Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
poniedziałek, 18 maja 2015
Jan zginął, joannici zostali

Dzieje Apostolskie 19,1-7
„Kiedy Apollos znajdował się w Koryncie, Paweł przeszedł okolice wyżej położone, przybył do Efezu i znalazł jakichś uczniów. Zapytał ich: - Czy otrzymaliście Ducha Świętego, gdy przyjęliście wiarę? A oni do niego: - Nawet nie słyszeliśmy, że istnieje Duch Święty. Zapytał: - Jaki więc chrzest przyjęliście? A oni odpowiedzieli: - Chrzest Janowy. Powiedział Paweł: - Jan udzielał chrztu nawrócenia przemawiając do ludu, aby uwierzyli w Tego, który za nim idzie, to jest w Jezusa. Gdy to usłyszeli, przyjęli chrzest w imię Pana Jezusa. A kiedy Paweł włożył na nich ręce, Duch Święty zstąpił na nich. Mówili też językami i prorokowali. Wszystkich ich było około dwunastu mężczyzn”. Biblia Tysiąclecia.
Już druga raz Dzieje wspominają tutaj o fakcie, który uchodzi uwadze zwykłych zjadaczy ewangelijnego chleba, jak i pasterzy ich pobożnych dusz. Najpierw mamy w Dziejach 18,24-19,1 wiadomość o Apollosie, człowieku wybitnym, doskonałym znawcy retoryki greckiej (tamta retoryka to była nie tylko umiejętność publicznego mówienia, to była też ogłada kulturowa), a przede wszystkim starotestamentalnego Prawa. Więcej jednak : także „drogi Pana”, czyli Apollos - choć znał tylko chrzest Janowy - wierzył w Chrystusa w przeciwieństwie do tamtych dwunastu. W ogromnym „Nowym Leksykonie Biblijnym” (Jedność - Herder) wyczytałem, że niektórzy „joannici” stawiali Jana ponad Jezusa, czyli słyszeli o Jezusie, ale ich nie przekonał. W Apollosie Kościół zalążkowy „załapał się” apostoła wielkiej klasy intelektualnej, takiej, że potem mógł stać się rywalem samego Pawła. Chyba jednak nie starał się o kościelną karierę: niewygładzająca zupełnie obrazu tamtych czasów „Encyklopedia Biblijna” kwestionuje taką możliwość, powołując się na fakt, że oparł się zachętom Pawła, aby wrócił do rozbitego frakcyjnie Koryntu ( 1 Kor 16,12): zapewne obawiał się, że jego dalsza obecność podtrzymywałaby skłonności rozłamowe. Ale to, że też taki luminat był „joannitą”, świadczy o sile oddziaływania nauki Jana Chrzciciela. I zamyślam się nad ową dwutorowością religijną. Nad tymi uczniami tylko Jana, bardziej myślowo tradycyjnymi niż Jezusowi: według Marka 2,18 uczniowie Jana indagują Jezusa w sprawie nieposzczenia Jego uczniów, czyniąc to wraz z faryzeuszami! Nad tym, że chyba jednak niektórzy „joannici” nie byli z gruntu niechętni „jezuitom”, jeżeli dawali się dość łatwo przekonać do chrztu w Duchu. Jednak tylko niektórzy, reszta utrzymywała niezależność, również religijną niechęć do tworzącego się Jezusowego Kościoła. W „Nowym Leksykonie Biblijnym” wyczytałem też, że niektóre z tych wpadły w nurt mandaizmu, religii, w której wielką rolę odgrywa ten Jan, Jezus jest odrzucany jako fałszywy prorok. Wyznawcy jej dotrwali na bliskim Wschodzie do naszych czasów i stali się celem ataku islamskich ekstremistów. Habent sua fata religiones...
Biorę znowu od blogowania urlop na dni kilka.

14:59, jan.turnau
Link Komentarze (178) »
niedziela, 17 maja 2015
Wiara podstawowa Janusza Korczaka

Ewangelia Marka 16,16
„Kto uwierzył i został ochrzczony, będzie zbawiony; ten, kto nie uwierzy, będzie osądzony.” Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
W przygotowywanym nowym wydaniu naszego tłumaczenia zmieniliśmy ostatnie słowo tego logionu Chrystusa: zamiast przyjętego przez chyba całą tradycję translatorską polską, francuską, niemiecką, angielską imiesłowu „potępiony” mamy teraz jakby ostrożniejsze słowo „osądzony”(takie ma też dzisiejsze tłumaczenie rosyjskie). Zgodniejsze ze słownikiem greckim, ale nie z tradycją teologiczną, w której osądzenie potępienie oznaczało. Ale dzisiejsza teologia katolicka jest w tej fundamentalnej sprawie o wiele ostrożniejsza: żadnego człowieka nie skazuje na wieczne odrzucenie przez Boga dlatego, że nie stał się formalnie chrześcijaninem, jeśli przecież faktycznie szedł za Chrystusem. Można zauważyć zresztą, że w tymże logionie Ewangelii Marka chrzest nie jest wymieniony jako warunek zbawienia, tylko sama wiara. Może zatem - interpretują teologowie - daje zbawienie jakaś wiara „podstawowa”, implicite, jakieś chrześcijaństwo anonimowe? Wiara na przykład Janusza Korczaka.

20:50, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
sobota, 16 maja 2015
Rozłamy, rozłamy, rozłamy...

1 List do Koryntian 1,10
„A proszę was, bracia, dla imienia Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście wszyscy mówili to samo i żeby nie był wśród was rozłamów, ale abyście się wzmocnili w jednym rozumieniu i jednym myśleniu.” Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Cóż, kiedy kłótnia rzeczą ludzką jest.

10:21, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
piątek, 15 maja 2015
Władza na szczęście ponadreligijna

Dzieje Apostolskie 18,12-16
„A gdy Gallio był prokonsulem Achai, powstali Żydzi jednomyślnie przeciwko Pawłowi i zaprowadzili go do sądu, mówiąc: - Ten namawia ludzi, aby czcili Boga niezgodnie z Prawem. Gdy Paweł miał już otworzyć usta, rzekł Gallio do Żydów: - Gdyby chodziło o jakieś przestępstwo lub spisek niegodziwy, o Żydzi, to bym Waszej skargi cierpliwie wysłuchał. Lecz jeśli spór wasz dotyczy nauki, nazw i prawa, które wy macie, rozpatrzcie to sami. Ja nie chcę być w tym sędzią. I wyprosił ich z sądu.” Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. 
Starożytny przykład władcy państwowego, który nie chce rozsądzać sporów międzyreligijnych. Miał dobrą sytuację, bo nie czuł się związany poglądami z żadną ze stron. W gorszej są dzisiaj urzędnicy państwowi będący na przykład katolikami, niechcący jednak być panami ludzkich sumień.

