego, co się nazywa chyba „jaźnią odzwierciedloną". Jest to mianowicie rozpoznany obraz społeczny naszej osoby: coś często zgoła różnego od naszego własnego mniemania o sobie. Owszem, samoocena niższa od tego, co inni sądzą o nas, zdarza się również: u ludzi z kompleksem niższości, takich, co to przepraszają, że żyją, co są zupełnie bez tupetu. To druga skrajność, ale częstsza jest nadmierna skłonność do samousprawiedliwiania się. Owszem, jestem nieznośny, ale ktoś inny jeszcze bardziej. Gdy tymczasem proporcja bywa odwrotna, a raczej może po prostu wszyscyśmy tacy sami.

14:22, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
niedziela, 19 czerwca 2011
Z Trójcą kłopot niebotyczny: bełkot teologów

2 List do Koryntian 13,13
”Łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa, miłość Boga i udzielanie się Ducha Świętego niech będzie z wami wszystkimi.”

Niedziela Trójcy Świętej. Polecam bardzo ciekawy tekst Józefa Majewskiego i ks. Eligiusza Piotrowskiego w najnowszym ”Tygodniku Powszechnym”. Nie wiedziałem, że najważniejszy składnik doktryny chrześcijańskiej tak bardzo męczył teologów. Że tak ostro o tym pisał przyszły papież.
”Ostatecznie dopracowano się formuły «jedna natura (substancja), trzy osoby (hipostazy)». Formuła ta, owszem, stała się probierzem ortodoksji, co wcale jednak nie oznaczało i nie oznacza, że stoi ponad krytyką. Pisał o tym kard. Joseph Ratzinger: «Każde z wielkich podstawowych pojęć o Trójcy Świętej zostało kiedyś potępione; wszystkie te pojęcia zostały przyjęte jedynie poprzez to ukrzyżowanie potępienia; mają one znaczenie jedynie, gdy równocześnie są uznane za bezużyteczne i tak - jako nieudolne bełkotanie i nic ponadto - zostają dopuszczone.» (...) Wszystko to oznacza, że formuła «jedna natura, trzy osoby» nie musi i nie może być ostatnim słowem teologii i Kościoła. Istotne jest jednak, by język mówienia o Trójcy nie uległ chorobie abstrakcji i oderwania od życia.”

No właśnie. Przede wszystkim mamy tu zaproszenie do dalszych bełkotów... Co do mnie, laika, mam na temat Trójcy swoją własną teorię. Otóż pewnie myślę naiwnie, ale wydaje mi się, że problem jest tutaj nie tyle logiczny: 3=1, ile psychologiczno-etyczny. My, grzeszni ludzie, nie możemy sobie wyobrazić wspólnoty tak absolutnie zintegrowanej, jaką jest Trójca, ale jest ona logicznie możliwa. No i właśnie ów arcydogmat ma sens maksymalnie praktyczny: Trójca to dla nas wzór niedościgły, niemniej zgoła realny.

10:20, jan.turnau
Link Komentarze (34) »
sobota, 18 czerwca 2011
Został porwany do raju...

2 List do Koryntian 12,1-10
”Bracia: Jeżeli trzeba się chlubić, choć co prawda nie wypada, przejdę do widzeń i objawień Pańskich. Znam człowieka w Chrystusie, który przed czternastu laty (czy w ciele, nie wiem, czy poza ciałem, też nie wiem, Bóg to wie) został porwany aż do trzeciego nieba. I wiem, że człowiek ten (czy w ciele, nie wiem, czy poza ciałem, też nie wiem, Bóg to wie) został porwany do raju i słyszał tajemne słowa, których się nie godzi człowiekowi powtarzać. Z tego więc będę się chlubił, a z siebie samego nie będę się chlubił, chyba że z moich słabości. Zresztą choćbym i chciał się chlubić, nie byłbym szaleńcem; powiedziałbym tylko prawdę. Powstrzymuję się jednak, aby mnie nikt nie oceniał ponad to, co widzi we mnie lub co ode mnie słyszy. Aby zaś nie wynosił mnie zbytnio ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował. Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, lecz Pan mi powiedział: - Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali. Najchętniej więc będę się chełpił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny.”

To niezwykłe wyznanie wielkiego misjonarza oraz - jak widać - mistyka cytuję nie komentując.

10:03, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
Gdzie mól ani rdza nie zeżre...

Wpis na piątek 17 czerwca

Ewangelia Mateusza 6,20
„Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się ani nie kradną".

Dopiero po latach zaczynamy rozumieć, że źle inwestowaliśmy. Zamiast uganiać się za sławą, bogactwem, zaszczytami trzeba myśleć o wartościach nieprzemijających, którymi są po prostu dobre czyny wobec bliźnich. Trzeba wreszcie przestać myśleć o sobie.

