Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
czwartek, 31 maja 2018
Posiłek duchowy najlepszy

Ewangelia Marka 14,22 -26
„To jest ciało moje, to jest moja krew.” W Kościele rzymskokatolickim dzisiaj święto Bożego Ciała (Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa). U innych synoptyków mamy w opisie Ostatniej Wieczerzy słowa podobne do tych u Marka. Nie ma ich w Ewangelii Jana, niemniej w rozdziale 6 jest Jezusowe stwierdzenie: „ Ja jestem chlebem życia”. Jest tam też natomiast o tym, że to powiedzenie słuchaczy wzburzyło. Można rzec, że nic dziwnego, nam się to też mieści w głowie z trudem. Żeby stało się mniej niepojęte, warto napisać, że każdy szabatowy oraz sederowy (paschalny) posiłek rodzinny miał już sens religijny. Chyba można powiedzieć, że jest tam obecny w sposób szczególny Bóg - jak w każdej modlitwie. Zostało to jednak w chrześcijaństwie w obrzędzie mszy zmaksymalizowane myślowo niebywale. I tutaj od razu problem, jak słowa Biblii rozumieć. Czy mowa jest o obecności Chrystusa rzeczywistej, realnej, chociaż nie materialnej, jak wierzą katolicy i luteranie, chociaż ci drudzy zaznaczają, że chodzi o obecność tylko w obrzędzie: nie przechowują zatem konsekrowanego chleba i wina, udzielają choremu takiego posiłku konsekrując je przy jego łóżku. Ewangelicy reformowani kalwinistami zwani wolą mówić o obecności tylko duchowej, a pozostali protestanci (na przykład baptyści, zielonoświątkowcy) idą często za jeszcze innym reformatorem szesnastowiecznym Zwinglim, czyli wierzą w obecność Chrystusa tylko symboliczną. Wynika tak w każdym razie z moich długoletnich lektur i rozmów, jeśli nie całkiem, proszę o precyzację PT komentatorów.
Oczywiście poza chrześcijanami zachodnimi są jeszcze wschodni. O ich doktrynie eucharystycznej napisał obszernie w „Encyklopedii Katolickiej” wielki polski teolog rzymskokatolicki ksiądz Wacław Hryniewicz, prawosławia świetny znawca, według złośliwców wręcz wyznawca, w każdym razie ekumenista kapitalny. Nie przedstawię oczywiście wszystkich jego informacji o tej wyznaniowej doktrynie, zresztą tam ci teologowie trzymają się mocno tradycji, oczywiście wierzą w obecność rzeczywistą, lecz zarazem, tak jak i różni wschodni, nie tylko wierzą, ale i myślą. Ciekawy jest na przykład pogląd rosyjskich teologów XVIII- i XIX-wiecznych (dodam, że może potem nie tylko ich samych?), iż „przemiana eucharystyczna i sposób obecności Chrystusa pozostają tajemnicą wiary, dokonującą się mocą Ducha Świętego i dlatego nie należy dociekać, w jaki sposób przemiana ta się urzeczywistnia. Nie należy też koncentrować zainteresowań na momencie przeistoczenia ani na przemianie eucharystycznej jako dokonującej się w jednej określonej chwili, gdyż eucharystia jest skutkiem całego procesu liturgicznego, uobecniającego życie Chrystusa od Jego wcielenia do uwielbienia.” Ten cytat z tekstu ks. Hryniewicza obudził we mnie różne myśli. Przypomina mi się przede wszystkim obserwacja stara, ale jara, że myśl wschodnia różni się od zachodniej brakiem skłonności do myślowego „dopinania”, precyzacji, wręcz dogmatyzacji wszystkiego. 
W prawie, także w teologii. Język grecki jest w ogóle mniej precyzyjny niż łaciński i to wywoływało problemy teologiczne, ale pewnie owa myślowa niedokładność bardzo przydaje się w międzywyznaniowym dialogu. Wyjaśnię też, że owe słowa o sposobie i momencie przeistoczenia skierowane są oczywiście do teologów katolickich, a wynikają z tego, że w liturgii prawosławnej szczególnie ważna jest modlitwa do Ducha Świętego o dokonanie owej przemiany, co właśnie nie znaczy, że to ta chwila, a nie wypowiedzenia słów Chrystusa. No i przypominam o owej luterańskiej wierze w to, że Chrystus jest obecny tylko podczas obrzędu, czyli jednak też w obrzędzie, a nie w samych słowach. Natomiast naturalnie przechowują konsekrowane prosfory, by nakarmić nimi chorych, niemniej nie adorują ich, tylko ikony. Na koniec wiadomość o takiej dawnej teorii eucharystycznej teologów wschodnich, operujących platońskimi pojęciami pierwowzoru, obrazu, symbolu, podobieństwa czy też odbicia, które w jakimś stopniu są pierwowzorem, uczestniczą w jego rzeczywistości. Ale może, tak też to było odbierane przez niektórych w prawosławiu, brzmi to jednak nazbyt „symbolistycznie”.
Wracam do protestantów, korzystając z kolei z tekstu o dialogu ekumenicznym, napisanym „w tym temacie” dla cytowanej encyklopedii przez innego wybitnego teologa KUL-owskiego, ks. Stanisława Napiórkowskiego. W dokumencie z Paderborn luteranie (zapewne niektórzy) uznali nawet, że Chrystus jest obecny w eucharystii prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie (gdy luterański termin brzmiał dotychczas „konsubstancjalnie”). Nie da się jednak tego ująć - przyznali wspólnie z katolikami - że obecności tej nie da się ująć wyczerpująco za pomocą jakichkolwiek wyrażeń. Tamci luteranie orzekli również, że choć katolicka doktryna o przeistoczeniu zbyt racjonalizuje tajemnicę eucharystii, to jednak termin „przeistoczenie” można uznać za określenie tej przemiany.
No i wreszcie obecny spór ekumeniczno- teologiczno- duszpasterski między rzymskokatolickimi biskupami niemieckimi. Czy dopuszczać do komunii eucharystycznej ewangelików z małżeństw mieszanych, nieabsolutnie wyjątkowo, tylko zawsze, gdy są w kościele katolickim z rodziną. Większość biskupów jest za, mniejszość przeciw i odwołała się do papieża. Franciszek im powiedział, żeby się jakoś dogadali. Chodziło oczywiście o tych „heretyków”, co jednak wierzą w tej sprawie po katolicku. Otóż ja jestem za, bo myślę sobie, że jeżeli eucharystia jest tajemnicą (inny termin: słowo „misterium” nieprzetłumaczone na polski), to może wystarczy wiara, że jest w tym sakramencie Chrystus. Jak? Z tego, co napisałem wyżej, wynikać by mogło może, że nie jest to jednak najważniejsze.

