Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 31 maja 2009
Duch znaczy Ruch! X. Boniecki vivat!

Dzieje Apostolskie 2,1-11

No i mamy Zielone Świątki. Denerwowała mnie ta nazwa nazbyt swojska, wręcz „wsiowa", odwracająca uwagę od teologii uroczystości, która na tak zwanym. Zachodzie nazywa się Pięćdziesiątnicą: francuska „Pentecôte", niemieckie „Pfingsten".  Może jednak tamte nazwy nie znaczą już tamtym ludziom nic (nawet jeśli się wie, dlaczego akurat ta liczba: no bo niby co z tego, że tyle dni po Passze?), a Polakom znaczą tryskającą życiem przyrodę, czyli radość młodości, czyli właśnie Ducha.

Uroczystość ma oczywiście mszę wigilijną, czyli w sumie tekstów biblijnych multum, bo na wigilię do wyboru są aż trzy czytania z Pierwszego Testamentu. Wybrałem do tego wpisu tekst „w tym temacie" podstawowy, to znaczy opis Wydarzenia, ale pomyślałem sobie, że naczelny „Tygodnika Powszechnego" ks. Adam Boniecki wybrał do swego edytorialu jeszcze lepiej, bo inne, mniej znane: zesłanie Ducha, opisane w Dziejach 10,44-48. Co mu dało asumpt do myśli miło nieuczesanych eklezjalną dyplomacją. Pozwalam sobie przepisać tutaj ten świetny tekst.
”Wydarzyło się to wtedy, kiedy Kościół - chociaż ten sam, co dziś - w niczym prawie nie przypominał znanego nam Kościoła. Nie było parafii ani diecezji; o papieżu nikt nie mówił „ojciec święty", ani „wasza świątobliwość". Jeżeli byli biskupi, to nie nazywano ich ekscelencjami, sutanny, mitry, ornaty jeszcze nie były w użyciu, a chrześcijan było na świecie bardzo mało i nie nazywano ich jeszcze chrześcijanami. Byli to zresztą prawie sami Żydzi.

I w tamtej właśnie epoce zdarzyło się, że papież (tak go bynajmniej nie nazywano) w dość dziwnych według zachowanej relacji okolicznościach został zaproszony do domu naczelnika rzymskiej kohorty zwanej „italską". Oficer miał na imię Korneliusz. Było tam mnóstwo gości, oczywiście, tak jak sam gospodarz, niemających nic wspólnego z chrześcijaństwem. Korneliusz jednak chciał usłyszeć o Jezusie. Papież (miał na imię Piotr) wygłosił długie przemówienie. Słuchacze tak byli poruszeni, że doświadczyli zstąpienia Ducha Świętego.
W początkach Kościoła często ujawniało się to na zewnątrz (podobno ujawnia się także i dziś, na zgromadzeniach Odnowy w Duchu Świętym): ludzie zaczynali mówić językami, głośno wypowiadali słowa modlitwy uwielbienia Boga. Zanotowano, że obecni przy tym towarzysze papieża Piotra, ochrzczeni Żydzi, byli zaskoczeni. Nie mieściło się im w głowie, że Duch Święty nie poczekał, aż ci poganie się ochrzczą. Kurii rzymskiej ani kurii biskupich wprawdzie nie było, ale jednak trzymano się jakichś zasad. Najpierw powinien być chrzest, a dopiero portem bierzmowanie. Wtedy papież (Piotr) powiedział, że skoro sam Duch Święty na nich zstąpił, to trudno teraz odmawiać im chrztu i przyjęcia do wspólnoty.

To wydarzenie przypomniało mi się w związku z Zesłaniem Ducha Świętego. Nie jest tylko wspomnieniem, ale ma również wymowę aktualną. Bo niezależnie od tego, czy kościelne instytucje są młode, nieliczne i proste, czy stare, rozbudowane i doskonale zorganizowane, trudno im się pogodzić z tym, że Bóg, w którego wierzą (Duch Święty jest Bogiem), może naruszać reguły instytucji. Korneliusz, jak zanotowano, choć poganin, był człowiekiem przyzwoitym, dobrym, ale nie miał żadnej wiedzy o Jezusie ani o Ewangelii. W zachowanym opisie puentą jest chrzest, czyli nawrócenie Korneliusza i domowników, ale istotne jest to, że inicjatywa nie od niego wyszła, lecz od Pana Boga.
Ta stara chrześcijańska historia przypomina, że prawda, dobro, piękno nie są reglamentowane, że Bóg (Duch Święty) działa również poza naszą (przynajmniej tą widzialną) instytucją, że tak jak w tym przypadku ochrzczeni, przestrzegający przepisów dobrzy chrześcijanie mogą mniej rozumieć z Pana Boga niż poganie, którym Pan Bóg (Duch Święty) dał mądrość.
To, że moc boska dociera do człowieka przez sakramentalne znaki, nie znaczy, że Pan Bóg nie ma innych sposobów dotarcia ze swoją prawdą do człowieka. Więcej, każdy dialog między różnymi religiami, każdy dialog między teologią a świeckim środowiskiem kulturowym zakłada obecność Ducha Świętego z jednej i z drugiej strony (L. Gilkey za Y. Congarem).
Wzywamy Ducha Świętego, ale może czasem zamiast wzywać, powinno się szerzej otworzyć oczy i natężyć uszy, by nie przeoczyć Jego obecności. Bo potrafi być w miejscach (ludziach), w których ze złego przyzwyczajenia ani Go się nie spodziewamy, ani nie szukamy.”
Jestem coraz bardziej wierszokletą, więc wymyśliłem taki komentarzyk.
Jaki jest Święty Duch?
Otóż On takiej natury,
że burzy wszystkie mury,
nawet wielebne struktury,
bo Duch to znaczy Ruch!

No i drugi przedruk, tym razem z książki „Zdaniem laika", którą spłodził w młodości niżej podpisany.
Zacznę od wspomnienia z dzieciństwa, od wspomnienia o jedynym kazaniu, jakie z tamtych czasów pamiętam. Było to w któreś z okupacyjnych Zielonych Świąt. Ksiądz Maruszewski, pułkownik Armii Krajowej, zaczął homilię od słów: „Tak mało wiemy o Duchu Świętym..." Co mówił dalej, zapomniałem. Zostało mi w pamięci tylko wrażenie, że nie można było lepiej, celniej zacząć kazania na ten temat. Ks. Maruszewski powiedział rzecz w istocie oczywistą, choć przeoczaną. No bo faktycznie: o trzeciej Osobie Bożej nie wiemy prawie nic. Mówiąc ściślej, nie odgrywa Ona niemal żadnej roli w naszej codziennej pobożności.
W naszej: katolickiej (a może w ogóle zachodniej?). Bo w prawosławiu jest inaczej. Pisząc o tym w miesięczniku dominikańskim „W drodze", s. Kinga Strzelecka słusznie twierdziła, że Duch Święty nie był nigdy w Kościele zachodnim tak uprzywilejowanym partnerem ludzkiego życia, jak Syn Boży. Chyba próżno -- powiada dalej siostra urszulanka -- szukałoby się, przynajmniej pośród najbardziej znanych świętych, kogoś „od Ducha Świętego". Jest to poniekąd zrozumiałe: Osoba Boża wcielona przez sam fakt wcielenia jest nam szczególnie bliska i wiemy o Niej znacznie więcej. Czyż jednak nie powinien nam być równie, choć inaczej bliski Duch, który - jak powinniśmy wierzyć - działa od wewnątrz w całym bycie, także w nas?
Oczywiście, w katolickiej  teologii i liturgii trzecia Osoba Boża nie jest ignorowana. Trzeba zresztą zauważyć, że wskutek reformy soborowej nasza liturgia stała się bardziej „pneumacentryczna" (duch nazywa się po grecku pneuma, co w naszych uszach brzmi mało duchowo, chyba jeszcze mniej niż łaciński termin spiritus). Nawet i nasza prywatna pobożność zna przecież modlitwę do Ducha o oświecenie umysłu w trudnych chwilach. Co jednak nie znaczy, że modlitwy tego rodzaju współtworzą pobożność przeciętnych katolików. Naprawdę czasem można odnieść wrażenie, że osoby w Bogu są według nas dwie, a nie trzy. Z tego tez punktu widzenia trzeba uznać tzw. ruch charyzmatyczny, wywodzący się z ruchu zielonoświątkowego, za zjawisko godne uwagi, choć na pewno kontrowersyjne w niektórych swych przejawach.
Myślę, że dziedziną, w której szczególnie byłaby pożądana pobożność bardziej w tym sensie duchowa, jest nasz codzienny etos. Zachodni model etyczny chrześcijanina był inspirowany rzymskim legalizmem oraz ideą naśladowania Chrystusa. Otóż wydaje mi się, że model ten zawsze będzie kulał (szczególnie w sytuacjach trudnych wyborów, wyborów, w których ani prawo nie daje instrukcji, ani owa idea naśladowcza nie daje się skonkretyzować), jeśli nie oprze się na modlitwie do Ducha Świętego Oświeciciela.
Duch tchnie, kędy chce... Nie daje się  „skanalizować", „ująć w ramy", lubi być nie „po linii". Przemawia przez proroków i w ogóle robi bałagan. Na szczęście dzięki Soborowi zrozumieliśmy, że Kościół powinien być wzorem nie tylko w utrzymywaniu porządku, ale też w twórczym korzystaniu z owego nieładu, bez którego nie byłoby w ogóle rozwoju.
Równoważność tych dwóch czynników kościelnych -- instytucjonalnego, hierarchicznego i spontanicznego, charyzmatycznego -- uzasadnia się dziś przez odwołanie się  do teologii. Mówi się, że z misji Chrystusa wynika cała rzeczywistość widzialna, instytucjonalna Kościoła, a z misji Ducha Świętego rzeczywistość mistyczna i charyzmatyczna.
W innych ujęciach Duch to nie tylko „wieczny rewolucjonista", ale i wieczny indywidualista. Powiada się bowiem również, że z misji Syna wynika jedność Kościoła jako Jego jednego ciała, z misji Ducha zaś wielość, a więc zaprzeczenie wszelkiego uniformizmu i totalizmu. Wychodząc z tego założenia, określa się chrzest jako sakrament jedności w Chrystusie, bierzmowanie natomiast - wielości w Duchu Świętym. Podkreśla się przy tym zawsze, ze jedność Trójcy powinna inspirować do równowagi tego rodzaju przeciwstawnych tendencji. Czyli ze jednostronne akcentowanie czynnika charyzmatyczno-pluralistycznego jest takim samym błędem, jak hierarchiczny uniformizm.
Oczywiście wszystkie tego rodzaju ujęcia są dyskusyjne; trzeba również pamiętać, że oświetlają tylko jeden aspekt nieskończenie bogatej Rzeczywistości.
Czytelnik powyższego zapyta jednak może: czy już samo różnicowanie misji Syna i Ducha nie jest sprzeczne z zasadą jedności Trójcy? Myślę, że jest sprzeczne tylko z pewnym rozumieniem tej jedności, do jakiego przywykliśmy na Zachodzie. Wschód bowiem zawsze bardziej „indywidualizował" poszczególne Osoby Boże. Do czego miał i ma prawo. Prawo to daje mu właśnie sama Trójca przez swoją wielość, inspirującą do tolerancji dla różnych stylów teologicznego myślenia. A osobliwie Duch Święty -- wieczny pluralista...

19:31, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
sobota, 30 maja 2009
Proroctwo biblioteczne spełnione. Każda gęś czyta ”Więź”!

Ewangelia Jana 21, 25

„Jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, które, gdyby je szczegółowo opisać, to sądzę, że cały świat nie pomieściłby ksiąg, które by trzeba napisać"
.

Końcówka czwartej Ewangelii, wyraźnie napisana później, jako dodatek innego autora. Widać to najlepiej w stylu powyższego zdania, innego niż styl całego dzieła przypisanego apostołowi Janowi.

