Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
wtorek, 31 maja 2011
Ubogi bardziej u Boga

Ewangelia 1,39-56
Dziś święto Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Jedno ze świąt Maryjnych, które mają literalną podstawę w Biblii; obchodzą je także wobec tego niektórzy ewangelicy (luteranie na Śląsku Cieszyńskim).
Matka Jezusa odwiedza swoją krewną, nie wiadomo, czy ciotkę, na pewno znacznie od niej starszą, bo według anioła Gabriela poczęła syna na starość. Podróżuje do „miasta w pokoleniu Judy”, czyli do Judei, zapewne do miejscowości Ain-Karim, 7 km na zachód od Jerozolimy i ok. 150 km od Nazaretu. Idzie zapewne piechotą, wtedy ten środek lokomocji był wśród niezamożnych normalnością. Idzie, by wspólnie z Elżbietą przeżywać niezwykłe macierzyństwo ich obu.

Zaznaczony jest swoisty udział w tym spotkaniu Jana nazwanego potem Chrzcicielem. Porusza się w łonie matki „z radością” albo „z radości”. Biblia Poznańska tłumaczy, że chodzi o akt adoracji Chrystusa: czasownik „skirtao” oznacza w tekstach Septuaginty liturgiczne tańce, towarzyszące procesjom z Arką Przymierza. Tak to człowiek mający potem prostować drogę Krewniakowi uwielbia Go już teraz.

A Maria uwielbia Boga. Ewangelista wprowadza tu jednak element swoistej literackiej fikcji (może też tak było wcześniej, gdy upobożnia nienarodzonego). W komentarzu Poznanianka pisze, że „Magnificat nie jest stenograficznym zapisem słów Maryi, ale hymnem wdzięczności, ułożonym później przez nieznanego autora, (...) ułożonym niemal w całości ze zwrotów, określeń i słów zaczerpniętych ze Starego Testamentu”, choć jest kompozycją samodzielną. Swoiście rewolucyjną, tak jak swoiście rewolucyjna jest cała ewangelia Łukasza, która mocno broni ubogich, wywyższając ich nad bogaczami. Nie mamy tu oczywiście wezwania do przewrotu społeczno-politycznego, ale jest wezwanie do przewrotu myślowego: do szacunku dla ludzi z dołu hierarchii społecznej. Szacunku, którego zawsze zbyt mało, także teraz, po tylu wiekach. Za mało językowej świadomości, że ubogi jest bardziej u Boga.

14:26, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 30 maja 2011
Spór o spójnik. Nad Wisłą bez zmian

Ewangelia Jana 15,26
Tekst zaczyna się podobnie jak wczorajszy: Jezus mówi znów o Pocieszycielu, Duchu Prawdy - ale tu nowość - „którego pośle od Ojca”. Od Ojca, czyli od praźródła wszystkiego.
W tym sensie Duch pochodzi od Ojca. Czy pochodzi też od Syna?
O to właśnie spierał się chrześcijański Wschód z Zachodem przez kilkanaście wieków. O to, czy można wyznawać w Credo wiarę w „Ducha, który od Ojca i Syna pochodzi”.

Jest to formuła z tak zwanym „Filioque”, którą Zachód po długich wahaniach samowolnie włączył do starożytnego tekstu, co oburzyło Wschód i było najwyżej, aż do samej Trójcy sięgającą, teologiczną przyczyną rozłamu. Była ona, co prawda, także w istocie polityczna. Niektórzy biskupi zachodni, szczególnie papieże, mieli długo opory wobec jednostronnej zmiany wspólnego świętego tekstu. Zadecydował za nich cesarz Karol Wielki, umieszczając tekst z „Filioque” w swojej pałacowej kaplicy: chodziło mu o to, żeby przywrócone przezeń cesarstwo zachodnie miało swój wyróżnik ideologiczny. Tendencja do tej zmiany wśród zachodniej hierarchii kościelnej miała jednak swój bardzo poważny cel ściśle doktrynalny: chodziło o przeciwstawienie się wszelkiemu kwestionowaniu bóstwa Chrystusa, o zaznaczenie, że jest On równy Ojcu, bo od Niego też pochodzi Duch Święty. Rzecz jednak właśnie w tym, że pochodzi w innym sensie, tylko w tym, że Go zsyła - czego zresztą Zachód nigdy nie kwestionował. Pomysłem kompromisowym była wersja „przez Syna”, ale ona się jakoś nie przyjęła.

Wyczytałem gdzieś taką myśl, że korzenie teologiczne sporu sięgają wręcz samego pojmowania Trójcy. Otóż ten t ermin powstał na Zachodzie, przyjął się z czasem też na Wschodzie, ale widać tu pewną różnicę akcentów: Wschód bardziej akcentuje odrębność Osób (aż do herezji arianizmu, która tam powstała, choć w końcu bardziej groziła Zachodowi), Zachód - ich jedność.

Niemniej z taką różnicą chrześcijaństwo żyło niepodzielone kilka wieków i obecnie to go praktycznie nie dzieli. Jan Paweł II wyraźnie zaznaczył, że uprawnione są obie wersje: z „Filioque” i bez tego dodatku, czyli że ta pierwsza nie kwestionuje innego sposobu pochodzenia Ducha od Ojca i Syna. Wersja pierwotna: „od Ojca pochodzi” znalazła się na przykład w skądinąd kontrowersyjnej ekumenicznie Deklaracji „Dominus Iesus”. Chociaż już nie w polskim tłumaczeniu: to pewnie pomyłka, nie polska cenzura, lecz chyba znamienna. Wciąż ciężko nam podążać za Watykanem… Przyjmujemy skwapliwie wszystkie tamtejsze przyhamowania. Na przykład księża, którzy nie pozwalają na Komunię na rękę, poczuli się w tym umocnieni osobistą niechęcią do tej formy Benedykta XVI - ale do zmiany od razu nie dopuścili, choć Episkopat jej nie odrzucił. Wracając do „Filioque”, nie rozumiem również, czemu podczas tak zwanych mszy ekumenicznych nie odmawia się Credo bez tego dodatku albo też w ogóle krótszego wyznania wiary, tak zwanego Składu Apostolskiego, który omija ten problem.

15:47, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
niedziela, 29 maja 2011
Duch też Pocieszyciel

Ewangelia Jana 14, 16-17
„Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby był z wami na zawsze”. Warto pamiętać, że Duch Święty także pociesza, nie tylko oświeca. Owszem, zaraz dalej jest powiedziane, że jest to „Duch Prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo Go nie widzi ani nie zna”, niemniej trzeba wiedzieć, że Trzecia Osoba Trójcy nazywana jest w Ewangelii Jana i jego pierwszym liście „Parakletos”, co oznacza dosłownie adwokata, pomocnika, obrońcę doradcę, orędownika albo właśnie pocieszyciela. Duch pociesza przez mówienie prawdy, niemniej ta prawda to jednak Dobra Nowina, a nie zła. Powinniśmy się modlić do Niego nie tylko o oświecenie, także właśnie o pocieszenie.

09:41, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
sobota, 28 maja 2011
Paweł, gwałtownik roztropny

Dzieje Apostolskie 16,1-3
„Paweł przybył także do Derbe i Listry. Był tam pewien uczeń imieniem Tymoteusz, syn wierzącej Żydówki i ojca Greka. Bracia z Listry dawali o nim dobre świadectwo. Paweł postanowił zabrać go z sobą w podróż. Obrzezał go jednak ze względu na Żydów, którzy mieszkali w tamtejszych stronach. Wszyscy bowiem wiedzieli, że jego ojciec był Grekiem.”

Ostatnie zdanie trochę niejasne: trzeba dodać, że dla Żydów syn Żydówki był Żydem, więc Tymoteusz jako syn Greka wzbudzał podejrzenia, że nie nosi znaku przynależności narodowej. A jeszcze był pełny pluralizm i Paweł chciał go uszanować. Choć pewnie już nie wierzył w jakąś obiektywną wartość duchową obrzezania. Zmienił poglądy radykalnie: to już była chyba tylko tolerancja.

13:52, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
piątek, 27 maja 2011
Zamęt w duszach

Dzieje Apostolskie 15, 22-31

Kościół realizuje swoją decyzję. Wysyła do Antiochii z „naszymi drogimi” Barnabą i Pawłem (jeszcze taka kolejność) „ludzi przodujących wśród braci”, by w tym bardzo ważnym ośrodku przeciwstawić się „siejącym zamęt w duszach”. Wysłannicy wiozą list przedstawiający uchwałę soboru. Odbiorcy „ucieszyli się z jego zachęcającej treści”.

Początek faktycznego końca nurtu judeochrześcijańskiego: odrodzi się dopiero po 20 wiekach, gdy powstanie na nowo państwo Izrael. Nie było żadną miarą decyzji likwidacji, monopolu „etnochrześcijaństwa”, ale już dalsze wydarzenia polityczne w Palestynie powodują jego absolutną dominację. Ale historia sprawia niespodzianki. Oto stanie się tak, że jeden z najzagorzalszych odtwórców w Izraelu „Kościoła Jakubowego”, konwertyta z judaizmu ojciec Daniel Rufeisen powie do delegacji KIK-u z przekąsem: „Ten wasz Paweł!”. Choć też przecież Żyd, nawet faryzeusz, a jakże!
Ale się porobiło…

13:52, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
czwartek, 26 maja 2011
Zwyciężyła reforma

Dzieje Apostolskie 15, 7-21
Bardzo ważny tekst: opis zakończenia najpierwszego soboru. Po długich dyskusjach zabiera głos Szymon Piotr i powiada, że to jego właśnie Bóg wybrał do ogłoszenia poganom Ewangelii. Istotnie tak było w objawieniu w domu Korneliusza, mimo że potem Paweł wykazywał większą reformatorską stanowczość. Teraz Piotr twardo polemizuje z konserwatystami, którzy chcą wkładać na nowych chrześcijan „jarzmo, którego ani ojcowie nasi, ani my sami nie mieliśmy siły dźwigać”. Następnie oddano głos Barnabie i Pawłowi, by opowiedzieli o swoich sukcesach ewangelizacyjnych wśród pogan, a wreszcie przemówił Jakub. Decydująco, bo miał w ogóle wielki autorytet, a uchodził za umiarkowańca, więc gdy i on poparł reformę, sprawa została przesądzona. Co prawda, został zakaz spożywania krwi, ale i on się potem jakoś zgubił, został tylko u świadków Jehowy. Stało się.

