Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
czwartek, 31 maja 2012
Manifest ewangelijnej rewolucji. Katolewicowy jest również KIK-owski ”Kontakt”!

Ewangelia Łukasza 1,39-56
Opowieść o odwiedzinach „w górach” u Elżbiety. Tych, co znają lepiej Biblię, nie dziwi to określenie miejscowości w Judei tak, jakby główna część Ziemi Świętej z Jerozolimą na czele była na jakimś tamtejszym Podhalu. Maryja musiała zmęczyć się bardzo podróżą (może na piechotę, co było wtedy wśród ludzi biedniejszych normalne): była przecież w ciąży. A może ta podróż to biblijna „beletrystyka”? Podobną swoją wątpliwością (nie wiedząc, że mają ją również uczeni bibliści) podzielił się ze mną mój przyjaciel Jan Tomasz Lipski w okresie Bożego Narodzenia: czy aby na pewno rzeczywiście Józef z Maryją tuż przed jej porodem poszli aż do Betlejem, ponieważ stawienia się w miejscu pochodzenia wymagał zarządzony przez cezara spis ludności? Po jakie licho była mu potrzebna taka wędrówka ludów? Raczej potrzebna była Łukaszowi, żeby mógł napisać, że Jezus urodził się - zgodnie z proroctwami - w Betlejem (Mateusz nie miał takiego problemu, bo według niego Święta Rodzina osiedliła się w Nazarecie dopiero po powrocie z Egiptu). No cóż, tak zwane ewangelie dzieciństwa podają trochę opowieści dość mało prawdopodobnych historycznie: musimy się z tym pogodzić. Ciekawe, co napisze Benedykt XVI w trzecim tomie swego dzieła o Jezusie, które ma dotyczyć właśnie tych lat Jego życia? Męczy się teraz nad tą delikatną problematyką: wolałby pewnie nie mieć poza tym (przede wszystkim) na głowie Kurii Rzymskiej, obrzydliwie skłóconej. Jest profesorem, nie administratorem; podobnie jak jego poprzednik, który jeszcze w Krakowie „ pasł dusze” zamiast rządzić, BVI nie panuje nad owym kłębowiskiem żmij. I teraz niepotrzebnie bagatelizuje ten problem na użytek opinii publicznej.

Wracam do Maryi i jej krewnej (ciotki?) Elżbiety: przesłanie dzisiejszej perykopy jest nizależnie od tamtych wątpliwości wspaniałe. Nie wiadomo, co prawda, również, czy hymn „Magnificat” został rzeczywiście wygłoszony przez matkę Jezusa w domu Elżbiety, pewne jest natomiast, że jest to manifest rewolucji ewangelijnej: „Stracił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił”. Naprawdę? Kręcone przez Opatrzność koło Fortuny wywyższa straszliwie poniżonych: „jakiś Jezus”, wzgardzony, ukarany śmiercią najhaniebniejszą z możliwych, jest dziś na ustach milionów, tylu innych męczenników również.

A to wszystko napisałem jako komentarz do biblijnego tekstu przeznaczonego na dzisiaj, bo na koniec maja przeniesiono z 2 lipca mające niewątpliwe podstawy w Biblii święto Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Wszystkim paniom Marysiom, które przeniosły sobie zatem imieniny, wpisuję życzenia najlepsze!

A propos ubogich - polecam lekturę numeru 19 kwartalnika „Kontakt". Młodzież z warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej wydała numer kapitalny. Już samo hasło zeszytu: „Po lewicy Ojca” to fajny greps. Ale tytuł wstępniaka to już nie żarty, to ciężkie oskarżenie: „Zdradzona misja”. Czytamy:

”Numer ten nie jest numerem zwyczajnym. Pełni on bowiem funkcję manifestu. (...) Każdemu, komu na dźwięk słowa „katolewica" włos jeży się na głowie, a przed oczami staje Chrystus z karabinem na; ramieniu, należy się nie tylko punkt za erudycję, ale i kilka zdań wyjaśnienia. Jakie względy mogły skłonić nas - dzieci powszechnego Kościoła - do ukrywania się za polityczną etykietą? (...) Zarówno ludziom Kościoła, jak i ludziom lewicy pragniemy zasygnalizować, że próba pogodzenia inspiracji chrześcijańskiej z lewicową bynajmniej nie prowadzi do sprzeczności. Mało tego, uważamy, że dziś - w dobie kryzysu ekonomicznego - odwołanie się do społecznego potencjału obydwu tych środowisk, przez obydwa zaniedbanego, jest nie tylko próbą ich autentyczności, lecz także stanowi o losie ludzi ubogich, którzy powinni być naturalnym przedmiotem ich troski. (...) Kościół, który troskę o ubogich sprowadza do poziomu fakultatywnej dobroczynności, znacznie bardziej zaś jeszcze antyklerykalna lewica, w imię wartości liberalnych z pasją produkująca kolejne kręgi wykluczenia - zdradziły powierzone sobie misje. Jako ludzie uważający się za chrześcijan o przekonaniach lewicowych, nie chcemy i nie możemy s pokojnie na to patrzeć.”

A Jan Mencwel i Misza Tomaszewski piszą: ”Lewica bezkrytyczne uwierzyła w neoliberalny model przemian, rezygnując z prób zbudowania «kapitalizmu z ludzką twarzą» czy szukania «trzeciej drogi». Bardzo szybko odnalazła też sposób na kontynuowanie swojej tożsamości w sferze pozaekonomicznej. Idąc w ślady lewicy zachodnioeuropejskiej, zamiast «kwestii społecznej» podjęła «kwestię obyczajową», co oznaczało wypowiedzenie wojny niezwykle silnemu wówczas przeciwnikowi - Kościołowi katolickiemu, jednemu z architektów bezkrwawej transformacji ustrojowej roku `89. Wojna ta trwa po dziś dzień, w znacznym stopniu angażując ugrupowania lewicowe, w niemałej też mierze - instytucjonalny Kościół. Ze szkodą dla ludzi, którzy powinni być przedmiotem szczególnej troski przedstawicieli obydwu tych środowisk: dla ofiar wspomnianej transformacji.
W efekcie (...) owi wykluczeni zostali sprawnie zagospodarowani przez populistów, łączących hasła opartego na rozdawnictwie społecznego solidaryzmu z nacjonalistyczną retoryką, przedstawiającą katolicyzm jako «formę polskości». Fakt, że do tego dopuściliśmy, obciąża po równo sumienia nas wszystkich: ludzi Kościoła i ludzi lewicy. Wbrew swojemu najbardziej fundamentalnemu powołaniu, w ciągu ostatnich dwudziestu lat stworzyliśmy własne kręgi wykluczenia. Nie sposób przecenić roli, jaką w cementowaniu środowiska Radia Maryja odegrali lewicowi liberałowie z „Gazety Wyborczej". Podobnie, nie sposób nie zadumać się nad niezwykłością drzemiącego w polskim Kościele potencjału do antyklerykalizowania społeczeństwa.”

Michnik cementuje Rydzyka: teza mocna, ale prawdziwa cnota krytyk się nie boi, zresztą sam naczelny „Gazety” broni się dzielnie w wywiadzie obok. Koleżanki i koledzy - tak trzymać!

21:45, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 30 maja 2012
Jako kwiat polny...

1 List Piotra 1,24-25
Ewangelia Marka 10,32-45
„24. Albowiem
wszelkie ciało jak trawa
i cała chwała jego jako kwiat polny;
uschła trawa i kwiat opadł,
25. lecz słowo Pana trwa na wieki.
A to jest Słowo pośród was zwiastowane.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Obraz botaniczny pochodzi z Księgi Izajasza 40,6.8 i służy myśli niejednego mędrca, żeśmy przemijalni, w każdym razie tu na ziemi. Im kto starszy, tym lepiej widzi ową przemijalność. Trwałe są tylko wartości duchowe, wyrażone w Bożym orędziu.

A z ewangelii powieść o uczniach jeszcze niewiele rozumiejących. Chrystus mówi im, co Go czeka w Jerozolimie, a dwóch z nich bardzo Mu bliskich, Jakub i Jan, myśli o czymś zgoła innym: usiłują załatwić sobie przez Niego poczesne miejsce w niebie. I mamy dalej teologię polityczną w pigułce: „Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie sługą waszym.” Te same w istocie wartości, co i tamte z Listu Piotra, te same miary. Jak trudno nieraz o nie każdemu z nas. Nie tylko kłócącym się dostojnikom z Kurii Rzymskiej.

14:48, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
wtorek, 29 maja 2012
Co kto lubi

Ewangelia Marka 10, 28-31
28. „Wtedy odezwał się Piotr: - Oto my porzuciliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą.
29. Odparł Jezus: - Amen, powiadam wam, każdy, kto porzuci dom albo braci, albo siostry, albo ojca, albo matkę, albo dzieci, albo pola dla mnie i dla Dobrej Nowiny,
30. już teraz w czasie obecnym, wśród prześladowań - stokroć więcej otrzyma domów i braci, i sióstr i matek, i dzieci, i pól, a w czasie przyszłym życie wieczne.
31. Wielu zaś pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi".
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Może zdziwić werset 30: ta obfita nagroda tu na ziemi. Sens jest oczywiście przenośny: owe wszystkie bogactwa to radość tych, których nie przygniata życie pełne wyrzeczeń, bo raduje ich heroiczna służba bliźnim. Matka Teresa z Kalkuty nie chodziła ponura, Jean Vanier, założyciel „Arki", czyli wspólnot partnerstwa z niepełnosprawnymi umysłowo, uśmiecha się również uroczo. Gdy robiłem z nim rozmowę dla „Gazety Wyborczej", wzruszył mnie bardzo. Ta chatka, w której mieszka skromniutko, on, człowiek sławny na cały świat.

16:22, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 maja 2012
Nasza Matka Powszechna. Wiara według księdza Tischnera

Ewangelia Jana 2,3
„A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: - Nie mają już wina." 
Ewangelia Jana 19,28
„Następnie rzekł do ucznia: - Oto Matka twoja." 
Przeznaczono katolikom na dzisiaj te właśnie mariologiczne wersety, bo od Soboru Watykańskiego II w drugi dzień Pięćdziesiątnicy (Niedzieli Zesłania Ducha Świętego, u nas Zielonych Świątek) mamy święto Maryi, Matki Kościoła.

Najpierw jeszcze o Pięćdziesiątnicy: to prastara nazwa najstarszego chrześcijańskiego święta, odpowiednika żydowskiego święta (siedmiu) Tygodni (Szawuot), czyli też (prawie) 50 dni (7x7). Nazwa prawosławna i protestancka, też i katolicka: mamy ją w nazwach uroczystości w językach francuskim (Pentecôte), włoskim (Pentecoste) i niemieckiem (Pfingsten).