10:02, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
piątek, 17 czerwca 2011
Nie wódź nas na pokuszenie? Koszta kolaboracji... Lesbijki i geje piszą do papieża

Wpis na czwartek 16 czerwca

Ewangelia Mateusza 6, 13
Jezusowy wzór modlitwy przedstawia pewien problem translatorski. Tłumacze polscy na ogół wycofali się z wersji tradycyjnej o „wodzeniu na pokuszenie", bo przecież Bóg nie szatan, kusić nie może. Mamy więc wersje mniej mylące: „Nie dozwól nam ulec pokusie", „Nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie", „Nie dopuszczaj do nas pokusy". Tyle że nie jest to przekład dokładny, bo jednak chodzi wyraźnie o wprowadzenie nas w coś. Tłumaczenie filologiczne oddaje to jako „doświadczenie"; można też użyć terminu „próba", bo rzeczownik grecki „peraismos" to właśnie oznacza. Ale uczeni tłumacze bywają uparci: w „Ekumenicznym Przekładzie Przyjaciół" zwyciężyła wersja Wujkowa, bo zostałem przegłosowany. Takie są koszta kolaboracji ekumenicznej...

Lektura: lesbijki i geje piszą do papieża.
Polacy nie gęsi, też swój rozum mają. Pod samym prawie Wawelem powstał list - wydarzenie. Tamtejsza grupa lesbijek, gejów, biseksualistów i transeksualistów będących chrześcijanami, nosząca nazwę LGBTQ „Wiara i Tęcza”, napisała do papieża Benedykta XVI list zaaprobowany i podpisany przez Europejskie Forum Chrześcijan LGBT. Dokument omawia Artur Sporniak w najnowszym „Tygodniku Powszechnym".

Subskrybenci proszą biskupa Rzymu po pierwsze o to, żeby potępił akty przemocy wobec osób innej orientacji seksualnej. Proszą również o współpracę w sprawie zniesienia karalności aktów homoseksualnych na całym świecie. Przemoc, tortury i morderstwa dokonywane na osobach LGBT są częste w różnych rejonach świata, a ich sprawcy są nieraz przekonani, że robią, co każe Kościół rzymskokatolicki. Dokument apeluje też o informację, jak interpretować teksty biblijne używane do sankcjonowania tych potwornych działań. Według autorów listu wersety nawołujące do zabijania tych ludzi nie mogą być interpretowane dosłownie.

Ale subskrybenci dokumentu idą dalej. Kwestionują także wywieraną na owych osobach presję, by poddali się terapii mającej zmienić ich seksualną orientację. Takie próby często kończą się dramatycznie, skutkują zaburzeniami w rozwoju osobowości. Ba, dokument zawiera wręcz apel o zmianę nauczania Kościoła! Autorzy twierdzą, że życia w celibacie nie można wymagać od ludzi, którzy nie mają do tego osobistego powołania. Chrześcijanom LGBT nie powinno się odbierać ich podstawowego prawa do życia w związku z ukochaną osobą, niezależnie od jej płci. Jest w dokumencie prośba o akceptację i błogosławienie takich związków, które byłyby oparte na miłości, wierności i wzajemnej trosce.

Dokument nie został opublikowany w całości, jego kopię natomiast grupa polska przesłała Konferencji Episkopatu Polski.

Artur Sporniak uważa oczekiwanie na zmianę doktryny za nierealistyczne, widzi natomiast właśnie możliwość potępienia przez Kościół legalnego mordowania homoseksualistów w Iranie. To jest na pewno święty obowiązek chrześcijański.

13:24, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
środa, 15 czerwca 2011
Chwalipięctwo przeżyło komunę. ”Więź” o Bogu, sztuce i aborcji

Ewangelia Mateusza 6, 1-6.16-18
Perykopa o samochwalstwie: „Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą..." Cóż, kiedy polityka demoralizuje wielorako, zmuszając również do chwalipięctwa. Wyśmiewaliśmy Gomułkę parodiując jego przemówienia: „Pogłowie kleru wzrosło w Polsce Ludowej o 100 procent...", ale obyczaj nie zginął wraz z komunizmem. Nikt nas nie pochwali, gdy sami się nie pochwalimy: gra przedwyborcza wymaga autoreklamy tak jak w ogóle bezwzględnego parcia naprzód. Dobrze, gdy nie po trupach.
Czasem czytam książki, częściej periodyki. „Więź” majowo-czerwcowa jak zwykle bardzo ciekawa.