15:29, jan.turnau
Link Komentarze (76) »
wtorek, 24 maja 2011
Szalom, czyli szczęście szaleńcze

Ewangelia Jana 14,27
„Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak, jak daje świat, ja wam daję.”
„Pokój” to po grecku „eirene” (Irena powinna nie być wojownicza ...), ale jeżeli nawet Jezus znał ten język, to przemawiał przecież po hebrajsku czy raczej aramejsku, a tamtejszy „szalom” (aramejski „szylam”) to w ogóle - można by rzec - szczęście.

Nie lubię, gdy się dzisiaj robi ze świata siedlisko wszelkiego zła. Przecież ów świat, laicki raczej, to nie tylko aborcja i eutanazja, to także na przykład radykalny sprzeciw wobec kary śmierci albo wobec wojny, czyli wartości moralne, do których akcentowania Kościół katolicki dojrzewał powoli. Inna wrażliwość etyczna, ale w niejednej sprawie bardzo wielka. A dzisiaj ujawniane przestępstwa seksualne księży pokazały, że struktury kościelne nie mają się czym chwalić także w dziedzinie, w której stawiają przecież bardzo wysokie standardy.

Niemniej ideały ewangeliczne są na pewno wzniosłe. Na pewno nie dają niezmąconego i nieprzemijającego szczęścia wartości, o które walczy dla siebie przeciętny człowiek „światowy”. Co nie znaczy, że nie są to praktycznie ideały wielu duchownych: że obojętna im jest kariera, obojętne pieniądze, blichtr wszelaki, a czasem i seks, a jakże. Ale Jezus miał na myśli pokój serca, który bierze się z postawy pewnej obojętności na odmiany losu. Coś jakby stoicyzm, ale oparty o zaufanie Bogu. O wartości najgłębsze, miłość Boga i bliźniego jako Bożego obrazu. O spokój sumienia. Jest to postawa może i szaleńcza, ale w tym szaleństwie jest metoda, jest szczęście największe.

14:48, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 23 maja 2011
Nie dać się ubóstwić

Dzieje Apostolskie 14, 11-13
Paweł i Barnaba uzdrawiają w Listrze kalekę od urodzenia, czym wywołują efekt niespodziewany. „Na widok tego, co uczynił Paweł, tłumy zaczęły wołać po likaońsku: - Bogowie przybrali postać ludzi i zstąpili na nas. Barnabę nazywali Zeusem, a Pawła Hermesem, gdyż głównie on przemawiał. A kapłan Zeusa, który miał świątynię przed miastem, przywiódł przed bramę woły i przyniósł wieńce, i chciał razem z tłumem złożyć ofiarę".
Apostołowie musieli mocno przekonywać, że są tylko ludźmi, a zarazem ewangelizować bałwochwalców.

Tak to bywa w życiu. Przedtem w Ikonium, na terenie zamieszkałym również przez Żydów było znacznie gorzej, apostołowie musieli uciekać, bo groziła im śmierć. Niespodziewane późniejsze powodzenie nie przewróciło im w głowach, a przecież tak łatwo uwierzyć we własną genialność, gdy trafi się na radykalnych wielbicieli. Nawet i wrodzony samokrytycyzm ustępuje wtedy niepostrzeżenie samouwielbieniu. Trzeba dużego samokrytycyzmu, żeby nie dać się ubóstwić. Tłum bywa bardzo groźny też z tego względu.

PS. Coś bardziej optymistycznego. W sobotę byłem na ślubie kolegi z „Więzi". Uroczystość odbyła się w warszawskim kościele ojców dominikanów na Służewie. Świątynia tamtejsza z zewnątrz wygląda ponuro, wielko i ciężko, ale wewnątrz urzeka nastrojem: sporo światła, ale nie za dużo, jest trochę sakralnego półmroku. Minimum ozdób, jak są, to piękne, prawosławna ikona krzyża (Nowosielski), surowość oraz strzelistość jakby gotyckie, bez jednak powielania przeszłości. Zawsze dużo młodzieży, znakomite duszpasterstwo inteligencji katolickiej. Śpiew chóru podejmowany przez „publiczność", obok mnie śpiewa wspaniale naczelny „Więzi" Zbyszek Nosowski. Kazanie przydługie, może zbyt „literackie", ale ani jednego głupiego słowa. Państwo młodzi wybrali sobie sami teksty biblijne, czytają je (poza Ewangelią) oczywiście świeccy płci obojga, także modlitwę zwaną powszechną wykonuje laikat. Nie ma wcale zbiórki pieniężnej, choć dałbym chętnie w nagrodę za taki styl.

Są w Polsce podobne świątynie, nietuzinkowi księża, wciąż to jednak raczej wyjątki. Dominuje radiomaryjność, na ogół umiarkowana, ale ten sam konserwatyzm, upolitycznienie, intelektualna i duchowa płycizna. Występ Grzegorza Brauna na KUL-u wydaje mi się wierzchołkiem góry lodowej. Może ją roztopi stopniowo nowy nuncjusz, podobno bardzo sensowny, ale czy da radę? Egzaminem dlań jest nominacja następcy arcybiskupa Życińskiego; zobaczymy może niedługo, czy go zda.

12:47, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
piątek, 20 maja 2011
Aby zbawić, nie potępić

Wpis na środę 18 maja 2011
Ewangelia Jana 12, 47-48
„A jeżeli ktoś posłyszy słowa moje, ale ich nie zachowa, to ja go nie sądzę. Nie przyszedłem bowiem po to, aby świat sądzić, ale by świat zbawić. Kto gardzi mną i nie przyjmuje słów moich, też ma swego sędziego: słowo, które powiedziałem, ono będzie go sądzić w dniu ostatecznym".

Jezus jest zbawicielem. Różne są poglądy na temat tego, ilu ludzi przyjmuje w końcu Jego słowo. Ilu z nas tuż przed śmiercią daje się Mu przekonać albo i dopiero po niej widząc Boga lepiej niż tu na ziemi pozwala Mu się przyciągnąć do siebie. Czy wszyscy w końcu zechcą Go przyjąć czy też wolna wola człowieka ma tak olbrzymią cenę, że niektórych z nas nieodwołalnie prowadzi na manowce i nawet wszechmocny Bóg jakby nie może sobie z tym poradzić. Tak czy inaczej, Jezus stał się jednym z nas nie po to, żeby nas osądzić (potępić - jak tłumaczą inni), ale zbawić. Jest zbawicielem, to jest sens Jego misji. To jest zasadnicze przesłanie Ewangelii, Dobra Nowina, przysłaniana niestety przez różne ponure wieści.

PS. Wyjeżdżam z żoną i uczonymi tłumaczami do Zakościela w okolice Spały, gdzie w gościnnym domu ewangelickim będziemy tłumaczyli Apokalipsę św. Jana, zawieszam zatem „blogowanie" do niedzieli włącznie. Do przeczytania!

16:45, jan.turnau
Link Komentarze (50) »
wtorek, 17 maja 2011
Biała plama w życiu Pawła

Dzieje Apostolskie 11,25
„Barnaba udał się też do Tarsu, by odszukać Pawła.”

Apostoł Paweł się zgubił...? Niezupełnie. Ta sama księga podaje wcześniej, że „spierał się z hellenistami, ci zaś usiłowali go zabić. Dowiedziawszy się o tym, bracia zeszli z nim do Cezarei i wyprawili do Tarsu (9,29-30)”. Czyli po prostu chcieli ocalić mu życie, a zapewne również postarać się o większy spokój religijny w stolicy. Ciekawe, że właśnie helleniści, czyli Żydzi jakoś obeznani z rzeczywistością duchową innych narodów, byli tak niechętni nowej religii: przecież to oni spowodowali śmierć diakona Stefana (Szczepana). Może po prostu konfrontacja z innością czasem zamyka, nie otwiera.

Ale w dzisiejszym wersecie dziwne jest co innego. Otóż Paweł „zgubił się” w rodzinnym Tarsie na kilkanaście lat - i żadna z ksiąg Biblii nie informuje, co tam robił. Mówiłem moim „kontranslatorom”, że to w jego życiorysie biała plama tak wielka, iż powinna dziwić biblistów, skłaniać do stawiania hipotez. Pastor Kwiecień odpowiedział mi na to, że w biografii Jezusa jest luka jeszcze dłuższa, trzydziestoletnia (pomijając epizod jerozolimski) i nikogo to nie ekscytuje. To prawda, ewangelie nie są w ogóle biografiami, tak jak nie są nimi Dzieje Apostolskie. Niemniej uczono mnie o życiu „ukrytym” Jezusa, dawne apokryfy zgadują, jakie czynił wtedy cuda, a o tej „białej plamie” Pawłowej w opracowaniach popularnych nie pisze się nawet, że ona jest. Może po prostu dlatego, że Paweł to nie Jezus i tyle. W każdym razie owa luka informacyjna to ciekawy temat dla dzisiejszych powieściowych apokryfistów, może zresztą już przez kogoś podjęty, nie wiem.

