Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
sobota, 31 maja 2008
Jak matka z matką
Ewangelia Łukasza 1,39

„Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy."

Dziś pamiątka odwiedzin, jakich dokonała Maria z Nazaretu u swojej krewnej Elżbiety, mieszkającej w Judei. Kiedyś to święto było 2 lipca, dzień imienin niektórych Marii, w ramach kościelnej rewolucji kalendarzowej przeniesiono je (święto) na koniec maja.

Ewangelia Łukasza opowiada o tej podróży jako jedyna. Rzecz została opisana dość malowniczo. Już pierwsze zdanie jest dynamiczne. „Wybrała się i poszła" - zamiast tej wersji Biblii Tysiąclecia można tłumaczyć: „powstawszy, wyruszyła". W każdym razie mamy tutaj ślad stylu hebrajskiego i aramejskiego, w którym są takie zwroty sugerujące ruch (też „obróciwszy się, rzekł").

Trzeba zresztą pamiętać, że podróż z Galilei do Judei to nie tylko sama odległość prawie stu kilometrów, ale też wspinaczka: Judea leży na wysokości prawie tysiąca metrów nad poziomem morza, Nazaret również na górkach, ale sporo niższych, zresztą drogi łączące te tereny to też nie równia pochyła. A Maryja ( zwyczajniej: Maria, użyte w oryginale aramejskie „Mariam", hebrajskie „Miriam") była w ciąży.

Chciała pogadać z krewną: ciotką czy kuzynką, nieważne, na pewno znacznie starszą od niej, bo długo czekającą na potomka. Obu Bóg przeznaczył los niezwykły. Obu niezwykły nie tylko dlatego, że obdarzenie synem było w ich przypadku mniej lub bardziej cudem. Synowie obu sami mieli być zupełnie niezwykli. Ewangelia Łukasza nie podaje, o czym rozmawiały Elżbieta i Maria, jeśli jednak dwa pierwsze rozdziały księgi nie są swoistą beletrystyką, jak można by uważać kierując się ostrym krytycyzmem biblistów, to można wyobrażać sobie, że nie patrzyły w przyszłość bez lęku. Urodzą ludzi wielkich - ale wielkość takowa nie gwarantuje spokojnego życia. Wiedziały przecież z Pisma, jaki jest los proroków.
11:42, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
piątek, 30 maja 2008
Święto pokornego serca

Ewangelia Mateusza 11,29-30

„Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię. Weźmijcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie"
.

Dziś katolicka uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Położę akcent na Jego wezwaniu: „Uczcie się ode mnie". Trzeba być cichy i pokorny sercem jak Jezus, żeby po cichu, bez użalania się znosić jarzmo życia. Inaczej jarzmo jest kwaśne a brzemię nielekkie.

Gdy wpadam w depresję i zaczynam histeryzować, myślę sobie nie tylko o krzyżu na Golgocie: także na przykład o niedoli pewnego mojego imiennika, który ma żonę umierającą na raka, jednego syna z białaczką, drugiego bardzo głęboko upośledzonego psychicznie, trzeciego w lęku, że i on padnie ofiarą nowotworu - a posadę za trzy tysiące. Wtedy łatwiej mi rozumieć, że mnie jęczeć nie wolno.

15:30, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 maja 2008
Noblesse oblige
List Piotra 2,9

„Wy zaś jesteście
wybranym plemieniem,
królewskim kapłaństwem,
świętym narodem,
ludem Bogu
na własność przeznaczonym"

Wziąłem przekład Tysiąclatki, ale przyjąłem od Poznanianki wierszowany układ graficzny (bo to może rodzaj hymnu). Poznanianka w przypisach zaznacza starotestamentalne pochodzenie tych superlatywów: honorowe tytuły przeszły na chrześcijan (choć nie zeszły z Żydów, bo - jak zaznaczył Paweł w Liście do Rzymian - Bóg nie cofnął swego wybrania).

Tak, jesteśmy uhonorowani, ale - jak mówią Francuzi - „noblesse oblige", czyli szlachectwo zobowiązuje. Musimy być szlachetni - nie ma rady.
13:58, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
środa, 28 maja 2008
Ewangelijna antyreklama

Ewangelia Marka 10,35-37

„Wtedy podeszli do Niego Jakub i Jan, synowie Zebedeusza, i powiedzieli: - Nauczycielu, chcemy, żebyś zrobił dla nas to, o co Cię poprosimy. On zaś zapytał: - Co chcecie, abym dla was zrobił? Oni odpowiedzieli: - Spraw, abyśmy zasiedli w Twojej chwale, jeden po prawej, a drugi po lewej stronie." Przekład ekumeniczny 11 Kościołów i Towarzystwa Biblijnego.

