Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
czwartek, 24 czerwca 2010
Ciekawy patron różnych Janków

Ewangelia Łukasza 1, 5-17 oraz 1,57-66.80

Dziś wielkie święto: pamiątka narodzin wielkiego człowieka, jakim był Jan zwany Chrzcicielem. Wielkie święto już od wczorajszego wieczoru, bo ma wigilię, mszę wigilijną. Nie „nakazane", pracujemy zawodowo, a jakże, ale to już inna sprawa. Zresztą ważne świecko, bo imieninowo: świętych Janów niemało, nawet i ten ma też swój inny dzień 29 sierpnia (pamiątka śmierci), niemniej patronuje Jankom i Jasiom przede wszystkim Chrzciciel. No i to dzień letniej radości ludowej (wianki itp.). Choć lato astronomicznie zaczęło się już w poniedziałek (klimatycznie w tym roku na „święte nigdy"?).

Jest to także mój patron (choć imieniny mam w końcu lata), więc napisałem już o nim tyle razy (pierwszy raz we „Wrocławskim Tygodniku Katolickim" lat temu pięćdziesiąt pięć), że trudno mi, bo nudno, znowu się wypowiadać. Chociaż postać jest wielka, więc i spraw wiele: spróbuję.

Przeznaczono nam do czytania na wczoraj i dzisiaj początki jego żywota, oba z Ewangelii Łukasza (Mateusz zajmuje się tylko małym Jezusem). Najciekawsze dla mnie są dwie wzmianki (druga spoza dzisiejszych lektur), z których wnioskować można o jego bezgrzeszności od samego poczecia. Anioł powiada jego ojcu Zachariaszowi, że już w łonie matki synek napełniony będzie Duchem Świętym, a potem dzieciątko porusza się w jej łonie, gdy jego matkę odwiedza Maria nosząca już Jezusa. Jak pisałem sto razy, był to argument dla tych, co uważali go za poczętego „niepokalanie", jak Maria z Nazaretu, czyli nieskażonego żadną skłonnością do moralnego paskudztwa. Informowałem też, że takie myśli przychodziły i pewnie dalej przychodzą do głowy raczej chrześcijanom wschodnim, którzy nawet mają aż pięć jego świąt: Zachód jakby preferuje Józefa.

Jan kojarzy się potocznie raczej z ascezą, pustynią, pokarmem szczególnym (szarańczą i miodem od pszczół dzikich), także z karceniem pary królewskiej, które kosztowało go życie. Jednak staram się nie nudzić, wobec czego podkreślam u mego patrona jego religijną inność. Był on przecież na pograniczu dwóch Testamentów. Dojrzał w swoim krewniaku Mesjasza, nie miał też ciągot nacjonalistycznych (gromił pychę rodaków potężnie), niemniej miał chyba trudności ze zrozumieniem, że to dopiero pierwsze przyjście Chrystusa, takie łagodne, bez doraźnego efektu (por. Mt 11,2-19 i Łk 7,18-35).

Nie wszystko rozumiał, ale święty był niebywale. Może jest po trosze patronem wszystkich wielkich świętych innych religii, których to ludzi mamy niemało. Z Buddą na czele.

Biorę urlop, do zobaczenia 12 lipca!

16:29, jan.turnau
Link Komentarze (136) »
środa, 23 czerwca 2010
Prorocy prawdziwieją powoli. „Istota islamu"

Ewangelia Mateusza 7, 15

„Strzeżcie się fałszywych proroków"

Zacznę od przypomnienia, że w Biblii prorok to nie tyle wróżbita, wieszczek, jasnowidz, to nie tylko przepowiadacz przyszłości. Przepowiada ją, by zmieniać teraźniejszość, by być głosem Bożym ją oceniającym; przepowiada przyszłe wydarzenia, aby poruszyć sumienia, postraszyć Bożą karą.

Owszem, jest powiedzenie: „Obym był fałszywym prorokiem", które dotyczy wróżbiarstwa. Niedawno w tym sensie okazałem się prawdziwym, ponieważ już dawno pomyślałem, że nowym arcybiskupem Rygi mógłby być mój znajomy Polak z tego kraju, Zbigniew Stankiewicz. Poznałem go parędziesiąt lat temu w Moskwie, na spotkaniu małej grupy ekumenicznej. Był tam wtedy moim tłumaczem, bo ze mnie rusofon słaby a anglofon wręcz beznadziejny. Zaprzyjaźniliśmy się i potem spotkaliśmy się w Polsce. Chyba jeszcze tam, w Moskwie, pomyślałem sobie, że ten nieżonaty inżynier informatyki mógłby zostać księdzem. I rzeczywiście potem tu, w Lublinie, wstąpił do seminarium duchownego, postudiował na KUL-u, a potem w Rydze przyjął święcenia prezbiteratu.

Pasł dusze trochę w swej łotewskiej ojczyźnie i został wysłany na dalsze studia do Rzymu. Wrócił z doktoratem, działał, wykładał teologię - aż dowiedziałem się parę dni temu z Radia Watykańskiego, że został metropolitą łotewskiej stolicy.

Czy będzie dobrym biskupem? Radiu Watykańskiemu powiedział, że jako Polak pojmuje dobrze problem mniejszości - a tam nad Dźwiną jest przecież ogromna liczba Rosjan i dużo konfliktów między nacjami. Myślę, że rozumie ich racje. Jest to kraj także tradycyjnie raczej protestancki: mam nadzieję, że mając tamten start ekumeniczny będzie promotorem chrześcijańskiej jedności. Czy będzie dbał dostatecznie także o dialog ze światem laickim, którego oczywiście nie brak w kraju byłego ZSRR? Gratulując mu pocztą, poprosiłem o wywiad dla „Gazety", więc może poznamy jego poglądy.

Gdy jednak Chrystus mówił o fałszywych prorokach, myślał nie o kiepskich jasnowidzach, ale o przywódcach duchowych, którzy mamią wiernych. Jest wszakże problem, jak ich sprawdzić. Powiedziano dalej, że poznamy ich po owocach, ale czas dojrzewania myśli bywa bardzo powolny. Powoli fałszywi prorocy prawdziwieją. Kopernik nie był, co prawda, prorokiem w żadnym sensie z dwóch wymienionych, ale niech tu będzie przykładem na to, że na przykład Kościół katolicki (inne Kościoły oraz świeckie instytucje też!) niechętnie wycofuje się ze swoich personalnych anatem. A podałem ten właśnie przykład, bo mieliśmy Kopernikowe wspominanie i moi biskupi zachowali się dziwnie: jakby nigdy nic. Jakby w ogóle kanonik Kopernik nie był na indeksie albo też w każdym razie wyszedł zeń błyskawicznie. Wiem, że jego poglądy były rewolucyjnie nowatorskie, że udowodniono je naukowo dopiero później, że zgorszył również Lutra itp., ale była przecież okazja do maleńkiego choćby „mea culpa". Pomijając już to, że była też okazja, żeby wycofać się z wątpliwej tezy, iż był narodowości na pewno polskiej: mógł być przecież równie dobrze Niemcem czy raczej „germanofonem" wiernym jagiellońskiej dynastii. Ciąży niestety na moim polskim Kościele mentalność autoapologii za wszelką cenę. Głosi się (to z kolei „Gość Niedzielny"), że przecież Galileusz nie został spalony, więc nie ma sprawy.

Wracam do proroków w sensie ścisłym. Także cudzych. Jak wiadomo, muzułmanie uważają za ostatniego i największego - Mahometa. Chrześcijanom trudno się z nimi zgodzić, ale warto poczytać, co sądzą o sobie, jak się bronią wyznawcy sąsiedniej religii (nie „mahometanie" - oni nie deifikują swego inicjatora). „Pax" wydał coraz ważniejszą dzisiaj w Polsce książkę: Seyyeda Hosseina Nasra „Istotę islamu", w tłumaczeniu Katarzyny Pachniak, z podtytułem „Trwałe wartości dla ludzkości" oraz pięknym hasłem „W imię Boga miłosiernego i litościwego". Cieszy mnie, że również bratnia religia pokazuje miłą twarz Boga - jak to czyni z naszą religią ksiądz Wacław Hryniewicz, który jutro zostanie Kawalerem Orderu Świętego Jerzego, bo ze smokiem religijnego strachu walczy od dawna wspaniale!

PS. A o islamie mamy też czerwcowy numer „Przeglądu Powszechnego": blok artykułów autorów różnowierczych!

13:54, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
wtorek, 22 czerwca 2010
O psach, świniach i piekle

Ewangelia Mateusza 7,6.12-14
„Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami i obróciwszy się, was nie poszarpały. Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie. Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy. Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują".
Biblia Tysiąclecia.

Przeczytawszy niniejsze, zacząłem zgadywać, jaki jest związek między karmieniem psów i świń pokarmem przewyższającym ogromnie ich znikomą godność a etyczną zasadą wzajemności.

Puściłem mimo oczu zrównanie psów ze świniami: wiem przecież, że najwierniejszy przyjaciel człowieka jest w Biblii traktowany niemal jak wieprz właśnie (pomijając Księgę Tobiasza). W pismach kynologicznych jest na pewno opisane, jak doszło do europejskiego doceniania szczekającego czworonoga (nie przez wszystkich zresztą), ja jednak skupiam się na Piśmie Świętym i usiłuję pojąć związek logiczny sąsiadujących zdań.

Na szczęście zajrzałem do „naszej" Ewangelii Mateusza i dopiero wtedy zorientowałem się, w czym rzecz, że brak owego związku nie jest usterką greckiego oryginału (pisałem tu, że niektóre „logia" Jezusa były czasem dopisywane do gotowego już tekstu) ani wadą przekładu, ale błędem watykańskiego liturgisty, który tak skrócił mowę Jezusową. „Wyleciał" mianowicie między innymi werset jedenasty, który bardziej wiąże się z owym dwunastym o zwierzętach domowych. Też nie za bardzo, ale bardziej (przetłumaczyliśmy go: „Jeśli więc wy, którzy źli jesteście, umiecie dobre dary dawać dzieciom waszym, to tym bardziej Ojciec wasz, który jest w Niebiosach, da, co dobre, tym, którzy Go proszą".

Przepraszam za lekturę pedantyczną, alem polonista, „tekstofil" i w ogóle pedant. I już przechodzę do analizy etycznej. No cóż, „złota reguła" etyczna, znana z innych miejsc Biblii i pism żydowskich pozabiblijnych, jest z tak szlachetnego kruszcu, że do przyjęcia chyba dla wszystkich moralistów. Ale do praktycznego nieprzyjęcia przez prawie wszystkich ludzi różnych wiar i niewiar...

Brama ciasna, droga wąska.. Rozumiano, że chodzi po prostu o to, iż będzie mało zbawionych, dużo potępionych. Na szczęście dziś już nie straszy się piekłem powołując się na te słowa Jezusa. Nie o wieczne potępienie tu chodzi, ale o to - wyjaśnia Biblia Paulińska - że etyka ewangelijna nie jest łatwa w użyciu. Co niestety wręcz na banał zakrawa. Człowiek człowiekowi wiernym psem rzadko, świnią często bywa.

