Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
poniedziałek, 30 czerwca 2008
Na urlopie o wszystkim
Psalm 50

„Ty tak postępujesz a ja mam milczeć? Czy myślisz, że jestem do ciebie podobny?"

Napisałem: do zobaczenia w lipcu, bo wydawało mi się, że mój tegoroczny urlop będzie równie pracowity, jak poprzednie, że będziemy siedzieć twardo nad 2 Listem do Koryntian. Stało się inaczej. Mój najważniejszy „kolaborant", czyli arcybiskup prawosławny Jeremiasz, jest w swoim kościelnym środowisku słusznie doceniony. Prezes Polskiej Rady Ekumenicznej, rektor Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej, władyka wrocławsko-szczeciński, znany również za granicą, bo były członek Komitetu Centralnego Światowej Rady Kościołów, pracuje na wielu etatach i wciąż musi gdzieś być. Mieliśmy w Cieplicach sporo dni wolnych, więc napisało mi się awansem nawet całkiem dużo.

"Czy myślisz, że jestem do ciebie podobny" - pyta psalmista wkładając te słowa w usta naszego Boga. Można dopisać komentarz, że oczywiście Bóg nie jest podobny do człowieka, bo przecież nie jest takim karzącym straszliwcem, jak Go przedstawia się w dzisiejszym fragmencie Księgi Amosa (2,6-10.13-16). To przecież nie On zgładził Amorytów, by Izrael miał o tego jednego wroga mniej, tylko dopuścił do tamtego małego ludobójstwa. Bóg Żydów i chrześcijan nie czuwa nad naszym losem w całkiem prosty sposób. Jak? Nie możemy powiedzieć więcej niż to, że pisze prosto po liniach krzywych i że te krzywizny wydają się nam niesamowite.

To  jednak komentarz nie najcelniejszy, bo Psalmiście chodzi o co innego. O to, że Bóg nie jest jak człowiek, czyli nie jest tak podły, jak on. To jeszcze pewniejsze niż tamto, że  nie rządzi światem ogniem i mieczem.

Również żaden z Jego Kościołów nie powinien używać siły, choćby i psychicznej, ale w ogóle nikt. W sporze o ciążę czternastolatki zgłosiłem już swoje „votum separatum" wobec linii „Gazety". Wydaje mi się, że była to wojna ideologiczna obustronna. Strona ostro feministyczna miała rację broniąc prawa, ale walczyła o to - walczyła właśnie - robiąc z tej sprawy znakomity „casus belli". Sugerowała gwałt tam, gdzie mogło być naprawdę lekkomyślne igranie z własnymi emocjami. Oczywiście jednak strona kościelna (niech będzie i tu „izm" - integrystyczna) w imię obrony życia nienarodzonego zachowywała się nachalnie: pomysł zabrania dziecka do pogotowia opiekuńczego jest, delikatnie mówiąc, przedziwny. A już domaganie się ekskomuniki dla pani minister zdrowia pokazuje prawdziwe oblicze ludzi, którzy spóźnili się z urodzeniem o całe stulecie. Dobrze, że żaden z biskupów nie poparł tego inkwizytorstwa - jeśli nie liczyć arcybiskupa Gocłowskiego, dziwnie jakoś w tej sprawie miękkiego (a może i  innych hierarchów - nie mam tu dostępu do całego banku informacji).

A swoja drogą ci nasi hierarchowie zaprawdę nie wiedzą, co czynią. Na szczęście casus, który mnie wkurzył potężnie, jest chyba włoski, w każdym razie nie polski - na szczęście, bom patriota szczery.
Otóż wspaniały ks. Jacek Prusak napisał w „Tygodniku Powszechnym", coraz lepszym (nr z 29 bm.), że jakiś biskup odmówił Renzowi i Lucii ślubu sakramentalnego, bo Renzo jest na wózku inwalidzkim, więc nie ma pewności, czy będzie zdolny do współżycia. Oczywiście chodzi o współżycie seksualne! Owszem, jest w prawie kanonicznym odpowiedni paragraf, ale nie raził on bardzo wśród innych pozwalających na stwierdzenie nieważności małżeństwa, czyli uwolnienie od siebie małżonków. Jeżeli jednak dwoje ludzi chce wspierać się wzajemnie przy pomocy sakramentu (jakże ważna to pomoc dla Renza!), to odmówienie prawa do tego budującego związku uważam za skandal. Pewnie biskup boi się, że zrobią sobie dziecko „in vitro" albo że związek rozleci się kiedyś w majestacie prawa kościelnego, bo przecież jest nieważny - nie wiem. Wiem, że odmowa sakramentu przez Kościół, który skądinąd wciąż boi się seksu, zakrawa na sporą hipokryzję.