Najpierw blok tekstów pt. „Czego szuka sztuka?” Ankieta wśród „kulturotwórców”, w której ujął mnie głos Tomasza Piątka. Felietonista „Krytyki Politycznej” pisze: „Myślę, że szukam sensu. Albo dokładniej: szukam Boga - lepiej tak to nazwać. Bo Bóg jako sens Najwyższy jest dla nas Niepojęty i dlatego wyraża się nieraz czymś, co dla nas jest bezsensem (...) Dla mnie sensem sztuki jest pokazywanie, jak działa Bóg. Może być to sztuka bardzo niemoralna - taka, która przedstawia nam piękne zło. Ale i tak jest wtedy przewrotnie moralna: pokazuje, że Boskie piękno może błyszczeć nawet w ludzkiej nikczemności (...) Niepojęty a nagle ujawniający się zamysł Boga, kiedy czuję, że nawet otaczające mnie zło jest częścią zamysłu, że nawet zło jest jakimś zwycięstwem dobra, że nawet rozrywanie wspólnoty nic więcej nie może zrobić niż tylko jeszcze bardziej tę wspólnotę pogłębić - tego szukam w sztuce, tego dreszczu.”

W numerze również artykuł profesor KUL-u, siostry zakonnej Barbary Chyrowicz (werbistki), pt. „Tolerancja musi boleć”: o sporze między zwolennikami a przeciwnikami aborcji. Rozważania bardzo spokojne, co w tej sprawie rzadkie. Tezy i postulaty są w ogromnym skrócie takie.

Zwolennicy aborcji nie powinni zarzucać przeciwnikom obskurantyzmu i braku tolerancji. Postęp w moralności jest inny niż w nauce: tu nie zmienia się cel, czyli ideał, do którego się dąży, nie ma też podobnych przełomów. Normy moralne to nie to samo, co obyczajowe: nie są kwestią konwencji. Wartości moralne nie podlegają zmianom. Odrzucenie stosowania tortur i kary śmierci to tylko wzrost uwrażliwienia na wartości, bo sama wartość ludzkiego życia nie ulega zmianie. Ów wzrost powoduje także uznanie, że każdy człowiek ma prawo do życia, także nienarodzony.

Tu autorka wchodzi w sedno sporu. Czy zarodek albo płód jest człowiekiem? Według niej tak: należy do gatunku ludzkiego. „Rozwój prowadzący do urodzenia się dziecka nie może być inny jak tylko ludzki.” Jeśli tylko dojdzie do urodzenia, to będzie to człowiek”. Więcej jednak: jest to już osoba. W ten sposób autorka zdaje się rozstrzygać wątpliwości, której nie kryją przeciwnicy aborcji, a która bierze pod uwagę całą ogromną różnicę między pierwszym etapem rozwoju człowieka a dalszymi.
Dalej jednak rozróżnienie między kompromisem moralnym a prawnym: ten drugi nie polega bowiem na rezygnacji ze swoich poglądów. Oraz postulat tolerancji. Musi ona boleć obie strony, nie ma rady. Ale ów ból nie usprawiedliwia wzajemnego poniżania się. „Agresji nie usprawiedliwia żarliwość, z jaką obrońca życia zabiega o jego ochronę. Zwolennicy aborcji też mają prawo do życia”.
I wreszcie krytyka argumentacji przeciw aborcji odwołującej się do ludzkich kształtów trzymiesięcznego płodu. Widok takich kształtów uwrażliwia, ale przecież można usunąć ciążę znacznie wcześniej, przed ich rozwojem.
Jest jeszcze podobny problem moralny, którego autorka nie tyka, a wystąpił jaskrawo przy metodzie „in vitro”. Czy gdy większość zarodków ginie i tak przed zagnieżdżeniem, to można uznać, że także sztuczna ich selekcja jest dopuszczalna? Trzeba także i o tym spokojnie dyskutować.

14:01, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
wtorek, 14 czerwca 2011
Kto jest moim nieprzyjacielem?

Ewangelia Mateusza 5,43-48
Radykalizm ewangeliczny: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują”. Trudna to mowa. Jezus miał tu na myśli żydowską ksenofobię: niechęć do obcych. Do Samarytan, pogan, oczywiście też do Rzymian. Dla niektórych z nas sprawa jest na pozór łatwa. Bo przecież gdzież u nas ksenofobia? Potrafimy wszak zdobyć się na wielkie duchowe otwarcie wobec innych narodów, nie ma w nas cienia antysemityzmu. Jeśli już coś nam można zarzucić, to raczej nawet „ksenofilię”: jakiś bezkrytycyzm wobec ludzi spoza naszego kręgu kulturowego, ich dążeń nie zawsze sprawiedliwych wobec naszej wspólnoty. Jesteśmy w tych sprawach wzorowi, a przecież mamy gdzie indziej sporo nieprzyjaciół. Na przykład dużo bliżej. Nie myślę nawet o partii politycznej, której nie znosimy, choć to też moralny problem. Mamy przecież czasem nieprzyjaciół we własnej rodzinie, a raczej takich krewniaków, których za naszych wrogów uważamy. „Bo rodzina, bądźcie pewni, także ludzie chociaż krewni ", ironizował Fredro w „Panu Jowialskim” Najtrudniej dobrze żyć z najbliższymi, zdobyć się na wyrozumiałość, przebaczyć winy, które się nazbierały przez lata, samemu przeprosić.