A nieewangelicznie patetyczna przepowiednia spełniła się poniekąd: co prawda, nie co do opisu faktów, dokonań Jezusa, ile co do interpretacji. I cieszę się, że interpretacji innych niż chrześcijańskie coraz więcej. Także w hurrakatolickiej Polsce. Po raz trzeci polecam kwietniowy „Znak"! PS. Owszem, każdy szpak czyta „Znak", ale Tadeusz Myślik wymyślił przed półwiekiem również hasło: „Każda gęś czyta »Więź«". Tu ptak pasuje głównie do rymu, bo nie jest symbolem intelektu, raczej przeciwnie, a „Więź" niewątpliwie nie jest tabloidem, niemniej jej majowo-czerwcowy numer jest „dla ludzi". Choćby dlatego, że porusza sprawę ważną dla każdego (każdej!), kto myśli - a to rzecz ludzka przecież. Mamy tu mianowicie dziewięć artykułów o ateizmie. Tytuły: „W co wierzą polscy niewierzący", „Niewiarą silni", „Bóg jest dla mnie mało interesujący" ( rozmowa z Magdaleną Środą), „Ateizm po komunizmie", „Polskie ateizmy - poczet niekompletny", „Znaleźć Boga tam, gdzie się o Nim milczy", „Prawdopodobieństwo Boga. Rzecz o niepewności i samotności ateizmu", „Nowy misyjny ateizm. Rozczarowanie i kilka zadań" „Spotkanie wysokiego ryzyka".

„Więź" od 60 lat głosi odważnie katolicyzm otwarty, owiany duchem chrześcijaństwa francuskiego, wołającego od stu lat o sensie i wartości współczesnego ateizmu, podobne myśli są w tym numerze warszawskiego miesięcznika. Ale jest też taka myśl agnostyka, Andrzeja Osęki:

”Kiedy więc widzę dziś rozpowszechnianą przez polskich ateistów ulotkę przejętą skądś z Zachodu, na której umowny ludzik wrzuca do kosza na śmieci krzyż, gwiazdę Dawida i półksiężyc, a napis obok brzmi: «Thank you for not littering your mind»  (Dziękujemy za niezaśmiecanie umysłu) - ja, agnostyk, burzę się wewnętrznie. Nie tylko dlatego, że wiem, jaką zbrodnią wobec ludzkości było i jest niszczenie symboli wiary, świątyń, religijnych obrazów, rzeźb i ksiąg - pod pretekstem wyzwalania umysłów. Również dlatego, że z doświadczenia wiem, iż ludzie, którzy bardzo różnią się stosunkiem do sacrum, mogą się między sobą porozumiewać. Mają sobie wzajem wiele do powiedzenia. Co wcale nie znaczy, że szanse dialogu będą wykorzystane.”

Jednym słowem, prosimy o wzajemność.

23:09, jan.turnau
Link Komentarze (36) »
piątek, 29 maja 2009
Spory o jakiegoś Jezusa

Dzieje Apostolskie 25,20

„Mieli z nim tylko spory o ich wierzenia i o jakiegoś zmarłego Jezusa, o którym Paweł twierdzi, że żyje".

Słowa urzędnika rzymskiego Festusa do króla żydowskiego Heroda Agryppy II. Tak jeden ówczesny dostojnik opowiada drugiemu, o co elita żydowska spierała się z Pawłem (tak wściekle, że aż doniosła na niego do okupanta!).

Jakiś Jezus... Ciekawe, czy nadejdzie czas, kiedy do szczętu zdechrystianizowana Europa będzie używała takiego słownika... Już dawno temu ktoś wymyślił, że jedynym sposobem na zobojętnienie jest dyskusja. Dlatego w środę pochwaliłem kwietniowy „Znak" zredagowany pod hasłem „Spór o Jezusa", gdzie można przeczytać poglądy ludzi pozakościelnych. Na przykład taką opinię Dariusza Kota, który określa się jako ateista: w książce Benedykta XVI-Josepha Ratzingera „Jezus z Nazaretu" mamy do czynienia z wnioskowaniem z ukrytych założeń teologicznych, a nie z badaniem historii.

Co na to odpowiada ks. Henryk Witczyk? Trzeba poczytać. Lektura obu tekstów trudna, może nawet żmudna, ale naprawdę obowiązkowa dla każdego, kto autentycznie interesuje się chrześcijaństwem. 
W sumie zresztą jest w tym numerze „Znaku" artykułów chrystologicznych osiem. Niech wymienię autorów: Józef Maciejowski, Geza Vermes (rozmawia z Agnieszką Piskozub-Piwosz i Jarosławem Kołakiem), ks. Marek Skierkowski, Dariusz Kot, ks. Henryk Witczyk, ks. Grzegorz Strzelczyk, ks. Robert J. Woźniak i Jacek Wojtusiak. Acha, i jeszcze recenzja Roberta M. Rynkowskiego z książki ks. Strzelczyka „Teraz Jezus. Na tropie żywej chrystologii" (Biblioteka „Więzi"). Za dużo księży, w ogóle „kościelników"? Może - ale usprawiedliwiam trochę tym, że biblistów pozakościelnych u nas niewielu. Zarzucę natomiast ”Znakowi”, że „kościelnicy" wyłącznie katoliccy, na przykład protestanta brak.

14:43, jan.turnau
Link Komentarze (58) »
czwartek, 28 maja 2009
Pokłócili się „...eusze"
Dzieje Apostolskie 22,30; 23, 6-11

Barwna perykopa. Paweł, człowiek w ogóle porywczy, z chytrością nie mający jakby nic wspólnego, tu okazuje się cwanym graczem. Oskarżony przez starszyznę żydowską przed władzą rzymską, staje przed trybunem i Sanhedrynem znając istniejącą w tym drugim różnicę zdań. Są tam saduceusze i faryzeusze: „Saduceusze bowiem mówią, że nie ma zmartwychwstania, ani anioła, ani ducha, a faryzeusze uznają jedno i drugie". Ci pierwsi byli nieźle zlaicyzowani, ci drudzy tonęli w rytualnych drobiazgach, w pobożności na pokaz, ale świat nieziemski był im naprawdę bliski. Uznawali przy tym - jak wynika z powyższego objaśnienia - nie tylko istnienie aniołów i demonów: także „duchów". Czyli po pierwsze niematerialnych zjaw, które i nas straszą, tak jak przestraszyły uczniów, gdy zobaczyli Jezusa idącego po wodzie albo nagle zmartwychwstałego. Po drugie - korzystam z cennej konsultacji u pastora Mieczysława Kwietnia - duchami nazywano też, nie wierząc jednak w osobowego Ducha Bożego - szczególne przejawy Boga, analogiczne do aniołów.

Wracam do dwóch pokłóconych stronnictw żydowskich. W Biblii Paulińskiej mamy w tym miejscu w przypisie ciekawą dla mnie uwagę, że tak w Dziejach, jak i w Ewangelii Łukasza, faryzeusze, w innych księgach zmieszani z błotem, są tu traktowani dość ulgowo: w Ewangelii nie mają udziału w śmierci Jezusa. Lubię wyłapywać takie różnice, bo pasjonuję się Pismem, a przyjąłem do wiadomości, że różnice owe nie podważają ich podstawowej wiarygodności.
Kończę referowanie dzisiejszego tekstu. Cytuję: „Zrobiła się wielka wrzawa, zerwali się niektórzy z uczonych w Piśmie spośród faryzeuszów, wykrzykiwali wojowniczo: - Nie znajdujemy nic złego w tym człowieku. A jeśli naprawdę mówił do niego duch albo anioł?"
Refleksja ogólna: my, Polacy, mówimy o sobie, że lubimy się ze sobą kłócić. Gdzie trzech Polaków, trzy stronnictwa... Otóż to w ogóle „humanum est". A Żydzi świecą przykładem wewnętrznej zgody? Guzik prawda, exemplum Biblia. Acz stereotyp jest nawet taki, że są solidarni mafijnie.
17:29, jan.turnau
Link Komentarze (56) »
środa, 27 maja 2009
Co kto lubi? Każdy szpak czyta „Znak"!
Dzieje Apostolskie 20,35

„Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu".

Czyje to słowa? Jezusa, ale szczególne. Jako zupełnie jedyne w Biblii nie pochodzą z żadnej ewangelii, tylko zostały przytoczone przez świętego Pawła w Dziejach. Najwyraźniej krążyło ich więcej w ewangeliach kanonicznych, pewnie i w apokryfach mamy Jego autentyczne powiedzenia.

Szczęście... A może można go się nauczyć, zasmakować na przykład w tym, żeby komuś a nie sobie sprawiać przyjemność, gdy trzeba wybierać? 

Słowa Jezusa. Jego czyny. Z nieprzyzwoitym opóźnieniem przeczytałem kwietniowy numer „Znaku". Powinienem był to zrobić dawno, bo ów krakowski miesięcznik katolicki (niemający zresztą takiego podtytułu, bojący się konfesyjnej etykietki) zaryzykował rzecz podwójnie niebezpieczną. Po pierwsze, dyskusję na temat Jezusa z uczonymi pozakościelnymi: mamy więc między innymi dwugłosy szczegółowo dyskutujące kwestię, którą można ogólnie określić dwuczłonem: Jezus historii czy (i) Chrystus wiary. Do owego ryzyka, że wyjdzie na siewcę wątpliwości, odważna redakcja dodała jeszcze coś innego: uczoność wywodów. A nad Wisłą przecież teologia nie w głowie nie tylko przekupkom, ale i niejednemu przewielebnemu. Koleżanki i koledzy: gratulacje! 
Niechaj każdy szpak, 
czyli mądry ptak,
przeczyta ten „Znak"!
Amen!
13:10, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
wtorek, 26 maja 2009
Krew na rękach Pawła? Dzień Matki
Dzieje Apostolskie 20,26.27

„Dlatego oświadczam wam dzisiaj: nie jestem winien niczyjej krwi, bo nie uchylałem się tchórzliwie od głoszenia wam całej woli Bożej."

Czasem jednak warto przetłumaczyć niedosłownie. Gdy przeczytałem oświadczenie Pawła, że nie jest winien niczyjej krwi, zastanowiłem się, czy aby na pewno. Przecież przed przyjęciem Chrystusa rozrabiał potężnie, w końcu Stefana (Szczepana) ukamienowano za jego zgodą, mogło być takich morderstw więcej. Owszem, Żydzi nie mieli prawa wydawania wyroków śmierci, tamten mord zdarzył się - twierdzą bibliści - tylko dlatego, że nie było wtedy akurat w Jerozolimie władzy rzymskiej, a powstał tumult, porwano kamienie - jednak czy aby na pewno tylko jeden jedyny raz? 
Nie jest to wszakże problem na dzisiaj: tutaj Paweł używa słów „winien krwi" w sensie, o którym pisałem niedawno: przenośnym - chodzi tu w ogóle o odpowiedzialność za drugiego człowieka. Niektórzy inni bibliści tłumaczą tutaj idiom na idiom: „nie biorę odpowiedzialności za nikogo" (Paulistka), „za nikogo z was nie odpowiadam" (Poznanianka). Chodzi tu o odpowiedzialność ewangelizacyjną Apostoła. 

Wielka jest odpowiedzialność matek, co zauważam, bo dzisiaj ich dzień. W moich rodzinnych Cieplicach pasie dusze aktywnie ks. Józef Stec: umyślił między innymi zebrać w całą książkę wspomnienia ludzi znanych i nieznanych o ich rodzicach. Napisałem o mojej matce tak oto.
Ileż zawdzięczam Rodzicom: coraz lepiej to widzę. Szczególnie dużo Matce, która wiele włożyła w moje wychowanie i wykształcenie. Książka nie ma składać się jednak z ogólnych westchnień wdzięczności, tylko z opowiadań o jednym wydarzeniu, więc niech będzie taka opowiastka. Mamusia stale czytała Pismo Święte. Któryś spowiednik polecił jej codzienną lekturę, więc na Biblii Wujka, którą po niej odziedziczyłem, znajduję teraz ołówkowe zaznaczenia przeczytanych fragmentów. Ja co prawda interesowałem się doktryną mego wyznania od bardzo dawna, byłem w „Więzi" wręcz redaktorem działu religijnego, ale nie zadbałem dosyć o to, żeby znać dobrze podstawy biblijne swojej wiary. I stało się, że gdy zaistniała taka możliwość, zacząłem - już jako prawie czterdziestolatek - studia teologiczne na ATK. Ksiądz profesor Jan Łach wykłada nam Ewangelię Mateusza, mówi o pokłonie mędrców. Wracam do domu podniecony i opowiadam Matce, jacy ci bibliści niedouczeni: przecież ta opowieść jest u Łukasza, nie Mateusza! Na co Matka: - Jednak twój wykładowca ma rację, to akurat jest u Mateusza. Oj, był wstyd... I mocny bodziec, by wreszcie zacząć czytać porządnie Księgę nad Księgami. Oczywiście doping stanowiły też kolejne egzaminy, ale tamta rozmowa w domu również zrobiła swoje. Bez niej może nie prowadziłbym dzisiaj tego blogu.
13:59, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 25 maja 2009
Joannici od Chrzciciela. „Słownik języka boskiego". Czy to ten sam Bóg?
Dzieje Apostolskie 19,1-8
Psalm 68,2-7

”Kiedy Apollos znajdował się w Koryncie, Paweł przeszedł okolice wyżej położone, przybył do Efezu i znalazł jakichś uczniów. Zapytał ich: - Czy otrzymaliście Ducha Świętego, gdy przyjęliście wiarę? A oni do niego: - Nawet nie słyszeliśmy, że istnieje Duch Święty. Zapytał: - Jaki więc chrzest przyjęliście? A oni odpowiedzieli: - Chrzest Janowy. Powiedział Paweł: - Jan udzielał chrztu nawrócenia, przemawiając do ludu, aby uwierzyli w Tego, który za nim idzie, to jest w Jezusa. Gdy to usłyszeli, przyjęli chrzest w imię Pana Jezusa. A kiedy Paweł włożył na nich ręce, Duch Święty zstąpił na nich. Mówili też językami i prorokowali. Wszystkich ich było około dwunastu mężczyzn. Następnie wszedł do synagogi i odważnie przemawiał przez trzy miesiące przekonując o królestwie Bożym.”