Na szczęście w tym samym numerze „Tygodnika" naczelny miesięcznika dominikańskiego „W drodze" referuje dyskusję na tamtych łamach na temat tegoż seksu. Dotyczy ona nie tylko abstrakcji: w grę wchodzi konkretne pytanie o dopuszczalność czegoś takiego, jak seks oralny. Otóż dominikanin Krzysztof Broszkowski uważa, że seks oralny jest wynaturzeniem, dla kapucyna Ksawerego Knotza nie jest nim także manualny, a nawet i „najbardziej wyszukane pieszczoty". Dobrze, że sa tacy spowiednicy, jak ten drugi ksiądz! I mam cichą nadzieję, że inni przynajmniej nie pytają, co penitent robi w łóżku, ani że większość penitentów uważa, że to ich zupełnie własna sprawa, i nie pytają księdza o zdanie.
A gdy jesteśmy przy swobodzie dyskusji w Kościele, to polecam wszystkim książkę pt. „Dlaczego mnisi byli grubasami". Napisał ją dziennikarz niemiecki Hans Conrad Zander, udostępniło Polakom Wydawnictwo „m" (jak miłość?) - i bardzo dobrze, że to zrobiło, bo to świetna obrona Kościoła! Obrona przez atak, mianowicie przez ataki śmiechu, które może wywoływać autor, dworując sobie z papieży i wielkich świętych. Wyśmiewanie tego i owego VIP-a katolickiego w książce wydanej w Polsce przez katolicką oficyną sugeruje dobitnie, że Matka Kościół nie boi się krytyki, ba, satyry. Arcybiskup gnieźnieńsko-poznański Ignacy Krasicki napisał, jak wiadomo, że „prawdziwa cnota krytyk się nie boi", czyli sądząc z książki Zandera Kościół mój rzymskokatolicki prawdziwie cnotliwy jest!
Tym akcentem optymistycznym wpis wakacyjny triumfalnie kończę.
Amen!

PS. Jeszcze taka myśl po wczorajszym wspólnym święcie apostołów Piotra i Pawła: czy to, że mają oni wspólny dzień liturgiczny, nie powinno skłaniać mojego rzymskokatolickiego Kościoła do większej śmiałości w reformowaniu doktryny? Czy mój Kościół nie jest za bardzo piotrowy, czyli nazbyt wyważający, ostrożny (por. List do Galatów 2,11-14)? Czy nie jest za mało pawłowy, czy nie za mało naśladuje Pawła w jego reformatorskim rozmachu? Gdyby tak, wzorem Pawłowego dystansu wobec Prawa, spojrzał krytycznie na własny etyczny jurydyzm?
13:06, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
sobota, 14 czerwca 2008
Kto cudzołoży?
                                            Wpis na piątek 13 czerwca 2008

Ewangelia Mateusza 5,27-32

Piątek i trzynasty... Mógłbym uważać, że coś jest słusznego w tym przesądzie, bo dzień, w którym odbyłem wstępną rozmowę w „Gazecie Wyborczej", miał też taką datę. Choć nie był to czerwiec, tylko lipiec, i rok był dopiero 1990. I chociaż nie uważam bynajmniej tej rozmowy za feralną. Zatrudnienie mnie w największym polskim dzienniku opiniotwórczym dało mi kolosalną szansę. Dało mi olbrzymią możliwość wypisania się, bo i nakład ogromny, i częsta możliwość druku, jako że to gazeta codzienna, do tego z dodatkami, także religijnymi, więc pasującymi do mojej specjalności (teraz są czwartkowe „Pielgrzymki do miejsc świętych”). Dało mi możliwość lansowania wersji katolicyzmu zwanego katolicyzmem otwartym, którą wyznawałem i głosiłem przedtem przez 30 lat w katolickiej „Więzi". Dało mojemu Kościołowi możliwość pokazywania się od takiej strony, od której jest najbardziej pociągająca dla ludzi dalekich od tego Kościoła formalnie, ale bliskich faktycznie, bo dobrych z kościami (wyrażenie staroświeckie, kalambur kości - Kościół niezamierzony). Tę niemal już dwudziestoletnią działalność w niewyznaniowej, liberalnej gazecie uważam za udaną, bo mogę powiedzieć, że dogadywałem się jakoś z moimi szefami. W sumie: mimo pewnych konfliktów, których nie mogło nie brakować.

A były one na ogół wynikiem oczywistej różnicy w spojrzeniu liberalnym i katolickim na niektóre kwestie moralne. Starałem się patrzeć na nie spokojnie, ważąc różne racje, także właśnie te pozakościelne, liberalne. Myślę, że tamte, inne niż mego Kościoła, doceniałem. Miałem zresztą tu pomoc potężną od katolików podobnie myślących, którzy po pontyfikacie Jana XXIII (50-lecie 28 października br.!) i Soborze Watykańskim II otwarli się na myślenie niekatolickie.