15:37, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 16 maja 2011
Czy św. Andrzej Bobola był ekumenistą? Dramatyczne skutki unii brzeskiej

1 List do Koryntian 1, 10
„A proszę was, bracia, dla imienia Pana naszego, Jezusa Chrystusa, abyście wszyscy mówili to samo i żeby nie było wśród was rozłamów, ale abyście się wzmocnili w jednym rozumieniu i w jednym myśleniu".
Ewangelia Jana 17, 21
„Aby wszyscy byli jedno, jak Ty, Ojcze, we mnie, a ja w Tobie, aby i oni w nas jedno byli, żeby świat uwierzył, iż Ty mnie wysłałeś".
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Zacznę, jak często, od drobiazgu translatorskiego. W periodyku biblijno-liturgicznym „Oremus" mamy w tym wersecie Janowym wyrażenie „Ojciec Święty", nie „Ojciec". Jest to zapewne zwykły błąd korektorski, bo przymiotnika „Święty" nie ma w oryginale, nie ma go też w polskim wydaniu „Biblii Jerozolimskiej" z tekstem Tysiąclatki (który jest z zasady publikowany w ”Oremus”). Sprawę uznałbym za detal absolutny, gdyby nie to, że skojarzyła mi się ze sporem, jaki ma katolicyzm z protestantyzmem o tytułowanie „Ojcem Świętym" papieża. Termin ten występuje zresztą w wersecie 11 tegoż rozdziału tejże ewangelii i oznacza Boga, stosowanie go zatem do każdego człowieka trąci niemal deifikacją. Tak jak trąci nią również trochę wyrażenie „zastępca", „wikariusz", czy „namiestnik" Chrystusa, wprowadzony dopiero w średniowieczu w miejsce (czy też obok) wyrażenia „następca św. Piotra". Niestety stopniowe awansowanie biskupa Rzymu, uwieńczone w drugiej połowie XIX wieku uchwaleniem przez Sobór Watykański I dogmatami o jego prymacie i nieomylności, zwiększyło jeszcze podział chrześcijaństwa.

Próbowano go dawniej zmniejszyć. Jedną z takich prób była unia brzeska. Zawarta między niektórymi biskupami prawosławnymi ówczesnego państwa polskiego a Rzymem w 1596 roku, nie tylko jednak nie zbliżyła do siebie oba starożytne Kościoły, ale oddaliła potężnie. A stało się tak przede wszystkim dlatego, że był to w istocie pomysł na wyłuskanie z całości prawosławnej paru jej cząstek i podporządkowanie ich rzymskiej władzy, nie zaś pojednanie chrześcijańskiego Wschodu z Zachodem. Podporządkowanie to byłoby zresztą mniejsze, gdyby nie stopniowa latynizacja wchłoniętych w ten sposób wspólnot wschodnich, ale już sama ogólna idea nie mogła służyć jedności. Co gorsza, unia była ugodą na szczeblu biskupów, ale niższe duchowieństwo i lud były jej przeciwne. Ów sprzeciw nie był brany pod uwagę, opornych księży prawosławnych usuwano, wybuchały konflikty zbrojne.

W takiej sytuacji posłany został na Polesie pełen zapału młody jezuita ks. Andrzej Bobola. Nie nawracał siłą, ale nie tyle jednoczył w dzisiejszym rozumieniu tej już ogólnochrześcijańskiej idei, ile usiłował w istocie robić z prawosławnych katolików. Było to wówczas normalne, choć z ideą ekumeniczną sprzeczne: stan ducha i myśli po obu stronach był przecież taki, że uważano się nawzajem za paskudną schizmę i herezję. Gdy do tego wszystkiego doszła wojna prawosławnych Kozaków z Rzeczpospolitą, los Boboli był przesądzony. Męczennikiem był niewątpliwie, zamordowali go okrutnie Kozacy, ale był również ofiarą rozłamu, który usiłował przezwyciężać w sposób, który dziś uważamy za błędny.

Niestety nie rozumie tego błędu komentator „Oremus", który uznał unię brzeską za „wielki projekt powrotu do jedności z Rzymem wyznawców prawosławia". Niektórych wyznawców - na pewno, tylko że właśnie jedność to nie powrót do Rzymu, ale powrót wszystkich chrześcijan do Chrystusa. Dzisiejszy Watykan wypiera się, choć niezbyt mocno i konsekwentnie, wyznawania koncepcji zwanej uniatyzmem. W Polsce, jak to widać nieraz, stanowisko watykańskie uważane jest za nazbyt otwarte myślowo.

A sprawa unitów jest szczególnie trudna, bo znaleźli się między młotem i kowadłem. „Łacinnicy" nimi pogardzali, prawosławni ich nie znosili. Gdy Polska upadła, carat prześladował ich morderczo, a prawosławni bynajmniej nie bronili, pamiętając tamto narzucanie Unii. Ostatecznie rozprawił się z nimi już po wojnie Stalin, likwidując ich struktury w całym swoim imperium i przekazując je Cerkwi. Trzynastu biskupów unickich trafiło do łagrów. W bardzo trudnej sytuacji znalazł się też Jan Paweł II. Opisuje te perypetie Grzegorz Polak w swej właśnie opublikowanej przez Wydawnictwo m książce pt. „Nieznane oblicze pontyfikatu Jana Pawła II. Okruchy z papieskiego stołu". Obok innych wiadomości międzywyznaniowych jest też tam też rozdział o unitach.

Otóż papież z Polski zastał w Watykanie rozpoczętą przez Pawła VI „Ostpolitik", otwarcie na świat komunistyczny, realizowane przede wszystkim przez sekretarza stanu arcybiskupa Casarolego, ale też przez całą kurię rzymską. Nie podobało się to nie tylko prymasowi Wyszyńskiemu, także zwierzchnikowi Cerkwi unickiej Josyfowi Slipyjowi. Jan XXIII wyciągnął go z łagru, Paweł VI mianował kardynałem, ale twardy Ukrainiec walczył dalej. W szczególności o podniesienie swej władzy i autonomii swego Kościoła do rangi osobnego patriarchatu. Sprawa była dla Watykanu szczególnie trudna, bo przeszkadzała ogromnie w dialogu z prawosławiem. Slipyj nie grzeszył posłuszeństwem, wyświęcił na biskupa bez zgody papieża Lubomyra Huzara, którego chciał zrobić swoim następcą. I tak się dużo później stało, póki co jednak Jan Paweł II wolał na tym stanowisku Myrosława Lubacziwśkiego. Na pozwalał bohaterowi z łagru na wszystko, niemniej okazywał mu ogromny szacunek i sympatię. Jemu i wszystkim unitom: podczas pielgrzymki do Polski w 1987 roku odwiedził absolutnie niespodziewanie, wbrew ustaleniom z władzami PRL, klasztor unicki bazylianów na ulicy Miodowej, zmienił też watykańską decyzję podporządkowania Kościoła unickiego w Polsce łacińskiej metropolii warszawskiej, tworząc osobną unicką w Przemyślu.

Unici w ogóle nie baranki, w zachodniej Ukrainie zachowują się jak klasyczny Kościół narodowy, większościowy, zachodząc bardzo za skórę także tamtejszym „łacinnikom". Może to się trochę zmieni, może „namaszczony" przez kardynała Huzara (ale oczywiście wybrany przez synod tamtejszych biskupów i zatwierdzony przez papieża) arcybiskup Światosław (Szewczuk) okaże się odeń twardszy wobec szarogęszących się w tamtym Kościele nacjonalistów. I może kiedyś skutki tamtej unii przestaną przeszkadzać jedności dwóch rodzin wyznaniowych tak sobie przecież doktrynalnie bliskich.

16:56, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
niedziela, 15 maja 2011
Czy Jezus złorzeczył?

1 List Piotra 2,23
„On, gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył”.
Czy aby na pewno? Jego mowa była oczywiście ostra, taka, jak proroków izraelskich wcześniejszych, albo i ostrzejsza. Ale czy na przykład owe „biada” z Ewangelii Mateusza 23, skierowane do faryzeuszy i „uczonych w Piśmie”, były złorzeczeniami? Może zresztą - wyjaśniał mi to dalej ks. Michał Czajkowski - zostały trochę zaostrzone przez redaktorów tej Ewangelii, w której konflikt z Synagogą widać już wyraźnie, ale czy to była mowa nienawistna? Czy nienawidził tych, których karcił?

A już na pewno nie odpowiadał pięknym za nadobne: męki znosił wiadomo jak. Prosił Boga o przebaczenie tym, co Go maltretowali nie tylko słowami.

11:29, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
sobota, 14 maja 2011
Miłośnicy

„Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”.

Miłośników takich mamy wielu. Nie tylko ojciec Kolbe, w pewnym sensie także na przykład ów ratownik górniczy, którego znaleziono już nieżywego w czwartek.

Narażają przecież życie także ratownicy górscy. Nie idą na pewną śmierć, oczywiście, ale wszak wiedzą o niebezpieczeństwie. Tak jak i ci, co są jak „kamienie na szaniec” w każdej wojnie wyzwoleńczej. Pewnie, młodzi lubią ryzykować, lubią wojować, mają słabszą wyobraźnię, ale powstańcy warszawscy na przykład są również przykładem ofiarności. Nie tylko dla przyjemności poszli walczyć o wolność. Nie wszyscy się do tego rwali.

00:56, jan.turnau
Link Komentarze (48) »
piątek, 13 maja 2011
Krewny nasz, Jezus z Nazaretu

Ewangelia Jana 6,53.60
„Amen, amen, mówię wam, jeślibyście nie spożywali ciała Syna Człowieczego i nie pili jego krwi, nie będziecie mieli życia w sobie.
(...)Wielu więc uczniów Jego, usłyszawszy, powiedziało: - Okrutne to słowo. Któż może go słuchać?”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Słowo rzeczywiście okrutne, nic zatem może bardzo dziwnego, że tak zostało wtedy odebrane. Trzeba pamiętać, że krew jest dla Żydów płynem szczególnym, siedliskiem życia, czymś nietykalnym. Dla nas zresztą też powinna mieć wartość symboliczną, choćby właśnie ze względu na sakrament Komunii. Dlatego traktowanie krwi Papieża jako relikwii uważam za jakoś sensowne: mniej mi przeszkadza w każdym razie niż byłoby uczynienie jej z papieskiego zęba, co na szczęście nie nastąpiło.
Krew jako symbol: wymiana krwi nie tylko u Żydów miała (ma) znaczenie symboliczne. W końcu i u nas do niedawna była znakiem wartości człowieka (gdy była niebieska...), co na szczęście już mamy za sobą.