Jak przepowiedziałem w sobotę (jednak z błędem, bo napisałem „jutro", a jest już „pojutrze"), przyszła kolej na opowieść o tuzinie neofitów.
Opowieści o nawróceniu w tej księdze Biblii sporo. Tu zresztą trudno mówić o czymś takim, jak nawrócenie, bo przecież owi ochrzczeni chrztem Janowym (zwani joannitami) już musieli przejść jakąś przemianę duchową, do której wzywał nad Jordanem mój patron. Nie słyszeli jednak nawet o Kimś Trzecim, a przecież on w wierze chrześcijańskiej równie ważny, jak Ojciec i Syn, i zresztą sam Jan nauczał, że Jezus będzie chrzcił Duchem Świętym.. Nie każdy przeżył coś takiego, jak owi dwunastu, nie każdy po chrzcie „mówił językami i prorokował" (choć w zalążkowym Kościele zjawisko glosolalii było częste), niemniej Paweł był apostołem superskutecznym.
Lektury.

Przeczytałem właśnie książkę pasującą trochę do dzisiejszej „lekcji" (ilu moich czytelników pamięta, że teksty biblijno-liturgiczne czytane przed Ewangelią tak się przed Soborem nazywały; w prawosławiu: „apostoł"). Ksiądz Kazimierz Sowa, szef bardzo mądrego (ornitologia nie zawodzi) programu religia.tv, zrobił tamże 19 rozmów z różnymi „celebrytami". Najwięcej tam ludzi znanych z twarzy (aktorów, dziennikarzy telewizyjnych, piosenkarzy), ale są też sportowcy i jest Janina Ochojska. Teraz są w książce. 
Łączy owe wywiady temat: Bóg. Rzecz nazywa się z „jajem": „Słownik języka boskiego" i ma wyjaśniający podtytuł: „Gwiazdy o ważnych sprawach". Trochę o nawróceniach, dużo w ogóle o religii w gwiazdorskim życiu codziennym (Wydawnictwo m, Kraków 2009). Lektura bardzo zajmująca.
Najbardziej mi przypadła do gustu rozmowa z Andrzejem Morozowskim. Przede wszystkim dlatego, że ten dziennikarz telewizyjny opowiada o swoim żydowskim pochodzeniu. O którym dowiedział się dopiero w r. 1968. To znaczy dowiedział się, że ma ojca Żyda (matka - jak by rzec: Polka? Ojciec przecież też. „Gojka"...?) Mam w rodzinie i wśród znajomych legion dowodów na to, że antysemityzm umiera powoli, a są tymi dowodami owe tajemnice rodzinne.
Ale wywiad jest o Panu Bogu. Wybrałem takie oto fragmenty.

Ks. Sowa: ”Wróćmy do momentu odkrycia przez Ciebie korzeni żydowskich. Czy nie wzbudziło to w Tobie potrzeby poznania historii narodu wybranego przez pryzmat Biblii, Księgi Mojżesza, tego słowa Bożego, które zostało skierowane bezpośrednio do Żydów?
Przyznam szczerze, że miałem w swoim życiu takie momenty, na przykład choroba w rodzinie, kiedy sięgałem do Biblii i, co dziwne, jakoś odruchowo otwierałem Stary Testament...
Dlaczego dziwne?
To znaczy mam w domu Biblię Tysiąclecia, tak jak chyba większość osób .
Katolickie Pismo Święte.
Tak. Ale żeby było śmieszniej, to mam je od czasu studiów, kiedy mieliśmy wykłady z takim bardzo laickim filozofem profesorem Hinzem. Kazał nam czytać Biblię, bo uważał, że bez niej nie możemy poznać historii filozofii. Kupiłem więc sobie jeden egzemplarz, co nie było takie łatwe. W tamtych czasach Biblię można było kupić tylko w jednej księgarni Towarzystwa Biblijnego na Nowym Świecie. W każdym razie dzięki profesorowi zacząłem czytać Biblię, ale zaglądałem do niej tylko wtedy, gdy musiałem coś u niego zdawać. Natomiast sięgałem po nią, kiedy miałem jakieś traumatyczne przeżycia, i to pomagało. Myślę, że to każdemu pomaga. Na przykład taka przypowieść o Hiobie. Kiedy czytasz ją w sytuacji, gdy sam masz kłopoty, wtedy potrafisz wszystko sobie jakoś wytłumaczyć.
Czy miałeś taki moment w życiu, że nagle uzmysłowiłeś sobie, że jesteś częścią wielkiej tradycji, tego narodu, który został jakoś przez Boga uprzywilejowany, wybrany, wyniesiony ponad wszystkie?
Nie. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem. Próbowałem nawet w jakiś sposób zinstytucjonalizować to swoje poszukiwanie korzeni i poszedłem do synagogi, ale czułem się tam obco. Swobodnie czuję się natomiast w kościele, chociaż jestem osobą niewierzącą, ale nauczono mnie, jak zachowywać się w takim miejscu, kiedy pochylić głowę etc. Natomiast nikt mi nie powiedział, jak mam zachowywać się w synagodze, nawet kiedy jestem tam tylko gościem.
Czyli ten łańcuch tradycji został w pewnym miejscu przerwany?
Chyba tak.
(...)
To teraz wrzucę kamyczek do Twojego ogródka.
Kościelnego, tak?
Tak, kościelnego. Rozmawiałem z moim dziesięcioletnim synem na temat jego tożsamości, chociaż moja żona twierdzi, że nie powinienem mu tak strasznie mieszać w głowie. Mówiłem mu, że w jego rodzinie jest obecna tradycja żydowska i katolicka. Ale któregoś dnia po powrocie z lekcji religii powiedział mi: - Tato, to jednak Żydzi ukrzyżowali Pana Jezusa. Syn początkowo chodził na religię, ponieważ stwierdziłem, że powinien spróbować i sam ocenić, czy mu się podoba, czy nie. Zapytałem go wtedy: - Skąd wiesz?. - Bo jest taka piosenka - i tu zaczął śpiewać: - «To Żydzi, Żydzi ustawili straże». Takiej piosenki nauczyła go szkolna katechetka. Potem katechetka się zmieniła i pojawiła się nowa, która o Żydach mówiła jako o starszych braciach w wierze. Zauważyłem zresztą, że Kościół wycofuje się z tej tradycji, obwiniającej Żydów o ukrzyżowanie Jezusa.
Niektórzy nawet zarzucają, że Kościół jest nadwrażliwy w tej kwestii, bo to może być również znakiem złamania pewnej formy kulturowej.
Tutaj pojawia się pytanie, które teraz kieruję do Ciebie: jak daleko Kościół powinien się wycofać?
Nie chciałbym tutaj na ten temat dyskutować. Myślę jednak, że to ma związek z podejściem do Żydów jak do starszych braci w wierze. Zauważmy, że dopiero w XX wieku, właściwie po Holokauście nastąpiła radykalna zmiana w myśleniu. Jeszcze w przedsoborowych mszałach była specjalna modlitwa za Żydów, którzy zabili Jezusa, i tam padały takie słowa, które nawet w delikatnym tłumaczeniu nie były zbyt przyjemne i sympatyczne. Dzisiaj to podejście się zmieniło, dzięki wysiłkom Jana Pawła II i obecnego papieża. Ale na koniec chciałem zapytać o coś zupełnie innego. Jesteś obserwatorem życia publicznego, spotykasz się z wieloma ludźmi w swojej pracy dziennikarskiej, czy nie wydaje Ci się, że za jakiś czas katolicy, którzy teraz odchodzą od Kościoła, nagle będą się zastanawiać nad powrotem do wartości, tradycji, do tego kodu kulturowego, bez których tak naprawdę nie potrafią normalnie funkcjonować?
To chyba nie dotyczy Polski. Natomiast byłem niedawno we Włoszech. Zawsze mi się wydawało, że to bardzo katolicki kraj. Okazało się jednak, że w niedzielę kościoły są tam puste. Można spokojnie do nich wejść, popatrzeć, zwiedzić i nikomu to nie przeszkadza, bo na mszę przychodzi kilka osób. Polska pod tym względem jest dosyć specyficznym krajem, do niedawna nawet przyznanie się do bycia ateistą było nietaktem. Wystarczy popatrzeć na naszą lewą stronę na scenie politycznej. Oni wszyscy mają bardzo lewicowe poglądy, a w niedzielę biegną do kościoła i jeszcze głośno się do tego przyznają. Obserwuję jednak, że poszerza się grono osób, które otwarcie mówią, że są niewierzący i do kościoła nie chodzą. Chociaż z drugiej strony rośnie pokolenie, które żyje w konsumpcjonizmie i Kościół wydaje im się niepotrzebny. Nie ma już polskiego papieża, który mówił, jak powinni postępować, więc może oni albo ich dzieci, albo dopiero następne pokolenie będzie wracać do swoich korzeni. Być może tak się stanie, choć na razie, jak sądzę, nam to nie grozi. Wręcz przeciwnie, myślę, że w Polsce teraz nastąpi okres zobojętnienia religijnego.
Jak w takim razie rozmawiasz ze swoim synem, który też należy do pokolenia, o którym teraz powiedziałeś, i wychowywany jest w dwóch różnych tradycjach, powiedziałbym nawet rzeczywistościach duchowych?
Kiedy mój syn był małym dzieckiem, poważnie zachorował. Babcia, czyli mama mojej żony, która jest bardzo dobrą katoliczką, wkładała mu pod materacyk święte obrazki, żeby wyzdrowiał. Ja wtedy przywiozłem z Izraela mezuzę i powiesiłem mu na drzwiach w pokoju. On jest tak wychowywany, że wie, co to jest mezuza, i wie, co to jest święty obrazek...
Rozumiem, że mezuza to jest mały pojemnik z drewna, ze szkła lub metalu, w którym znajduje się pergamin z fragmentem Tory. Wiesza się go na drzwiach w domu pobożnych Żydów.
Tak. I kiedyś syn powiedział do mnie: - Wiesz, tato, ja to mam lepiej od ciebie, bo jakby mi się coś stało, to dwóch Bogów się mną zajmie, a tobą tylko jeden".
Pewnie potrzebuje jeszcze trochę czasu, żeby zrozumieć, że to jest jeden i ten sam Bóg.
Od razu zacząłem mu to tłumaczyć, ale jeszcze nie chwycił.”

Tak, to na pewno ten sam Bóg. Chyba że,,,
Na dzisiaj przeznaczono mi też Psalm 68, we fragmentach, bo długi.
”Bóg wstaje i rozpraszają się Jego wrogowie,
pierzchają przed Jego obliczem ci, którzy Go nienawidzą.
Jak dym przez wiatr rozwiany,
jak wosk, co rozpływa się przy ogniu,
tak giną przed Bogiem grzesznicy.
A sprawiedliwi cieszą się i weselą przed Bogiem, 
i rozkoszuj ą radością. 
Śpiewajcie Bogu, grajcie Jego imieniu,
równajcie drogę przed Tym, który dosiada obłoków.
Ojcem dla sierot i wdów opiekunem
jest Bóg w swym świętym mieszkaniu. 
Bóg dom gotuje dla opuszczonych, 
jeńców prowadzi ku lepszemu życiu.”
No więc pytam, czy to ten sam Bóg nawet w tych paru zwrotkach? Odpowiedź chrześcijańska tradycyjna jest, owszem, taka jak i psalmisty: Pan okrutny dla grzeszników, ojciec opiekuńczy dla wdów, sierot, opuszczonych, jeńców. Albowiem jest nieskończenie sprawiedliwy. Tyle, że Jan Paweł II rozrabiał: za świętą Faustyną, w encyklice „Bogaty w miłosierdzie" ogłosił, że On jest przede wszystkim MIŁOSIERDZIEM.
13:53, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
niedziela, 24 maja 2009
Czy Jezus wstąpił do niebiosa?
Dzieje Apostolskie 1,1-11

Dziś uroczystość Wniebowstąpienia, przeniesiona w niektórych krajach (Polsce, Francji) z czwartku na niedzielę, żeby mogło cieszyć się nią liturgicznie więcej ludzi.