I tu przechodzę do dzisiejszego fragmentu Ewangelii. Mamy ostre słowa Jezusa: „Słyszeliście, że powiedziano »Nie cudzołóż«. A ja wam powiadam: każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa." (...) Powiedziano też: »Jeśli kto chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy«. A ja wam powiadam: każdy, kto oddala swoją żonę, poza wypadkiem nierządu, naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę , dopuszcza się cudzołóstwa."

Sprawa rozwodów. W wersji Mateuszowej tych przykazań Jezusa (powtórzonej w Mt 19,3-12, jest również wersja Markowa i Łukaszowa) mamy zastrzeżenie istotne, bo będące podstawą do tolerowania rozwodów przez prawosławnych (są dopuszczalne tym bardziej u protestantów): „poza wypadkiem nierządu". Odwieczny spór o rozumienie tej klauzuli: Wschód interpretuje ją jako czynienie wyjątku z przypadku, w którym żona zdradza męża, Zachód katolicki uważa, że grecki termin „porneia" oznacza tylko małżeństwo z punktu widzenia rabinackiego nielegalne, więc właściwie nieistniejące, nie będące przeszkodą dla zawarcia następnego związku. Marek i Łukasz nie pisali swej ewangelii dla Żydów, więc nie wspominali o takim kazusie.

Tyle biblistyki. Problem etyczny: co jest lepiej - upierać się, że jak wierność, to wierność, czy akceptować moralnie nowe związki, w których często ludzie mądrzejsi, bo starsi i mający doświadczenia z lat poprzednich, żyją po Bożemu. Odmawiać im Eucharystii czy czasem dopuszczać do niej. W Niemczech tę drugą opcję proponowali trzech biskupi diecezjalni, wśród nich obecny kardynał kurialny Kasper. Ratzinger jako szef doktrynalny Kościoła odrzucił taką możliwość, teraz jakby rozważa, czy miał rację. Polecam na ten temat „Tygodnik Powszechny" z 1 czerwca, ale też przy okazji „Legnicki dekalog" dominikanina Jana Góry (wydawnictwo m), który o przykazaniu „nie cudzołóż" pisze niezwykle - jak na naszych księży - sensownie, bez kościelnej obsesji na temat seksu.

Rozpisałem się, ale od jutra milczę: wyjeżdżam na dwa tygodnie do Cieplic, by tam w domu wypoczynkowym prawosławnym (polecam noclegi: dom.opieki1@wp.pl) pracować nad 2 Listem do Koryntian. Do zobaczenia w lipcu!
11:03, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
czwartek, 12 czerwca 2008
Słowo, które zabija
Ewangelia Mateusza 5, 20-26

„Słyszeliście, że powiedziano przodkom »Nie zabijaj»; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A ja wam powiadam: każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: bezbożniku, podlega karze piekła ognistego".

Z tymi obelgami pewien kłopot translatorski, szczególnie z owym słowem „raka", dla którego trudno znaleźć polski odpowiednik. Biblia Tysiąclecia, której przekład tu zacytowałem, zostawia termin aramejski, inni proponują „głupcze" (Poznanianka) albo „pusta głowo" (przekład biblistów trzech wyznań, któremu sekretarzuję).

Ale co do meritum: mamy tutaj radykalną troskę Jezusa o stosunki międzyludzkie, o miłość bliźniego większą niż „uczonych w Piśmie i faryzeuszy". Mamy też radykalizm sformułowań: za „bezbożnika" idzie się jakby do piekła. Przypominam jednak, że język Jezusa, jak cały styl ówczesnego Wschodu, jest przesadny. Co więcej, Jezus używa języka proroków, a ci zawsze są radykalni w formie i w treści. Dzisiejsze Jego słowa nie znaczą zatem, że Syn Boży skazuje na piekło każdego wściekłego polemistę.

Znaczą niemniej, że słowo ma moc olbrzymią: widzimy przecież „hic et nunc", jak łatwo spowodować jedną publikacją śmierć cywilną. Stąd opory przeciw dzikiej lustracji: iluż ludzi ona pozbawiła czci i to tak mocno, że ciężko ją teraz przywrócić choćby częściowo. Co więcej, od słów się zaczyna, ale mają one czasem moc taką, że wywołują wojnę śmiercionośną w sensie dosłownym. Owszem, poza słowami są też interesy, które słowa wyrażają, ale rola języka jako stymulatora emocji wydaje się oczywista.

Przysłowie żydowskie z książki „Głosy z Aszkenaz": „Brat wróg - to wróg na całe życie". „Bo rodzina, bądźcie pewni, także ludzie, chociaż krewni" (Fredro). Bliskość czasem odda potwornie: dobrze, jeśli rodzeństwo godzi się przed śmiercią.
13:00, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 11 czerwca 2008
Apostolat AD 2008
Dzieje Apostolskie 11,21b-26; 13,1-3

Dziś liturgiczne wspomnienie świętego Barnaby.