A teraz z powrotem o tym nowym święcie maryjnym. Nie trzeba sądzić, że Vaticanum Secundum wzmogło nieopanowany kult maryjny. Wyprostowało go, było zwycięstwem chrystocentryzmu: tematyka mariologiczna nie została potraktowana autonomicznie, ale wkomponowana w Konstytucję o Kościele. Bo też uważa się Matkę Jezusa za Jego pierwszą uczennicę i jakiś swoisty symbol całej kościelnej wspólnoty. Trudno zaś nie kojarzyć Jego Matki macierzyńsko: nie tylko jako Bogarodzicy, także jako matki duchowej innych ludzi. W końcu z pierwszej dzisiejszej perykopy ewangelijnej wynika to wszechmacierzyństwo „implicite": owa troska o wino (napój fundamentalny) jest symbolem kobiecej, matczynej opiekuńczości. A ”explicite” wynika z drugiej perykopy. Można oczywiście twierdzić, że podobnie jak wyżej to żaden symbol: to tylko wspomnienie osobiste ewangelisty, odnoszące się do niego samego, nic więcej. Przeczyłaby jednak taka teza zgodnej opinii biblistów, że czwarta ewangelia lubuje się w symbolach: nie aż tak, żeby nie za wiele w niej było naprawdę faktem historycznym, jak podejrzewali teologowie zwani liberalnymi (Harnack et consortes ), ale znaczeń niezwyczajnych w niej przecież legion. Zatem po swoistych urodzinach Kościoła pasuje pamięć o osobie, która otacza go na tamtym świecie opieką modlitewną szczególną.

Lektura obowiązkowa: ”Znakowa” książeczka księdza Tischnera, mała, ale kapitalna: nazywa się „Zrozumieć własną wiarę" i zawiera 13 krótkich esejów na ów temat chyba podstawowy, choćby się nie miało żadnej wiary religijnej (drukowane były w „Arce Noego", a potem w miesięczniku „W drodze"). Pozwolę sobie przedrukować tu pierwszy tekst pod tytułem „Wiara szuka rozumienia".
„Kto chce zrozumieć naturę wiary religijnej, niech będzie przygotowany na spotkanie z prostotą. Trudność rozumienia nie polega bowiem na tym, że wiara jest złożona, a my prości, ale na tym, że my powikłani, a wiara prosta.
Wiarę rozumiemy poprzez mowę, którą się wyraża. Mowa wiary jest osadzona na elementarnych doświadczeniach życia, takich jak narodziny i śmierć, miłość i nienawiść, wierność i zdrada. Ale właśnie dlatego wszystko, co nas oddala od elementarza życia, oddala nas również od rozumienia wiary.

Mamy dziś wiele propozycji rozumienia wiary. Wystarczy otworzyć pierwszą lepszą bibliotekę religijną, by dostać zawrotu głowy. Trzeba jednak przyznać, że ogromna większość przedstawień obraca się w obłokach abstrakcji i przekonuje tylko tych, którzy już są przekonani. Wiarę można rozumieć   dwojako: albo w oderwaniu od historii, a więc w nawiązaniu do tego, co wiekuiste, albo w związku z historią, z historycznymi „znakami czasu". Pierwszy sposób jest mało owocny. Jeśli natomiast idzie o drugi sposób, to widzę dziś właściwie tylko jeden drogowskaz - Emmanuela Lévinasa.
Koncepcja - a może raczej: świadectwo - Lévinasa wyrasta z sytuacji po Oświęcimiu. Oświęcim to symbol współczesnego totalitaryzmu i jego zbrodni. Czy epoka Oświęcimia stała się epoką śmierci wiary? Z pewnością nie. Prawdą jest jednak, że jakiś rodzaj wiary umarł. Wiara po Oświęcimiu nie jest już tą samą wiarą, jaką była przed Oświęcimiem. Rozumienia wymaga dziś wiara, która stawiła czoło Oświęcimiowi. I tym właśnie zajmuje się Lvinas.
Czytamy u Léevinasa: „Proponuję nazwać religią więź, która powstaje między kimś-takim-samym (le Mê me) a Innym (l'Autre) bez konstytuowania całości (totalitée)". Spróbujmy podstawić pod te słowa konkretny obraz biblijny. Będzie to obraz stosunku między ojcem a synem. Bóg jest dla człowieka jak ojciec dla syna, jeśli więc mamy zrozumieć religię, musimy zrozumieć relację ojcostwa i synostwa. Ojciec to ten Inny, syn to ten, który chce być sobą. Ale i na odwrót: ojciec pragnie być sobą, a syn zachować swą „inność". Spójrzmy bardziej z bliska.

Nie to jest ważne, że ojciec stanął u początków życia syna. Właściwe ojcostwo zaczyna się później - jako forma przeżywania wierności. Ojcostwo buduje relację wewnętrzną z synem. Oto m ó j syn, moje d z i e c k o. W całej jego bezbronności - moje. Ale wkrótce potem, a może nawet jednocześnie, przychodzi zaskoczenie: inny. Podobny i zaskakująco inny. Coraz bardziej inny, z wypisanym na czole własnym losem. Po krótkim powitaniu syna przez ojca wszystko zaczyna być pożegnaniem.

Ojciec wierzy w syna i syn wierzy w ojca, a dwie te wiary są wyrazem jednej i tej samej miłości. Ojciec potwierdza swą wiarą w syna własną ojcowską tożsamość i tym bardziej, niejako na co dzień, staje się ojcem, czyli sobą. I syn wierzy w ojca. Nie jest to jednak taka sama wiara. Syn musi stać się sobą, a jego „sobość" polega na tym, by oderwać się od ojca. Musi zobaczyć, że jest inny, coraz bardziej inny. Doświadczenie inności przychodzi z obu stron.

Podkreślając inność, syn potwierdza jednak również swe synostwo, bo jest to inność w podobieństwie. Tym samym potwierdza także ojcostwo ojca. Nie tylko ojciec „rodzi" syna, także syn „rodzi" ojca. Obaj „wierzą" w siebie, ale ich „wiara" jest pełna niespodzianek, zaskoczeń, napięć. Gdzie jest źródło   tych napięć? Źródłem jest wolność. Możemy obserwować, jak w relacje między ojcem i synem wkracza powoli doświadczenie wolności. Bez wolności ani syn nie byłby synem, ani ojciec ojcem, ani nikt nie byłby sobą. Wolność oznacza, że trzeba wybierać. Nieustannie trzeba wybierać.
Kim jest więc ten Inny - ten l'Autre, ten Alter, dla którego nie ma dobrego odpowiednika w języku polskim? Jest tym, kogo trzeba wybierać. Wzajemne wybranie - oto jedyna więź możliwa między tymi, którzy są inni. „Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę". Wybór uczyniony na wieki i powtarzany w każdej chwili to wierność.
Wiara jest w istocie wiernością. Nie ma jednak wierności bez prób wierności. Wierność musi wiedzieć, czym jest, i do tego potrzebna jest jej próba. Próba polega na porzucaniu. Człowiek próbuje: syn porzuca ojca i staje się synem marnotrawnym. Doświadczenie inności dochodzi do zenitu. Potem wraca, by potwierdzić synostwo. Ojciec trwa w wierności. Bardzo trudno przestać być ojcem. W życiu bywa jednak rozmaicie. Bywają ojcowie, którzy wyrzekają się synów, i synowie, którzy wyrzekają się ojców. Uważają, że na tej drodze odzyskają swą tożsamość. W chrześcijaństwie inaczej: ono proponuje nam, abyśmy ufali, że można być synem i sobą jednocześnie - potwierdzając inność, nie gubić synostwa.
Powróćmy jeszcze do Léevinasa. Mówi on: religia to więź, która „nie konstytuuje całości". Całość to totalitée. Słowo to kojarzy się z totalitaryzmem. Więź religijna może bardzo łatwo zamienić się w więź „totalizującą". Ojciec staje się wodzem, a syn częścią maszerującego oddziału. Z relacji znika wolność, a wierność jest zastąpiona pozorem wierności. I wtedy więź między człowiekiem a człowiekiem zaczyna przypominać więź gatunkową. Jak każdy z nas przynależy do gatunku ludzi, tak ma przynależeć do całości kierowanej przez kogoś, kto udaje ojca. Kim jest wtedy ten, kto wierzy? Jest przedstawicielem „gatunku katolików".

Ale więź religijna jest więzią z tym, kto jest inny. Jak syn. Jak ojciec. Jak Bóg dla człowieka. Jak człowiek dla Boga, Inny, a przecież swój; ten, kogo się nie da, kogo nie można zamknąć w więzieniu tego samego gatunku, tego samego państwa czy nawet tego samego Kościoła.
Powiedziałem: wiara szuka rozumienia. To stara augustyńska formuła. Wiara znaczy tu - fides. A fides to po prostu wierność.. Tak więc tym, co szuka rozumienia, jest nasza wierność. Nasza wierność rozbijała wczoraj granice totalitaryzmu. Przypomnijmy sobie te czasy. Przypomnijmy postać księdza Jerzego Popiełuszki. Ujawniła się więź między tymi, którzy byli inni, a jednak swoi: swojskość w inności i inność w swojskości. Dotknęliśmy samego rdzenia religii. Staliśmy się uczestnikami więzi, która nie totalizowała. A potem gdzieś się to załamało. Nasze myślenie stało się myśleniem „gatunkami". „Gatunek katolików" stanął naprzeciw „gatunku ateistów" i wielu innych „gatunków". Staliśmy się ofiarami mniejszych i większych totalizacji.
Jak to było możliwe? Kto jest winien? Kto zaczął? Myślę, że wszyscy są po trosze winni. Wszyscy dali się ponieść jakiemuś prądowi, który do tego stopnia ukochał walkę, że zagroził nawet największej i najgłębszej wspólnocie - wspólnocie wierności. Walka okazała się silniejsza niż solidarność. Myślę, że mamy dziś przed oczyma widok niezwykły: widzimy, że obok tej wierności, która burzy wszelkie totalizacje, dzień po dniu wyrastają totalitarne pokusy, zamieniając się w tysiące uczynków niemiłosiernych, jakimi przepełniona jest nasza codzienność.”

Trochę oryginalnego katechizmu, trochę aktualnego komentarza. Szkoda, że nie ma już Józefa Tischnera.

17:17, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
niedziela, 27 maja 2012
Oświeciciel

List do Rzymian 8,26
„Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami."