18:45, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
niedziela, 27 maja 2018
Bóg jeden, w osobach trzech: jeżeli sprzeczność, to raczej etyczna

Ewangelia Mateusza 28,19
„Idąc więc, czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Świętego Ducha.” Tłumaczenie EPP, moich trzech biblistów trzech wyznań, jest tutaj bardzo wierne, bo ma właśnie: „czyńcie uczniami” zamiast „nauczajcie” - to nie to samo, bo skutek nauczania może być różny, a uczeń to człowiek już nauczony skutecznie - poza tym Duch Święty to tutaj Święty Duch. Pochwalam taką dosłowność.
Te wersety wybrano na dzisiaj w Watykanie, albowiem tydzień po święcie tego Bożego Ducha wspominamy w tę niedzielę całą Trójcę Najświętszą. My, chrześcijanie zachodni. Nie tylko katolicy „rzymscy”, także niektórzy starokatolicy (na przykład mariawici), ewangelicy (na przykład luteranie).
Natomiast prawosławni, o ile wiem, takiego święta nie mają, ponieważ sam termin teologiczny „Trójca” jest według nich niebezpieczny (choć sławny jest obraz Rublowa „Trójca”) . Grozi niedoakcentowaniem odrębności boskich osób. Chodzi szczególnie o tak zwany problem „Filioque”: czy wyznawać wiarę w Ducha Świętego (w Credo mszalnym) wyrażeniem „od Ojca pochodzi”, czy tak jak w liturgii rzymskokatolickiej, czyli „od Ojca i Syna”. Formuła pierwsza, prawosławna, zgodna jest z tekstem Symbolu Nicejsko-Konstantynopolitańskiego, dopóki Kościół rzymskokatolicki nie zdecydował się dopisać właśnie owo „Filioque”. Pomysł tego dopisku był co prawda świecki, cesarz Karol Wielki chciał takiej różnicy, by mieć własną teologię dla rywalizacji zgoła politycznej z cesarstwem wschodnim. Papieże opierali się temu, ale w końcu ulegli. Przyczyna sporu była oczywiście głębsza, nawet nie tylko wierność tekstowej tradycji, przede wszystkim samo pojmowanie podstawowej prawdy wiary. Tak to zbyt ścisły sojusz ołtarza z tronem zaciążył potężnie. No i nie rozumiano wtedy i długo potem po obu stronach, że chrześcijaństwo nie musi być na jedno teologiczne kopyto, jedność nie znaczy jednolitość.
Dzisiaj zatem w tej konkretnej sprawie zwycięża chyba mediacyjna formuła, że Duch pochodzi od Ojca przez Syna. Ojciec jest zasadą pierwszą wszelkiego pochodzenia i wszelkiej misji, Syn natomiast otrzymuje od Ojca tak władzę posłania, jak i wiekuistego „tchnienia” Ducha ( por. między innymi J 15,26, 14,26).Tamta formuła jest zresztą stara, ale nie mogąca jakoś dotąd nas w pełni pogodzić.
Niemniej dialog robi swoje. Anglikanie i starokatolicy rezygnują na ogół z „Filioque”, a katolicy, szczególnie obrządku wschodniego, skłonni są do opuszczania tego zwrotu w liturgii. Przede wszystkim jednak sam papież Jan Paweł II opuścił owo kontrowesyjne wyrażenie odprawiając mszę w 1700-lecie tamtego tak ważnego soboru!
Z Trójcą Świętą jest jednak o wiele większy kłopot, nie ekumeniczny, ale - by tak rzec - apologetyczny. Dla zwyczajnych chrześcijan, nie żadnych teologów po prostu arytmetyczny: jak jeden może znaczyć trzy? Otóż ja nie przyjmuję mojej wiary chrześcijańskiej, konkretnie katolickiej bez wysiłku tej wiary oraz umysłu, na przykład wiary w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii (wnet święto Bożego Ciała), tutaj jednak nie mam rozumowych oporów, choć wiem, że na przykład dla św. Augustyna był to problem ogromny. Myślę sobie, ja, prostaczek, tak oto. Skąd właściwie założenie filozoficzne, że Absolut musi być jednoosobowy? Można przecież chyba uważać, że nie jest w ogóle osobą. Oraz wydaje mi się, że przyczyną naszej niedowiary jest sprzeczność, jeżeli to raczej etyczna. Nie mieści nam się w głowie, nam wojującym ze sobą bez przerwy, jak mogą istnieć trzy osoby tak idealnie zgodne.

