Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 28 czerwca 2009
Niewiasto, nie śmiej się. Patriarcha pantoflarz

Wpis na sobotę 28 czerwca

Księga Rodzaju 18,1-15

”Pan ukazał się Abrahamowi pod dębami Mamre, gdy ten siedział u wejścia do namiotu w najgorętszej porze dnia. Abraham spojrzawszy dostrzegł trzech ludzi naprzeciw siebie. Ujrzawszy ich podążył od wejścia do namiotu na ich spotkanie. A oddawszy im pokłon do ziemi, rzekł: - O Panie, jeśli jestem tego godzien, racz nie omijać twego sługi. Przyniosę trochę wody, wy zaś raczcie obmyć sobie nogi, a potem odpocznijcie pod drzewami. Ja zaś pójdę wziąć nieco chleba, abyście się pokrzepili, zanim pójdziecie dalej, skoro przechodzicie koło sługi waszego. A oni mu rzekli: - Uczyń tak, jak powiedziałeś. Abraham poszedł więc spiesznie do namiotu Sary i rzekł: - Prędko zaczyń ciasto z trzech miar najczystszej mąki i zrób podpłomyki. Potem Abraham podążył do trzody i wybrawszy tłuste i piękne cielę dał je słudze, aby ten szybko je przyrządził. Po czym, wziąwszy twaróg, mleko i przyrządzone cielę, postawił przed nimi, a gdy oni jedli, stał przed nimi pod drzewem. Zapytali go: - Gdzie jest twoja żona, Sara? Odpowiedział im: - W tym oto namiocie. Rzekł mu jeden z nich: - O tej porze za rok znów wrócę do ciebie, twoja zaś żona Sara będzie miała wtedy syna. Sara przysłuchiwała się u wejścia do namiotu, które było tuż za Abrahamem. Abraham i Sara byli w bardzo podeszłym wieku. Uśmiechnęła się więc do siebie i pomyślała: - Teraz, gdy przekwitłam i mój mąż starzec, mam doznawać rozkoszy?. Pan rzekł do Abrahama: - Dlaczego to Sara śmieje się i myśli: czy naprawdę będę mogła rodzić, gdy już się zestarzałam?. Czy jest coś, co byłoby niemożliwe dla Pana? Za rok o tej porze wrócę do ciebie i Sara będzie miała syna. Wtedy Sara zaparła się mówiąc: - Wcale się nie śmiałam, bo ogarnęło ją przerażenie. Ale Pan powiedział: - Nie, śmiałaś się!”

Scena symboliczna inspirująca między innymi Rublowa „piszącego" swoją przesławną „Trójcę".
Uśmiechnął się Abraham, uśmiechnęła się Sara, ale tylko jej śmiech zdenerwował Pana. Kobietom zawsze gorzej?
Z tym pytaniem zostawiam Czytelniczki i Czytelników udając się na zasłużony odpoczynek do moich rodzinnych Cieplic. Będzie trochę urlopu od pracy, ale i praca również, choć inna: sekretarzowanie naszemu zespołowi translatorskiemu nad Listem do Efezjan. Do zobaczenia we wtorek 14 lipca.

PS. Ale jeszcze to i owo. Najpierw myśl złota w związku z tym serialem o Abrahamie, Sarze i Hagar niewolnicy. Otóż zapomniałem napisać, że jest to przede wszystkim opowieść o pantoflarstwie: tak, patriarcha trzech religii w ustroju przecież zgoła patriarchalnym ulegał żonie aż miło. Która to zresztą demonstrowała argumentację na rzecz tezy, iż kobieta zmienna jest: najpierw chciała dziecka niewolnicy, potem jakby jej przeszło...

Poza tym lektura bardzo ciekawa: „Znak" czerwcowy. O eutanazji, uporczywej terapii i w ogóle o śmierci dyskutują Halina Bortnowska, Konstanty Radziwiłł - lekarz katolik i Zbigniew Szawarski - filozof. O tym też inne teksty, ale również o współczesnej biblistyce: Dariusza Kota ostry ciąg dalszy dyskusji kwietniowej.

11:45, jan.turnau
Link Komentarze (105) »
piątek, 26 czerwca 2009
Obrzezanie, rozmnożenie

Księga Rodzaju 17,1.9-10.15-22

”Gdy Abram miał dziewięćdziesiąt dziewięć lat, ukazał mu się Pan i rzekł do niego: - Jam jest Bóg Wszechmogący. Służ mi i bądź nieskazitelny. Potem Bóg rzekł do Abrama: - Ty zaś, a po tobie twoje potomstwo przez wszystkie pokolenia, zachowujcie przymierze ze mną. Przymierze, które będziecie zachowywali, między mną i wami, czyli twoim przyszłym potomstwem, jest takie: wszyscy mężczyźni mają być obrzezani. I mówił Bóg do Abrahama: - Żony twej nie będziesz nazywał imieniem Saraj, lecz imię jej będzie Sara. Błogosławiąc jej, dam ci z niej syna i będę nadal błogosławił, tak że stanie się ona matką ludów i królowie będą jej potomkami. Abraham, upadłszy na twarz, roześmiał się, pomyślał sobie bowiem: - Czyż człowiekowi stuletniemu może się urodzić syn? Albo czy dziewięćdziesięcioletnia Sara może zostać matką? Rzekł zatem do Boga: - Oby przynajmniej Izmael żył pod Twoją opieką!. A Bóg mu na to: - Ależ nie, żona twoja, Sara, urodzi ci syna, któremu dasz na imię Izaak. Z nim też zawrę przymierze, przymierze wieczne z jego potomstwem, które po nim przyjdzie. Co do Izraela, wysłucham cię: oto pobłogosławię mu, żeby był płodny, i dam mu niezmiernie liczne potomstwo; on będzie ojcem dwunastu książąt, narodem wielkim go uczynię. Moje zaś przymierze zawrę z Izaakiem, którego urodzi ci Sara za rok o tej porze. Wypowiedziawszy te słowa, Bóg oddalił się od Abrahama.”

Sprawa obrzezania: narząd nacinany wiąże się z płodnością, a ta jest jednym z największych darów Bożych. Wylewana przy tym krew kojarzy się z ofiarą, którą człowiek składa Bogu za Jego błogosławieństwo - tłumaczy sens tego znaku Biblia Paulińska. Taki jest sens religijny u Żydów - oczywiście to zabieg (higieniczny?) rozpowszechniony w Azji, Afryce, w islamie. Wciąż dla mnie wielce dziwaczny.

Przepowiednia co do Izmaela: sprawdziła się po wiekach, gdy Arabowie stworzyli imperium. I po dalszych wiekach historia jakby zatoczyła koło: znowu Izmael obok Izaaka, ale rywalizacja straszna.

17:20, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
czwartek, 25 czerwca 2009
Kobiecy kłopot patriarchy

Księga Rodzaju 16,1-2. 15-16

”Saraj, żona Abrama, nie urodziła mu potomka. Miała zaś niewolnicę Egipcjankę, imieniem Hagar. Rzekła więc Saraj do Abrama: - Ponieważ Pan zamknął mi łono, abym nie rodziła, zbliż się do mojej niewolnicy; może z niej będę miała dzieci. Abram usłuchał rady Saraj. Saraj, żona Abrama, wzięła zatem niewolnicę Hagar, Egipcjankę, i dała ją za żonę mężowi swemu Abramowi, gdy już minęło dziesięć lat, odkąd Abram osiedlił się w Kanaanie. Abram zbliżył się do Hagar i ta stała się brzemienną. A widząc, że jest brzemienna, zaczęła lekceważyć swą panią. Wtedy Saraj rzekła do Abrama: - Przez ciebie doznaję zniewagi; ja sama dałam ci moją niewolnicę za żonę, ona zaś czując się brzemienną, lekceważy mnie. Niechaj Pan będzie sędzią między mną a tobą! Abram rzekł do Saraj: - Przecież niewolnica twoja jest w twojej mocy: postąp z nią, jak będziesz uważała za dobre. Kiedy Saraj upokorzyła Hagar, ta uciekła od niej. Anioł Pana znalazł Hagar na pustyni u źródła przy drodze wiodącej do Szur i zapytał: - Hagar, niewolnico Saraj, skąd przyszłaś i dokąd idziesz?. A ona odpowiedziała: - Uciekłam od mojej pani, Saraj. Wtedy anioł Pana rzekł do niej: - Wróć do twej pani i pokornie poddaj się pod jej władzę. Po czym anioł Pana oznajmił: - Bardzo rozmnożę twoje potomstwo, tak że nie będzie można go policzyć, l mówił: - Jesteś brzemienna i urodzisz syna, któremu dasz imię Izmael, bo słyszał Pan, gdy byłaś upokorzona. A będzie to człowiek dziki jak onager: będzie on walczył przeciwko wszystkim i wszyscy przeciwko niemu; będzie on utrapieniem swych pobratymców. Hagar urodziła Abramowi syna. I Abram nazwał zrodzonego mu przez Hagar syna imieniem Izmael. Abram miał lat osiemdziesiąt sześć, gdy mu Hagar urodziła Izmaela.”

Opowieść barwna. Mieni się przede wszystkim relacjami między niewiastami: panie pewnie mniej chętne niż panowie do stosowania miecza, ale też nie zawsze owieczki. System niewolniczy nie całkiem szczelny: niewolnica bywa żoną (ale też każda żona jest po trosze niewolnicą). Sytuacja demograficzna tamtoczesna, w której bezpłodność urastała do rangi większej niż teraz, a ród był ważniejszą niż dzisiaj strukturą społeczną. Wreszcie patriarchalizm tonowany siłą duchową płci żeńskiej.
Obraz patriarchy jakże prawdziwy psychologicznie: Biblia jest realistyczna, nie hagiograficzna, choć  też rzadko kiedy satyryczna.

16:31, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
środa, 24 czerwca 2009
”On ma wzrastać, ja zaś - umniejszać się”