Joseph Ratzinger w książce „Wielkość religii i jedno Przymierze” napisał był: „Słowa nad kielichem u Mateusza i Marka zostały zaczerpnięte bezpośrednio z relacji o zawarciu przymierza na Synaju. Mojżesz krwią ofiary najpierw skrapia ołtarz, który zastępuje tutaj ukrytego Boga, następnie skrapia lud, mówiąc przy tym: « Oto krew przymierza, które Pan zawarł z wami na podstawie wszystkich tych słów» (Wj 24,8). W tych słowach sięga się do pradawnych wyobrażeń, przenosząc je na wyższy poziom.

G. Quell tak zdefiniował archaiczną ideę przymierza, która pojawia się w opowieściach o patriarchach: «Zawrzeć przymierze oznacza zarówno wstąpić w obcy związek krwi, jak i przyjąć do własnego związku partnera i w ten sposób wejść z nim we wspólnotę prawną». Stworzone w ten sposób fikcyjne pokrewieństwo krwi «z uczestników czyni braci z tego samego ciała i kości». «Przymierze stwarza całościową relację, która jest pokojem» - szalom.
Rytuał krwi na Synaju oznaczał, że Bóg wobec tych ludzi w ich drodze przez pustynię czyni to samo, co dotąd czyniły wobec siebie jedynie poszczególne związki plemienne: Bóg wchodzi w tajemnicze pokrewieństwo krwi i ludźmi, przez co On należy do nich, a oni do Niego. Oczywiście treść ustanowionego tutaj pokrewieństwa, które powstaje teraz na sposób paradoksalny pomiędzy Bogiem a człowiekiem, zostaje scharakteryzowana przez odczytywane słowo, przez Księgę Przymierza. Dzięki przyswojeniu sobie słowa, dzięki życiu z tego słowa i z tym słowem, powstaje pokrewieństwo, które na płaszczyźnie kultu przedstawiane jest w rytuale krwi.

Jeśli Jezus, wręczając kielich, mówi do swych uczniów: «To jest moja Krew Przymierza», wówczas słowa z Synaju stają się bardzo realne, a równocześnie otwiera się nieprzewidywalna wcześniej głębia. To, co się tutaj dokonuje, jest równocześnie uduchowieniem i najwyższym realizmem. Albowiem sakramentalna wspólnota krwi, która staje się możliwa, wiąże przyjmującego przymierze z rzeczywistym Człowiekiem Jezusem, a równocześnie z Jego Boską tajemnicą, włączając go do wspólnoty jak najbardziej konkretnej, sięgającej wymiaru cielesnego”.

Dla nas dzisiaj praktycznie krew to jednak niewiele więcej niż inne nasze wewnętrzne płyny. Przypominamy sobie o tym dopiero wtedy, gdy trzeba nam jej, by nasz podopieczny mógł żyć.
I powinniśmy o tym pamiętać podczas Komunii. Niestety symbolika krwi została zatarta przez jurydyzm zachodniokatolicki. Przez rozumowanie często prawnicze: jeśli ciało, to i krew, zatem opłatek wystarczy. Rozumowanie abstrahujące od znaczenia symbolu, tak ważnego na Wschodzie.

Jezus staje się naszym krewniakiem. Jednak to przecież wino, nie krew? Wchodzę tu w dyskusję niemal odwieczną. Nic właściwie do niej nie dodam nowego, bo zresztą pisałem tu o tej tajemnicy nieraz. Tak, właśnie tajemnicy albo raczej misterium. Nie musimy wszystkiego rozumieć. Trzeba Jezusowi uwierzyć. Ale jak nam, ludziom XXI wieku, jakoś zmniejszyć tę niezwykłość? Powtarzam to, co już tu pisałem nieraz: że musimy przyjąć interpretację mieszczącą się jakoś między „kanibalizmem” a płaskim symbolizmem. My przecież nie jemy Jezusa, ale w niepojęty dla nas sposób wchodzimy z Nim w związek szczególny: jakoś ściślejszy niż ten, który osiągamy przez kontakt z Jego obecnością na przykład w Piśmie Świętym. Co przyjmują już liczni ewangelicy (nie tylko luteranie), uznając w Eucharystii Jego „realną” obecność.
Osiągamy jednak ów związek tylko wtedy, gdy łączymy się w Nim ze wspólnotą liturgiczną. Pierwsi chrześcijanie nie „łamali Chleba” każdy osobno. Msza nie jest zwyczajną wspólnotą (co tak akcentuje Benedykt XVI), ale jest wspólnotą. Bez Chrystusa (zmartwychwstałego - o tym też trzeba pamiętać trudząc się myślowo nad realnością Obecności) jej nie ma, ale bez bliźnich również. Choćby symbolicznie, choćby myślowo powinniśmy być z innymi ludźmi, gdy przynosi się Go nam do domu, gdzie mieszkamy samotnie.

PS. A propos obecności Chrystusa w Biblii: miło mi było słyszeć, gdy w Radiu TOK FM w czwartek pani Bożena Janicka z miesięcznika „Kino” powołała się wczoraj na ewangelie. Dokładnie: wiedząc, co jest u Jana, co u synoptyków. Biblia to zatem nie tylko mój, dziennikarza, konik...

PS bis: wciąż niektórym marzy się, żeby Jezus został królem Polski. Nie rozumieją choćby tego, że jest w tym marzeniu jakiś wielki minimalizm. Jezus powinien być naszym Bogiem, nie jakimś ziemskim monarchą.

22:44, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
czwartek, 12 maja 2011
Nie bój się Jezusa, baranka. Błędy językowe Jezusa Galilejczyka

Dzieje Apostolskie 8, 32
„ Prowadzą Go jak owce na rzeź i jak baranek, który milczy, gdy go strzygą, tak On nie otwiera ust swoich ".
Dworzanin (eunuch? nie wiadomo na pewno, czy był to kastrat, bo terminem greckim „ eunuchos " określano czasem w ogóle urzędników królewskich) królowej etiopskiej Kandaki, zarządzający całym jej skarbem, czyta Księgę Izajasza i nie wie, o kogo tam chodzi. Diakon Filip wyjaśnia mu, że barankiem tym jest Jezus.

Ks. Aleksander Seniuk, następca księdza Twardowskiego jak rektora warszawskiego kościoła sióstr wizytek, przysłał mi piękne życzenia wielkanocne z takim wyznaniem Jerzego Nowosielskiego:
”Naprawdę ufam Chrystusowi...
bo jest moim osobistym Zbawcą.
Wszystkiego na świecie się boję,
nie boję się tylko Chrystusa.”