Nie należał do Dwunastu, ale potem odegrał znaczną rolę w ofensywie ewangelizacyjnej pierwotnego Kościoła. Wysłano go, by odszukał Szawła w jego rodzinnym Tarsie, i to on właśnie wciągnął Apostoła Narodów w pracę apostolską. Zgodni byli w tym, że od pogan nie można wymagać posłuszeństwa Prawu co do obrzezania i przepisów gastronomicznych, a poróżnił ich raz problem personalny. Pokłócił ich swoją osobą Jan Marek, ten od pierwszej Ewangelii: podpadł czymś Pawłowi, a Barnaba bronił siostrzeńca.
Nieśmiertelne pytanie każdego ucznia Chrystusa: jak głosić Ewangelię. Jak głosić ją w czasach postmoderny?

Czy sytuacja dzisiejsza nie przypomina tamtej, w której trzeba było zrewidować treść nauczania, zrezygnować z czegoś nienależącego do istoty wiary, a będącego w pracy ewangelizacyjnej ciężkim balastem? Ale jak odróżnić istotę wiary od - mówiąc językiem scholastycznym - przypadłości, przejściowych wierzeń i przekonań? Jak postępować w sytuacji, gdy Urząd Nauczycielski namyśla się długo, a tu trzeba mówić, co mnie wydaje się właściwe. Najgorzej mają oczywiście księża, oficjalni reprezentanci Kościoła, zmuszeni do autorytatywnych wypowiedzi, do konkretnych decyzji w konfesjonałach.

Jak głosić Ewangelię w sensie samego sposobu przekonywania? Oczywiście bez jakiejkolwiek przemocy, także duchowej - ale co to właściwie znaczy? Jak postępować w czasie triumfującego liberalizmu, wobec ludzi obolałych po epoce totalitaryzmów, chroniących nerwowo swoją wolność? Jak wyzbywać się wszelkich skłonności paternalistycznych? Jak nie być nachałem, ale też nie być sobkiem, co chowa pod korcem Dobrą Nowinę?

Jak mocno akcentować, że Ewangelia jest to nowiną dobrą, nie ponurą, że Bóg chce nas zbawić, nie utopić w kadzi piekielnej? Jak przedstawiać Boga, by zatrzeć obraz groźnego sędziego, nie robiąc jednak z Ewangelii słodkiej papki, dobrej dla niemowląt, nie dla ludzi dorosłych, więc odpowiedzialnych?
Jak samemu być świadkiem Ewangelii, czyli świecić przykładem, choć tak często bierze mnie cholera na cały świat?
13:38, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 czerwca 2008
Solą, światłem być
Ewangelia Mateusza 5,13-16

Uczniowie Jezusa mają być solą niezwietrzałą i światłem dobrze widocznym.

Jak tym być? Jak być katolikiem, swoistym przedstawicielem Kościoła (nazywają mnie pół żartem kapłanem) w środowisku na przykład „Gazety Wyborczej". Jakie zajmować stanowisko w ciągłych sporach o aborcję i eutanazję, religię w szkole i w ogóle w państwie, o model życia i myślenia o życiu. Jak być katolikiem otwartym, ale nie „rozwartym", nie przytakiwać wszystkiemu i wszystkim. Jak znajdować złoty środek między awanturowaniem się a oportunizmem. Jak tłumaczyć, że czternastolatka  rzucająca się lekkomyślnie w seks nie może być trochę traktowana trochę tak, jakby była nieodpowiedzialnym za nic niemowlęciem. Jak tłumaczyć, że w przestrzeni publicznej musi być więcej miejsca dla takich cnót, jak moralna odpowiedzialność, roztropność, powściągliwość. Jak bronić przekonania, że życie ludzkie zaczyna się już wtedy, gdy jest dopiero zarodkiem.

Może jako ”etatowy katolik” (tak mnie ktoś nazwał z ciepłą ironią) powinienem szukać wskazówki w samym dzisiejszym tekście Pisma: „Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki." Może najważniejsze są nie słowa, ale czyny, może trzeba solić i świecić przede wszystkim serdeczną łagodnością. Tylko żeby nie ślizgać się, zgrabnie omijając sprawy sporne.