Tu zacytuję wiersz znanego poety Bolesława Taborskiego, napisany 21 listopada 1978, gdy jeszcze byliśmy w euforii z dnia 16 października tegoż szczęsnego roku.
”nie można było przeczuć tego co się stanie
pomimo dziwnych snów o śmierci
i przyjścia niepodobna było widzieć
choć o tym już przed wiekiem napisano wiersze
co z tym teraz zrobimy nie tylko zależy
od Niego co za bary wziął się ze światami
lecz od nas którym światki wąskie nasze
tak trudno jest porzucić i wygody wszelkie
jednak musimy przezwyciężyć siebie
i stanąć na wezwanie powołani wszyscy
choć wiek nie romantyczny i sił na zamiary
już się nie mierzy wcale w tym cynicznym tańcu
wstać trzeba z martwych to już powiedziano
przyświadczyć duchem kiedy boli ciało
i ze zbutwiałych desek klecić łódź nadziei
wierząc że dopłyniemy do dobrej przystani”

Zacytowałem z tomu ”O Karolu Wojtyle-Janie Pawle II - szkice,wspomnienia,wiersze” (Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2005).

Parę osób poprosiło mnie o „Listy więzienne" Pawła. Dzięki, niestety do wysyłki konieczna jest autodekonspiracja, również adresowa. Książka jeszcze w druku.

15:47, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Bliźni zwierciadłem moim. Ksiądz bez kapłańskiej gęby

Ewangelia Mateusza 7,1-3

„Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim wy sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku brata swego, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?"

Biblia Tysiąclecia. Nie wiem, czy to tłumaczenie lepsze od naszego, bo my mamy „źdźbło" zamiast „drzazgi". Ona tradycyjna i barwna, zaleca się ostrością, ale czy ta cecha tu właśnie pasuje? Poznanianka ma wręcz „pyłek", bo chodzi tu przecież o coś całkiem różnego od „belki", o coś nic nie znaczącego a „drzazga" mniejsza, ale dotkliwa diabelsko.

Jest jeszcze problem, co znaczy „nie sądźcie". Chodzi o czyjeś prywatne poglądy czy o jakiś publiczny trybunał sprawiedliwości? My mamy „nie osądzajcie" i Paulistka też, a to oznacza raczej to drugie. Niestety ewangelista oraz redaktor dzieła nie żyje i nie da się od nich dowiedzieć, co dokładnie mieli na myśli. Na szczęście nie jest to w tych wersetach najważniejsze.

Najważniejsze jest przesłanie moralne: jest w naszym „ja" najgłębsze przekonanie, żeśmy zupełnie różni od innych ludzi. Bardzo nam trudno zrozumieć, że bliźni ma różne wady, owszem, tyle że my mamy je również i nieraz dokładnie te same. Albowiem inny człowiek lustrem naszym bywa. I plucie nań bywa prawie jak paskudzenie własnej fotografii.

Można jednak również skrzywdzić kogoś innym zarzutem, takim, który nie jest z tak zwaną ”wicewersą”: w lustrze owej wady nie widać. Przykład lustracyjny: ktoś, kto nie dał się skaptować, nie najlepiej myśli ”w tym temacie” o swoim szefie. Otóż okazało się jednak , że owszem, szef rozmawiał z panem oficerem, może nawet za dużo, ale akurat w przypadku tego niezłomnego podwładnego dobrze, że jego zwierzchnik nie był małomówny, ponieważ zapytany, czy ów podwładny nie nadawałby się na TW, przekonał esbola, że nie, bo ów podwładny za nerwowy itp. Zajrzawszy do swojej teczki ów ktoś podziękował szefowi - drogą nadziemską, bo on już na tamtym świecie - najserdeczniej. Teczka czasem rozczarowuje miło.

Gdy jesteśmy jednak przy podziękowaniach, napiszę o jubileuszu zupełnie „apolicyjnym". 50 lat działa jako kapłan (prezbiter) Adam Boniecki, postać znana stąd i owąd. Zakonnik marianin (MIC), duszpasterz akademicki krakowski, współredaktor „Tygodnika Powszechnego", potem szef sekcji polskiej „L`Osservatore Romano", potem marianów szef światowy (generał), potem naczelny owego tygodnika. Jubileusz był święcony mszą w Krakowie, potem również w Warszawie w sobotę w pięknym kościele mariańskim na Stegnach. Jubilat powiedział świetne kazanie, gdzie humor skrywał autentyczny patos, potem dzisiejszy generał chwalił Bonieckiego bardzo, tak jakby „Tygodnik Powszechny" nie był „Żydownikiem Powszechnym" dla niejednego katolika, a ukoronował pochwały list od papieża napisany przez watykańskiego sekretarza stanu.

Po mszy natomiast można było kupić książkę pt. „Zaczęło się u Św. Anny. Ks. Adamowi Bonieckiemu na 50-lecie kapłaństwa", gdzie wspominają go jego owieczki akademickie. Na przykład tak:

„Świadectwo życia kapłańskiego ks. Adama i spojrzenie na Kościół, które reprezentował, było dla mnie wówczas (i jest nadal) podstawą przekonania, że z duchem Kościoła prawdziwie Bożego pozostaje w sprzeczności wszelki triumfalizm, pycha i materializm jego członków (także, a może przede wszystkim duchowieństwa). Ks. Adam żył bardzo skromnie, nigdy nie przejawia nawet cienia niewłaściwie pojmowanego paternalizmu i triumfalizmu (choć po ludzku sądząc, mógłby mieć do tego liczne podstawy!). „Adam jest księdzem całkowicie pozbawionym »kapłańskiej gęby«, co nie jest częste w jego środowisku." Wypowiedź pierwsza Krystyny Kluzowej z domu Szwaja, druga Jana Gordziałkowskiego.

Są księża, którzy odciągają ludzi od Kościoła, inni, co przyciągają. Ilu jest pierwszych, ilu drugich? Może nawet i plus minus tyle samo, ale poza tym legiony takich, co ani to, ani tamto. A to też źle.

Wracam do sprawy Paetza. Arcybiskup molestował jednych seksem, innych teraz prośbą o litość. Kumoterstwo kościelne uruchamiał doskonale. Niestety wciąż udaje, że on nigdy nic. Seks siła jak powódź, trzeba to rozumieć sądząc człowieka. Ale jakieś tamy i wały muszą być. I takie tamy wreszcie Watykan postawił. Co było wcześniej, jasne nie jest. Myślę, że dobre wyrażenie padło w ”Wyborczej” w dzisiejszym tekście Włodzimierza Bogaczyka. Z poprzednich wynikało, że był rozkaz: otóż watykańskiego rozkazu nie było, ale były nalegania. Arcybiskup Gądecki postawił się - i wygrał. Nawet więcej, niż mogłem się spodziewać: Bogaczyk słusznie zauważył, że wreszcie zostało powiedziane jasno, za co abp Paetz został usunięty. W tekście watykańskim padło zdanie, że żadna rehabilitacja nie nastąpiła - a przecież jeśli kogoś nie można zrehabilitować, to znaczy że był winny.

20:41, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
niedziela, 20 czerwca 2010
Paweł, patron ”pudłowanych”

List do Galatów 3,28

„Nie ma już żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety”.

To tłumaczenie Tysiąclatki, ale ten ”poganin” to tutaj błąd: już raczej Grek, bo w oryginale jest „Hellen”. My zresztą właśnie mamy tu Hellena. Owszem, to ktoś więcej niż Grek, bo należący do kultury helleńskiej, która rozlała się bardzo szeroko. Oraz kultura to sprawa umysłu, wręcz ducha, czyli ma sporo wspólnego z religią – ale tożsama z nią przecież nie jest.

Po tym wstępie „translatologicznym” wygłoszę pochwałę Pawła z Tarsu. Pochwałę polemiczną: bo ten jego logion bywa niedoceniany.

Najpierw jeszcze co do Żydów i Hellenów: pamiętam, że radykalny obrońca judeochrystianizmu, ojciec Daniel Rufeisen, krzywił się na tego apostoła („ten wasz Paweł” – powiedział do delegacji KIK-u z przekąsem). Nie miał racji, bo Paweł nie chciał wcale likwidować tej gałęzi chrześcijaństwa, tylko tworzył z zapałem nową. A że tamta przymarła i dopiero teraz się odradza, to nie jego wina.

Paweł a ustrój niewolniczy: oczywiście nie dążył do jego likwidacji. Niemniej choćby List do Filemona w obronie zbiegłego niewolnika jest bardzo mocnym wezwaniem do dobrego traktowania owych pariasów tamtoczesnych.

Paweł a płeć odmienna: również nie zamierzał obalać ustroju patriarchalnego. Nie róbmy jednak z niego (Pawła) szczególnego antyfeministy. W Liście do Efezjan (w Liście do Kolosan też krótko) pisze, co prawda, żeby „żony były poddane swoim mężom jak Panu, bo mąż jest głową żony, tak jak Głową Kościoła jest Chrystus”, niemniej owe wersety rozdziału 5 zaczynają się od słów: „Bądźcie poddani jedni drugim” i jest dalej mocne wezwanie do mężów, by miłowali żony. Owszem, jest też ostry passus o kobietach w 1 Liście do Koryntian, ale jeśli nawet nie jest to glossa innego autora, to jest faktem, że w gminach Pawłowych kobiety odgrywały wielką rolę nie tylko gospodarczą. Może któreś w Koryncie podpadły gwałtownikowi i wybuchnął nagle gniewem?

Nie przekroczył radykalnie swojej epoki, ale w jej ramach robił bardzo wiele.

Może zaś uchodzić za patrona więźniów, bo sam odsiedział sporo. I tu melduję, że po „Czterech Ewangeliach i Dziejach Apostolskich” ukaże się wnet nasza książka z „Listami więziennymi” Pawła (Do Efezjan, Filipian Kolosan, Filemona). Chętnym wyślę egzemplarz gratis.

12:26, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
sobota, 19 czerwca 2010
Ptakiem niebieskim być

Ewangelia Mateusza 6,26

„Popatrzcie na ptactwo niebieskie, że nie sieje ani nie żnie, ani nie zbiera do spichlerzy, a Ojciec wasz Niebiański karmi je. Czyż wy nie o wiele więcej od nich znaczycie?”


Ekumeniczny przekład przyjaciół.

Perykopa ewangelijna przesławna. Zaczyna się od formuły „Nie możecie służyć Bogu i Mamonie”, potem mamy ptaki, potem lilie polne, wreszcie radę, by nie troszczyć się za bardzo o jutro, „bo jutrzejszy dzień jutrzejszy sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy”. A jeszcze przed tą radą przykazanie: „Starajcie się naprzód o Królestwo Boga i Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam przydane” (to już wszystko Tysiąclatka). Czyli wystarczy etyka. Tu – religijna, ale przecież każda oznacza pewną niefrasobliwość. Czyń swoją powinność, o resztę się nie martw.