30 lat temu wydałem w Bibliotece „Więzi" książkę pt. „Zdaniem laika", zbiór felietonów na tematy religijne, ułożony według kalendarza liturgicznego. Napisałem był tam, co wciąż wydaje mi się niegłupie. Oto autocytat.
Co najmniej od czasów Kopernika wiemy, że niebiosa nie są nad nami, że Bóg „mieszka" poza czasoprzestrzenią. A jak rzecz wygląda w Biblii? O Wniebowstąpieniu mówią Marek oraz Łukasz w obu swoich dziełach. Wprawdzie tylko Dzieje Apostolskie powiadają wyraźnie, że Jezus uniósł się w górę, a ewangelie poprzestają na określeniu ”został wzięty do nieba”, ale wszędzie tu mamy do czynienia z obrazem rzeczywistości, w którym ziemia jest po środku: nad nią raj, pod nią piekło. Sam Jezus używa czasem takich „geocentrycznych" określeń (por. J 20, 17). Sprawa wygląda analogicznie, jak z wersetami o ruchu słońca wokół ziemi. Nie żyjemy jednak w czasach Galileusza i nie boimy się pewnej „demitologizacji". Tak jak nie bało się jej Magisterium Kościoła, używając w definicji dogmatu o wniebowzięciu Maryi ogólnego sformułowania: została wzięta do chwały niebieskiej.

Z radykalną zmianą światopoglądu, jaką przyniosły i nam czasy nowożytne, wiąże się jednak potrzeba nieco głębszej  reinterpretacji  wiary we Wniebowstąpienie.

Z relacji Biblii wynika, że Jezus zmartwychwstały przebywał tu na ziemi czterdzieści dni, czyli przez jakiś czas (czterdzieści jest w Piśmie jedną z liczb symbolicznych: oznacza nieokreślony dokładnie, ale dość długi okres czasu), po czym zasiadł po prawicy Bożej, Otóż obraz taki jest nierozdzielnie związany ze światopoglądem, w którym rzeczywistość „niebieska" niejako sąsiaduje z naszym ziemskim światem, stanowi po prostu inną część jakiejś większej całości. Dziś uważamy raczej, ze Jezus przez sam fakt zmartwychwstania w ciele innym niż ziemskie, ciele „uwielbionym" właśnie, przeszedł do chwały Bożej, czyli do owej całkowicie innej rzeczywistości, do innego „wymiaru".

Po co więc było Wniebowstąpienie? Przede wszystkim po  to,  by unaocznić  uczniom zwycięstwo  Chrystusa, Jego wejście do chwały. Napisałem: unaocznić. Bo wprawdzie mogło być i tak, że żadne realne uniesienie się w górę nie miało miejsca. Jezus po prostu zniknął, ale autor Dziejów przedstawił to w sposób „geocentryczny", żeby lepiej zobrazować czytelnikowi uwielbienie Jezusa. Mogło być tak, ale mogło też być inaczej: sam Bóg w taki sposób unaocznił uczniom uwielbienie Syna, dał im znak jedynie zrozumiały w ramach ówczesnej wizji świata. Nie odrzucajmy dogmatycznie podobnej możliwości.

”W dziełach   naukowych   znaleźć   można bardziej szczegółowe dane na temat stopnia dosłowności różnych opowiadań. Najbardziej wyspecjalizowana nauka wykazuje jednak w tych sprawach jeszcze mnóstwo niepewności. W obrębie obcego gatunku  literackiego nie da się wszystkiego dokładnie wyznaczyć i wykreślić. Być może w naszych czasach przesadzamy w innym kierunku niż przed pięćdziesięciu laty i uważamy wiele opowiadań za mniej dosłowne, niż domagałby się tego faktyczny stan rzeczy. Możliwe, że wówczas działo się również więcej rzeczy zewnętrznie niezwykłych, niż dziś to sobie wyobrażamy. Dlaczego podobne zdarzenia miałyby się dziać tylko w Lourdes, a w ówczesnym Izraelu nie? Jest rzeczą możliwą, że przemawiając do człowieka tamtych czasów Bóg rzeczywiście sprawiał, że głos Jego rozbrzmiewał w powietrzu, a Objawienie dokonywało się w taki sposób, że niejedno opowiadanie należałoby jednak pojmować w sensie dosłownym.”

Cytat ten pochodzi ze sławnego „Katechizmu holenderskiego" i odnosi się do Starego Testamentu. Z zachowaniem wszelkich proporcji można by chyba te słowa odnieść również do Nowego. I można by stwierdzić - również za „Katechizmem" - że kwestia dosłownego czy przenośnego rozumienia tego rodzaju szczegółów nie jest najistotniejsza. Bo przecież ”ostatecznie nie o to chodzi, ale o Boga, który zabiegał o ludzkie serce”.
20:32, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
sobota, 23 maja 2009
Zagadkowy Apollos
Dzieje Apostolskie 18,24.25

„Pewien Żyd imieniem Apollos, rodem z Aleksandrii, człowiek uczony i znający świetnie Pisma, przybył do Efezu. Znał on już drogę Pańską, przemawiał z wielkim zapałem i nauczał dokładnie tego, co dotyczyło Jezusa, znając tylko chrzest Janowy."

Postać dość tajemnicza. Po pierwsze, trudno zgadnąć, ile właściwie wiedział o Jezusie, znając tylko chrzest Jana. Może jednak wiele, jeśli nauczał ”dokładnie”. Mamy tu problem ogólniejszy, jaka była nauka uczniów Jana, którzy nie przystali do Jezusa, a rozprzestrzenili się najwyraźniej poza Palestynę. Jest o dwunastu z nich wzmianka w Dziejach 19,1-7 (lektura jutrzejsza), a są również poszlaki, że nie wszyscy stali się w końcu chrześcijanami. Jeśli ostro rywalizowali z uczniami Jezusa, Jan pewnie przewracał się w grobie.

Rywalizacja niestety jest rzeczą ludzką: w Koryncie, martwił się Paweł (1 Kor 1), powstały rozłamy, bo jedni „należeli" do Pawła, drudzy do Piotra, trzeci właśnie do Apollosa. Jednak - cytuję „Encyklopedię Biblijną" - „jak się wydaje, Apollos nie miał z tym nic wspólnego, gdyż po powrocie do Efezu oparł się zachętom Pawła, by ponownie odwiedzić Korynt (1 Kor 16,12)”. Wielu mistrzów to pół biedy, cała bywa w kłótliwych uczniach.

Inna zagadka Apollosa to kwestia, czy - jak twierdził Luter, a za nim liczni bibliści - to on napisał anonimowy List do Hebrajczyków.
12:17, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
piątek, 22 maja 2009
Pod nasze stopy
Psalm 47, 2-7

”Wszystkie narody klaskajcie w dłonie,
radosnym głosem wykrzykujcie Bogu,
bo Pan Najwyższy, straszliwy,
jest wielkim Królem nad całą ziemią.
On nam poddaje narody
i ludy rzuca pod nasze stopy.
Wybiera nam na dziedzictwo
chlubę Jakuba, którego miłuje.
Bóg wstępuje wśród radosnych okrzyków,
Pan wstępuje przy dźwięku trąby.
Śpiewajcie psalmy Bogu, śpiewajcie,
śpiewajcie Królowi naszemu, śpiewajcie.”


Taki opis Boga straszliwego Kościół mój poleca mi czytać dzisiaj. Zresztą też jutro i pojutrze, ale na szczęście tylko na dziś jest przeznaczony werset „On nam poddaje narody i ludy rzuca pod nasze stopy". Bo w tych zdaniach Bóg jest nie tylko w ogóle straszliwy (a nie „bogaty w miłosierdzie”), ale - co już najgorsze - straszny selektywnie. Dobry dla Izraela, niedobry dla jego wrogów. Nacjonalizm niezamierzenie niemal bluźnierczy. Biblia jest zapisem myśli przeróżnych.
Ktoś doda jeszcze, że ów nacjonalizm żydowski nie odszedł w siną dal. Zapewne, ale czy tylko żydowski? A amerykańska święta wojna z Irakiem? A każda chrześcijańska krucjata, kwestionująca krzyż bardziej niż czynią to ci, których obraża ów znak wiszący na ścianie szkolnej klasy?
14:51, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
czwartek, 21 maja 2009
Krew, wino, Żydzi
Dzieje Apostolskie 18, 5.6

„Kiedy Sylas i Tymoteusz przyszli z Macedonii, Paweł oddał się wyłącznie nauczaniu i udowadniał Żydom, że Jezus jest Mesjaszem. A kiedy się sprzeciwiali i bluźnili, otrząsnął swe szaty i powiedział do nich: - Krew wasza na waszą głowę, jam nie winien. Od tej chwili pójdę do pogan"

To powiedzenie o krwi przypomina mi okrzyk „całego ludu" w Ewangelii Mateusza (27,25): „Krew jego na nas i na dzieci nasze". Tu i tam oznacza to wzięcie odpowiedzialności, ale jeśli chodzi o owe dzieci u Mateusza, to - tłumaczą współcześni bibliści - ów lud nie zawołał, że za śmierć Jezusa odpowiadają wszystkie następne pokolenia żydowskie, jakimś prawem ciągłego dziedziczenia. To tylko podkreślenie odpowiedzialności Żydów ówczesnych. Zatem to nie odpowiedzialność także na przykład Żydów XX wieku. Również Mateuszowe określenie „cały lud zawołał" nie może znaczyć, że był to chór większy niż ci, co się mieścili na dziedzińcu Piłatowego pałacu. Wina wszystkich Żydów w przestrzeni i w czasie została zakwestionowana wyraźnie przez Vaticanum Secundum.

Po tej potężnej dygresji na temat jednak bardzo istotny wracam do Pawła, do jego korynckiego konfliktu z Żydami. Też oczywiście nie ze wszystkimi: zaraz potem dowiadujemy się, że został uczniem Chrystusa przełożony miejscowej synagogi. Niemniej stopniowo w pierwotnym Kościele zaczęli przeważać poganie. Tak potoczyła się historia. 
A antysemityzm wciąż straszy. Za felieton w „Metrze" krytykujący ks. Chrostowskiego (powołujący się m.in. na arcybiskupa Życińskiego) napadł na mnie towarzysz Bubel w swoim pisemku, a także pani Marta M. (nazwisko napisane niewyraźnie) w swoim liście prywatnym. Napisała m.in., iż podejrzewa, że jestem Żydem. Tak, na szczęście to święta prawda, choć czystej krwi ludu Chrystusowego był tylko mój pradziadek Henryk. Potem już Turnauy nie żeniły się niestety z Żydówkami. 