Dzieje Apostolskie 13, 24-25
„Uprzedzając Jego przybycie Jan zwiastował chrzest nawrócenia całemu ludowi Izraela. Gdy zaś bieg Jana się dopełniał, mówił: - Nie jest tak, jak wy o mnie myślicie, ja nim nie jestem. Lecz oto przychodzi po mnie Ten, któremu nie jestem godzien rozwiązać sandałów na nogach". Tłumaczenie naszej bandy czworga.
To nie któraś z czterech ewangelii, to słowa Pawła. To - można by powiedzieć - jego Ewangelia. Opowieść o Chrystusie, w której nie mogło zabraknąć postaci Poprzednika.
Dziś w Kościele rzymskokatolickim uroczystość: liturgiczne wspomnienie narodzenia św. Jana Chrzciciela. Wczoraj wieczorem msza wigilijna, dzisiaj druga z innymi czytaniami: wybrałem „lekcję" z Nowego Testamentu.
Postać Jana Chrzciciela kojarzy się nam chyba najczęściej z jego konfliktem iż Herodem, a właściwie Herodiadą - który to konflikt przypłacił życiem. Dramat tego świętego byłby zatem dramatem człowieka o ogromnej odwadze cywilnej, proroka-męczennika. Jest to na pewno prawdziwy obraz Baptysty. Ale czy pełny? Czy do tamtej sprawy sprowadza się cały dramatyzm owej postaci? Wydaje mi się, że tkwi on również w samej podstawowej misji życiowej Poprzednika.
Bo popatrzmy na rzeczy zwyczajnie, po ludzku. Człowiek bardzo wybitny. Niezwykle silna indywidualność. Wie, czego chce. Skupia wokół siebie ludzi: są wśród jego uczniów początkowo tacy, jak apostołowie Piotr i Jan. Jak wiadomo z Dziejów Apostolskich, jego nauka dotarła aż do Efezu, a inne źródło podaje, że również do Aleksandrii. Liczy się z nim nawet Herod.
I ten człowiek-olbrzym działa tylko po to, by przygotować drogę innemu.
Ricciotti nazwał rozdział swej książki o Jezusie, w którym opowiada o przejściu trzech uczniów Janowych do Galilejczyka: Zmierzch Jana a wzrastanie Jezusa. Bo też Jan tak właśnie powiedział o sobie: ”On ma wzrastać, ja zaś -- umniejszać się”. Pomyślmy: do jakiego stopnia musiał być ten człowiek wyzbyty złej ambicji, miłości własnej, zazdrości -- tak, zwykłej zazdrości! Słusznie mój Patron ukazywany jest księżom jako ich wzór. Prowadził do Chrystusa, nie zasłaniając Go swą osobą. Ale czy przychodziło mu to bez trudności?
Może jednak niesłusznie użyłem słowa „dramat", które mimo wszystko nie bardzo pasuje do tego kontekstu. Będzie lepiej pasowało, gdy kontekst ów rozszerzymy o sprawę etyczną znacznie mniej banalną, o kwestię moralna nie dającą się zredukować do katechizmowo pojętego grzechu. Jest u Mateusza i Marka passus na temat Jana dość kontrowersyjny. Mam na myśli jego poselstwo (Mt 11, 2-19,  Łk 7, 18-35). Jak je interpretować? Czyżby Chrzciciel zwątpił w mesjańskie powołanie swego krewniaka? Są na ten temat różne zdania. Nie będziemy tu rozstrzygać tej kwestii - zostawmy ją fachowcom. Zauważmy wszakże jedną rzecz, chyba bezsporną: między nauką Jana i Jezusa istniały poważne różnice, takie, które w wypadku człowieka innej klasy duchowej prowadziłyby do konfliktu. Skłaniali być może doń Jana jego uczniowie, którym nie podobał się Jezusowy stosunek do sprawy postów (Mt 9, 14, Mk 2, 18). Dzieliła ich przecież nie tylko kwestia wierności wobec przepisów Prawa, ale i chyba również - to wydaje się bezsporne - pojmowanie posłannictwa mesjańskiego. Działanie Jezusa, który nie karał przeciwników Mesjasza, chyba jednak nie było dla Jana całkiem zrozumiałe.
Napisałem „chyba", ponieważ obraz Mesjasza z „wiejadłem" oddzielającym ziarno od plewy występuje tylko u trzech pierwszych Ewangelistów. Czwarty nie pisze również o sprawie postów ani o poselstwie Jana. Maluje obraz swego byłego mistrza w sposób znacznie mniej barwny niż synoptycy. Nie mamy tu nic, co mogłoby sugerować jakieś wahania „człowieka posłanego od Boga" lub też rozbieżności między jego koncepcją Mesjasza czy stosunkiem do Prawa a postępowaniem Jezusa. Chrzciciel jest u Jana przedstawiony wyłącznie jako świadek na rzecz głównej tezy dzieła: synostwa Bożego Jezusa. Świadczy zatem w czwartej Ewangelii - i tylko tam w sposób równie wyraźny - że jest On jednorodzonym Bogiem, który jest w łonie Ojca (l, 18). Powiada również dwukrotnie - co jest w tym wypadku najważniejsze - że Jezus z Nazaretu jest barankiem Bożym. Przenośnia ta ma zupełnie inną wymowę niż obraz karzącego sędziego - wymowę zgodną z rzeczywistością pierwszego przyjścia Mesjasza.
Pozostawiając na inną okazję sprawę uzgodnienia obu tych biblijnych obrazów, można by ogólnie powiedzieć, że nauczanie mego Patrona znajdowało się jakoś na pograniczu dwóch Testamentów, czyli że tajemnica mesjańska była nawet i dla niego częściowo niezrozumiała. Oczywiście, nie w tym stopniu, co dla przeciętnego Izraelity. Przecież zdanie: ”A nie myślcie, że możecie sobie mówić: - Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam, że z tych kamieni Bóg może wzbudzić dzieci Abrahamowi” - tchnie wręcz jakimś uniwersalizmem, a w każdym razie jest bardzo ostrą krytyką nacjonalistyczno-religijnego „zadufkostwa". Janowa koncepcja Mesjasza nie była więc koncepcją polityczną.
Jezus dał posłom Janowym odpowiedź pośrednią, powołując się na teksty Izajasza odnoszące się do cudów mesjańskich. Czy wystarczyła ona w pełni temu, który owych posłów wysłał? Chyba raczej dane mu było zakończyć życie w półmroku. Światło wiary paschalnej, wiary, którą otrzymali uczniowie Jezusa po Zmartwychwstaniu, nie było mu przeznaczone. W znanej mowie wygłoszonej po odejściu posłów, Jezus nazwał Jana wręcz największym z ludzi. Zaraz jednak dodał, że najmniejszy w Królestwie Niebieskim, czyli w nowej erze historii zbawienia - większy jest niż on. Większy, bo więcej rozumie.
Prostował Mesjaszowi drogę, ale nie mógł iść za Nim, mimo że żyli równocześnie. Rozdarty między dwie epoki historii Zbawienia -- miał pozostać poprzednikiem.

15:46, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
wtorek, 23 czerwca 2009
Złota reguła etyczna. Nowe pismo biblistyczne

Ewangelia Mateusza 7,12

„Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynniki, i wy im czyńcie. Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy."  Złota reguła.
Można nawet powiedzieć, że na tym polega każda przyzwoita etyka. Na czymś, co Księga Tobiasza (4,15)  i liczne pisma żydowskie pozabiblijne ujmowały w formie negatywnej: „Nie czyń nikomu, co tobie nie miłe". Biblia Jerozolimska komentuje jednak: „Jezus a po Nim pisma chrześcijańskie nadają tej maksymie wydźwięk pozytywny, co jest o wiele bardziej wymagające". Pewnie rzeczywiście bardziej: bo pomagać komuś to o wiele więcej niż mu tylko nie szkodzić. Bo można zamknąć się w swoim egocentryzmie tak, że bliźni znika z pola widzenia. Nie dokuczam mu, bo on dla mnie nie istnieje, ale też potrzeb nieistniejącego przecież nie zobaczę. Chodzi po ziemi wielu takich sobków. Ludzie porządni, pilnujący się, by nikogo nie urazić, ale otaczający siebie i swoich matową szybą. Na szczęście są też tacy, jak siostra Małgorzata Chmielewska i jej podobni, których sokoli wzrok etyczny sięga bardzo daleko.

Lektury.
Miesięcznik „List" mocno dynamiczny. Nie dość, że sam się jakoś wydaje, co w przypadku periodyków dzisiaj trudne: powinny mieć sponsora, którego „List" nie posiadł. Przedsięwziął poza tym wydawanie pisma bliźniaczego, poświęconego Pismu Świętemu: ukazał się już pierwszy numer miesięcznika „Biblia: krok po kroku". Robiony jest podobnie jak macierzysty „List" albo jeszcze piękniej . Ilustracji multum, strony przejrzyste, informacji w bród. Elementarnych: które populacji katolickiej bardzo przydać się mogą, bo skąd pobożny Polak ma wiedzieć nawet i to, jakie właściwie księgi składają się na Księgę. A cóż dopiero, jakie są różnice między kanonem żydowskim, katolickim, protestanckim i prawosławnym. Różnice zresztą niewielkie, nie przesadzajmy. Nawet gdy dodamy, że kanon prawosławny grecki różni się cokolwiek od rosyjskiego, to nie wyniknie z tego prawie nic. Podstawowa część Biblii jest Pismem Świętym tak Żydów, jak i wszystkich chrześcijan - to fakt. Tym bardziej jest faktem, że między chrześcijanami nie ma różnic co do kanonu Nowego testamentu, chociaż Luter miał ochotę wyrzucić List Jakuba (ale mu przeszło).
Ciekawe (i nowe) to, że kanony kształtowały się powoli. Żydowski - też, a jakże. Ale jeszcze ciekawsza jest informacja, co zmusiło naszych starszych braci w wierze do wyraźnej „kanonizacji”. Mało kto wie (ja też nie wiedziałem od maleńkości), że zniszczenie Świątyni dokonało w religii żydowskiej prawdziwej rewolucji. W „Biblii krok po kroku" mamy takie między innymi słowa biblisty z KUL-u, dr. hab. Krzysztofa Mielcarka: „Po zburzeniu Świątyni, w latach siedemdziesiątych I w., trzeba było nauczyć się żyć bez Świątyni na dłużej i być może - patrząc z perspektywy dwóch tysięcy lat - już na zawsze. Do tego potrzebny był konkretny tekst, konkretne Słowo. Żydzi, nie mając innego oparcia, z niego uczynili podstawowy filar swojej wiary". Nastąpiła ogromna intelektualizacja żydowskiej religii.
Spodobało też mi się bardzo, że numer pierwszy czasopisma, zredagowany pod hasłem „Jak czytać Stary Testament", ma zaraz na przodku takie oto słowa.
”Stary Testament nie jest księgą łatwą do czytania dla chrześcijan. Bóg, który objawia się na jej kartach, często postępuje okrutnie. Armii Jozuego nakazuje mordy i grabieże kananejskich miast, od Abrahama żąda, by zamordował syna w ofierze. Bez opamiętania zsyła kary na grzeszników - by wspomnieć tylko los mieszkańców Sodomy i Gomory czy Egipcjan udręczonych plagami. Nie oszczędza własnego ludu, gdy ten się od Niego odwraca. Dopuszcza, by wrogowie wyrzynali w pień Izraelitów, by deportowali ich do odległych krain...”
To „lead", czyli słowa wstępne do wstępnego tekstu redaktora naukowego periodyku biblistycznego, ks. Pawła Trzopka OP. Ale w owym artykule zabrakło mi natychmiastowego wyjaśnienia, że obraz Boga w Biblii jest tak różny, jak ona sama. Mówiąc ściślej, widać rozwój tego obrazu aż do ewangelicznej idei Ojca, który wysyła Syna, aby nauczył ludzi, że Bóg jest Miłością.

15:15, jan.turnau
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009
W drogę! Święty Tomasz More. Bonowicz radzi księdzu

Księga Rodzaju 12,4

„Abram udał się w drogę, jak mu Pan rozkazał, a z nim poszedł Lot. Abram miał siedemdziesiąt pięć lat, gdy wyszedł z Charanu."

Miał 75 lat... Czyli był w moim wieku. Pewnie przyszło mu łatwiej niż przyszłoby mnie, bo był zapewne koczownikiem, ale dla mnie nawet podróż do Katowic czy Lublina to teraz cała wyprawa. Dlatego też Abram-Abraham jest symbolem duchowej odwagi, religijnego rozmachu. Dlatego między innymi jest Abrahamem, czyli ojcem wielu. Ojcem duchowym trzech wielkich religii.

Odwaga to cnota służąca bardzo różnym decyzjom. W kalendarzu liturgicznym dziś wspomnienie dwóch angielskich męczenników XVI-wiecznych: Jana Fishera i Tomasza More`a, skazanych na śmierć przez krwawego monarchę Henryka VIII. Tomasz zainteresował mnie pół wieku temu, kiedy wydawało mi głupio, że „socjalizm realny" jest reformowalny, czyli w ogóle to ustrój niezły, w każdym razie lepszy od kapitalizmu. W on czas Tomasz Morus jako autor „Utopii", uważanej za utwór promujący socjalizm (tyle że właśnie ten „utopijny"), a zarazem twardy religijnie katolik, był mi świętym patronem. I jest także dzisiaj: jako nie tyle socjalista, ile humanista, i jako człowiek, który za swoje poglądy oddał życie. Nie uległ totalitarnej władzy, nie przestraszył się jej miecza, nie zląkł się ostatniej, największej podróży. Podobnie jak Abraham jest dla mnie wzorem niedościgłym.