20:09, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
niedziela, 20 maja 2018
Duch Święty, istota nieznana. Katolicyzm autokrytyczny

Dzieje Apostolskie 2,1-11
Dzisiaj tak zwane w Polsce Zielone Świątki, uroczystość Zesłania Ducha Świętego, ewentualnie Pięćdziesiątnica (bo tyle dni po Wielkanocy).
Zacznę od wspomnienia z dzieciństwa. Od wspomnienia o jedynym kazaniu, jakie z tamtych czasów pamiętam. Było to w któreś z okupacyjnych Zielonych Świąt. Ksiądz Maruszewski, skądinąd pułkownik Armii Krajowej, zaczął homilię od słów: „Tak mało wiemy o Duchu Świętym...” Co mówił dalej, zapomniałem. Zostało mi w pamięci tylko wrażenie, że nie można było lepiej, celniej zacząć kazania na ten temat. Proboszcz w  Przybysławicach koło moich rodzinnych Wlonic powiedział rzecz w istocie oczywistą. No bo faktycznie: o trzeciej Osobie Bożej nie wiemy prawie nic. Mówiąc ściślej, nie odgrywa Ona niemal żadnej roli w naszej codziennej pobożności. W naszej: katolickiej, a po trosze w ogóle zachodniej. Bo w prawosławiu jest inaczej.

Duch Święty nie był nigdy w Kościele zachodnim tak uprzywilejowanym partnerem ludzkiego życia, jak Syn Boży. Przynajmniej pośród najbardziej znanych świętych, nie ma chyba nikogo „od Ducha Świętego”. Jest to poniekąd zrozumiałe: Osoba Boża wcielona przez sam fakt wcielenia jest nam szczególnie bliska i wiemy o Niej znacznie wię¬cej. Czyż jednak nie powinien nam być równie, choć inaczej bliski Duch, który - jak powinniśmy wierzyć - działa od wewnątrz w całym bycie, także w nas? Oczywiście, w katolickiej teologii i liturgii trzecia Osoba Boża nie jest  ignorowana. Trzeba zresztą  zauważyć, że wskutek odnowy posoborowej stała się bardziej „pneumacentryczna” (duch nazywa się po grecku pneuma, co w naszych uszach brzmi mało duchowo, choć chyba bardziej niż łaciński termin spiritus...). Nawet i nasza prywatna pobożność zna przecież modlitwę do Ducha o oświecenie umysłu w trudnych chwilach. Co jednak nie znaczy, że modlitwy tego rodzaju współtworzą poboż¬ność przeciętnych katolików. Naprawdę czasem można odnieść wrażenie, że osoby w Bogu są według nas dwie, a nie trzy. Z tego też punktu widzenia trzeba uznać tzw. ruch charyzmatyczny, wywodzący się z ewangelickiego ruchu zielonoświątkowego, za zjawisko godne uwagi, choć może  kontrowersyjne w niektórych swych przejawach.

Myślę, że dziedziną, w której szczególnie byłaby pożądana pobożność bardziej w tym sensie duchowa, jest nasz codzienny etos. Zachodni model etyczny chrześ¬cijanina był inspirowany rzymskim legalizmem oraz ideą naśladowania Chrystusa. Otóż wydaje mi się, że model ten zawsze będzie kulał (szczególnie w sytuacjach trudnych wyborów, wyborów, w których ani prawo nie daje instrukcji, ani owa idea naśladowcza nie daje się skonkretyzować), jeśli nie będziemy wspomagali się modlitwami do Ducha Świętego Oświeciciela.
 