12:57, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
czwartek, 14 maja 2015
Wybory w tamtym Kościele

Dzieje Apostolskie 1,15-17.20-26
Judasz popełnił samobójstwo, powstała zatem w zespole Dwunastu luka personalna, Piotr  oznajmia, że konieczne są wybory. Odbyły się najprawdopodobniej (pytałem biblistę, współautora EPP, pastora Mieczysława Kwietnia) w gronie tylko Jedenastu, nie tych około stu dwudziestu, którzy się wtedy zebrali. Spośród dwóch, Józefa zwanego Barsabą, z przydomkiem Justus, i Macieja wybrano tego drugiego. To jest o nim w tekście biblijnym wiadomość jedyna. Na tę scenę wchodzą z czasem  zamiast niego (i większości Dwunastu) ludzie nowi: Szaweł Paweł oraz brat Pański Juda, chyba nie tożsamy z należącym do Dwunastu synem Alfeusza. Nawet nie wiadomo, czy tamten Juda był jednym z uczniów Jezusa już przed Jego śmiercią, bo o owych braciach jest w ewangeliach powiedziane ogólnie, że nie wierzyli w Niego. Macieja wybrano przez losowanie: była wtedy taka droga decyzji, zakładająca wiarę w istnienie Kogoś rządzącego ludzkim losem.

16:34, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 13 maja 2015
Bogu nie całkiem znanemu

Dzieje Apostolskie 17,15.22-18,1
Przemówienie Pawła w ateńskim Areopagu, wzór ewangelizacji na wszystkie czasy i miejsca, gdzie czci się Boga „niejako po omacku”. Apostoł nie odwołuje się oczywiście do religii żydowskiej, tylko do literatury greckiej, według Biblii Poznańskiej do takich pisarzy, jak Aratus czy Epimenides. Wyraźnie jednak nawiązuje do ołtarza poświęconego „Nieznanemu Bogu” i tak też powinni postępować ewangelizatorzy dzisiejsi, wychodząc od niemal ogólnoludzkiej potrzeby filozoficznego uporządkowania rzeczywistości, znalezienia jej jakiejś -mówiąc językiem tomistycznym - Pierwszej Przyczyny. I może dogadałby się trochę Paweł ze słuchaczami lubiącymi nowinki, gdyby nie powiedział o Człowieku, „którego (Bóg) uwierzytelnił przez wskrzeszenie z martwych” ( Tysiąclatka). Wyśmiali go wtedy, grzeczniejsi wykręcili się formułą: „Posłuchamy cię innym razem”. Jeśli bowiem Grecy wierzyli w nieśmiertelność, to w tylko jakiś marny przejaw życia w Hadesie, chrześcijaństwo niosło natomiast wiarę, również późnożydowską, w powszechne zmartwychwstanie zapoczątkowane przez Chrystusa.
Trzeba zatem dzisiaj przedstawiać Boga jako w pewnym sensie nieznanego, takiego, o jakim więcej nie wiemy, niż wiemy (teologia negatywna), przekraczającego ludzkie pojęcia, nasze nieodparte skłonności do antropomorfizacji oraz myślenie spekulacyjne. Podobnie też przedstawiać należy naszą nieśmiertelność jako jakieś istnienie niewyobrażalne teraz, pośród rzeczywistości ograniczonej czasem i przestrzenią. Wiara chrześcijańska budzona w ewangelizacji musi być jakoś „zdemitologizowana”, nie przez odrzucenie dogmatów, ale opowiadanie o niej językiem pojęć dzisiejszych. Wielu zapewne powie, że posłucha nas innym razem, niejeden jednak przejmie się takim niesztampowym przesłaniem, tak jak ci niektórzy, co przyłączyli się do Pawła. No i Bóg jest poza wszystkim Dobrocią, Miłością, nie zgoła grzesznym nadczłowiekiem jak Zeus i nie po prostu sędzią, jak Go raczej wtedy przedstawił Paweł. Proponuję zatem podlizywanie się słuchaczom? Za dużo mówiło się przez długie wieki o surowej sprawiedliwości, trzeba teraz zrównoważyć tamte obrazy wyraźną wizją Zbawiciela.

18:21, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
wtorek, 12 maja 2015
Futurologii słabość niepokonalna

Dzieje Apostolskie 16,22-34
Trzęsienie ziemi otwiera wszystkie drzwi w więzieniu, Paweł z Sylasem wychodzą na wolność, strażnik więzienia przyjmuje chrzest wraz z całym swoim domem. Wyroki Boże niezbadane są. Co w dziejach Polski, Kościoła, ludzkości okazuje się nieustannie. To myśl zupełnie banalna, ale nie dość nigdy powtarzać, że historia niespodzianką stoi. Myleni spokojnym rytmem codzienności zapominamy stale zakładać, że nigdy nic nie wiadomo, że przeszłość jest przed nami zakryta bardzo solidnie. Tak zwana futurologia jeżeli jest nauką, to w cudzysłowie oczywiście ogromnym.