W Ewangelii Jana i w pierwszym jego liście nazywany jest Parakletem, czyli Rzecznikiem, Obrońcą, Orędownikiem, Pomocnikiem, Pocieszycielem, Uświęcicielem, Oświecicielem... Tyle funkcji, a właściwie jedna: gdy nasz Zbawiciel jest już w Niebie, zastępuje Go Jego (i Ojca) Duch, który dzieło zbawcze po swojemu kontynuuje.

Dziedziną, w której szczególnie byłaby po żądana pobożność bardziej Duchowa, jest nasz codzienny etos. Katolicki model etyczny chrześcijanina był inspirowany rzymskim legalizmem oraz ideą naśladowania Chrystusa. Otóż wydaje mi się, że model ten zawsze będzie kulał (szczególnie w sytuacjach trud nych wyborów, w których ani prawo nie daje instrukcji, ani owa idea naśladowcza nie daje się skonkretyzować), jeśli nie oprze się na modlitwie do Ducha Świętego Oświeciciela.

Duch tchnie, kędy chce... Nie daje się „skanalizować", „ująć w ramy", lubi być nie „po linii". Przemawia przez proroków i w ogóle robi bałagan. Na szczęście dzięki Soborowi Watykańskiem II zrozumieliśmy, że Kościół powinien być wzorem nie tylko w utrzymywaniu porządku, ale też w twórczym korzystaniu z owego nieładu, bez którego nie byłoby w ogóle rozwoju. Równoważność dwóch czynników kościelnych —  instytucjonalnego, hierarchicznego i spontanicznego, charyzmatycznego — uzasadnia się przez odwołanie się do teologii Trójcy. Mówi się, że z misji Chrystusa wynika cała rzeczywistość widzialna, instytucjonalna Kościoła, a z misji Ducha Świętego — rzeczywistość mistyczna i charyzmatyczna.

W innych ujęciach Duch to nie tylko „wieczny rewolucjonista", ale i wieczny indywidualista. Powiada się bowiem również, że z misji Syna wynika jedność Kościoła jako Jego jednego ciała, z misji Ducha zaś — wielość, a więc zaprzeczenie wszelkiego uniformizmu. Wychodząc z tego założenia, określa się chrzest jako sakrament jedności w Chrystusie, bierzmowanie natomiast — wielości w Duchu Świętym. Podkreśla się przy tym zawsze, że jedność Trójcy powinna inspirować do równowagi tego rodzaju przeciwstawnych tendencji. Czyli że jednostronne akcentowanie czynnika charyzmatyczno-pluralistycznego jest takim samym błędem, jak hierarchiczny uniformizm. Oczywiście wszystkie tego rodzaju ujęcia są dyskusyjne; trzeba również pamiętać, że oświetlają tylko jeden aspekt nieskończenie bogatej Rzeczywistości.

Czytelnik powyższego zapyta jednak może: czy już samo różnicowanie misji Syna i Ducha nie jest sprzeczne z zasadą jedności Trójcy? Myślę, że jest sprzeczne tylko z pewnym rozumieniem tej jedności, do jakiego przywykliśmy na Zachodzie. Wschód bowiem zawsze bardziej „indywidualizował" poszczególne Osoby Boże. Do czego miał i ma prawo. Prawo to daje mu właśnie sama Trójca przez swoją wielość, inspirującą do tolerancji dla różnych stylów teologicznego myślenia. A osobliwie Duch Święty — wieczny pluralista...

09:11, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
sobota, 26 maja 2012
Co ci do tego?...

Ewangelia Jana 21,20-22
„Piotr odwrócił się i zobaczył ucznia, którego Jezus miłował" i „zapytał Jezusa: - Panie, a z tym co będzie? Jezus mu odpowiedział: - Jeśli chcę, aby pozostał, aż przyjdę, to co ci do tego? Ty pójdź za mną".
Przekład 11 Kościołów.

Wymiana zdań nieco zagadkowa. Najbardziej znana egzegeza jest ta, którą mamy w dalszym ciągu tekstu ewangelijnego: Piotrowi chodziło o to, czy Jan doczeka Paruzji. Słuchacze zrozumieli odpowiedź Jezusa jako zapewnienie, że tak właśnie będzie, ale autor owego kanonicznego dopisku do ewangelii kwestionuje taką interpretację: powiedział On tylko: „Jeśli ja chcę, aby pozostał, co Tobie do tego?". Otóż w refleksji biblijnej na dzień dzisiejszy zamieszczonej w „Gościu Niedzielnym" Zbigniew Nosowski twierdzi, że ewangelia dyskretnie przemilcza Piotrowe intencje. „Jezus musiał się jednak domyślać, że może tu chodzić o swoistą konkurencję w pierwszeństwie wśród apostołów". Mogło rzeczywiście tak być po trzykrotnych słowach Mistrza „Paś owce moje", czyniących Go jakby znowu Opoką Kościoła. Jednak jakoś nie podejrzewam Piotra o podobną chęć władzy. Czuł się przecież bardzo winny trzykrotnego zaparcia się związków z Chrystusem, a zresztą był chyba w ogóle pokorny, jeśli spokojnie zniósł późniejszą reprymendę Pawłową: gdyby się wtedy bronił, Paweł by tego nie przemilczał, nie ostałaby się w każdym razie taka wersja Pisma Świętego w Liście do Galatów.

08:21, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 25 maja 2012
Jakiś zmarły Jezus...

Dzieje Apostolskie 25,19
„Mieli z nim tylko spory o ich wierzenia i o jakiegoś zmarłego Jezusa, o którym Paweł twierdzi, że żyje".
Przekład 11 Kościołów polskich.

Tak urzędnik rzymski Festus referuje królowi Herodowi Agryppie II (to ostatni już członek rodziny Heroda Wielkiego występujący w Biblii) spór Pawła z Sanhedrynem. Skłania do historiozoficznej refleksji owo określenie kogoś, kto stanie się potem główną postacią głównej religii naszego globu. Co będzie jednak dalej? Chrześcijaństwo blednie na tak zwanym Zachodzie, blednie też tutaj postać Chrystusa: ilu ludzi określa Go już tak, jak kiedyś ów Festus, ilu będzie podobnych ignorantów za sto lat? Ilu znających Go jakoś jest naprawdę dzisiaj na nowym kontynencie naszej religii, czyli w Afryce? Ile faktycznie, nie tylko formalnie, powierzchownie dała tam dotychczasowa ewangelizacja?

14:08, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
Jak świat może uwierzyć...

Wpis na czwartek 24 maja 2012

Ewangelia Jana 17,
„Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak mnie umiłowałeś".
Oby... Jezus przewidywał rozłamy. Zresztą nie trzeba było proroczych oczu, żeby zobaczyć, jak zadziała kłótliwa natura ludzka. Jak ci, co uwierzyli Jednemu, zachowają się tak, jakby każdy miał innego. Skutki rozłamów są straszne. jeśli nawet nie owocują wojnami na miecze, to wystarczą „religijne" pyskówki, żeby postronni lekceważyli rzekomo jedno i to samo przesłanie. Ciśnie się na usta też gorzki komentarz do słów o Bożej miłości dla nas. Może i On kocha, ale z wzajemnością jest o wiele gorzej.

Kiedyś dawno studenci Uniwersytetu Warszawskiego zorganizowali mi spotkanie z jednym z ówczesnych działaczy katolickiej prawicy. Starliśmy się dosyć ostro, na tyle, by któryś z owych studentów zapytał, jak to jest, że mając tak różne poglądy, należymy do jednego Kościoła. Nie pamiętam, co odpowiedziałem, co też powiedział na to mój dyskutant, wciąż jednak mam w głowie ów ewangelijny problem. Aby świat uwierzył...

Oczywiście można tłumaczyć, że doktryna teologiczna doktryną a polityka polityką. Ta druga może dzielić. I że niejedna różnica wewnętrzna dzieliła kiedyś jeszcze nie rozłamany Kościół pierwotny. Można to mówić nic nie „ściemniając", pozostaje jednak pytanie „świata", który właściwie Kościół jest prawdziwie rzymskokatolicki. Ów otwarty, łagodny na przykład księdza Bonieckiego, czy też zamknięty, szczerzący zęby ojca Rydzyka. Bo też i Episkopat nie wyjaśnia sprawy. Oczywiście cieszę się z genialnej odpowiedzi kardynała Nycza. Krytykowany za rzekome niepopieranie Telewizji Trwam, oświadczył przez swojego rzecznika, że ”po spełnieniu niezbędnych warunków formalno-prawnych” powinna ona otrzymać ową koncesję. Po spełnieniu - no właśnie... Episkopat jednak jako całość nic nie mówił o podobnych warunkach, sugerując, że zostały spełnione. No i kto tu jest Kościołem? Ja wiem, że to nie takie proste, ale jak to wytłumaczyć światu?

06:54, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 23 maja 2012
Jak być szczęśliwym...

Dzieje Apostolskie 20,35
„Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu.”

Słowa niezwykłe. Pochodzą od Pawła, którego tu autor Dziejów cytuje, ale Paweł z kolei cytuje Pana Jezusa i jest to bodaj jedyny „logion” tego rodzaju: maksyma moralna Chrystusa niepochodząca z żadnej ewangelii. Moralna? W końcu tak, ale pośrednio: to rada, jak być szczęśliwym. Równie bezsporna teoretycznie jako swoista synteza Ewangelii, jak praktycznie trudna do pojęcia dla tylu osobników ludzkiego gatunku.

20:17, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
wtorek, 22 maja 2012
Autoapologia apostoła Pawła

Dzieje Apostolskie 20,17-27
Czy publicysta albo i kaznodzieja powinien mówić na swój temat? Egocentryzm to grzech niemal główny? To drugie to pewnie prawda, to pierwsze to rygor wątpliwy. Autobiografia rodzaj literacki osobny, ale w tekstach innego gatunku wyznania nie gorszą, wręcz dodają utworowi autentyczności. Także kaznodziejskiemu, bo dzięki nim „pouczyciel” schodzi z piedestału, staje się jednym ze słuchaczy. Tak to jest z nauczaniem apostoła Pawła, gdzie wśród wywodów teologicznych i wskazań moralnych mamy zdania w rodzaju tych z tekstu dzisiejszego.

Ostatnie zdanie jest takie: „Nie jestem winien niczyjej krwi, bo nie uchylałem się tchórzliwie od głoszenia wam całej woli Bożej.” Pierwszy znak zapytania trzeba postawić przy owej krwi: czy aby na pewno Paweł nie odpowiadał za niczyją śmierć? A gdy prześladował uczniów Chrystusa, żaden nie oberwał na śmierć jak Szczepan-Stefan, a w każdym razie żaden nie został pobity? Na pewno niejeden, tyle że nie chodzi tu o tego rodzaju odpowiedzialność. Biblia Poznańska wyjaśnia, że ów zwrot oznacza: „Za nikogo nie odpowiadam” i chodzi tu o odpowiedzialność Pawła za jego uczniów. Istotnie robił, co mógł, by szli jego śladem.