Duch tchnie, kędy chce... Przecież owo pneuma to także tchnienie, to wręcz wiatr i to nawet w tym przypadku Huragan! Nie daje się „skanalizować”, „ująć w ramy”, lubi być nie „po linii”. Przemawia przez proroków i w ogóle robi bałagan. Na szcz꬜cie dzięki Vaticanum II zrozumieliśmy, że Kościół powinien być wzorem nie tylko w utrzymywaniu porządku, ale też w twórczym korzystaniu z owego nieładu, bez którego nie byłoby w ogóle rozwoju. Równoważność tych dwóch czynników kościelnych - instytucjonalnego, hierarchicznego i spontanicznego, charyzmatycznego - uzasadnia się dziś przez odwołanie się do teologii Trójcy. Mówi się, że z misji Chrystusa wynika cała rzeczywistość widzialna, instytucjonalna Kościoła, a z misji Ducha świętego rzeczywistość mistyczna i charyzmatyczna. W innych ujęciach Duch to nie tylko „wieczny rewolucjonista”, ale i wieczny indywidualista. Powiada się bowiem również, że z misji Syna wynika jedność Kościoła jako Jego jednego ciała, z misji Ducha zaś wielość, a więc zaprzeczenie wszelkiego uniformizmu. Wychodząc z tego założenia, określa się chrzest jako sakrament jedności w Chrystusie, bierzmowanie natomiast wielości w Duchu Świętym. Podkreśla się przy tym zawsze, że jedność Trójcy powinna inspirować do równowagi tego rodzaju przeciwstawnych tendencji. Czyli że jednostronne akcentowanie czynnika charyzmatyczno-pluralistycznego jest takim samym błędem, jak „hierarchistyczny” uniformizm.
 
Oczywiście wszystkie tego rodzaju ujęcia są dyskusyjne; trzeba również pamiętać, że oświetlają tylko jeden aspekt nieskończenie bogatej Rzeczywistości. Czytelnik powyższego zapyta również  może: czy już samo różnicowanie misji Syna i Ducha nie jest sprzeczne z zasadą jedności Trójcy? Myślę, że jest sprzeczne tylko z pewnym rozumieniem tej jedności, do jakiego przywykliśmy na Zachodzie. Wschód bowiem zawsze bardziej „indywidualizował” poszczególne Osoby Boże. Do czego miał i ma prawo. Prawo to daje mu właśnie sama Trójca przez swoją wielość, inspirującą do tolerancji dla różnych stylów teologicznego myślenia. A osobliwie Duch Święty - wieczny pluralista...

To wszystko było o samym Duchu, a teraz cokolwiek o dzisiejszym tekście z Dziejów Apostolskich. Otóż czytamy tam o tak zwanym mówieniu językami. To są dwa różne zjawiska: owo opisane w tekście biblijnym, cudowne, rozumienie się ludzi nawzajem, choć każdy mówił w swoim języku ojczystym, oraz zdarzające się dzisiaj takie wpadanie w entuzjazm religijny, że ogarnięty nim człowiek (tak mi to wytłumaczył  któryś ksiądz temu bliski) trochę jakby śpiewał bezsłownie „tra la la”.
     
A felieton Jonasza taki dzisiaj. Katolicyzm autokrytyczny. Czyje to słowa?

„Wiara w «jeden, święty, powszechny,  apostolski Kościół« wystawiona jest na niełatwą próbę w konfrontacji z rzeczywistością, kiedy to, czego doświadczamy na co dzień - tak z życiu publicznym, jak i zwykłym, «parafialnym» - ani jednością, ani świętością nadmiernie nie grzeszy. Ten stan napięcia prowadzić może do dwóch biegunowo różnych postaw. Jedni, bardziej czy mniej szczerze zgorszeni czy zniesmaczeni, odsuwają się na margines wspólnot, usiłując przeżywać swoją wiarę obok widzialnych struktur Kościoła, w których zostali ochrzczeni. Inni, przeciwnie, swoje zadanie zdają się upatrywać w obronie za wszelką cenę wizerunku Kościoła jako niepokalanej wspólnoty świętych i instytucji bez skazy, a priori  uznając wszelką krytykę za bezpodstawne ataki ludzi jeśli nie  złej woli, to przez takowych zmanipulowanych. O ile pierwsi członkami Kościoła pozostają jedynie nominalnie - bo zwykle nie dochodzi do aktów apostazji - o tyle drudzy nieraz samych siebie uważają  za jedyny PRAWDZIWY Kościół”. Cytat ze świeżo wydanej  książki Biblioteki „Więzi” pt. „Po co Kościół”, z rozdziału pt. „Wierzyć «pomimo» Kościoła”.
 
Otóż to nie ojciec Wiśniewski ani siostra Borkowska: to jeszcze inny arcymądry katolik mundurowy, znany teolog Grzegorz Strzelczyk z Katowic. Do jego obserwacji oczywiście celnej dodam tylko, że bywają u nas jeszcze inni katolicy: ci, co w takiej sytuacji zmieniają kościelną wspólnotę: na jedną z ewangelickich najczęściej.
 
Co ja na to? Co do zmiany wspólnoty wyznaniowej, to wyznaję zasadę, że należy ją zmieniać, ale inaczej: pozostawszy w niej, próbując ją zmienić od wewnątrz według własnego sumienia. Nie twierdzę jednak wcale, że to droga każdemu dostępna. Ja mam środki działania jako publicysta gazety o sporej sile rażenia, przekonanie o jakiejś skuteczności swojego pisania, spore zasoby cierpliwości, wreszcie zapewne wymagania nie zasadnicze: doktryna rzymskokatolicka po dzisiejszych niebagatelnych poprawkach całkiem mi odpowiada, bardziej niż inne konfesyjne. No i wreszcie dobrze mi w moim Kościele „egzystencjalnie”:  mam wokół siebie dużo ludzi podobnie jak ja czujących i myślących, a na jego szczycie papieża na mój gust idealnego, bo też krytycznego wobec tego, co jest, nieprawdopodobnie. A niżej też, w Polsce również, takich krytykantów hierarchicznych trochę. Prymas Polak na przykład, o którym tydzień temu napisałem, chyba za słabo go chwaląc.
 