Baranka się nie boimy. Za przykładem Baranka staramy się nieudolnie iść.
Napisałem wczoraj o ciekawym artykule Marty Wielek na temat Galilei w majowym „Liście". Zacytuję tutaj ostatnią część tekstu.
”Gdy Chrystus rozpoczynał nauczanie, Galilea funkcjonowała niemal jak odrębny kraj. Wokół rozciągały się rzymskie prowincje, a nieprzychylna Samaria oddzielała ją z południa od centrum żydowskiego państwa. Galilea cieszyła się względną autonomią. Jej mieszkańcy słynęli z wojowniczego ducha, umiłowania niepodległości, a nawet szowinizmu. Flawiusz, który brał udział w powstaniu przeciw Rzymowi, podziwiał ich odwagę i bojowość. Oddalenie od Jerozolimy i niedostępne wzniesienia Górnej Galilei sprzyjały rebeliantom, dlatego z tych terenów wywodziło się najwięcej przywódców powstańczych. Tutaj też uformowała się radykalna grupa zelotów (” zelotai ”, grec. gorliwy). Jej członkowie uważali, że zaakceptowanie rzymskiej okupacji jest buntem wobec Jahwe, dlatego występowali zbrojnie przeciwko Rzymianom i ich żydowskim współpracownikom. Po upadku kolejnego powstania zeloci rozpoczęli działalność, którą dzisiaj nazwalibyśmy terrorystyczną: uzbrojeni w sztylety atakowali na ulicy tych, których uważali za niewiernych lub zdrajców. Takiego ciosu cudem uniknął np. św. Paweł (por. Dz 23, 14 n). Nietrudno więc zrozumieć obawy, z jakimi mieszkańcy Judei traktowali Jezusa, galilejskiego nauczyciela, którego jeden z uczniów nosił przydomek Gorliwy.
Za Galilejczykami ciągnęła się nie tylko zła sława rebeliantów, ale też prostaków lekceważących przepisy Prawa Mojżeszowego. Jerozolimscy rabini pogardzali nimi ze względu na brak wykształcenia i liberalny stosunek do nakazów Tory. Z tego powodu ustanawiano dla nich specjalne wersje przykazań. W Judei wystarczało powstrzymać się od pracy w południe w przeddzień Paschy, ale Galilejczyków uczono - w obawie, że czegoś nie dopełnią - żeby powstrzymali się od pracy najlepiej przez cały dzień.
W Galilei mieszkało też najwięcej tzw. amhaareców . Słowo to oznacza „lud ziemi", ale w czasach Jezusa nazywano tak pospólstwo, najbardziej pogardzaną grupę społeczną. Dzisiaj powiedzielibyśmy pewnie: margines społeczny. Jeden z rabinów miał nauczać, że grzech amhaareców jest tak obrzydliwy, iż usprawiedliwione byłoby obdarcie ich ze skóry w szabat, nawet jeśli jest to Dzień Pojednania.
Brak prawnego wyrobienia Galilejczyków mógł wynikać z nieobecności szkół rabinicznych w tej prowincji w pierwszej połowie l w. n.e. Byli tam, owszem, tzw. pisarze wiejscy, którzy sporządzali akty małżeńskie, kontrakty, dokumenty rozwodowe, lecz nie znamy wybitnego faryzeusza rodem z Galilei. Wiadomo, że jeden ze znamienitych faryzeuszy, Jochanan ben Zakkai, przybył tu z Jerozolimy, aby założyć szkołę, nie spotkał się jednak z zainteresowaniem ani zrozumieniem mieszkańców. Jeśli Ewangelie wspominają o faryzeuszach, których Jezus spotkał w Galilei, to prawdopodobnie i oni przybyli z Jerozolimy, być może nawet z powodu pogłosek o Nim. Opisywane przez ewangelistów konflikty z uczonymi były zapewne sporami z lokalnymi skrybami.
Można by pomyśleć, że istniała galilejska odmiana judaizmu, która formalnie niczym nie odbiegała od oficjalnej, jerozolimskiej. W praktyce jednak była ona nieco bardziej mistyczna, ludowa, z elementami myślenia magicznego. Zamiast faryzeuszy znających doskonale literę Prawa, popularność zdobywali tu tzw. mężowie Boży, którzy owszem, nauczali, ale najbardziej znani byli z tego, że czynili cuda(...) - uzdrawiali, przepowiadali przyszłość. Przede wszystkim ceniono ich w Galilei za to, że Bóg wysłuchiwał ich modlitw. Znane były ich aforyzmy, żaden z nich jednak nie zaproponował w judaizmie nowej myśli.
Ewangeliści podają, że Piotr zaparł się Jezusa po tym, jak zarzucono mu, że jego mowa zdradza galilejskie pochodzenie. Galilejczycy rzeczywiście posługiwali się gwarą trudną do zrozumienia dla mieszkańców innych regionów kraju. W pismach żydowskich zapisana jest nawet pewna anegdota o Galilejczyku, który wybrał się do Jerozolimy na targ i nie dość, że nic nie kupił, to jeszcze został upokorzony. Kupcy nie rozumieli jego mowy i bezlitośnie szydzili: «Głupi Galilejczyku, chcesz kupić osła (aram. hamar ), wino ( hamar ), wełnę ( amar ) czy baranka ( immar ). W ustach przybysza wszystkie te słowa brzmiały tak samo.
Jezus mówił po aramejsku prawdopodobnie tak samo niegramatycznie, jak reszta Galilejczyków. Widać to chociażby wtedy, kiedy wskrzesza córkę Jaira. Mówi do niej: « Talita kum», podczas gdy poprawna forma brzmi: « Talita kumi» (por. Mk 5, 41). Tak jak większość galilejskich nauczycieli mówił do ludzi za pomocą przypowieści i czynił cuda. Przewyższał ich jednak. Żaden z Jego poprzedników nie próbował wykazać, że w jego osobie wypełniają się starotestamentowe proroctwa. Dla nich cuda i opowiastki były centrum działalności, dla Jezusa jedynie pomocą do przekazania bardzo spójnej nauki o Bogu Ojcu.
l gdyby nie to, rabini z Judei być może byliby skłonni tolerować Jezusa jako jednego z galilejskich cudotwórców, których otwarcie lekceważyli. Z jednej strony galilejskie pochodzenie Jezusa sprawiało, że nie potraktowali poważnie Jego nauczania, nie słuchali Go, a jedynie szukali okazji, by wytknąć Mu ignorancję. Z drugiej - pochodzenie Nauczyciela kazało im czujnie przyglądać się społecznym skutkom Jego działalności.
Po śmierci Jezusa mieli jeszcze jeden powód, by znienawidzić Galileę - Jego uczniowie, zamiast się rozpierzchnąć, zdobywali coraz więcej zwolenników. A gdy się okazało, że chrześcijanie rekrutują się często spośród lekceważonego przez faryzeuszy pospólstwa, rabbi Jochanan ben Zakkai (30-90 r.) napisał: «Galileo, Galileo! Zawsze nienawidziłaś Prawa».”

Ciekawe, prawda?

15:08, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
środa, 11 maja 2011
Szaweł, prawie terrorysta. Skąd nazwa rośliny: drzewo świętojańskie?

Dzieje Apostolskie 8,3
„A Szaweł niszczył Kościół, wchodząc do domów porywał mężczyzn i kobiety i wtrącał do więzienia".
Szaweł (albo Saul - tę wersję bliższą greckiemu „Saulos", niespolonizowaną, stosują przekłady ewangelickie), kojarzył mi się dawniej ze stosunkiem do byłych działaczy komunistycznych. Ponieważ zmienił poglądy radykalnie - tak, że wzbudzał podejrzenia o nieszczerość. Napisałem nawet kiedyś wiersz w obronie różnych ludzi, którzy kiedyś grzeszyli współpracą z antypatycznym reżymem, których jednak nie należy do końca ich życia pozbawiać prawa do czci i wiary. Nadal uważam, że nie należy, zakładałem wtedy jednak milcząco, że Szaweł postępował tak w najlepszej wierze, że w gruncie rzeczy nie nawrócił się, bo ten czasownik ma sens moralny, a on zawsze był czysty. Otóż ja błądziłem myślowo, a on błądził moralnie: nie jest czysty moralnie nikt, kto stosuje przemoc. Walka o subiektywnie słuszną sprawę usprawiedliwia go tylko częściowo. Gdybyśmy usprawiedliwiali go całkowicie - czego i sam nie czynił, czując się przecież winnym tamtych działań - musielibyśmy chyba uznać też za czystych moralnie dzisiejszych terrorystów.
Tę zmianę poglądów zawdzięczam memu przyjacielowi, pastorowi Mieczysławowi Kwietniowi i mu za nią bardzo dziękuję.

PS. Natomiast pani Marcie Wielek dziękuję za artykuł „Galilea - kraina, w której żył Jezus". Wydrukowany nie w „BIBLII - krok po kroku", tylko w starszym bracie tamtego miesięcznika, majowym „Liście".
Autorka przedstawia Galileę jako ziemię mlekiem i miodem płynącą, niezwykle urodzajną. Podaje ciekawe szczegóły botaniczne: rosły tam sławne cedry libańskie, ale również szarańczyn strąkowy. „Łatwo dostępne strąki szarańczyna pozwalały utrzymać się przy życiu ludziom ubogim. Nimi właśnie próbował posilić się syn marnotrawny i nimi też, a nie szarańczą, żywił się Jan Chrzciciel, przebywając na pustyni. Od niego zresztą pochodzi współczesna nazwa tego gatunku - drzewo świętojańskie".

Tyle botaniki: o ważnych szczegółach teologicznych i filologicznych - jutro!

15:27, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
wtorek, 10 maja 2011
Stefan i inni, też helleniści

Dzieje Apostolskie 7,51-59;8,1
”Szczepan mówił do ludu i starszych, i uczonych: - Twardego karku i opornych serc i uszu! Wy zawsze sprzeciwiacie się Duchowi Świętemu. Jak ojcowie wasi, tak i wy! Któregoż z proroków nie prześladowali wasi ojcowie? Pozabijali nawet tych, którzy przepowiadali przyjście Sprawiedliwego. A wyście zdradzili Go teraz i zamordowali. Wy, którzy otrzymaliście Prawo za pośrednictwem aniołów, lecz nie przestrzegaliście go. Gdy to usłyszeli, zawrzały gniewem ich serca i zgrzytali zębami na niego. A on pełen Ducha Świętego patrzył w niebo i ujrzał chwałę Bożą i Jezusa, stojącego po prawicy. I rzekł: - Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego, stojącego po prawicy Boga. A oni podnieśli wielki krzyk, zatkali sobie uszy i rzucili się na niego wszyscy razem. Wyrzucili go poza miasto i kamienowali . Świadkowie złożyli swe szaty u stóp młodzieńca zwanego Szawłem. Tak kamienowali Szczepana, który modlił się: - Panie Jezu, przyjmij ducha mego! Szaweł zaś zgadzał się na zabicie Szczepana.”

Oto końcowe wersety opisu niespodziewanego konfliktu: diakona Szczepana (albo po prostu Stefana: nazywał się tak samo, jak król węgierski) z hellenistami. Byli to Żydzi urodzeni poza Palestyną, mieszkający jednak obecnie w Jerozolimie i mający tam specjalną synagogę, w której używano języka greckiego, bo znali go lepiej niż aramejszczyznę. Część z nich została chrześcijanami i to oni właśnie chcieli mieć diakonów. Mówiąc nawiasem, Dzieje nie używają tu tego terminu, zapewne jednak chodziło o tę służbę kościelną (diakon to po grecku sługa). Zaistniała ona wnet w Kościele obok prezbiterów, czyli „starszych”, przyszłych „księży”, jeszcze jednak niewyodrębnionych w żadną elitę władzy, specjalną kastę. Diakoni mieli zajmować się działalnością charytatywną, ale - jak wynika choćby ze sprawy Szczepana - także teologiczną, duszpasterską. I tu - bywa tak - zaistniał ostry konflikt w rodzinie. Helleniści, czyli Żydzi - wydawałoby się - bardziej otwarci na nowe myśli, pokłócili się dosłownie na śmierć i życie ze Szczepanem, który - sądząc z imienia greckiego - podobnie jak sześciu pozostałych diakonów - też był hellenistą. „Podpuścili” żydowskie władze ze skutkiem męczeńskim.

Pod koniec jednak jego długiej mowy jest werset 60, opuszczony w dzisiejszym przydziale biblijnym, który brzmi: „W końcu upadł na kolana i zawołał donośnym głosem - Panie, nie poczytaj im tego za grzech”. Okazał duchową klasę chrześcijańską.

14:28, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 09 maja 2011
Nasz powszedni młyn i krzyż, Stanisław nie zdrajca

List do Rzymian 8, 31b-39
”Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim wszystkiego nam nie darować? Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł za nas śmierć, co więcej, zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami? Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak to jest napisane: „Z powodu Ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce przeznaczone na rzeź". Ale we wszyst kim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.”