Według Mateusza (20, 20-21) było trochę inaczej, karierę synów usiłowała załatwić ich matka. Tak czy inaczej, Dwunastu poszło za Jezusem, porzuciło swoje sprawy, ale najwyraźniej liczyli niektórzy (i to ci wyróżniani przez Jezusa przy każdej okazji, czyli - wydawałoby się - dojrzalsi duchowo od innych), że im się to jakoś opłaci. Karierę można przecież zrobić także tam, gdzie Pan Bóg blisko... Tyle tylko, że gdy jest się naprawdę blisko Boga, ambicje są inne.

Zauważmy jednak tutaj też coś innego. Ewangelia nie jest zgoła balladą o heroizmie. Piotr zapiera się Mistrza, wiceszefowie Jego sztabu też nie od razu święci. Autoapologii dziwnie mało.

18:46, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
wtorek, 27 maja 2008
Trochę o nagrodach
Ewangelia Marka 10,29-30

„Zaprawdę powiadam wam: nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek i pól wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym"
.

„Zaprawdę" - tu w oryginale greckim słowo hebrajskie „amen" (a nie greckie „alethos"): pisałem już, że zaglądając do oryginału Biblii natrafiamy też na taką niespodziankę: znajomemu słowu „zaprawdę" odpowiada również znany nam dobrze, ale z innych kontekstów, termin „amen".

Tyle filologii, czas na teologię. Jezus mówi tu o stokrotnej nagrodzie już w tym doczesnym życiu, ba, nawet wśród prześladowań (Biblia Poznańska łagodzi: tłumaczy: „i ziemi z jej troskami" zamiast owych „pól wśród prześladowań"). Co to za nagroda?

Mówiąc po pogańsku, koło Fortuny obraca się i po wielu niepowodzeniach można odnieść zwycięstwo, dożyć wielkiego sukcesu już tu na ziemi. Ale człowiek święty za sukces uważa przede wszystkim zwycięstwo nad samym sobą, nad swoją potrzebą sukcesu pojętego „po ziemsku". Dla niego nagrodą jest czyste sumienie.

Co napisawszy, natychmiast pomyślałem sobie, że brzmi to okropnie okrągło. Czy można tak powiedzieć na przykład o Matce Teresie, sugerując przez to, że była szczęśliwa wśród umierających, podejmując potwornie ciężki trud opieki nad nimi? Przecież właśnie wtedy, gdy poświęcała dla nich wszystkie wygody, wszystkie „ziemskie" przyjemności, była pozbawiona również duchowego kontaktu z Bogiem. Przecież właśnie wtedy otaczała ją czarna noc mistyków. Nie miała wówczas chyba luksusu jakiegoś „czystego sumienia".
15:19, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 26 maja 2008
Misjonarze
Ewangelia Marka 10, 21

„Idź, sprzedaj, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem wróć i pójdź za mną".

Ewangeliczny ideał. Osiągalny? Może nie idealnie, ale naprawdę są ludzie doń bliscy.

Przyszedł mi na myśl najpierw ks. Bronisław Bozowski. Jego „synkowie", do których też się zaliczam, świętowali niedawno stulecie urodzin swojego Bronka. Napisałem tu o nim wtedy, a teraz mi się skojarzył, bo zaprawdę był „biedaczyną". Jakiekolwiek bogactwo  w ogóle go nie bawiło. Jakiekolwiek: zaszczyty kościelne również. Czuł się naprawdę powołany. Styl księży wyśmiewał, ale był księdzem całym sobą. Albo może inaczej: misjonarzem. Owszem, miał chyba jedną słabostkę: chciał być czasem wydrukowany. Pamiętam, że gdy kiedyś „Więź" nie przyjęła jakiegoś jego tekstu, dosyć się złościł. Ale rozłościł się jeszcze bardziej, gdy powiedziałem, że artykuł został zamówiony, więc mu zapłacimy; swój stosunek do pieniędzy określił wtedy dosadnie. No i prawdziwie właśnie.

Przyszedł mi na myśl również arcybiskup Henryk Hoser, mianowany właśnie biskupem warszawsko-praskim. Nie mogłem wręcz uwierzyć w tę  nominację! Był wymieniany, co prawda, jako kandydat najpierw na metropolitę warszawskiego, potem właśnie na biskupa Warszawy prawobrzeżnej - ale byłem niedowiarkiem. Szczególnie w tej drugiej sprawie. Rozumowałem tak. Nie pasuje do biskupów polskich, jako misjonarz w Afryce a potem w bardzo antyklerykalnej Francji ma całkiem inny styl duszpasterski, ma po prostu - co wiem od licznych jego znajomych - inną mentalność. Był jednym z trzech kandydatów, ale żeby to lepiej wyglądało, nie żeby go tutejsza hierarchia chciała. A poza tym - miałem takie „przecieki" - on sam nie chce. Bo niby dlaczego miałby chcieć? Wchodzić w ten cały kociołek polski, odchodząc z Watykanu, gdzie ma chyba spokojniejsze życie, a co więcej - bardzo wysokie stanowisko? Sekretarz watykańskiego „ministerstwa" to bardzo ważna osoba, niewiele mniej ważna niż szef (prefekt, przewodniczący). A Hoser był do tego sekretarzem kongregacji bardzo ważnej, nadzorującej wszystkich biskupów Afryki i Azji, ba, szefem  tzw. Papieskich Dzieł Misyjnych, dysponujących dużymi finansami. A tu przyszedłby, owszem, do stolicy, ale na jej jednak przedmieście, do diecezji, nie archidiecezji (choć tytułu arcybiskupiego oczywiście nie straci). Po co mu to?