Czy jednak cała ta perykopa nie jest „antyspowiedzią”: Paweł wyznaje nie swoje grzechy, ale zasługi: „Służyłem Panu z całą pokorą wśród łez i doświadczeń”. Samochwalstwo? Myślę, że jednak byłaby to ocena krzywdząca. Paweł miał poczucie własnej wartości, takie, jak każda wielka indywidualność: inaczej nie byłby zdolny do takich wyczynów misyjnych. Miał też, owszem, na sumieniu grzechy, nie tylko te dawne wielkie, gdy sięgał po „środki siłowe”, ale i mniejsze, gdy działał wprawdzie „non violence”, samym słowem, czasem jednak zbyt ostrym. Niemniej był człowiekiem bezwzględnie ideowym. Poszedł odważnie do Jerozolimy, choć wiedział, że jest tam znienawidzony, może trochę jak Jan Józef Lipski, który - już poważnie chory - przerwał kurację zagranicą, rzucając się w wir akcji antyrządowej, gdy się dowiedział, że ma powstać KOR.

17:06, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
W co wierzyli „joannici"? Co myśli Adam Daniel Rotfeld?

Wpis na poniedziałek 21 maja 2012
Dzieje Apostolskie 19,1-8
„Kiedy Apollos znajdował się w Koryncie, Paweł przeszedł okolice wyżej położone, przybył do Efezu i znalazł jakichś uczniów. Zapytał ich: - Czy otrzymaliście Ducha Świętego, gdy przyjęliście wiarę? A oni do niego: Nawet nie słyszeliśmy, że istnieje Duch Święty. Zapytał: - Jaki więc chrzest przyjęliście? A oni odpowiedzieli: - Chrzest Janowy. Powiedział Paweł: - Jan udzielał chrztu nawrócenia, przemawiając do ludu, aby uwierzyli w Tego, który za nim idzie, to jest w Jezusa. Gdy to usłyszeli, przyjęli chrzest w imię Pana Jezusa. A kiedy Paweł włożył na nich ręce, Duch Święty zstąpił na nich. Mówili też językami i prorokowali. Wszystkich ich było około dwunastu mężczyzn".

Parę kwestii. Najpierw jeszcze owa „joannitów" (termin biblistów, nie Biblii). Napisałem w sobotę, że ciekawe, jaka była ich doktryna religijna. Najpierw - za kogo dokładniej mieli Jezusa? Za kogoś oczywiście większego duchem niż Jan, co stwierdza on bardzo mocno. U synoptyków - sumuję - powiada, że nadchodzi „ktoś potężniejszy od niego, któremu nie jest godzien rozwiązać rzemyka u sandałów", który zamiast wodą „będzie chrzcił Duchem Świętym i ogniem", który „ma w ręku przetak, aby oczyścić swoje klepisko i pszenicę zebrać do spichlerza, plewy zaś spali w ogniu nieugaszonym". Łukasz wyraźnie zaznacza, że Jan Chrzciciel nie miał się za Mesjasza, co Jan ewangelista wkłada nawet we własne usta swego niedawnego mistrza. Mesjasz - postać olbrzymia, gdzieś nawet wyczytałem, że w myślach ówczesnych Żydów sięgająca nieba, przecież jednak nie Syn Boży w sensie uczestnik Bóstwa. To już jest zresztą również Apostołów wiara raczej dopiero popaschalna.

Ciekawe, co uczniowie Jana myśleli o sprawach prawnomoralnych. U synoptyków mamy wiadomość, że pościli po starotestamentalnemu, czy jednak może nowe obyczaje uczniów Jezusowych skłoniło ich do jakichś „luzów", po wyjaśnieniu Jezusa, że weselnicy nie poszczą, gdy pan młody jest z nimi (Łk 5,34).

Nie koniec moich pytań. Wracam do tego, co Jan myślał o Jezusie. Sprawa podstawowego pytania, które Chrzciciel zadał Jezusowi przez swoich uczniów: „Czy to Ty jesteś tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?" (Łk 7,18-35 i Mt 11, 2-19). Zwątpienie wręcz w misję mesjańską krewniaka czy też jednak tylko niepokój, czy nie powinna przebiegać inaczej? Myślę, że raczej tylko to drugie, ale niepokój ów mógł być spory: gdzie u Jezusa ów przetak, gdzie płonące stosy dla plew? Po prostu Jan wyobrażał sobie Mesjasza tak jak wszyscy Jego zwolennicy, póki nie dokonała się Pascha i Zmartwychwstanie. Czy dał się przekonać od razu Jego odpowiedzią, że dzieją się cuda niebywałe? Czy ta odpowiedź przekonała „joannitów", którzy byli zresztą na pewno bardziej wątpiący niż ich Rabbi? Czy zmienili radykalnie swoją wizję razem z uczniami Jezusa, gdy powstał z martwych?

Na koniec powrót do dzisiejszego tekstu Dziejów. Jak to się stało, że owych dwunastu nie słyszało o Duchu Świętym, jeżeli Chrzciciel zapowiadał chrzest Duchem Świętym? No cóż, człowiek jest istotą zapominalską, co więcej, ów chrzest Duchem nie musiał wcale oznaczać w nauczaniu Jana osobowego istnienia Trzeciej Osoby Trójcy. To w ogóle pojęcie dużo późniejsze, istniejące w połowie I wieku w Kościele tylko zarodkowo, w owym bocznym nurcie nie było najpewniej takich myśli. Niemniej w nurcie głównym był oczywiście chrzest w Duchu, o czym dziś przeczytaliśmy. Były przeżycia duchowe w obu znaczeniach, również glossolalia - praktyki dzisiejszych zielonoświątkowców i katolickich charyzmatyków. Czy „mówienie językami" to rzeczywiście nagłe przejawy znajomości obcych języków bez poprzedniej nauki? Wiem w każdym razie, że ogromna religijna radość może owocować śpiewem dźwiękami innymi niż język ojczysty: przecież gdy spotka nas zwykłe, ale ogromne szczęście, emocje wytryskają nam z ust melodiami z librettem niemal obojętnym. Tyle dzisiaj o Biblii.

Podczas weekendu mam więcej czasu, więc przeczytałem całą książkę: wydane przez moją matkę Agorę 12 rozmów Marcina Wojciechowskiego z dyplomatą i uczonym Adamem Danielem Rotfeldem. Przeczytałem niemal jednym tchem, bo rozmówca naszego kolegi redakcyjnego Marcina mówi ciekawie i sympatycznie zarazem. Co nie zawsze chodzi w parze: bywają ludzie mili a nudni, ci zaś, co są interesujący, skądinąd wydają się antypatyczni.

Sam tytuł książki „W cieniu" wziął się z powiedzenia profesora Rotfelda, że jest w cieniu innych, większych od niego. Ci ludzie to zresztą tematy osobnych rozmów-rozdziałów: Kapuściński, Miłosz, Bauman, Kołakowski, Kissinger, Kohl, de Gaulle, Jan Paweł II, Gorbaczow, Giedroyć. A samo owo powiedzenie to kokieteria? Można by podejrzewać, że trochę tak, ale chyba niewiele, bo autor jest przez całą książkę naprawdę skromny. I jakoś miło dobrotliwy. Rzadko kiedy krytykuje ludzi, nie powstrzymując się jednak czasem od ocen. Opowiada o gafach cudzych, ale i swoich. Opowiem za nim gafę cudzą, ze szczebla bardzo wysokiego. Premier Kosygin, bardzo źle się już czując, postanowił namaścić na swego następcę dotychczasowego zastępcę Tichonowa. Chciał powiedzieć o nim coś bardzo dobrego, podkreślając, że pracują zgodnie, ale zamiast „w unisonie" rzekło mu się „w unitazie", czyli... w sedesie.

Gdy jesteśmy przy „Kraju Rad", wśród różnych informacji personalnych zainteresowała mnie oczywiście takowa. Rotfeld rozmawiał z Janem Pawłem II o Gorbaczowie: papież powiedział mu, że jest rozczarowany niedocenieniem przez świat tego dostojnika sowieckiego, który chciał budować socjalizm z ludzką twarzą. Było w tej papieskiej wypowiedzi chyba marzenie o ustroju łączącym zalety kapitalizmu i socjalizmu, widoczne w tylu wystąpieniach papieża z PRL-u.

Religia w książce autora pochodzenia żydowskiego: zaznaczyłam sobie zdania na ten temat. Myślę, że autor jest agnostykiem, odnoszącym się do Kościoła katolickiego z wielką życzliwością. Wynik na pewno wdzięczności: dziecko Holocaustu uratowane w klasztorze greckokatolickiego zakonu studytów. Ten czynnik „egzystencjalny" odciska się zawsze jakoś na świadomości, nie zawsze świadomie kształtując poglądy, jednak nie determinuje ich. Nie tylko z wdzięczności Rotfeld broni metropolitę unickiego Szeptyckiego przed zarzutem popierania hitleryzmu. Uważa wręcz, że za uratowanie wielu Żydów należy mu się od Instytutu Yad Vashem medal, tak jak przecież dostał go Oskar Schindler, skąd odznaczony przez NSDAP. Co zaś do Jana Pawła II, to uważa, że nieprzyznanie mu nagrody pokojowej Nobla było dużym błędem. Umocniłaby ona zresztą nadszarpnięty prestiż przyznającego ją komitetu.

Akapit sumujący: „Mam wrażenie, że mój stosunek do religii i Kościoła jest nieco inny niż wielu ludzi z mojego środowiska. Doceniam rolę i znaczenie religii zarówno dla osób wierzących, jak i dla całego narodu. Jest ona odpowiedzią na potrzeby duchowe ludzi wierzących, ale ma też istotne znaczenie dla całego społeczeństwa, włącznie z tymi, którzy dystansują się od Kościoła instytucjonalnego lub określają samych siebie jako agnostyków. Pozytywne oddziaływanie religii dostrzegam przede wszystkim w określeniu i obronie fundamentalnych zasad moralno-etycznych, w wyraźnym rozróżnianiu dobra i zła oraz odrzucaniu relatywizmu moralnego, w ułatwianiu ludziom poszukiwania drogi do pojednania - ze sobą samym i z innymi". Po czym spora lista polskich dostojników katolickich, których autor bardzo ceni (oczywiście nie jest to ojciec Rydzyk, natomiast ksiądz imiennik Boniecki). Chwali ludzi Kościoła tylko napomykając na przykład, że w owym klasztorze jego dzieciństwa stosowano kary cielesne. Podobają mu się nawet tradycyjne stroje hierarchów rzymskokatolickich, które mnie irytują swoim anachronicznym przepychem.