A na zupełny koniec napiszę eklezjologiczny truizm: Kościół to my, to ja jakoś także. Kościół grzeszników właśnie, więc i ja grzesznik, a jakże. Mam na sumieniu nie tylko taki drobiazg, że polski urząd prymasowski odmłodziłem o sto lat: ma już sześć wieków a nie pięć. Nie tylko to, że jestem może czasem za bardzo krytyczny, a kiedy indziej za mało. Wszystko to jednak temat nie na felieton, w każdym razie nie na ten.

PS. Dopisane w poniedziałek 21 maja
Popełniłem w powyższym wpisie błąd okropny. Napisałem, że zjawisko mówienia językami jest współczesne. To zresztą prawda, ale sugerowałem w ten sposób, że nie występowało dawniej, w przeciwieństwie do tego opisanego w Dziejach Apostolskich 2.
W KUL-owskiej "Encyklopedii Katolickiej" mamy na ten temat spore hasło "Glosolalia". Podane są tam liczne wersety w Dziejach Apostolskich i listach Pawłowych, gdzie mowa jest wyraźnie o modlitwie ekstatycznej, w której pod działaniem Ducha Świętego wypowiada się wierzący w języku niepojęciowym.  Zdarzało się to i w czasach późniejszych, na przykład w doświadczeniu karmelitanki Teresy z Avila, a i potem coraz częściej w różnych wyznaniach, szczególnie w ruchu zielonoświątkowym. Jest to jakiś stan "upojenia duchowego", w którym - czytamy w tej "Encyklopedii" - , w którym boskie pocieszenie ogarnia człowieka z taką siłą, że musi to wyrazić, a nie może inaczej. Trzeba też jednak powiedzieć tutaj za" Encykopedią", że Paweł  odnosił się do tego duchowego daru, chociaż sam go posiadał, z pewnym dystansem (1 Kor14). Nie zabraniał go używać, ale występował przeciwko przecenianiu go, taki bowiem hermetyczny język nie służy budowaniu i konsolidacji wspólnoty. Pouczał, że dar ów należy badać, kontrolować oraz ograniczać takie wypowiedzi do sytuacji, w których obecny jest charyzmatyk zdolny do ich tłumaczenia. Poza tym można korzystać z tego daru tylko prywatnie. Co prawda, nie bardzo rozumiem, co ów charyzmatyk mógłby zdziałać, jeżeli jest to mowa ze swej istoty niezbyt zrozumiała dla postronnych, ale sprawa jest w ogóle bardzo skomplikowana. W każdym razie gdzie indziej w Nowym Testamencie, u Marka 16,17 i właśnie tam w Dziejach 2 chodzi jakoś o języki "normalne", Tyle że oczywiście w sposób cudowny mówienie w swoim języku staje się zrozumiałe dla słuchaczy innojęzycznych.

20:50, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
niedziela, 13 maja 2018
Odszedł, ale pozostał. Prymas trochę jak papież