Dziś w zmiennym kalendarzu liturgicznym rzymskokatolickim uroczystość św. Stanisława, biskupa i męczennika. Zmienność w ogóle rzecz cnotliwa, zastój sprawa groźna. Tym, co upierają się przy dzisiejszych zwyczajach, poleca się - bez większego skutku - czasy dawniejsze. Tak jest na przykład z Komunią na rękę, której Benedykt XVI nie lubi, ale toleruje, natomiast liczni duchowni polscy uważają za świętokradztwo. „Msza po staremu się odprawia" - ta złota myśl Sienkiewicza stała się ongiś nawet tytułem książki wprowadzającej do liturgii, ale przecież także forma tego największego wydarzenia życia chrześcijańskiego zmieniała się przez wieki potężnie. Na szczęście również modyfikuje się w zależności od miejsca, czasu i liturgicznej hierarchii. Od miejsca, bo na przykład dzisiaj w Polsce świętujemy kogoś, kto w Honolulu nieważny, więc i msza tam inna, w zależności od liturgicznej hierarchii, bo niedziela ważniejsza niż nawet jeden z głównych patronów Polski św. Stanisław i dlatego świętuje się go dzień później.

Biskup i męczennik. Można by rzec, że był męczennikiem dlatego, że był biskupem. Gdyby nie zaszedł tak wysoko w hierarchii kościelnej, nie miałby pewnie zatargu z królem. Nie wejdę tu głębiej w sedno owego konfliktu, bo jest ono wciąż niejasne. Widać, co prawda, światełko w tunelu skrajności. Są różne hipotezy niuansujące sprawę jego męczeństwa. Jest nawet taka, wbrew pozorom może nie całkiem absurdalna, że w owym sporze chodziło o liturgię: Stanisław byłby zwolennikiem obrządku słowiańskiego, który Bolesław zwany Śmiały zwalczał. O wiele prawdopodobniejsze jest jednak, że szło o jakieś sprawy mniej ekumeniczne (tamto przypuszczenie wysunął był wybitny teolog prawosławny ks. Jerzy Klinger). Być może Bolesław nie kierował się wyłącznie urażoną dumą, a Stanisław nie tylko walką z jego okrucieństwem, zapewne nie była to też walka państwa z Kościołem (bo - jak słusznie zauważył ks. Jan Kracik - król był też „Kościołem", namaszczony sakralnie), być może trudno biskupa uważać jedynie za „obrońcę chrześcijańskiego ładu moralnego", jak go nazwał Jan Paweł II - ale za zdrajcę nie można również, choć go tak określano za Gallem Anonimem. Jeśli nawet Stanisław spiskował przeciw królowi z jego bratem, to nie był wrogiem ojczyzny, tylko jednego monarchy. No i oczywiście nikogo nie należy mordować (podobieństwo Stanisława do ben Ladena wydaje się nikłe). Jest wreszcie hipoteza ks. Henryka Małeckiego, że u podstaw sporu dwóch dostojników leżała chęć Stanisławowa wyzwolenia Kościoła spod władzy świeckich monarchów, którzy wręcz mianowali biskupów.

Mamy zatem dziś w tekstach biblijnych o biskupach jako dobrych pasterzach, a nie wilkach drapieżnych (ewangelia Jana 10, 11-16 i Dzieje Apostolskie 20, 17-18a. 28-32.26). Ale również zacytowany wyżej fragment Listu do Rzymian, gdzie Paweł mówi, cytując Psalm 44, żeśmy owcami przeznaczonymi na rzeź. Co mi przypomniało film Lecha Majewskiego „Krzyż i młyn" oraz obszerne omówienie tego pięknego dzieła w tygodniku „Niedziela" Wiesław Adamik napisał, że „Majewski pięknie tłumaczył sens obrazu Brueghla, gdzie młyn na skale ze skrzydłami tworzącymi krzyż to symbol Kościoła, który wskazuje gdzie jest ta granica [między dobrem i złem] i którędy człowiek powinien iść!" Zatem na szczycie skały z wiatrakiem stałby wręcz troskliwy Kościół a nie Bóg niepojęty w swoim rządzeniu światem. Jeśli nawet jest to właściwa interpretacja filmu, to niestety należało napisać, że troska owa przybierała w wydaniu inkwizycji wymiary ludobójcze. Na tym polega też wymowa filmu, równie religijna, jak pełna troski o elementarny ekumenizm.

15:31, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
niedziela, 08 maja 2011
Chciałoby się więcej

Psalm 16,7
„Błogosławię Pana, który dał mi rozsądek, bo serce napomina mnie nawet nocą.”

Tłumaczenia tego wersetu bywają różne; w Biblii 11 Kościołów mamy:
„Błogosławię Pana za dar dobrej rady, który nawet nocą nie szczędzi mi nauk”. Z przypisem, że „druga część wiersza ma w oryginale słowo »nerki« - uważano je za siedlisko ludzkich uczuć”. W nerkach to chyba uczuć i myśli mało, ale podobno nauka przyznała, że w sercu sporo. Co do mnie, to błogosławię Boga za to, ile mam rozsądku i serca dla innych, ale chciałoby się o wiele więcej...

15:24, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
sobota, 07 maja 2011
Cuda się dzieją, ale...

Ewangelia Jana 6,19
„Ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze.”

Cuda się dzieją, a jakże. Po prostu nie znamy „natury”, uczeni dopiero powoli zaczynają przyjmować do wiadomości, że człowiek wytwarza pole elektryczne, co medycyna azjatycka twierdziła od wieków. Może teraz także bibliści przestaną patrzeć krytycznie na różne cuda Jezusa, większe nawet niż ten przeznaczony na dzisiaj. Już dość dawno współczesna teologia przestała dogmatyzować koncepcję tomistyczną, w której istotą cudu była sprzeczność z prawami natury, zaczęła traktować go jako znak dla kogoś, a więc coś znacznie bardziej subiektywnego. Wraca do myśli Augustyna, że cudem jest wszystko na świecie. Bo też przecież i ewolucja: żeby z kamienia, prochu czy czegoś innego martwego powstał człowiek, Bóg nieomal, to dopiero cud!

Ale jeżeli tak, jeżeli cud nie jest takim dziwem jak ongiś, to po jaką cholerę robi się zeń dowód czyjejś świętości?! Sytuacja jest teraz taka, że następna tego rodzaju dziwność ma być warunkiem urzędowego czczenia Jana Pawła II gdzie indziej niż w Polsce i w Rzymie (obecnie też można, ale musi być dyspensa z Watykanu). Szaleństwo!

09:02, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
piątek, 06 maja 2011
Filip nie z konopi i Jakub nieuparty

„Potem ukazał się Jakubowi”.
Mamy dzisiaj święto dwóch apostołów: Filipa i Jakuba. Nie wiem, czemu połączono ich w ten sposób. Co prawda, nie jedyne to takie małżeństwo (słowem tym nie robię żadnej podejrzliwej aluzji...), Szymon nieopoka i Juda Tadeusz też nie mają osobnego dnia w kalendarzu liturgicznym Pewnie nie starczyło takich indywidualnych świąt dla wszystkich Dwunastu, mniej ważni mają dwuosobowe. Ciekawe jednak, czemu ożeniono dzisiaj Filipa właśnie z Jakubem, choć w żadnym spisie apostołów, u synoptyków ani w Dziejach, nie zostali połączeni w parę.

Jak zważyć ważność apostoła? Praktycznie może kryterium jest - by tak rzec - elokwencyjne: gdy w ewangeliach milczy, to znaczy, że w ogóle był małą indywidualnością. Acz akurat Filip odzywa się aż cztery razy, Jakub natomiast milczy jak zaklęty.

Milczy tylko w ewangeliach, albowiem w Dziejach wyrasta nagle na filar Kościoła i przemawia na najpierwszym soborze. Chyba że mamy w Nowym Testamencie nie dwóch ważnych ludzi o tym imieniu (bo dwóch było wśród Dwunastu na pewno), ale trzech. Mówiąc inaczej, Jakub, „brat Pański”, według licznych biblistów nie jest tą samą osobą, co Jakub, syn Alfeusza, figurujący na wszystkich czterech listach owego sztabu Jezusowego. Jest po prostu nieprawdopodobne, żeby nie występował tam bez informacji, że jest z Nim spokrewniony. Mamy chyba tylko jeden argument za tożsamością: w Liście do Galatów 1,19, gdzie Paweł powiada, że „żadnego innego apostoła nie widział poza Jakubem, bratem Pańskim. Ale jest to dowód dość słaby, choćby dlatego, że apostołami nazywano także niektórych nienależących do Dwunastu: nie mówiąc o samym Pawle, także Barnabę, a nawet raczej boczne postacie z Pawłowych listów: Andronika i Juniasa albo raczej Junię (Rz 16,7).

Po prostu najpewniej było tak, że Jakub, jeden z czterech braci Jezusa (ci są: Jakub, Szymon, Józef i Juda) „nie wierzyli w Niego”(J 7,3-5). I - mówiąc bardzo po ludzku - trudno im się bardzo dziwić. Niezależnie od tego, czy byli rodzeni (hipoteza uprawniona w protestantyzmie), czy przyrodni lub cioteczni (teza katolicka) - nikt nie jest prorokiem we własnej rodzinie. Jeśli nawet rodzeństwo nie kłóci się bardziej niż niekrewni, to żyje w cudownej zgodzie mało które, nie docenia wzajemnie swojej wartości, po prostu działa tu bardziej niż poza rodziną - zazdrość. A wtedy w Nazarecie wybija się jeden z pięciu, najgorzej, jeżeli najmłodszy: jeżeli najstarszy - pół biedy, pierworodny albo w ogóle starszy miał i ma dotąd większy autorytet. Wybija się już wewnątrz rodziny, wychodzi na przemądrzalca, a gdy zacznie błyszczeć publicznie, uczucia zazdrości szaleją. U Marka (6,2-3) przecież powiedziane jest w ogóle o mieszkańcach Nazaretu, że gorszyli się Jego rzekomą mądrością i cudami, w tej samej ewangelii mamy także dowód, że i sami bracia uważali Go za wariata (3,21).