PS. Pytanie pośród komentarzy do moich wpisów: kto właściwie pisał listy tylko przypisane Pawłowi? Chodzi na przykład o 2 List do Tymoteusza, czytany niedawno codziennie. Otóż jeśli nie jest on dziełem  samego Pawła, co oczywiście nie jest pewnikiem, tylko wątpliwością biblistów, to napisali go jacyś jego uczniowie. W tamtych czasach prawo autorskie rozumiano zgoła inaczej niż dzisiaj: autor troszczył się nie tyle o własną sławę autorską, ile o dobrą sławę swoich myśli, żeby miały siłę oddziaływania, bowiem głosi je duchowy autorytet. Oczywiście w środowisku chrześcijańskim nie przypisywano swoim mistrzom myśli sprzecznych z ich własnymi: byli przecież dla swoich uczniów autorytetami naprawdę.
17:53, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 09 czerwca 2008
Kruki czy Arabowie? Książka o Pawle z Tarsu
1 Księga Królewska 17.1-6

Opowieść o Eliaszu, którego karmią kruki:

Przypomina mi się piosenka „Nakarmić kruki”, którą śpiewała z gitarą Monika wtedy Szatyńska, gdy rajdowałem z grupą przyjaciół syna w którychś polskich górach. Tak, chodziłem kiedyś na wycieczki z młodszym pokoleniem jako jedyny dorosły; były to wycieczki młodzieży KIK-owskiej, organizowane niby przez PTTK (było w tym celu koło tej apolitycznej organizacji w Klubie), bo byliśmy zbyt antyrządowi, by samemu wodzić młodzież.

Nie jest całkiem jasne, kto karmił wielkiego proroka izraelskiego. Może jednak - przeczytałem w przypisie
Poznanianki - nie były to owe ptaki raczej niezaprzyjaźnione z człowiekiem (choć kruk służył Noemu po potopie jako wywiadowca). Nazywają się po hebrajsku „haorebim” a Arabowie „haarebim”, więc jest hipoteza, że byli to ludzie. Zaraz potem Eliasza karmi wdowa z fenickiej Sarepty, więc może tu też mamy przesłanie o poczciwości pogan, przekazywane przez proroków piszących. Ale nie ma  żadnego starożytnego przekładu, który by potwierdzał tę egzegezę.

PS. Benedykt XVI ogłosił rok apostoła Pawła (ściętego w r. 67 lub 68), więc przybywa publikacji na jego temat. Wydawnictwo franciszkańskie „Bratni Zew” udostępniło czytelnikowi polskiemu książkę biblisty włoskiego Romana Penny pod polskim tytułem: „Św. Paweł z Tarsu”. Tytuł oryginału „Paoli di Tarso”. Un christianesimo possibile”, czyli ... no właśnie, jak to przetłumaczyć: „Chrześcijaństwo możliwe do urzeczywistnienia”?

Tłumacz miał w ogóle trudności translatorskie: polszczyzna książki jest fatalna; niestety, bo poza tym rzecz warta lektury.

Składa się z dwóch różnych części. Odpowiedź na tezę tytułu włoskiego zawiera się w drugiej - „Bycie chrześcijaninem według Pawła”. Autor streszcza ją jakby, pisząc we wstępie: „Postać Pawła z Tarsu (...) ukazuje nam, że możliwe jest chrześcijaństwo czyste i pełne nieskazitelnej fascynacji. Idąc jego śladami, możliwe jest chrześcijaństwo historyczne, które mogłoby wydawać się utopią, gdzie tradycja nie unicestwia nowoczesności, gdzie solidarność nie gasi wolności.” Jednym słowem - Paweł jako nauczyciel, może lepiej: świadek chrześcijaństwa na nasze czasy.

Pasjonuje mnie coraz bardziej biblistyka sensu stricto, więc zainteresowała mnie bardziej część pierwsza, biograficzno-egzegetyczna. Odnotuję z niej to i owo .

Rzecz dla fachowców oczywista, ale nie dla laików. Kolejność kanonu biblijnego sugeruje pierwszeństwo ewangelii, było jednak dokładnie na odwrót. Kiedy została napisana pierwsza ewangelia, za którą dziś uważa się powszechnie Markową (ukazała się w latach 65-70), krążyły już wszystkie listy Pawłowe. Trzeba dodać: jego autorstwa w sensie ścisłym. Bo sporą część tzw. Corpus Paulinum napisali jego uczniowie i mu przypisali. Według ks. Michała Czajkowskiego bibliści nie mają tu wątpliwości tylko do Listu do Rzymian, obu do Koryntian, do Galatów, do Filipian, 1 do Tesaloniczan i do Filemona.

Inaczej mówiąc, Paweł jest pierwszym ewangelistą. Na tym między innymi polega jego olbrzymia rola apostolska. Penna kwestionuje jednak nazywanie autora Listu do Rzymian „drugim założycielem chrześcijaństwa”. Tak go określił Nietzsche i tak lubi go przedstawiać laickie piśmiennictwo - ale przesadnie. Penna twierdzi, że przed Pawłem był już przecież Kościół pierwotny i faryzeusz z Tarsu wiele mu myślowo zawdzięcza. Ja bym dodał, że obok Pawła jest przecież jeszcze Jan Apostoł z całkiem własną teologią; mówi się przecież, że jest on dla chrześcijańskiego Wschodu kimś, kim Paweł jest dla Zachodu, najbardziej dla protestantyzmu.