Jest również w książce akapit takowy: „Jeśli chodzi o status rodziny, a zwłaszcza relacje damsko-męskie i związki partnerskie - sprawy te powinny być rozstrzygane zgodnie z wolą osób, które tworzą taki związek. Suwerenność osoby ludzkiej i jej godność nakazują zachowanie przez instytucje państwa powściągliwości. Byłbym też ostrożny z nadmierną regulacją tej sfery życia. Państwo nie powinno niczego narzucać. Przysięga małżeństwa jest dobrowolnym zobowiązaniem do miłości, wolności i pomocy. Jednym z podstawowych praw człowieka jest prawo do intymności oraz dyskrecji w sprawach życia osobistego i towarzyskiego.

Nawet jeśli deklarowanym celem jest rozszerzenie wolności człowieka, to postulowałbym ograniczyć prawo państwa do ingerencji jedynie w przypadku potrzeby zapobiegania przemocy w rodzinie. Niestety, w Polsce to poważny społeczny problem - świadomie pomniejszany i ignorowany".

Można by sądzić, że autor reprezentuje tu zwyczajne poglądy liberalne, przyjmowane na ogół przez dzisiejszą lewicę, gdyby nie to, co pisze zaraz dalej: „Jestem przeciwnikiem osłabiania instytucji przysięgi małżeńskiej. Gdyby do tego doszło, to wszelkie zobowiązania znalazłyby się na grząskim gruncie". Ale dalej znów jakby kontrapunkt: „Pewność, honor i zaufanie mają dla jakości życia społecznego znacznie większe znaczenie niż niezliczone ustawy, rozporządzenia i inne regulacje prawne. Państwo prawa to w większej mierze zwyczaj, tradycja i kultura niż policja, prokuratura i sądy".

I na koniec znów zaskoczenie: diagnoza bardziej optymistyczna niż ta ostrych krytyków dzisiejszego relatywizmu: „W świecie ponowoczesnym skrajne ideologie ustępują miejsca wartościom - poszanowaniu godności człowieka i jego praw. To budzi optymizm".

Mój również. Radykałowie najróżniejszych maści szaleją, ale na tak zwanym Zachodzie mamy przecież zgoła nietradycyjne przekonanie, że człowiek ma prawo do życia. Owszem, jest groza aborcji, której nie było dawniej (bo też i dzieci mordowała sama biologia), ale to nie znaczy, że należy ignorować chociażby tendencje pacyfistyczne i sprzeciw wobec kary śmierci. Są to zjawiska nie do przecenienia.

PS. A Palikot pajacuje coraz potężniej.

07:31, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
niedziela, 20 maja 2012
Czy Chrystus wstąpił na niebiosa?

Dzieje Apostolskie 1,9
„Gdy oni patrzyli, został uniesiony i obłok zabrał Go sprzed ich oczu.”
Ewangelia Marka 16,19
„Gdy więc Pan Jezus im to wszystko powiedział, został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Dziś uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, świętowana w niektórych krajach nie tradycyjnie w czwartek, lecz w niedzielę.

Parę problemów egzegetycznych. Gdy słowa powyższe były pisane, kosmologia mówiła co innego, przede wszystkim jednak teologia. Dziś rozumiemy, że mimo ogromu Wszechświata niebo przez duże N nie mieści się gdzieś w jego obrębie. W ogóle się nie mieści, jeśli przez miejsce rozumieć jeden z dwóch, obok czasu, wymiarów rzeczywistości materialnej. Bóg a więc i Niebo istnieje w wymiarze, by tak rzec, czwartym. Trudno zatem powiedzieć językiem fizycznym, że Chrystus „został uniesiony [w górę]”. Co się zatem stało? Byłaby to jakaś wizja mająca przekonać uczniów, że odtąd już jest On u Ojca? Bo chyba przecież nie swoista fikcja literacka mająca przekonać do tego czytelników: zakładałoby to dzisiejsze rozumienie „miejsca” Nieba u autorów biblijnych.

Jeszcze jeden problem: kiedy właściwie Jezus przeszedł do owego czwartego wymiaru? Nie był przecież po zmartwychwstaniu a przed wniebowstąpieniem jedną nogą na ziemi, drugą w Niebie: zmartwychwstanie było definitywne, stanowiło cezurę wyraźną. Owszem, niemniej skończyły się już chrystofanie, Jezus już więcej się uczniom nie ukaże, nadeszła epoka Ducha. To miało oznaczać wstąpienie do Nieba.

Niebo i ziemia: problemy moralne. W swoim stałym rozważaniu w „Tygodniku Powszechnym” biskup Grzegorz Ryś pisze: „Jak pogodzić to napięcie między wiecznością a doczesnością, między oczekiwaniem nowej ziemi a życiem na obecnej? Czy nadzieja życia wiecznego zwalnia nas z odpowiedzialności za doczesność? Jak korzystać ze świata, by nie zagubić własnej tożsamości i nie zniekształcić chrześcijańskiej nadziei? Które z wartości dziś nam bliskich mają trwałość wieczną? Czy niebo jest dla nas odsuwaną perspektywą, mgliście rysującą się po śmierci, czy też spotkaniem z Osobowym Bogiem? Nadzieją chrześcijanina jest niebo, ale jest nią także ziemia.” 

07:43, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
sobota, 19 maja 2012
Uczony Żyd Apollos, czyli o myślicielu w Kościele

Dzieje Apostolskie 18,24-25
„Pewien Żyd o imieniu Apollos, rodem z Aleksandrii, człowiek wymowny i doskonale znający Pisma, przybył do Efezu. Znał on drogę Pana, przemawiał z wielkim zapałem i nauczał dokładnie tego, co dotyczyło Jezusa, wiedząc tylko o chrzcie Janowym.”
Przekład Ekumeniczny 11 Kościołów (nie prywatny jak nasz EPP), dzieło chrześcijan polskich wspólne, więc wielkie. Dzięki moje nieustanne!

Przyglądam się tekstowi. Najpierw zauważam odmienność tłumaczenia walorów owego cennego nabytku Kościoła. Apollos był „wymowny” czy też raczej „uczony”, jak przetłumaczyła Tysiąclatka? Ta pierwsza opcja podobniejsza jest do naszej, bo mamy „krasomówcę”. Krasomówca to ten, co i dykcję ma wyborną, i wiedzę ogromną, błyskotliwie podaną przy tym. A jeszcze do tego jakąś oryginalność poglądów, bez której mamy zwykłe pustosłowie, co wprawnym kaznodziejom (publicystom również...) poważnie zagraża.

Oryginalność myśli. No właśnie. O Apollosie powiedziano dalej, że „dzielnie obalał twierdzenia Żydów, wykazując publicznie z Pism, że Jezus jest Mesjaszem”. Intelektualista danej religii nie może mówić, co mu się zachce, bo wtedy przestanie być jej myślowym świadkiem, to na pewno. Jednakowoż grozi mu również alienacja inna: że przestanie być intelektualistą. Gdyby Tomasz z Akwinu powtarzał platońską wersję chrześcijaństwa, nie „chrzcił” z kolei Arystotelesa, nie przeszedłby do historii filozofii, ale i nie zostałby luminarzem Kościoła. Na szczęście szybko zdjęto cenzurę z jego dzieła, inni intelektualiści miewają mniej szczęścia.

No i zamyślmy się nad zdaniem, że „znał tylko chrzest Janowy”. Szkoda że Biblia nie mówi więcej o tym węższym nurcie religijnym, który płynął obok apostolskiego. Jak wielką postacią musiał być Jan Baptysta, iż jeszcze sporo lat po jego śmierci miał uczniów tyle mil od Jeruzalem. I w co dokładniej wierzyli owi „joannici”? W to, że Jezus był nieporównanie większy od Jana („rzemyk od sandałów”...), to na pewno. W co jeszcze?

06:48, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
piątek, 18 maja 2012
Nasze słowa i nazwy... Religia i władza państwowa

Dzieje Apostolskie 18,12-16
„Kiedy Galio został prokonsulem Achai, Żydzi jednomyślnie wystąpili przeciw Pawłowi i przyprowadzili go przed sąd. Powiedzieli: - Ten namawia ludzi, aby czcili Boga niezgodnie z Prawem. Gdy Paweł miał już usta otworzyć, Gallio przemówił do Żydów: - Gdyby tu chodziło o jakieś przestępstwo albo zły czyn, zająłbym się wami, Żydzi, jak należy, ale gdy spór toczy się o słowa i nazwy, i o wasze Prawo, rozpatrzcie to sami. Ja nie chcę być sędzią w tych sprawach. I wypędził ich z sądu.”

Wzorowy urzędnik państwowy z tego Galliona: odróżnił celnie sprawy państwowe, świeckie od religijnych. Niestety ówczesne imperium rzymskie nie było aż tak wstrzemięźliwe duchowo: wnet zaczęły się prześladowania chrześcijan, bo nie chcieli przyjąć religii państwowej, kłaniać się posągom Cezara. Wydało się potężnym władcom, że nie mogą rządzić bez państwowej ideologii, jaką mają w postaci jakiejś religii wszystkie monarchie okoliczne. Zresztą maluczko, a nadeszły czasy, że taką ideologią stała się religia samego Pawła...

To mój komentarz wstępny. Następny jest taki, że bardzo łatwo ową ponadreligijność porządku publicznego zradykalizować tak, że staje się jakąś antyreligijnością. W wersji „hard” komunistycznego państwa ateistycznego, ale też „soft”: tendencji do rugowania religii ze wszystkiego, co publiczne, łącznie z nakryciem głowy albo naszyjnikiem kojarzącym się z jakimś kultem. Widać chyba w tych zapędach władczych raczej niechęć do religii określonej, chrześcijaństwa albo islamu, nie do religii „jako takiej”, ale to już prawie psychoanaliza.

No i myśl trzecia: cieszymy się taką abstynencją urzędników, ale bywa też jakby podobna do niej u ludzi, co patrzą na sprawy religijne ze swoistym politowaniem, jak na sekciarskie zawracanie głowy. Odpowiedzią na to musi być nasza troska o pokazywanie egzystencjalnego, po prostu życiowego sensu dogmatów. Na przykład przez tłumaczenie, że główna wiara chrześcijan w Trójcę to idea wzorcowej wspólnoty, która łączy tak ściśle, że trzech jest Jednym, choć każdy pozostaje sobą.