I to się zmienia po Zmartwychwstaniu radykalnie. Powiedziane jest o braciach w Dziejach Apostolskich (1,14), że modlili się razem z jedenastoma, kobietami (towarzyszącymi Jezusowi w Jego podróżach apostolskich) i Jego matką. A Jakub, wymieniany na czele braci, staje się nawet ważniejszy niż większość uczniów należących do Dwunastu. Gromadzi się wokół niego stronnictwo tamtoczesnych konserwatystów, drugi biegun wobec postępowości Pawła. Czy sam był zwolennikiem obrzezania jako warunku przyjęcia do Kościoła i innych żydowskich tradycji, trudno powiedzieć, bo na soborze jerozolimskim ogłasza jego uchwałę umiarkowanie postępową. Chyba dał się przekonać, trochę jak w ogóle w stosunku do Jezusa. Tylko krowa (podobno) nie zmienia poglądów, człowiek na szczęście mądrzeje często. Czasem dopiero na starość; wtedy bywa i tak, że skleroza pochłania psychozę.

15:29, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
„Młyn i krzyż”

Wpis na czwartek 5 maja 2011

Dzieje Apostolskie 5,29
„Odpowiedział Piotr i apostołowie: - Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi.”

Piotr i apostołowie: zwracam uwagę na to wyróżnienie Piotra: jego rola w Dziejach Apostolskich później maleje, czy w ogóle w dziejach tamtego zalążku Kościoła to trochę inna sprawa, w każdym razie jest on w całości Nowego Testamentu postacią wyraźnie górującą nad pozostałymi „sztabowcami” Jezusa. Nie tak, jak papież dzisiaj, nikt przed nim nie klękał, nie całował go w rękę (nawet w nogę, jak przed Janem XXIII), wręcz Paweł skrytykował go publicznie i ta krytyka znalazła się w Piśmie Świętym. Niemniej był szefem sztabu, to jest chyba oczywiste - choć wciąż nie dla wszystkich chrześcijan.
Ale ja chcę tu napisać nie o ludziach, choćby najważniejszych i najświętszych, ale o tym, że ich opinia zawsze jest jakoś względna, decyduje absolutnie głos Boga. Choćby głos ukryty, przez samych słuchających tak nie nazywany (jeżeli wątpią, by Mówca w ogóle istniał), choćby nazywali go tylko głosem własnego sumienia - ale to zawsze ono czy raczej właśnie On ma rację. Choćby nawet Jego instytucja - Kościół - miał inne zdanie. Pogląd zresztą stary (Tomasza z Akwinu też, a jakże), ale jary.

Problem szeroki jak każda sprawa religijna, światopoglądowa. Skojarzył mi się z wstrząsającym filmem Lecha Majewskiego „Młyn i krzyż”. Film nie pop-kulturowy, grany tylko w kinach studyjnych (obejrzałem go w warszawskiej „Lunie”, ale grają go tam tylko do dzisiaj: godz. 14.15 i 19), jednak wart obejrzenia, choć ponury jak marcowa wtorkowa pogoda, kiedy zeń wracałem do domu. Film o męce Jezusa oraz męce Jego uczniów protestanckich we Flandrii, których żołnierze katolicko-inkwizycyjnej Hiszpanii nawracają na swoją wiarę sposobami najwymyślniejszymi. Film oparty o obrazy Petera Bruegla (starszego), ale bynajmniej nie tylko „historycznosztuczny”. Film religijny, ale eksponujący nietolerancję, potworne ludzkie okrucieństwo. Czy również okrucieństwo Boga? Czy ów młynarz patrzący na cały świat z góry, z wysokości swego wiatraka, to po prostu Bóg, Pan świata, który jest jak Bóg deistów: puścił maszynę w ruch i nie ingeruje w jej bezduszne działanie? Myślę, że można w każdym razie zapytać, gdzie On wtedy był i gdzie jest w każdym Auschwitz, Kołymie, Inkwizycji? Czy Jezus, zamęczony solidarnie z ludzkością tak samo, jak owi „heretycy” flandryjscy, jest dostateczną odpowiedzią na pytanie o wszechmoc i wszechmiłość Boga?

Pytanie stare jak świat. Mam na nie tylko jedną odpowiedź, Leszka Kołakowskiego: być może nie ma Boga, świat jest bez Sensu, nie ma na to żadnych wystarczających racjonalnie dowodów - ale jeśli nie ma Sensu, to w gruncie rzeczy wali się wszystko. Nie ma na nic najważniejszego wystarczającej „racji racjonalnej”: na „dążenie do prawdy, odróżnienie dobra i zła, roszczenie do godności i przekonanie, że tworzymy coś, co oprze się obojętnemu niszczycielstwu czasu”.

12:29, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 maja 2011
Saduceusz, istota nieznana. Ewangelista Mateusz. O synodach, czego któryś ważny zabraniał...

„Arcykapłan i wszyscy jego zwolennicy, należący do stronnictwa saduceuszów, pełni zazdrości zatrzymali apostołów i wtrącili ich do publicznego więzienia.”

Wrogowie Jezusa to w potocznym mniemaniu przede wszystkim faryzeusze. A jeżeli już saduceusze, to razem z faryzeuszami, ludźmi, którzy stali się symbolami na przykład pychy. Tymczasem jednak jedni i drudzy chyba na równi przyczynili się do śmierci Jezusa, ponieważ jedni i drudzy stanowili swoistą elitę władzy żydowskiej, choć wewnętrznie skłóconą.

Schematycznie można by jednych i drugich scharakteryzować tak. Faryzeusze byli to raczej owi „uczeni w Piśmie”, czyli rabini, saduceusze - raczej kapłani. Faryzeusze akcentowali konieczność ścisłego przestrzegania Prawa: czystości rytualnej, dziesięcin, szabatu. Saduceusze byliby raczej ówczesnymi wolnomyślicielami, z poglądami zlaicyzowanymi, przekonaniem o całkiem wolnej woli człowieka (negowaniem przeznaczenia czy Opatrzności), kwestionowaniem nieśmiertelności duszy i zmartwychwstania, istnienia aniołów. Faryzeusze orientowali się na lud, saduceusze raczej na władzę rzymską. „Encyklopedia biblijna” dystansuje się jednak od takich prostych rozróżnień, zaznaczając, że brakuje dostatecznej wiedzy o ówczesnym Izraelu, źródła są skąpe, pisma Józefa Flawiusza, zresztą niechętnego faryzeuszom, to jeszcze mało. Za mało także wraz pismami Nowego Testamentu, które zresztą różnie rozkładają akcenty. Choć można twierdzić ogólnie, że przyczerniają rolę faryzeuszy, którzy - gdy ewangelie były redagowane - byli już z Kościołem pierwotnym w ostrym konflikcie. Skądinąd przecież wydaje się, że uczniom Chrystusa jednak bliżej było do owych symbolicznych paskudników, jednak bardziej religijnych niż saduceusze, co prawda - nie jak tamci - hipokryci, ale z kolei trochę cyniczni.

Lektury. „Biblia krok po kroku” nr 19. Artykuł wstępny współredaktorki Marty Wielek „Mateusz - celnik i apostoł”. Ciekawe dane o tej postaci. Na przykład to, że owo imię znaczące „dar JHWH” nie było popularne wśród Żydów. Zostało nadane przez Jezusa albo wybrał je sobie apostoł sam, po nawróceniu. Żeby zrozumieć tę informację, trzeba oczywiście wiedzieć, że w ewangeliach pojawia się jakby dwóch ludzi: obok Mateusza - Lewi. „Encyklopedia biblijna” informuje, że tożsamość tych postaci nie jest oczywista (cóż jest oczywistego dla biblistów...), ale większość uczonych jest jednak za identyfikacją. Dwuimienność była nierzadka: Szymon Piotr (drugie imię nadał Jezus), Szaweł Paweł (zapewne oba miał apostoł od zawsze, choć zaczął używać drugiego, gdy większej zmiany dokonał). Autorka przedstawia kwestię autorstwa ewangelii. Robi to dość zwięźle, więc zacytuję.

”Czy jednak rzeczywiście to on jest autorem kanonicznej Ewangelii Mateusza? Wydaje się, że opowieści o tym, że Mateusz po Wniebowstąpieniu zaszył się gdzieś w Palestynie i w ciągu ośmiu lat napisał Ewangelię w postaci, którą dzisiaj znamy, można raczej uznać za legendarne.

Wśród badaczy biblijnych istnieje spór na temat autorstwa tej księgi. Są przesłanki, które mogłyby za tym przemawiać. Jedną z nich jest fachowość, z jaką autor Ewangelii mówi o podatkach. Na przykład pojawia się u niego dwudrachma (por. 17,24-27), zdaje się on doskonale orientować w warunkach monetarnych Palestyny za czasów Chrystusa (zmieniły się one znacznie po 70 r.), precyzyjnie operuje nazwami pochodzącymi z trzech systemów monetarnych: rzymskiego, greckiego i hebrajskiego. Drugi poważny argument to szczegółowy opis jego powołania, istniejący we wszystkich ewangeliach synoptycznych. Gdyby Lewi nie napisał ewangelii, nie byłoby powodu, żeby informować o nim tak obszernie, bo synoptycy skupili się na powołaniu tylko czterech apostołów, którzy odegrali szczególną rolę w początkach Kościoła. Najpoważniejszym do niedawna argumentem była notatka biskupa Hierapolis Papiasza (70-135), który znał osobiście św. Jana: «Mateusz uporządkował słowa Pańskie w języku hebrajskim, a każdy tłumaczył je sobie, jak umiał». Informację tę powtarzali historycy i Ojcowie Kościoła, m.in. św. Hieronim, który napisał, że «Mateusz, zwany także Lewi, z celnika apostoł, pierwszy w Judei dla Żydów, którzy uwierzyli, napisał Ewangelię Chrystusa hebrajskimi literami i słowami».