PS. Wczoraj wieczorem w „Jedynce" radiowej sztuka Jerzego Zawieyskiego „Miecz obosieczny" o Tomaszu More. Symboliczna koincydencja: w czwartek minęło 40 lat od śmierci Zawieyskiego, który załamał się psychicznie po Marcu 1968, kiedy to przeciwstawił się reżymowi PRL, a dzisiaj święto tamtego Tomasza, też męczennika oporu wobec złej władzy.

Lektury. Odnotowałem już w piątek z „Tygodnika Powszechnego" tekst ks. Kozackiego na święto Serca Jezusa, jest tam poza tym parę artykułów na temat księży. Sprawa wywołana z góry: papież Benedykt XVI ogłosił tamten piątek Światowym Dniem Modlitw o Uświęcenie Kapłanów, który będzie początkiem Roku Kapłańskiego. Polecam lekturę „Dziewięciu rad dla młodego księdza" Wojciecha Bonowicza oraz cytuję rady czwartą, szóstą i siódmą.
”Zapomnij o karierze
Jeżeli skupisz się na tym, by znaleźć sobie w strukturach Kościoła miejsce wygodne lub odpowiadające Twoim aspiracjom, wiele po drodze stracisz. Wiedz, że w oczach Boga nie ma lepszych i gorszych parafii. Nikim nie pogardzaj. Nie przeliczaj swojego czasu na pieniądze. Nie naśladuj tych (duchownych i świeckich), którzy stale myślą o tym, czym tu innym zaimponować. Poprzestań na małym. Nie wstydź się żyć ubogo. Pamiętaj: ubogiemu księdzu nikt nie zazdrości. Nie szukaj władzy, a jeśli ją otrzymasz, przyjmij ją z pokorą. «Być prochem w rękach Boga oto prawdziwa kariera» - powiedział kiedyś pewien mnich. Pomyśl o tym.
Bądź odważny
Strzeż się hipokryzji, podwójnego myślenia. Nie mów przełożonym tego, co chcą usłyszeć, ale to, co uważasz za prawdę. Nie daj się szantażować dobrem Kościoła, jeśli sumienie mówi Ci, że w danej sprawie trzeba zająć inne stanowisko. Bądź wierny w przyjaźniach i staraj się mówić przyjaciołom prawdę. Nie zrywaj kontaktów z kolegami, którzy porzucili kapłaństwo. Nie bój się kobiet. Jeżeli zrobisz coś głupiego, nie brnij w to dalej. Staraj się naprawiać krzywdy. Nie wstydź się przepraszać - to nikomu nie przynosi ujmy. Jeden z rektorów seminariów powiedział kiedyś żartem: - Człowieka nie powinno się tak od razu podejrzewać, że ma dobre intencje; bardzo trudno zachować postawę ufności. Nie bądź jednak podejrzliwy.
Bądź kulturalny
Staraj się stosować do przyjętych reguł, nawet jeśli inni się do nich nie stosują. Jeśli witasz się z kimś i ten ktoś się przedstawia, nie mrucz pod nosem lub nie uśmiechaj się z zakłopotaniem (moja obserwacja: sześciu na dziesięciu księży niechętnie podaje swoje imię i nazwisko). Jeżeli spotkałeś znajomego, któremu towarzyszy kobieta, przywitaj się z nią (siedmiu na dziesięciu księży wita się najpierw - lub wyłącznie - z mężczyzną). Okazuj szacunek starszym; jeśli odwiedzasz małżeństwo siedemdziesięciolatków, nie pytaj pani domu: - No i jak się tam Władziu sprawuje? (autentyczne). Nie upominaj ludzi, rozdając Komunię świętą, nawet jeśli zachowują się bezmyślnie. Bądź cierpliwy. W kancelarii rzeczowo wytłumacz im, jakie jest stanowisko Kościoła w tej lub innej sprawie. Na ambonie lub w konfesjonale ugryź się w język, zanim posłużysz się sarkazmem lub złośliwością. Ludzie potrafią być denerwujący, ogłada pomoże Ci jednak znaleźć wyjście w trudnych sytuacjach.”

Oj, trudno być księdzem, nie jest to jednak pobór z przymusu.

14:26, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
niedziela, 21 czerwca 2009
Wicher i Bóg

Księga Hioba 38, 1.8-11

„Z wichru Pan powiedział Hiobowi te słowa: - Kto bramą zamknął morze, gdy wyszło z łona wzburzone, gdym chmury mu dał za ubranie, za pieluszki ciemność pierwotną? Złamałem jego wielkość mym prawem, wprawiłem wrzeciądze i bramę. I rzekłem: - Aż dotąd, nie dalej. Tu zapora dla twoich nadętych fal."

Nadchodzi lato, mieszczuchy na urlopach niespokojnie badają pogodę, a rolnicy jeszcze bardziej nerwowo martwią się, by zbiory nie zmokły. Pasują więc jakby meteorologicznie dzisiejsze teksty: także Psalm 107 opowiadający o uciszeniu burzy na morzu i Ewangelia Marka 4,35-41 o tym samym.

Ale pasują przede wszystkim teologicznie: „Jezu, ufam Tobie" Choć nie sposób pojąć, czemu aż tyle wichrów szalejących swobodnie nad naszym losem.

14:38, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
sobota, 20 czerwca 2009
Mater dolorosa

Ewangelia Łukasza 2,41-51

Opowieść o tym, jak dwunastoletni Jezus nie uprzedzając rodziców zostaje w Świątyni, by rozpocząć tam swoją nauczycielską misję. Wywołuje to niemiłe zdziwienie Marii i Józefa. Matka pyta: „Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec twój i ja z bólem serca szukaliśmy ciebie". Co z kolei wywołuje zdziwienie dwunastolatka: Czemuście mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?" I tu Łukasz notuje słowa ważne na dzisiaj: „Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie te wspomnienia w swym sercu."

Dziś z kolei święto Niepokalanego Serca Maryi. Bo i jej serce cierpiało bardzo boleśnie. Anielskie zwiastowanie nie wystarczyło jej, żeby pojąć w pełni misję Syna. Nie pojęła jej także pod krzyżem: tak jak apostołowie zrozumiała ją dopiero po Zmartwychwstaniu.

11:17, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
piątek, 19 czerwca 2009
Bez granic

Księga Ozeasza 11,8-9

„Moje serce się wzdryga i rozpalają się moje wnętrzności. Nie chcę, aby wybuchnął płomień mego gniewu, i Efraima już więcej nie zniszczę, albowiem Bogiem jestem, nie człowiekiem."

Dziś w Kościele katolickim uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Skojarzenia mogą być nienajlepsze: „Na kiczowatych obrazach wiszących w niejednym kościele czy w sypialni dziadków widnieje postać Jezusa z sercem otoczonym koroną cierniową, z którego wyrasta płomień ognia" - napisał redaktor naczelny „W drodze" ks. Paweł Kozacki OP w ostatnim numerze ”Tygodnika Powszechnego”. Ale napisał dalej, że przesłanie teologiczne obrazów jest zgodne z Ewangelią. Pod tym kiczem zainspirowanym niechcący przez wizje mistyczne św. Marii Małgorzaty Alacoque (wiek XVII) mamy piękno absolutne. Postać Jezusa, który wybacza nam wszystko.
W Księdze Ozeasza są przeznaczone na dzisiaj bardzo ważne słowa: Bóg nie jest człowiekiem. Przedstawiany nieraz w Pierwszym Testamencie jako zazdrośnik i złośnik, tu jest inny. Nawet Inny: napisałem z dużej litery, by zaznaczyć radykalne przeciwieństwo między Nim a nami. Kontrast, który osiąga pełnię w Nowym Przymierzu, gdzie Syn Boży ukazuje się jako ikona miłosierdzia bez granic.

Myśl o Miłosierdziu pojawia się ponownie w wieku XX w objawieniach danych innej zakonnicy, siostrze Faustynie Kowalskiej. A idea osiąga szczyt w nadziei powszechnego zbawienia, głoszonej od wieków głównie na Wschodzie, a teraz spopularyzowanej mocno w Kościele katolickim szczególnie przez polskiego zakonnika, księdza Wacława Hryniewicza.

Na koniec wyjaśnienie: powiedzenie „Pan Jezus" nie znaczy oczywiście tyle, ile „pan Kowalski". Mamy tu podkreślenie boskiego panowania Jezusa nad światem. Ale jest to panowanie zasadniczo inne niż ludzkie: „antypanowanie", służba.

14:30, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 czerwca 2009
Nie wystawiaj mnie na próbę

Ewangelia Mateusza 6, 7-15

Perykopa z „Ojcze nasz". Ewangelijny tekst tej modlitwy komentowałem tu nieraz. Napisałem na przykład, że formuła „pacierzowa": „Nie wódź nas na pokuszenie" jest oczywiście wątpliwa, bo Bóg nie kusi, to robota diabła. Są dwie inne możliwości przekładu. Przyjęła się raczej ta: „Nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie", którą wybrała Biblia Tysiąclecia, ale mnie o wiele bardziej pasuje inna: „Nie wystawiaj nas na próbę". Zainicjowana przez przekład czterech ewangelii nazwany słusznie współczesnym (Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, Warszawa 1979), wersja owa opiera się na dwuznaczności terminu greckiego, który może oznaczać również próbę (doświadczenie). Cóż, kiedy nawet moi trójwyznaniowi bibliści nie ulegli mojej pokusie, by zamienić ją na próbę.

Pisałem też, że „chleb powszedni" chyba oznacza eucharystię, a jest to w grece termin bardzo rzadki, głównie ewangelijny. Nie napisałem chyba natomiast nigdy, że wersja Mateuszowa (jest też i Łukaszowa) w niektórych rękopisach ma dłuższy werset 13, poszerzony o słowa: „Albowiem Twoje jest Królestwo i moc, i chwała na wieki wieków. Amen". Dodatek jest w za małej ilości rękopisów, żeby go włączyli do kanonu biblistycznego międzynarodowi eksperci, ale jest on częścią „Modlitwy Pańskiej" u ewangelików, więc na wniosek pastora Kwietnia dodaliśmy go w nawiasie kwadratowym w naszym przekładzie bandy czworga.

Tyle biblistyki. Porcja dzisiejsza zawiera również słowa Jezusa: „Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. (...) Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, zanim Go poprosicie". Potem jest, co prawda, właśnie kilka próśb Modlitwy Pańskiej, ale to mi daje poczucie, że może nie jestem najgorszy, gdy wieczorem, zmęczony do tak zwanego imentu, proszę Boga tylko o jedno: żeby dodał mi trochę mądrości. Żebym nie martwił się tym, co nieważne, martwił tym, co poważne.

13:11, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
środa, 17 czerwca 2009
Chwalipięctwo. Świetny numer „W drodze"!

Ewangelia Mateusza 6,1-6.16-18

Perykopa ewangelijna bardzo znana i chyba przez wszystkich za słuszną uznana. O tym, że własnymi cnotami chwalić się nie należy. Żadnymi „dobrymi uczynkami", jak je się zwykło nazywać katechizmowo. W szczególności tymi wyróżnionymi w etyce chrześcijańskiej, pewnie właśnie na podstawie Ewangelii: modlitwą, postem, jałmużną. 
„Ty zaś gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu."
Samochwalstwo jest po prostu śmieszne, a mimo to tak częste: winno się go unikać szczególnie wtedy, gdy się wierzy, że jest Ktoś, kto zobaczy naszą dobroć, choć nie dowie się o niej żaden z ludzi.

