Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
poniedziałek, 31 maja 2010
Maria, matka rewolucji

Ewangelia Łukasza 1, 39-56

”39. W tych dniach Maria, powstawszy, wyruszyła pospiesznie w stronę gór, do miasta [pokolenia] Judy.
40, Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę.
41. I stało się, skoro tylko Elżbieta usłyszała pozdrowienie Marii, że podskoczyło radośnie dziecko w jej łonie i została napełniona Duchem Świętym.
42. I wtedy zakrzyknęła głośno, i rzekła:
— Błogosławionaś ty pośród kobiet
i błogosławiony owoc łona twego.
43. I skądże mi to, że przyszła do mnie matka Pana mego?
44. Oto bowiem, gdy rozległ się w moich uszach głos twego pozdrowienia, podskoczyło radośnie w śpiewie uwielbienia dziecko w łonie moim.
45. O jak szczęśliwa ta, która uwierzyła, że spełnią się Słowa powiedziane jej przez Pana!
46. I rzekła Maria:
— Uwielbia dusza moja Pana
47. i weseli się duch mój Bogiem, Zbawicielem moim,
48. bo wejrzał na uniżenie służebnicy swojej. Oto bowiem odtąd szczęśliwą zwać mnie będą wszystkie pokolenia.
49. Albowiem wielkie rzeczy uczynił mi Mocny - imię Jego święte -
30. a miłosierdzie Jego na pokolenia i pokolenia tych, którzy się Go boją.
51. Ramieniem swoim moc okazał, rozgromił chełpiących się zamysłami swych serc.
52. Strąca możnych z tronu i wywyższa poniżonych.
53. Złaknionych napełnia dobrami, a bogaczy z pustymi rękoma odsyła.
54. Przyjął Izraela za syna swego, pamiętając o miłosierdziu
55. - jak powiedział ojcom naszym -
wobec Abrahama i jego nasienia na wieki.
56. Maria pozostała z nią około trzech miesięcy
i wróciła do domu swego.”

Ekumeniczny przekład przyjaciół.

Dzisiaj święto Nawiedzenia. Jedno z licznych świąt Maryjnych w Kościele rzymskokatolickim. Było kiedyś 2 lipca, ale przeniesiono je na dzisiaj, zapewne po konfrontacji kalendarza z Ewangelią Łukasza. Ten zabieg myślowy jasno bowiem wskazuje, że Maryja odwiedziła krewną swoją Elżbietę (może ciotkę, bowiem staruszkę), gdy obie były w ciąży, czyli między Zwiastowaniem i Poczęciem 25 marca, a narodzeniem Jana 24 czerwca. Skądinąd bardzo Maryjne prawosławie, świętujące Ją też po wielokroć (a biskup nie nosi tam krzyża, jak każdy ksiądz, tylko „panagię", wielki medalik Maryjny), nie ma takiego święta. Co ciekawe, mają go natomiast wyjątkowo tradycyjni luteranie na Śląsku Cieszyńskim (bo wspominają wydarzenia z Jej życia opisane w Biblii).

Mamy w tej perykopie dwa słowa greckie: „makaria" i „eulogemene", które tradycyjnie tłumaczy się jako „szczęśliwa" i „błogosławiona", ale myśmy na szczęście byli tu bardziej dosłowni. (W sławnych „błogosławieństwach" moi kommilitoni uparli się natomiast trzymać tradycji). Biblia Tysiąclecia ma w wersecie 48 wręcz „błogosławić mnie będą", co już wyraźnie oznacza nie stan ducha osoby, ale stosunek do niej innych ludzi.

Kościoły wschodnie i katolicyzm różnią się w sprawie matki Jezusa od protestantów. Problem nie polega na tym, że protestanci, czyli ewangelicy „nie wierzą w Matkę Boską", jak mówi się bardzo potocznie, bo takie powiedzenie jest idiotyczne. Żaden ewangelik nie kwestionuje ewangelii, czyli istnienia Marii z Nazaretu, a przynajmniej ci tradycyjni (luteranie, reformowani) uznają dogmaty Maryjne przyjęte w pierwszych wiekach. Niemniej opierają się ich dalszemu mnożeniu. Również prawosławni mają do mojego Kościoła pretensję o dalsze dogmaty: niepokalane poczęcie, wniebowzięcie. Tego drugiego nie kwestionują, a nawet i tego pierwszego nie odrzucają zdecydowanie, ale nie podoba im się samowolne rozszerzanie przez mój Kościół wspólnej doktryny. W ogóle Wschód nie ma skłonności do zapinania wszystkiego na ostatni guzik dogmatu albo prawnego paragrafu. Nie każda, nawet i niemal powszechna wiara musi być zdogmatyzowana. Poza tym prawosławni podkreślają chrystocentryzm zasadą, że na ikonach Matka może być tylko z Synem. Co zaś do protestantów, to protestują oni przeciwko potocznej deifikacji Maryi, dominującej w krajach romańskich i niektórych słowiańskich przed Vaticanum II. Znamy tę przemożną skłonność z Polski pod kościelną wodzą prymasa Wyszyńskiego, nieomylnego tylko w sprawach politycznych. Bardziej ostrożny był tutaj kardynał Wojtyła, potem Jan Paweł II, choć też czczący Maryję szczególnie gorąco. Jego papieski następca wyznał kiedyś, że miał początkowo opory wobec maryjności Papieża, ale się do niej przekonał.

Sądzę jednak, że Benedykt XVI powstrzyma dość potężną grupę hierarchów rzymskokatolickich, którzy chcą cofnąć mój Kościół do czasów przedsoborowych i nalegają na ogłoszenie dogmatu o matce Jezusa jako współodkupicielce. Lobby jest mocne, międzynarodowe: nalegają biskupi azjatyccy, a wśród europejskich nawet i dotąd umiarkowany teologicznie kardynał wiedeński Schönborn (który też nalega na uznanie objawień Maryjnych w Medjugorie) oraz kardynał Glemp. Dziwi mnie też takie stanowisko byłego prymasa Polski: wprawdzie jego mistrzem jest prymas Wyszyński, ale podobno natychmiast po objęciu po nim urzędu odsunął jego przyboczne „ósemki" (jeden z tak zwanych „instytutów świeckich"), dotąd dość wszechwładne, i potem nie akcentował nadmiernie czci dla Maryi.

A przesada przesadą, ale w dzisiejszym hymnie „Magnificat" wygłaszająca go osoba jawi się jako postać niebywała. Łukasz nie nagrał tego tekstu, raczej włożył go w jej usta, ale najwyraźniej już gdy ta Ewangelia została zredagowana (ok. r. 80), Maria z Nazaretu uchodziła wśród licznych chrześcijan za człowieka całkiem niezwykłego. Kojarzy tu się z nią rewolucja. Nie marksistowska naturalnie, ale chrześcijańska. Jakaś jednak „teologia wyzwolenia", choć daleka od Moskwy i Pekinu.

20:06, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
niedziela, 30 maja 2010
O trzech takich, co się nigdy nie kłócą

Ewangelia Jana 16,13

„A kiedy On, Duch prawdy, przyjdzie, doprowadzi was do całej prawdy."

Niedziela Trójcy Świętej.

No i doprowadził Duch chrześcijan do wiary przedziwnej: że Bóg jest, owszem, jeden, tylko nie w jednej Osobie, ale w trzech. Kontynuacja żydowskiego monoteizmu, ale zmodyfikowana, jakby wzięła coś z politeizmu. Oczywiście bez całej mitologii pogańskiej, gdzie bogowie są trochę jak ludzie: równie kłótliwi, jak my, tyle że nieporównanie mocniejsi oraz nieśmiertelni.

Tak, wizja Trójcy różni się zasadniczo od tamtego plotkarstwa. Może nie tyle od wiary Indii, w której - jak mi tłumaczył świetny znawca tamtej myśli, profesor Krzysztof Maria Byrski - Brama, Wisznu i Sziwa to też nie trzech bogów, ale jakaś Trójca. W każdym razie chrześcijaństwo nie bawi się na szczęście - jak tamci poganie - w zgadywanie czegoś nie do pojęcia, tylko wierzy, że Bóg jest wspólnotą tak idealnie zgraną, iż są Jednym. Nie do pojęcia to dla nas, którzy od zarania dziejów gatunku kłócimy się na wzór bogów starożytnych.

12:44, jan.turnau
Link Komentarze (80) »
sobota, 29 maja 2010
Po żydowsku...

Ewangelia Marka 11,27-33

”27. Przybywają znowu do Jerozolimy. I gdy przechadzał się po dziedzińcu świątyni, podchodzą doń arcykapłani, znawcy Pisma i starsi,
28. pytając Go: - Jakim prawem czynisz to wszystko? Kto cię do tego upoważnił?
29. Odparł im Jezus: - Zapytam was o jedno: jeżeli mi odpowiecie, ja także powiem wam, jakim prawem to czynię,
30. Chrzest Janowy pochodził z nieba czy od ludzi? Odpowiedzcie mi!
31. Naradzali się:- Jeśli powiemy, że z nieba, zapyta, czemu nie uwierzyliście mu.
32. Jeśli zaś powiemy, że od ludzi...
Bali się ludu, bo wszyscy mieli Jana za proroka.
33. Odpowiedzieli więc Jezusowi: - Nie wiemy.
A Jezus na to: - To i ja wam nie powiem, jakim prawem to czynię.”


Ekumeniczny przekład przyjaciół.

Pamiętam, że ojciec opowiadał mi, iż Żydzi odpowiadają pytaniem na pytanie. Otóż Jezus był Żydem, nie da się ukryć, i właśnie tę metodą dyskutował z przeciwnikami.

A to mądrość nie tylko tego ludu: raczej całego Wschodu. Zachód - Grecy - wymyślili sylogizmy, Orient woli zmuszać do myślenia, nakierowując na właściwą odpowiedź. Albo - jak tutaj - zamykając przeciwnikom usta.

11:50, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
piątek, 28 maja 2010
Kościół nie interes. O terrorze eklezjalnym

Ewangelia Marka 11,17

„Mój dom będzie nazwany domem modlitwy dla wszystkich narodów, a wyjście zrobili zeń spelunkę bandytów."

Ekumeniczny przekład przyjaciół: zrezygnowaliśmy z tradycyjnej „jaskini zbójców". Przypomina., że Jezus wypowiedział te słowa, będące kontaminacją cytatów z Księgi Izajasza 56,7 i Jeremiasza 7,11, oburzony handlem w Świątyni. Raz tylko wtedy właśnie użył trochę przemocy. I zostawił nam obraz świąótyni jako miejsca, w którym nie dzieje się nic przyziemnego, gdzie nie ubija się żadnych interesów. Kościół nie dom handlowy.