PS. Obiecałem, że napiszę o „Aniołach i demonach". No cóż, zgadzam się między innymi także z „Rzeczpospolitą", że to film w istocie prawie budujący. Czyli nie żaden atak na Kościół, raczej jego obrona. Dystans do instytucji i wiary katolickiej jest w filmie oczywisty, problematyka kościelna potraktowana z dużym przymrużeniem oka. Ale jeśli w tej po trosze komedii mamy jakiś poważniejszy „wydźwięk", to taki, że nauka i wiara katolicka po wiekach przestały się kłócić. Co jest bliskie prawdy, w każdym razie w porównaniu z tym, co było za Galileusza i potem jeszcze bardzo długo.
W jak zawsze mądrze katolickim krakowskim „Liście" majowym artykuł Beaty Kolek „Czy Darwin miał rację?" Ważny, bo na przykład we wrześniu ubiegłego roku doniósł mi pan Adrian Gonciarz, że w tymże Krakowie ksiądz na katechezie powiedział, iż ewolucja to „wymysł i głupota".
12:44, jan.turnau
Link Komentarze (34) »
środa, 20 maja 2009
Nie wymyślać, nawracać
Dzieje Apostolskie 17,15.22 - 18,1

Tym razem wybrano nam bardzo ważną mowę Pawła na Areopagu. Bardzo ważną, bo można ją potraktować jako wzór do naśladowania przez wszystkich dzisiejszych apostołów. Paweł nie wymyśla ateńskim politeistom, nie obraża ich, tylko chwali. Podchwytuje jeden z ich religijnych pomysłów: zwraca uwagę na ołtarz z napisem „Nieznanemu Bogu" i komentuje: „Ja wam głoszę to, co czcicie, nie znając", po czym ukazuje Boga, którzy „nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką" (potem jednak chrześcijanie budowali świątynie), „nie odbiera posługi z rąk ludzkich, jak gdyby czegoś potrzebował" (ofiary materialne zbyteczne) i oczywiście nie jest posągiem. Jest jednak „niedaleko od każdego z nas", bo „w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy"

Należy ludziom tłumaczyć, jaki jest Bóg, że jest daleki od prymitywnych wyobrażeń, transcendentny, absolutnie ponad nami, a zarazem blisko nas, my jesteśmy w Nim a On w nas. I nie trzeba zrażać się, gdy słuchacze powiedzą nam, jak wtedy Pawłowi, gdy im na koniec rzekł o zmartwychwstaniu: ”Posłuchamy cię o tym innym razem”. Nawet go wyśmiali, mogą wyśmiać i nas - trudno; zresztą niektórzy wtedy uwierzyli, to może i teraz ktoś nas nie uzna za naiwnych.
A wtedy zraziła wiara w zmartwychwstanie, bo słuchacze, prawnukowie duchowi Platona, wierzyli tylko w duszę nieśmiertelną, ciało nie było im potrzebne do pośmiertnego szczęścia. Tak jak i nam, wykształconym religijnie na starych katechizmach, gdzie była mowa tylko o tym, że dusza nie umiera, choć w Składzie Apostolskim stoi jak byk ”ciała zmartwychwstanie”.

Film. ”Anioły i demony” obejrzałem, bo musiałem: mój felieton w ”Metrze” redakcja nazwała ”Jan Turnau do młodych”, więc musiałem sprawdzić, czy ów dalszy ciąg wrednie idiotycznego ”Kodu Leonarda da Vinci” to nie jakaś obraza Kościoła zagrażająca młodym duszom. Otóż - broń Boże, o czym pewnie napiszę tu jutro.
16:38, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
wtorek, 19 maja 2009
Cud w Filippi. Chrzest niemowląt. Anegdota...
Dzieje Apostolskie 16,33

„Tej samej godziny w nocy wziął ich z sobą, obmył rany i natychmiast przyjął chrzest wraz z całym swym domem."

Kto kogo wziął w nocy, obmył rany i dał się ochrzcić? Strażnik więzienia, w którym siedzieli w dybach, przedtem sieczeni rózgami, Paweł i jego uczeń Sylas. Ukarała ich tak władza rzymska podpuszczona przez właścicieli pewnej niewolnicy w mieście greckim Filippi, gdzie się owa sprawa działa. Niewolnica miała dosłownie „ducha Pytona", węża-smoka, który wziął w posiadanie wyrocznię bogini ziemi u stóp Parnasu. Czyli umiała przepowiadać przyszłość oraz rozeznawać głębiej teraźniejszość. Demaskowała Pawła z Sylasem wołając: „Ci ludzie są sługami Boga Najwyższego", co dało taki skutek, że Paweł w końcu wypędził z niej owego ducha, ale napędził sobie biedy, ponieważ podpadł jej właścicielom. Oskarżyli apostołów o to, że są Żydami siejącymi niepokój, propagującymi nierzymskie obyczaje (Żydom wolno było wierzyć po swojemu, ale nie nawracać innych).
Ale zatrzęsła się ziemia, też fundamenty więzienia, otwarły się wrota i opadły więźniom kajdany. Strażnik widząc to chciał się zabić, ale Paweł uspokoił go, że przecież nie uciekli, i doprowadził do wiary w Chrystusa.
Sformułowanie „wraz z całym swym domem" jest jednak jednym z argumentów, że już wtedy stosowano chrzest niemowląt. Dowód to słaby albo mocny, daje mi jednak okazję, by powiedzieć, że kwestia terminu udzielania owego sakramentu jest moim zdaniem skomplikowana. Ogromna większość Kościołów, poza protestantami „drugiej reformacji", uważa, że nie należy czekać na dorosłość dziecka ani nawet na jego podstawową rozumność. I tutaj nie chcę się wypowiadać, bo sprawa nie jest dla mnie jasna i prosta, stwierdzę tylko, że księża mają rację, gdy nie udzielają chrztu każdemu niemowlakowi, którego rodzice o to poproszą. Ale i to kwestia pastoralnie skomplikowana.
Cytowałem już tutaj świetny wywiad, jakiego ks. Szymon Stułkowski udzielił miłemu i mądremu miesięcznikowi „W drodze". Wyczytałem tam także serdeczne myśli poniższe.

Katarzyna Kolska i Paweł Kozacki OP: ”I nie czuje się ksiądz rozdarty, gdy o chrzest dziecka proszą ludzie, którzy nie żyją w związku sakramentalnym, a nawet jeśli tak, to ich dotychczasowa postawa nie gwarantuje, że będą to dziecko po katolicku wychowywać?
Ks. Stypułkowski: Oczywiście, me czuję się komfortowo. Ale pytam wtedy sam siebie, dlaczego świadectwo naszego życia wiarą jest takie kiepskie, że ich to nie pociąga. Zastanawiam się, co możemy zrobić, jak otworzyć ich serca, jak zapalić ich do miłowania Pana Boga. Mamy tu bardzo wiele do zrobienia. Zaniedbujemy katechezę dla dorosłych przed chrztem dziecka. Często ogranicza się ją do tego, kto gdzie stoi, kto trzyma dziecko, kto ma co kupić, kto zapala świecę. Sensownej nauki nie ma wcale. W ten sposób sami tniemy gałąź, na której siedzimy. I nie dziwię się, że ci ludzie odchodzą i żyją tak jak wcześniej, jeśli my nie mamy im nic do zaoferowania.
Skoro odejdą, czy chrzczenie dziecka ma sens? Czy łaska, która spłynie wraz z przyjęciem sakramentu, jest takim wielkim darem, że za wszelką cenę powinniśmy zabiegać, by dziecko go otrzymało? 
Myślę, że tak. Ochrzczonemu dziecku towarzyszą rodzice chrzestni, którzy mogą być dla niego świadkami wiary. Z tym też oczywiście bywa różnie. Bo nie zawsze są oni ludźmi głębokiej wiary. Z drugiej strony nawet jeśli są, to i tak o wychowanie religijne dbają rodzice. I jeśli nie zechcą, by dziecko żyło wiarą, rodzice chrzestni nic nie zrobią. Mogą się jedynie modlić za swojego chrześniaka.
Liczyłbym jednak na to, że poprzez ten sakrament, który nadaje nam godność, który jest bramą do innych sakramentów, Pan Bóg będzie obecny w życiu tego człowieka. I że będzie on wzrastał duchowo nawet, jeśli nigdy nie odkryje Boga osobowego. Może kiedyś, patrząc na świadectwo życia ludzi wierzących, zapragnie odnowić relacje z Panem Bogiem.
Kiedy pracowałem w Austrii, za udzielaniem chrztu przemawiał jeszcze jeden argument: dziecko nieochrzczone nie mogło uczestniczyć w lekcjach religii. Chrzest był nośnikiem nadziei, że spotka się ono z przekazem wiary w szkole, że pojedzie na obóz organizowany przez Kościół.
Ufałbym Panu Bogu, że prośba rodziców, którzy przychodzą ochrzcić dziecko, nie jest czystym formalizmem, że nie wynika jedynie z dążenia do podtrzymania tradycji, że nie robią tego wyłącznie dla babci czy dziadka. Może w nich też coś się tli. Dlatego godząc się na chrzest, starałbym się maksymalnie ewangelizować tych rodziców z nadzieją, że czasami trzeba cierpliwie czekać.”

Anegdoty. Autentyczna rada pewnego kardiologa zapytanego, czy pacjentka może chodzić na mszę: tak, ale jak kazanie zacznie panią denerwować, proszę wyjść z kościoła...
16:44, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 18 maja 2009
Nie bój się islamu!
Ewangelia Jana 16,2-3
„Nadchodzi też godzina, że każdy, kto was zabije, będzie uważał, że pełni służbę dla Boga. A uczynię tak, bo nie poznali Ojca ani mnie.”

Tłumaczenie 11 Kościołów i Towarzystwa Biblijnego w Polsce. No i mam skojarzenie sięgające poza Kościoły chrześcijańskie: do islamu. Do terrorystów, którzy przecież uważają, że zabijanie służy Bogu.
Skojarzenie słuszne o tyle, o ile jest faktem, że owa bardzo różnorodna tak i chrześcijaństwo religia niektórych swoich wyznawców skłania do takich strasznych czynów. Skłania - bo tak jak chrześcijaństwo ogromna w czasie i w przestrzeni wspólnota, mająca tekst podstawowy (Koran) podobnie jak Biblia tematycznie i „tetycznie" (od słowa „teza" - pogląd) wieloraki - jest źródłem najróżniejszych interpretacji.

Tu dwie dobre nowiny. Jedna to raczej „staryna", bo o książce bardzo w powyższej sprawie potrzebnej, ale już o nie noworodku. Mianowicie „Więź" wydała w roku 2005 niewielki tomik dwóch Agat: pań Marek i S. Nalborczyk pt. „Nie bój się islamu. Leksykon dla dziennikarzy". Jest to zbiór podstawowych wiadomości o tej religii, zarazem, by tak rzec, „dedemonizujących" ją. Zaraz w przedmowie profesor Janusz Danecki powiada, że nasz krąg kulturowy dałby się w sprawie stosunku do islamu scharakteryzować jako rymującą się triadę: ignorancja, arogancja, nietolerancja. Ale - zaznacza też - winni są tutaj również „sami muzułmanie, którzy wbrew oczywistości twierdzą, że wszyscy są potulnymi barankami, a dżihad to wyłącznie doskonalenie duchowe człowieka."
Tę rozsądnie obrończą tezę rozwijają autorki tłumacząc, co to jest naprawdę dżihad. Istnieją jego dwa rodzaje: większy i mniejszy.
Ważniejszy jest ten pierwszy. „Polega on na nieustannych wysiłkach podejmowanych przez każdego muzułmanina w celu wykorzenienia wszystkiego, co w jego życiu jest grzeszne lub przeciwne takiemu sposobowi życia, jakiego Bóg chce dla ludzi. Jest to zatem walka z szatanem i jego pokusami lub wszelkie działania na rzecz własnej gminy".
Dżihad mniejszy polega na ”obowiązku zbrojnej obrony samego siebie, uciskanych ludzi lub muzułmańskiego sposobu życia, jeśli jest on atakowany. Islam nie jest bowiem religią pacyfistyczną i jeśli wszystkie inne środki zostały wyczerpane, dopuszcza akcję zbrojną w słusznej sprawie. Zawsze jednak musi to być walka w samoobronie przeciw atakowi lub uciskowi, a nie we własnym interesie. Już we wczesnej epoce islamu zostały opracowane ścisłe reguły dotyczące tej walki. Otóż nie powinna być ona prowadzona na oślep, bez zastanowienia. Nie wolno atakować ani grozić kobietom, dzieciom, ludziom starszym i chorym. Zabronione jest pozbawianie wroga środków do życia , nie wolno zatruwać wody, niszczyć zapasów żywności, palić pól, sadów czy gajów. Niedozwolone jest atakowanie budynków poświęconych kultowi religijnemu, a także osób, które się w nich schroniły. Przy tym. wszystkim należy stosować tylko konieczne minimum środków zbrojnych i siłowych. (...) Tylko jedna szkoła, chadżyrycka (o małym zasięgu) wysuwała koncepcję dżihadu jako bezwzględnej walki, obowiązującej każdego muzułmanina, traktowanej nawet jako szósty filar wiary.
Koncepcja dżihadu nie była skodyfikowana za czasów Proroka, lecz formowała się później, stąd różne jej interpretacje. Przedstawiona powyżej definicja jest więc wprawdzie najbardziej rozpowszechniona w świecie muzułmańskim, ale nie jedyna. Utożsamienie dżihadu z kitalem, walką zbrojną, to koncepcja późniejsza. Jednak nawet dżihad mniejszy nie może być prowadzony w celu nawrócenia chrześcijan czy żydów, lecz wyłącznie niewierzących (politeistów) oraz obłudników (czyli pozornych muzułmanów, faktycznie politeistów, w swoim sercu czczących duchy, świętych i ich groby). Jednak od czasu wojen krzyżowych dżihadem bywa nazywana wojna przeciw chrześcijanom, najeżdżającym ziemie muzułmanów, a także walka przeciw mocarstwom kolonialnym. Zdarza się także, że do dżihadu wzywają muzułmanie przeciw muzułmanom, jak to miało miejsce w końcu XX w, w czasie krwawej wojny iracko-irańskiej.”