17:19, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Matka nasza powszechna

Dzieje Apostolskie 1,12-14
Drugi dzień Zielonych Świąt został przez papieża Pawła VI ustanowiony dniem Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła. Jeżeli pierwszy dzień Pięćdziesiątnicy (to jeszcze inna nazwa pamiątki zesłania Ducha Świętego, widoczna w także potocznej terminologii zachodnioeuropejskiej) jest świętem Kościoła, to może rzeczywiście drugi należy się Matce Chrystusa. Czytamy dzisiaj, że była ona obecna wtedy, zaraz po Wniebowstąpieniu, w „sali na górze”, czyli najprawdopodobniej tam, gdzie odbyła się Ostatnia Wieczerza. Była wśród zalążku Kościoła: z 11 apostołami, niewiastami, które pielgrzymowały z Nim po Ziemi Świętej pod wodzą Marii z Magdali, oraz jego braćmi, w szczególności z jeszcze jednym Jakubem, który wnet stał się współprzywódcą Kościoła. A matkowała Kościołowi z natury międzyludzkich relacji, jako Jego matka, a więc i matka Jego duchowych sióstr i braci. Można zresztą twierdzić, że przecież sam Jezus oddał jej cały Kościół w macierzyńską opiekę, jeżeli tylko przyjąć, że ewangelia Jana jest nie tylko bogata w nowe szczegóły, także w symbole. Jeżeli uznać słowa Jezusa z krzyża „Oto syn twój, oto matka twoja za symboliczne połączenie takim węzłem nie tylko Jego umiłowanego ucznia i Jego matki, ale całego z nim Kościoła. I całej ludzkości, bo co jak co, ale zbawienie nie ma granic.

15:32, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
niedziela, 12 czerwca 2011
Nasz Arcypomocnik

List do Rzymian 8, 26
„Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami".

Dziś w Kościołach chrześcijańskich wielka, bardzo stara uroczystość: Pięćdziesiątnica, pamiątka zesłania Ducha Świętego, w Polsce tak zwane potocznie Zielone Świątki.
Duch Święty: nazywany w ewangelii Jana Parakletem, czyli Pomocnikiem, Obrońcą, Pocieszycielem. Tu u św. Pawła pomaga także w modlitwie. Gdy nam ona nie wychodzi, może trochę pomilczmy: nie tylko nie mówmy do Boga wyuczonymi słowami, także nawet najbardziej własnymi. Niech On mówi za nas: zna nas lepiej niż znamy się sami, a Boga zna również dobrze...

10:46, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
sobota, 11 czerwca 2011
Człowiek jakby za dobry

Dzieje Apostolskie 11, 21b-26; 13, 1-3
Dziś w Kościele rzymskokatolickim wspomnienie liturgiczne św. Barnaby. W Kościele pierwotnym postać bardzo ważna, raz nawet nazwana w Dziejach apostołem (obok Pawła: 14,14). Bo też ów Żyd rodem z Cypru apostołował dzielnie.

Był lewitą, czyli należał do pokolenia kapłańskiego, chociaż w niższej tam randze. Miał właściwie na imię „Józef", „Barnaba" to przydomek oznaczający „Syn Pocieszenia" (lub ”Zachęty”). Rozpoczął działalność kościelną od sprzedania swego pola i oddania uzyskanych pieniędzy apostołom, którzy zarządzali powstałą właśnie wspólnotą ekonomiczną. Następnie widzimy go już razem z Szawłem w roli jego obrońcy. Było bowiem tak, że przybywszy do Jerozolimy Szaweł chciał się przyłączyć do wspólnoty, ale wszyscy się go bali, nie wierząc w szczerość jego nawrócenia. Wtedy przygarnia go Barnaba i zaprowadza do apostołów, którzy go uwierzytelniają. Co prawda, nie całkiem skutecznie bo helleniści - o dziwo, właśnie oni, choć Szaweł jest jednym z nich! - usiłują go zabić. Na szczęście dowiadują się o tym apostołowie i wysyłają go do rodzinnego Tarsu. Otóż z owego obrończego zesłania sprowadza go znów Barnaba. Obu wysyła się do Jerozolimy z Antiochii, z zebraną tam jałmużną, mającą zapobiec nadciągającemu głodowi. Wtedy utwierdza się apostolski duet, decydujący o rozprzestrzenieniu się nowej religii w świecie helleńskim.