Myśl niby banalna, ale nie dla wszystkich zgoła: że kościół jest miejscem nie tylko dla wszystkich narodów, tak że dla wszystkich partii politycznych. Dzieje się rzecz okropna: już myśleliśmy, że nasz Episkopat przestał mieszać się do gry partyjnej, co szkodzi jego wizerunkowi, ale myliliśmy się. Na szczęście nie jest to tym razem głos całego wysokiego gremium, tylko niektórych biskupów, ale i to dziwi i gorszy. Szczególnie że hierarchowie optują teraz nie za prawicą przeciw lewicy, ale za jedną partią centrową przeciw drugiej.

Kościelnemu popieraniu jednaj partii przez zwalczanie drugiej służą różne sposoby. Bo jak inaczej zrozumieć wypowiedź komisji rodzinnej Episkopatu, ekskomunikującej tych, co popierają in vitro? Ale bardzo ucieszył mnie umiarkowany głos kościelnego prawnika, ks. Franciszka Longschamps de Berier, wypowiadającego się dotąd dość twardo po linii episkopalnej, głos mam nadzieję, jakoś uzgodniony z którymś z naszych hierarchów.

Wielkie jest to nazwisko prawnicze dzięki pradziadkowi księdza, a dla mnie z powodu dziadka, jego imiennika. Przeszło pół wieku temu pracowałem na Uniwersytecie Wrocławskim w tamtejszym wydawnictwie książkowym pod kierunkiem profesora Longschamps, który był człowiekiem o niezwykłym uroku, dobroci i mądrości. . Zapamiętałem jego opiekuńczość wobec mnie, wielkie poczucie humoru oraz odważne poglądy na nasz wspólny Kościół. Dowcipkował, że wiara jest cnotą, zatem łatwo ją stracić, oraz pozwolił sobie na opinię, że żyjemy pod podwójnym terrorem.

Przed Soborem na pewno był swoisty terror eklezjalny, a teraz też czasem co nieco. Może tradycja rodzinna przekazała wnukowi tę drugą myśl i zainspirowała do umiarkowania? A może też znał dowcip dziadka o wierze, którą łatwo stracić, może - tak jak ja - usłyszał też o ludziach, których podobne anatemy rzeczywiście wyganiają z Kościoła? Nie jestem - jak tu pisałem nieraz - entuzjastą metody in vitro, obchodzi mnie los embrionów praktycznie skazywanych na śmierć, ale obchodzi mnie również los ludzi, których skazuje się na pozakościelną niedolę.

PS. Fajko, biskup na emeryturze traci tylko uprawnienia administracyjne, sakramentalne mu zostają, a jakże. Lukipuki, rękopisów żydowskich ksiąg Nowego Testamentu nie ma, nie ma też jednak żadnego dowodu, że takowe były. Mogły być najwyżej jakieś materiały po aramejsku (owe ”Logia” itp.). Hellenizacja Śródziemnomorza była ogromna, adresaci ewangelii, Grecy albo Żydzi, zhellenizowani, nawet Jezus mógł znać koine.

23:16, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
czwartek, 27 maja 2010
Kapłanem świeckim jestem. BXVI o kościelnym karierowiczostwie!

1 List Piotra 2,4.5.9

„Zbliżając się do Tego, który jest żywym kamieniem, odrzuconym wprawdzie przez ludzi, ale u Boga wybranym i drogocennym, wy również niby żywe kamienie jesteście budowani jako duchowa świątynia, by stanowić święte kapłaństwo, dla składania duchowych ofiar, przyjemnych Bogu przez Jezusa Chrystusa. Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, świętym narodem, ludem Bogu na własność przeznaczonym."

Tu kapłanami są wszyscy chrześcijanie, nie wyodrębniła się jeszcze wyraźnie warstwa kapłanów w sensie węższym, „stan duchowny". Od początku byli bowiem różni „funkcyjni", zwani prezbiterami, czyli biskupami (nie było najpierw żadnej takiej dwustopniowości), byli też diakoni, byli prorocy (i prorokinie) - ale nie było osobnej kasty kapłańskiej. Nie było oczywiście obowiązkowego celibatu, nie było w ogóle podziału na pasterzy i owieczki. Kapłanem i pasterzem był tylko Chrystus. Przewodniczenie eucharystii nie było zarezerwowane ściśle dla pewnej grupy uczniów Chrystusa.

Protestantyzm wystąpił tu z tezą, że duchowni powinni być, ale nie przysługuje im określenie „kapłan". Urząd duchowny nie jest sakramentem. Była to polemika faktycznie także z prawosławiem, a inna rzecz, że między świeckim i duchownym jest u protestantów jeszcze jakaś granica. Świecki może nawet przewodniczyć konsystorzowi, czyli odpowiednikowi kurii biskupiej (tak jest u ewangelików reformowanych), ale jest tylko od spraw świeckich Kościoła: od duchownych jest biskup. Naturalnie pastorzy się żenią, rady parafialne wręcz wybierają proboszczów, ale trochę przedziału pozostało. Oczywiście Kościoły protestanckie bardzo się różnią między sobą, ale na przykład u luteranów świeckich lektorów albo akolitów przy ołtarzu nie uwidzisz, ministrantów tym bardziej. Gdy kiedyś byłem członkiem zarządu Ośrodka Jedności Chrześcijan w kurii warszawskiej, oficjalnie wydelegowany wszedłem do prezbiterium świątyni luterańskiej, zostałem wyproszony, bo to miejsce tylko dla duchowieństwa. A w świątyniach katolickich nie ma żadnych takich ograniczeń, często jest koło ołtarza miejsce nawet dla świeckich niefunkcyjnych.

W moim Kościele zmieniło się sporo na tzw. Zachodzie. W Niemczech Centralny Komitet Katolików (świeckich) jest siłą potężną, zadziera z biskupami. We Francji nie ma takiej centrali laikatu, ale w parafiach świeccy są naprawdę aktywni. Na Zachodzie rady parafialne nie są fikcją jak na ogół u nas, świeccy rozdają Komunię bez żadnych ograniczeń, jest sporo diakonów żonatych, którzy są „wtyczkami" świeckich w stanie duchownym, uświadamiają im problemy laikatu. U nas - jak u nas. Laikat ma nawet własną radę ogólnopolską, ale ten aktyw to raczej potulne owieczki. Na stałych diakonów zdecydowały się dotąd chyba tylko cztery diecezje i diakoni są na ogół ”po linii”. Króluje nadal model klerykalny.

Na koniec miła wiadomość, o takiej dzisiejszej wypowiedzi Benedykta XVI, którą znalazłem w serwisie KAI:

W ostatnich dziesięcioleciach często używano przymiotnika «duszpasterski», jakby przeciwstawiając je pojęciu «hierarchiczności», podobnie jak w podobnym przeciwstawieniu odczytywano także ideę «komunii». Być może w tym punkcie warto zastanowić się nad słowem «,hierarchia», które tradycyjnie oznacza strukturę sakramentalnej władzy w Kościele, uporządkowanej według trzech szczebli Sakramentu Święceń: episkopatu, prezbiteratu i diakonatu. W opinii publicznej w postrzeganiu hierarchii przeważa element podporządkowania i prawa; dlatego dla wielu idea hierarchii jawi się w opozycji do elastyczności i żywotności poczucia duszpasterskiego, a nawet jako rzeczywistość sprzeczna z ewangeliczną pokorą. Jest to jednak źle rozumiane poczucie hierarchii, spowodowane historycznie także nadużywaniem władzy i karierowiczostwem, które są właśnie nadużyciami i nie wynikają z samej istoty «hierarchii». Często sądzi się, że «hierarchia» jest zawsze czymś związanym z panowaniem i tym samym nie odpowiada prawdziwemu poczuciu Kościoła, jedności w miłości Chrystusa. Jak jednak powiedziałem, jest to interpretacja błędna, która ma swe korzenie w dawnych nadużyciach, ale nie odpowiada prawdziwemu znaczeniu tego, czym jest hierarchia. Zacznijmy od samego słowa. Ogólnie mówi się, że słowa «hierarchia» miałoby znaczyć «święte panowanie», ale nie jest to prawdziwe znaczenie - chodzi o «święte pochodzenie», to znaczy, że władza ta nie pochodzi od samego człowieka, lecz ma swe źródło w sacrum, w Sakramencie: podporządkowuje więc osobę powołaniu, tajemnicy Chrystusa: czyni z jednostki sługę Chrystusa i dopiero jako sługa Chrystusa może ona kierować, prowadzić przez Chrystusa i z Chrystusem. Dlatego ten, kto wkracza w święty sakrament kapłaństwa - w «hierarchię», nie jest autokratą, lecz wchodzi w nową więź posłuszeństwa Chrystusowi: jest z Nim związany we wspólnocie z innymi członkami sakramentu, kapłaństwa. I nawet papież - punkt odniesienia wszystkich innych pasterzy i komunii Kościoła - nie może czynić tego, co chce; przeciwnie - !”

Najmocniej mi zabrzmiały słowa o karierowiczostwie w Kościele. W ustach papieża to nawet więcej niż dowcip księży, że często brakuje powołań kapłańskich, ale nigdy biskupich...

16:59, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
środa, 26 maja 2010
Jak być wielkim: niewolnicy czy Eminencje?...

Ewangelia Marka 10,32-45

”32. Byli w drodze, idąc do Jerozolimy. Jezus szedł przed nimi, a oni dziwili się i szli za Nim pełni lęku. Wziąwszy znów Dwunastu, zaczął im mówić o tym, co Go czeka:
33. Wstępujemy ku Jerozolimie, gdzie Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym, którzy skażą Go na śmierć i wydadzą poganom.
34. Wyszydzą Go i oplują, i ubiczują, i zabiją, a po trzech dniach zmartwychwstanie.
35. Jakub i Jan, synowie Zebedeusza, podchodzą doń z taką sprawą: - Nauczycielu, chcemy, żebyś dla nas coś zrobił.
36. On na to: - A cóż mam dla was zrobić?
37. Odpowiedzieli: - Daj, abyśmy zasiedli w Twojej chwale, jeden po prawicy, drugi po lewicy.
38. Jezus powiedział: - Sami nie wiecie, o co prosicie. Czy potraficie pić z kielicha, z którego ja piję? Albo przejść chrzest, przez który ja przechodzę?
39. A oni powiedzieli: - Potrafimy!
A Jezus im rzekł: - Z kielicha, który ja piję, będziecie pili i przejdziecie chrzest, przez który ja przechodzę.
40. Jednak czy zasiądziecie po mojej prawicy albo lewicy, nie do mnie należy, lecz do Tego, który te miejsca zgotował.
41. Usłyszawszy to, dziesięciu rozgniewało się na Jakuba i Jana.
42. A Jezus przywołał ich i rzecze: - Wiecie, że ci, co się mają za władców narodów, gnębią je, a ich przywódcy stosują przemoc.
43. Wśród was niech będzie inaczej! Kto z was chciałby być największy, niech będzie sługą.
44. A kto z was chciałby być pierwszym, niech będzie niewolnikiem wszystkich.
45. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu usługiwano, ale aby służył i życie swoje oddał jako okup za wszystkich.”