20:58, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
czwartek, 17 maja 2012
Trwajmy. Temat antysemityzmu w teatrze warszawskim

Ewangelia Jana 16,20
„Amen, amen, mówię wam: - Wy płakać będziecie i lamentować, świat zaś będzie się cieszył. Wy będziecie smucić się, ale smutek wasz w radość się obróci.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół z naszym tylko ”amen” zamiast ”zaprawdę”.

Ewangelia to - jak mówią po swojemu teologowie - nie tylko imperatyw etyczny, także indykatyw zbawczy. Nie tylko przykazanie miłości, także zapewnienie szczęścia. Cnota nadziei: trwania w świętym optymizmie mimo szaleństw losu.

Coś ze sceny. Warszawski Teatr na Targówku RAMPA zaciekawił mnie swoim ostatnim spektaklem. Rzecz zwie się krótko a węzłowato „Żyd" i trafia w sedno naszych problemów mentalnych. W każdym razie niektórych środowisk.
O tej sztuce Artura Pałygi powiedział ktoś, że jest plakatowa. Ktoś inny, że edukacyjna, i to drugie określenie jest właściwsze. Nie została napisana dla widzów z „salonu", którym nic „w tym temacie" nie trzeba tłumaczyć. Kilku nauczycieli szkoły w pewnym polskim miasteczku dyskutuje kłótliwie, jak powitać pewnego Żyda z Izraela, który przyjeżdża do swej pierwszej ojczyzny. A jest gościem ważnym, bo bogatym. Ma zamiar wesprzeć upadającą szkołę, chciałby jednak, by nosiła imię jego ojca, który tu padł ofiarą Zagłady. Zatem konfrontacja różnych poglądów i postaw, łącznie z kołtuńsko antysemicką, prowadząca w głąb najnowszej historii Polski, drążąca sumienia kłótników.

Wśród nauczycieli jest ksiądz katecheta. Ucieszyłem się, że to postać daleka od karykatury. Duchowny miota się między nauczaniem Jana Pawła II a myślowymi odruchami innego gatunku, to pierwsze zostawiło w nim jednak spory ślad. Wykręca się od zajęcia stanowiska, ale do ojca Rydzyka mu dosyć daleko.

Czy jest to kościelna średnia krajowa? Śmiem myśleć, że jednak tak, choć księża to grupa społeczna zarażona szczególnie antysemityzmem. No i przypomniał mi się dowcip przedwojenny. Też szkoła w małej miejscowości, nawet wręcz gdzieś na Polesiu. Przedsięwzięto zakup cennej pomocy szkolnej: globusa. Na nauczycielkę, która go przywiozła, spadają jednak gromy, bo rzecz wygląda na wybrakowaną: jakoś dziwnie skrzywiona. Ksiądz katecheta triumfalnie: - A mówiłem, żeby u Żydów nie kupować! W każdym razie tak źle już dziś na pewno nie jest w żadnej Pipidówku...

14:47, jan.turnau
Link Komentarze (36) »
środa, 16 maja 2012
Andrzej Bobola, męczennik rozłamu. Myśli o wojnie religijnej

1 List do Koryntian 1,10
„Upominam was, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście byli zgodni i by nie było wśród was rozłamów".
Ewangelia Jana 17, 21
„Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we mnie, aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we mnie, a ja w Tobie, aby i oni stanowili w nas jedno."
Dziś takie wezwania ekumeniczne, bo patronem dnia jest św. Andrzej Bobola. Różnie można pisać jego życiorys, mnie najbliższa jest taka oto formuła. Według mnie oczywiście był męczennikiem, ale ofiarą rozłamu chrześcijaństwa. Został okrutnie zamordowany przez prawosławnych Kozaków bo widzieli w nim przedstawiciela Kościoła „łacinników", którego potwornie nienawidzili. Nic tu nie pomogła unia brzeska, bo była raczej wyrywaniem z rodziny cerkiewnej paru jej cząstek niż dogadywaniem się z jej całością: prawosławie unię znienawidziło. Zresztą stan ducha i myśli po obu stronach był taki, że uważano się nawzajem za paskudną schizmę i herezję. Do tego czynnika czysto religijnego doszedł w Polsce polityczny, militarny: wojna Kozaków z Rzeczpospolitą.

Wojny religijne są straszliwym szaleństwem, toczą się w imię tej samej idei, tylko różnie rozumianej. W imię różnie rozumianego Boga albo nawet tak samo rozumianego, ale w imię szczegółów tej ogólnej idei. Chrześcijanie nie mogą się tłumaczyć tym, że także wyznawcy islamu nienawidzą się nawzajem, oczywiście to żadne usprawiedliwienie. Nie jest nim również fakt, że motywy owych wojen nie są nigdy czysto religijne: „brudzą" je bowiem czynniki zgoła ziemskie, walka o władzę. Tym gorzej. To jakieś podłe oszustwo. Nie usprawiedliwia „teistów" nawet i to, że i ateizm bynajmniej nie zawsze służy pokojowi: państwa antyreligijne również wojują ze sobą aż miło.

Nie jakiś laicyzm jest zatem niezawodnym remedium na wojenkę religijna, ale najgłębiej pojęty humanizm. A jest nim dla mnie Ewangelia. Ze szczególnym naciskiem nie tylko na te słowa jej wersji Janowej, ale i tamte Mateuszowej: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci najmniejszych..." Albo i nie uczyniliście mu nic złego, ponieważ ów brat to przecież sam Chrystus.

14:27, jan.turnau
Link Komentarze (36) »
wtorek, 15 maja 2012
Paweł w okowach, potem cudem bez nich, czyli wciąż pytanie największe. Cenny głos księdza

Dzieje Apostolskie 16, 22-34
Paweł i Sylas sieczeni rózgami, po czym uwięzieni. Ale ziemia się trzęsie, okowy spadają, drzwi się otwierają. Strażnik wpada w rozpacz, chce się zabić myśląc, że więźniowie uciekli. Gdy jednak zobaczył ich cudem wolnych, sam się nawrócił, a więźniów ugościł u siebie w domu. Nie oznaczało to jeszcze ocalenia, jednak czytamy w Dziejach dalej, iż nazajutrz urzędnicy zwalniają aresztowanych, a nawet przepraszają, gdy dowiedzieli się, że tak postąpili z obywatelami rzymskimi.
Jedni wychodzą z więzienia w sposób mniej lub bardziej niezwykły, inni tam kończą życie. Taka jest dola człowiecza. Można uważać, że rządzi nią ślepy los, albo też ufać, że jest on „widomy", ponieważ empiria to całkiem nie wszystko.

A w „Gościu Niedzielnym" stały felietonista ks. Tomasz Horak powiada, że warto czytać antyklerykałów Boya i Haszka, choć nie zawsze przyznając im rację. „Warto stanąć oko w oko z tą karykaturą, by rachunku sumienia dokonać. Jak nie osobistego, to takiego »stanowego«. A jeśli nie rachunku sumienia - to choć pomedytować, jak mogą nas widzieć ci, dla których powinniśmy być świadectwem. A bywamy antyświadectwem". Niestety.

13:11, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 14 maja 2012
Myśl apostoła Macieja słuszna niestety. Poniedziałkowy przegląd prasy katolickiej

Dzieje Apostolskie 1,26
„I dali im losy, a los padł na Macieja. I został dołączony do jedenastu apostołów.”
Takie dwa zdania na dzień tego patrona. Chodziło o zapełnienie miejsca po Judaszu, na które kandydował także Józef zwany Barsabą. Różnie pojmuje się działanie Opatrzności: czy większej wiary w nią dowodzi taka loteria, czy jest to wiara pobożniejsza niż ta, która ufa bardziej zasadzie „vox populi, vox Dei”? Tak się wybiera od wieków biskupa Rzymu.

O Macieju potem słuch w Biblii zaginął, zajrzałem natomiast do „Apokryfów Nowego Testamentu” pod redakcją ks. Marka Starowieyskiego i tam znalazłem trochę informacji o starożytnych pismach przypisywanych temu apostołowi. Zapewne jest to zresztą jeden tekst pt. „Ewangelie Macieja” lub „Tradycje (Przekazy) Macieja”, wg ks. Starowieyskiego gnostycki, jak wiele wczesnych apokryfów. Tak czy inaczej myśl, którą podobno przy każdej sposobności wygłaszał Maciej, jest oczywiście słuszna: „Jeśli sąsiad wybranego męża zgrzeszył, to zgrzeszył także ów wybrany, bo gdyby ten wybrany wiódł życie tak, jak wskazuje Słowo Boże, to jego życie w tak wielkim miałby poszanowaniu sąsiad, że i sam by nie zgrzeszył.” Rzecz oczywista: być na świeczniku rola bardzo trudna, zgorszyć, ”ściemnić” dziwnie łatwo.
Lektury apokryficzne (ale ortodoksyjne) wieku XXI: najpierw miesięcznik dominikański poznański „W drodze”. Napisałem sobie kiedyś felieton wierszowany o miesięcznikach godnych polecenia, w którym jest rym takowy:
„Na pewno natnie się srodze
ten, co nie czyta «W drodze».”

Pismo ma jak na periodyk katolicki rewelacyjnie dużo czytelników: numer majowy wydrukowano w nakładzie 7700 egzemplarzy, gdy tymczasem „Znak” i „Więź” mają po 2100! Chyba wiem, dlaczego: pismo jest bardziej „życiowe”, mniej „studialne”.
W owym numerze majowym wywiad mariologiczny z siostrą Małgorzatą Borkowską, benedyktynką, pisarką całą gębą (by rzec bardzo niegrzecznie...), jej esej historyczny „Mniszki” był wręcz kapitalny. O Marii z Nazaretu zakonnica mówi tak: „(...) w popularnym kaznodziejstwie prawie o niczym innym się nie słyszy, tylko o Maryi i o polityce. Najzabawniejsze jest, jeśli ktoś twierdzi, że Maryja nie zatrzymuje tej czci na sobie, bo przecież Ona jest tylko bramą. Zgoda, ale czemu ty ciągle stoisz w tej bramie?” Wejdź do środka - radzi siostra Małgorzata. Moje doświadczenia słuchacza kazań, skądinąd też niedobre, są jednak inne. Maryi bardzo mało, nawet i polityki niewiele (był radiomaryjnik, to go wyciszyli), problem jednak z poziomem intelektualnym: banał na banale. Ale i u protestantów też oryginalnych myśli raczej nie słychać. No cóż, nie każdy jest zaraz Małgorzatą Borkowską... Nie chodzi o ostrość - o elementarną pomysłowość!
W numerze miesięcznika też jego dominikanie: Maciej Zięba broni kościelnych finansów, ale nie prowokacyjnie, spokojnie, warto poczytać, a Maciej Soszyński podobnie kartek od spowiedzi: kiedyś się na nie oburzał, teraz już nie. Ważna informacja, że świadek ślubu może być nawet niewierzący (nie mylić z chrzestnym). Wracając do mariologii: redaktor naczelny, ks. Roman Bielecki, chyba myli w edytorialu niepokalane poczęcie samej Maryi z jej dziewiczym poczęciem Jezusa. Chyba się okropnie „rąbnął”, to szkolny błąd wszystkich dziennikarzy „laickich” w podwójnym sensie.