13:41, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 11 maja 2015
Duch Pocieszyciel, co nie znaczy Ocieracz Łez. Artur Sporniak o homoseksualistach

Ewangelia Jana 15,26
„Gdy przyjdzie Pocieszyciel, którego ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On będzie świadczył o mnie.”
Z terminem „Pocieszyciel” jest problem translatorski. W oryginale greckim mamy słowo „Parakletos”, które ma sporo znaczeń. Dosłownie znaczy „Przywołany do boku”, czyli rzecznik, obrońca, adwokat. A jeżeli już pocieszyciel, to nie w sensie zwykłego ocieracza łez. Maria Miduch popełniła fajną książkę, naukową, bo jest biblistką, ale napisaną eseistycznie, pod zabawnym tytułem „Biografia Ducha Świętego” (WAM). Powiada tam tak: „Oczywiście, że Paraklet poradzi sobie ze smutkiem, ale nie to jest głównym celem jego misji. To jest tak, jak z gorączką, która trawi organizm – możemy ją zbić biorąc ogólnie dostępne leki, ale to nie usunie przyczyny jej wystąpienia. Duch Święty nie jest byle jakim lekiem dostępnym bez recepty na każdej stacji benzynowej, który jedynie zwalcza objawy choroby, nie rozprawiając się z nią samą. Dobry lekarz będzie starał się leczyć przyczyny objawów, które mogą nas niepokoić. Będzie starał się odkryć, co powoduje gorączkę i co męczy nasz organizm, i zadziała uderzając w ognisko choroby. Takim lekarzem posłanym przez Ojca jest właśnie Paraklet, nie zajmuje się smutkiem – a więc nie jest pocieszycielem, ale uderza bezpośrednio w przyczynę. Rozprawiając się z nią, sprawia, że smutek, który mógł towarzyszyć człowiekowi, znika. On nie działa objawowo, ale bezpośrednio aplikuje lekarstwo na ranę, która męczy człowieka. Lekarstwo niezawodne i pewne, które nie ma niebezpiecznych skutków ubocznych. Taki jest właśnie Paraklet! (...) On staje obok ciebie nie dlatego, że nie widzi twoich grzechów, ale właśnie dlatego, że je widzi i wie, iż potrzebujesz usprawiedliwienia. Duch został posłany, by przekonać świat o grzechu (por. J 16,8), nie ukrywać grzech przed światem, lecz przekonać, że świat potrzebuje Jego, który jako jedyny jest w stanie poradzić sobie ze złem”. Jest właśnie Duchem Prawdy, Oświecicielem, także na temat grzechu i konieczności skruchy. Ale trzeba podkreślić to, co coraz częściej słychać nawet w Kościele rzymskokatolickim polskim, że ewangelizacja nie jest moralistyką. Owszem, chodzi o imperatyw etyczny, ale – może nawet najpierw – o „indykatyw zbawczy”: Bóg nas zbawia, ratuje na tym łez padole, by powiedzieć po staroświecku. Ewangelia jest nowiną dobrą, nie złą, radosną, pocieszającą -
nie grożącą!
Lektura zeszłotygodniowa: tekst Artura Sporniaka w „Tygodniku Powszechnym” z 10 maja pod tytułem „Też jesteśmy”. O homoseksualistach, o wizycie w Polsce Martina Pendergasta, ich angielskiego działacza katolickiego. Zanim artykuł omówię, wspomnienie z lektury sprzed kilku laty. Wywieziona do sowieckiego obozu Barbara Skarga wzmiankuje o spotkanym tam „pederaście” z niewątpliwym niesmakiem. Ona, filozof nowoczesny, wydawałoby się, że pozbawiona niegdysiejszych uprzedzeń. Tempora mutantur et nos mutamur in illis.
Dokonała się myślowa rewolucja w całym świecie zachodnioeuropejskim, także w moim Kościele. Tutaj sprawy idą wolniej, ale też idą; szybciej na tak zwanym Zachodzie niż u nas, ale to opóźnienie to już „normalka”. Pendergast przyjechał do Polski z listem polecającym od katolickiego prymasa Anglii i Walii, kardynała Vincenta Nicholsa, skierowanym osobno do polskich kardynałów Dziwisza i Nycza. Mimo jednak uczynionych nadziei do rozmowy z wydelegowanymi księżmi doszło tylko w Warszawie. I tu nie padła obietnica powołania odpowiedniego duszpasterstwa, o co katolickie środowisko „Wiary i Tęczy” zabiega od dawna. Anglia jest Anglią, a Polska Polską: nad Tamizą – napisał Sporniak – inna jest wrażliwość, założenia duszpasterskie, przede wszystkim większe otwarcie na osoby homoseksualne. Tam nikt nie proponuje upokarzającego „leczenia”. Głównym celem duszpasterskim, a tym bardziej warunkiem nie jest też pomoc w podejmowaniu wstrzemięźliwości homoseksualnej – nie od seksualności się tam zaczyna. Zaczyna się od wskazania miłości jako celu i źródła życia człowieka. Tamtejsi biskupi napisali już w 1979 r., że „miłość ludzka wspiera, wzbogaca i leczy; rodzi się z niej harmonia, jedność i spełnienie. Samo okazanie miłości drugiej osobie jest oczyszczającym i dobrym doświadczeniem. Taki powinien być punkt wyjścia dla każdej zachęty, jaką duszpasterz kieruje do tych, którzy szukają u niego wskazówek”. Kardynał Ratzinger zareagował ostrymi słowami, zakazując wznowienia angielskiego dokumentu, niemniej w Londynie powstało z czasem tego rodzaju regularne duszpasterstwo. A w tamtym dokumencie jest kilka stwierdzeń, które znać trzeba.
„Nieprawdą jest, że osoby homoseksualne są automatycznie niestałe lub rozwiązłe. W rzeczywistości są one całkowicie zdolne do budowania dobrych relacji o trwałym charakterze”. Dalej jest, co prawda, stwierdzenie, że małżeństwo to zupełnie co innego i tamten związek nie jest obiektywnie dobry moralnie, ale również pytanie, „czy te osoby są koniecznie winne”, co zależy od konkretnych okoliczności. Jest nawet takie zdanie: „Osoby homoseksualne mają taką samą potrzebę sakramentów jak osoby heteroseksualne. Mają również takie samo prawo do ich otrzymywania. Przy podejmowaniu decyzji o tym, czy udzielić rozgrzeszenia lub [i - JT] komunii osobie homoseksualnej, duszpasterz musi kierować się ogólną zasadą teologii fundamentalnej, która mówi, iż tylko oczywiste nakazy moralne obowiązują w sposób bezdyskusyjny. Niepokonalna wątpliwość sumienia (dotycząca faktu lub prawa) pozwala osobie na podążanie za « prawdopodobną opinią » mającą charakter bardziej liberalny”. To bardzo dużo: wskazówka dla spowiedników czekających na takie słowa.
Zmieniło się wiele, już sam fakt istnienia takich grup jak „Wiara i Tęcza” pośród mocno antykościelnych ludzi LGTB jest powodem do radości. W sprawie adopcji dzieci nie mam wyraźnego zdania, nie rozumiem też, czemu środowiska te tak nalegają na termin „małżeństwo”, ale nie pojmuję również, jak można kogokolwiek zmuszać do celibatu. Dużo łatwiej mi zrozumieć troskę o embriony, bo mają jednak ludzki kod genetyczny, niż tamten tak mocny moralny opór!