Wyczytałem jednak również w omawianej tu książce, że zadziwia biblistów u Pawła brak zainteresowania cudami Jezusa: nie ma o nich najmniejszej wzmianki. W ogóle - zauważa Penna - Paweł nie przedstawia prawie wcale Jego działalności. Może dlatego - to już wyjaśnienie moje - że nie miał w ogóle żadnych ambicji biograficznych, które widać w ewangeliach. Historykiem nie był przecież zupełnie: tylko teologiem.

Co zresztą wynika pewnie właśnie z tego, że pisał (dyktował) wyłącznie listy, a ten rodzaj literacki (choć jest to - poza Listem do Filemona - korespondencja szczególna) nie sprzyja narracji.
Tyle moich notatek z książki dość fachowej, ale dobrze, że taka została wydana w oficynie popularnonaukowej. Szkoda tylko, że przekład utrudnia lekturę: pomstowałem nań nieraz czytając z ciekawością. Na (dobrym) redaktorze oszczędzać nie warto.
16:58, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 czerwca 2008
Nadzieja, nadzieja i jeszcze raz - nadzieja
List do Rzymian 4,18

„Abraham wbrew nadziei uwierzył nadziei”

Ów „protopatriarcha” jest wzorem wiary (i miłości), ale za mało mówi się, że jest przykładem nadziei.
Pamiętam z rozmów w „Więzi” w dawnych latach różne ważne powiedzenia Anny Morawskiej, świetnej krakowskiej popularyzatorki teologii, piszącej w tejże „Więzi” oraz w „Tygodniku Powszechnym” i „Znaku”. Zwracała nam, warszawiakom, uwagę na te słowa Pawłowe o owej cnocie będącej jakby w cieniu. Cytowała z religijnego piśmiennictwa zagranicznego, które dzielnie studiowała, formułę, że chrześcijaństwo to humanizm plus nadzieja. Humanizm, czyli to, co łączy tę religię z myślą świecką (czy raczej z każdą szlachetną etyką, także np. z buddyzmem), ale również nadzieja zbawienia, przekonanie, że jest Sens, ba, że jest Ktoś, kto chce naszego dobra.

Imperatyw etyczny plus indykatyw zbawczy - taką formułę usłyszałem z kolei od mego teologicznego mistrza, ks. Michała Czajkowskiego.
12:00, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 czerwca 2008
O apostolacie i zwyczajnym takcie
2 List do Tymoteusza 4,2

„Głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę.”

Nastawaj, ale nie bądź „nachałem”. Święta sprawa wiary i miłości wymaga taktu. Ona również - nawet ona przede wszystkim. W ewangelizacji, a także katechizacji, również w „pedagogizacji” trzeba być choć trochę psychologiem, pamiętać, że zbyt ostra akcja wywołuje reakcję negatywną. Zresztą w tym samym wersecie jest powiedziane dalej: „w razie potrzeby wykaż błąd, poucz”, ale też: „podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz”.

No właśnie - podnieś na duchu: przecież orędzie chrześcijańskiej jest przesłaniem nadziei!
O tym też jutro.
10:44, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 czerwca 2008
Pismo jest do czytania

2 List do Tymoteusza 3,16-17

„Wszelkie Pismo od Boga jest natchnione i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu.”

Chodzi o księgi Starego Testamentu, a może też i Nowego, bo w 1 Liście do Tymoteusza 5,18 mamy cytat już także z Biblii chrześcijańskiej. Niektóre jej księgi już były w obiegu, gdy ta była pisana (bardzo późna, chyba tylko przypisywana Pawłowi).

Tak, Biblia jest do czytania ze swej istoty, trzeba jednak umieć ją czytać. Trzeba rozumieć, że to nie katechizm ani książeczka dla grzecznych dzieci. To, najogólniej mówiąc, zapis dialogu człowieka z Bogiem. Ta opowieść o człowieku mówi jednak o różnych ludziach, żyjących w różnych czasach, w ciągu aż jedenastu wieków. W różnych księgach, pisanych, potem pracowicie redagowanych przez zgoła różnych autorów, w tekstach o różnych rodzajach literackich, niektórych niespotykanych w literaturze pozabiblijnej. To poezja i swoista epika, prorockie nawoływanie i swoiste beletrystyka, ewangelia i epistoła, apokalipsa i zwyczajny list. Autorami (i redaktorami) najczęściej są Żydzi, ludzie starożytnego Wschodu, skłonni do stylistycznej przesady, przesady w narracji i w ocenie ludzkich czynów, także w formułowaniu zasad moralnych i opowiadaniu o karach za ich przekroczenie.