Ptak niebieski to też określenie negatywne: człowieka, który nie troszczy się o nic przekraczając granice cnoty roztropności. Lekkoduch. Ale ciężkoduch też nie ideał. Między lekkomyślnością a ciężkomyślnością jest złoty środek. Choć może właśnie on bliżej owej lekkości ducha. Strzeżonego Pan Bóg strzeże, oczywiście, ale tacy, co nic nie ryzykują, to „w strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie”.

Trzeba nam być trochę Cyganami, tymi z Cyganerii. Albo raczej – to rada o wiele celniejsza – trzeba nam być Franciszkami z Asyżu. Naśladować świętego od ptaków właśnie, ale w ogóle od oderwania się od ziemi. „Ziemia to kula u nogi” – stworzył „bon mot” matematyk Hugo Steinhaus, nie wiem, czy zdając sobie sprawę z głębi ewangelicznej tego dowcipu.

Czy iść dalej w stronę na przykład powiedzenia „Pan Bóg da dzieci, da i na dzieci”? Kiedyś wybrzydzałem na taką religijną lekkomyślność, teraz byłbym trochę ostrożniejszy, nie tylko z racji kryzysu demograficznego.

A ptasie przykazanie przypomniało mi, że spacerując parę dni temu w „małych Łazienkach”, czyli w parku sieleckim, zobaczyłem nagle całkiem z bliska skaczącego po ziemi szczygiełka. Podskoczył bardzo blisko mnie, prawie jak te wiewiórki w Łazienkach „dużych”, co włażą na ludzi, żeby coś dostać.

Jest w tych naszych braciach coś cudownego, zaprawdę niebieskiego. Tak jak w ogóle w wielu dzikich zwierzakach.

10:16, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
piątek, 18 czerwca 2010
Megabank, Paruzja, Megamiłość. Casus Paetz

Ewangelia Mateusza 6,19-20

„Nie zbierajcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza zżera i gdzie złodzieje podkopują się i kradną. Zbierajcie zaś skarby w Niebie, gdzie mól ani rdza nie zżera i gdzie złodzieje nie włamują się ani nie kradną.”

To ekumeniczny przekład przyjaciół, który wybrałem nie tylko dla autoreklamy, także dlatego, że ma w wersecie 19 „podkopują", a nie w obu wierszach „włamują". Co prawda, w oryginale jest to samo słowo, ale takie zróżnicowanie fajniejsze stylistycznie. I merytorycznie: przecież skarb nieraz zakopujemy.

Tu szmonces. Moszek do Icka: - Przyszła wiosna, chyba skopię ogródek. Icek: Nie! Przecież tam zakopane są dolary! Moszek: - Coś narobił! Przyszło UB i skopało cały ogródek! Moszek: - Teraz możesz siać...

No i ile minęło: UB - oczywiście, ale również zwyczaj depeszowania („emalia" lepsza). „Przemija postać świata", zostają nasze dobre czyny. W pamięci potomnych, a ja wierzę, że również w Niebie, nagrane tam na wieki wieków.

Za niebieską lokatą przemawia wiara w Paruzję. Otóż chrześcijanie wierzą w koniec tego świata. Że kiedyś ten świat może i najlepszy z możliwych, niemniej okropny, stanie się rewelacyjny. Że Chrystus przyjdzie ponownie, w taki sposób, w jaki Żydzi oczekują Mesjasza: tak, że Dobro wreszcie zwycięży. Ukazała się właśnie w Znaku książka na ten temat Judyty Syrek: jej wywiad rzeka z ojcem Joachimem Badenim pod tytułem: „Uwierzcie w koniec świata. Współczesne proroctwo o powtórnym przyjściu Chrystusa". Rzecz warta lektury, bo niedawno zmarły prawie stuletni dominikanin był postacią ciekawą. Były kawalerzysta nie wystrzegający się jakże ojczystego słowa k..., mistyk - no i właśnie przypominacz nadziei, że kiedyś ziemia zniebieszczeje dokumentnie. Dla mnie to żadna rewelacja, w końcu Pan Bóg jest wszechmocny albo nie. Nie da sobie bez końca diabłu w kaszę dmuchać. W przeciwieństwie do autora mam jednak nadzieję twardą, że Bóg, który jest władny dokonać ogólnej rewolucji moralnej, umie też uczynić ją w każdym ludzkim sercu: ufam mocno, że nikt nie wytrwa w oporze wobec Megamiłości!

Wracam jeszcze do książki Judyty i Joachima: zacytowałem wczoraj w ”Wyborczej” opinię ojca Badeniego o arcybiskupie Paetzu. Wypowiada się on tam parę razy bardzo mocno, najobszerniej tak: ”Aborcja i pedofilia - to są dwa grzechy, które budzą gniew Boga, wyraźnie to widzę. Aborcja dokonywana w milionach, pedofilia popelniana nawet wśód duchowieństwa(...) Mamy biskupa pedofila - nazwiska nie powiem, bo wiadomo, o kogo chodzi. Biskup pedofil to szczyty zła! A on sobie spokojnie siedzi tam, gdzie siedział - nie urzęduje, co prawda, nie zarządza diecezją, Ale gdzie kara? Gdzie publiczne przeproszenie wszystkich pokrzywdzonych? Tego nie ma!”

Ojciec Badeni nazwał pedofilią molestowanie dorosłych, co jest formalnie błędem, bo kleryk nie dziecko, ale takie wykorzystywanie podległości kościelnej jest też obrzydliwe.

Co zaś do kary i przeproszenia, w tym rzecz właśnie, że sytuacja wciąż jest dziwna. Wtedy była kara faktyczna, odebranie uprawnień biskupich, ale nie zostało powiedziane jasno o winie: nie tylko nie było wyznania winy, także jej stwierdzenia. A teraz oficjalnie nie wiadomo nic ani o cofnięciu zakazów przez Watykan, ani o podaniu się do dymisji przez arcybiskupa Gądeckiego, jeśli nie nastąpi cofnięcie tamtego cofnięcia. Znając eklezjalną skłonność do utajniania wszystkiego, nie wydaje mi się niemożliwe nawet takie coś, żeby Gądecki cofnął swoją warunkową dymisję, ale nie udzielał Paetzowi pozwoleń na te zaszczytne funkcje, na których wykonywanie już mu pozwolił Watykan. Bo to ordynariusz rządzi diecezją monarchicznie, zleca zadania albo nie. Może odsunąć sufragana, choćby ten nikogo nie molestował.

Teraz komentarz: jednak obowiązkowy celibat sprzyja molestowaniu. Decydują się na kapłaństwo w dobrej wierze młodzi ludzie, którzy uważają, że wytrwają w bezżeństwie, bo nie ciągnie ich do kobiet. Z czasem rozwija się w nich inna skłonność, dużo łatwiejsza do ukrycia w środowisku wyłącznie męskim. Nie odkrywam tu zresztą Ameryki, niektórzy nawet idą dalej, twierdząc, że zakaz małżeństwa w ogóle wypacza psychikę.

20:56, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
czwartek, 17 czerwca 2010
Ojcze Jedności... Po co nam patriotyzm?

Ewangelia Mateusza 6,7-15

Dziś w lekcjonarzu codziennym „Ojcze nasz". Napisało mi się kiedyś taki komentarz do tej modlitwy.
„Ojcze nasz". Co to znaczy „nasz"? Bóg jest ojcem wszystkich ludzi, niezależnie od rasy i religii. Boże ojcostwo łączy nas wszystkich. W szczególny jednak sposób łączy uczniów Chrystusa, autora tej modlitwy. Mamy wspólnego Chrystusa, kogoś, kogo wspólnie uważamy za Zbawiciela. Wspólnie wierzymy w Boga trójjedynego. To nas zasadniczo wyróżnia spośród reszty wierzących i stanowi zasadniczą więź. Ojcze nasz, Ojcze Chrystusa, Ojcze wszystkich chrześcijan, daj nam Jedność.
„Któryś jest w Niebie". Bóg jest w Niebie. Bóg jest blisko nas, jest w nas, ale zarazem ponad nami. Nieskończenie przekracza nasze pojęcia. Przekracza także nasze różnice: to, co nam się wydaje nie do pogodzenia, być może godzi się w Bogu, który jest Inny. Któryś jest w Niebie, a nie na naszej zrytej podziałami Ziemi, ukaż nam, jak przezwyciężyć podziały.
„Święć się imię Twoje". Imię Twoje jest święte. Święte są też wszystkie miejsca, gdzie wzywa się Twego imienia, niezależnie od sposobu, w jaki się to czyni. Święte są księgi innych religii, a tym bardziej innych wyznań chrześcijańskich. Święte są ich modlitwy. Święć się imię Twoje, gdziekolwiek i jakkolwiek jest wzywane.
„Przyjdź Królestwo Twoje". Przyjdź Królestwo Jedności! Niech już za naszych dni nadejdzie czas jeśli nie Jedności, to przynajmniej zgody między Kościołami chrześcijańskimi. Niech już za naszych dni minie czas wzajemnych oskarżeń i potępień, wzajemnego odsądzania się od chrześcijaństwa. Niech nadejdzie czas zrozumienia, że każdy ochrzczony ma prawo nazywać się chrześcijaninem, choć nie każdemu dana jest pełnia Prawdy i Miłości. Przyjdź Królestwo Twoje, które jest Jednością w Wielości.
„Bądź wola Twoja, jako w Niebie, tak i na Ziemi". Wolą Twoją jest, abyśmy byli jedno. Jezus umarł, „aby rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno" (J 11,52), a więc brak troski o Jedność jest ciężkim grzechem, jest lekceważeniem Jego śmierci, jest lekceważeniem Krzyża. Bądź wola Twoja nie tylko wśród aniołów i zbawionych, ale również na Ziemi, w Kościele cierpiącym rozłam.
„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj". Daj, abyśmy wspólnie łamali się Chlebem Twego Ciała. Duchu Święty, wskaż, jak przekroczyć bariery różnic doktrynalnych, które uniemożliwiają wspólnotę Stołu. Chleba naszego najświętszego daj nam wspólnie.
„I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom". Odpuść nam naszą część winy za rozłam, tak jak my wybaczamy naszym braciom z innych Kościołów ich winy wobec nas. I odpuść nam nasze grzechy przeciw Jedności.
„I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode Złego". Nasza chęć Jedności jest szczera, ale słaba ludzką słabością: nie wystawiaj jej na próbę. Diabolos to po grecku ten, co rozdziela. Wybaw nas od podstępów Rozłamcy! I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw od rozłamu. Amen.

Quozar pytał wczoraj o patriotyzm: „Ważniejszy jest naród jako całość czy jednostki w ramach tego narodu? (...) Czy katolik może być kosmopolitą?" Odpowiadam: jedno i drugie jest ważne, choć osoba ważniejsza. Osoba, nie jednostka, personalizm, nie indywidualizm, troska także o społeczność: rodzinną, narodową. Gdy ta troska ubóstwia wspólnotę, mamy kumoterstwo rodzinne, kolesiostwo (jakże częste w Kościele, stąd siła abp. Paetza), nacjonalizm - ale powiedzenie „koszula bliższa ciału" nie jest amoralne. Dlatego gdyby jakiś naród napadł na nasz, głupio jest powiedzieć, że to nie moja broszka. Ale wojna wyłącznie obronna i z możliwie najmniejszą liczbą ofiar!