13:44, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
niedziela, 10 maja 2015
Internacjonalizm ewangeliczny

Dzieje Apostolskie 10,34-35
„Wtedy Piotr przemówił: - Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie.” Biblia Tysiąclecia.
Zebrałem kiedyś świadectwa o życzliwych Polakom Niemcach w książce pod tytułem „Dziesięciu sprawiedliwych”, potem o równie sympatycznych Rosjanach, Białorusinach, Ukraińcach i Litwinach – „Braciach zza Buga”. Aby ta prosta prawda religijna chroniła przed nacjonalistycznymi uogólnieniami, powstało tysiąc innych książek, artykułów, są organizacje, są ludzie dzielni. Ale trzeba tu jeszcze większego wysiłku, szerokiego frontu walki z podobnym fanatyzmem ponad partyjnymi podziałami. Na nic takiego się nie zanosi, niech jednak żywi nie tracą nadziei.

19:14, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
sobota, 09 maja 2015
Paweł chytry dyplomata

Dzieje Apostolskie 16,1-3
„Paweł przybył do Derbe i Listry. Był tam pewien uczeń imieniem Tymoteusz, syn wierzącej Żydówki i ojca Greka. Bracia z Listry dawali o nim dobre świadectwo. Paweł postanowił zabrać go w podróż. Obrzezał go jednak ze względu na Żydów, którzy mieszkali w tamtejszych stronach. Wszyscy bowiem wiedzieli, że ojciec jego był Grekiem.” Biblia Tysiąclecia.
Nieustraszony gwałtownik, wyrzucający innym oportunizm (Piotrowi w Liście do Galatów 2,11-14), tu jest roztropny, chytry jak lis, liczy się bardzo z tym, co ludzie powiedzą. Bierze pod uwagę także narodowość ojca, nie tylko matki Żydówki, choć ten był Grekiem, więc to na pozór nie skłaniało do obrzezania ich syna. Chyba jednak uważał, że sytuacja Tymoteusza jest szczególnie delikatna: powinien się ze względów taktycznych obrzezać jako syn Żydówki, czyli Żyd, ale też aby nie padał nań cień inności ze strony ojca. Myślę, ile jest roztropności w dzisiejszym chrześcijaństwie: chyba czasem za dużo, kiedy indziej za mało. Można by powiedzieć syntetycznie, że oglądania się w prawo za dużo, w lewo za mało. Ale Franciszek błąd ten naprawia dzielnie.

10:08, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
piątek, 08 maja 2015
Nie oszczędził Syna. Jak pokój czynić