Przyjaźnili się bardzo, ale rozdzieliła ich na pewien czas osoba Jana zwanego Markiem, pewnie przyszłego autora pierwszej ewangelii. Zabrali go w pierwszą podróż misyjną, musiał jednak zapewne źle znosić jej trudy, bo nie wytrzymał do końca, wrócił do Jerozolimy. Rozgniewał tym Pawła, który sprzeciwił się jego towarzyszeniu im w drugiej podróży i w rezultacie wyruszył bez Barnaby. Trzeba wiedzieć, że Marek był Barnaby krewniakiem, być może siostrzeńcem, może trochę przezeń rozpuszczanym, w każdym razie oceniał go łagodniej niż Paweł, pewnie wymagający od innych tyle, co od siebie. Niemniej jest to jednak konflikt epizodyczny, potem znów podróżują we trójkę.

Jak czytamy w dzisiejszym fragmencie Dziejów, Barnaba był człowiekiem dobrym. Może nawet jakby za dobrym. Czy w tej obronie siostrzeńca była grzeszna postawa zwana nepotyzmem? Może to za mocne słowo, może było to coś innego. Zdarza się u ludzi skądinąd wspaniałych brak dostatecznej roztropności w ocenianiu podwładnych: mają wręcz ulubieńców. Było tak z Janem Pawłem II, szczególnie chyba w nadmiernym awansowaniu swego sekretarza. Doskonały przyboczny nie zawsze ma wyższe kwalifikacje. Papież sprzeciwiał się mianowaniu prymasem byłego sekretarza kardynała Wyszyńskiego, biskupa warmińskiego Józefa Glempa, a sam zachował się tutaj jakby trochę podobnie.

10:07, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
piątek, 10 czerwca 2011
Jakiś Jezus...

Dzieje Apostolskie 25, 19
„Obstąpiwszy go, oskarżyciele nie zarzucili mu żadnego czynu, który ja uważałbym za zły. Lecz sprzeczali się z nim o jakieś sprawy dotyczące ich własnej religii i o jakiegoś zmarłego Jezusa, o którym Paweł twierdził, że żyje".
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Tak to wysoki urzędnik rzymski referował Herodowi Agryppie sprawę uwięzionego Pawła, oskarżanego przez jego przeciwników żydowskich. No właśnie: spór o jakieś mało ważne sprawy, o jakiegoś Jezusa, który umarł, ale Paweł upiera się, że żyje... W ten sposób było widziane z zewnątrz chrześcijaństwo, gdy zaczęło się rozprzestrzeniać. A dziś, gdy zalało całą planetę, gdy jest najpotężniejszą z religii? Czy aby na pewno w jej sercu nie ma niejednego byłego chrześcijanina, mającego o religii swoich przodków równie blade pojęcie? Habent sua fata religiae...

Trzeba jednak wierzyć Chrystusowi, który powiedział, że jest z nami po wszystkie dni aż do skończenia świata. A ta laicyzacja jest potrzebna być może po to, by chrześcijaństwo odrodziło się z popiołów tak żywe, jak przed dwudziestoma wiekami. Nie tyle w formie katolicyzmu czy ewangelicyzmu zwanego socjologicznym, ale w różnych wspólnotach na podobieństwo tych Jerozolimskich, które osiedliły się w Warszawie. Są od roku przy Trasie Łazienkowskiej, w samym sercu wielkiego miasta, i tu głoszą przepięknie, że Jezus żyje (każdego dnia nieszpory a potem msza o godz. 18., eucharystia niedzielna o 11.).

16:03, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
czwartek, 09 czerwca 2011
Abyśmy byli jedno...

Ewangelia Jana 17,20-21
„Nie za tymi proszę jedynie, ale i za tamtymi, którzy dzięki ich słowom uwierzą we mnie. Aby wszyscy byli jedno, jak Ty, Ojcze, we mnie, a ja w Tobie, aby i oni w nas jedno byli, żeby świat uwierzył, iż Ty mnie wysłałeś.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Dopiero sto lat temu chrześcijanie pojęli cokolwiek, że ich kłótnie wydatnie przeszkadzają ich misji. A ludzie w ogóle? Lubią się jednać? Zacieśnijmy pytanie do wyznawców różnych religii: wielu z nich kojarzy swoje sukcesy propagandowe ze wszystkim innym, tylko nie z miłością do współwyznawców nieco innej doktryny. Sunnici, szyici itp... 