Dzieje Apostolskie 1,1-11
„Uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu. Kiedy jeszcze wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: - Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od Was do nieba, przyjdzie do Was tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba”.
Dzisiaj uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. W niektórych Kościołach krajowych, także polskim, przeniesiona z czwartku na niedzielę, bo nie każdy przyjdzie do kościoła w dzień powszedni. Zaraz jednak pytanie fundamentalne: czy Jezus rzeczywiście „wstąpił na niebiosa”? Znów coś kwestionujecie, nie uszanujecie żadnego dogmatu — zakrzyknie, być może, jakiś nerwowy czytelnik. Uszanujemy, uszanujemy...
Co najmniej od czasów Kopernika wiemy natomiast, że niebiosa nie są nad nami, że Bóg „mieszka” poza czasoprzestrzenią. A jak rzecz wygląda w Biblii? O wniebowstąpieniu mówią Marek oraz Łukasz w obu swoich dziełach. Wprawdzie tylko Dzieje Apostolskie powiadają wyraźnie, że Jezus uniósł się w górę, a Ewangelie poprzestają na określeniu: został wzięty do nieba, ale wszędzie tu mamy do czynienia z obrazem rzeczywistości, w którym ziemia jest po środku: nad nią raj, pod nią piekło. Sam Jezus używa czasem takich jakby „geocentrycznych” określeń (por. J 20,17). Sprawa wygląda analogicznie, jak z wersetami o ruchu słońca wokół ziemi. Nie żyjemy jednak w czasach Galileusza i nie boimy się pewnej „demitologizacji”. Tak jak nie bało się jej Magisterium Kościoła, używając w definicji dogmatu o Wniebowzięciu ogólnego sformułowania: została wzięta do chwały niebieskiej. Z radykalną zmianą światopoglądu, jaką przyniosły nam czasy nowożytne, wiąże się jednak potrzeba nieco głębszej reinterpretacji wiary w owo wstąpienie w niebo. Z relacji Biblii wynika, że Jezus zmartwychwstały przebywał tu na ziemi czterdzieści dni, czyli przez jakiś czas (czterdzieści jest w Piśmie jedną z liczb symbolicznych: oznacza nie określony dokładnie, ale dość długi okres czasu), po czym zasiadł po prawicy Bożej. Otóż obraz taki jest nierozdzielnie związany ze światopoglądem, w którym rzeczywistość „niebieska” niejako sąsiaduje z naszym ziemskim światem, stanowi po prostu inną część jakiejś większej całości. Dziś uważamy raczej, że Jezus przez sam fakt zmartwychwstania w ciele innym niż ziemskie, ciele „uwielbionym” właśnie, przeszedł do chwały Bożej, czyli do owej całkowicie innej rzeczywistości, do innego „wymiaru”. 
Po co więc było wniebowstąpienie? Przede wszystkim po to, żeby powiedzieć, że już więcej nie będzie się Jezus uczniom ukazywał. Ale chyba również po to, by unaocznić im Jego zwycięstwo, Jego wejście do chwały. Napisałem: unaocznić. Bo wprawdzie mogło być i tak, że żadne realne uniesienie się w górę nie miało miejsca. Jezus po prostu zniknął, ale autor Dziejów przedstawił to w sposób „geocentryczny”, żeby lepiej zobrazować czytelnikowi Boże uwielbienie Jezusa. Mogło być tak, ale mogło też być inaczej: sam Bóg w taki sposób unaocznił uczniom swoje uwielbienie Syna, dał im znak jedynie zrozumiały w ramach ówczesnej wizji świata. Nie odrzucajmy dogmatycznie podobnej możliwości. „W dziełach naukowych znaleźć można bardziej szczegółowe dane na temat stopnia dosłowności różnych opowiadań. Najbardziej wyspecjalizowana nauka wykazuje jednak w tych sprawach jeszcze mnóstwo niepewności. W obrębie obcego gatunku literackiego nie da się wszystkiego dokładnie wyznaczyć i wykreślić. Być może w naszych czasach przesadzamy w innym kierunku niż przed pięćdziesięciu laty i uważamy wiele opowiadań za mniej dosłowne, niż domagałby się tego faktyczny stan rzeczy. Możliwe, że wówczas działo się również więcej rzeczy zewnętrznie niezwykłych, niż dziś to sobie wyobrażamy. Dlaczego podobne zdarzenia miałyby się dziać tylko w Lourdes, a w ówczesnym. Izraelu nie? Jest rzeczą możliwą, że przemawiając do człowieka tamtych czasów Bóg rzeczywiście sprawiał, że głos Jego rozbrzmiewał w powietrzu, a Objawienie dokonywało się w taki sposób, że niejedno opowiadanie należałoby jednak pojmować w sensie dosłownym.” Cytat ten pochodzi ze sławnego niegdyś „Katechizmu holenderskiego” i odnosi się do Starego Testamentu. Z zachowaniem wszelkich proporcji można by chyba te słowa odnieść również do Nowego. I można by stwierdzić - również za „Katechizmem” - że kwestia dosłownego czy przenośnego rozumienia tego rodzaju szczegółów nie jest najistotniejsza. Bo przecież ostatecznie nie o to chodzi, ale o Boga, który zabiega o ludzkie serce.