Ekumeniczny przekład przyjaciół.

Perykopa pełna treści. Najpierw ten obraz Jezusa, który wyprzedza uczniów i pewnie w Jego zachowaniu jest coś niezwykłego, co budzi ich lęk. A On po prostu wie, ku czemu idzie.

Próbuje to wytłumaczyć apostołom, ale oni są jeszcze na innym etapie rozwoju duchowego. W głowie im głównie własna kariera. W każdym razie synom Zebedeusza, w końcu obok Piotra najbliższym Jezusowi. (u Mateusza interweniuje ich matka, co wychodzi niemal na jedno). Może wyróżniani przez Niego, suponowali, że i na tamtym świecie będą na poczesnym miejscu. W każdym razie oburzają tym pozostałych Dwunastu. Oni też nie byli pewnie od tego, żeby awansować, ale nie wyrywali się z pyszną prośbą.

A On zrobił im wykład teologii politycznej oraz eklezjologii. Ten drugi wykład oczywiście aktualny dalej w Kościele, gdzie wprawdzie pewien Ojciec Święty rymował sobie„papież - łupież", ale w ogóle to mamy na szczytach nie tyle niewolników, ile wciąż Ekscelencje (tytuł ten miał również ambasador radziecki...) i Eminencje, co i u braci odłączonych ekumenicznie straszyć zaczyna.

PS. Fajka pyta o symbol realny. Otóż jest to znak nie „papierowy", ale taki, który jakoś uczestniczy w symbolizowanej rzeczywistości. A więc na przykład ks. Popiełuszko był symbolem realnym oporu przeciw komunizmowi, a „nierealnym" był np. znaczek „opornik" albo też gest „zajączek".

Oraz, Fajko, na przeszkodzie Jedności stoi jednak nie tylko ”reakcyjny” Watykan: także np. spór liberalnych protestantów z prawosławiem, które jest jeszcze bardziej konserwatywne niż mój Kościół. A jedni i drudzy są w Światowej Radzie Kościołów, co nieco zatem wewnętrznie rozdartej. Dialog nikomu nie idzie łatwo.

16:51, jan.turnau
Link Komentarze (60) »
wtorek, 25 maja 2010
Antylicznik

„Wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich - pierwszymi"

To przekład naszego czteroosobowego zespołu, który tu nazywałem żartem dziełem „bandy czworga", a teraz nazywamy poważnie „Ekumenicznym przekładem przyjaciół". Najpierw dygresja: za miesiąc zapewne ukaże się tomik z naszym tłumaczeniem tak zwanych Listów Więziennych Pawła: do Efezjan, do Filipian, do Kolosan, do Filemona.

Co zaś do dzisiejszego wersetu: to logion Jezusa rozsiany po ewangeliach, a stanowiący właściwie ich sedno. Ta zupełnie inna rachuba ludzkich zasług jest w centrum Jego nauczania. Boża optyka jest inna niż ta, do której mamy nieodpartą skłonność. Całe przesłanie Ewangelii jest paradoksalne: zwycięzcą okazuje się przecież Ten, który najsromotniej przegrał. Wszystko wywrócił do góry nogami.

Podobne przewartościowanie jest na przykład warunkiem ekumenizmu. Oto „innowiercy" bywają moralnie lepsi, a nawet w niejednej sprawie religijnej mądrzejsi od nas. Oto etyka laicka jest w niektórych sprawach wrażliwsza niż chrześcijańska: problem kary śmierci, ekologia.

Takie odwrócenie skali ocen jest też niezbędne w rozrachunku z nacjonalizmem, czyli wrogością wobec innych narodów. Chodzi o to, by zauważyć, że w niejednym biją nas na głowę: Niemcy pokonują Polaków na przykład swoim zamiłowaniem do porządku, a Rosjanie choćby wielkością duchową swojej literatury.

Przykłady tego rodzaju zreformowanego rachunku można mnożyć, każdy może sobie wymyślić przynajmniej jeden. Wystarczy wejrzeć we własne sumienie oraz rozejrzeć się po bliźnich.

13:24, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
poniedziałek, 24 maja 2010
Izrael Matką Kościoła!

Dzieje Apostolskie 1,14

„Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i Jego braćmi."

Ci „wszyscy oni" to apostołowie w liczbie jedenastu, bo Judasz już nie żył, a jeszcze nie wybrali na jego miejsce Macieja. I w owym zgromadzeniu „w sali na górze" (Wieczerniku) biorą udział „niewiasty", czyli ów wspomagający apostołów zespół kobiecy z Marią z Magdali na czele, oraz rodzina Jezusa. Jego bracia; rodzeni, jak przypuszczają protestanci, przyrodni albo cioteczni, jak przyjmują teologowie katoliccy - w każdym razie już wierzący w misję swego niezwykłego brata (ze wzmianek w ewangeliach wynika, że za Jego życia nie byli do niej przekonani). No i Jego Matka.

Nic nie wskazuje na to, by za życia Syna należała na stałe do Jego świty. Na przeszkodzie stał pewnie Jej wiek: była przecież znacznie starsza, bardziej zmęczona życiem niż On i Jego towarzysze, trudno Jej było brać udział w Jego stałych wędrówkach. Może też zresztą właśnie z racji wieku nie tylko stanem zdrowia nie bardzo pasowała do Chrystusowej ekipy: ludzie lubią zamykać się w kręgu swego pokolenia. W każdym razie według Dziejów teraz jest wśród nich.

Mamy od pewnego czasu dzisiaj, czyli w drugi dzień Pięćdziesiątnicy, święto Maryjne: Maryi jako Matki Kościoła. Wśród tekstów biblijnych przeznaczonych na dziś do wyboru w Kościele rzymskokatolickim jest również werset, który zacytowałem. A wybór jest niewielki: właściwie tylko to zdanie łączy Maryję z rodzącym się Kościołem.

Ukazała się niedawno w wydawnictwie „W drodze" książka dwóch teologów niemieckich, Gerharda Lohfinka i Ludwiga Weimera, która także w przekładzie Elizy Pieciul-Karmińskiej nosi intrygujący tytuł „Maryja - nie bez Izraela. Nowe spojrzenie na naukę o Niepokalanym Poczęciu". Zaskakujący, bo kojarzy sprawy przecież różne. Co ma ściśle katolicki dogmat o Niepokalanym Poczęciu do ludu izraelskiego?

Rozumowanie autorów dzieła jest w potężnym skrócie takie. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa późniejsze dogmaty o Maryi były najpierw wypowiedziami o Kościele: Kościół jako Dziewica, jako Matka, jako niepokalanie poczęty, cierpiący pod brzemieniem historii, a mimo to już wniebowzięty (niepokalane poczęcie oznacza tu oczywiście nieskalanie grzechem pierworodnym, a nie dziewicze poczęcie Jezusa!). Z czasem Matka Jezusa, Jego najlepsza uczennica, stała się jednak realnym symbolem przyszłego Kościoła, tego z „nowego nieba i nowej ziemi", tego, na który czeka cały lud Boży.

Widzimy tu Jej związek z Kościołem, można by rzec, macierzyński, ale łączności z Izraelem dalej nie widać. Otóż według Lohfinka i Weimera Maryja jest - tu już moje słowa - wykwitem Izraela. Uwieńczeniem jego walki z grzechem pierworodnym. Pochwalę się, że już dawno tak sobie myślałem: w dziewczynie imieniem Miriam, która swoją ludzką świętość przekazała Jezusowi, zawarła się cała wielkość duchowa ludzkości. Całej ludzkości, ale - słusznie twierdzą autorzy niemieccy - przede wszystkim ludu izraelskiego. W ten sposób Matką Kościoła jest Izrael, a Maryja łączy Kościół z Synagogą. Przypomina się apokaliptyczna niewiasta obleczona w słońce, która jest przecież w egzegezie katolickiej tak Izraelem, jak i Matką Jezusa. Bo też była Ona - nie da się ukryć - Żydówką...

18:40, jan.turnau
Link Komentarze (36) »
niedziela, 23 maja 2010
Miejmy zielono w głowie!

Dzieje Apostolskie 2,1-11

”Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle spadł z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić. Przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. Pełni zdumienia i podziwu mówili: - Czy ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami? Jakże więc każdy z was słyszy swój własny język ojczysty? Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii oraz Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici Kreteńczycy i Arabowie - słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże".

No właśnie: dzień Pięćdziesiątnicy. To jedna z oficjalnych nazw kościelnych dzisiejszego święta, przejęta od naszych starszych braci w wierze w językach zachodnioeuropejskich: francuskie „Pentecote" to przecież na przykład wyraźny ślad greckiego słowa „pentekoste" - pięćdziesiąt. Owa liczba 50 istnieje też w nazwie wielkiego nurtu współczesnego chrześcijaństwa, jakim jest ruch zielonoświątkowy. W Polsce wziął swą nazwę od naszego popularnego określenia dzisiejszej uroczystości, w języku francuskim jednak zielonoświątkowcy to „pentecotistes". Nawiązują oni szczególnie do dzisiejszego święta także przez podjęcie tradycji mówienia językami, które zdarza się też w katolickiej wersji tego nurtu, ruchu charyzmatycznym. Owa „glosolalia" to - jak mi tłumaczył pewien ksiądz katolicki, opisując własne przeżycia - coś w rodzaju śpiewu bezsłownego „tralala", którym swoją bezbrzeżną radość wypowiada ktoś, kto przyjął specjalny chrzest w Duchu Świętym. Są również wiarygodne opowieści o wypowiedziach ludzi w językach dotąd im nieznanych.

Duch to po grecku „pneuma", co znaczy również „wiatr". Duch to bez wątpienia ruch. To zmiana, to bezwzględne przeciwieństwo zastoju, to nieustanna reforma. To oddolność, charyzmat, nie urząd (ale też czasem dwa w jednym), to coś spontanicznego, a przez to też właśnie zmiennego.

Katolicyzm po Soborze Watykańskim II zrobił się bardziej „uduchowiony". Jest więcej odniesień do Ducha Świętego w liturgii i - mimo tendencji odwrotnych - więcej tej Osoby Trójcy w pozostałym życiu Kościoła. Co jest wynikiem dialogu ekumenicznego, także z protestantyzmem, ale szczególnie z prawosławiem. Wschód chrześcijański zawsze był mniej „regularny", nie ubóstwiał porządku prawnego, nie miał ambicji zapinania wszystkiego na ostatni guzik paragrafu.