Awarcho: Jonasz zapoczątkował internacjonalizm mimo woli, bo opierał się misji w Niniwie. Chciał, by ją szlag boski trafił, bo brzydził się jej pogaństwem.

15:45, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
środa, 16 czerwca 2010
Egocentryczne dywagacje

Ewangelia Mateusza 6,5

„Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę."

Biblia Tysiąclecia.

Powinienem napisać o używaniu modlitwy do celów politycznych, ale ten temat poruszałem już tyle razy, że chyba starczy. Niech będzie natomiast trochę „psychologii moralnej".

W ogóle nie należy się chwalić. Także dawaniem jałmużny, o czym jest w Ewangelii wcześniej. Należy wstydzić się takiego eksponowania własnego ja, bo pokazuje się wtedy tylko dobrą stronę własnej osobowości, ale jest to też jakaś manifestacja swojej osoby, która trąci egocentryzmem. Ludzie skryci wzbudzają moją sympatię. Bo w ogóle nie lubię gadulstwa, ale też wydaje mi się, że gaduła jest egocentrykiem. Co prawda, byli i są święci gadatliwi: taki był skądinąd całkiem nadzwyczajny ksiądz Bronek Bozowski, który nie był w stanie powiedzieć kazania krótszego niż bite pół godziny, niemniej nie na tym polegała jego świętość. Przykład miłości bliźniego dawał natomiast Jan Paweł II także przez to, że raczej słuchał, niż mówił.

A jaki był ksiądz Jerzy? Niestety nie mogę powiedzieć z autopsji, bo go właściwie nie znałem, ale biografowie świadczą, że był cichy, skupiony i na pewno nie miał nic z gwiazdora.

Swoją drogą niełatwo o nim pisać. W przeddzień jego beatyfikacji postawiłem w „Gazecie Wyborczej" pytanie, czy nie było tak, że bronił wolności tylko dla katolików, dla ateistów już nie. Analizowałem pod tym kątem jego „Myśli wyszukane", które zebrał jego przyjaciel ksiądz Jan Sochoń (Znak 2001). Wynikało mi z tej analizy wyraźnie, że żadnego monopolu katolickiego nie głosił. Mogłem był dodać jeszcze taki argument, że przyjaźnił się bardzo z profesorem Szaniawskim, człowiekiem niewierzącym, ale poprzestałem na cytatach. Żeby jednak nie przypisywać mu na siłę wszystkich wartości myślowych, napisałem, że w swojej otwartości umysłowej nie szedł tak daleko, jak zachodni intelektualiści w rodzaju filozofa francuskiego Jeana Lacroix, autora książki „Sens i wartość współczesnego ateizmu". No i doczekałem się ataku byłego prowincjała jezuitów warszawskich, ks. Dariusza Kowalczyka, który w piśmie diecezji warszawsko-praskiej „Idziemy" uznał, że ta moja pisanka to „dość nikczemne dywagacje".

Autor wraz z całym kościelnym tygodnikiem w ogóle nie znosi „Gazety", więc może nie powinienem się dziwić. I nie pisałbym tu o tym, gdyby nie bodziec dodatkowy: anonimowa pocztówka z Wrocławia, której autor polemizuje ze mną ze strony zgoła przeciwnej. Dla niego ksiądz Popiełuszko „był wyjątkowo niebezpiecznym i podstępnym politykiem. W swoich przemówieniach wzniecał i podtrzymywał w umysłach zdezorientowanych prostych ludzi nieufność wobec bliźnich." Co zdaniem autora pocztówki skutkuje tak, że w jego warszawskiej rodzinie „nie rozmawiają dotąd ze sobą solidaruchy z komuchami. Jedni to bliscy byłego zomowca - rencisty po kontakcie z pokojową demonstracją, drudzy to byli pracownicy Huty Warszawa". Nie dziwię się solidaruchom - jeżeli zomowiec trwa w swojej postawie moralnej. To, że bite solidaruchy czasem nie wytrzymywały i broniły się, nie gorszy mnie - a wina Popiełuszki, że go nie posłuchali, zgoła żadna.

Kisiel, felietonista wielki, wymyślił przysłowie: „Jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim nie dogodził". Pocieszam się, że jednak niektórym dogodziłem, a że wzbudziłem aż dwie polemiki, to też dobrze, bo jestem egocentryk i lubię rozgłos.

PS. Co zaś do religii i etyki w szkole: jak już pisałem po wielekroć, katecheza to dla mnie „lekcja" nieporównywalna z wykładem etyki. To coś o wiele więcej: to etyka plus nadzieja, że w walce o dobro nie jesteśmy sami, jest jeszcze Ktoś wszechmocny! Zatem w szkole religioznawstwo, przy kościele katecheza. Tylko kto mógłby tego pierwszego uczyć? Azali mamy dosyć całkiem świeckich tej wiedzy nauczycieli, takich, co znają w ogóle przedmiot, a poza tym potrafią mówić o religiach opisowo, obiektywnie? Katecheta przeciętny - nie bardzo, a ktoś całkiem inny - dość douczony?

Niemniej jest problem lokalizacyjnyny. Katecheza mogłaby być jednak w szkole tam, gdzie kościół daleko, co na terenach wiejskich nierzadkie, a autobusów i tramwajów nie ma. Czy z kolei każda parafia ma dość pomieszczeń dla katechezy? Nie wiem.

15:19, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
wtorek, 15 czerwca 2010
Internacjonalizm wywiedziony z Ewangelii

Ewangelia Mateusza 5,43-44.46-47

„Słyszeliście, że powiedziano: «Będziesz miłował bliźniego twego» i nienawidził wroga twego, ja natomiast mówię wam: miłujcie wrogów waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują (...). Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, jakaż nagroda wam się należy? Czyż i celnicy nie czynią tak samo? I jeśli pozdrawiacie jedynie braci swoich, czyż i narody nie czynią tak samo?"
Ekumeniczny przekład przyjaciół.

Komentarz zacznę od końca, od owych „narodów". To nie poganie po prostu? Sprawa nie jest prosta, albowiem termin grecki etnikoi formalnie narody, ich członków oznacza, czyli wszystkie poza tym jednym, skądinąd, rzecz jasna, innowiercze. To właśnie owi „goje", hebrajskie „goim". Może tu pasowaliby jednak „poganie", bo sens słów jest negatywny - w każdym razie warto wiedzieć, co w oryginale piszczy.

Piszczy jednak oczywiście dużo bardziej w naszych uszach początek cytatu: czyżby Naród Wybrany kazał nienawidzić wrogów? Ważny jest oryginał, ważny też komentarz biblistyczny. Nieżałująca wyjaśnień Poznanianka zapewnia, że słów takowych nie ma w Biblii ani w pismach rabinicznych, są natomiast w Księdze Reguły z Qumran (1 Q S, 1,10). Z dalszego ciągu przypisu biblistycznego wynika jednak, że w potocznej myśli żydowskiej czasów Jezusa nienawiść kwitła na całego, szczególnie do Rzymian okupantów. Czemu się dziwić nie trzeba, znając choćby życiorys księdza Jerzego, który z nienawiścią do esbecji walczyć musiał. Mało kto też dziś pamięta, że zaraz po wojnie łamano zasady ortografii, żeby spostponować niedawnego okupanta: „Niemców" pisało się z małej litery.

To już, dzięki Bogu i obustronnym wielkim pojednawcom, tylko ponura historia. Usłyszałem o Niemce pracującej z zadowoleniem w Polsce. Żeby to jeszcze pracowała przykład w jakiejś firmie polsko-niemieckiej: nie, w Muzeum Powstania Warszawskiego!

12:54, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Problem policzkowania, bicia w ogólności. Dariusz Wielki

Ewangelia Mateusza 5,38-39

„Słyszeliście, że powiedziano: «Oko za oko, ząb za ząb». Ja wam powiadam: nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli kto cię uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi".

Tłumaczenie Tysiąclatki, z mego periodyku-niezbędnika, czyli z mariańskiego „OREMUS".

Te słowa to jak przysłowia, ale warto wiedzieć, co znaczą w Biblii. Czerpię wiedzę z Poznanianki: „Trudno wykazać, czy prawo odwetu obowiązywało jeszcze za czasów Chrystusa. Tylko pojedynczy przepis Pwt 19, 19 nakazujący fałszywemu świadkowi wymierzyć karę przewidzianą za przestępstwo, o które oskarżał, obowiązywał jeszcze częściowo." I dalej o mędrcach pozabiblijnych, po czym ważne wyjaśnienie: „Wzmianka o prawym policzku nawiązuje do policzkowania wierzchem dłoni, rozpowszechnionego u Żydów. Takie uderzenie uchodziło za cięższą zniewagę aniżeli uderzenie twardą dłonią". Rozróżnienie zniewag bardzo subtelne; czytałem też gdzieś, że bicie wierzchem dłoni bardziej boli niż to zwyczajne. Osobiście nie mam poglądu, bo nie doświadczyłem.

Co mi przypomina problem bicia dzieci, ważny teraz politycznie. Oczywiście też pedagogicznie; zgadzam się, że penalizacja klapsa to mała przesada, zgoda też na to, że liberalizm pedagogiczny musi mieć swoje granice, bo inaczej nieznośność dzieci nie ma granic. Na szczęście zatem twórcy ustawy wycofali się z zakazu nacisków psychicznych. Ale zastanówmy się, co jest większym niebezpieczeństwem: katowanie dzieci czy ich rozpuszczanie. Sam byłem bity i potem biłem: idealna wydaje mi się postawa przyjaciółki moich rodziców, której mąż poszedł na wojnę, a synek był nieznośny: gdy ów drugi przebierał miarkę, mama zamiast bić mówiła mu, żeby ją sam karał w ten sposób. Chyba skutkowało.

„Nie stawajcie oporu złemu". Hasło dwóch polskich świętych (JP II jest dla mnie takowy bez watykańskiego stempla) pochodzi jednak raczej z Listu do Rzymian 12,21, choć oczywiście Paweł wziął je od swego Mistrza.

Ks. Jerzy (Popiełuszko - mamy też od kilku lat innego swego Jerzego, na spółkę z Litwinami: Matulewicza- Matulajtisa, co walczył ze smokiem obu nacjonalizmów) zło dobrem zwyciężał między innymi własnym „antytupetem". Dawny naczelny „Gościa Niedzielnego" ks. Stanisław Tkocz wspomniał mi kiedyś, że na jakiejś imprezie księżej błogosławiony wyróżniał się tym, że w każdej kolejce był zawsze ostatni - i nie dlatego, że się zawsze spóźniał. Albowiem mogloby być przykazanie jedenaste: nie pchaj się! Co mi się skojarzyło z kolegą z Agory Darkiem Fedorem z racji tego, że napisał do wczorajszej „Stołecznej" o naszym patronie ładne wspomnienie, ale też dlatego, że z przeraźliwym uporem nie chciał tekstu drukować, choć redaktorzy nalegali. Mówił, że to grafomaństwo. Jak żyję 77,5 lat, nie spotkałem autora aż tak skromnego. Taka pokora w pale się nie mieści, w każdym razie nie w mojej.