Biblia jest literaturą piękną, właśnie najpiękniejszą. Izajasz był poetą genialnym, psalmy to arcyklasyka poezji religijnej, ewangelie są lekturą niebywałą w swej stylistycznej powściągliwości, w swym patosie przejmującej zwięzłości. Żeby to piękno zobaczyć, trzeba mieć chyba wyrobiony gust literacki. Przede wszystkim jednak nie wolno czytać Biblii na wzór świadków Jehowy, też nie tak, jak ją studiują inni fundamentaliści biblijni. Prawda Pisma Świętego nie mieści się w jego literach, płaskiej dosłowności, a już na pewno nie w zdaniach wyrwanych z kontekstu, także historycznego i kulturowego.

Biblię trzeba czytać mądrze - a to tak trudne, jak w ogóle mądrość. Trzeba do niej dorastać studiując także teksty na jej temat: trochę biblistyki jest konieczne. Niezbędna jest elementarna wiedza naukowa. Nie trzeba znać całej współczesnej dyskusji biblistycznej, poglądów zresztą nieraz skrajnych - ale nie można podchodzić do tekstu biblijnego tak, jakby była to dzisiejsza czytanka dla szkoły podstawowej.
No i trzeba też wiary, że nie jest to zwykły tekst: że jest w nim święta wiedza o tym, co w życiu najważniejsze.

14:24, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
czwartek, 05 czerwca 2008
Sedno sprawy etycznej
Ewangelia Marka 12,28b-34

Scena ta jest u wszystkich trzech synoptyków, ale u Marka wygląda inaczej niż u Mateusza i Łukasza. Tutaj pytający nie jest podchwytliwym egzaminatorem, by nie rzec -prowokatorem, jak u tamtych ewangelistów (Mt 22,34-40 i Łk 10,25-28). Owszem, „sprawdza" Jezusa, ale bez złych intencji. I gdy On odpowiada, że są dwa przykazania pierwsze, miłości Boga i bliźniego, uczony w Piśmie dodaje śmiało, że wypełnianie tych przykazań więcej znaczy niż wszystkie rytualne ofiary.

Tyle o samym tekście w kontekście innych Ewangelii. Teraz refleksja, co to znaczy dla nas, tu i teraz. Myślę, że katolicyzmowi wciąż grozi zapominanie, że chodzi o miłość. Bez takiej ogólnej postawy moralnej trzymanie się szczegółowych przykazań łatwo prowadzi na manowce, zamienia się w etyczny legalizm, mało mający wspólnego z Ewangelią. Że taka mentalność paragrafu, nakazów i zakazów jest niebezpieczeństwem realnym, stwierdził nawet kiedyś sam Benedykt XVI.

Chodzi jednak też o to, czy istnieją nakazy i zakazy, które obowiązują absolutnie, bez żadnego wyjątku. Myślę tu na przykład o sprawie prezerwatywy: podobno w przygotowywanym dokumencie watykańskim dopuszcza się stosowanie tego środka w walce z pandemią AIDS. Podobno  - nie wiadomo, czy bezwzględne potępienie antykoncepcji przez Pawła VI w encyklice „Humanae vitae" ulegnie jakiemuś złagodzeniu. Niedawna wypowiedź obecnego papieża na temat tamtej encykliki daje tu słabe podstawy do nadziei.

A przecież jest wiele sytuacji, w których metody regulacji poczęć zwane naturalnymi nie zdają egzaminu, choćby w małżeństwie marynarzy. Zakaz absolutny antykoncepcji nie wytrzymuje krytyki, szczególnie że już samo zasadnicze odróżnienie jej od metod „naturalnych" zostało podane w wątpliwości przez zespół ekspertów powołanych przecież przez tegoż papieża Pawła VI.
13:29, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
środa, 04 czerwca 2008
Czy na pewno uwierzyłem?
2 List do Tymoteusza 1,12

Powiada Paweł: ”wiem, komu uwierzyłem”.Tak tłumaczy Biblia Tysiąclecia, pojawia się też przekład ”zawierzyłem”, a dźwięczy mi w uszach wersja ”zaufałem”. Sens jest oczywiście taki, że chodzi nie tyle o akceptację pewnej doktryny, ile o relację międzyosobową opartą na zaufaniu.

A czy ja wiem, komu uwierzyłem?

Wiedzę teologiczną mam jak na człowieka świeckiego niezłą; mam obraz Boga, ufam, że prawdziwy, mianowicie taki, że nie jest On groźnym podpatrywaczem wszystkich moich moralnych pomyłek, za które od razu chce bezlitośnie karać, tylko Miłosierdziem. Że chce mnie zbawić.