Mieć zielono w głowie to określenie młodzieńczej głupoty, ale przydaje się w życiu kościelnym trochę tej barwy, która oznacza młodość. Albowiem skleroza jest wrogiem Kościoła numer jeden!

10:30, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
wtorek, 18 maja 2010
Kto słyszał o Duchu Świętym

Wpis na poniedziałek 17 maja 2010

Dzieje Apostolskie 19,1-2

„Kiedy Apollos znajdował się w Koryncie, Paweł przeszedł okolice wyżej położone, przybył do Efezu i znalazł jakichś uczniów. Zapytał ich: - Czy otrzymaliście Ducha Świętego, gdy przyjęliście wiarę? A oni do niego: - Nawet nie słyszeliśmy, że istnieje Duch Święty."


No właśnie. Tamci nie słyszeli, bo byli to ludzie, którzy - jak się okazało - przyjęli tylko chrzest Janowy, byli właściwie tylko u wrót chrześcijaństwa - ale my? Nigdy nie zapomnę kazania z dzieciństwa, kiedy to w moich rodzinnych Przybysławicach powiedział ksiądz Maruszewski w Zielone Świątki: „Tak mało wiemy o Duchu Świętym...". Na ogół właściwie nic. Duch Święty to istota niemal nieznana, chociaż od tamtej niewiedzy minęły liczne wieki i każdy ochrzczony przyjmuje przecież tego Ducha.

Czy dzisiaj ludzie ochrzczeni w dorosłości mają świadomość, że otrzymują Go w tym sakramencie? Owszem, nie mówią językami i nie prorokują, jak ci ochrzczeni wtedy przez Pawła, zjawisko głosolalii nie odrodziło się dzisiaj tak powszechnie - ale mam nadzieję, iż na ogół wiedzą, że chrześcijaństwo jest religią Trójcy. Że jest wiarą także w Świętego Ducha. W ten boski czynnik ruchu, zmiany, wiecznej młodości, żywotności.

Zbliżają się Zielone Świątki, nazwa tej uroczystości jest wyłącznie polska, ale jakże celna, bo kolor zielony to przecież młodość! Mieć zielono w głowie to, co prawda, być za bardzo młodym duchem, ale kto wie, czy nie gorsza jest szarzyzna starości, jej chorobliwe umiłowanie nieświętego spokoju, zastoju niemal śmiertelnego.

PS. Myśl psychologiczna, nie polityczna: jeśli faktycznie Duch wieje, kędy chce, jeśli nie ma rzeczy niemożliwych, to może jednak naprawdę Jarosław Kaczyński po śmierci najbliższego człowieka zmienił się nie do poznania? Może zmienił nie tylko poglądy, nawet trochę i osobowość? Mało bardzo mało to prawdopodobne, ale po 10 kwietnia możliwe wydaje się wszystko. Byle by tylko ktoś nie pomyślał, że agituję za nim jako prezydentem RP. Po prostu głośno myślę.

A przed Pięćdziesiątnicą (to najbardziej urzędowa nazwa Świątek Zielonych) muszę przeczytać potężne dzieło Ryszarda Tomaszewskiego pod tytułem „Zjednoczony Kościół Ewangeliczny 1947-1987" (obejmował on między innymi polskich zielonoświątkowców) i napisać o nim do „Buntu Młodych Duchem", więc odezwę się chyba dopiero w samą tę wielką uroczystość. Do przeczytania!

11:51, jan.turnau
Link Komentarze (132) »
niedziela, 16 maja 2010
Niebo nie jest puste, choć tam sputnik nie doleci

Dzieje Apostolskie 1,10-11

„Kiedy uporczywie wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: - Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus wzięty od was do nieba przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba."

Dziś - w niektórych Kościołach lokalnych, tak w tradycyjnej Polsce, jak i w awangardowej Francji - uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Przeniesiona z czwartku, dnia powszedniego, na niedzielę, ze względu na ludzi, którzy kojarzą „chodzenie do kościoła" z dniem wolnym od pracy zawodowej, czyli kiedy indziej nie wezmą udziału w najradośniejszej z uczt (bo też tej radości nad Wisłą nie widać).

Kosmologia ciąży teologii, mamy zatem w Biblii wizję Wszechświata przedkopernikańską, w której Bóg panuje nad ziemskim padołem, patrząc nań znad obłoków. Nie wiemy, czy Jezus rzeczywiście dokonał takiej wizji, by przekonać uczniów, że chrystofanie skończone, czy też tylko tak to przedstawił autor Dziejów (oraz ewangelii także Łukasza). W każdym razie pozostaje nam - podobnie jak Apostołom - czekać na Jego powrót, tym razem już nie na krzyż, ale na zwycięstwo nie tylko moralne.

Póki co, mamy triumfować w ten doczesny sposób sami. Mamy wystrzegać się przemocy, a jednocześnie nie skrywać prawdy pod korcem, głosić wszem i wobec, że niebo nie jest puste, chociaż istnieje zupełnie gdzie indziej.

15:04, jan.turnau
Link Komentarze (54) »
sobota, 15 maja 2010
Kto nie lubi inteligencji?

Dzieje Apostolskie 18,24-28

”Pewien Żyd imieniem Apollos, rodem z Aleksandrii, człowiek uczony i znający świetnie Pisma, przybył do Efezu. Znał on już drogę Pańską, przemawiał z wielkim zapałem i nauczał dokładnie tego, co dotyczyło Jezusa, znając tylko chrzest Janowy. Zaczął on odważnie przemawiać w synagodze. Gdy go Pryscylla i Akwila usłyszeli, zabrali go z sobą i wyłożyli mu dokładniej drogę Bożą. A kiedy chciał wyruszyć do Achai, bracia napisali list do uczniów z poleceniem, aby go przyjęli. Gdy przybył, pomagał bardzo za łaską Bożą tym, co uwierzyli. Dzielnie uchylał twierdzenia Żydów, wykazując publicznie z Pism, że Jezus jest Mesjaszem.”

Cenny nabytek taki intelektualista. Tacy ludzie niezbędni są każdej religii, aby stała się kulturą. Jest z nimi kłopot, bo są jak mędrcy ze Wschodu, nie jak pastuszkowie z okolicznych łąk: zamiast kornie poddać się wierze, mędrkują, ile wlezie - ale bez nich prawie nic. Wiara jest sprawą Ducha, ale również ucha: zamiast „człowieka uczonego" my mamy „krasomówcę", bo chodzi o „człowieka wymownego", jak przekładają filologicznie ks. Remigiusz Popowski i Michał Wojciechowski (greckie „aner logios"). Co prawda, wielu ludzi bez trudu obywa się bez takich facetów błyszczących słowem, ale są i tacy, którym nie wystarcza zgrzebność umysłowa świętego Jana Vianneya.

Intelektualiści, pisarze i w ogóle owi mędrcy z czterech stron świata drażnią zresztą nie tylko lud prosty, także licznych hierarchów. W Polsce lat minionych było dwóch biskupów niewątpliwie olbrzymich: Wyszyński i Wojtyła. Każdy wielki, ale każdy inny. Prymas niechętnie spoglądał poza kościelne struktury i myślowe obyczaje, przyszły papież - polonista, poeta, aktor, zaprzyjaźniony z tamtym światem - rozumiał go nieporównanie lepiej.

Trzeba jednak zaraz przytoczyć dowcip Stefana Kisielewskiego na temat Gomułki (Władysława): że przekonał się (on, I sekretarz) do inteligencji. Mianowicie do inteligencji Zenona Kliszki... Który - wyjaśnienie historyczne - „po linii Partii" zajmował się Kołem Znak, a choć uwielbiał Norwida, robił to bardzo po swojemu.

Intelektualiści okropnie nie lubią nadmiernego wtrącania się władzy w ich myślowe gospodarstwa: powiadają, ci nawróceni, że wiara owszem, ale wolność również. A nade wszystko trochę oryginalności i w ogóle myślowego błysku. Krasomówcy...

Niemniej już tak jest też na tym najlepszym ze światów, że intelektualiści nie lubią się nawzajem. Podobno Ratzinger z Küngiem byli kiedyś tak zaprzyjaźnieni, że jeden przejmował pocztę drugiego. Wszystko jednak ma swój kres.

14:30, jan.turnau
Link Komentarze (34) »
piątek, 14 maja 2010
Loteria święta czy świeckie miny

Dzieje Apostolskie 1,23-26

„Postawiono dwóch: Józefa zwanego Barsabą, z przydomkiem Justus, i Macieja. I tak się pomodlili: - Ty, Panie, znasz serca wszystkich, wskaż z tych dwóch jednego, którego wybrałeś, by zajął miejsce w tym posługiwaniu i w tym apostolstwie, któremu sprzeniewierzył się Judasz, aby pójść swoją drogą. I dali im losy, a los padł na Macieja. I został dołączony do jedenastu apostołów."

Dziś wspominamy Macieja, apostoła z kooptacji. Szczegół translatorski: w oryginale jest gra słów, bo Judasz nie ”poszedł swoją drogą”, tylko ”na miejsce swoje”. Łukasz pokazuje tu swoje ambicje literackie.

Refleksja metapolityczna: wybory przez losowanie to wyraz zaufania do Opatrzności. Pewnie, że trzeba na to wierzyć, że naszym losem nie rządzi ślepa bogini Fortuna, tylko wszechwiedzący Bóg, czyli taki proceder może zakrawać na państwo wyznaniowe, pewnie, że demokratyczne wybory są bardziej światopoglądowo neutralne. Ale nieuchronnie grożą demagogią. Polityk zamienia się po trosze czasem w pannę na wydaniu.

17:51, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
czwartek, 13 maja 2010
Do pogan, hej, do pogan...

Dzieje Apostolskie 18,5-6

„A gdy nadeszli z Macedonii Sylas i Tymoteusz, Paweł oddał się całkiem Słowu, świadcząc wobec Żydów, że Chrystusem jest Jezus. Gdy oni sprzeciwiali się i bluźnili, otrząsnąwszy szaty rzekł do nich: - Krew wasza na głowę waszą! Jam czysty! Teraz pójdę do pogan."

Tłumaczenie czterech. Tysiąclatka postąpiła inaczej niż my, napisała: „...Jezus jest Mesjaszem". My też staraliśmy się, żeby tłumacząc odnosić do Jezusa określenie żydowskie „Mesjasz", nie chrześcijańskie „Chrystus", ale tu mamy termin grecki „Christos", więc wersja „Chrystus" sama się prosi. A jest i wersja czysto polska: „Pomazaniec", bo chodzi o człowieka namaszczonego dla specjalnych celów. Ale tu taka polszczyzna nie pasuje, mazanie to sprawa asakralna...