List do Rzymian 8,31b-32
Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować?” Biblia Tysiąclecia.
Bóg (Ojciec) występuje tutaj w sformułowaniu, w którym mówi się o Nim niemal jak o Judaszu: „wydał”. Tłumaczyłem tę sprawę przedwczoraj: Chrystusa zabili ludzie, nie Bóg, On tylko chciał, by Syn Boży ofiarował się dla nas przez danie nam moralnego przykładu radykalnego niestosowania przemocy nawet we własnej obronie. Można jednak spojrzeć na ten problem jeszcze inaczej. Bóg dopuszcza przecież bez przerwy podobne jakoś męczeństwa: zsyła na świat proroków Starego, teraz Nowego Przymierza, którzy też umierają niewinni. Albowiem taki jest świat stworzony przez Boga, tacy są ludzie, stworzenia skądinąd w porównaniu do innych najwspanialsze. Czyli ciągle nieśmiertelny problem: „Unde malum”, skąd zło, jeśli Bóg jest miłosierny nieskończenie i równie wszechmocny? Odpowiedź jedyna dla mnie możliwa: alternatywna jest stwierdzeniem, że jesteśmy skazani na Bezsens, grę sił moralnie ślepych. Wybieram wciąż optymizm.
Załączam coś, co napisałem dla periodyku „Nigdy Więcej”.
JAK POKÓJ, NIE WOJNĘ CZYNIĆ
Rozważania nieco felietonowe
Że czynić pokój należy, prawie każdy teoretycznie się zgodzi. Ewangelia Mateusza powiada: „Błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni synami Bożymi nazwani będą” (5,9) i w innych księgach słowa podobne padają. Mało kto przyznaje się do zamiaru wojennego: jeśli nawet, to zawsze usprawiedliwia go jakoś. Ideał absolutnego niestosowania przemocy, będący głównym przesłaniem Ewangelii, zszedł jednak z oczu nawet samych chrześcijan, jak tylko z prześladowanej mniejszości stali się wyznawcami religii państwowej. Można zresztą powiedzieć ogólnie, że niemal każda religia czy raczej jej wyznawcy przemoc stosują najspokojniej, choć mogłaby z niej wynikać jakaś międzyludzka łagodność.
Wszystkiemu winne nasze „ja”
Na pięć wieków przed Chrystusem pojawił się natomiast Budda, który również niestosowanie przemocy głosił. Doszedł mianowicie do wniosku, że źródłem wszelkiej wojowniczości jest przypuszczenie, iż istnieje coś takiego jak ludzkie „ja”, a to nieprawda. Apostoł buddyzmu na Zachodzie Japończyk Daisetz Teitaro Suzuki napisał, że skoro „ego” nie ma, to nie mogło być ukrzyżowane. „Czyż to, że Chrystus umarł zawieszony pionowo na krzyżu, podczas gdy Budda skonał w pozycji poziomej, nie jest symbolem podstawowej różnicy – nie w jednym tylko znaczeniu – między buddyzmem a chrześcijaństwem. Pozycja pionowa wyraża działanie, bojowość, ekskluzywizm, pozycja pozioma natomiast spokój, tolerancję i szerokie poglądy. Chrześcijaństwo, będąc aktywne, ma w sobie coś, co pobudza, wstrząsa i niepokoi. Będąc wojownicze i ekskluzywne, chce dzierżyć autokratyczną, niekiedy despotyczną władzę nad innymi, choć głosi demokrację i powszechne braterstwo. Pod tym względem buddyzm okazuje się całkowitym przeciwieństwem chrześcijaństwa” (zacytowałem z książki Adama Szostkiewicza „Wielkie nieba”).
Myślę, że mamy tu do czynienia ze stylem propagandowym. Autor sugeruje, że jego religia nigdy nie skłaniała do nietolerancji, a przecież bywało różnie tam, gdzie była państwową (w Tajlandii, Nepalu czy obecnie w Birmie). Można też bronić chrześcijaństwa argumentem, iż religia ta nie głosi nieistnienia „ego”, bo jest to po prostu fakt psychologiczny, natomiast Chrystus dając się ukrzyżować zanegował jakby swoje „ja” praktycznie, czego Budda nie dokonał. W wielkiej myśli Dalekiego Wschodu zawiera się jednak intuicja bezsporna, czynienia pokoju ściśle dotycząca. Albowiem wojowniczość z zapatrzenia we własne „ego” nieuchronnie wynika.
Nie czyń drugiemu...
O egoizmie napisano całą bibliotekę, nie będę się rozwodził. Wymyślono również maksym etycznych legion: aby wrócić do Ewangelii, zacytuję tę oto: „Wszystko, co byście chcieli, aby wam ludzie czynili, to i wy im czyńcie. Takie jest bowiem Prawo i Prorocy” (Ewangelia Mateusza 7,12 oraz Łukasza 6,31). Jest to tak zwana złota reguła etyczna, mająca swój odpowiednik w żydowskiej wersji tej zasady, przypisywanej wybitnemu „uczonemu w Piśmie” Hillelowi: „Nie czyń drugim, co tobie jest niemiłe. To jest Tora, a wszystko inne jest wyjaśnieniem.” Któż wie, że takie jest źródło maksymy polskiej: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”.
„Ego” jest fundamentalnie niedemokratyczne: wszyscy ludzie są równi, zgadza się, ale jam jest równiejszy. Mój interes i moja racja, moje poglądy, a nie cudze. W „Tygodniku Powszechnym” z 12 kwietnia taka anegdota wielkiego teologa islamskiego, najwybitniejszego poety sufickiego, Rumiego:
„Puk, puk... – Kto tam? – To ja.
- Nie ma tu miejsca dla mnie i ciebie.
Puk, puk... – Kto tam? To Ty.
- Wejdź.”
To tekścik z innej religii i kultury, w naszej oczywiście podobnych wiele. Ja, my, moi, nasi. Taki egocentryzm, bardziej po polsku: samolubstwo, jest przyczyną rozwodów, rozłamów w na pozór zintegrowanych środowiskach, wojen. Wojen również: przyczyną każdej jest tak czy inaczej troska o to, żeby moje było na wierzchu. Nienawiść narodowa, rasowa, klasowa, chęć powiększenia własnego terytorium, zapędy imperialistyczne, urażona duma władców – wszystko to da się sprowadzić do wspólnego samolubczego mianownika.
Jak jednak z takimi postawami walczyć w sobie samym, w swojej wspólnocie? Oto trochę myśli instrukcyjnych. Sprawa podstawowa to psychologiczna „autoanaliza”, po prostu spojrzenie na siebie albo na swoją wspólnotę „w prawdzie”, przez okulary różu zupełnie pozbawione. Czy naprawdę kierują mną albo moją wspólnotą zupełnie czyste intencje? Czy gdy bronię jakichś obiektywnych racji, nie są one w gruncie rzeczy mocno subiektywne? Upieram się przy jakimś swoim pomyśle albo przeciw pomysłowi cudzemu w istocie nie dlatego, że jest mądry albo głupi, tylko dlatego, że jest mój albo cudzy.
Egoizm jednak niejedno ma imię
Wszystko, co wyżej napisałem, to być może właściwie moralistyka, intelektualne truizmy.
Niemniej Józef Wisarionowicz Stalin mawiał podobno, iż należy je powtarzać, więc może nie jestem najgorszy. Sprawy byłyby zresztą teoretycznie prostsze, gdyby nie to, że komplikuje je różnorodność ludzkiej natury. Bywają bowiem ludzie, którzy – jak ktoś ich określił – chowają się sami za siebie. Są niekonfliktowi, „cisi”, do tego stopnia, że nie podejmą żadnych działań na rzecz czegokolwiek, nie wystąpią w obronie niczego czy nikogo. Siedzą cicho, gdy trzeba się odezwać albo wręcz działać. To na pewno nie jest dobre niestosowanie przemocy, bo nie chodzi w nim przecież o bierność. Ona też jest egoizmem, bo wynika z troski o własną skórę, o to, żeby się nie wychylić, bo można oberwać. Pojęcie wojny sprawiedliwej nie jest, co prawda, moralnie bezpieczne, teologowie nie lubią już nim szafować, niemniej radykalny pacyfizm również, bo przecież „obrona konieczna” czasem jest naprawdę konieczna. Trzeba unikać wojny, prowadzić z uporem maniaka dialog, pertraktacje, nie kosztem jednak życia podopiecznych. Mówiąc krótko i węzłowato, pokój nie jest wartością absolutną. Czyniąc go za wszelką cenę, zaprzecza się wartościom, którym ma służyć. Czyniąc z zeń bożka, wypacza się jego Boży sens. Pokój to nie jest tak zwany święty spokój!
PS. Wrócę jeszcze do cichych i głośnych. Piszę ten tekst w dzień po pogrzebie Władysława Bartoszewskiego, więc jego superaktywność chodzi mi po głowie. Zwierzę się ze wspomnienia o nim nie najpochlebniejszego. Było to sto lat temu, w mieszkaniu pani Anieli Urbanowiczowej, znanej postaci z ówczesnego warszawskiego KIK-u, czyli Klubu Inteligencji Katolickiej. Starała się gromadzić u siebie ludzi różnej myśli, zawsze jednak dalekiej od komunistycznej sztampy, był to taki jakby pozacenzuralny intelektualny salon. Kiedyś zaprosiła właśnie Bartoszewskiego, gdy go jeszcze profesorem nikt nie nazywał, ale do powiedzenia miał zawsze wiele. No i mówi i mówi, robi się zebranie z referatem, nie salon. Słyszę szept jego żony: - Władku, skończ już, ludzie wychodzą, na co on: - A niech wychodzą! Otóż gadulstwa na starość coraz bardziej nie znoszę, sam swoje chyba doszczętnie zwalczyłem, uważam je za przejaw jakiegoś egocentryzmu, ale byłbym idiotą kompletnym, gdybym Profesora za samoluba uważał. Nawet i to, że miał język niewyparzony („dyplomatołki”...), nie czyni zeń przecież wojny zwolennika.Postać oczywiście ogromna.