Ale czy wiedząc to niby dobrze, ufam naprawdę? Paweł pisze swój list w więzieniu, mówi o wynikających z tego stanu cierpieniach - znosi je spokojnie właśnie świadom tego, że jest Ktoś kierujący jego losem. A czy ja ufam Bogu? Czy nie stresuję się za często, nie wpadam w depresję, nie zamartwiam się,  jak bym był sam, rzucony na pastwę ślepej Fortuny? Czy naprawdę wierzę?
16:58, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 03 czerwca 2008
Budować nową ziemię

2 List Piotra 3, 12-14

”Oczekujecie i staracie się przyspieszyć przyjście dnia Bożego, który sprawi, że niebo zapalone pójdzie na zagładę, a gwiazdy w ogniu się rozsypią. Oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość. Dlatego, umiłowani, oczekując tego, starajcie się, aby On was zastał bez plamy i skazy, w pokoju, a cierpliwość Pana naszego uważajcie za zbawienną.”

Przyszłość jest przed nami dobrze zakryta. To, co wiemy o przyszłości ostatecznej, to zupełne minimum - reszta to ziemskie wyobrażenia, jak te swoiście astronomiczne, które mamy w liście przypisywanym (chyba błędnie) Piotrowi. Do owego minimum należy jednak owa nadzieja, że całe stworzenie (nie tylko jego człowieczy wykwit) doczeka się w końcu lepszego losu. Biblia mówi tu, że mamy przyspieszać nadejście owego szczęśliwego końca. Poznanianka tłumaczy to tak: mamy świętością życia powodować, iż ”nie będzie już konieczne odkładać tego dnia, który z powodu aktualnych grzechów świata odwleka miłosierny Bóg”. Można myśleć podobnie, ale można też wyrazić to w innym stylu: że powinniśmy ulepszać naszą doczesną ziemię, by łatwiej stała się kiedyś wiecznie nową. Nie wyobrażając sobie wszelako, iż zbudujemy raj na ziemi: to straszna ułuda marksizmu.

13:25, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 02 czerwca 2008
Kto to napisał?

Psalm 91,1-2,14-16

„Kto się w opiekę poda Panu swemu,
A całem prawie sercem ufa Jemu,
Śmiele rzec może: mam obrońcę Boga,
Nie będzie u mnie żadna straszna trwoga.
Iżeś rzekł Panu: - Tyś nadzieja moja,
iż Bóg najwyższy jest ucieczka twoja:
Nie dostąpi Cię żadna zła przygoda,
Ani się znajdzie w domu twoim szkoda.
Słuchaj, co mówi Pan: iż mnie miłuje,
A przeciwko mnie szczerze postępuje,
Ja go też także w jego każdą trwogę
Nie zapamiętam i owszem wspomogę.
Głos jego u mnie nie będzie wzgardzony,
Ja z nim w przygodzie, ode mnie obrony
Niech pewien będzie, pewien i zacności,
I lat sędziwych, i mej życzliwości."

Nie mogłem nie podać w podtytule, skąd te myśli, ale nie każdy domyśli się, kto tak „rymicznie" biblijny tekst sparafrazował. W każdym razie ja nie wiedziałem ucząc się tego wiersza na pamięć 70 lat temu w domu rodzinnym, że napisał go mój imiennik z Czarnolasu.

Owszem, nauczono mnie czarnoleskiej modlitwy - choć w wersji trochę rozjaśnionej. Gdyby nie to, może dziwiłbym się, czemu wystarczy ufać Bogu „prawie całym sercem", czyli nie całym... „Prawie"  znaczyło w tamtej polszczyźnie „szczerze", jak też poprawiono potem ojca polskiej poezji. Nie zapamiętałem jednak, czy rozumiałem (pewnie nie), czemu Bóg miłosierny nie zapamiętuje ludzi, jak „pisało" też w moim tamtoczesnym tekście - zamiast właśnie o każdym z nich świetnie pamiętać (słowa sens swój zmieniają mocno).

Tyle o małym Jasiu i wielkim Janie. Co zaś do autorstwa tekstu biblijnego, to mój syn wyzłośliwiał się był, we podstawówce PRL będąc, na temat Psałterza Dawidów i swojej ówczesnej polonistki. Albowiem wyjaśniła ona autorytatywnie, że to taki utwór średniowieczny. Ufam, że tymczasem komuna absolutnie minęła jak sen jakiś czarny i nauczyciele wiedzą, iż Psałterz pisało kolejno kilka tysięcy lat temu kilku( - nastu?) genialnych Żydów.

20:49, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
niedziela, 01 czerwca 2008
Kryterium etyczne
Ewangelia Mateusza 7,21

„Nie każdy, który mi mówi »Panie, Panie«, wejdzie do Królestwa Niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mego Ojca, który jest w niebie."


Słowa się nie liczą. Nieważne są deklaracje, modlitwa nawet, jeśli nie wypływa z głębi serca, jeśli nie owocuje czynem. Decyduje postawa moralna, nawet jeśli nie jest ubrana w strój wyznaniowy. Jeszcze wyraźniej stwierdza to ta sama Ewangelia w rozdziale 25: „cokolwiek uczyniliście moim braciom najmniejszym..." Nie dość to powtarzać, także z kazalnicy.
16:24, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
Archiwum