Módl się po kryjomu. Także tą czynnością nie ma się co chwalić. Może nawet szczególnie tą. To tak, jak bym się chwalił jakąś zwykłą rozmową międzyludzką. Jak bym się chwalił taką, która wynika z mojego własnego gadulstwa, świerzbienia języka, nie z tego, że kolega chce się wygadać. Bo przecież Bóg jest od rozmawiania. Jeśli wierzy się, że On jest, to trzeba z nim gadać. Ba, nawet kłócić się, jak to czynił patriarcha Jakub. Ale chwalić się tym: też coś!
A przecież ludzie lubią robić sobie z tego dobry PR, piąć się w górę po tych schodkach. Sprawa nie jest prosta: polityk też człowiek, ma prawo pomodlić się liturgicznie, czyli publicznie. Ale niech pamięta, że w każdym swoim publicznym zachowaniu reprezentuje instytucję świecką. A według mnie jeszcze ważniejsze jest, żeby pamiętał słowa o „izdebce".

Tłumacząc tę ewangelię mieliśmy z tym starym słowem problem. Stanęło na „skryj się w twoim mieszkaniu" choć może lepszy jest pomysł tłumaczy z 11 Kościołów: „wejdź do swojego pokoju". Teraz chyba napisałbym: „skryj się w swoim pokoju".
A przecież kto się przyzna do Boga, do tego się Bóg przyzna. Przecież ucieszyłem się bardzo, gdy Michał Boni powiedział w wywiadzie dla „Gazety", że w wolnych chwilach odmawia różaniec, i że to właśnie wyznanie znalazło się na pierwszej stronie mojego pisma. Albowiem trzeba świecić przykładem, nie chować swych przekonań pod korcem. Chodzi jednak o to, by nie oślepiać tym swoim światłem, bo wynik może być wręcz przeciwny. Zakon Małych Braci Jezusa święci wyłącznie przykładem wspólnej pracy, w ogóle życia solidarnego z różnymi biedakami, na ich finansowym poziomie. Chodzą ubrani schludnie, ale skromnie - i po cywilnemu. Pracują z zasady na „niskich" stanowiskach, na przykład w fabrykach, i tam różnią się od innych „roboli" tylko tym, że nie rzucają mięsem. Co do mnie, żegnam się przechodząc koło kościoła (innego wyznania też!), ale nie robię tego, gdy boję się, że wyjdę na dewota, czyli skompromituję swoją wiarę zamiast ją ogłosić.
Między autentycznym chwaleniem Boga a ”pobożnym” chwalipięctwem różnica jest i kwita.

Lektury. Wciąż wracam do numeru czerwcowego „W drodze", gdzie jest szczera dyskusja na temat: „Dlaczego w Kościele nudzą". Zacytuję księdza Wiesława Przyczynę (duchowny odważny i rozważny: wystąpił z Rydzykowego zakonu redemptorystów, ale nie ze stanu duchownego: jest teraz księdzem diecezji rzeszowskiej i dalej profesorem Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie). Na pytanie Katarzyny Kolskiej, „w jakich sytuacjach można używać [w Kościele] języka potocznego pełnego kolokwializmów, rubasznych słów, a nawet wulgaryzmów?" ksiądz odpowiada:
”Przyznam, że do pewnego momentu byłem zwolennikiem stawiania tamy językowi potocznemu. Dziś uważam, że jeśli jest to wypowiedź szczera, w środowisku koleżeńskim, w zamkniętej grupie, to mówiący powinien posługiwać się swoim autentycznym językiem. Nic nie stoi wtedy na przeszkodzie, by powiedzieć, że Jezus jest cool. To jest wypowiedź religijna i trzeba ją uszanować. Z teologicznego punktu widzenia znaczy to tyle, co powiedzenie, że Jezus jest miłosierny i dobry. To jest ta sama treść przekazana językiem konkretnego człowieka. Jeśli młody człowiek mówi w swoim gronie, że Jezus jest zajebisty, a młodzi ludzie często tak mówią, to takie zdanie wypowiedziane językiem potocznym w niczym nie zmienia prawdy o tym, że Jezus jest wspaniały. Myślę, że trzeba się zgodzić na obecność potoczności w komunikacji nieoficjalnej, nawet tej z rejestrów niskich. Ale nie może być tak, że ksiądz rozpocznie homilię stwierdzeniem: Matka Boża była seksbombą (wypowiedź autentyczna) albo że Jezus był takim facetem, który zamienił wino w swoją krew a chleb w swoje ciało. Nie można języka potocznego niskiego wprowadzać do komunikacji oficjalnej, bo to będzie sztuczne. Podobnie jak użycie języka oficjalnego w sytuacji nieformalnej może okazać się śmieszne. Chodzi o to, by wiedzieć, gdzie i jakim językiem się posługiwać.”
Dalej mamy o Radiu Maryja, o tamtejszej mentalności oblężonej twierdzy, czego nie cytuję, bo to oczywistości. Za to u następnych autorów jest znów o kazaniach oraz listach pasterskich: bardzo ważna sprawa ta druga, bo tu reforma jest jeszcze bardziej nieodzowna. Chyba tych listów jest w ogóle za dużo: są to teksty z natury rzeczy nudne, bo przeznaczone do czytania: dobrze czyta tylko fachowy lektor. Ale to nie jest tylko kwestia ilości, jakości też. Polecam artykuł profesor Krystyny Skowronek pod tytułem ”Listy specjalnej troski”.
Anegdoty. Autentyk: Podczas mszy młodzieżowej ksiądz tłumaczy się, czemu nie przeczyta elaboratu episkopatu. Powiada: - Bo rodzice uczyli mnie, że cudzych listów się nie czyta...

19:12, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 czerwca 2009
Żydzi w Biblii i w „Przeglądzie Powszechnym"

Ewangelia Mateusza 5,43

„Słyszeliście, że powiedziano: «Będziesz miłował bliźniego swego», a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził."

Tłumaczenie Biblii Tysiąclecia. Zwracam uwagę na to, że cudzysłów przy tym Jezusowym cytacie obejmuje tylko słowa o miłości, o nienawiści już nie. Dowcip (?) bowiem polega na tym, że ów dalszy nienawistny ciąg jest, owszem, w myśli żydowskiej, ale nie w Piśmie Świętym ani nawet nie w pismach rabinicznych. „Znaleziono go dopiero - wyczytałem w Biblii Poznańskiej - w Księdze Reguły z Qumran, gdzie nakazano nienawidzić wszystkich synów ciemności, każdego według jego winy, a obrzęd przyjmowania do zrzeszenia przewidywał przekleństwa na wszystkich, którzy nie byli jego członkami." Co prawda, takie niegrzeczności wobec grzeszników są też jednak w Księdze Syracha 12,4-7, co wiem natomiast z polskiego wydania Biblii Jerozolimskiej.

Stosunek pism Starego (Pierwszego) Testamentu do różnych obcych jest - jak i w ogóle te pisma - rozmaity. Czasem krwiożerczy wręcz, innym razem wyraźnie gościnny. A Biblia Jerozolimska tłumaczy ową nakazaną nienawiść do nieprzyjaciela tym, że w biblijnych językach semickich było słowo przetłumaczone na grekę, potem na polski jako „nienawidzić", ale miało sens znacznie łagodniejszy.

Co tłumaczę, bo naszych starszych braci w wierze wciąż bronić trzeba. Antysemityzm znalazł się już co prawda w słowniku polskiej poprawności także kościelnej, nikt się do niego przyznać nie śmie, ale wyłazi czasem takie szydło z worka (vide ks. Chrostowski). A kiedy indziej widać szydło wręcz przeciwne, ze względu na tamto nieodzowne. Mam tu na myśli „Przegląd Powszechny", miesięcznik jezuitów stareńki (zaistniał 125 lat temu), ale odważnie nowiutki duchem. Mam w ręku jego numer czerwcowy, którego już sama okładka kole w oczy niektórych (podobno w Towarzystwie Jezusowym na polskiej ziemi licznych). Albowiem napis na niej takowy: „Tożsamość Żydów. Alina Cała, Miriam Gonczarska, Stanisław Krajewski, Joanna Tokarska-Bakir". Przeczytawszy teksty powyższych autorów umocniłem się w przekonaniu, że miarą stosunku do Żydów jest chęć (niechęć do) ujawniania takiego pochodzenia. Wciąż nie jest to sprawa tak mniej więcej obojętna, jak na przykład pochodzenie francuskie czy angielskie.
Pocytuję trochę Miriam Gonczarską:
”Gdy ktoś domyśla się lub wręcz wie o swoim pochodzeniu, a wciąż powracają do niego zasłyszane bądź przeczytane obraźliwe określenia, to właśnie one są często pierwszym językiem, w jakim paradoksalnie zaczyna mówić się o swojej tożsamości. Wiem to z własnego doświadczenia. Byłam szczególnie bezbronna, bo zawsze wiedziałam o moim pochodzeniu. Od dziecka słowo „Żyd" napawało mnie mieszaniną dumy i grozy.
Inni mają mniej szczęścia - po reakcji rodziców lub dziadków, po niedomówieniach dochodzą do wniosku, że w ich rodzinie «coś jest nie tak». Wciąż zgłaszają się do mnie osoby, które domyślają się, że mają żydowskie pochodzenie po dziadku lub babce, ale nie mają odwagi, by wprost zapytać. Nie wiedzą, jak o tym rozmawiać. Czasem, gdy decydują się na poruszenie tego tematu, zapada głęboka cisza lub wybucha awantura. Często osoby, które odkrywają swoje pochodzenie, odpychane są przez pozostałych członków rodziny. Żyjący przodkowie, którzy «coś» o tej rodzinnej tajemnicy wiedzą, to często ofiary Holocaustu, przerażeni wspomnieniami; za nic nie chcą przekazać swojego strasznego losu następnym pokoleniom. Wciąż boją się, ze tamten koszmar powróci. Osoby korzystające z żydowskiej pomocy społecznej proszą często, by nie mówić o tym rodzime. Dzisiejsza tożsamość żydowska to często spuścizna strachu i milczenia. Osoby, które wychowały się w żydowskich rodzinach w Polsce, gdzie otwarcie mówiono o pochodzeniu, są nieliczne. Najczęściej to przedstawiciele inteligencji, mieszkańcy dużych miast. Bycie Żydem po prostu nie jest wygodne ani dla danej osoby, ani dla jej otoczenia.”
Ale są i inne trudności.
”Właściwie od momentu, gdy ktoś dowiaduje się o swoim żydowskim pochodzeniu, jest zmuszony stawiać trudne pytania i podejmować trudne decyzje. Chodzi nie tylko o kwestię bycia Żydem świeckim czy religijnym. Trzeba zweryfikować stosunek do własnej narodowości, tzn. ustalić chęć utożsamienia się z Izraelem czy z Polską. A może próbować łączyć te dwie narodowe i państwowe tożsamości. Czy to możliwe? Czy, traktując je łącznie, dążę do nawiązania dialogu i porozumienia między tymi krajami? 
(...) Żyd czy Żydówka często musi w Polsce udowadniać, że nie jest wielbłądem. Że nie współpracuje np. z wywiadem izraelskim, nie ma niesamowitych zasobów gotówki i wpływu na politykę międzynarodową. Proszę mi wierzyć, że takie stereotypy mają bezpośredni wpływ na to, jak postrzegani są indywidualni Żydzi w Polsce. Im dalej odchodzimy od środowiska żydowskiego, tym silniej odczuwamy uprzedzenia. Co ciekawe, czegoś podobnego doświadczałam w Izraelu, gdzie wciąż musiałam odpowiadać na pytania o polski antysemityzm, o Holocaust, tłumaczyć się z tego, że moja rodzina postanowiła pozostać w kraju. Byłam nawet posądzana o antysemityzm, bo przed jakimś radykałem broniłam mojej polskiej ojczyzny.
Na koniec jednak zastrzeżenie.
”Nie chcę, by ktoś pomyślał, że narzekam albo że jest z Żydami w Polsce aż tak tragicznie. Opowiadam o absurdach naszej żydowskiej egzystencji w Polsce, bo dzięki «Przeglądowi Powszechnemu» dostałam taką możliwość.”
Niech żyje ten miesięcznik, tak sympatycznie powszechny!