18:21, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
czwartek, 07 maja 2015
Miłość konkretna jest!

Ewangelia Jana 15,9-10
„Jak Ojciec mnie umiłował, tak i ja was umiłowałem. Trwajcie w mojej miłości. Jeśli będziecie przestrzegali moich przykazań, trwać będziecie w mojej miłości, jak i ja zachowałem przykazania mego Ojca i trwam w Jego miłości”. Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Przykazania wydają się niektórym kościelną „piłą”, miłość to dopiero moralność, etyka! Reguły życia z Dekalogiem na czele to jednak nie byle co, nie wolno ich lekceważyć, są miłości jakimś ukonkretnieniem. Nie znaczy to też, że etyka katolicka to system nakazów i zakazów, owszem, to raczej zbiór wartości, a w ogóle to naśladowanie Chrystusa. Kwestia jest tylko rozumienia przykazań, które czasem ewoluuje, pogłębia się, rozszerza: na przykład pojęcie bliźniego rozszerzające się od wąskiego, narodowego do ogólnoludzkiego, albo przykazanie „nie zabijaj”, które dzisiaj oznacza nawet sprzeciw wobec kary śmierci, albo wreszcie nauczanie kościelne na temat regulacji poczęć, kiedyś wykluczające nawet tak zwane metody naturalne - ale miłość przecież zawsze konkretna jest!

16:24, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 06 maja 2015
Małe Credo Pawła z Tarsu

1 List do Koryntian 15,1-8
„Przypominam, bracia, Ewangelię, którą wam głosiłem, którąście przyjęli i w której też trwacie. Przez nią również będziecie zbawieni, jeżeli ją zachowacie tak, jak wam rozkazałem. Chyba żebyście uwierzyli na próżno. Przekazałem wam na początku to, co przejąłem; że Chrystus umarł za nasze grzechy, zgodnie z Pismem, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem; i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim Apostołom. W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi.” Biblia Tysiąclecia.
Trochę mojego komentarza.
„Umarł za nasze grzechy”: któż go zabił dlatego, żeśmy nagrzeszyli? Różnie te słowa rozumiano, łącznie z feudalnym przekonaniem, że ofiarniczo przeprosić Boga mógł tylko ktoś równy Mu rangą jako Syn Boży, ale zarazem człowiek, bo to grzechy przecież zupełnie ludzkie. Dziś rozumujemy zgoła inaczej. Odpowiada mi takie tłumaczenie: Jezusa Chrystusa zabili ludzie, nie Bóg. Wolą Ojca było natomiast to, żeby Syn w swojej obronie nie użył przemocy, choć miał moc Bożą absolutną. Ofiarował się zmieniając w ten sposób porządek moralny świata w sposób także bezprzemocowy, stopniowy, dając ludziom przykład etyczny powolutku rzeczywistość zmieniający.
„Zmartwychwstał trzeciego dnia”: to fakt historyczny? Dzisiaj teologowie mówią raczej, że „transhistoryczny”, bo nie został wskrzeszony, tylko przeszedł do nowego życia, poza czasem i przestrzenią, czyli właśnie historią. Ukazywał się nie wszystkim, nie Kajfaszowi ani Piłatowi, bez rewolucji, cichutko. Kefasowi, czyli Opoce, Piotrowi, wielu innym: Dwunastu, potem aż pięciuset uczniom wybranym przez Niego na świadków. Następnie Jakubowi: swojemu bratu rodzonemu albo – jak sądzą katolicy – przyrodniemu, ciotecznemu, stryjecznemu, raczej nienależącemu do Dwunastu (zatem nie synowi Alfeusza), który uwierzył Jezusowi po Jego zmartwychwstaniu i stał się jednym z filarów Kościoła. Wreszcie innemu filarowi z późniejszej kooptacji, zgoła kolosalnemu, pokornemu autorowi tych słów.
Jakiś Jakub jest dziś patronem dnia wraz z apostołem Filipem. Który? Na pewno nie syn Zebeusza, brat Jana, który ma święto kiedy indziej, ale czy „brat Pański” albo jednak raczej syn Alfeusza? Dla układającego kalendarz liturgiczny problemu nie było, bo jest to według niego jedna osoba, ale bibliści są na ogół innego zdania.

13:00, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
wtorek, 05 maja 2015
Pokój głębi

Ewangelia Jana 4,27
„Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie jak świat daje, daję wam. Niech nie drży serce wasze ani się nie boi.” Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Jezus daje pokój głęboki, sięgający aż tam, gdzie czai się lęk, by tak rzec, egzystencjalny, wynikający z braku zaufania do losu, który jest z istoty swej zmienny, nigdy nie wiadomo, co może przynieść. Pokój Jezusowy polega na całkowitym zaufaniu Jemu, Opatrzności, na heroicznej nieraz modlitwie: „Bądź wola Twoja”.

19:18, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 maja 2015
O tym, że zdradził Juda, nie Judasz. O teologicznym nowatorstwie, czyli o dziele ks. Hryniewicza raz jeszcze