17:42, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
środa, 08 czerwca 2011
Szczęściodajność

Dzieje Apostolskie 20,35
„We wszystkim pokazałem wam, że tak pracując trzeba wspierać słabych i pamiętać o słowach Pana Jezusa, który po wiedział: »Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu«”.

Szczęście: podstawowy cel żywota naszego, do którego zmierzamy sposobami przeróżnymi. Tu mamy Jezusowy sposób nie najczęściej stosowany, acz wypróbowany przez wielu ofiarnych dawców.

Może to poniekąd kwestia gustu: jeden woli opiekować się słabszymi od siebie, drugi szuka szczęścia w coraz bardziej wyszukanej samoopiece. I dopiero u schyłku życia dochodzi do wniosku, że się pomylił. W grę wchodzi jednak oczywiście etyka, ale też kwestia tak zwanego instynktu opiekuńczego, czyli pewne uwarunkowanie genetyczne całkiem pozaetyczne. Podobno więcej tej wrodzonej skłonności mają kobiety niż mężczyźni. Ale też wszelkiej opiekuńczości grozi nieuświadomiona chęć zawładnięcia drugą osobą, czynienia wszystkiego dla jej dobra, ale rozumianego nazbyt po swojemu. Mam nadzieję, że przeczytawszy to nikt nie uzna mnie za antyfeministę, raczej już za pisarza banałów...

17:15, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 07 czerwca 2011
Paweł winien czyjejś krwi? Nie bądźmy dziećmi

Dzieje Apostolskie 20,26-27
„Dlatego oświadczam wam dzisiaj: nie jestem winien niczyjej krwi, bo nie uchylałem się tchórzliwie od głoszenia wam całej woli Bożej.”

Komentuję, zamyślam się nad tekstem biblijnym, ale też staram się po prostu go wyjaśniać. Zatem Paweł nie był winien niczyjej krwi: a choćby krew Stefana (Szczepana)? W Dziejach (8,1) czytamy wyraźnie, że Szaweł zgadzał się na jego śmierć.

Otóż każdy język ma swoje idiomy, mamy tu przetłumaczony dosłownie idiom semicki oznaczający przyjęcie za coś pełnej odpowiedzialności. Czasem oznaczało to odpowiedzialność za czyjąś śmierć, czyli niemal dosłownie za krew. Na przykład w zapisanych przez ewangelię Mateusza słowach Piłata: „Nie jestem winien tej krwi” i odpowiedzi „całego ludu”: „Krew jego na nas i na dzieci nasze”. Tu jednak, podobnie jak w Dziejach 18,6, nie chodzi o odpowiedzialność za czyjąś śmierć, tylko za czyjeś życie duchowe. Można, co prawda, pomyśleć, że jednak nauczanie Pawła skutkowało nieraz pośrednio śmiercią jego uczniów, bo groziła im jako chrześcijanom podczas późniejszych prześladowań, ale to inna sprawa.

Odpowiedzialność za innych. Gdyby politycy zdawali sobie z niej dobrze sprawę, pewnie nie pchaliby się tak do władzy. Nie tylko politycy, wszyscy, co chcą być ważni, także w Kościołach.

Etyka katolicka powinna bardziej akcentować odpowiedzialność za skutki czynów. Zwiększa się w ten sposób nie tylko ciężar przykazań, także skomplikowanie rozważań etycznych, ale moralność nie może być infantylna, operować zerojedynkowym schematem grzech - cnota, wolno - nie wolno i cześć! Nie bądźmy dziećmi.

15:26, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 06 czerwca 2011
Pośmiertni uczniowie Jana Chrzciciela

Dzieje Apostolskie 19,1-8
Niespodziewane spotkanie w Efezie: Paweł znajduje tam „jakichś uczniów”. Jak się okazało, byli to związani z Apollosem uczniowie Jana Chrzciciela, zwani joannitami, bo, owszem, byli ochrzczeni, ale tylko jego chrztem. Biblia Poznańska podaje, że przypisują im niektórzy bibliści związki z Qumran (tak jak zresztą i ich mistrzowi). Poznanianka zauważa też, że ich wiedza religijna była niepełna, bo nie słyszeli o Duchu Świętym, o którym przecież Jan mówił, zapowiadając, że ten, który przyjdzie po nim, będzie chrzcił tym Duchem właśnie. Paweł chrzci ich w imię Jezusa, następnie udziela Ducha przez włożenie rąk, mówią zatem językami i prorokują.