Teraz o jezuickim „Przeglądzie Powszechnym”. Przydałaby mu się koniecznie zmiana szaty graficznej: strasznie mało urozmaicona. Ale treści śmiałe. Ciekawy i ważny tekst ks. Zbigniewa Kubackiego SJ o wolności religijnej w islamie i Kościele katolickim. O tym, że ten drugi też powoli wychodził z nietolerancji. Oczywiście na długo przedtem nikt apostazji nie karał śmiercią, jak to się dzieje do dzisiaj w islamie, wojen religijnych też już nie było od dawna, ale dopiero Vaticanum Secundum akceptowało w pełni zasadę wolności religijnej.
Przed tym artykułem dyskusja redakcyjna o miejscu kobiety w Kościele. Nie słychać narzekania na ideologię feministyczną, raczej na konserwatyzm w polskim Kościele (katolickim) - i to z ust zakonnicy, Anny Bodzińskiej ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej z Syjonu (syjonistki...), Zawitało ono do Polski z Zachodu pełne reformatorskich myśli, nie tylko co do dialogu z judaizmem (to jego główne zadanie). Zaprawdę bardzo się u nas przyda!

15:54, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
Żywot człowieka myślącego

Wpis na niedzielę 13 maja
Dzieje Apostolskie 10,35-36
„Otworzywszy usta, Piotr rzekł: - Naprawdę przekonuję się, że nie ma u Boga względu na osobę. Ale w każdym narodzie ci, którzy boją się Go i czynią sprawiedliwość, są przez Niego przyjmowani.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Oczywiście żadne „względy nie na osobę” nie mogą nikogo wykluczać przez Boga, a więc i przez nas z racji narodowościowych: nacjonalizm pseudoreligijny mamy już doktrynalnie za sobą (co nie znaczy, że praktycznie: neoendek wyklucza nieraz również religijnie). Ale co ten uniwersalizm oznacza, gdy chodzi o ludzi z innych Kościołów, religii, formacji światopoglądowych? Znów oczywistość: mogą być zbawieni, gdy „czynią sprawiedliwość”; jednak pozostaje problem przyjmowania ich poglądów, nieodrzucania niczego, bo to nie nasze, tak jednak, aby nie być panem Potakiwaczem . Dialog konieczny, ale rodzi pytania. Jak zresztą w ogóle żywot człowieka myślącego...

07:31, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
sobota, 12 maja 2012
Pytania dzisiejszego chrześcijanina

Ewangelia Jana 15,18-21
„ Jeżeli was świat nienawidzi, to wiedzcie, że mnie pierwej znienawidził. Gdybyśmy byli ze świata, świat by was miłował jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo ja was wybrałem sobie ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Pamiętajcie na słowo, które to was powiedziałem: sługa nie jest większy od swego pana .Jeżeli mnie prześladowali, to i was będą prześladować. Jeżeli moje słowo zachowali, to i wasze będą zachowywać. Ale to wszystko będą wam czynić z powodu mego imienia, bo nie znają Tego, który mnie posłał.”

Oczywistość, ale i pytania. Czy wszystko, co jest w dzisiejszych środowiskach pozakościelnych, to świat w znaczeniu ewangelijnym: jakiś „antykościół”? Czy wrogi stosunek do wszystkiego, co jest poza moją wspólnotą, nie uniemożliwia ewangelizacji? Co jest wręcz prześladowaniem uczniów Chrystusa, na przykład czy są nim szaleństwa poprawności politycznej na tak zwanym Zachodzie, które nieraz zabraniają chrześcijanom demonstrować w jakikolwiek sposób swoją wiarę?

Umieć wyważyć: odróżnić sekciarskie czarne okulary od elementarnej wierności swojej wierze, odmowę dialogu od potakiwania każdej „światowej” myśli. Oto dola człowiecza dzisiejszego chrześcijanina.

07:49, jan.turnau
Link Komentarze (71) »
piątek, 11 maja 2012
Życie jest falą

Psalm 57,8-12
„Serce moje jest mocne, Boże,
mocne jest moje serce,
zaśpiewam psalm i zagram.
Zbudź się, duszo moja,
zbudź, harfo i cytro,
a ja obudzę jutrzenkę.
Będę Cię chwalił wśród ludów, Panie,
zaśpiewam Ci psalm wśród narodów,
bo Twoja Łaska sięga aż do nieba,
a wierność Twoja aż po chmury.
Wznieś się, Boże, ponad niebiosa,
nad całą ziemią Twoja chwała.”

Psalm optymizmu? Albowiem widać wysoką samoocenę, od razu też - by tak rzec - wysoką ocenę Boga: chwali się Go tu zamiast narzekań, że dopuszcza nieszczęścia. Tak już jest w ludzkim życiu, że los lubi falować. Wszyscy mędrcy zalecają zatem spokój, chrześcijańscy zapewniają, że los nie ślepy, na imię mu Opatrzność. Jeśli nawet jesteśmy pewni, że On wie wszystko lepiej i pisze po liniach krzywych, to smutek jest rzeczą ludzką. Byleby tylko nie martwić się byle czym.

20:25, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
czwartek, 10 maja 2012
Jakub, języczek u wagi?

Dzieje Apostolskie 15, 7-21
Zakończenie tzw. Soboru Jerozolimskiego: przemówienia Piotra a potem Jakuba z wnioskiem reformatorskim, że nie należy nakładać na pogan ciężarów, których „ani ojcowie nasi, ani my sami nie mieliśmy siły dźwigać". Chodzi oczywiście nie o obrzezanie, które było znakiem na stałe, ale o inne przepisy Prawa. Został tylko zakaz spożywania pokarmów ofiarowanych bożkom, tego, co tylko uduszone, i krwi oraz nierządu (zapewne sakralnego). Ostatnie zakazy ostały się tylko u Świadków Jehowy.

Ciekawa jest rola Jakuba, brata Jezusa, bardzo ważnej osobistości w ówczesnym Kościele, najważniejszej w samej Jerozolimie. Paweł sugeruje w Liście do Galatów, że ludzie z otoczenia Jakuba byli ówczesnymi konserwatystami, on sam jednak widać, że był w każdym razie konserwatystą umiarkowanym, dającym się przekonać. Oby podobnych nigdy nie zbywało.

07:10, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
środa, 09 maja 2012
Dobry przykład sprzed wieków

Dzieje Apostolskie 15, 1-5
Zaczyna się problem: nawróceni poganie muszą się obrzezać czy nie? „Zebrali się więc Apostołowie i starsi, by rozpatrzyć tę sprawę" (też zresztą w ogóle przestrzegania Prawa Mojżeszowego). „Niektórzy nawróceni ze stronnictwa faryzeuszów" okazują się, rzecz zrozumiała, zwolennikami obowiązywania dawnych rygorów, Paweł jednak na przykład jest zdecydowanie innego zdania, choć też były faryzeusz, a jakże.

Pytanie, które zadaję od prawie pół wieku: czy mój rzymskokatolicki Kościół nie powinien pójść śladem Pawła, a potem całej wspólnoty chrześcijańskiej i zdobyć się na rewizję swojej doktryny moralnej w dziedzinie jakby podobnej do tamtej i wycofać się z zakazu antykoncepcji. Nastąpi to prędzej lub później, tak jak zresztą minął dawniejszy, choć nie tak wyraźny, zakaz stosowania tak zwanych metod naturalnych.

16:31, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
wtorek, 08 maja 2012
Stanisław nie zdrajca, Bolesław nie wilk. ”Gość Niedzielny” o ojcu Rydzyku

Ewangelia Jana 10, 11-16, Dzieje Apostolskie 20, 17 -18a, 28-32.36

Czytamy dzisiaj w tekstach biblijnych o dobrych pasterzach, a nie wilkach drapieżnych, ponieważ dziś uroczystość głównego patrona Polski św. Stanisława, biskupa krakowskiego zamordowanego przez króla Bolesława Śmiałego.
Sprawa interpretacji owego wydarzenia ciągnie się już tysiąc lat i końca dyskusji nie widać. Zaangażowały się w nią konfliktowo takie siły społeczne, jak hierarchia rzymskokatolicka i świecka nauka historyczna. Widać, co prawda, światełko w tunelu skrajności. Są różne hipotezy niuansujące sprawę jego męczeństwa. Jest nawet taka, wbrew pozorom może nie całkiem absurdalna, że w owym sporze chodziło o liturgię: Stanisław byłby zwolennikiem obrządku słowiańskiego, który Bolesław zwalczał. O wiele prawdopodobniejsze jest jednak, że szło o jakieś sprawy mniej ekumeniczne (tamto przypuszczenie wysunął był wybitny teolog prawosławny ks. Jerzy Klinger). Być może Bolesław nie kierował się wyłącznie urażoną dumą (na miano wilka drapieżnego jednak nie zasługuje), a Stanisław nie tylko walką z jego okrucieństwem. Zapewne nie była to też walka państwa z Kościołem (bo - jak słusznie zauważył ks. Jan Kracik - król był też „Kościołem", namaszczony sakralnie). Być może trudno biskupa uważać jedynie za „obrońcę chrześcijańskiego ładu moralnego", jak go nazwał Jan Paweł II, ale za zdrajcę nie można również, choć go tak określano za Gallem Anonimem. Jeśli nawet Stanisław spiskował przeciw królowi z jego bratem, to nie był wrogiem ojczyzny, tylko jednego monarchy. No i oczywiście nikogo nie należy mordować. Jest wreszcie hipoteza ks. Henryka Małeckiego, że u podstaw sporu dwóch dostojników leżała chęć Stanisławowa wyzwolenia Kościoła spod władzy świeckich monarchów, którzy wręcz mianowali biskupów.