Dzisiaj podaje się w wątpliwość nie tyle świadectwo Papiasza, co jego pierwotną interpretację. Być może «słowa Pańskie», o których pisał, nie są tekstem Ewangelii, lecz spisanymi przez Mateusza wypowiedziami Jezusa. Z innych źródeł wiadomo, że biskup Hierapolis był szczególnie zainteresowany zebraniem wszystkich słów autentycznie wypowiedzianych przez Jezusa, szukał wszelkich ich zapisów i śladów. Możliwe, że w jakiejś gminie judeochrześcijańskiej natrafił na luźne notatki zawierające zdania spisane przez apostoła.

Być może prawdziwe losy Lewiego-Mateusza nie są bardzo odległe od świadectwa Euzebiusza: «Otóż Mateusz Żydom najpierw naukę ustnie głosił i dopiero gdy się wybierał do innych narodów, napisał swą Ewangelię w języku ojczystym, by dla tych, których opuszczał, pismem zastąpić to, co tracili przez jego nieobecność». Nie musiało jednak chodzić o Ewangelię, lecz spisane «słowa Pańskie».
Najbardziej chyba popularna dziś wśród badaczy jest teza, że tekst Ewangelii zredagował w języku greckim w latach 80. lub 90. nieznany nam autor, który korzystał zarówno z tekstu (hebrajskiego lub aramejskiego) spisanego przez Mateusza, jak i z Ewangelii Marka. Był on prawdopodobnie rabbim albo katechetą, kimś w rodzaju chrześcijańskiego uczonego w Piśmie.
Sposób, w jaki została napisana Ewangelia, świadczy o tym, że jej autor miał bardzo dobre wykształcenie synagogalne i dobrze znał język grecki. Prawdopodobnie należał do jednej ze wspólnot założonych przez Mateusza. Obserwował zapewne, że wśród Żydów, którzy przyjęli chrzest Chrystusa, narastają wątpliwości co do tego, jak powinni odnosić się do Prawa i obyczajów żydowskich, a także tego, czy apostołować wśród pogan. Postanowił więc dać im odpowiedź, opracowując tekst. Wykorzystał w nim materiał zebrany przez Mateusza, Ewangelię Marka oraz inne świadectwa o Jezusie. Jako autora podał jednak apostoła Mateusza — po pierwsze ze względu na posiłkowanie się jego zapiskami, po drugie, by nadać swojemu dziełu odpowiednią rangę.”

„Biblia krok po kroku” jest bliźniaczką (a raczej córką, bo o parędziesiąt lat młodsza) wydawanego wspólnie z nią miesięcznika „List”. A tam w numerze też kwietniowym tekst biskup Pieronka o synodzie diecezjalnym krakowskim. Zacznę od tego, że pomyliłem go z późniejszym synodem ogólnopolskim plenarnym, którego Pieronek był sekretarzem generalnym: ksiądz Czajkowski przypomniał mi, że były kolejno dwa różne. A mógłby być jeden: Pieronek pisze, że kardynał Wojtyła zaraz po Soborze chciał zorganizować w Polsce obrady ogólnopolskie, ale kardynał Wyszyński w ogóle nie odpowiedział na taką propozycję, inni biskupi odpowiedzieli, ale że nie są gotowi, że może później, że nie mają do tego odpowiednich ludzi i sił. Następny pomysł przyszłego papieża był już mniej ambitny: żeby była to impreza tylko jego metropolii, czyli wówczas pięciu diecezji okolicznych. Ale tu też nie było odzewu (katowicka zorganizowała synod własny). Zatem skończyło się na obradach samej diecezji krakowskiej, ale za to bardzo czynnych. Powstało prawie 500 zespołów parafialnych, co prawda połowa pracowała tylko na papierze, ale były i bardzo aktywne, wieloosobowe, jak na przykład prowadzony przez Halinę Bortnowską w Nowej Hucie (o czym Halina pisze dalej osobno). Nie wynikła z tego żadna rewolucja, ale samo zaangażowanie tylu świeckich już było czymś nowym i cennym.

Nowy kodeks prawa kanonicznego nakazał tworzenie rad parafialnych, w Polsce może i są w większości tych struktur podstawowych, ale właśnie dla pucu: instytucja jest wciąż klerykalna, świadczy swoim klientom usługi duchowe, ale ich rola kończy się na przyjmowaniu owych usług, dobrze, jeśli nie tylko z ciężkiego obowiązku. Tymczasem na Zachodzie laikat jest współgospodarzem Kościoła, choć początki były - napisał biskup Pieronek - tragikomiczne. Synod diecezji rzymskiej, za pontyfikatu przecież już Jana XXIII, wypichcił pięćsetstronnicową księgę z licznymi przepisami prawnymi, na szczęście zaraz zapomnianymi, bo były tam kary kościelne za chodzenie do teatru czy kina... Historia, także kościelna, toczy się dość szybko dla tych, co wiedzą, jak było wcześniej.

PS. W poniedziałek zacytowałem swój felieton z „Gazety”, w całości, czyli razem z idiotycznym błędem. Przegapiłem go sam i troje lektorów redakcyjnych, zauważył go dopiero mój przyjaciel Czajkowski.
Przedstawiłem mianowicie pomysł, żeby niekościelnemu światu prezentować papieża jako doradcę, rabina - raczej niż wyznawcę, niż instruktora etycznego. Wszystko byłoby dobrze, ale z „niekościelnego świata” zrobił się niechcący kościelny. Od tego drugiego wymagam więcej, mój minimalizm ma swoje granice...

17:18, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
wtorek, 03 maja 2011
Dwanaście gwiazd na różnych niebach

Księga Apokalipsy 12, 1
„Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu”.

Rodzima uroczystość Królowej Polski, więc mamy dzisiaj między innymi te słowa, odnoszące się w Biblii tak do Maryi osobiście, jak i do Ludu Bożego w ogóle.

A dwanaście gwiazd to też symbol Unii Europejskiej. Było w niej swego czasu tyle właśnie krajów, więc pewien ksiądz nie mógł uwierzyć, że geneza owego symbolu jest religijna. Dziś Unia i większa, i mniej pobożna niż za jej twórców, ale już takie jest życie, taka historia. Trzeba teraz mądrze walczyć, żeby nie laicyzowała się dalej. Mądrze. Nie tyle wykładem, ile przykładem.

11:28, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 02 maja 2011
O sławie i chwale, co dojrzewają z wolna

Ewangelia Jana 12,24
„Amen, amen, mówię wam: jeśli ziarno pszenicy, padłszy w ziemię, nie obumrze, samo pozostaje; jeśli zaś obumrze, wielki plon przynosi”.
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Jezus mówi tu o swojej śmierci, mówi też ogólnie o postawie ofiarnej. Ten „logion” skojarzył mi się jednak z psychospołeczną prawidłowością, że póki żyjemy, wydajemy się raczej szarzy. Nie zawsze i nie wszyscy: wielu ma już takie szczęście albo po prostu umie sobie załatwić sławę za życia. Często jednak albo sława ziemska nie jest proporcjonalna do zasług (czyli za słaba – chociaż bywa, że i za mocna, zasługi nie takie znów ogromne), albo w ogóle żadna. Okazuje się potem, że byli koło nas ludzie wielcy.

Papież już na ołtarzu oficjalnie, nieurzędowo był od dawna. Czasem nawet i dosłownie na ołtarzach, co mnie wtedy denerwowało, teraz uważam to raczej za intuicję proroczą, mniej mnie przejmuje tamto odstępstwo od prawa kościelnego.

Ale przyszła mi do głowy myśl historyczna: że kult papieża zaczął się w katolickiej Polsce właściwie dopiero od tego, który był Polakiem. W każdym razie kolejni Piusowie bynajmniej nie byli otaczani zwyczajną, ludzką czcią. Pamiętam pospolitą odpowiedź na mało inteligentne pytanie: co to takiego? Brzmiała przecież: g... Ojca Świętego. Wyrażał się w tym w ogóle ludowy antyklerykalizm, który był przecież bardzo silny. Chyba zaczął mijać, gdy zabłysł swoją przekonującą wszystkich dobrocią Jan XXIII, co było potem, wiemy. Byle by tylko nie prowokować teraz wtórnego paposceptycyzmu rozmaitą przesadą.

No i wreszcie stało się: teraz już jest najbardziej urzędowo błogosławiony. Bylebyśmy tylko błogosławiąc go nie przeklinali wszystkich, którzy według nas odstają od tego świętego wzoru postawą moralną czy poglądami. Przymierzajmy do Papieża wyłącznie siebie.

Napisałem taki morał, bo wciąż myślę o wszystkich moich rodakach, którzy się w Kościele nie mieszczą. Którym teraz nasze zachwyty beatyfikacyjne pewnie już bokiem wyłażą. Które ich nie przekonują, raczej go obrzydzają.

Zwracam się do moich braci, katolików polskich, z prośbą: nie psujcie obrazu Papieża. Papież świadczy o Kościele, ale i Kościół o Papieżu: swoją pseudopobożną retoryką, jeśli nie wręcz myślową ciasnotą, religijną agresją, jego samego mdłym i ciasnym czynicie. Zamykacie go w swoich zakrystiach, sprzątacie go sprzed nosa ludziom spoza kościelnych granic.

Przeczytałem w depeszy KAI, że Żydzi izraelscy byli tak poruszeni jego pielgrzymką do tego kraju w r. 2000, że w jakiejś ankiecie większość z nich chciała, by został naczelnym rabinem Izraela. Tytuł oczywiście honorowy, a pomysł mimo wszystko dziwny, ale widzę w nim głęboką intuicję. Starajmy się o niewiele: by był przez kościelny świat traktowany jako rabin właśnie: mędrzec wart posłuchania. Jeden z wielkich mędrców współczesnych. Ktoś więcej niż tylko wyznawca. Nie instruktor etyczny, ale doradca. Święty uśmiechnięty jak na zdjęciu beatyfikacyjnym. Mówiąc nawiasem, niesłychane: wygląda tam jak naprawdę wyglądał, nawet aureola raczej subtelna, żadnego świętego kiczu. Prawdziwy Papież, taki, co oczarowywał wszystkich, którzy go znali nie tylko ze świętych plotek.

17:32, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
 
1 , 2
Archiwum