18:00, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
niedziela, 13 czerwca 2010
Elżbieta Adamiak, Maria z Magdali, ma córka Joanna i inne ważne panie

Ewangelia Łukasza 7,36 - 8,3

Dziś biblijno-liturgiczny Dzień Kobiet! Inne teksty Pisma niekoniecznie dotyczą pań (Psalm 32 opowiadając o szczęśliwym człowieku, mówi w starszym tłumaczeniu o „mężu", czyli może nawet i człeku bezżennym, ale na pewno mężczyźnie), ale za to perykopa Łukasza pełna jest płci pięknej!

Najpierw jest scena w domu faryzeusza Szymona, kiedy to ku jego zgorszeniu Jezus daje się namaścić jawnogrzesznicy, potem mamy informację, że z Jezusem i dwunastoma innymi „mężami" chodziło kilka kobiet. Trzy są wymienione z imienia: Maria zwana Magdaleną, Joanna, żona Chuzy, zarządcy u Heroda, i Zuzanna.

Zacznę od Joanny: imię w Biblii unikalne, występuje tylko tutaj. Na szczęście choć raz, dzięki czemu moja ukochana córka może szczycić się, że jest w Piśmie Świętym. Ważny szczegół, że tamta Aśka była zapewne „bogata z domu", bo majordomus króla pewnie ubogi nie był; może ona właśnie dofinansowywała całą ekipę. Zuzanna to na pewno nie ta z Księgi Daniela, którą podglądali starcy. No i - last not least - Maria Magdalena. Łukasz nie przewidział, że napisawszy o niej zaraz po opowiedzeniu o jawnogrzesznicy, utożsami niechcący jedną z drugą: na ową tożsamość żadnych dowodów w ewangeliach nie ma. Wynika z nich natomiast, że Maria z Magdali była osobą nieprzeciętną i że darzyła Jezusa miłością ogromną (acz na wzajemność również argumentów brak).

Tyle o innych niewiastach, teraz o znakomitej, która opisała dzielnie swoje współniewiasty w Piśmie Świętym. To teolożka poznańska wybitna, dr Elżbieta Adamiak, autorka między innymi dwóch tomów dzieła „Kobiety w Biblii". Jeden dotyczył Starego Testamentu (Znak), drugi, niedawno wydany, Nowego („Więź"). Imienniczka matki mego patrona jest nie tylko feministką, czyli promotorką połowy ludzkości, także uczoną: owe książki są biblistycznej scjencji pełne. Gratuluję i z tego miejsca serdecznie pozdrawiam!

12:55, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
sobota, 12 czerwca 2010
Jakim synem był Jezus?

Ewangelia Łukasza 2,41-51

”42. I stało się, gdy miał lat dwanaście, że poszli zgodnie ze zwyczajem na święto. I dobiegły końca dni pobytu; kiedy wracali, chłopiec Jezus pozostał w Jeruzalem, rodzice Jego zaś nie wiedzieli o tym.
44. Sądząc, że jest wśród współtowarzyszy podróży, przeszli dzień drogi i szukali Go pośród krewnych i znajomych,
45. a nie znalazłszy, powrócili do Jeruzalem, szukając Go.
46. I stało się, że po trzech dniach znaleźli Go w świątyni, siedzącego pośród nauczycieli, słuchającego i stawiającego im pytania.
47. Ci wszyscy, którzy Go słuchali, nie mogli nadziwić się bystrości Jego umysłu i odpowiedziom.
48. Widząc Go, przejęli się, a matka Jego rzekła do Niego: - Synku, cóżeś nam uczynił? Oto ojciec Twój i ja, pełni bólu, szukaliśmy Cię.
49. I rzekł im: - Jak to szukaliście mnie? Czyż nie wiedzieliście, że trzeba mi być w tym, co jest mego Ojca?
50. Oni zaś nie pojęli Słowa, które im powiedział.
51. I zszedł z nimi, i przybył do Nazaretu, i był im posłuszny. Matka zaś Jego zachowywała wszystkie te Słowa w swoim sercu.
52. Jezus zaś wzrastał w mądrości, w latach oraz w łasce u Bogu i u ludzi.”


Ekumeniczny przekład przyjaciół.

Dziś święto Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny, zaraz po uroczystości Największego Serca Jezusa. Myślę sobie o relacji tych dwóch serc. A mamy dzisiaj tekst ewangelijny stawiający ostro taki problem.

Bo myślac po laicku, Jezus zachował się wobec Maryi (i Józefa) niezbyt grzecznie. Nie dość, że nie uprzedził, iż zostaje w Świątyni, ale gdy Go po trzech dniach znaleźli, bynajmniej nie wykazał skruchy: winę zrzucił na nich. Można, co prawda, dziwić się, że Rodzice zauważyli Jego nieobecność dopiero uszedłszy dzień drogi: nie dowodziłoby to braku ich troski o Niego, niemniej przekonania, że jest już prawie dorosły, zatem może chodzić własnymi drogami. A jeśli tak, to ich zdziwienie byłoby trochę dziwne. Nawet jednak ludzie dorośli powinni raczej informować się nawzajem, gdy oddalają się od grupy.

Ale zamiast pedagogiki i psychologii potrzebna tu jest teologia. Ewangelie to nie powieści psychologiczne! Bibliści (i biblistki - także pani profesor Elżbieta Adamiak, specjalistka od kobiet w Piśmie Świętym, o której napiszę tu także jutro!) powiadają mniej więcej tak: Maryja i Józef nie zrozumieli, że ich Syn ma do spełnienia misję całkiem szczególną, a powinni byli to wiedzieć.

Maryja jest drugi raz w dyskusji z Synem w Ewangelii Jana, na weselu w Kanie Galilejskiej. Na prośbę o zajęcie się (oczywiście nadnaturalne) niedoborem wina, Syn odpowiada jej niezbyt grzecznie: nazywa ją nie matką, tylko niewiastą (albo raczej po prostu kobietą) oraz chłodno odmawia. Są różne interpretacje biblistyczne, odnotuję tylko krótko po pierwsze wyjaśnienie, że nazywanie kobiety tak właśnie to żadne lekceważenie: tak samo na przykład nazwał Jezus swą matkę stojącą pod krzyżem, kiedy zatroszczył się o opiekę dla niej. Po drugie, tłumaczę sobie początkową odmowę cudu świadomością, że będzie oznaczał on początek misji, która zakończy się ma krzyżu. Nie śpieszyło Mu się do tego finału.

Jakim był synem? Jedno jest dla mnie pewne, że ich relacja nie mogła być zwyczajna: miał Boga za Ojca.

09:44, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
piątek, 11 czerwca 2010
Przytulić czy dołupić?

Ewangelia Łukasza 15,3-7

”3. Odpowiedział więc im taką przypowieść, mówiąc:
4. - Jaki człowiek spośród was, mając sto owiec i zgubiwszy jedną z nich, nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustkowiu i nie pójdzie za zaginioną, aż ją odnajdzie?
5. I odnalazłszy, kładzie ją sobie na ramiona, radując się.
6. I przyszedłszy do domu, zwołuje przyjaciół i sąsiadów, mówiąc im: - Radujcie się ze mną, bo odnalazłem owcę moją, tę zaginioną!
7. Powiadam wam: taka radość będzie w niebie z jednego grzesznika, który się nawraca, większa niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie mają potrzeby nawrócenia.”


Ekumeniczny przekład przyjaciół.

Opowieść o zgubionej owcy służy różnym celom liturgicznym, tym razem dzisiejszej uroczystości. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Święto to jest stosunkowo nowe: zostało ustanowione w wieku XVIII; na jego powstanie ogromny wpływ mieli biskupi polscy. Można powiedzieć, że historia powtórzyła się w wieku XX, kiedy także z Polski wyszła idea święta Miłosierdzia Bożego, wyznanie: „Jezu, ufam Tobie". Tu i tam obrazy kiczowate, ale ich przesłanie różne od kościelnej potoczności. Tu i tam Chrystus nie tyle sądzi, ile kocha.

A z dzisiejszej przypowieści wynika, że jakby bardziej kocha tych, co są daleko od Jego owczarni, od tych, co są blisko. Że grzesznicy jakby bliżsi Mu są duchowo niż „dobrzy" wyznawcy. Bo też przecież takie jest przesłanie całej Ewangelii, w której ludzie „po linii" (gdy się za takich mają) gorsi są od różnych zagubionych.

Tradycja obu świąt polska, niemniej narasta we mnie przekonanie, że mało ją widać w działaniu naszych biskupów dzisiejszych. Oczywiście, bywają różni: obrady Episkopatu są utajniane mocno, ale niektórzy ich uczestnicy wyznają, że spory tam nieraz ostre; zresztą na przykład między arcybiskupami Życińskim i Michalikiem widać na zewnątrz różnice niewąskie. Niemniej nasza dzisiejsza strategia arcypasterska jest w sumie jakby taka, że owcy zgubionej może i należy szukać, ale nie po to, żeby ją przytulić, raczej, by dołupić pastorałem.

21:51, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
czwartek, 10 czerwca 2010
Absencja na majowym powodem powodzi?

Psalm 65, 10-13
”Nawiedziłeś i nawodniłeś ziemię,
wzbogaciłeś ją obficie.
Strumień Boży wezbrany od wody;
przygotowałeś im zboże.
I tak uprawiłeś ziemię:
nawodniłeś jej bruzdy, wyrównałeś skiby,
spulchniłeś ją deszczami
i pobłogosławiłeś płodom.
Rok uwieńczyłeś swymi dobrami,
gdzie przejdziesz, wzbudzasz urodzaj.
Stepowe pastwiska są pełne rosy,
a wzgórza przepasane weselem.”


Nie wybrałem tego fragmentu psalmu samowolnie, dla głupiego żartu, nigdy tak nie robię w moim blogu: przeznaczono go na dzisiaj jak zawsze w samym Watykanie. Gdy przed laty dokonywano planu liturgicznych tekstów biblijnych w cyklu trzyletnim, nikt nie przypuszczał, że nad Wisłą, Wartą i Odrą ów psalm trafi na wielką powódź. Również tylko przypadkiem mamy w dzisiejszej porcji Biblii pasującą do tego psalmu opowieść z 1 Księgi Królewskiej (18, 41-46) o tym, jak prorok Eliasz cudownie załatwił deszcz, gdy susza groziła głodem.

No cóż, teksty biblijne nie zawsze pasują do pogody, czasem wręcz „antypasują". Nie modlimy się teraz o deszcz, nie wychwalamy wodnego żywiołu. I bardzo trudno nam chwalić dobroć Boga, kiedy żywioł niszczy nam wszystko.
Kara za grzechy? Cytat z wywiadu z ks. rektorem Grzegorzem Rysiem w „Gościu niedzielnym" z 6 czerwca. Jacek Dziedzina: „W pewnej parafii na Śląsku proboszcz grzmiał, że woda zalała sąsiednie wioski bo... ludzie nie chodzą na majowe". Ks. Ryś: „A sąsiedzi chodzili i ich zalało, i co? Podejrzewam, że mówią tak tylko ci, których to nieszczęście nie dotyka osobiście. Ci, których dotyka, a są wierzący, próbują się mobilizować, sobie nawzajem pomagać".