I jeszcze oryginalne i śmiałe jak zwykle myśli na ten temat ojca Wacława Oszajcy w „Tygodniku Powszechnym”. „Jezusowe wstąpienie do nieba do nieba nie oznacza odejścia poza horyzont kosmosu, jeśli taki istnieje, ale wstąpienie w Kościół, w rzeczywistość materialną. (...). Od chwili poczęcia Jezusa przez Maryję nie można już przeciwstawiać naturalnego nadnaturalnemu, ziemi nieb u, ciała duszy, doczesności wieczności, nie można uważać, że Syn Boży tylko chleb i wino przemienia w swoje ciało i krew, czyli w siebie.
Jezus w siebie przemienia również Kościół. Stąd dla chrześcijanina istnieje tylko jedno sacrum: Bóg, który - mówiąc obrazowo - wypełnia sobą wszystko. Dla Boga kosmos jest najprawdziwszym tabernakulum. I tak wcielenie dopełnia się we wniebowstąpieniu.”Na koniec takie dwie myśli. Co do dalszej obecności Chrystusa na „tym świecie”, szczególnie w Kościele, to jest On tam rzeczywiście obecny, rzecz jasna, przede wszystkim w Duchu Świętym, którego nam zesłał, co też będziemy wspominać za tydzień. No i jak przyjdzie na końcu czasów, to owszem, jak dziś też przeczytaliśmy w Dziejach Apostolskich, będzie to tak, jak do nieba wstępował, co jednak nie znaczy naturalnie, że stamtąd niby jak jakiś ptak sfrunie. Amen. 
Dołączam tradycyjnie felieton Jonasza. Prymas trochę jak papież.
500 lat tego urzędu kościelnego. I państwowego, a jakże: prymas był przecież kiedyś interreksem, podczas bezkrólewia jakby monarchą. Potem przyszła PRL i nie było już szlachty, ale i rzeczywistej demokracji, wtedy królem był raczej prymas niż pierwszy sekretarz. W końcu i to minęło, co więcej, nie ma już personalnej unii Gniezna z Poznaniem ani Warszawą. Teraz arcybiskup gnieźnieński jest wyłącznie gnieźnieńskim metropolitą. Jeśli nawet należy z urzędu do episkopalnej rady stałej, to nie przewodniczy jej z urzędu. Liczy się wyłącznie splendor historii.
Moim zdaniem jednak ważna jest sama osoba Wojciecha Polaka. Jego poglądy własne. W Episkopacie Polski na pewno nie powszechne, w narodzie polskim jeszcze mniej. Samo nazwisko arcynarodowe to jeszcze nie wszystko. W internecie przeczytać było można, że to pseudo-Polak, lewak, prymasina, że to nie chrześcijaństwo, ale proislamska, antypolska sekta, że jest mułłą, a nie księdzem katolickim. Prymas się chyba temu nie dziwi, bo najpierw w ”Tygodniku Powszechnym” w roku 2017 wypowiedział się jednoznacznie za przyjmowaniem uchodźców, a teraz w książkowej rozmowie z Markiem Zającem (Znak) mówi bardzo brzydko o nacjonalizmie. Ot tak: „To jest nasz, jako Kościoła, grzech zaniedbania. Nie mamy ludzi, którzy byliby gotowi iść, stanąć przed nacjonalistami i odważnie zmierzyć się z wyzwaniem. Nie tak, jak niektórzy ich obecni duchowni, którzy często - mówię to powiedzieć szczerze, z wielkim bólem - tylko przyklaskują herezji”. Znalazł się inkwizytor, powiedziałby nacjonalista, alem ducha wręcz przeciwnego i prymasa Polaka chwalę za jego polskość dobrze rozumianą.
Po drugie za potraktowanie sprawy księży pedofilów. Też padają słowa mocne. Może mogłyby być mocniejsze, wyraźniejsze o odpowiedzialności kościelnych instytucji za czyny konkretnych duchownych, ale ja stosuję zasadę: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. A ja tego hierarchę bardzo lubię i cenię. Kolega redakcyjny Krzysztof Varga nie podziela mojego gustu (patrz „Duży Format” z 7 bm), ale on już w ogóle taki: kogoś ze zgoła niekościelnej półki za przedstawienie pt. „Klątwa” zwyczajnie zmieszał z błotem. Nie jest prymas nowatorem radykalnym, przede wszystkim w sprawach zwanych doktrynalnymi, antykoncepcji, homoseksualizmu, co więcej, krytykowania innych hierarchów nie lubi, nawet gdy chodzi o bezfioletowego arcybiskupa z Torunia. No cóż, jest biskupem Gniezna, nie Rzymu, tamtemu wolno przecież nieporównanie więcej. Upolitycznienia Kościoła w Polsce też prymas jakby nie dostrzega. Natomiast papieża Franciszka, również w obchodzeniu się z tradycyjną doktryną bardzo uważającego, przypomina w tym, co zgrabnie wyraża książki tytuł: „Kościół katoludzki”. Realne współczucie wobec ludzi po prostu. Szczególnie wobec ofiar ksenofobii, pedofilii, katolików skrzywdzonych przez spowiednika także.