Ewangelia Jana 14,22-24
„Mówi Mu Juda, nie Iskariota: - „Panie, cóż się stało, że masz się objawić nam, a nie światu?” Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Jedno zdanie złożone, ale pytań sporo. Najpierw co do samej treści: mamy tutaj ważne pytanie jednego z apostołów, bo o zakres Bożego objawienia: wąski, „kameralny” czy też obejmujący wszystkich wtedy słuchaczy Jezusa albo wręcz wszystkich ludzi na całej ziemi. Biblia Poznańska zauważa w przypisie rzecz oczywistą, że odpowiedzi Jezusa w tym tekście nie ma. Padają natomiast słowa takowe: „Jeśli ktoś mnie miłuje, będzie przestrzegał mego Słowa i umiłuje go Ojciec mój, i do niego przyjdziemy, i mieszkanie u niego uczynimy. Kto mnie nie miłuje, Słów moich nie przestrzega. Słowo, które słyszycie, nie jest moim, ale Ojca, który mnie posłał.”
Czemu Jezus zostawił Judę i resztę Dwunastu z ich problemem? Myślę, że jest tu po prostu jakaś redakcyjna niedoróbka. Uczeń Jezusa, który nad tekstem pracował, nie był nieomylny, a Duch Święty jest, owszem, Biblii współautorem, ale nie współadiustatorem przecież. Następny kłopot myślowy, jaki powinien trapić czytelnika zdania, które dzisiaj analizuję, to problem z Judaszem. Zwie się on tutaj w domyśle nie tak, jak przywykliśmy go nazywać, ale jak w greckim oryginale, czyli Juda, nie Judasz. Czemu jednak zmienia mu się w przekładach imię? Po prostu dlatego, że postanowiono odróżniać go od tych licznych Żydów sprawiedliwych, nazywając go nieco inaczej. Żeby jasne było zdanie dzisiejsze, Poznanianka nazywa obu Judów Judaszami, tutaj i na przykład w Dziejach Apostolskich 1,13. Inne wyjście proponowałem moim trzem biblistom, ale nie są aż tak nowatorscy. Nie zgodzili się, żeby w EPP został nazwany Judaszem wyłącznie człowiek wspomniany w tychże Dziejach 5,37, bo tak też zwie się on w oryginale greckim, a nie ów zdrajca z Dwunastu. Ale kłopotliwy jest Juda apostoł nie tylko ze względu na imiennika, bo nazywany jest w ewangeliach i Dziejach różnie: u Mateusza i Marka występuje mianowicie - bo to on najprawdopodobniej - jako Tadeusz. Podobnych spraw biblijnych legion, ale są w końcu raczej detale. Biblia jak każde dzieło, szczególnie takie powstałe przed wiekami, ważniejsze pytania rodzić musi.
Jeszcze pół wieku temu wydawało się, że podzielonych chrześcijan nie stać na Pisma Świętego tłumaczenia wspólne. Dzięki Bogu ruszyła jednak ekumeniczna lawina myślowa i oto mamy wspólnych przekładów na języki narodowe legion! W Polsce ostatnio także przyjęte przez 11 Kościołów tłumaczenie Pięcioksięgu, wydane ładnie przez Towarzystwo Biblijne. Po Księdze Hioba, Psalmów, Przysłów, Koheleta, Pieśni nad Pieśniami, Księgach deuterokanonicznych, oczywiście po całym Nowym Testamencie! Brawo, szczęść Boże w dalszej pracy translatorskiej!Wspólny przekład to jednak małe piwo przy problemach teologicznych, które rodzi konfesyjny komentarz do tekstu, ale i tutaj jest coraz lepiej. Teologowie zmieniają na szczęście swoje schematy myślowe, wychodzą sobie jakoś na przeciw, łagodzą skrajności. W ogóle teologia jak każda nauka rozwija się. U nas ksiądz Wacław Hryniewicz przykład takiej nauki żywej wciąż znakomicie daje. Parę miesięcy temu ukazała się jego kolejna ważna książka, pod tytułem „Wiara rodzi się w dialogu” (WAM). Pisałem już tutaj o niej, nigdy jednak dosyć. Tym razem rzecz jest nie tylko o ekumenizmie albo o nadziei powszechnego zbawienia, ale o problemach teologicznych różnych, tamtych nie pomijając. Owszem, jest o owej nadziei najważniejszej cały pierwszy obszerny rozdział, następne są o roli dogmatów oraz doksologii. Autor wyjaśnia zaraz w przypisie, co to za „logia”: doxa to chwała, sława, doksologia to oddanie chwały Bogu, uwielbienie Go za Jego dzieła. Hryniewicz pisze, że w pierwszych wiekach Kościoła „sformułowania wiary pojmowano przede wszystkim w sensie doksologicznym jako wyznania wiary, stanowiące integralną część obrzędów liturgicznych. Ich pierwszorzędnym celem było wspólne wyznanie wiary całego Kościoła. Dogmat pojmowano nie jako statyczną formułę doktrynalną, lecz przede wszystkim jako sławienie, uwielbienie Boga i dziękczynienie za Jego zbawcze dzieła”.
No właśnie, nie statyczna formuła doktrynalna. Rozdział kolejny nosi tytuł „Po co Bóg stał się człowiekiem, czyli o sensie zbawienia”. Pod sam koniec tej części książki mamy takie zdania: „W naszym życiu doczesnym nie znajdziemy zadowalających odpowiedzi na wszystkie pytania, które pojawiają się w nas, kiedy uważnie i ze zdrową dozą krytycyzmu czytamy biblijne narracje o przyjściu na świat Jezusa. Lekcja jest chyba wyraźna i ważna: w życiu wiary trzeba uczyć się żyć z pytaniami.” Na przykład z pytaniem, czy – jak twierdzi sporo biblistów różnych wyznań – wiara w Jego dziewicze poczęcie nie powinna być rozumiana dosłownie, biologicznie, o czym też właśnie pisze odważnie polski autor. Następne rozdziały są o tak zwanym grzechu pierworodnym, o radości i znowu o nadziei, tylko ogólniej, potem o cierpieniu (bardzo pięknie, poruszająco), o ateizmie, o dialogu wiary z niewiarą. Zawsze w sposób myślowy świeży, zarazem jakoś nieburzący, mam nadzieję - nieoburzający, choć budzący sprzeciw.
Albowiem Hryniewicz jest jednym z nielicznych polskich teologów, który nie boi się jak ognia nowości: po prostu jest naprawdę uczonym. Jego rozważania na temat ekumenizmu oraz nadziei eschatologicznej budziły kiedyś potężne sprzeciwy, dziś już mniejsze, ale wciąż nic nie idzie gładko. Napiszę natomiast coś ze stron 278-284: na pytanie o nurt teologiczny zwany „Quest for the historical Jesus”, czyli specyficznych poszukiwaniach Jezusa historycznego, nasz nowator myślowy odpowiada: „Coraz mniej we mnie chęci poruszania się po tego rodzaju torach. Chodzi ustawicznie o odbóstwienie Jezusa i zredukowanie Go do roli mylącego się i błądzącego proroka”. Nowatorstwo teologiczne ma swoje granice i to właśnie tutaj Hryniewicz mocno stwierdza.
Niemniej są tacy, którym się wydaje, że doktryna religijna to budynek w sensie dosłownym. Takie coś jakby z cegieł: gdy się jedną wyjmie, powstaje dziura grożąca zawaleniem całej konstrukcji. Przy podobnym założeniu rozwój doktryny nie jest możliwy czy w każdym razie musi być bardzo ograniczony. Otóż na pewno nowatorstwo teologiczne ma swoje granice i to właśnie Hryniewicz jasno zaznacza, ale gdyby granice te nadmiernie zacieśnić, byłoby bardzo źle właśnie dla Kościoła, dla jego zwyczajnej wiarygodności. Dzisiejszy człowiek, w każdym razie Europejczyk, twardych stanowisk nie lubi, „beton” to przecież potoczne określenie czegoś tępego, a więc niemądrego. Duchowi czasu za bardzo ulegać nie można, wiara chrześcijańska to niezłomna pewność, że Jezus, Syn Boży, zmartwychwstał i my też zmartwychwstaniemy, że Bóg jest jeden, ale w trzech Osobach, niemniej język mówienia o tego rodzaju sprawach zmienny być musi, jak zmienny jest sam człowiek. Tyle o tej bardzo ważnej, powtarzam, książce.