Mój komentarz. Myślałem sobie dotąd, że tak czy inaczej islam zaczął się od wojny, najpierw wewnętrznej w Arabii Saudyjskiej, potem rozlewającej się na Azję, Europę, Afrykę, Tyle tylko, że - pomyślałem sobie teraz - co by było, gdyby wszyscy Żydzi uwierzyli w Chrystusa i na czele takiej nowej religii stanął jakiś wojownik. Gdyby tylko stało się jakimś cudem, że cesarz rzymski od razu przyjął chrzest i chrześcijaństwo stało się zaraz religią panującą i chcącą panować coraz szerzej...
Niemniej pozostaje faktem, że Jezus dał się zamordować, żeby tylko nie użyć przemocy. Takiego ideału „bezgwałtu" nie ma zgoła w islamie. 
Druga dobra nowina to wydanie Koranu przez Biuro Wydawnicze FAKTOR i AGORĘ, po Biblii Poznańskiej i Torze w tłumaczeniu rabina Izaaka Cylkora, w kolekcji „Księgi Święte Religii Monoteistycznych", ze wstępem Tomasza Miśkiewicza, muftiego Rzeczypospolitej, w przekładzie, z wprowadzeniem i komentarzem Józefa Bielawskiego. Tom I już w środę!
To nie pierwsze wydanie polskie tego dzieła, ale pierwsze po latach i w dużym nakładzie.
Oto sura pierwsza, wstępna, podstawowa.
„W imię Boga Miłosiernego, Litościwego,
Chwała Bogu, Panu światów,
Miłosiernemu i Litościwemu,
Królowi Dnia Sądu.
Oto Ciebie czcimy i Ciebie prosimy o pomoc.
Prowadź nas drogą prostą
drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami;
nie zaś tych, na których jesteś zagniewany,
i nie tych, którzy błądzą"
Jak napisał profesor Bielawski, to tekst fundamentalny islamu, istotna część wszelkich modłów muzułmańskich, prywatnych i publicznych coś w rodzaju naszego „Ojcze nasz".
I inna próbka, z sury „Stół zastawiony" trochę wersetów na temat chrześcijan i żydów.
”I powiedział Bóg: 
- Zaprawdę, ja jestem z wami! 
Jeśli będziecie odprawiać modlitwę, 
jeśli będziecie dawać jałmużnę, 
jeśli będziecie wierzyć w Moich posłańców 
i jeśli będziecie ich wspomagać, 
i jeśli dacie Bogu piękną pożyczkę
- to, z pewnością, Ja odpuszczę wam
wasze złe czyny
i wprowadzę was do Ogrodów,
gdzie w dole płyną strumyki!
A ktokolwiek spośród was
będzie potem niewierny,
ten zabłądził daleko z równej drogi!
Za to, że oni naruszyli swoje przymierze, 
My ich przeklęliśmy
i uczyniliśmy ich serca zatwardziałymi.
Oni wypaczają sens słów
i zapominają część tego,
co im zostało przypomniane.
Ty nieustannie odkrywać będziesz
zdradę z ich strony,
z wyjątkiem nielicznych spośród nich.
Lecz odpuść im i przebacz!
Zaprawdę, Bóg kocha dobrze czyniących!
Od tych, którzy mówią: 
«Jesteśmy chrześcijanami!», 
wzięliśmy przymierze. 
Lecz oni zapomnieli część tego, 
co im zostało przypomniane; 
My wznieciliśmy wrogość i nienawiść 
wśród nich aż do Dnia Zmartwychwstania.
I niebawem obwieści im Bóg 
to, co oni czynili.
O ludu Księgi!
Nasz Posłaniec przyszedł do was, 
wyjaśniając wam wiele z tego, 
co wy ukrywaliście z Księgi, 
i wiele też zacieraliście. 
Przyszło do was światło od Boga i Księga jasna.
Przez nią prowadzi Bóg
tych, którzy poszukują Jego zadowolenia,
po drogach pokoju,
wyprowadza ich z ciemności do światła i
- za Jego zezwoleniem -
prowadzi ich ku drodze prostej.
Nie uwierzyli ci, którzy powiedzieli:
«Zaprawdę, Bogiem jest Mesjasz, syn Marii!» 
Powiedz:
Któż ma możność uczynić coś przeciw Bogu, 
jeśli On zechce zgubić Mesjasza, syna Marii, 
jak również Jego Matkę 
i wszystkich, którzy są na ziemi? 
Do Boga należy królestwo niebios i ziemi, 
i tego, co jest między nimi. 
On stwarza to, co chce. 
Bóg jest nad każdą rzeczą wszechwładny!
Powiedzieli żydzi i chrześcijanie: 
My jesteśmy synami Boga 
i Jego umiłowanymi. 
Powiedz:
Dlaczegoż więc On karze was 
za wasze grzechy?
Przeciwnie, wy jesteście tylko ludźmi 
spośród tych, których On stworzył. 
On przebacza temu, komu chce, 
i On karze tego, kogo chce. 
Do Boga należy królestwo niebios i ziemi 
i to, co jest między nimi. 
I do Niego zmierza wędrowanie.
O ludu Księgi!
Przyszedł do was Nasz Posłaniec,
aby dać wyjaśnienie
- po pewnej przerwie między posłańcami -
żebyście nie mówili:
Nie przyszedł do nas ani zwiastun, ani ostrzegający!
I oto przyszedł do was zwiastun i ostrzegający.
Bóg jest nad każdą rzeczą wszechwładny.”
14:30, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
niedziela, 17 maja 2009
Trudna miłość
Ewangelia Jana 15,12.17
„To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak ja was umiłowałem." (...).To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali."
To jest największe przykazanie; druga, nierozdzielnie związana z pierwszą o miłowaniu Boga, część fundamentu etyki chrześcijańskiej. Wobec tego nakazu bledną wszystkie nakazy i zakazy szczegółowe.
Wydawałoby się, że to świetnie, nie ciążą na nas zatem różne paragrafy prawnie brzmiące, twarde reguły niemal bezwyjątkowe.

Po pierwsze jednak: ciążą, niektóre nawet potężnie. Na przykład: nie zabijaj. Moim zdaniem ciąży nawet zakaz przerywania ciąży, nie absolutnie bezwyjątkowo, ale jednak. Po drugie - tylko miłować to cholernie trudna sztuka. Albowiem może łatwiej urodzić pięcioro dzieci niż miłować teściową swoją. Może łatwiej mężowi i ojcu zarobić na tę piątkę plus małżonkę niż nie być jak ów zięć, który odbył z teściową swoją następującą rozmowę.
Ona wchodząc do ich mieszkania: - Przyjechałam i zostanę tak długo, jak będziecie chcieli.
On: - Jak to, to nawet herbaty mama z nami nie wypije...
23:03, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
sobota, 16 maja 2009
Jedenaste: nie rozłamuj
1 List do Koryntian 1,10
Ewangelia Jana 17,20
„Upominam was, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście byli zgodni i by nie było wśród was rozłamów; byście byli jednego ducha i jednej myśli."
To Paweł, a Jezus:
„Ojcze Święty, proszę (...) aby wszyscy byli jedno."

Nie posłuchaliśmy, oj nie. A protestantom nie dziwię się, że gorszy ich nazywanie papieża tytułem Boga.
Swoją drogą w islamie też od wieków wrogi rozłam: sunnici kontra szyici. Ciekawe, że religie Indii, buddyzm, ale też chyba hinduizm, nie są tak kłótliwe wewnętrznie.
14:53, jan.turnau
Link Komentarze (64) »
piątek, 15 maja 2009
Zmniejszać ciężary
Dzieje Apostolskie 15,22-31

Nie cytuję całego przydziału, odsyłam do Biblii. 
Reformatorskie, zrywające z ortodoksją judaizmu zgromadzenie przywódców pierwotnego Kościoła wysyła do awangardowej Antiochii, Syrii i Cylicji posłów z wiadomością pisemną i ustną o swoim postanowieniu. Konserwatystów określa jako siejących zamęt. Nie ma reform bez ofiar, bo muszą być oponenci: tak było wtedy, tak jest i teraz (lefebryści).  
Zwraca uwagę wybór na czterech posłów także Pawła: przecież był kiedyś Szawłem, szalejącym przeciw nowej wierze. Ale właśnie kiedyś: dawno temu, bo tymczasem spędził wiele lat w rodzinnym Tarsie, według Biblii Paulińskiej nawet dziesięć, i kilka w Arabii - w sumie czternaście, jeśli nie wręcz siedemnaście. Upłynęło tymczasem niemal jedno pokolenie i czas zatarł pamięć o prześladowcy Kościoła: powiedziano teraz, że poświęcił swe życie dla Chrystusa.
„Sobór jerozolimski" dokonał rewolucji, ale poszedł na pewne kompromisy. Zakaz gastronomiczny (spożywania krwi i tego, co uduszone) nie przetrwał próby czasu w chrześcijaństwie, choć sprzeciw wobec transfuzji krwi u świadków Jehowy jest echem tamtego zakazu.

A z „ciężarami" - tak tamten Kościół nazywa moralne przepisy - to nieraz jest tak, że jest w nich jakiś sens, ale bardzo ogólny: niebezpieczna jest tylko mentalność antykoncepcyjna (totalny lęk przed dzieckiem w małżeństwie), ale prezerwatywa czy pigułka jako sposób regulacji poczęć nie różni się zasadniczo od tak zwanych metod naturalnych. Trochę podobnie jest z prezerwatywą jako środkiem przeciw AIDS: jest ona problemem moralnym tylko wtedy, gdy zastępuje w ogóle elementarną seksualną wstrzemięźliwość.
14:55, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
czwartek, 14 maja 2009
Maciej, osoba nieznana. Miłe wspomnienie z PRL
Dzieje Apostolskie 1,15-17.20-26

”Piotr w obecności braci, a zebrało się razem około stu dwudziestu osób, tak przemówił: - Bracia, musiało się wypełnić słowo Pisma, które Duch Święty zapowiedział przez usta Dawida o Judaszu. On to wskazał drogę tym, którzy pojmali Jezusa, bo on zaliczał się do nas i miał udział w naszym posługiwaniu. Napisano bowiem w Księdze Psalmów: «Niech opustoszeje dom jego i niech nikt w nim nie mieszka. A urząd jego niech inny obejmie». Trzeba więc, aby jeden z tych, którzy towarzyszyli nam przez cały czas, kiedy Pan Jezus przebywał z nami, począwszy od chrztu Janowego aż do dnia, w którym został wzięty od nas do nieba, stał się razem z nami świadkiem Jego zmartwychwstania". Postawiono dwóch: Józefa, zwanego Barsabą, z przydomkiem Justus, i Macieja. I tak się pomodlili: - Ty, Panie, znasz serca wszystkich, wskaż z tych dwóch jednego, którego wybrałeś, by zajął miejsce w tym posługiwaniu i w apostolstwie, któremu sprzeniewierzył się Judasz, aby pójść swoją drogą. I dali im losy, a los padł na Macieja. I został dołączony do jedenastu Apostołów.”

Los padł na Macieja. Ten pozostawiony Bogu sposób wyboru przypomniał mi pobyt na obozie SP. Była to tak zwana Służba Polsce, PRL-owska organizacja lekko militarna, wspomagająca różne prace budowlane. Oczywiście po komunistycznemu antykościelna, o przepustkę na Mszę w niedzielę było bardzo trudno - ale raz mi zabłysła problematyka religijna. Wśród funkcyjnych był też sanitariusz i - nie pamiętam w związku z czym - usłyszałem od niego ludową wizję konklawe. Wybór papieża następował rzekomo w ten sposób, że podmuch Ducha Świętego gasił jedną ze świec zapalonych przed każdym z kardynałów. Pośród urzędowego ateizmu wzruszyła mnie ta naiwna wiara.
A o Macieju nic więcej z Biblii nie wiemy.
13:23, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
środa, 13 maja 2009
Obrzezać serca
Dzieje Apostolskie 15,1

„W Antiochii niektórzy przybysze z Judei nauczali braci:- Jeśli się nie poddacie obrzezaniu według zwyczaju Mojżeszowego, nie możecie być zbawieni."