A na koniec piękny wiersz Michała Kamińskiego, licealisty z Katowic.
Kamienie
Jedynie kamienie przyjmują z żalem wieści o zwycięstwie 
Wodzą smutnym wzrokiem po dumnych twarzach żołnierzy 
Uważnie obserwują zapłakane matki i przemowy trybunów
Jak wyrok brzmią dla nich wieści o postępach na froncie
Zwycięskich bitwach i budowie nowego domu
Z niesmakiem wyczuwają zapach powracających synów
Boją się w takich chwilach o swoją pracę
Nic tak nie przeraża jak myśl o bezrobociu
I nieuchronnym przejściu na zasiłek wspomnień
Wszak kamienie są potrzebne tylko w czasie zagrożenia 
By stojąc na ulicy mieć co zaciskać w dłoni 
Z bezsilnej złości

Co prawda, antysemita powie, że kamienowanie to kara śmierci przecież żydowska, ale przeżyjemy jakoś i taką wypowiedź.

16:26, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
piątek, 12 czerwca 2009
Chrystus w naszym chlebie

Ewangelia Marka 14, 22-24

„A gdy jedli, wziął chleb, pobłogosławił, połamał i dał im mówiąc: - Bierzcie, to jest moje ciało. Pasterz wziął kielich, po dziękczynieniu podał im i pili z niego wszyscy. Powiedział im: - To jest moja krew Przymierza, która za was będzie wylana".

Dziś katolickie święto Bożego Ciała: od średniowiecza Kościół mój kładzie tak mocny akcent na szczególny rodzaj
obecności Chrystusa w sakramencie eucharystii. Akcent ogromny, bo ta obecność jest wynoszona ze świątyń na widok publiczny, monstrancja z Hostią noszona jest manifestacyjnie ulicami i drogami miast i wsi. Pomysł takich manifestacji wynika oczywiście ze sposobu pojmowania owej obecności: Kościół mój głosi, że jest to obecność rzeczywista.

Co oznaczają słowa: ”To jest ciało moje i to jest krew moja”? Najdziwniejsze słowa Biblii, najbardziej sprzeczne z empirią.
I chyba nigdy nie przestaną być dziwne, na gruncie podstawowej zgodności z Pismem i Tradycją nie dadzą się wytłumaczyć, zracjonalizować. Pozostaną Tajemnicą.
Pisałem o tym kiedyś w książce ”Zdaniem laika”. Jakaś podstawowa wierność Pismu i Tradycji skłania nas do wiary, że nie mamy tu do czynienia ze zwykłym symbolem, znakiem, który tylko informuje. Owszem, można by powiedzieć, że jest to symbol, ale symbol „realny". Teolog niemiecki Aleksander Gerken, autor wartej lektury książki pt. Teologia Eucharystii („Pax" 1977), przypomina, że Ojcowie greccy (i w jakiejś mierze łacińscy) stosowali w tej kwestii kategorie filozofii platońskiej. Operowali mianowicie pojęciami pierwowzoru oraz jego obrazu, symbolu, podobieństwa czy też odbicia, które w jakimś stopniu są pierwowzorem, uczestniczą w jego rzeczywistości. Mamy tu do czynienia z właściwym Platonowi myśleniem hierarchicznym: pierwowzór, czyli rzeczywistość wyższego rzędu, wyraża samą siebie w rzeczywistości niższego stopnia, jest w niej obecna i przez nią działa, choć w sposób osłabiony i ułomny. Ks. Gerken jest zdania, że kategorie te pasują tu równie dobrze, jak arystotelesowskie pojęcia substantia -- species lub substantia -- accidens. A nawet lepiej, bo -- ujęte dynamicznie -- mogą wyrażać również aktualizacyjny sens Eucharystii, która jest nie tyle powtórzeniem, jak zwykło się mówić w średniowieczu i w czasach nowożytnych, ale uobecnieniem -- poprzez symbol realny -- jednej i tej j samej niepowtarzalnej ofiary krzyżowej. Dzięki owym kategoriom platońskim, znów gdy się je pojmie dynamicznie, można wreszcie wyrażać relację między teraźniejszością a rzeczywistością ostateczną, eschatyczną, kiedy to będziemy oglądać Chrystusa nie ukrytego, ale „twarzą w twarz".

Myślę, że pojęcie symbolu realnego o wiele łatwiej zrozumieć, gdy się zna prawosławny kult ikony, jego „realizm" teologiczny. Wystarczy powiedzieć, że odpowiednikiem adoracji Najświętszego Sakramentu jest na Wschodzie kult Obrazu.
Wszystko to są sprawy ważne, bo choć Tajemnicy nie sposób wytłumaczyć, wyjaśnić, to jednak można ją trochę rozjaśnić. Myślę, że jeszcze więcej rozjaśnia polemika ze swoistym materializmem w pojmowaniu Eucharystii. Ojciec Congar podaje jako przykład takiego materializmu częste powiedzenie, że „Pan Jezus jest bardzo osamotniony w tabernakulum". Mówi się też nieraz: „Kapłan trzyma w ręku Pana Jezusa". Prawda znajdowałaby się zatem gdzieś pomiędzy dwoma uproszczeniami: materializmem i skrajnym, „nierealistycznym" symbolizmem (to koncepcja Zwinglego, rozpowszechniona w Kościołach neoprotestanckich, wbrew nauce Lutra, a nawet Kalwina).

Inny kierunek, ważniejszy chyba, przybliżenia Wieczerzy Pańskiej  to aktualizacja jej  symboliki.  Może „egzystencjalne" kwestie i w tym wypadku ciekawsze są niż problemy „racjonalne", które pasjonowały naszych przodków w wierze. W każdym razie trzeba tu niejedno wyjaśnić i uwspółcześnić.  W biuletynie francuskim „Lettre" znalazłem kiedyś interesujący tekst eucharystyczny M. Querrien. Interpretacja autorki  jest oczywiście dyskusyjna i nie każdemu przypadnie do gustu. Zamieszczę ją jednak jako przykład refleksji odwołującej się do pojęć i wartości współczesnego człowieka.
Ten chleb uczyniony waszymi rękami jest moim ciałem, ciałem syna człowieczego, który ma śmiałość nazywać się Synem Bożym i bierze na siebie pełnię tego zobowiązania.  Ja  jestem tym  chlebem,  ponieważ  we mnie streszcza się wszystko to, co w człowieczeństwie jest czymś więcej niż tylko bezpłodną chwilą, wszystko, co robią ludzie dla innych ludzi, wszystko, co robią po bratersku dla swoich braci. Wszystkie te akty twórcze, którymi krzepią siebie i innych wspinając się na szczyt, na którym oczekuje ich Bóg i który osiąga każdy z nich, odkąd On stał się dla swoich braci ludzkich, tak pokornie jak tylko można, wspólnikiem, współtwórcą, współrobotnikiem. Chleb ten jest produktem ludzkiej przemyślności, produktem ich pracy służącej wyżywieniu całej ziemi. Ja, Jezus, jestem tą pracą. Uczestniczycie w mojej naturze, gdy CZYNICIE -- a nie gdy JESTEŚCIE -- i gdy to, co czynicie, pomnaża wolność, możliwości działania, twórczość. (...) Jeden dla wszystkich i wszyscy dla jednego -- oto, co symbolizuje  ten znak  chleba,  produkowanego, rozdzielanego i spożywanego podczas braterskiego posiłku, znak, który dokonuje się poprzez rozwój, poprzez przyrost twórczości -- skoro tylko jest ożywiony duchem pokoju.
Zaprawdę jednak, ludzie nie są wcale aniołami: mieszka w nich sprzeczność. To, co po bratersku produkują, powoduje ich cierpienie. Wino, które jest produktem ich pracy, przeznaczonym dla całej ziemi, wyobraża także krew, którą trzeba wylać w ten czy inny sposób, jeśli się naprawdę kocha swoich braci i jeżeli z całych sił dąży się do ich wyzwolenia -- zgodnie ze swoim powołaniem. Oto dlaczego krew twórcza ludzkości, ludzkości, którą ja zawieram w sobie, spełniając swoje powołanie Syna Bożego, zostanie pod postacią wina wylana na odpuszczenie grzechów. Czyli po to, żeby mimo wszystkich wad człowieka odzyskać go, odbudować i podnieść do wolności, do obcowania ze wszystkimi jego braćmi i z ich wspólnym Ojcem, Po to, żeby go podnieść do boskości. Gdy więc będziecie łamali chleb, gdy będziecie nalewali wino, pamiętajcie, że zawiera się w nich praca ludzka, która -- poprzez zwycięstwa i klęski, poprzez radość i cierpienie -- służy stwarzaniu świata, stwarzaniu, którego Bóg oczekuje od naszej wolności.
Wracam do problemów „racjonalnych". Dialog ekumeniczny i tu daje wyniki. Protestanci niemieccy paru tradycji dogadali się już, że jest to obecność „realna". Nie jest to w tej sprawie słowo jednoznaczne. Luteranie rozumieją je trochę inaczej niż katolicy: według nich Chrystus jest obecny nie symbolicznie ani nawet tylko duchowo jak u reformowanych, ale jest obecny tylko w obrzędzie (potem już chleb i wino są tylko zwykłym pokarmem i  napojem). Prawosławni używają innej terminologii filozoficznej, a poza tym wiążą myślowo obecność eucharystyczną tylko właśnie z eucharystią, liturgią. Chrystus jest dla nich obecny w prosforze (rodzaj bułeczki) i winie także poza liturgią, ale - jak napisałem - nie adorują tej obecności, adorują natomiast ikony. Znam jednak przypadki, gdy polski duchowny prawosławny albo nawet ewangelicki chciał uczestniczyć w naszej procesji dnia dzisiejszego. Nasze władze kościelne dawniej nie były w tej chęci wzajemne, ale i to się zmienia.

Do widzenia do wtorku: mam parodniowy zjazd rodzinny w Sandomierzu, przy okazji odwiedzę tamte rodzinne strony.

19:15, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
czwartek, 11 czerwca 2009
Literalizm, liberalizm

2 List do Koryntian 3,6

„On też sprawił, żeśmy mogli stać się sługami Nowego Przymierza, przymierza nie litery, lecz Ducha; litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia"

Sławne słowa, sławne przeciwstawienie. „Literalizm" grozi każdej religii, czyniąc z niej raczej sztywny system niż ożywiające źródło. Chrześcijaństwo podzieliło się tutaj na oparty na prawie rzymskim Zachód i luźniejszy myślowo Wschód. Najlepiej widać to w sprawie małżeństwa: w katolicyzmie mamy jurydyczne stwierdzanie nieważności pierwszego związku, w prawosławiu smutną akceptację drugiego związku, z żałobą, nie weselem.
Ale litera też jest do czegoś potrzebna. Muszą być jakieś ramy prawne, inaczej łatwo o coś, co zwie się permisywizmem. Literalizm niedobry, ale zbytni liberalizm też.