No i mamy w tych wersetach zatrzymaną chwilę niemal historyczną: Paweł zraża się do swoich rodaków. Nie ostatecznie, co prawda, później też będzie głosił Jezusa w synagogach, niemniej naszła mnie refleksja, jak to nowa religia nieczęsto przyjmuje się w ziemi ojczystej swego założyciela. Tak samo było przecież z hinduizmem i Buddą, jest tu chyba jakaś prawidłowość. Można myśląc dalej zastanawiać się, czy w relacji judaizmu i chrześcijaństwa nie ma jakichś podobieństw do wzajemnego stosunku tamtych dwóch religii. Przecież ta nowa jest tu i tam jakąś reformą starej. Może można by powiedzieć ogólnie, że jest jej jakimś myślowym oczyszczeniem. Buddyzm oczyścił hinduizm między innymi z doktryny kastowej, chrześcijaństwo odrzuciło pedantyczne prawo religii Mojżeszowej.

Oczywiście jednak takie porównanie nie zrównuje. Buddyzm jest najdalszy od deifikacji swego inicjatora. Poniekąd wręcz przeciwnie: przecież to religia nawet jakby według niektórych ateistyczna, przynajmniej w swojej wersji „zen". Nawet można by z kolei powiedzieć, że buddyzm przypomina bardzo zachodniego rywala chrześcijaństwa: humanizm laicki, oświeceniowy, liberalny. W swojej wersji heroicznej, „Dżumy" Camusa, to godny najwyższego szacunku humanizm niewątpliwy. Obywający się jakoś bez Boga, tak jak i „oświecony" azjatycki szuka światła sam w sobie.

Wracam do pogan, do których idzie Paweł: chyba ci politeiści to zupełnie inna formacja intelektualna niż dzisiejsi zlaicyzowani Europejczycy. Co napisałem, bo słyszę w moim Kościele takie krytyczne porównania w ramach ciągłego narzekania na dzisiejszy świat.

18:43, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
środa, 12 maja 2010
Znosić ciemność. Płeć w cieniu


Ewangelia Jana 16,12-13


„Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy".
Zastanowiło mnie tutaj słowo „znieść". Inni tłumacze mają „zrozumieć", co jest bardziej zrozumiałe, ale czy oddaje myśl oryginału? Zajrzałem do francuskiej Biblii Jerozolimskiej, przekładu uchodzącego za bardzo wierny, i jest tam „porter", czyli bez wątpienia „nosić". A Biblia Paulińska tłumaczy „udźwignąć", co bardziej pasuje do noszenia niż do rozumienia.
Można jednak przecież nie znieść psychicznie wiedzy, którą się otrzymuje. Może chodzi tu zatem w Ewangelii o stopniowaną wiedzę o Królestwie Jezusa, które nie jest z tego świata. Które nie polega na ziemskim panowaniu, raczej na służbie, jaka staje się czasem dla Jego dworzan męczeństwem. Taka wizja Królestwa nie zmieściłaby się w głowach apostołów, zanim zobaczyli krzyż, Zmartwychwstałego, a potem Duch ułożył im to wszystko w głowach.
Im ułożył, to pewne, ale kolejnym uczniom Chrystusa? Gdy tylko okazał się możliwy sojusz Ołtarza z Tronem, zawierali go przez długie wieki, panowali zamiast służyć, Ewangelię brali w nawias. Nie zawsze i nie wszyscy, ale było tak, jakby Duch wiał za słabo.
Pewnie za słabo prosimy Go o pomoc, ale kiedy szczęśliwie minęła ciemność „ery konstantyńskiej", jest nadal za mało światła. Pytamy, gdzie jest Bóg, gdy rozbijają się samoloty, pytamy, gdzie jest Bóg, gdy trzęsie się ziemia, pytamy, skąd tyle zła wśród tych, co powinni świecić przykładem. Pytamy, skąd tyle zła w każdym z nas.
A przeznaczono nam na dzisiaj także zdanie z Dziejów Apostolskich (18,1), że po sławnej mowie na Areopagu do Pawła przyłączył się Dionizy nazwany Areopagitą „i kobieta imieniem Damaris". O dziwo, nawet imię wspomniane... Co mi przypomniało wydaną właśnie w Bibliotece „Więzi" książkę Elżbiety Adamiak „Kobiety w Biblii. Nowy Testament". Teolożka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu drukowała w „Tygodniku Powszechnym" cykl sylwetek kobiecych najpierw ze Starego Testamentu, z czego powstała książka Znaku, potem z Nowego - i znów mamy lekturę dla obojga płci. Może nawet raczej dla sumienia męskiego, bo autorka jest feministką - jeśli przez ten termin rozumieć poczucie męskiej dominacji.
No cóż: i w tej sprawie jakby Duch wiał za subtelnie na męski beton. Można zżymać się na skrajności myślowe feminizmu, ale daje do myślenia na przykład taka uwaga doktor Adamiak w rozdziale o kobietach w Dziejach Apostolskich: „Gdy Łukasz wspomina o siostrzeńcu Pawła (dosłownie mówi: »syn siostry Pawła«, Dz 23,16), dowiadujemy się, że Paweł miał siostrę. Inne informacje o niej już do nas nie dotarły." Bo jeśli na przykład jej brat miał aż dwa imiona, to ona miała choć jedno... Co prawda, wiadomości o samym Pawle też nie zadowalają naszej biograficznej ciekawości: przecież od jego nawrócenia do rozpoczęcia apostolskiej działalności minęło dobre kilkanaście lat, większość których spędził w rodzinnym Tarsie - co tam robił, nie wiemy! Niemniej oczywiste jest, że w Biblii obu Testamentów płeć piękna jest w cieniu tej brzydszej. I że ta sytuacja piękna nie była.

19:32, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
wtorek, 11 maja 2010
Obrońca sędzią? Jak świecić światu?

Ewangelia Jana 6, 5-11

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Teraz idę do Tego, który mnie posłał, a nikt z was nie pyta mnie: - Dokąd idziesz? Ale ponieważ to wam powiedziałem, smutek napełnił wam serce. Jednakże mówię wam prawdę: pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was. On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. O grzechu, bo nie wierzą we mnie; o sprawiedliwości zaś, bo idę do Ojca i już mnie nie ujrzycie; wreszcie o sądzie, bo władca tego świata został osądzony".

Jak to jest więc z Duchem Świętym: jest Wspomożycielem, Pocieszycielem, Obrońcą wręcz - a tu okazuje się zgoła Sędzią.

Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że słowo „świat" ma w pismach Janowych na ogół sens negatywny: to środowisko zła, Szatana wręcz. Niestety tego rodzaju znaczenie terminu zakorzeniło się głęboko w języku kościelnym, dotąd piętnując wszystko to, co jest poza Kościołem. Po drugie, Biblia Paulińska podaje w komentarzu, że wizja sądu nad światem, którego dokona Duch, nie występuje nigdzie więcej w Ewangelii Jana (chyba też w ogóle nigdzie poza tym w Nowym Testamencie). Obraz Pocieszyciela tylko tu jest tak zmącony. Trzeba wreszcie wytłumaczyć, co ma wspólnego ze sprawiedliwością odejście Jezusa do Ojca: otóż jest On sprawiedliwy, skoro po swojej śmierci odchodzi do Boga, jak Henoch (Rdz 5,24, Syr 44,16).

A jak Kościół ma się odnosić do spraw ”światowych”? Do spraw społeczeństwa, w którym się znajduje? Wracam do tego, co napisałem w piątek, a co żywo skomentowali moi czytelnicy płci obojga. Myślę, że jednak zachowałem się ponadpartyjnie wytykając biskupowi Ryczanowi wypowiedź zbyt wyraźnie wskazującą na PiS. Tak samo, jak teraz zachowam się ponapartyjnie, gdy skrytykuję pana Kazimierza Kutza za bardzo nieelegancką dyskusję telewizyjną z panią Jakubiak z Prawa i Sprawiedliwości. Myślę zresztą, że w tej kampanii wyborczej wygra ten, kto będzie miał bardziej łagodny „image": PiS rozumie to znakomicie. Ma raczej takowy swój obraz Komorowski, Platforma powinna starać się, by go nie popsuć brakiem elegancji, przechodzącym chwilami w brak etyki.

Ale Kościół? Przepraszam za dygresję, już zaraz „głośno myślę". Napisałem, że powinien troszczyć się ogólnie o dobro wspólne, bez wchodzenia w sprawy bardziej szczegółowe, co wiąże go z poszczególnymi partiami politycznymi. Na przykład taką sprawą podstawową było zniesienie niewolnictwa w USA czy też wyzwolenie Polski z niewoli komunistycznej (dobrze, że wtedy nasz Kościół katolicki odzywał się odważnie).

11:34, jan.turnau
Link Komentarze (35) »
poniedziałek, 10 maja 2010
Duch Pocieszyciel, na kozetce i w konfesjonale

Ewangelia Jana 15,26

„Gdy przyjdzie Pocieszyciel, którego ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On będzie świadczył o mnie".

Mamy tu w grece słowo „parakletos", które ma różne znaczenia. To rzecznik, obrońca, orędownik, ale również właśnie pocieszyciel. Pomyślałem sobie, że trzeba dzisiaj akcentować to ostatnie znaczenie owego teologicznego terminu. Duch Święty nie tylko uświęca, oświeca: również pociesza. Myślę, że w ogóle za mało zaznacza się sens religii chrześcijańskiej jako pocieszenia właśnie. Nie, nie jest to opium dla ludu, jak nam zarzucał Marks: pocieszenie przez odesłanie do szczęścia pośmiertnego, które ma zastąpić starania o poprawę ziemskiego losu. Owszem, trzeba ów los polepszać ze wszystkich sił, ale bez złudzenia, że zbudujemy raj na ziemi: taka utopia kosztowała nas już komunizm. Nieszczęścia zawsze będą, nie ma rady. Jak napisał kiedyś muzykologicznie bodaj największy teolog katolicki XX wieku, Karl Rahner, w tym życiu każda symfonia jest niedokończona. Ale Chrystus obiecał, że ześle nam Pocieszyciela i dotrzymał obietnicy. Jest to Duch Prawdy, a ta Prawda jest taka, że Bóg jest Miłością, nie Prawem i że nigdy nie jesteśmy sami.