Ale jak nie kara Boża, to co? Jednak Bóg dopuścił. Ks. Ryś daje odpowiedź taką oto: „Chrystus zostawił rany na ciele po zmartwychwstaniu. Te rany to jest cierpienie w świecie. Chrystus przezwyciężył zło, pokonał szatana, a jednocześnie raz po raz dotykamy Jego ran (...) jednocześnie mając pewność, że są to rany Zmartwychwstałego. To jest rzeczywista nadzieja, która jest dostępna w wierze. Ona nie banalizuje zła i cierpienia, nie bierze ich w nawias". Nadzieja na szczęście ostateczne. A wcześniej myśl, że „sens wydarzeń, które nas spotkały, odczytujemy dopiero po fakcie". Ale ta w pełni wyjaśniająca lektura to już raczej możliwość pośmiertna. Wtedy zobaczymy w pełni plany Opatrzności, będziemy wiedzieli, nie tylko wierzyli, że jest SENS.

18:38, jan.turnau
Link Komentarze (63) »
środa, 09 czerwca 2010
Co do joty

Ewangelia Mateusza 5,17-19

„Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim”.

Jest to jeden z fragmentów Ewangelii niezbyt jasnych: bo jednak chrześcijaństwo nie każe przestrzegać wszystkich 613 przykazań żydowskich. Bibliści tłumaczą, że chodzi tu o uzupełnienie i udoskonalenie Prawa, czyli etyki żydowskiej (chyba w tej religii jest jakieś utożsamienie owych dwóch systemów zobowiązań), i to jest zrozumiałe, bo Jezus gdzie indziej wzywa do większego radykalizmu. Tyle że jednak dodaje, ale zarazem ujmuje. Czy raczej ujęli potem Jego uczniowie.

Moje własne, może ułomne, wyjaśnienie dzisiejszej wątpliwości jest takie. Nie mamy tutaj całego wykładu stosunku Jezusa do religii, którą udoskonalił samą swoją osobą oraz nauką. Ewangelie nie tylko nie są biografiami Jezusa, także nie są zgoła usystematyzowanym wykładem etyki, którą swoją osobą i nauką przedstawiał. Nie ma w nich nic z systemu, podobniejsze są na przykład do przypowieści buddyjskich niż do pisarstwa Tomasza z Akwinu. Jezus ze wschodnią przesadą wypowiadał myśli tak potem przedstawione w ewangeliach (które nie są zgoła zapisem dyktafonowym), uzupełniane potem w innych księgach Nowego Testamentu. Mówiąc o tych uzupełnieniach, mam oczywiście na myśli adaptację nauki Jezusa do potrzeb misji wśród pogan: rezygnację z obowiązku obrzezania i zasad gastronomicznych. Chrystus uważał, że jest posłany głównie do Żydów, i taką adaptację raczej zostawił uczniom. Tak sobie dzisiaj pomyślałem.

18:24, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
Sól papieża Benedykta XVI

Wpis na wtorek 8 czerwca 2010 r.

Ewangelia Mateusza 5, 13-15

„Wy jesteście solą ziemi, jeśliby zaś sól straciła moc, czymże ją osolić? Na nic się już nie nadaje, tylko by ją wyrzucić na podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może skryć się miasto leżące na górze ani nie zapala się lampki i nie stawia pod korzec, ale na świeczniku, i świeci wszystkim w domu".

Ekumeniczny przekład przyjaciół.

Tak jest, my, chrześcijanie, jesteśmy solą ziemi. Jeśli zwietrzejemy, to nie dziwmy się, że nas depczą. My jesteśmy miastem na wzgórzu, które widać zewsząd, i lampą potrzebną prawie jak woda.

W Kościele były różne funkcje, różny ich rozdział, różne hierarchie, ale zawsze byli „starsi", to znaczy tacy, którzy mieli świecić nie tylko wykładem, także przykładem. W Kościele rzymskokatolickim jest wzgórze watykańskie, a na nim papież, który z tej wysokości ma świecić miastu i światu. Powinien, a jak jest naprawdę?

W każdej sprawie trzeba umiaru w sądach. Bardzo ciekawy jest też dlatego majowy numer „Znaku", gdzie o kościelnych skandalach pedofilskich piszą Janusz Poniewierski i Arkadiusz Stempin. Obaj z umiarem.

W swoim stałym felietonie wstępnym Poniewierski powiada tak:

”Przypadki pedofilii wśród księży i zakonników «to, być może, najcięższa próba, jakiej doznaje dziś Kościół» - mówił w kazaniu wielkopostnym, wygłoszonym w obecności Benedykta XVI i jego najbliższych współpracowników, o. Raniero Cantalamessa, kaznodzieja Domu Papieskiego. Oczywiście, nie wolno tego grzechu ludzi Kościoła uogólniać - dodał - «biada jednak, gdy będzie się milczeć» na ten temat!

Tego akurat - milczenia, tuszowania pedofilii i jej bagatelizowania - nie można zarzucić Papieżowi, choć w ostatnich tygodniach wielu z tego właśnie powodu próbowało postawić obecnego biskupa Rzymu w stan oskarżenia. Wyraźnie szukano nań «haków», żeby tylko pokazać, iż Joseph Ratzinger - jako arcybiskup Monachium i prefekt Kongregacji Nauki Wiary - nie zawsze stawał na wysokości zadania i w związku z tym nie ma dziś prawa do występowania w roli autorytetu moralnego. W tym celu prześwietlono całą jego biografię - i w końcu udało się znaleźć dwa przypadki, które (odpowiednio naświetlone i nagłośnione) mogły stać się pretekstem do obrzucenia go błotem. Po pierwsze, sprawę ks. Murphy'ego ze Stanów Zjednoczonych - kapelana katolickiego ośrodka dla głuchoniemych dzieci, który w latach 1950-1974 dopuścił się czynów pedofilskich. W1996 roku rozpoczęto przeciwko niemu postępowanie kanoniczne, które powinno zakończyć się redukcją do stanu świeckiego. Tak się jednak nie stało, bo Lawrence Murphy był już wówczas ciężko chory (zmarł w roku 1998) i błagał Stolicę Apostolską o miłosierdzie (chciał umrzeć jako prezbiter), zaś jego sprawa dotyczyła przeszłości, za którą - jak twierdził - od przeszło dwudziestu lat pokutował. W tej sytuacji kierowana przez kard. Ratzingera Kongregacja Nauki Wiary zawiesiła swoje procedury - i, moim zdaniem, biorąc pod uwagę ów kontekst, można to zrozumieć. To zaś, co dziś przy tej okazji dzieje się w mediach, uważam za antypapieską nagonkę. Pikanterii dodaje fakt, że w roli głównego oskarżyciela, bezkrytycznie cytowanego przez „New York Times", występuje były arcybiskup Milwaukee Rembert Weakland, który musiał ustąpić ze stanowiska ze względów obyczajowych.

Bardziej dyskusyjny jest drugi przypadek, ujawniony przez prasę niemiecką. Otóż Joseph Ratzinger - kiedy był arcybiskupem Monachium - przyjął do swej diecezji ks. Petera Hűllermana z Essen, podejrzewanego o molestowanie nieletnich. Ksiądz ten miał poddać się terapii, w której skuteczność w tamtym czasie i w tamtych kręgach powszechnie wierzono, tymczasem niemal od razu skierowano go do pracy duszpasterskiej. Stolica Apostolska i Kościół w Niemczech twierdzą dziś, że decyzję tę - bez wiedzy Ratzingera! - podjął wikariusz generalny ks. Gerhard Gruber. To możliwe, warto jednak pamiętać, że ostateczną odpowiedzialność za diecezję ponosi zawsze jej ordynariusz. Byłoby zatem rzeczą «godną i sprawiedliwą», gdyby Papież osobiście się do tej sprawy odniósł. Dobrą okazją ku temu - niestety, z tego punktu widzenia nie w pełni wykorzystaną - było ogłoszenie przezeń listu do Kościoła w Irlandii (19 marca) poświęconego skandalowi pedofilii. Listu skądinąd bardzo przejmującego i przepełnionego bólem. Szkoda też, iż Benedykt XVI nie wykorzystał symboliki mycia nóg w czasie liturgii Wielkiego Czwartku. Bo przecież zamiast dwunastu księży, przed którymi ukląkł, mogła się tam znaleźć choć jedna ofiara molestowania. Jednak takich możliwości jest wiele i wciąż mam nadzieję, iż Biskup Rzymu znajdzie sposób, żeby publicznie podjąć jakiś akt skruchy - w imieniu własnym i Kościoła. Moim zdaniem, byłby to gest profetyczny i wielki.

Inna rzecz, że Kościół rzymskokatolicki - zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych I Europie - czuje się ostatnio traktowany jak chłopiec do bicia. Duża część opinii publicznej patrzy nań jak na organizację przestępczą, opartą na strukturze mafijnej. Nic dziwnego zatem, że wielu katolików zamiast okazywać skruchę, poczuwa się raczej do obrony Kościoła i manifestowania solidarności z Papieżem. Tak jak wspomniany o. Raniero Cantalamessa, który - cytując w Wielki Piątek anonimowego żydowskiego przyjaciela - przyrównał obecną fobię antykościelną («posługiwanie się stereotypami i przechodzenie od odpowiedzialności osobistej do zbiorowej») do... antysemityzmu. Porównanie to (zwłaszcza dla Żydów, ale także dla ofiar pedofilii) jest szokujące - i sam kaznodzieja później za to przeprosił - ale czy na pewno nie ma dlań żadnego uzasadnienia?!”

Wyważa również Stempin, choć podaje wiele wiadomości potwornych. Zajmuje się samym terenem Niemiec, skąd wystarczy jeden przykład: „Moje pierwsze doświadczenie seksualne to ejakulacja ojca P. na moich plecach" - oświadczył jeden z czterdziestu mężczyzn będących ofiarami przemocy mnichów z klasztoru w Ettal.

Stempin pisze dalej tak o samej dyskusji niemieckiej:

”Większość biskupów niemieckich opowiada się za współpracą z prokuraturą i szybkim wyjaśnieniem przypadków pedofilii popełnionych przez przestępców w sutannach. Krzykliwa mniejszość woli jednak zachować dotychczasową autonomię Kościoła i trzymać państwowych urzędników z dala od swoich spraw. Ustami biskupa Ratyzbony Gerharda Miillera oskarżyła ona media o prowadzenie antykatolickiej kampanii. Jako głównych oskarżonych wskazała nie pedofilskich księży, lecz... rewolucję kulturową 1968 roku, winną «rozerotyzowania społeczeństwa». Taką retoryką twardogłowi dolewają tylko oliwy do ognia, radykalizując przeciwników, którzy z kolei uważają, że samooczyszczenie Kościoła to za mało. W samych Niemczech ludzie sceptycznie podchodzący do wewnętrznej odnowy Kościoła wskazują na fakt, że po skandalach pedofilskich w Stanach Zjednoczonych ordynariusz szczególnie skompromitowanej diecezji bostońskiej kardynał Bernard F. Law ustąpił wprawdzie ze stanowiska (udowodniono mu, że krył księży pedofilów przed prokuraturą), ale potem powierzono mu zaszczytną godność archiprezbitera rzymskiej Bazyliki Santa Maria Maggiore, co wielu uważa za jego rehabilitację.