Tak to najwyraźniej nie wszyscy uczniowie Jana przyłączyli się do Jezusa za Jego życia: rozpierzchli się poza Jerozolimę, stanowiąc osobne środowiska. czasem być może skonfliktowane z chrześcijanami. Jan chyba za słabo namawiał ich do pójścia za Jezusem. Może po prostu miał mało czasu, bo wnet został zamordowany, ale w końcu mógł nawet sam od razu do Niego dołączyć. Nie zrobił tak jednak chyba dlatego, że jego styl duchowy był inny: był surowym ascetą, czego nie można powiedzieć o Jezusie, pewnie też rygorystycznie przestrzegał rygorów Prawa, jak to robili jego uczniowie. No i miał inną koncepcję Mesjasza: groźnego, robiącego już teraz porządek. Czy wszyscy jego uczniowie dołączyli w końcu do Chrystusa? Nie wiemy.

13:08, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
niedziela, 05 czerwca 2011
Kiedy Jezus wniebowstąpił

Ewangelia Mateusza 28,19
„Idąc więc, czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Świętego Ducha".
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Zacytowałem nasze tłumaczenie, bo jest dokładniejsze niż na przykład Tysiąclatki. Przede wszystkim „czyńcie uczniami", nie „nauczajcie" - to nie całkiem to samo. Nauczanie można rozumieć jako tylko informację o doktrynie, czynić uczniem to coś więcej, to formowanie duchowe człowieka! Przyjęliśmy też zgodną tu z oryginałem wersję imienia Trzeciej Osoby Trójcy. Bo też żegnając się znakiem Krzyża w imię Ojca, Syna i Świętego Ducha, prawosławni dokładniej niż my cytują wersję biblijną.

Mamy jednak na dzisiaj również tekst z Dziejów Apostolskich (1,1-11) o tym, że po 40 dniach ukazywania się uczniom Jezus „uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu”. W niektórych krajowych Kościołach rzymskokatolickich świętuje się dzisiaj pamiątkę wniebowstąpienia. Nie jak dawniej i jak wciąż w innych krajach w ubiegły czwartek, ale w ostatnią niedzielę przed Pięćdziesiątnicą: chodzi o realny udział liturgiczny w tej uroczystości katolików, którzy w dzień powszedni świątyni na ogół nie odwiedzą.

Po swoim zmartwychwstaniu przez 40 dni Chrystus ukazywał się swoim uczniom. Trzeba podkreślić słowo „ukazywał się”. Mamy tu bowiem problem: gdzie właściwie przebywał Jezus po zmartwychwstaniu? Nie był przecież na ziemi, lecz już od razu u Ojca, czyli w Niebie. Po co zatem teksty biblijne mówiące o późniejszym wniebowstąpieniu? Nie jest to dla mnie jasne. Chodziło być może o to, by zaznaczyć inną cezurę: wyróżniającą czas ukazywania się Jezusa w sposób jakoś podobny do życia ziemskiego. „Chrystofanie” owe były potrzebne, by przekonać uczniów, że Jezus żyje, sceny wniebowstąpienia natomiast służyły ludziom myślącym geocentrycznie, aby zrozumieli, iż Jezus jest teraz w niebie i nie zobaczą Go już więcej. Gdyby to wszystko działo się dzisiaj, zapewne obyłoby się bez uniesienia się w górę i zniknięcia za obłokiem, w ogóle bez oddzielania czasowego zmartwychwstania od wstąpienia do Nieba.

„Niebo” jest dla nas dzisiaj poza naszym światem, żadne takie sceny nie tylko nie są potrzebne, nawet trochę mylą. No cóż, pisane były dla konkretnych ludzi, danego czasu i miejsca, dla nas też, ale już trochę inaczej. Mądrzejsi o 20 wieków, musimy to jakoś zrozumieć.

15:54, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
sobota, 04 czerwca 2011
Modlitwa jako walka

Ewangelia Jana 16,23
„Amen, amen, powiadam wam: - Jeśli Ojca poprosicie o coś w imię moje, da wam".

Sens modlitwy: sposób na odmianę losu? Problem stary niemal jak ludzkość, jeśli homo sapiens tak wcześnie zaczął myśleć religijnie.
Miesięcznik dominikański „W drodze" drukuje w numerze czerwcowym blok artykułów na temat kłopotów z modlitwą. Autorzy mądrze twierdzą, że zgoła nie chodzi o klepanie gotowych modlitw, że nienajważniejsza jest podczas modlitwy postawa fizyczna („czy można odmawiać różaniec leżąc"...), że ma to być naprawdę rozmowa z Bogiem. Ale to w końcu raczej oczywiste. Nawet i to, że komu ciężko się skupić na czymkolwiek (mnie na przykład), ten nie powinien rozpaczać z powodu „rozproszeń myślowych" podczas modlitwy. Wszystko to pięknie, ale co z modlitwami niewysłuchanymi?