18:20, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
środa, 10 czerwca 2009
Literalizm, liberalizm

2 List do Koryntian 3,6

„On też sprawił, żeśmy mogli stać się sługami Nowego Przymierza, przymierza nie litery, lecz Ducha; litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia"

Sławne słowa, sławne przeciwstawienie. „Literalizm" grozi każdej religii, czyniąc z niej raczej sztywny system niż ożywiające źródło. Chrześcijaństwo podzieliło się tutaj na oparty na prawie rzymskim Zachód i luźniejszy myślowo Wschód. Najlepiej widać to w sprawie małżeństwa: w katolicyzmie mamy jurydyczne stwierdzanie nieważności pierwszego związku, w prawosławiu smutną akceptację drugiego związku, z żałobą, nie weselem.

Ale litera też jest do czegoś potrzebna. Muszą być jakieś ramy prawne, inaczej łatwo o coś, co zwie się permisywizmem. Literalizm niedobry, ale zbytni liberalizm też.

23:43, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
wtorek, 09 czerwca 2009
Tak, nie...

2 List do Koryntian 1,18

„Bóg mi świadkiem, że nasze słowa do was nie znaczą «tak» i «nie»”.

Tak, Paweł był jednoznaczny, nawet radykalnie. Wyważania, wahań w jego pismach nie uświadczysz. Zmienił poglądy o 180 stopni, ale kiedy już zmienił, parł do przodu jak czołg. Dlatego zezłościł go tak Piotr, gdy okazał lęk przed konserwatystami z otoczenia Jakuba (List do Galatów 2).

Podziwiam ludzi zdecydowanych, radykałów, ale sam jestem raczej ostrożniakiem, unikam stanowisk skrajnych (nie zawsze, często). Moim idolem jest Jan XXIII, który rozciął węzeł gordyjski zaciskający Kościół przed Vaticanum II, ale rozumiem też jego następcę, Pawła VI, typowego intelektualistę, „Hamleta", jak go nazwał właśnie Jan XXIII, dzielącego włos na czworo, trapionego wątpliwościami. Nie zdecydował się na otwarcie w sprawie regulacji poczęć, przeszedł do historii z encykliką „Humanae vitae", ale trzeba też pamiętać nie tylko ten tekst, także gest: gdy padł do stóp przedstawicielowi patriarchy Konstantynopola. Był bardzo pokorny.

20:47, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 08 czerwca 2009
O szczęśliwcach. „Więź" po raz trzeci, czyli OSA

Ewangelia Mateusza 5,1-10

„Jezus widząc tłumy wszedł na górę. A kiedy usiadł, podeszli do Niego uczniowie. On zaś rozpoczął naukę, mówiąc: 
- Szczęśliwi ubodzy w duchu, albowiem ich jest królestwo niebieskie"
.

Przekład Biblii Poznańskiej (niedawno wznowionej wespół z Agorą). Pieniądze szczęścia nie dają: nie da się ukryć. Gdyby tak było, dziś, kiedy szynki w sklepach w bród, a ja po pół wieku zarabiam wreszcie przyzwoicie, byłbym wciąż tak szczęśliwy, jak ongiś, gdy załapałem się na dziesięć parówek trzeciej jakości, czyli dwa obiady dla całej rodziny.
„Szczęśliwi, którzy się smucą, albowiem będą pocieszeni".

Nagle okazuje się, że nie było powodu do rozpaczy, że wygraliśmy: tak jak to było na przykład 20 lat temu.
„Szczęśliwi łagodni, albowiem odziedziczą ziemię".
Tak się stało z chrześcijaństwem, które gnębione przez cezarów, nagle stało się religią ich imperium.
„Szczęśliwi, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem będą nasyceni"
Tak, to prawda, ale oby tak zawsze bywało jeszcze za ich życia na tej ziemi mało sprawiedliwej.
„Szczęśliwi miłosierni, albowiem dostąpią miłosierdzia".
Chyba miłosierdzie bardzo „bierze" opinię publiczną. Matka Teresa z Kalkuty stała się szybko ikoną współczesnego świata, choć są i tacy, którzy szukają dziury w jej miłosierdziu.
„Szczęśliwi czystego serca, albowiem będą oglądali Boga."

Tu chodzi o czystość SERCA: że nie o mycie nóg, to oczywiste, ale też nie o żadną czystość moralną, którą widać. Ważne jest najgłębsze wnętrze człowieka, co w nim naprawdę siedzi. Ten werset jest rewolucyjny: zobaczą Boga ci, którzy nawet sami uważali się za niegodnych Nieba, bo nie byli czyści wobec któregoś prawa religijnego.
„Szczęśliwi, którzy doprowadzają do pokoju, albowiem nazwani będą synami Bożymi."
Do pokoju doprowadza się ciągnąc siłą obie walczące strony. I jakie szczęście, gdy obie nazwą nas synami Bożymi.
„Szczęśliwi, którzy cierpią prześladowanie za sprawiedliwość, albowiem ich jest królestwo niebieskie."
Prześladowani przez władzę nagle stają się władcami, królami. Oby tylko zawsze pamiętali, żeby królestwo, które posiedli, było niebieskie. Co oznacza szczęśliwość dla wszystkich, nie tylko dla swoich, żadne tam TKM.
Dopiero dziś zauważyłem, że szczęście nazwane jest królestwem niebieskim na początku i na końcu tych „błogosławieństw", czyli jest głównym jego imieniem. A Piłatowi Jezus powiedział, że Jego królestwo nie jest z tego świata: nasze królowanie też powinno być jeżeli to w koronie, to już raczej cierniowej. Albowiem dobrze króluje tylko ten, który czuje, ile ma na głowie.

Lektury: wciąż majowo-czerwcowa „Więź" o ateistach. Odnotowałem już parę tamtejszych tekstów, jest ich jeszcze więcej: artykuły księży teologów Piotra Jordana Śliwińskiego OFMCap (to nie kozioł, to kapucyn), Wiesława Dawidowskiego OSA (to nie owad, to zakon augustianów, wywodzący się od świętego Augustyna, sporo wieków później należał do niego niejaki ks. Marcin Luter, teraz ks. Andrzej Luter - już nie), Andrzeja Draguły, Michała Palucha OP (to dominikanin). Jest też „w tym temacie" pisarz Jerzy Sosnowski.
Autorzy nie kłaniają się ateistom w pas, ale do piekła ich nie wysyłają. A nawet ojciec OSA robi taką puentę:

”Ks. prof. Michał Heller w jednym z wywiadów ujawnił treść rozmowy, jaką odbył po publicznej debacie w telewizji BBC z udziałem Richarda Dawkinsa. Indagowany, jaka jest różnica pomiędzy poglądami jego a Dawkinsa, stwierdził, że istnieje pomiędzy nimi bardzo niewielka różnica w literowaniu. Zdaniem tarnowsko-krakowskiego teologa i filozofa, prof. Dawkins wymawia słowo racjonalność małą literą, podczas gdy on sam wymawia to samo słowo wielką literą. Bóg jest dla Hellera Racjonalnością tkwiącą w strukturze świata. Richard Dawkins miał na takie dictum po chwili namysłu odpowiedzieć: - Ty masz prawdopodobnie rację. 
Niech to wystarczy za potwierdzenie stawianej tu tezy, że ateizm jest miejscem teologicznym, a sami ateiści są ważnym kryterium naszego dyskursu o wierze.”

Dla tych, co przypadkiem nie wiedzą, kto to Dawkins, wiadomość, że to herold dzisiejszej niewiary, iż jest Bóg.
Anegdoty. Moja własna: we wczorajszych eurowyborach polski Kościół rzymskokatolicki agitował jak cholera. Po pierwsze, był czytany psalm 33, a w nim wiadomość polityczna, że Bóg „miłuje prawi i sprawiedliwość", po drugie, była czytana Ewangelia według św. Mateusza, a w niej słowa Jezusa: „dana mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi", co chyba znaczy, że władza PiS, bo przecież Chrystus zasiadł po prawicy Bożej, nie lewicy ani nawet centroprawicy. A w ogóle to w Brukseli powinni zasiadać głównie reprezentanci tej partii, bo przecież tamtejszy chłopczyk na pomniku nazywa się „Maneken Pis", nie Platforma...

19:32, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
niedziela, 07 czerwca 2009
Trójca Święta. Eklezjalna nuda totalna

Ewangelia Mateusza 28,19

„Idąc więc, czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Świętego Ducha."

Dosłowny przekład naszej „bandy  czworga”. Dobrano w Rzymie takie słowa, bo dziś niedziela Trójcy Przenajświętszej.

Fundamentalny werset. Hasło chrześcijanina niemal: ewangelizujmy. Krzyżem, nie mieczem, własnym przykładem raczej niż wykładem, dialogując, nie monologując, ucząc się od niechrześcijan, nie tylko ich ucząc - ale nie chowając Ewangelii pod korcem. No i ”czyniąc uczniami” (tak jest dosłownie w grece), nie ”nauczając”, jak się na ogół tłumaczy, czyli działając nie tylko na intelekt, czyli próbując zmienić całego człowieka.

W imię Trójcy. Termin późniejszy, ale w Biblii jest sporo zdań wskazujących, że Bóg pierwszych chrześcijan nie był jednoosobowy. Są i zdania, które to przekonanie zaciemniają, ale wraz z całym chrześcijaństwem (unitarianie to wyjątek) uważam, że Bóg jest wspólnotą. Nie 1 = 3 ani 3 = 1, prawo arytmetyki jest niezachwiane, Bóg jest jeden, ale składa się z trzech osób. Składa się idealnie, są one złączone absolutnie, taką wzajemną miłością, jaka jest dla nas nie do pojęcia, nie do wyobrażenia. To nie jest sprzeczność logiczna, tylko etyczna: nie możemy sobie wyobrazić takich wzajemnych relacji.

Nie Ducha Świętego, ale świętego Ducha: pewnie to wychodzi na jedno, ale warto wiedzieć, jak jest w oryginale, a prawosławni żegnają się właśnie takimi słowami.

Nauczanie chrześcijańskie dzisiaj, katolickie, polskie: kazania itp. Świetnie zaczyna się numer czerwcowy zawsze dobrego dominikańskiego miesięcznika „W drodze". W edytorialu Pawła Kozackiego OP czytamy:

”Przyszło nam do głowy, by sprawdzić, jakim językiem Kościół zwraca się do swoich wiernych. Najpierw zamówiliśmy teksty dotyczące głoszenia kazań oraz innych sposobów przekazywania Dobrej Nowiny. Czytając je, uświadomiliśmy sobie, jak wiele jest grzechów i zaniedbań w tej dziedzinie. Ich efektem jest nuda, którą wieje zarówno ze słowa mówionego podczas kazań i rekolekcji, jak i ze słowa drukowanego w podręcznikach do katechezy czy w listach episkopatu. Nuda nie omija również mediów elektronicznych mających w nazwie «katolicki». Można by przypuszczać, że problem leży w formie, nieumiejętności wyrażenia współczesnym językiem tego, co pomyśli głowa, a co chrześcijanin nosi w sercu. Mam jednak przeczucie, że problem nie leży ani w formie, ani w treści przekazywanego Orędzia. Mogę sobie bowiem wyobrazić świętego, który nieporadnie duka przesłanie Ewangelii, ale znacznie częstszy jest przypadek elokwentnego mówcy, którego piękne słowa są jak suche wióry. Potwierdzeniem mojej intuicji była relacja jednego z braci, który w ostatnich dniach wrócił z rekolekcji dla księży, prowadzonych przez ojców ze Wspólnoty Przymierze Miłosierdzia. Antonello i Enrique mówili do polskich kapłanów prosto: wasza misja jest nieewangeliczna, bo popełniacie trzy błędy. Po pierwsze, nie macie czasu dla Pana Boga i za mało się modlicie. Po drugie, macie głowy naładowane mądrościami, których ludzie nie są w stanie pojąć. Po trzecie, jesteście leniwi i zajmujecie się tylko tymi ludźmi, którzy są w Kościele, a nie wychodzicie do tych, którzy się zagubili. Czy w tych oskarżeniach zawarta jest recepta na nudę, którą wieje z Kościoła?”