Gdy nakryje nam głowę czarna czapa smutku, trudno w to uwierzyć. Niech nam tę nadzieję ułatwia świadomość, że takie jest przesłanie samego sedna wiary. Duch Prawdy, „który od Ojca pochodzi", niech nam nie kojarzy się tylko z problemem „Filioque": pochodzi tylko od Ojca czy również od Syna? Pokłócili się o to chrześcijanie Wschodu i Zachodu, bo za bardzo zajęli się tym, co drugorzędne, zamiast głosić w porę i nie w porę, że przecież mamy Pocieszyciela.

Są dziś dwie główne formy pocieszenia, leczenia bólów psychicznych. Współczesna nauka wypracowała własną metodę: psychoterapię. Ale religia ma tu swoje sposoby. Chrześcijaństwo posiada w tym celu instytucję spowiedzi.

Kiedyś Kościół katolicki patrzył na Freuda bardzo z ukosa, bo też i on tak patrzył na religię. Dziś już raczej nie ma tutaj wojny. Zwycięża świadomość, że na kozetce bada się człowieka całkiem inaczej niż w konfesjonale. Że też „superego", tak źle oceniane przez Freuda, to nie to samo, co sumienie. Czym innym jest patologiczne poczucie winy, czym innym świadomość grzechu. Ksiądz profesor Jan Andrzej Kłoczowski pozwolił sobie nawet na tytuł: „Sumienie a superego, czyli paradoksalna bliskość Tomasza z Akwinu i Freuda". Znalazłem ten tekst wśród innych w bardzo ciekawej książce „Między konfesjonałem a kozetką" pod redakcją Katarzyny Jabłońskiej i Cezarego Gawrysia (Biblioteka „Więzi", Warszawa 2010): dwudziestu siedmiu autorów, psychoterapeutów i duszpasterzy.

Psychiatria, psychologia, psychoterapia zajmuje się psychiką, religia - duchem, niemniej nie da się tych spraw ściśle rozdzielić. Szczególnie trudno rozgraniczyć je, gdy psychoterapeutą jest ksiądz - ale można. Tak twierdzą w każdym razie w owej książce duchowni rzymskokatoliccy: Mateusz Hinc, Andrzej Pęcherzewski, Jacek Prusak, Bogusław Szpakowski, Stanisław Tokarski, którzy są takimi podwójnymi lekarzami.

Nie jest jednak dla wszystkich psychoterapeutów oczywiste założenie, że ta świecka działalność lecznicza jest neutralna światopoglądowo. Działa wręcz w Polsce Stowarzyszenie Psychologów Chrześcijańskich, które już w samej nazwie tę neutralność kwestionuje, troszczy się o zgodność światopoglądu terapeuty i pacjenta. Jabłońska i Gawryś są raczej innego zdania, ale książka jest pluralistyczna.

A najważniejsze w niej jest dla mnie co innego: przewijająca się złota myśl, że w konfesjonale nie wolno człowieka ranić, a zdarza się to nieraz. Ks. Kłoczowski wini tu jurydyczną koncepcję sakramentu pojednania, w której spowiednik jest sędzią: ustala prawdę, osądza i nakłada pokutę. Bo taka też jest wizja Boga jako srogiego sędziego. Wieloletnie doświadczenie spowiednicze Kłoczowskiego jest inne: więcej tam nie tyle grzechu, ile ludzkiej biedy. Ratować a nie ranić naszą psychikę powinien nie tylko psycholog, także dusz naszych pasterz. On też powinien być po trosze psychologiem, nie tylko domorosłym, także podkształconym. Przez niego też winien przemawiać Pocieszyciel.

18:19, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
niedziela, 09 maja 2010
Drążenie w doktrynie

Dzieje Apostolskie 15,28-29

„Spodobało się bowiem Duchowi Świętemu i nam, aby żadnego większego ciężaru na was nie wkładać oprócz tego, co konieczne: powstrzymywać się od tego, co ofiarowane bałwanom, i od krwi, i od tego, co uduszone, i od nierządu; strzegąc siebie od tego, dobrze uczynicie." Przekład bandy czworga.

Fundamentalne słowa: by używać dalej obcych wyrazów - paradygmat reformy doktryny. Drążenie w niej, aby oddzielić, mówiąc tomistycznie, istotę od przypadłości. Żeby ta operacja się udała, trzeba rzeczywiście współpracy decydentów ludzkich z Bożym Duchem Oświecicielem. Czy dożyję na przykład radykalnego odróżnienia aborcji od antykoncepcji?
Teraz trochę spraw z niższej półki. Pozwoliliśmy sobie na „bałwany" zamiast „bożków", choć można twierdzić, że te pierwsze są dzisiaj wyłącznie ze śniegu: lubimy sobie czasem poarchaizować. Żydom nie było wolno spożywać krwi ani mięsa zwierząt uduszonych, czyli z krwią. Słowo „nierząd" mogło tu oznaczać nie tylko prostytucję (również oczywiście sakralną), także wszelki kult pogański jako  moralną obrzydliwość oraz zakazane przez Prawo małżeństwa między krewnymi.

Kiedy doszło do ostatecznej „dejudaizacji" chrześcijaństwa, te tak zwane klauzule Jakubowe (bo to cytat z przemówienia Jakuba na najpierwszym soborze) przestały obowiązywać. Ślady ich widać tylko u świadków Jehowy w zakazie transfuzji krwi.

12:28, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
sobota, 08 maja 2010
Muszą być ”starsi”, laikat nie stado, Stanisław nie zdrajca

Dzieje Apostolskie 20,17-18a.28-29

„Paweł, posławszy z Miletu do Efezu, wezwał starszych Kościoła. A gdy do niego przybyli, przemówił do nich: - Uważajcie na samych siebie i na całe stado, nad którym Duch Święty ustanowił was biskupami, abyście kierowali Kościołem Boga, nabytym własną Jego krwią. Wiem, że po moim odejściu wejdą między was wielki drapieżne, nie oszczędzając stada."

Terminologia: starsi, czyli prezbiterzy, to tutaj to samo, co biskupi. Odróżnienie jednych od drugich, podział trójstopniowy - diakoni, prezbiterzy, biskupi - to zjawisko późniejsze, kto wie, czy nie przejściowe. Diakonat przecież z czasem w Kościele rzymskokatolickim zanikł, wrócił dopiero, gdy zaczęto ustanawiać z powrotem „stałych" diakonów, nie tylko takich, co po roku stają się prezbiterami. Niezmienne wydaje się tylko istnienie jakichś „starszych".
Po drugie, to stado... Nie wiem, jak się współczesnym Francuzom kojarzy wyrażenie troupeau, w każdym razie w języku polskim mamy kłopot (banda czworga też nie wymyśliła nic mniej hodowlanego). Nawet jeśli chodzi tu nie o krowy ani tym bardziej wieprze, tylko o bardziej poetyczne owieczki. Laikat dzisiejszy ma swoją dumę...

A ten cytat pochodzi z tekstu, który na dziś przydzielono Polakom ze względu na świętego Stanisława, bo jego zamordowanie dzisiaj wspominamy. Polecam bardzo cenny artykuł Macieja Müllera w najnowszym „Tygodniku Powszechnym". Spróbuję go najkrócej streścić.
Biskup krakowski Stanisław był nominatem króla, tego samego Bolesława  Śmiałego, który potem go zabił: działo się to w czasach, gdy władza świecka i duchowna splatały się ściśle, nie było wyraźnego podziału na Kościół i państwo! Biskup był niemal urzędnikiem króla, bo przezeń mianowanym. Gdy - co nie jest wykluczone - nie tylko krytykował króla za jego okrucieństwa wobec podwładnych, ale i wręcz przewodził spiskowi przeciwko niemu, mógł go Gall Anonim nazywać zdrajcą. Tyle tylko, że nie była to zgoła zdrada w sensie spiskowania z wrogiem zewnętrznym. Inaczej mówiąc, nie żaden wróg świętej ojczyzny, ale czy aż męczennik za wiarę?

21:36, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 07 maja 2010
Moja mała pociecha

Psalm 57,8

„Serce moje jest mocne, Boże,
mocne jest moje serce."

Ów psalm nazywa się w Biblii Paulińskiej „poranną modlitwą udręczonego". Mimo udręki „podmiot liryczny" utworu zdobywa się na otrząśnięcie się z depresji i stwierdza swoją moc. Inni tłumacze mają „gotowość", a chodzi o chwalenie Boga mimo przeciwności losu, o ufność, że Bóg jest mocniejszy.

Rozmawiałem właśnie z pewnym poważnym politykiem, naprawdę mężem stanu, przy  tym człowiekiem naprawdę wierzącym religijnie: jest załamany. Martwią go tak bardzo polscy biskupi, którzy znów mylą troskę o dobro wspólne z zaangażowaniem partyjnym. Okazuje się, że już nie do przyjęcia dla katolika jest nie tylko SLD, ale także PO. Katolik nie ma prawa wybierać nawet między partiami centrowymi. I to w sytuacji, gdy to PiS przecież teraz flirtuje z SLD, nie Platforma.
Pocieszyłem jednak tego polityka, że są przecież biskupi polscy tak rozsądni, jak nasz nuncjusz (oby został prymasem!). I że przecież nigdy nie było idealnie: nawet wielki Prymas Tysiąclecia miał pomysły przedziwne. Ot, choćby ta jego polemika z modą „mini". Tłumaczył się, że nie jest to dla niego problem etyczny, tylko estetyczny - ale interrex jako autorytet w sprawach piękna strojów damskich to też była przedziwność. Nie mówiąc o niezręcznościach następcy.

22:01, jan.turnau
Link Komentarze (44) »
czwartek, 06 maja 2010
Wygląd Boga, wolność, władza

Ewangelia Jana 14, 8-9
„Mówi Mu Filip: - Panie, ukaż nam Ojca; to nam wystarczy. Mówi mu Jezus: - Tak długo z wami jestem i nie poznałeś mnie, Filipie? Kto mnie ujrzał, Ojca ujrzał. Jak możesz mówi: - Ukaż nam Ojca?”. Przekład bandy czworga.

Jezus jest obrazem Ojca. Co jest na tym obrazie? Niezależnie od tego, czy Całun Turyński jest autentykiem, czy nie, można powiedzieć, że na obrazie Ojca, którym jest Jezus, widać twarz człowieka potwornie umęczonego. Widać krzyż. Obrazem Boga jest krzyż. Nie miecz, ale krzyż. Niezależnie od tego, że przez prawie dwadzieścia wieków Bóg chrześcijan wyglądał różnie. Owszem, były falsyfikaty, zafałszowania straszne - niemniej Bóg wygląda tak, jak na Całunie. Dokładnie tak. Bóg Jezusa Chrystusa.