Lektury. Bogumił Łoziński napisał ostatnio w ”Gościu Niedzielnym” tak oto: ”Marsz w obronie Telewizji Trwam ujawnił instrumentalne traktowanie wiary. Jaskrawym przykładem tego negatywnego zjawiska było wykorzystanie manifestacji przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego i lidera Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry do politycznych przemówień. To właśnie one zdominowały przekaz z marszu, spychając na dalszy plan, a nawet całkowicie przykrywając, jego główny cel, jakim była obrona pluralizmu w mediach. Manifestacjom katolików w obronie wartości nie powinny towarzyszyć przemówienia polityków, którzy w ten sposób chcą zbić partyjny kapitał. W Marszach dla Życia i Rodziny często brali udział politycy, np. Marek Jurek czy Roman Giertych jeszcze jako wicepremier, ale na nich nie przemawiali, tylko szli jak każdy inny uczestnik. Instrumentalne podchodzenie do wartości przez polityków widać przy okazji sporów w sprawach światopoglądowych. Gdy dwa lata temu ówczesna pełnomocnik ds. równości Elżbieta Radziszewska stwierdziła w wywiadzie dla GN, że katolicka szkoła ma prawo odmówić zatrudnienia czynnej lesbijce, została ostro zaatakowana przez środowiska liberalno-lewicowe, które domagały się jej dymisji. Gdy spytałem jednego z posłów PiS, dlaczego jej nie bronią, odpowiedział - bo ona jest z PO. Polityka rządzi się logiką sporu, a nawet, jak obecnie w Polsce, wojny między największymi partiami. Upolitycznienie warszawskiego marszu w obronie Telewizji Trwam wynikało także ze stosunku do polityki głównego organizatora - o. Tadeusza Rydzyka. Kościół dopuszcza popieranie przez duchownych konkretnych inicjatyw zgodnych z jego nauczaniem, ale nie partii politycznych. Żadne ugrupowanie polityczne nie jest reprezentantem Kościoła, nawet jeśli deklaruje wierność chrześcijańskim wartościom.”

Miło mi to było przeczytać , bo już myślałem, że ”Gość” popiera ojca Rydzyka bez zastrzeżeń.

16:03, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 07 maja 2012
Czy dzieją się dziś cuda? Lektury: „Więź” o kiczu, „Niedziela” o religii w szkole

Dzieje Apostolskie 14,5-18
Dwa wydarzenia z historii zalążku Kościoła. Najpierw Paweł uzdrawia człowieka o bezwładnych nogach, potem - jako skutek tamtego cudu - Likaończycy deifikują Barnabę i Pawła; wywołuje to ich ostry protest i wezwanie do czci Boga prawdziwego. Komentarz na temat pierwszego wydarzenia: kaleka miał „wiarę potrzebną do uzdrowienia”, czyli nie był to żaden cud, tylko silne, ale naturalne oddziaływanie psychiki na „somatykę”? Owszem, było to silne, bardzo rzadko spotykane, oddziaływanie „duszy” na ciało, ale nie użyłbym wyrażenia „naturalne”, bo coraz mniej wiem, co ono oznacza. Pasowało, gdy wydawało nam się, że wiemy wszystko o „naturze”, dziś już tak nie jest, fizyka dzisiejsza to nie ta Tomasza z Akwinu i Newtona. Co jednak też nie znaczy, że wali się dzisiaj światopogląd teistyczny.. Można by nawet powiedzieć, że
„za każdym krokiem w tajniki stworzenia
coraz się dusza ludzka rozprzestrzenia
i większym staje się Bóg” (Asnyk).

To prawda. Bóg stworzył świat tak misternie zbudowany, że nie trzeba jakiejś specjalistycznej Jego interwencji, by działy się czasem rzeczy nadzwyczajne. Nadzwyczajny jest sam ów świat (Augustyn). Niemniej takie rzeczy są dla niektórych ludzi znakami Jego obecności. Dla jednych tak, dla innych nie. Niektórzy - ja do nich się raczej zaliczam - nie potrzebują koniecznie takich znaków, bo z innych powodów uważają, że istnieje jakaś Pierwsza Przyczyna wszystkiego i to im wystarcza. Jeszcze inni nie dają się do tego przekonać żadnym rozumowaniem ani owymi znakami: zawsze mogą powiedzieć, że co jest dzisiaj niewytłumaczalne naukowo, będzie takim jutro.
A co do owego ubóstwienia ludzi niezwykłych, to ono „humanum est”, a jakże. Potrzebujemy czegoś takiego jak powietrza. Stąd między innymi bliski niegdyś deifikacji kult papieży, ale i, nieraz przecież spontaniczne, wynoszenie pod niebiosa różnych religijnych albo i antyreligijnych przywódców. Mamy już taką nieodpartą skłonność.

Lektury: najpierw kwietniowa „Więź”.
Mógłbym omówić szerzej wstępny blok tematyczny na temat kiczu w Kościele, na pewno ważny, wydaje mi się jednak, że wiele zawiera się w takich zdaniach profesora Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, Janusza Górskiego, wypowiedzianych w rozmowie z Ewą i Marcinem Kiediami: „Oczywiście, bardzo bym chciał, żeby uczono księży wrażliwości na nowoczesną sztukę. Ale to nie takie proste, bo musi iść w parze z otwartością umysłu, z odwagą intelektualną, z gotowością przyjmowania rzeczy niezrozumiałych, czasem takich, które budzą sprzeciw. Obawiam się, że stoi to w sprzeczności z systemem edukacji w seminariach, który, jak sądzę, stawia głównie na posłuszeństwo i zniechęca do odważnych poszukiwań. Mówi się o religii »piękno i dobro«. A »odwaga i dobro«? Mam tu na myśli odwagę intelektualną. Wydaje się, że ona w oczach Kościoła katolickiego w Polsce nie jest potrzebna, a nawet jest postrzegana jako przeciwna dobru.” Myśl trafiająca w samiutkie sedno: odwaga w moim Kościele (w jego polskiej gałęzi w każdym razie) bynajmniej nie tanieje, wciąż jest droga, wciąż kosztuje, czego przykładów mamy całkiem sporo.
Jeśli chodzi o kicz kościelny, to jest jeszcze inna przyczyna jego popularności, którą też bardzo celnie punktuje profesor Górski: „To, że kościół będzie brzydki, nie spowoduje odpływu wiernych, co może dałoby komuś do myślenia. Wiadomo, że i brzydki, i ładny kościół będą jednakowo służyć funkcjom sakralnym w sensie technicznym; że i w jednym i w drugim będzie można odprawić Mszę czy przeprowadzić spowiedź.” Po co zatem jakieś „pikasy”...?
Tak myślą odgórni decydenci kościelni, ale oddolni, zwykli wierni im na ogół wtórują. Zauważa to również Górski; mówiąc o szacie graficznej czasopism, ale odnosi się to również do świątyń: „(...) w Kościele jest procentowo więcej niż w całym społeczeństwie ludzi starszych, mniej wykształconych, osób pochodzenia wiejskiego”. Im kicz bynajmniej nie szkodzi. Wiem skądinąd o niejednym proboszczu, który ulega naciskowi świeckich, co chcą ozdabiać wnętrza kościelne po swojemu. Tyle tylko, że ulegać nie powinien w sprawie piękna, tak jak przecież nieugięcie walczy o dobro.
A teraz przeskakuję na koniec numeru, do stałego felietonu Jerzego Sosnowskiego. Tekst zwie się „Ćwiczenia z teodycei” i porusza jak rzadko w prawie katolickiej problem kościelny zgoła zasadniczy, bo dotyczący właściwie istnienia Boga. Reaguje na zamieszczony dość już dawno w „Gazecie Wyborczej” felieton Krzysztofa Vargi „My, ateiści”. Tamten autor twierdził mianowicie, że argumenty przeciwko Bogu są miażdżące: „Skoro ten wasz Bóg jest taki wszechwiedzący, wszechmocny i miłosierny (...), to czemu od tysięcy lat pozwala, by ludzie i zwierzęta tak bezgranicznie cierpieli”. No cóż , to jest istotnie teodycea, bo tak się nazywa fachowo ta problematyka filozoficzno-religijna, której sporo u mnie w tym blogu. Sosnowski sądzi również, że On jest, ale próbuje uzasadnić ów sąd inaczej. Zaznacza, że jego „odpowiedź nie zadowoli kogoś, kto prawdę rozumie jako precyzyjną konstrukcję zdań oznajmiających, na podobieństwo systemu twierdzeń matematycznych”. A najważniejsze czy raczej najjaśniejsze w jego bardzo błyskotliwych wywodach jest dla mnie odwołanie się do doświadczenia. Nie on jeden tak uczynił, nie tylko Błażej Pascal.

Z kolei w tygodniku katolickim „Niedziela” z 6 maja bardzo śmiały głos ks. Janusza Goraja SDB (salezjanina): katecheta pisze o katechezie w szkole. Bardzo, jak na te łamy, pesymistycznie. Nie są to zresztą opinie oryginalne, sam pisałem o tym nieraz. Nauka jest dla niektórych katechetów męczarnią, młodzież jest obojętna religijnie, zwłaszcza w dużych miastach, wulgarna, na tych lekcjach robi wszystko, co chce. „Innym problemem jest miejsce, w których odbywają się lekcje. Większość uczniów za szkołą nie przepada, traktuje ją jako zło konieczne. W tej sytuacji wejście religii do szkoły spowodowało »uszkolnienie« katechezy. Z drugiej strony błędem było przerzucenie całej katechezy parafialnej dzieci i młodzieży do rzeczywistości szkolnej, ale taki był kiedyś wymóg historyczny. Skutkiem ubocznym tego kroku jest dzisiaj wyraźny rozbrat młodzieży z parafiami miejsca zamieszkania, a co za tym idzie - wyraźny spadek uczestnictwa gimnazjalistów i uczniów szkół średnich w praktykach religijnych”.
Ks. Goraj zaznacza, co prawda, że szkoła ma wychowywać, zatem lekcje religii albo etyki są bardzo potrzebne, ale katecheta musi być nie tylko przygotowany merytorycznie, powinien mieć także w tym celu odpowiednią osobowość: przykład takiej zakonnicy uczącej religii autor podaje. Jak też napisał o dziewczęciu, które powiedziało duchownemu uczącemu religii: „ja się na księdza religii nawróciłam do Pana Boga”, dając mu tym siłę do dalszej pracy. Podobnej siły życzy autor wszystkim katechetom szkolnym: „Nie zniechęcajcie się. Róbcie, co możecie, a resztę proszę, abyście zostawili Bożemu działaniu”.
Wszelako strzeżonego Pan Bóg strzeże, czyli wszyscy ludzie odpowiedzialni za wychowanie religijne powinni bardzo odważnie myśleć, co robić dalej Bo ma rację ów cytowany przez autora ksiądz, gdy pyta: „Jak to jest? Mamy dzieci i młodzież od tylu lat na religii, a w dorosłe życie wchodzą jako poganie.”

15:03, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
 
1 , 2
Archiwum