12:16, jan.turnau
Link Komentarze (46) »
sobota, 06 czerwca 2009
Uczeni w Piśmie

Ewangelia Marka 12,38

„Strzeżcie się uczonych w Piśmie".

To było ostrzeżenie przed uczonymi szczególnymi, którzy popisywali się nie tyle samą uczonością, wiedzą o Biblii, ile swoją rzekomą pobożnością. Ale jest też ponadczasowy problem uczonych w Piśmie w ogóle. Żeby byli nowatorscy, ale nie nowinkarscy, żeby nie prześcigali się, który powie coś bardziej śmiałego. I żeby nie zadzierali nosa wobec wiernych nieuczonych.

17:27, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 05 czerwca 2009
Pies itp.

Księga Tobiasza 11,9

„Wtedy przybiegł naprzód pies, który był z nimi w drodze, i jakby poseł przyszedłszy, cieszył się kręcąc ogonem swoim."

Księga Tobiasza należy do deuterokanonicznych. To te, które dochowały się tylko w języku greckim, więc z tej racji podejrzane, nie weszły ostatecznie do kanonu żydowskiego, a potem protestanckiego. Co prawda, ta księga dochowała się jedynie w tym języku tylko kiedyś, dziś mamy też jej fragmenty napisane po aramejsku, znalezione w Qumran. Ale ciągle nie wiadomo, czy językiem oryginału nie był hebrajski lub jednak grecki. Sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo dochowały się aż trzy wersje greckie, a Wulgata ma jeszcze własne dodatki. Zdanie dotyczące zachowania psa zacytowałem ze zmodernizowanej wersji Wujka (Kraków 1962), bo jest tam najbarwniejsze.

Wielki tu awans tego towarzysza człowieka na tle Biblii, która poza tym nie jest „kynofilska": o psie wyraża się bez szacunku. Ciekawe, dlaczego: przecież już wtedy pies był sługą pasterzy. Natomiast osioł, który jest dla nas symbolem głupoty, w Księdze Liczb 22 okazuje się mądrzejszy od człowieka, też nie wiem, czemu.
O mądrości zwierząt przeczytałem dużo ciekawych wiadomości w majowym „Liście". Zanim trochę zreferuję, pochwalę znowu ten miesięcznik katolicki krakowski, który jest już całkiem pełnoletni: wychodzi od 25 lat. Na tle polskiej prasy mojego Kościoła (myślę szczególnie o dwóch tygodnikach o dużym nakładzie: „Gościu Niedzielnym" i „Niedzieli") wyróżnia się miłym omijaniem problemów partyjnych oraz jeszcze milszym nieomijaniem spornych spraw kościelnych, nawet tak doktrynalnie delikatnych, jak antykoncepcja. Koleżanki i koledzy, tak trzymać!

Wracam do zwierząt. W numerze rozmowa z Bartłomiejem Dobroczyńskim. Nie wiedziałem, że nauka potwierdza szczególną inteligencję kruków, ba, bywają też niezwykle bystre wrony. W ogóle ptaki są zmyślniejsze od ssaków! Czy można mówić o języków zwierząt? Kwestia sporna, ale bywają goryle, szympansy i papugi niebywale w tej mierze pojętne. A gołębie są bardziej okrutne od wilków! Co różni człowieka od zwierząt? Według Dobroczyńskiego to, że działają one zawsze racjonalnie, jak komputer, gdy my mamy swoje ideologie. Ciekawy pogląd. I akapity końcowe artykułu Sławomira Rusina „Czy zwierzęta są religijne?"
”Obserwując pewne zachowania zwierząt trudno nie zadać sobie pytania o to, czy nie «zastanawiają się» one nad tym, co dzieje się z nimi po śmierci. Z pytaniem tym naukowcy udali się do samego źródła. Zapytano kiedyś, posługującą się językiem migowym, gorylicę Koko, co się dzieje z gorylami po śmierci. Odpowiedziała: «idą do wygodnej jamy na uboczu». Szympans bonobo o imieniu Kanzi, porozumiewający się za pomocą komputerowej tablicy ze znakami, miał odpowiedzieć na to samo pytanie, że bonobo «idą do wielkiej czarnej dziury». Inna z szympansic o imieniu Sara, również posługująca się językiem migowym, miała kiedyś powiedzieć: «Sara boi się odejść». Świat naukowy nie uznał jednak wyników tych badań ze względu na zbyt duże zaangażowanie opiekunów w eksperymenty. Trudno nam jednoznacznie stwierdzić, czy dane zachowania zwierząt są rzeczywiście religijne, czy wiążą się z przyjmowaniem określonej postawy wobec świata, a może wynikają z czegoś innego. Może św. Franciszek, głosząc swoje kazanie do ptaków, wiedział trochę więcej o religijności zwierząt niż my.”
W każdym razie pies jest niezrównany w odczytywaniu naszych intencji i służeniu nam. By to stwierdzić, nie trzeba nauki, wystarczy zaopiekować się bezdomnym.

19:43, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
czwartek, 04 czerwca 2009
Po co seks?

Księga Tobiasza 8,7
„Teraz tedy, Panie, Ty wiesz, że biorę siostrę swoją za małżonkę nie dla namiętności, lecz przez wzgląd na miłość do potomstwa, aby uwielbiało imię Twoje po wszystkie wieki".

Wśród szmoncesów jest i takowy: 
- Panie Moszek, pan musisz bardzo lubić dzieci, bo masz ich tyle!
- Panie Icek, dzieci jak dzieci, ale tę robotę to lubię na pewno...
Ten rubaszny dowcip przypomniał mi się, gdy przeczytałem to przeciwstawienie namiętności miłości do potomstwa. Co prawda, tłumaczenia są różne, na przykład w Biblii Jerozolimskiej polskiej, czyli z tekstem Tysiąclatki, mamy tak: „nie dla rozpusty, ale dla prawdziwego związku" (dzieci brak). Niemniej wersja, którą mamy w miesięczniku „Oremus" (ją właśnie zacytowałem na wstępie, a ma ją też Wujek, czyli Wulgata), kojarzy mi się mocno z ową nienawiścią do seksu, który usprawiedliwiony być mógłby tylko prokreacją. Na szczęście ów pokutujący w chrześcijaństwie manicheizm dzisiaj nawet u nas zanika, co jest zasługą szczególną wspaniałego ojca Knotza.
A Księga Tobiasza, która od wczoraj „leci" w mojej liturgii, warta jest całościowej lektury. Bardzo to urocza opowieść, też dlatego, że jej współbohaterem jest pies, rzecz w Biblii unikalna. O czym więcej jutro.

13:49, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
środa, 03 czerwca 2009
Nie wszystek umrę

Ewangelia Marka 12,18-27

”Przyszli do Jezusa saduceusze, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: - Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: «Jeśli umrze czyjś brat i pozostawi żonę, a nie zostawi dziecka, niech jego brat weźmie ją za żonę i wzbudzi potomstwo swemu bratu». Otóż było siedmiu braci. Pierwszy wziął żonę i umierając, nie zostawił potomstwa. Drugi ją wziął i też umarł bez potomstwa, tak samo trzeci. I siedmiu ich nie zostawiło potomstwa. W końcu po wszystkich umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc, gdy powstaną, którego z nich będzie żoną? Bo siedmiu miało ją za żonę. Jezus im rzekł: - Czyż nie dlatego jesteście w błędzie, że nie rozumiecie Pisma ani mocy Bożej? Gdy bowiem powstaną z martwych, nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić, ale będą jak aniołowie w niebie. Co zaś dotyczy umarłych, że zmartwychwstaną, czyż nie czytaliście w księdze Mojżesza, tam, gdzie mowa o krzaku, jak Bóg powiedział do Mojżesza: «Ja jestem Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba». Nie jest On Bogiem umarłych, lecz żywych. Jesteście w wielkim błędzie".

Perykopa ciekawa, bo przedstawiająca spór z saduceuszami, w ewangeliach antagonistami Jezusa rzadszymi niż faryzeusze. Tu dyskusja jest o sprawie zasadniczej: co po śmierci? Dla saduceuszy istniało tylko życie doczesne: chyba nawet nie wierzyli w Szeol, jakieś półistnienie w krainie cieni, odpowiednik greckiego Hadesu. Ta idea pojawia się dopiero w księgach późniejszych, prorockich, a saduceusze uznawali tylko Pięcioksiąg. Co zaś do wiary w zmartwychwstanie, popularne wyobrażenia późnego judaizmu czyniły z życia po śmierci wzmożony ciąg życia ziemskiego, oznaczający się olbrzymią płodnością. Stąd tutaj problematyka prokreacyjna.

Jak się rzekło, saduceusze uważali za święte tylko pięć pierwszych ksiąg Biblii zwanych Mojżeszowymi, dlatego Jezus odwołuje się do Księgi Wyjścia (3,6), choć o zmartwychwstaniu mówi również Księga Daniela (12,2), wcześniej też Izajasza (26,19) i Ezechiela 37,1-14. Argumentacja Jezusa jest swoista, zakłada słuszność następującego rozumowania: „Ja jestem Bóg Abrahama..." znaczy: opiekuję się Abrahamem, a jeśli tak, to on żyje, bo nie można opiekować się kimś, kogo nie ma.

Na koniec uwaga ważna: biblijna wiara w zmartwychwstanie nie jest wiarą w nieśmiertelność duszy. Idea duszy oddzielonej od ciała jest grecka, platońska, nie żydowska, biblijna. W Piśmie Świętym człowiek jest jednością, a ciało nie jest żadnym paskudztwem, od którego szczęśliwie uwalnia śmierć.
A tytuł wpisu nie z Biblii, z Horacego.

14:51, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 02 czerwca 2009
Sojusze i dusze

Ewangelia Marka 12, 17
;Oddajcie więc cesarskie cesarzowi, a boskie Bogu"

Była to odpowiedź Jezusa na podchwytliwe pytanie faryzeuszy i zwolenników Heroda, czy wolno płacić podatek cesarzowi. Wrogowie liczyli na to, że odpowiadając Jezus „podpadnie" albo okupantowi, albo ostrym jego przeciwnikom. Ewangelia Marka podaje, że słowa Jezusa wywołały podziw prowokatorów (Mateuszowa - że zdumienie). Zamknął im usta, a według znacznie późniejszych interpretatorów otworzył nową epokę w historii ludzkiej, bo zapoczątkował coś, co się nazywa teraz rozdziałem Kościoła od państwa. Albowiem nie było w starożytności i w średniowieczu faktycznej dwuwładzy. Nawet w zachodnioeuropejskim średniowieczu: wówczas monarchowie byli namaszczani religijnie podobnie jak duchowni. Zdarzały się między nimi ostre spory, ale były to konflikty w jednej „christianitas". Inny porządek wprowadziło dopiero oświecenie i jego wynik: rewolucja francuska.
Najpierw był to rozdział dwóch władz konfliktowy mocno. Katolicyzm kojarzył się słusznie z „ancien régimem", bo jego duchownym wydawało się, że stary ustrój jest warunkiem istnienia Kościoła. Za późno pojął, że nic podobnego: wzbudził antyklerykalizm, który we Francji dopiero teraz słabnie. Podobne, choć nieporównanie gorsze były losy Cerkwi rosyjskiej, powiązanej z tamtejszą monarchią jeszcze mocniej: ateizm komunistyczny świetnie skorzystał na tym sojuszu ołtarza z tronem.