Z dala od Jerozolimy tworzy się nowa religia, bardziej uniwersalna przez rezygnację z wyróżnika etnicznego. W stolicy takie pomysły wywołują jednak silny opór, który sięga do Antiochii.

Ludzie są różni: jedni są bardziej przywiązani do tradycji, drudzy mniej. Raz jedni są górą, raz drudzy. Jak się okaże, kompromis kościelny zawarty na zgromadzeniu nazwanym późnym soborem jerozolimskim przyzna rację głównie nowatorom. O czym poczytamy w piątek.

Obrzezanie jest zwyczajem stosowanym do dzisiaj na Bliskim Wschodzie i w Afryce, nawet i u niektórych chrześcijan (Koptów w Egipcie), w islamie wobec chłopców 13-letnich. W „Encyklopedii katolickiej" wyczytałem, że było kwestionowane przez zhellenizowanych Żydów jeszcze przed chrześcijaństwem. Chcąc uniknąć pogardy, Żydzi ci godzili się nawet na bolesny zabieg przywrócenia napletka. Helleński król Antioch Epifanes pod karą śmierci zakazał obrzezania, cesarz rzymski Hadrian też zabronił tego zabiegu, co przyczyniło się do buntu Bar-Kochby. W świadomości Żydów obrzezanie było i jest ostrym wyróżnikiem narodowym, stosowanym dziś także przez niewierzących. W czasach Zagłady było piętnem grożącym śmiercią.

Znak dziwny, niepasujący do współczesnej mentalności (może pruderii?). My, chrześcijanie, uważamy, że ważne jest tylko obrzezanie serc. W Biblii hebrajskiej mamy zresztą takie określenie i takie moralne wymaganie (w Księdze Jeremiasza 9,24-25). Staram się zrozumieć ludzi, którzy obrzezują się cieleśnie na znak solidarności ze swoim niezwykłym ludem
15:22, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
wtorek, 12 maja 2009
Najcięższa walka o pokój. Papież w Izraelu. Dogmatyczne pewniki
Ewangelia Jana 14,27

„Jezus powiedział do swoich uczniów: - Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak, jak daje świat, ja wam daję."

Nie lubię, gdy ludzie Kościoła, głównie duchowni, „odcinają się" od świata, akceptują inność „optyki" kościelnej. Wydaje mi się bowiem, że świat (laicki) nie jest od kościelnego zupełnie inny. Tak się składa, że znam od środka nie tylko mój, rzymskokatolicki Kościół i widzę w tych instytucjach całkiem sporo różnych brzydkich światowości. Nawet kiedyś w „Więzi" napisałem felieton agitacyjny pod tytułem „Bardziej świecki, mniej światowy" - że niby taka właśnie powinna być wspólnota kościelna, do której należę. Bardziej świecki to znaczy bez różnych staroświeckich dziwności, strojów robiących z hierarchów jakichś dużych krasnoludków, natomiast mniej światowy, czyli wyzbyty na przykład personalnego pędu w górę, księżej pogoni za karierą.

Tyle tylko, że w ustach Jezusa „antyświatowość" jest zrozumiała. Szczególnie gdy mowa o pokoju. Mam dostatecznie dużo lat, by pamiętać komunistyczną walkę o pokój, do której zmuszano także duchowieństwo. Pamiętam szmonces: - Rebe, będzie wojna? Nie, ale będzie taka walka o pokój, że cały świat diabli wezmą... Pokój Chrystusa to rzeczywistość duchowa sięgająca do serc tak głęboko, że wykluczająca wszelką walkę. Z wyjątkiem ciężkiej walki z własną pazernością.
Wydarzenia: Papież w Izraelu Benedykt XVI rozczarowuje. Nie rozumie - albo nie zgadza się - że nie tylko nie może być mniej pokorny wobec Żydów niż jego poprzednik: musi jeszcze mocniej okazywać skruchę. Po pierwsze, jako Niemiec: przynależność narodowa biskupa Rzymu nie jest tu obojętna, nie ma rady. Po drugie, po swojej gafie z lefebrystami, z antysemitą biskupem Williamsonem. Po trzecie, z racji Piusa XII. Nie chodzi mi o to, żeby akurat teraz przesądzać o wielkiej winie papieża czasu Zagłady; który jednak milcząc bardzo pomagał Żydom, co nie jest przez niektórych Żydów doceniane. Nie idzie mi nawet koniecznie o słowo „przepraszam", które nie znalazło się w przemówieniu wczorajszym, choć właśnie to słowo jest w naszej kulturze najmocniejszym wyrazem pokory. Chodzi mi o to, że jednym gestem, właśnie wymyślonym przeze mnie uklęknięciem przed Ścianą Płaczu, Benedykt XVI powiedziałby mocno, że stosunek jego Kościoła do Żydów był zły niewymownie. A tymczasem nawet na kartce włożonej w Ścianę Płaczu nie było nawet słów skruchy. Które są konieczne nawet jeśli druga strona nie jest dość samokrytyczna.

Lektury: nowa znakomita książka ks. Tomasza Halika, wydana właśnie przez jezuicki krakowski WAM pod tytułem „Cierpliwość wobec Boga. Spotkanie wiary z niewiarą". Oto obszerny cytat.
„Teologia wyzwolenia przyszła z bardzo ważnym wezwaniem: należy czytać Ewangelię oczyma ubogich. Jej zwolennicy domagali się odczytywania Pisma i świadectwa tradycji z perspektywy ubogich, jako nowiny dla ubogich, których autentycznie może zrozumieć tylko ten, kto sam jest ubogi lub aktywnie solidarny z ubogimi, i w tym duchu proponowali przemyślenie na nowo i zreinterpretowanie całej teologii.
Dziś jednak możemy zaproponować jeszcze jedną, odmienną zasadę hermeneutyczną, jeszcze inny klucz do nowego rozumienia Pisma i chrześcijańskiej nowiny - i to właśnie próbujemy uczynić w niniejszej książce: Trzeba czytać Pismo i przeżywać wiarę także z perspektywy naszej głębokiej solidarności z ludźmi poszukującymi wartości religijnych oraz z tymi, którzy «z drugiej strony» przeżywają Boże ukrycie i transcendencję. (...) Ta nowa teologia wyzwolenia powinna być teologią wewnętrznego wyzwolenia, wyzwolenia od pewników w sferze religijnej - czy to będą pewniki ateizmu, który nie kwestionuje samego siebie, czy pewniki religijności, która w podobny sposób zastygła na powierzchni. Paul Tillich twierdził, że główna linia podziału nie przebiega między tymi, którzy uważają się za wierzących, a tymi, którzy uważają się za niewierzących, ale między tymi, których Bóg pozostawia obojętnymi - czy są to obojętni ateiści czy konwencjonalni chrześcijanie - a tymi, których pytanie o Boga dotyka egzystencjalnie: czy są to żarliwi poszukiwacze Boga wśród wierzących (na przykład mistycy), czy ludzie zmagający się z Bogiem (jak Nietzsche), czy też ludzie, którzy tęsknią za wiarą, ale nie mogą znaleźć dla siebie miejsca w żadnej z dotychczas spotkanych form religii lub stale zmagają się ze swymi wątpliwościami.
Tak jak dla pełnienia misji w świecie społecznie ubogich niezbędne jest istnienie ubogiego Kościoła, tak też wchodzeniu w świat religijnej niepewności musi towarzyszyć wyzbycie się wielu pewników. Kościół musi zrezygnować nie tylko z zewnętrznych oznak barokowego triumfalizmu - jak zachęcił do tego ostatni Sobór - ale przede wszystkim wewnętrznego triumfalizmu monopolistycznego właściciela prawdy. Uważam także za rzecz pożyteczną, wręcz nieodzowną w dzisiejszych czasach, w których tak natrętnie oferuje się różne rodzaje komercyjnej religijności, poważne potraktowanie doświadczenia, ze Boga nie da się tak łatwo «nabyć». Jeśli zrozumiemy tych, którzy poddani zostali próbie Bożego milczenia, ukrycia i oddalenia - tak, tak, również tych, których to doświadczenie doprowadziło do odrzucenia religii - możemy wówczas dojść do bardziej dojrzałej formy wiary aniżeli naiwny i wulgarny teizm, który nie bez podstaw prowokował i prowokuje krytykę ateistyczną. Podobnie jak latynoamerykańska teologia wyzwolenia wniosła do teologii - a nawet do dokumentów papieskich - pojęcie struktur grzechu, tak też nowa teologia wyzwolenia powinna wskazać na grzeszność pewnych myślowych i językowych struktur, ujawnić liczne religijne stereotypy, które szkodzą wierze i oddalają od Boga: począwszy od naiwnego «udowadniania Boga» przez pewien rodzaj teodycei («usprawiedliwianie Boga» w obliczu zła i nieszczęścia), który - wedle Johanna B. Metza -- wygląda raczej na próbę «dogadania się z Bogiem za plecami cierpiącego człowieka».”
16:09, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 11 maja 2009
Wszyscyśmy trochę politeiści
Dzieje Apostolskie 14,5-18

”Gdy Paweł i Barnaba dowiedzieli się w Ikonium, że poganie i Żydzi wraz ze swymi władzami zamierzają ich znieważyć i ukamienować, uciekli do miast Likaonii: do Listry i Derbe oraz w ich okolice, i tam głosili Ewangelię. W Listrze mieszkał pewien człowiek o bezwładnych nogach, kaleka od urodzenia, który nigdy nie chodził. Słuchał on przemówienia Pawła; ten spojrzał na niego uważnie i widząc, że ma wiarę potrzebną uzdrowienia, zawołał głośno: - Stań prosto na nogach!. A on zerwał się i zaczął chodzić. Na widok tego, co uczynił Paweł, tłumy zaczęły wołać po likaońsku: - Bogowie przybrali postać ludzi i zstąpili do nas!. Barnabę nazywali Zeusem, a Pawła Hermesem, gdyż głównie on przemawiał. A kapłan Zeusa, który miał świątynię przed miastem, przywiódł przed bramę woły i przyniósł wieńce i chciał razem z tłumem złożyć ofiarę. Na wieść o tym apostołowie Barnaba i Paweł rozdarli swe szaty i rzucili się w tłum, krzycząc: - Ludzie, dlaczego to robicie! My także jesteśmy ludźmi, podobnie jak wy podlegamy cierpieniom. Nauczamy was, abyście odwrócili się od tych marności do Boga żywego, który stworzył niebo i ziemię, i morze, i wszystko, co w nich się znajduje. Pozwolił On w dawnych czasach, że każdy naród chodził własnymi drogami, ale nie przestawał dawać o sobie świadectwa czyniąc dobrze. Zsyłał wam deszcz z nieba i urodzajne lata, karmił was i radością napełniał wasze serca. Tymi słowami ledwie powstrzymali tłumy od złożenia im ofiary.”

Deificare humanum est - chciałoby się rzec. Lubimy ludzi ubóstwiać. Zawsze to lepsze niż skłonność wręcz przeciwna: niż uważać niektórych za podludzi - ale to też poważne niebezpieczeństwo. Bierze się stąd, że każdy myśli według siebie, wyobraża sobie Boga na swój obraz i podobieństwo. Tak było i jest w różnych religiach, także w tej, która zniknęła zniszczona przez chrześcijaństwo: tej starożytnych Greków i Rzymian. Zniszczona przez monoteizm. Czy unikalny wśród innych religii? Znam pogląd profesora Krzysztofa Marii Byrskiego, że na wielobóstwo hinduskie należy patrzyć głębiej, że Brama, Wisznu i Śiwa to niekoniecznie trzech bogów, raczej coś jakby chrześcijańska Trójca Święta. Znam również przypuszczenie biblistów, że monoteizm żydowski wykształcił się nie od razu: początkowo był to szczególny kult jednego (ale nie jedynego) boga: henoteizm. Niemniej nie ulega kwestii, że z czasem w ludzie żydowskim zaistniała idea monoteistyczna, Boga jedynego i stopniowo odczłowieczanego. Stopniowo: antropomorfizmów jeszcze w Biblii pełno, ale kierunek rozwoju jest taki, że Bóg staje się kimś absolutnie ponadludzkim, niewyobrażalnym, nawet właściwie niepoznawalnym. Rabin Schudrich powiedział „Gazecie Świątecznej", że „w judaizmie popularna jest tradycja, aby nie pisać, kim Bóg jest. Możemy tylko pisać, kim Bóg nie jest." To odpowiednik chrześcijańskiej „teologii negatywnej", niestety mało popularnej.