Otóż trzeba się modlić, jak patriarcha Jakub, co walczył z Bogiem. Trzeba wręcz kłócić się z Nim - i w tym boju właśnie szukać odpowiedzi na pytanie, co mi jest naprawdę do szczęścia potrzebne. Może jednak czasem nie to, co nam się widzi jako dar Nieba największy?

10:20, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
piątek, 03 czerwca 2011
Nie słowa i nazwy, ale...

Dzieje Apostolskie, 18,12-13
„Gdy Gallio został prokonsulem Achai, Żydzi jednomyślnie wystąpili przeciw Pawłowi i przyprowadzili go przed sąd. Powiedzieli: - Ten namawiał ludzi, aby czcili Boga niezgodnie z Prawem".
Sprawa jakże dzisiejsza. Co prawda, urzędnik rzymski odpowiada nie całkiem właściwie: że „spór toczy się o słowa i nazwy": okazuje sceptyczne lekceważenie dla spraw religijnych. Zasada współczesnej demokracji liberalnej jest tylko taka, że państwo jest wspólne, więc i jego zasady nie mogą pochodzić z jednej religii albo światopoglądu areligijnego.
I byłoby to jasne i proste, ale są sprawy etyczne szczególnie zaplątane. Należy do nich aborcja. Obrońcy życia powołują się tutaj na naukę: powiadają, że spór jest tylko o to, czy zarodek albo płód to osoba ludzka, bo przecież to, że jest to człowiek, choć na początku swego istnienia, to bezsporny fakt biologiczny. Może jednak chodzi o to, czy wartość owego zaczątku człowieczeństwa, choćby nawet uznać go jednak za człowieka, jest aż tak wielka, że stanowi jakieś ontologiczne „tabu"? Uważam, że tak, że jeśli dla religii indyjskich podobne „tabu" stanowi krowa jako matka-żywicielka, to uszanujmy też życie człowieka nawet dopiero w zarodku. Ale to mój pogląd, który nie może być podstawą prawa.

17:15, jan.turnau
Link Komentarze (35) »
czwartek, 02 czerwca 2011
Egzamin pierwszy ale i drugi

Ewangelia Jana 16, 20
„Amen, amen, mówię wam, że wy płakać będziecie i lamentować, świat zaś będzie się cieszył. Wy będziecie smucić się, ale smutek wasz w radość się obróci".
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Myślę o tych wszystkich prześladowanych za poglądy, którzy doczekali się odmiany losu. O tych, którzy doczekali się odmiany ustroju albo choćby zmiany kursu jeszcze za „komuny". Kiedy to nagle okazywało się, że jednak to oni mieli rację, a nie ci, co jeszcze niedawno triumfowali. No cóż, trzeba odwagi oraz wiary, że prawda z czasem na wierzch wychodzi. Aby tylko godnie przetrwać.

A potem nie triumfować. Przebaczać. Nie naśladować tych, co prześladowali. Okazać klasę. Zdać także ten drugi egzamin.

14:02, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
środa, 01 czerwca 2011
Nieznanemu Bogu…

Dzieje Apostolskie 17,23
„Przechodząc bowiem i oglądając wasze świętości jedna po drugiej, znalazłem też ołtarz z napisem: Nieznanemu Bogu. Ja wam głoszę to, co czcicie, nie znając.” Komentując ten napis, Paweł ewangelizuje. Opowiada o Bogu prawdziwym. Pozwala sobie nawet na stwierdzenie, że „Bóg nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką”: były to początki chrześcijaństwa, kiedy jeszcze nie miało ono własnych budynków kultowych i Paweł nie przewidywał takiego rozwoju sytuacji.

Widząc taki ołtarz dzisiaj, można było pójść w inną stronę. Przypomnieć, że jest coś takiego, jak chrześcijańska „teologia negatywna”, akcentująca ludzką niezdolność do poznania Go, głosząca, że o wiele więcej o Nim nie wiemy, niż wiemy. Może ów Bóg nieznany to ten zgoła różny od pogańskich bożków, ale też różny od naszych mniej lub bardziej potocznych wyobrażeń o Bogu prawdziwym. Bóg, który nawet istnieje całkiem inaczej niż wszelkie stworzenia. Bóg „Abrahama, Izaaka i Jakuba”, ale zarazem ten, którego może jednak jakoś czują ludzie uważający się za agnostyków. Którego „szuka się jakby po omacku” albo też „czując Jego obecność” (Biblia Poznańska), jak zresztą pisze dalej sam Paweł, ale jest to (powinno być) poszukiwanie także bardzo uczonych teologów.

18:26, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
Archiwum