Dziś trzydziesta rocznica mszy papieskiej na placu Zwycięstwa, która walnie przyczyniła się do upadku komunizmu w Europie. Szkoda tylko, że lekcja historii dała marny wynik: Kościoły w Polsce, w Rosji, trzymają się zbyt blisko władz państwowych, otrzymując korzyści, które w ostatecznym rachunku opłacają się słabo. Szkody z nich czasem więcej niż pożytku, bo cierpi na tym coś, co Kościoły jakby lekceważą: tak zwany PR. Walcząc o swoje prawa, nieraz słusznie, nie zastanawiają się na ogół, czy gra jest warta świeczki.
Zakończę do rymu: bywają sojusze, które straszą dusze. 

Lektury: ukazał się też oczywiście „Znak" majowy, a w nim ciekawy tekst Tadeusza Bartosia. Były ksiądz dominikanin nawiązuje do kwietniowej debaty chrystologicznej próbując pogodzić stanowisko historyczne, czyli laicystyczne, z dogmatycznym. Streszczę wywód Bartosia tak: stanowisko historyczne nie musi być laicystyczne. Tłumaczenie pośmiertnego ubóstwienia Jezusa przez Jego uczniów ich ówczesnym stanem psychicznym (wyrzuty sumienia, że zawiedli, itp.) nie podważa samej wiary w Jego Boże synostwo. Bóg przecież nieraz działa przez przyczyny wtóre. Przypomniała mi się dyskusja w „Gazecie" na temat hipotezy, że radykalna zmiana poglądów Szawła na temat Chrystusa była wynikiem wylewu krwi do mózgu. Należałem wtedy do tych, którzy uważali to za głupi atak na wiarę religijną - choć byli koledzy bardziej oburzeni ode mnie. Potem jednak pojąłem, że jedno nie przeczy drugiemu. Wylew mógł pomóc przebić się nowym poglądom, co nie znaczy, że były wariackie.
Do „Więzi" na temat ateizmu wrócę niebawem. 

20:36, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 czerwca 2009
Święto Marii Ekumenii. Wciąż „Więź"!

Dzieje Apostolskie 1,12-14

”Gdy Jezus został wzięty do nieba, Apostołowie wrócili do Jerozolimy z góry zwanej Oliwną, która leży blisko Jerozolimy, w odległości drogi szabatowej. Przybywszy tam, weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, Jakub i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, brat Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i Jego braćmi.”
Dzisiaj mamy święto Maryjne. Dosyć młode: dopiero w r. 1964 na prośbę biskupów polskich papież Paweł VI ogłosił Matkę Jezusa Matką Kościoła, co weszło też do soborowej konstytucji dogmatycznej o Kościele „Lumen gentium" i dało początek dzisiejszej uroczystości. Jest ona zawsze w drugi dzień świąt zwanych w Polsce zielonymi, które są nie tylko świętem Ducha - także Kościoła.

Otóż Maria z Nazaretu jest w doktrynie katolickiej jego matką. Może rzeczywiście czuła się matką tego zalążkowego Kościoła. W końcu była od jego liderów prawdopodobnie dużo starsza (chyba: bo skąd wiadomo, że na przykład Piotr nie był rówieśnikiem Jezusa, w ogóle skąd wiadomo, że był starszy wiekiem od innych jedenastu?). Natomiast jest ciekawe, czy przewidywała, że owa wspólnota rozrośnie się kiedyś niepomiernie. Czy zdawała sobie sprawę, że mogą zacząć się rozłamy? Chyba tak: pewnie wiedziała, że na przykład synowie Zebeusza, zwani Synami Gromu byli nie tylko porywczy, także ambitni mocno: zgorszyli przecież pozostałych apostołów dopominając się pierwszych miejsc w Niebie. Może uważała słusznie, że akurat tym dwóm takie skłonności wywietrzały z głów tymczasem, ale po prostu była osobą znającą życie, czyli ludzkie serca. Ciągnąc dalej takie gdybanie, przypuszczę, że dożyła sporów o obrzezanie i koszerność pokarmów, czyli pierwszych zagrożeń Jedności. Które zawsze po trosze z niezdrowych ambicji się biorą.

Wróciłem przedwczoraj z Kodnia, z sanktuarium Maryjnego, które ćwierć wieku temu zaczęło być miejscem kultu Matki Jedności właśnie. Zdarzyło się tak dlatego, że w on czas katolickie dusze pasł tam ksiądz Andrzej Madej z zakonu maryjnego oblatów. Zauważył był, że tam nad Bugiem prawosławnych sporo i jeśli słucha się Soboru Watykańskiego II, trzeba na miejscu zatroszczyć się o Jedność. Przyjaźnił się już wtedy z Grzegorzem Polakiem, dziennikarzem i działaczem ekumenicznym, więc zaczęli organizować w Kodniu spotkania różnowyznaniowe. Innych chrześcijan przyjeżdżało zawsze mało, bo taka już polska uroda, rzymskich katolików najpierw kilka setek, teraz kilka dziesiątek zaledwie, ale impreza nie umarła własną śmiercią. Co roku w końcu maja próbuje świadczyć, że Kościół podzielony nie jest w Maryjnym guście.

Lektury: wciąż „Więź", jej niebywały numer nowy pod hasłem „Nowi ateiści". Pigułka intelektualna mocna, więc referuję na raty. Dzisiaj o artykule wstępnym, Radosława Tyrały „W co wierzą polscy niewierzący". Teza główna publikacji jest taka, że niewierzący nie są, bo nie mogą być niewierzący. Zgodnie z moim zwyczajem, cytuję obszernie, bo periodyki są trudniej dostępne niż gazety, ale nie streszczam, nie dopowiadam do końca myśli autora, żeby nie demobilizować chętnych poszukania publikacji w księgarniach.
Zatem zeszyt zaczyna się tak oto:
”Zastanawiające jest, że gdy dochodzi do dialogu między wierzącymi i niewierzącymi, jedną z częściej przywoływanych myśli przewodnich tego typu prób porozumienia jest pytanie, w co wierzą niewierzący. Być może atrakcyjność tego zwrotu wynika z jego pozornie oksymoronicznego charakteru. W co konkretnie miałby wierzyć ktoś, kto nie wierzy? W co zaś wierzyć przestał?

Z tytułowym pytaniem wiąże się również pewne niebezpieczeństwo. To zawarta w nim sugestia, że fakt, iż niewierzący mogą w coś wierzyć, jest czymś dziwnym, jakąś anomalią, kwestią, którą należy drążyć i koniecznie wyjaśnić. Stąd już bardzo blisko do uruchomienia często pokutującej kliszy myślowej, stawiającej znak równości między ateistą a nihilistą.
To, że niewierzący też wierzą, nie jest niczym niezwykłym. Wystarczy zauważyć, że termin «niewierzący» jest jedynie swego rodzaju skrótem myślowym. Nie chodzi tu o niewiarę totalną, o całkowitą negację czy nihilizm, ale niewiarę «lokalną», rzecz by można, o niewiarę w konkretny aspekt rzeczywistości - w Boga osobowego (choć, jak postaram się wykazać i to okaże się być nadmiernym uproszczeniem) . Należy zatem wystrzegać się błędu zbyt dosłownego odczytywania znaczenia terminu «niewierzący».
Nie można przecież nie wierzyć w nic. Trudno żądać, aby człowiek współczesny, podejmując każdą decyzję, opierał się jedynie na wiedzy, w dodatku takiej, którą zweryfikował samodzielnie. Rzeczywistość społeczno-kulturowa jest dziś na tyle nieprzejrzysta i skomplikowana, że w większości spraw musimy zawierzyć nieprzebranym rzeszom ekspertów. Tu pojawia się też wyraz bliskoznaczny terminowi «wierzę», jakim jest «ufać». Aby sprawnie funkcjonować, musimy ufać instytucjom, ekspertom, osobom z naszego bezpośredniego otoczenia, ale i ludziom, których nie znamy. (...)

Być może należy też zerwać z wizją niewierzącego jako istoty całkowicie zracjonalizowanej. Dzięki neuropsychologii wiemy już przecież, że emocje są niezbędnym składnikiem w procesie podejmowania racjonalnych decyzji. Stara, funkcjonująca w naszej kulturze dychotomia: rozum/emocje po części się zdezaktualizowała.
Zatem niewierzący wierzą, ufają, posiadają przekonania, bywają przez coś całkowicie zaprzątnięci, ulegają fascynacjom, dają się ponieść emocjom. Tak samo jak wierzący. I nie ma w tym nic dziwnego. Tyle tylko, że obca im jest wiara w niektóre aspekty rzeczywistości. Pytaniem faktycznie godnym uwagi wydaje mi się, jakie to konkretnie aspekty. Czy fakt lokalnej (nie)wiary czyni z wierzących i niewierzących dwa całkowicie różne gatunki ludzi, wprowadzając między nich fundamentalną barierę obcości? Czy też może różni ich wyłącznie owa lokalna (nie) wiara i nic poza tym? Często powtarza się, że od (nie)wiary w Boga osobowego zależą przekonania moralne, cały system wyznawanych przez nas norm i wartości. Jeśli tak, to (nie)wiara w Boga zmienia w życiu człowieka bardzo dużo i przez sam fakt powiązań z innymi aspektami jego życia przestaje być kwestią o charakterze lokalnym, lokując się w centrum tożsamości jednostki.”

Nie jestem pewien, czy wszyscy niewierzący uważają się za istoty niecałkowicie zracjonalizowane. Czy taką na przykład samoświadomość posiada Magdalena Środa, której rozmowa z Sebastianem Dudą znajduje się niewiele dalej w tej „Więzi"? Wyczytałem jednak zaraz po tekście Tyrały w reportażu Ewy Kiedio, co myśli o tym jeden z czołowych polskich działaczy wolnomyślicielskich, używający pseudonimu „Mariusz Agnosiewicz”. Powiada mianowicie: „Unikamy pewnych błędów Oświecenia, biorąc pod uwagę rozwój cywilizacyjno-naukowy. Dostrzegamy ograniczenia ludzkiego poznania, mamy mniej wiary w siły rozumu, nasze sądy poznawcze formułujemy ostrożniej."
Wracając do Tyrały, melduję, że jego artykuł to nie esej a studium socjologiczne. A jakie wnioski? Powiem tylko tyle, że jego kwestie badawcze to wiara w naukę, duchowość niewierzących, wartości. Ale co do tych trzecich, zdradzę, że dla polskich niewierzących grono przyjaciół jest wartością wybieraną pięciokrotnie częściej niż dla Polaków statystycznych. Co się za tym kryje? Indywidualizm jakiś niedobry? A może niewierzący czują się nieporównanie bardziej osamotnieni niż Polacy przeciętni: szukają sobie bliskich z dużo większym trudem, więc bardziej ich sobie cenią?

17:00, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
Archiwum