A rozmowa z Jezusem apostoła Filipa została przeznaczona na dzisiaj dlatego, że dziś jego święto. Ma swój dzień razem z Apostołem Jakubem. Pośród Dwunastu było Jakubów dwóch: dziś czcimy syna Alfeusza, nie syna Zebedeusza a brata Jana, zapewne owego „ucznia umiłowanego" z Ewangelii przypisywanej temu właśnie Apostołowi. O obu apostołach mamy osobne szkice portretowe w reklamowanej tu przeze mnie permanentnie książeczce „Dwunastu Apostołów” (Znak).

Lektury na dzisiaj dwie. Dwa cytaty. Najpierw ze znakomitej (!) książki Krzysztofa Dorosza i Stanisława Obirka „Między wiarą a Kościołem. Listy o poszukiwaniu drogi” (to korespondencja tych dwóch myślicieli, wydawnictwo „Czarna Owca", Warszawa 2010). Napisał zatem Krzysztof Dorosz:

„Jestem więc, Staszku, zdecydowanym zwolennikiem doktryny. Lecz doktryny symbolicznej i metaforycznej, płynącej z wcielenia, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, zawartej w opowieściach i obrazach biblijnych oraz w natchnionych wypowiedziach proroków, wizjonerów i teologów, które z natury rzeczy nie mogą być jednoznaczne. Taka doktryna jest refleksem Logosu, nadaje bowiem sens ludzkiemu życiu, wyznacza kierunek naszym myślom i działaniom, prowadzi do prawdy, dobra i piękna. Jestem natomiast przeciwnikiem doktryny wszechwładnej i jednoznacznej, która wprawdzie uczy, że zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, lecz każe sobie czapkować i nie zostawia człowiekowi wiele miejsca na szacunek dla samego siebie. Jeżeli traci poczucie własnych ograniczeń, jeżeli brak jej intuicji rzeczywistości nieskończonej, jeśli nazbyt ufa samej sobie i odrzuca teologię niewiedzy oraz symboliczną prawdę, przyobleka się w nieznoszącą sprzeciwu, rygorystyczną władzę, pustoszy szukającą zrozumienia wiarę i zabiera jeden z największych skarbów danych nam przez Boga, mianowicie wolność obcowania z Nim i wyznawania go bez przymusu. Wierzę, że mimo wszystko On tej wolności od nas oczekuje".

Cytat drugi z książki austriackiego teologa Paula Zulehnera „Schronienie dla duszy. Ćwiczenia duchowe dla niezbyt pobożnych" (przełożył ks. Adam Kalbarczyk, wydawnictwo „W drodze”, Poznań 2006):

„Niejedno przekroczenie norm moralnych czy niemoralne zachowanie jest przejawem niedorastania do tego, co się wie i czego się od nas oczekuje, i ma swe źródło w lęku, a przez to również i w słabości. Kościoły przyczyniłyby się istotnie do wzrostu moralności, gdyby tę słabość w człowieku dostrzegły i pomogły mu się od niej uwolnić. Z tego zaś wynika, że największą pomocą w zbliżeniu naszego postępowania do tego, czego się od nas oczekuje pod względem moralnym, jest wzmocnienie naszej osobistej zdolności do życia w wolności. Niestety, zamiast tego zwykle wybiera się drogę podporządkowania człowieka normom i pouczającym go autorytetom”.

Coś też poniekąd o władzy i wolności: pojutrze w ”Arce Noego” Kasia Wiśniewska omówi spór ks. Hansa Künga z jego byłym przyjacielem Benedyktem XVI, przedstawiony w dwóch ostatnich numerach ”Tygodnika Powszechnego”. A mój pogląd na Künga jest następujący: jest to naprawdę wybitny i wcale nie tak bardzo awangardowy teolog katolicki (są radykalniejsi), natomiast naładowany emocjami i poczuciem własnej wartości w stopniu zupełnie niebywałym.

16:40, jan.turnau
Link Komentarze (35) »
środa, 05 maja 2010
Bądź wola Twoja... Benedykt XVI: wstańmy!

Ewangelia Jana 15,7

”Jeżeli we mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni.”

„Proście, a otrzymacie” (Mt 7,7, Mk 11,24, J 14,14). Iluż prosiło, a nie otrzymało...

Odpowiada się spoza tekstu biblijnego tak: owszem, Bóg nas nie zawsze wysłuchuje, ale On wie lepiej, czego nam trzeba, więc powinniśmy modlić się zawsze z zastrzeżeniem: „ale nie moja, ale Twoja niech się stanie wola”; jest to zresztą oczywiście również cytat z Biblii, z modlitwy Jezusa w ogrodzie oliwnym. Tu jednak to „ale" jest jakby wkomponowane w samo zapewnienie o skuteczności modlitwy: jej warunkiem jest ścisły związek z Jezusem, obecność nasza w Nim i Jego w nas. Wtedy modlimy się właściwie.

Ewangelickie wydania Biblii nie mają zwyczaju stosowania objaśnień pod tekstem: argumentacja jest chyba taka, że takie wyjaśnienie łatwo przechodzi w komentarz, a ten jest już „ustawianiem” tekstu, który przemawia sam. Mam wątpliwości, czy nie trzeba jednak podawać podstawowych wyjaśnień, niemających nic wspólnego z żadną konfesyjną indoktrynacją. Po prostu tekst biblijny jest z całkiem innej epoki, czasem niezrozumiały bez elementarnej wiedzy biblistycznej. Pewną odpowiedzią na takie zapotrzebowanie informacyjne jest podawanie pod tekstem odnośników do innych słów Biblii na ten sam lub podobny temat. Mamy takie wskazówki na przykład w przekładzie ekumenicznym 11 Kościołów polskich i Towarzystwa Biblijnego. Nie mamy ich - przyznaję się bez bicia - w „Biblii czworga”: oczywiście szkoda, ale to dodatkowa robota, a i tak „wyrabiamy się” z największym trudem; niech nas trochę usprawiedliwiają obszerne wstępy.

A z „Biblii Jedenastu” dowiedziałem się, że o skuteczności modlitwy czytamy również w paru innych miejscach. I wynika z nich chyba coś podobnego do przesłania dzisiejszego cytatu.

Zatem w tejże Ewangelii Jana mamy takie słowa: „Jeśli o cokolwiek poprosicie Ojca w moje Imię, da wam”. W Jego Imię to znaczy bardzo wiele, bo imię w Biblii to nie mało ważny - choć bardzo praktyczny - dodatek do osoby: to właściwie jej „istota”. Powołanie się na Jego imię to poważne zaangażowanie religijne - a więc pewnie i postawa: „Fiat voluntas Tua".

U Mateusza mamy powiedziane, że „otrzymacie wszystko, o co z wiarą będziecie prosić w modlitwie”: jeśli z wiarą, to może nie tyle z ufnością w pozytywny skutek modlitwy, ile z owym Fiat. Co jakby zostało powiedziane wyraźniej w 1 Liście Jana 5,14: „Ufność zaś, którą w Nim pokładamy, polega na przeświadczeniu., że wysłuchuje nas, jeśli o coś prosimy zgodnie z Jego wolą.”

U Jakuba (J, 5) sprawa jest prosta. „Logion" brzmi: „Jeśli natomiast komuś z was brakuje mądrości, niech prosi Boga, który daje wszystkim chętnie i bez wypominania, a będzie mu dana" . Z proszeniem o mądrość jest tak, że problem jest tu mniejszy, bo i proszących - czyli odczuwających jej brak - mniej (choć Biblia na przykładzie Salomona uczy, iż trzeba tylko o nią poprosić...).

Wyszło mi tu niespodziewanie ministudium biblijne. Na pewno omylne, na pewno niedające zadowalającej odpowiedzi na wszystkie pytania, gdzie jest Bóg, gdy dzieją się katastrofy najpotworniejsze. Zachęcam jednak w ten sposób do czytania Księgi, co miała już czytelników tylu wyznań, tylu narodów.

Tyle wyznań... Na medialnej tapecie wciąż Benedykt XVI. Zgadzam się z księdzem Küngiem, że w dialogu mojego Kościoła z Kościołami protestanckimi papież ten napsuł nieźle. W deklaracji „Dominus Jesus”, której jeszcze jako kardynał był faktycznym autorem, odmówił tym wspólnotom wyznaniowym statusu Kościołów. Sprawa nie jest prosta: pewien biskup prawosławny powiedział mi, że Cerkiew myśli podobnie, ale się tym nie chwali. Można jednak było wyraźnie zaznaczyć, że są różne koncepcje Kościoła, ale my mamy taką (chodzi głównie o sakramentalność urzędu duchownego). A w ogóle to tamta deklaracja watykańska była na inny temat: relacji między chrześcijaństwem a innymi wielkimi religiami, rozdział o innych wyznaniach chrześcijańskich został doczepiony sztucznie. Niestety ten papież jest bardziej wybitnym teologiem stawiającym twardo swoje tezy niż duszpasterzem tłumaczącym wiernym podstawowe przesłanie Ewangelii.

Ale tu napiszę coś w jego obronie. Na naszym polskim tle wypada i tak dobrze. Także w sprawie ekumenicznej. Gdy przyjechał do Polski, było tradycyjne już spotkanie z chrześcijanami innych wyznań. Gdy zaczęto czytać fragment Biblii spoza czterech Ewangelii, przedstawiciele innych Kościołów wstali, katolicy siedzieli dalej: wstali dopiero, gdy to zrobił papież. Dał nam przykład papież z Niemiec, kiedy wstawać mamy! Solidarnie, ekumenicznie.

Argumentacja katolicka w sprawie owego wstawania jest chyba taka, że Ewangelie to słowa Chrystusa, reszta Biblii - nie. Ale ani Ewangelie to same słowa Chrystusa (Jego wrogów również), ani to, co poza Ewangeliami, jest o tyle mniej czcigodne. Albowiem święta jest cała Biblia! Amen!

17:39, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
wtorek, 04 maja 2010
Wyznanie księdza: „Judasz to ja"

Dzieje Apostolskie 14,23

„Kiedy w każdym Kościele wśród modlitw i postów ustanowili im starszych, polecili ich Panu, w którego uwierzyli."

Ci „starsi" to po grecku presbiteroi, co oznacza dosłownie właśnie stopień wyższy od przymiotnika „stary". W tamtych czasach - jak wiadomo - wiek zaawansowany był o wiele bardziej walorem człowieka niż dzisiaj (senatorzy to też pierwotnie ludzie starsi wiekiem: łacińskie senex - stary). A w terminologii kościelnej oficjalnej (katolickiej) ksiądz to nie tyle kapłan (którym jest jeszcze bardziej biskup: on ma „pełnię kapłaństwa"), ile właśnie prezbiter (w Kościołach ewangelikalnych stosuje się często to określenie, jakby wymiennie z „pastorem"). Trzeba tu jeszcze powiedzieć, że jacyś „starsi" byli w Kościele od początku, od początku był - jak to nazywamy dzisiaj - „urząd duchowny", ale różne w nim stopnie - diakon, prezbiter, biskup - to pomysł późniejszy: terminy „prezbiter" i „biskup" używane były zamiennie.