21:10, jan.turnau
Link Komentarze (63) »
niedziela, 06 maja 2018
Ilu zatem teologów? Alfie Evans, Polacy i papież. Polska bez antyhinduizmu. Trochę o strategii odnowy

I List Jana 4,7-8
„Ukochani, kochajmy się wzajemnie,
bo miłość jest z Boga
i każdy, kto kocha, z Boga narodził się
i zna Boga.
Kto nie kocha, nie poznał Boga, gdyż Bóg jest miłością” (EPP).
No tak, mamy się kochać. Nie tylko w sensie węższym, erotycznym, ale i szerszym, „agapicznym”.
Agape to miłość braterska, siostrzana, agapa to spotkanie chrześcijan przy wspólnym stole, wspólne zaspokajanie głodu nie tylko fizycznego, także psychicznego, zapotrzebowania na miłość właśnie. Wyrażaną także w słowach, lecz przede wszystkim w czynach. W staraniu się, by także innym było coraz lepiej. W tym fragmenciku mówi się przy tym o sprawie nie tylko etycznej, intelektualnej jakby. Kto nie kocha, nie p o z n a ł Boga. W mentalności hebrajskiej poznanie ma sens co prawda egzystencjalny, także wręcz erotyczny, bo Maria z Nazaretu powiedziała zwiastującemu aniołowi, że jeszcze nie zna męża, w sensie najbardziej intymnym. Niemniej można by powiedzieć, że niekochanie bliźnich czyni z nas ignorantów w teologii, także tych niby w tej dziedzinie uczonych.
Powiedziałem coś o owej największej duchowo Żydówce, a maj to dla katolików miesiąc maryjny, więc chociaż jeszcze bardziej różańcowy jest październik, to niech będzie już teraz coś o owej szczególnej modlitwie. Mamy o niej ślicznie wydaną przez Znak książkę . arcybiskupa Grzegorza Rysia. Język w niej raczej nie tradycyjny: „Otóż Pan Bóg nie wymaga od Maryi, żeby ona poczęła to dziecko, lecz jej o biecuje, że pocznie syna. Normalnie to się nie dzieje. A Pan Bóg mówi: to ci się stanie. Pan Bóg nie wymaga od Abrahama, żeby stanął na rzęsach i z niepłodną żoną miał dziecko, mając lat sto. Pan Bóg nie robi z siebie wariata”. Z nas naturalnie też.
Teraz aktualia. Polacy katolicy i Franciszek z Argentyny: różnice widać teraz na przykład w komentarzach do sprawy śmierci angielskiego dwulatka Księża i politycy (niektórzy) szaleją w zbolałych słowach, świat bez Boga, cywilizacja śmierci i tp., a papież też z bólem i pytaniami, ale bez takich ataków, o nadziei na postęp w medycynie i we wspólnych naradach. Cóż, kiedy niektórzy muszą się chwalić krzyżykiem na piersi, jak pewna pani sędzia trybunalska. Na deser anegdota: pytają Hindusa, czy w Polsce takich nie biją. Odpowiada, że jego to nie spotkało. Owszem raz, ale przeprosili i wytłumaczyli, że wzięli go za Żyda... Głośne myślenie. Czy nie trzeba krzyczeć?
Mieszka w podwarszawskiej wsi, z dala od stołecznych sporów kościelnych, ale zajmuje w nich stanowisko radykalne, umiarkowanie mu nie w smak. Henryk Makowski, publicysta i poeta, autor szesnastu niewielkich książek, wydawanych we własnym nakładzie, ostatnia pod tytułem „Suplikacje polskie”. Z wykształcenia prawnik, dzisiaj na emeryturze. Niedoszły zakonnik, ale bez żadnych złych wspomnień, jakie mają byli „’mundurowi”. W klasztorze było mu bardzo dobrze: łagodne metody wychowawcze, „wspaniały mistrz nowicjatu, pełen otwartości i swobody”. Tam nauczył się naprawdę modlitwy. Sam nie wie, dlaczego wystąpił. W każdym razie pozostał człowiekiem najgłębiej religijnym. Mimo to, a raczej może dlatego bardzo ostro ocenia obecną polską rzeczywistość kościelną. Owszem, zachwyca się takimi ludźmi jak oczywiście papież Franciszek, również ks. Tomasz Halik, w Polsce arcybiskupi Życiński i Nossol, księża Heller, Boniecki, Wiśniewski, Lemański, z zakonnic Małgorzata Chmielewska, wspomina księdza Zieję i naturalnie Tischnera. Niemniej jest przecież ojciec Rydzyk i są miesięcznice smoleńskie, które go oburzały do tego stopnia, że pisał list po liście do kardynała Nycza, bez odpowiedzi. Napisał w „Suplikacjach”: „Po wielekroć błagam, wiele na ten temat piszę, proszę, skomlę, żeby mój Kościół, szczególnie polski, publicznie z żalem przeprosił za mieszanie się do polityki”. Jest jak ksiądz Lemański religijnym gwałtownikiem, bez karnych konsekwencji na szczęście, bo nie ma nad sobą w tej mierze kurii, przeżywa jednak bardzo ojczyźniane realia, jak też trochę swoje osamotnienie, bo nawet na listy do osób, które wychwala, nie ma na ogół responsu.
Otóż takich katolików, duchownych i świeckich, jest bardzo wielu, tylko odzywają się raczej całkiem prywatnie. Albo też również publicznie, ale w słowach ostrożniej. Wybierają inną strategię odnowicielską. Wychodzą z założenia, że kropla drąży kamień powoli, eklezjalnego betonu nie skruszy się zaraz. W Kościele rzymskokatolickim jednak decydentami są w zasadzie biskupi, a w Polsce większość z nich nie czuje potrzeby radykalniejszej reformy. To się zmienia, prymasem rozumiejącym sens takiej odnowy jest Wojciech Polak, Grzegorz Ryś nie został arcybiskupem krakowskim, ale Łódź też wielkie miasto i bardzo potrzebujące ewangelizacji. To nie Kraków, który trudno oddalić od Kościoła, niezależnie od tego, kto tam obecnie rządzi. Ale to są episkopalne jednostki, trzeba jednak uważać, nie zrażać do swoich zamierzeń demonstrowanym radykalizmem. Bo bardzo łatwo zasłużyć sobie na miano rozrabiacza, z którym nie warto się liczyć. Żeby nie stwarzać wrażenia, że ponoszą emocje albo brak rzeczywistej troski o upowszechnianie Ewangelii.
Co do mnie, jestem raczej zwolennikiem głosu spokojnego, nie jestem pewien jednak, czy i z tą sprawą nie jest jak ze wszystkim w życiu. Że czasem trzeba krzyknąć.

21:42, jan.turnau
Link Komentarze (73) »
Archiwum