Barnaba i Paweł zetknęli się natomiast tu, w centralnej części Azji Mniejszej , z czystym politeizmem, nie zmąconym przez rozprzestrzeniony przecież szeroko judaizm. I próbowali owych pogan trochę ”zmonoteizować”. Nawiasem mówiąc przekład Biblii Tysiąclecia nie jest tu najlepszy: „Paulistka" tłumaczy jaśniej - „(Bóg) kiedyś zezwalał, aby wszyscy ludzie chodzili własnymi drogami. Jednakże nieustannie objawiał się przez dobro, które czynił".

Wszelako skłonności do ubóstwiania ludzi odzywają się także w samym sercu chrześcijaństwa. Widać to w kulcie maryjnym, choć o wiele mniej po Soborze Watykańskim II. Także w niebezpiecznym rozwoju katolickich pojęć na temat papieża, który z czasem stał się nie tylko monarchą absolutnym, także niemal czwartą osobą Trójcy. Noszoną w lektyce, całowaną w trzewik, wyrastającą niepomiernie ponad innych biskupów, nieomylną niemal w każdym słowie. Ten trend deifikacyjny też na szczęście został przerwany przez ostatni sobór, ciągle jeszcze jednak daleko do roli Piotra w Biblii; szczególnie w Liście do Galatów, gdzie Paweł opisuje, jak Piotra publicznie zganił - i ten obraz wszedł do Pisma Świętego!
Nasz podziw dla przyjaciół przeradza się czasem w jakąś dziwność. Pamiętam entuzjastyczną opinię pewnej pani na temat założycielski jej wspólnoty religijnej: - Ona niczym się nie różniła od Pana Jezusa! A kult ojca Rydzyka, oczywiście o wiele bardziej rozpowszechniony i bardziej niebezpieczny niż tamten entuzjazm...
Nie każdy przywódca duchowy ma taki stosunek do własnej osoby, jak Jan Paweł II, który balonik jej kultu przekłuwał, jak się dało.

Idea Boga, który nawet istnieje całkiem inaczej niż wszelkie stworzenia, to wciąż dla chrześcijan trudna abstrakcja.
PS. Wracam do wczorajszego fragmentu Dziejów Apostolskich: 9,26-31. Sporo tu ważnych wiadomości o Pawle z Tarsu. No właśnie - z Tarsu: napisałem parę dni temu, że w jego biblijnym życiorysie są białe plamy, na przykład pobyt w owym mieście rodzinnym, odległym od Jerozolimy. Nie napisałem jednak - bo nie przeczytałem uważnie wszystkiego, co się do Pawła odnosi - że do Tarsu wysłali go „bracia", jego nowi towarzysze w wierze. A zrobili to dlatego, że - czytamy we wczorajszym przydziale biblijnym - „rozprawiał z hellenistami, którzy usiłowali go zgładzić". Nie mogę się nadziwić, że nie akceptowali Pawła helleniści, bo - wyczytałem w „Encyklopedii katolickiej" - „byli to mówiący po grecku chrześcijanie pochodzenia żydowskiego, którzy interpretowali Torę bardziej swobodnie niż chrześcijanie pochodzenia żydowskiego mówiący po aramejsku". Nie sposób zrozumieć, czemu owi liberałowie byli tak napaleni na innego liberała. Chyba że pamięta się, iż najstraszniejsze spory bywają właśnie w rodzinie, że najokrutniejsze bywają wojny domowe. Albowiem poza poglądami czy innymi łącznikami bywają jeszcze inne czynniki, które dzielą potężnie. Tak bywa w rodzinie, w zakładzie pracy...

A w komentarzu Biblii Paulińskiej wyczytałem, że w Tarsie przebywał Paweł 10 lat! Jeśli ta hipoteza jest prawdziwa, to owa biała plama jest ogromna!

Na koniec parę słów o papieżu w Ziemi Świętej. Napisałem w „Gazecie Wyborczej", że Benedykt XVI powinien podczas tej pielgrzymki zrobić jakiś mocny gest profetyczny. Przypomniał mi się Paweł VI, który ukląkł przed odwiedzającym go w Watykanie prawosławnym metropolitą Melitonem, reprezentującym patriarchę Konstantynopola. Otóż BXVI mógłby uklęknąć przed Ścianą Płaczu czyniąc podobny gest pokornej skruchy.
15:06, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
niedziela, 10 maja 2009
Tylko dla skrupulatów, ale...
1 List Jana 3,20

„Bo jeśli nasze serce oskarża nas, to przecież Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko."

Ludzie nie są na jedno kopyto: jedni są sobie adwokatem i sędzią, prokuratora wyłączają z rozprawy. Drudzy z kolei wyłączają adwokata. Jedni nie przejmują się na przykład sprawą podatków, wykręcają, jak mogą, żeby zapłacić najmniej, drodzy wpadają w ciężką depresję, bo może kiedyś przypadkiem zapłacili za mało. Powyższe słowa Ewangelii są dla tych drugich, nie dla pierwszych.

Bóg jest jednak o tyle większy od naszego serca, że nawet gdy widzi podłą małość naszą lepiej niż my sami, osądzi nas miłosierniej niż my, gdy wreszcie spojrzymy na siebie uczciwie. Co nie znaczy, że nie czeka nas taki porządny rachunek sumienia. Jeśli nie tu na ziemi, to TAM, w stanie ducha słusznie czyśćcem zwanym.
14:17, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
sobota, 09 maja 2009
Jak wygląda Pan Bóg?

Ewangelia Jana 14,

„Kto mnie zobaczył, zobaczył także Ojca,"

Bardzo ważne słowa Jezusa, albowiem mamy w nich fundament teologii chrześcijańskiej. Bóg Ojciec jest taki, jak Syn. Nie jest tą samą Osobą, ale taką samą - są tej samej „natury", „istoty". Jaki był Jezus (jest! - przecież nie zmienił się w tej mierze po powstaniu z martwych)? Miłujący ludzi aż do śmierci za nich, otwarty duchowo szczególnie na tych z nas, którzy tego otwarcia szczególnie potrzebują, czyli na „celników i grzeszników". Bardziej szanujący człowieka niż szabat. Taki też jest Bóg Ojciec, bo taki jest Bóg chrześcijan. Bardziej miłosierny niż sprawiedliwy, a może raczej tak sprawiedliwy, że aż miłosierny.

16:02, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
piątek, 08 maja 2009
Kłopot z innością. Spór o świętego Stanisława

Ewangelia Jana 10,16.
Dzieje Apostolskie 20,28.29

„Mam także inne owce, które nie są w tej owczarni. I te muszę przyprowadzić, i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia i jeden pasterz."

Inność to jeden z głównych problemów ludzkich. Rozbijają się o nią małżeństwa, bo każda rodzina ma własne obyczaje, rozbijają się większe wspólnoty, religie dzielą zamiast łączyć. Każdy człowiek jest inny i to daje niesłychane bogactwo ludzkości, ale i jej potworne klęski. Intuicja duchowa religii Indii poszła w kierunku zatarcia odrębności jednostek i to jest droga etycznie dobra, ascetycznie pożyteczna, niemniej nie jesteśmy na jedno kopyto, nie ma rady.
I kopiemy każdego innokopytnego. Co dziwniejsze, właśnie w chrześcijaństwie, którego mit założycielski polegał na obaleniu jednorodności, na otwarciu na owce innej rasy. 
„Uważajcie na samych siebie i na całe stado, nad którym Duch Święty ustanowił was biskupami (...) Wiem, że po moim odejściu wejdą między was wilki drapieżne, nie oszczędzając stada".
Robię jednak taki ekumeniczny rachunek sumienia na marginesie tekstów przeznaczonych na dzień dzisiejszy Stanisława, biskupa, męczennika. Postać kontrowersyjna, odkąd tylko zaczęto o niej pisać, i dwie linie dziejopisarskie nie chcą się spotkać. Jam nie historyk zgoła, ale myślę sobie po laicku, że może prawda w tym sporze jest trochę po środku. Stanisław nie był żadnym zdrajcą, nie był jednak tylko obrońcą moralności. Jego spór z królem nie był walką państwa z Kościołem - jak łatwo było sądzić, gdy było ateistyczne i amoralne - bo to pojęcia dopiero współczesne: obaj, tak Bolesław, jak i Stanisław, byli możnymi feudałami, władcy świeccy byli też jakoś ludźmi Kościoła, Bożymi „pomazańcami" wręcz. Spór cesarza z papieżem (w którym zresztą Bolesław był po stronie papieża, Stanisław - trudno powiedzieć) był sporem wewnętrznym w jednej „christianitas", konflikt Bolesława ze Stanisławem tym bardziej: to był spór dwóch stronnictw politycznych. Profesor Henryk Samsonowicz uważa wręcz za prawdopodobne, że sąd kościelny pod przewodnictwem arcybiskupa Bogumiła potępił Stanisława, co zapewne ułatwiło królowi przeprowadzenie egzekucji. Co jednak nie znaczy z kolei, że oskarżenia moralne czynione przez Stanisława nie były uzasadnione ani - rzecz prosta - że należała mu się śmierć.
Na koniec polecam świetną książeczkę autora zawsze znakomitego: księdza profesora Jana Kracika tomik „Grzegorz VII". Seria „Wielcy ludzie Kościoła", Wydawnictwo WAM, Kraków 2005. Dużo tam a syntetycznie o władzy świeckiej i duchownej.

17:09, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
czwartek, 07 maja 2009
Pięta. „Przegląd Powszechny"
Ewangelia Jana 13,18

„Potrzeba, aby się wypełniło Pismo: «kto ze mną spożywa chleb, ten podniósł na mnie swoją piętę»".

Zacznę od pięty. Nie jest całkiem jasne, czemu właśnie ta część ciała jest w kulturze biblijnej symbolem zdrady. Cenny „Komentarz praktyczny do Nowego Testamentu" przypuszcza, że „może to aluzja do niesfornego wierzchowca bądź obraźliwy sposób siedzenia ze skrzyżowanymi nogami, których końce wskazują na przeciwnika, bądź manewr stosowany w walce wręcz. W każdym razie oznacza ono radykalną zmianę usposobienia i to bez powodu". Czyli zdradę podstępną - wyjaśnia „Encyklopedia katolicka".

Piętę na Chrystusa podniósł oczywiście Judasz. Ktoś tu mnie poprosił, bym napisał na jego temat. Nie rozwinę tematu (odsyłam znów do ks. Hryniewicza), tylko wyrażę przekonanie, że Judasz musiał przeżyć nawrócenie, jeśli się powiesił. Rozpacz nie jest cnotą, owszem, ale czy jest zawsze grzechem? W każdym razie psychologia dzisiejsza twierdzi, że nie można popełnić samobójstwa nie będąc w stanie skrajnej depresji, czyli samobójca nie odpowiada moralnie za swój czyn. A ja mu współczuję najmocniej zamiast o cokolwiek oskarżać. Owszem, Jezus powiedział o Judaszu, że lepiej by mu było, gdyby się nie narodził - ale wniosek stąd, że poszedł do piekła, jest nadinterpretacją. O „przesadyzmie" języka biblijnego pisałem tu nieraz.

Lektury: P jak pięta, ale też jak „Przegląd Powszechny". Polecam z kolei ten katolicki miesięcznik, osobliwie jego numer majowy, gdzie dużo o Unii Europejskiej. Na wstępie wywiad z Jerzym Buzkiem bardzo ciekawy (dzieło Jakuba Halcewicza-Pleskaczewskiego, pracownika tegoż „Przeglądu" oraz „Wyborczej.pl"). Wywiadowca pyta m.in. jak posłowie wybrani z list PO czują się w jednej frakcji w towarzystwie np. Alexandra Stubba, działacza gejowskiego (zresztą byłego już posła do Parlamentu Europejskiego). Odpowiedź: „Prezentujemy różne opinie, ale to, co nas łączy, jest głębsze od tego, co nas dzieli". Odważne słowa w Polsce ultrakatolickiej. Tak bardzo katolickiej, że aż nie bardzo...
12:53, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
 
1 , 2
Archiwum