Mam zatem biblijną okazję, żeby napisać o księżach. Rzymskokatolickich, bo w końcu oni najbardziej mnie obchodzą, jako że koszula bliższa ciału. W moim Kościele teraz rok tychże duchownych, a na Jasnej Górze był zjazd polskich. Z tych okazji prowincjałowi jezuitów krakowskich (prowincja południowa) Wojciechowi Ziółkowi SJ „Gość Niedzielny" z 2 maja wydrukował fragment jego książki „Sztuka bycia księdzem" pod mocnym tytułem „Judasz to ja". Zacytuję sporo.

”Przecież wszyscy dokoła mówią nam, ze być księdzem, że być dobrym księdzem to znaczy oddać swoje życie na służbę Bogu. Nawet liczą, ile to już lat żyjemy, poświęcając się dla Pana Jezusa. Nawet nie zauważamy, kiedy wchodzimy aż po uszy w tego typu mentalność, a stąd już tylko krok do iście pogańskiego myślenia, że w kapłaństwie chodzi o to, bym to ja oddał życie dla Pana Jezusa. A przecież cała Ewangelia jest o tym, że to On oddał życie za mnie. Kapłan to ktoś, kto tego doświadczył.

Nikt nie ujął tej prawdy piękniej i wyraźniej niż św. Jan w 13. rozdziale swojej Ewangelii. Ten szczególny tekst to przecież opis istoty kapłaństwa u samych jego źródeł. Jak dobrze wiemy, na próżno szukać tam opisu ustanowienia Eucharystii. Zamiast kanonicznych słów konsekracji, znajdujemy tam przepełniony ciepłem i miłością opis obmycia nóg Apostołom (w tym Piotrowi i Judaszowi) oraz równie wzruszający opis pożegnania Judasza i jego wyjścia w ciemną jak grzech noc. Bo kapłaństwo to nie są słowa, choćby te najświętsze. Kapłaństwo to jest wzruszenie Jezusową miłością, to dotyk Jego dłoni na moich brudnych nogach, to kawałek umoczonego chleba podany mi przez Niego i nadzieja - bo przecież nie przekonanie - że nie ma takiej ciemności, w której by mnie opuścił.

Rozważając ten tekst (ileż to kazań każdy z nas o nim powiedział!), zwykliśmy koncentrować się na przykładzie pokornej, służebnej i ofiarnej miłości Chrystusa oraz na Jego wezwaniu do tego, byśmy się wzajemnie miłowali, tak jak On nas umiłował. A przecież nie będę umiał kochać nawet trochę, jeśli wpierw nie wyznam i nie uznam przed Nim mojej bezradności, jeśli nie przyznam się do moich grzechów i do mojej bezsilności wobec nich. Nie będę umiał kochać nawet trochę, jeśli wpierw nie doświadczę na samym sobie, że jest Ktoś, kto mnie, księdza, kocha razem z moim grzechem. Nie będę umiał kochać, jeśli nie podam Panu Jezusowi moich brudnych nóg do mycia. Dopóki nie dostrzegę moich brudnych nóg i nie podam ich Panu Jezusowi do obmycia, nie będę miał udziału z Nim, nie będę księdzem.

«Wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty» - tak wzniośle i uroczyście zaczyna się opis obmycia nóg Apostołom w Janowej Ewangelii. Jakże wielkie jest nasze zaskoczenie, kiedy parę wersetów dalej czytamy, że tym «wszystkim», co Pan Jezus trzyma w swoich rękach, są brudne nogi Dwunastu, symbol ich grzechu, niewierności i zdrady. Bo kapłaństwo to doświadczenie bycia «wszystkim» w Jego rękach. Z całym ] moim życiem, które przecież On sam ukształtował, i z całym moim grzechem, który jest we mnie i który każe mi wciąż pytać, za każdym razem słusznie i zasadnie: - Czy nie ja, Panie? Jak się nie wzruszyć, widząc, że On, znając najciemniejsze tajniki mojego serca, nie cofa swojego wybrania, tylko ze spokojem raz jeszcze potwierdza: - Ja wiem, kogo wybrałem.... Wybrany, który nie schowa przed Nim swoich brudnych nóg, to ksiądz.

Konsekwencje takiej definicji kapłaństwa są bardzo konkretne i zanim się pod nią podpiszemy, warto się zastanowić, czy ich chcemy. Jeśli bowiem Pan Jezus jest mi wierny pomimo mojej niewierności, to znaczy, że i ja mam być wierny wszystkim tym, którzy nie są wierni ani Jemu, ani mnie. Jeśli mnie, księdzu, Pan Jezus umył nogi, to po to, bym i ja, jako ksiądz, umywał ludziom nogi, a nie zmywał im głowę. Bym kochał, a nie potępiał, bym przygarniał, a nie pouczał, bym klękał przed ludzką słabością, a nie patrzył na nią z góry. Bo widocznie w Boży plan zbawienia wpisana jest jakoś niewierność zarówno moja, jak i innych. Jeśli ja, ksiądz, doświadczę takiego traktowania mnie, grzesznika, to będę umiał tak samo traktować innych. Jeśli doświadczenie przebaczenia jest dla mnie jedynie pobożną teorią, to i innych będę jedynie nauczał, a nie kochał.”

Pasuje mi to trochę do sygnałów o polskim spadku powołań kapłańskich. Może ów spadek nie taki groźny, może chodzi raczej o jakość niż o ilość - która lubi przechodzić w bylejakość... Jarosław Dudycz w kwietniowym ”Liście” pisze między innymi tak:

”Być może autorytet księży - a co za tym idzie ich zdolność do tłumaczenia, czym jest kapłaństwo i jaka jest rola kapłanów - zanika, bo seminaria rekrutują coraz mniej uważnie, nie sprawdzają dokładnie predyspozycji intelektualnych i duchowych kandydatów. Znaczenie ma tylko zdana matura i opinia proboszcza, ewentualnie pobieżnie przeprowadzona rozmowa kwalifikacyjna. Na wypowiedź zgodził się także wykładowca jednego z seminariów duchownych. To jedyny teolog w gronie moich rozmówców, profesor. Mówi ostro i konkretnie: - Mam tu chłopaków, szczególnie w najniższych rocznikach, którzy nie różnią się niczym od tych spoza seminarium. To konsumenci - mają komórki, choć regulamin domu tego zabrania, chodzą do galerii handlowych. Większość z nich nigdy nie przeczyta żadnej encykliki papieskiej. Często na zajęciach, jeśli czas na to pozwoli, pytam o podstawową wiedzę religijną: czym jest Msza św.? czym jest kapłaństwo? Odpowiedzi są niekompletne, stereotypowe, bezmyślne. Albo głucha cisza. Kiedy wyglądam przez okno, a mieszkam w pobliżu seminarium, widzę, że alumni bez przerwy dokądś chodzą. Koleżeństwo kwitnie, kręci się przy nich mnóstwo dziewcząt. Brak dyscypliny rozsadza to wszystko.”

Dyscyplina to jednak wciąż ważna sprawa. W życiu księdza - szczególnie. Ale to ma być dyscyplina mądra: przede wszystkim musi różnić się od musztry: Kościół nie wojsko. Poza tym ma ona służyć nie tyle egocentrycznemu doskonaleniu się duszpasterza, ile coraz lepszemu służeniu oddanym mu w pasterską opiekę ludziom. Przecież wyróżnione w kapłaństwie powszechnym owo „ministerialne" nie ma nic wspólnego z wysokością urzędu ministra: „minister" to teologicznie, teoretycznie w Kościele katolickim sługa, praktycznie wygląda to różnie. W każdym razie w Polsce to wciąż oficer, świeccy to szeregowcy, najwyżej podoficerowie.

No i właśnie ksiądz ma umywać świeckim nogi, a nie zmywać głowę. Zwracał na to uwagę w poprzednim ”Liście” też inny jezuita, ks. Józef Augustyn, pisząc o spowiedzi: że takich księży zmywaczy trzeba ostro monitować. Na spowiedzi taki rodzaj mycia ważny jest szczególnie: to ma być - jak ktoś inny to nazwał - posługa współgrzesznika. Amen.

15:21, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 03 maja 2010
Królowej Polski chęci abdykacji

Ewangelia Jana 19, 25-27
„Obok krzyża Jezusa stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: - Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: - Oto Matka Twoja. I o tej godzinie uczeń wziął Ją do siebie".

Dziś uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski.

Można ostatnie dwa słowa tekstu ewangelijnego tłumaczyć też - jak to zrobiła nasza czwórka - „do swoich", ale wszystko jedno: chodzi o dom umiłowanego ucznia, którym jest w tej Ewangelii - nie waham się tutaj, jak niektórzy fachowi bibliści - Jan. Czy to tylko szczegół biograficzny, czy symbol? W tej Ewangelii mamy jedno i drugie, szczegóły i symbole, więc może tu dwa w jednym. Także symbol szczególnej opieki Maryi nad całą ludzkością.

Nie wynika z tego jednak przesłanie dzisiejszego święta czysto polskiego, że Maria z Nazaretu jest szczególnie bliska Polsce. Nam jest zapewne bliższa niż na przykład Niemcom, taki jest nasz katolicyzm. Czy jednak my jesteśmy Jej szczególnie bliscy? Dobra matka jest matką wszystkich dzieci na równi, nie wyróżnia żadnego, więc nie przesadzajmy z tą szczególną opieką. A już na pewno pomyślmy, czy jednak jako królowa Polski nie ma często ochoty abdykować. Pomijam nasze grzechy indywidualne, też ją oczywiście bolą, ale jako królowa czuje się jakoś odpowiedzialna za nasze sprawy publiczne. Na pewno bolą ją zatem nasze międzypartyjne pyskówki.

PS. Ukazała się w „Paxie" ważna książka myśliciela tej religii Seyyeda Hosseina Nasra pt. „Istota islamu. Trwałe wartości dla ludzkości" (tłumaczenie z angielskiego). Lektura bardzo cenna także w Polsce, szczególnie gdy wybuchł spór o meczet w Warszawie. Mam jednak drobną pretensję mariologiczną: tłumaczka pomyliła Niepokalane Poczęcie Maryi z dziewiczym poczęciem przez Nią Jezusa (s. 30). To dwie sprawy zupełnie różne.

14:01, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
niedziela, 02 maja 2010
Miłość wzajemna przedwyborcza

Ewangelia Jana 13,35
”Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, że będziecie się wzajemnie miłowali.”

Patrzmy i poznawajmy.

13:28, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2
Archiwum