Fakt, że w prasie i telewizji niemal codziennie pojawiają się doniesienia na temat skandalów w Kościele, sprawia jednak, że w społeczeństwie powstał nieco przesadzony obraz nadużyć duchowieństwa. Koryguje go kryminolog z Hannoveru Christan Pfeiffer. Na 138 tysięcy przypadków napastowania małoletnich w latach 1995-2009 w Niemczech jedynie 0,1 procent przypada na duchownych. Zatem, zdaniem Pfeiffera, «Kościół katolicki stoi wobec problemu jakościowego, a nie ilościowego». Jego przyczyn katolicy świeccy upatrują w obowiązkowym celibacie duchownych. Przyciąga on w dużym stopniu mężczyzn, którzy pod dachem kościoła mogą uniknąć konfrontacji z własną zaburzoną seksualnością, a w zamian za deklarację seksualnej abstynencji uzyskują aprobatę, status i niezłe pieniądze. Tyle tylko, że ten, kto jest seksualnie niedojrzały (także do prawdziwej abstynencji), szybko ulegnie presji własnej seksualności. Według Eugena Drewermanna, niemieckiego teologa i psychoterapeuty, także duchowni nie będący pedofilami cierpią na nerwice na tle seksualnym, co otwiera drzwi patologii i charakterologicznym dewiacjom. Celibat rodzi jeszcze jeden, poważniejszy problem. Tuszowanie afer przez biskupów w imię zachowania twarzy zdaje się mieć związek z wysokimi wymaganiami, jakie w kwestii moralności seksualnej przed wiernymi stawia Kościół.”

I tu jest, zgodnie z niemieckim właśnie przysłowiem, pogrzebany pies. Problem jest ilościowy, nie da się zaprzeczyć, a nawet trzeba powtarzać - ale również jakościowy. Nie chodzi mi tu o celibat, który jest rozdziałem osobnym (na szczęście na szczytach coś ruszyło, jeżeli za otwartą dyskusją na ten temat wypowiedział się także dotąd umiarkowany w poglądach kardynał wiedeński Schönborn). Chodzi mi o to, że Kościół jest miastem na wzgórzu i solą ziemi, co więcej, w sprawach seksu wymaga szczególnie dużo, zatem jedno takie okropne świństwo na terenie eklezjalnym kłuje w oczy, jak sto pozakościelnych. I trudno się dziwić, że kościelną sól się depcze, gdy okazuje się niewiele warta.

Tyle tylko, że deptanie akurat personalnie Benedykta XVI wydaje mi się przesadne. Oprócz powodów, które podał Poniewierski, jest jeszcze taki, o którym przeczytałem niedawno w „Polityce", w wywiadzie z Tomaszem Polakiem, niegdyś księdzem Węcławskim. Był on mianowicie promotorem sprawy arcybiskupa Paetza, położenia kresu jego molestowaniu kleryków (czyli nie pedofilii, co prawda, ale czegoś podobnego, bo wykorzystywania podległości kościelnej dla wymuszania seksu). Jako członek Międzynarodowej Komisji Teologicznej znał jej ówczesnego szefa, kardynała Ratzingera, i dał mu poznać poznańską nieprawość. Ważne jest to, co mu powiedział przyszły papież: żeby wysłał oficjalne pisma w tej sprawie do jego Kongregacji Doktryny Wiary, ale też do dwóch innych dykasterii. Oczywiście dlatego, że hamulce w tej sprawie działają gdzie indziej. Nie wiemy od Polaka, co to były za urzędy watykańskie, ważne jest jednak, że dzisiejszy papież już wtedy próbował walczyć z tą kościelną zbrodnią. Oddawajmy mu zatem sprawiedliwość.

18:23, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 07 czerwca 2010
Oj, szewczyku, nie bądź głupi...

Ewangelia Mateusza 5,1-12

„Widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie, On zaś rozpoczął naukę, mówiąc: - Szczęśliwi ubodzy w duchu, albowiem ich jest królestwo niebieskie.
Szczęśliwi, którzy się smucą, albowiem będą pocieszeni.
Szczęśliwi łagodni, albowiem odziedziczą ziemię.
Szczęśliwi, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem będą nasyceni.
Szczęśliwi miłosierni, albowiem dostąpią miłosierdzia.
Szczęśliwi czystego serca, albowiem będą oglądali Boga.
Szczęśliwi, którzy doprowadzają do pokoju, albowiem nazwani będą synami Bożymi.
Szczęśliwi, którzy cierpią prześladowanie za sprawiedliwość, albowiem ich jest królestwo niebieskie.
Szczęśliwi jesteście, jeżeli z mojego powodu lżą was i prześladują, i kłamliwie przypisują wam wszelkie zło.
Cieszcie się i radujcie, bo czeka was sowita nagroda w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy żyli przed wami."

Przepisałem z Biblii Poznańskiej wersję bardziej oryginalną, bo i mniej stosowaną (choć za Poznanianką poszła Paulistka), i bardziej zgodną z oryginałem. Jak tu powtarzam jak mantrę, greka ma osobne odpowiedniki słów „błogosławieni" i „szczęśliwi", a tu mamy owych „makarioi" jak byk.

Oraz mamy receptę na szczęście. Z całą pewnością nie kupi się go za wódkę, jak uczyła piosenka sprzed pół wieku („Oj, szewczyku, nie bądź głupi, szczęścia za wódkę nie kupisz"). Nie daje szczęścia alkohol - to (teoretyczny) banał, ale również tysiąc innych towarów tego świata: „złoto, sceptr, sława, rozkosz, piękne oblicze..." - jak wyliczał Sęp Szarzyński w swym sławnym sonecie, zaczynającym się od słów: „I nie miłować ciężko, i miłować". Nie tylko tam, w niebiesiech, ale już tu, na ziemskim padole, widać gołym okiem, jak krótkotrwałe jest szczęście, które daje mamona, sceptr, czyli berło, symbol władzy, bycie „na topie", rozkosz na przykład łóżkowa. Poeta XVI-wieczny napisał dalej „...by tym nasycone i mógł mieć serce, i trwóg się warować" (czyli bronić się od nich). Jest między innymi taka oczywista właściwość ludzkiej kondycji, że brzuch daje się na jakiś zapełnić, duch wciąż woła: „więcej". Albo że przyzwyczajamy się do wygody błyskawicznie, odzwyczajamy się z dużym trudem. Albo że szczęście polega po prostu na zmianie sytuacji na lepsze: dlatego szczęśliwy jest żebrak, który załapał się na większy datek, natomiast melancholijny jest królewicz, który ma już tyle, że niczym go nie ucieszysz.

To są wszystko banały, nie mogłem ich jednak nie napisać komentując te genialne rady ewangelijne. Wiem to wszystko z własnego doświadczenia. Oczywiście raczej negatywnego: na przykład gonię za sławą, a jakże, choć wiem, że to idiotyzm.

Żeby być szczęśliwym, trzeba szukać radości głębiej. Religie wspólnie uczą, że - tu znowu Sęp Sarzyński, poeta posępny, ale wskazujący coś, co zdolne jest rozświetlić szarzyznę każdego życia -

„miłość jest własny bieg życia naszego.
Ale z żywiołów utworzone ciało (...)
zawodzi duszę, której wszystko mało,
gdy Ciebie, wiecznej i prawej piękności,
samej nie widzi, celu swej miłości."

Głębią, w której trzeba szukać szczęścia, jest Absolut, ale On niejedno ma imię. Nie wchodzę tu w przepastny problem owej nomenklatury, odnotowałem tylko coś, co wie może i wielu, ale mało kto z owej wiedzy wyciąga praktyczne wnioski. Do owej elity duchowej należał wczorajszy polski bohater dnia. Nie szukał cierpienia, wręcz przeciwnie, ale nie bał się go panicznie. Wiedział praktycznie, co jest w życiu najważniejsze.

PS. Czytelnik napisał niedawno, że brat Jezusa Jakub nie wierzył w Zmartwychwstanie. Skąd ta wiedza? Na pewno nie z biblijnego Listu Jakuba ani z mojej pisanki. Nie wierzył w misję Jezusa, ale właśnie po Zmartwychwstaniu uwierzył.

15:56, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
czwartek, 03 czerwca 2010
Patrząc na procesję

1 List do Koryntian 11, 23-26

„Ja bowiem otrzymałem od Pana to, co też wam przekazałem, że Pan Jezus tej nocy, której został wydany, wziął chleb i po dziękczynieniu połamał i powiedział: - To jest moje ciało przez was wydane. To czyńcie na moją pamiątkę. Podobnie po wieczerzy wziął także kielich, mówiąc: - Ten kielich jest moim przymierzem w mojej krwi. To czyńcie, ile razy będziecie pić, na moją pamiątkę. Ile razy bowiem spożywacie ten chleb i pijcie kielich, śmierć Pana głosicie, aż przyjdzie”.

Przekład 11 Kościołów polskich i Towarzystwa Biblijnego w Polsce.

Dziś Boże Ciało: uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Oto zupełna niezwykłość doktrynalna chrześcijaństwa. Co prawda, nieco bardziej zrozumiała, gdy się pamięta, że Ostatnia Wieczerza była świętym posiłkiem żydowskim, szabasowym lub sederowym, paschalnym, ale obecność Mesjasza w chlebie i winie, wiktuałach owych sakralnych spotkań była Przymierzem absolutnie nowym. Nadzwyczajności tej nie może też zacierać świadomość, że Chrystus jest – w każdym razie w doktrynie katolickiej – obecny również w celebransie Eucharystii, w czytanym Piśmie Świętym, w całym zgromadzeniu eucharystycznym (Kościele). W sposób szczególny („substancjalny”) bywa nam dany jedynie pod postaciami chleba i wina.

Specyfikę tę próbowano zredukować. Były podobne pomysły w średniowieczu, na progu nowożytności czynił to Szwajcar Ulrich Zwingli. Słynna była jego polemika z Lutrem, który z właściwą sobie determinacją bronił Obecności realnej, nie tylko symbolicznej.

Wśród polskich periodyków religijnych wychodzących czasem tematycznie i „tetycznie” (od słowa „teza”, pogląd) poza własne wyznaniowe podwórko mamy „pismo religijno-społeczne poświęcone polskiemu ewangelizmowi i ekumenii”, czyli ewangelicko-reformowaną „Jednotę”. Numer miesięcznika 1-2 traktuje ciekawie właśnie problem dzisiejszego święta.