23:16, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
niedziela, 03 maja 2015
Logion dla skrupulantów

1 List Jana 3,20
„A jeśli serce oskarża nas, to przecież Bóg jest większy niż nasze serca i zna wszystko.” Tysiąclatka.
Słów tych łatwo nadużyć, ale niech je przeczytają ci, których torturują wyrzuty sumienia.

13:28, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
sobota, 02 maja 2015
Królowa ludzkości Miriam z Nazaretu

Ewangelia Jana 19,25-27
Scena mariologiczna pod krzyżem. Matka Jezusa nie jest tu oczywiście żadną miarą królową, a już na pewno nie Polski. Niemniej nie jest absurdalna egzegeza, iż mamy tutaj nie tylko sprawę opieki nad matką, ale i szerszą znacznie: przekazany jej jako syn apostoł Jan reprezentuje całą ludzkość, oddaną Marii przez Jezusa w opiekę. Ewangelia Jana jest przecież pełna symboli, znaczeń niedosłownych. Napisało mi się też do „Gazety Wyborczej” coś takiego.
Już w sobotę uroczystość Maryi Królowej Polski: spotkała się z jutrzejszą niedzielą i musiała jej ustąpić miejsca, bo w kalendarzu ogólnokatolickim jest o wiele mniej ważna.
Matka Jezusa kiedyś zwała się Królową Korony Polskiej: nie chodziło o ozdobę jej ikony, ale o jej opiekę nad tą pierwszą częścią Rzeczypospolitej, odrębną od Litwy i Rusi. Potem była i jest do teraz uznawana w moim Kościele za opiekunkę Polski po prostu. Ale nie tylko Polaków. Nie chodzi mi o to, żeby narzucać innym wiarę rzymskokatolicką, niech jednak wiara nasza łączy, a nie dzieli. Niech nie dzieli osoba Miriam z Nazaretu, która niewątpliwie Polką nie była, żadnego naszego nacjonalizmu nie może być patronką. Jest zresztą przecież matką Jezusa, który zginął, bo także tę nienawiść gwałtownie potępiał. Przybywają do Polski coraz liczniej obcokrajowcy ze Wschodu i z Południa: Ukraińcy, Cyganie, Arabowie, Murzyni... Niech będzie Polska ich dobrą nową ojczyzną.

09:56, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
piątek, 01 maja 2015
Dzień duchownych roboli

Ewangelia Mateusza 13,54b-55a
„Skąd u niego ta mądrość i cuda? Czyż nie jest on synem cieśli? Biblia Tysiąclecia.
Sprawa zawodu Józefa z Nazaretu dotknięta zostaje dzisiaj, ponieważ Kościół mój wspomina dziś tego świętego jako rzemieślnika, robotnika, a to dlatego, że poza Kościołem mamy święto robotnicze. Kiedy za papieża Piusa XII w r. 1955 zostało ono ustanowione, usłyszałem komentarz, że to kościelne kaperowanie tej idei wobec politycznej lewicy, odebrałem to jednak jako czepialstwo. Niech Kościoły troszczą się po swojemu o los ludzi pracy ręcznej, często wciąż biedniejszych niż „białe kołnierzyki”. Niech uczy tych drugich, jak nie pogardzać „robolami”. Tak jak to może trochę było w dzisiejszej scenie ewangelijnej (jeszcze wyraźniej u Marka 6,3, gdzie Jezus sam jest cieślą), w której chyba sugeruje się, że syn zwykłego cieśli nie może powiedzieć o Bogu nic mądrego, cudu uczynić tym bardziej. Moi przyjaciele bibliści, ks. Czajkowski i arcybiskup Jeremiasz, nie poparli tej mojej myśli, mówiąc, że chodziło tylko o identyfikację Jezusa, ale mnie nie przekonali. Wydaje mi się jednak, że byłoby w ogóle Chrystusowi o wiele łatwiej gdyby był rabinem albo przynajmniej synem rabina. Ale ja dzisiaj pomyślałem też sobie o księżach jako „robotnikach winnicy Pańskiej” i napisało mi się komentarzyk taki.
Wbrew mało kompetentnej opinii nie wszyscy duchowni śmierdzącymi leniuchami są. Owszem, niektórzy traktują kapłaństwo jako zawód zwykły, którego wykonywanie idealne nie musi być wcale. A przecież wspominamy dzisiaj w Kościele Józefa z Nazaretu jako robotnika, który jeżeli był święty, to stolarskim brakorobem na pewno nie potrafił być. Nie wszyscy jednak księża brakorobami są. Po drugie, duchowna służba wojskową jest raczej, nie cywilnym zajęciem: Kościół jest armią, choć nie zabijaniu ma na pewno służyć, jeśli zabija słowem, to skandal to straszny. Ale są tacy duchowni żołnierze, którzy ani nie zabijają słowem, ani nie obijają się. Co piszę, myśląc na przykład o moim przyjacielu księdzu Michale, który przed każdą ludzką sprawą na baczność zwykł stawać.

13:01, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
Archiwum