Trzeba wiedzieć, że to wyznanie, zwane w Polsce potocznie kalwińskim, szczególnie w naszym kraju nie powinno być tak nazywane. „Genetycznie” bowiem są to nie tylko synowie duchowi Kalwina, możni niegdyś na Litwie, ale też potomkowie Braci Czeskich, którzy uciekali ze swojej ojczyzny przed katolickim prześladowaniem przez Dolny Śląsk (ślady w sudeckiej Pstrążnej, Strzelinie u stóp Ślęży) na Mazowsze, gdzie ten maleńki dziś Kościół polski ma swoją największą parafię w miasteczku Zelów w rejonie Łodzi. Wywodzą się zatem nie tylko od Kalwina, także od Husa. Ale przede wszystkim także od Zwingliego, którego ”symbolizmu” Kalwin nie przyjmował, ”teologizował” jeszcze inaczej.

Otóż w rzeczonym numerze zimowym mamy wyraźnie opcję doktrynalną kalwińską. Z dawnych lat pamiętam, że były na ten temat spory między duchownymi polskimi tego Kościoła, tu widzę w paru artykułach myśl mego francuskiego imiennika. Zajmował on w sporze zwingliańsko-luterskim stanowisko jakby pośrednie. W artykule Sue Rezeboom, teolożki reformowanej z USA, przetłumaczonym przez J. Lewandowską, czytamy: „Według Kalwina chleb i wino są symbolami ciała i krwi Chrystusa, ale nie są zwykłymi symbolami. W Wieczerzy dana nam jest prawdziwa, głęboka, integralna komunia Chrystusa. Jeśli nie chcemy nazywać Boga kłamcą, nie ośmielimy się zasugerować, że daje nam pusty symbol, mówi Kalwin. I tak, »jeśli prawdą jest, że widzialny znak jest dany, by zapieczętować [niewidzialną rzecz], kiedy otrzymaliśmy symbol ciała, tak samo ufamy, że i samo ciało jest nam dane»”.

I dalej tak:

”Fakt, że jesteśmy karmieni krwią i ciałem Chrystusa jest, jak to ujmuje Kalwin, wielką tajemnicą, tajemnicą, o której nawet marzyć nie możemy, że ją zrozumiemy. Jego wyznanie może być równie dobrze naszym: «Nie będę zawstydzony, kiedy wyznam, że to jest tajemnica zbyt wielka, by mój umysł mógł ją zrozumieć, a moje usta wypowiedzieć. I, żeby wyrazić się jeszcze jaśniej, ja raczej doświadczam tego, niż rozumiem. Stąd przyjmuję tutaj bezspornie prawdę Boga, w której mogę bezpiecznie odpocząć. On nazywa swoje ciało pokarmem mojej duszy, swoją krew jej napojem. Ofiaruję Mu moją duszę, by była nakarmiona takim pokarmem. W swojej Świętej Wieczerzy prosi mnie, żebym wziął, jadł i pił Jego ciało i krew pod postacią chleba i wina. Nie wątpię, że On je prawdziwie podaje, a ja je otrzymuję».

Zatem, kiedy celebrujemy sakrament, powinniśmy znaleźć przyjemność w doświadczeniu głębokiej, niewypowiedzianej duchowej tajemnicy: Chrystus spotyka nas przy stole i daje nam siebie – swoje ciało, swoją krew – jako duchowy pokarm na duchową podróż, żywiąc, wzmacniając i dając radość dzieciom Bożym na ich drodze.”

No właśnie, tajemnica, nie ma rady! Ale Obecność realna!

Nie „irenizuję” (od słowa „irene” – pokój), czyli nie zagłaskuję różnic: z innych sformułowań „Jednoty” nie wynika, że między kalwinizmem a katolicyzmem (i prawosławiem) nie ma już teraz żadnej różnicy. Kalwiniści akcentują duchową (ale realną!) Obecność, katolicy podkreślają jej „substancjalność” (jeśli nie „fizyczność”- ale przecież nie ”materialność”). Niemniej wydaje mi się, że subtelne rozróżnienia intelektualne potrzebne były w tej kwestii ludziom dawnych wieków, dziś wolimy stwierdzenia „zdrowo agnostyczne”.

Co zaś do „pustego” symbolu, przypomina mi się to, co już tu nieraz pisałem, że starożytni myśliciele chrześcijańscy wschodni głosili za Platonem istnienie symboli właśnie nie „pustych”, ale realnych, jakoś partycypujących w oznaczanej rzeczywistości, i do takich zaliczali właśnie konsekrowane chleb i wino.

Wreszcie w omawianym numerze „Jednoty” zostało też podkreślone, że Eucharystia to nie tylko pamiątka tamtej Wieczerzy, to rzeczywiste otrzymywanie i uczestnictwo w ciele i krwi Chrystusa. Gdzie indziej jest zarazem powiedziane, iż „Kościół rzymski wierzył, że miał w swojej mocy zdolność składania na nowo w ofierze Chrystusa za nasze grzechy”. Otóż słuszny jest tu czas przeszły: dziś dawna katechizmowa formuła „powtórzenia ofiary Chrystusa” została zastąpiona (zapewne dawną, tylko z czasem wypaczoną) wersją „uobecnienia” Ofiary.

Chrześcijaństwo wierzy wreszcie, że śmierć męczeńska nie idzie na marne. Przede wszystkim ta Chrystusowa, ale też takie, jak ta naszego księdza Jerzego, którego będziemy beatyfikować w niedzielę. Jaki z niej pożytek? Taki, jaki z żywotów innych świętych: moralny przykład.

Zawieszam na parę dni „blogowanie”, bo jadę do Gdańska na zjazd rodzinny familii mojej żony (Kalickich). Do widzenia w poniedziałek!

19:39, jan.turnau
Link Komentarze (48) »
środa, 02 czerwca 2010
Więźniowie Jezusa Chrystusa

2 List do Tymoteusza 1,8

„Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga".

Najwyraźniej listów Pawłowych zwanych więziennymi jest pięć a nie cztery. Zgrupowano razem epistoły do Efezjan, Kolosan, Filipian i Filemona i nazwano je więziennymi (wyda nam wnet nasze ich tłumaczenie nasz edytor kochany, dr Ryszard Tomaszewski), ale Apostoł był na cesarskim chlebie także wtedy, gdy pisał drugi list do ucznia swego ukochanego Tymoteusza. Nasiedział się nieźle i nie tracił czasu w owej niewoli. Co prawda, autorstwo Pawłowe listów do Tymoteusza nie jest dziś pewne, jak też zresztą tych do Efezjan i Kolosan, ale przecież prawdopodobne: zatem więźniowie, szczególnie ci polityczni, na wszystkich kontynentach mogą mieć go za patrona. A wielu z nich powiedzieć może o sobie, jak Paweł, że są więźniami Chrystusa.

11:30, jan.turnau
Link Komentarze (58) »
wtorek, 01 czerwca 2010
Odlatywanie. Alianse mezalianse

Psalm 90,10

„Nasze życie to lat siedemdziesiąt,
a jeśli sił starcza, to lat osiemdziesiąt.
A większość z nich to trud i marność,
szybko mijają i odlatują"


Przekład pióra duchownego luterańskiego ks. Alfreda Tschirschnitza.

No tak, trzeba kiedyś odlecieć, nie ma rady. Jesteśmy nieśmiertelni, ale nie na tym świecie, gdzie wszystko ma swój kres.

Boję się śmierci, owszem. Nie czuję się do niej przygotowany. Ani etycznie: wciąż we mnie wiele małości, ani psychologicznie: w ogóle mam „Reisefieber", lęk przed każdą podróżą, a tam wyprawa w absolutnie nieznane, jakby skok w przepaść absolutną. Ufam w miłosierdzie Boże, ale tak czy inaczej będzie to INNOŚĆ. A cechą starości, także mojej, jest lęk przed nowością. Dużo znudzenia codziennością, ale i podświadoma obawa przed zaskoczeniem czymś dotąd nieznanym.
No i dramat owego odlatywania. Bo to przecież nie bicie skrzydłami ze wzrokiem utkwionym w górze, ale coraz rozpaczliwsze opadanie: grawitacja wzrasta nieuchronnie, wstajemy coraz trudniej. Póki możemy dowlec się do toalety, pół biedy, potem niewola fizjologii. Trywialność obrzydliwa. Na szczęście Bóg da mi może otępienie, żebym nie widział swego poniżenia. I mam nadzieję na łaskę pokory...

Ewangelia Marka 12, 17

„To, co cesarskie, oddajcie cesarzowi, ale Bogu to, co Boże!"

Ekumeniczny przekład przyjaciół. W Ewangelii Marka jest najwięcej pomysłów ks. Michała Czajkowskiego, tu mamy jego „ale" zamiast tradycyjnego „a". A ten cytat to logion fundamentalny wszelkiej teologii politycznej, oby także wszelkich polityków.

Trzeba stale pamiętać, że rozdział owych dwóch wielkich dziedzin ludzkiego myślenia i działania wcale nie jest w praktyce łatwy. Kiedyś nie był możliwy również teoretycznie. Jest przecież wynalazkiem niemal współczesnym. Chrześcijaństwo zdobywało się na odróżnienie dwóch władz tylko w pierwszych wiekach swego istnienia, kiedy było swoistą kontrreligią. Konstantyn Wielki i jego następcy „upupili" je dokumentnie. Po prostu nie mieściło im się w głowach, że mogą mieć w swoim imperium jakiś czynnik niezależny. Zwoływali sobory, ingerowali w ich wyniki. Nie przesadzajmy: fundamenty chrystologii nie są głównie ich dziełem, choć zabiegali o jedność pokłóconych ojców soboru, żeby mieć pokój społeczny, podstawowe dobro polityczne. Niektórzy znali się na teologii, więc zresztą mieli prawo się wtrącać merytorycznie: świeccy nie ryby, mają głos. Chodzi tylko o to, żeby władza państwowa nie zastępowała religijnej, żeby trzymały się osobno. Także na Zachodzie bardzo długo trwało dziwne dzisiaj pomieszanie: królowie byli namaszczani przez biskupów, ale z kolei wyznaczali ich na swoim terenie (Bolesław Śmiały mianował Stanisława, swego późniejszego wroga i ofiarę).

Było, minęło, ale nie całkiem. Mamy wzajemny wyzysk. Politycy wysługują się Kościołami, Kościoły politykami. Ciężko im zrozumieć, że takie alianse to mezalianse. Szczególnie niedobre dla Kościołów, którym zbyt ścisłe sojusze z tronami na dłuższą metę niewątpliwie szkodzą.

Niemniej sprawy nie zawsze są jasne i proste. Polityk nie powinien nigdy pokazywać się publicznie „w kontekście kościelnym"? Na zlaicyzowanym Zachodzie nie ma takich spraw sumienia, u nas są: co gorsza, na pzykład kandydaci na prezydenta gorszą (demoralizują się) nawzajem. Jeden wybiera się na pielgrzymkę, drugi zatem też: dlaczego ma być gorszy? Dlaczego ma uchodzić za mniej pobożnego, kiedy naprawdę jest głęboko religijny? Zresztą przecież widać go co tydzień w jego parafii - to też jego gra Kościołem? Tyle że telewizja tam rzadko bywa - a to różnica spora.

12:11, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
Archiwum