Mógł się nie zgodzić? Podobno jednak mógł. Ale - tłumaczył mi to ks. Adam Boniecki - nie jest to absolutnie człowiek kościelnej kariery. Robi z zapałem (a przy tym bardzo mądrze), co mu jest zadane.
Może po prostu w całym tego słowa znaczeniu - misjonarz.
12:47, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
piątek, 23 maja 2008
Wspólnota wad
List Jakuba 5,9

„Nie złośćcie się, bracia, jeden na drugiego, abyście nie zostali osądzeni; oto sędzia stanął u drzwi".

Tym sędzią jest Bóg, ale też sami możemy posądzić się trochę - tylko właśnie siebie, nie brata swego. I zobaczyć własne wady, zadziwiająco podobne do cudzych...

Zawieszam pisanie na parę dni, bo mnie połamało i muszę poleżeć.
04:04, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
czwartek, 22 maja 2008
Czemu chleb, czemu wino?
Ewangelia Jana 6,51-58

Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa.

W biuletynie francuskim „Lettre" znalazłem przed laty interesujący tekst eucharystyczny niejakiego (niejakiej?) M. Querrien. Taka interpretacja jest oczywiście dyskusyjna i nie każdemu przypadnie do gustu. Tekst przetłumaczyłem i zamieszczam jednak tutaj jako przykład refleksji odwołującej się do pojęć i wartości współczesnego człowieka.

”Ten chleb uczyniony waszymi rękami jest moim ciałem, ciałem syna człowieczego, który ma śmiałość nazywać się Synem Bożym i bierze na siebie pełnią tego zobowiązania. Ja jestem tym chlebem, ponieważ we mnie streszcza się wszystko to, co w człowieczeństwie jest czymś więcej niż tylko bezpłodną chwilą, wszystko, co robią ludzie dla innych ludzi, wszystko, co robią po bratersku dla swoich braci. Wszystkie te akty twórcze, którymi krzepią siebie i innych wspinając się na szczyt, na którym oczekuje ich Bóg i który osiąga każdy z nich, odkąd On stał się dla swoich braci ludzkich, tak pokornie jak tylko można, wspólnikiem, współtwórcą, współrobotnikiem. Chleb ten jest produktem ludzkiej przemyślności, produktem ich pracy służącej wyżywieniu całej ziemi. Ja, Jezus, jestem tą pracą. Uczestniczycie w mojej naturze, gdy CZYNICIE -- a nie gdy JESTEŚCIE -- i gdy to, co czynicie, pomnaża wolność, możliwości działania, twórczość.  (...) Jeden dla wszystkich i wszyscy dla jednego -- oto, co symbolizuje ten znak chleba, produkowanego, rozdzielanego i spożywanego podczas braterskiego posiłku, znak, który dokonuje się poprzez rozwój, poprzez przyrost twórczości -- skoro tylko jest ożywiony duchem pokoju.

Zaprawdę jednak, ludzie nie są wcale aniołami: mieszka w nich sprzeczność. To, co po bratersku produkują, powoduje ich cierpienie. Wino, które jest produktem ich pracy, przeznaczonym dla całej ziemi, wyobraża także krew, którą trzeba wylać w ten czy inny sposób, jeśli się naprawdę kocha swoich braci i jeżeli z całych sił dąży się do ich wyzwolenia  zgodnie ze swoim powołaniem. Oto dlaczego krew twórcza ludzkości, ludzkości, którą ja zawieram w sobie, spełniając swoje powołanie Syna Bożego, zostanie pod postacią wina wylana na odpuszczenie grzechów. Czyli po to, żeby mimo wszystkich wad człowieka odzyskać go, odbudować i podnieść do wolności, do obcowania ze wszystkimi jego braćmi i z ich wspólnym Ojcem. Po to, żeby go podnieść do boskości. Gdy więc będziecie łamali chleb, gdy będziecie nalewali wino, pamiętajcie, że zawiera się w nich praca ludzka, która -- poprzez zwycięstwa i klęski, poprzez radość i cierpienie -- służy stwarzaniu świata, stwarzaniu, którego Bóg oczekuje od naszej wolności.”
13:19, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 21 maja 2008
Anonimowy egzorcysta
Ewangelia Marka 9, 38

„Odezwał się Jan: - Mistrzu, widzieliśmy kogoś, kto wyrzucał demony w imię Twoje, a nie chodzi z nami; staraliśmy się mu przeszkodzić, bo z nami nie chodzi".

Bardzo ciekawy passus.

Nie powinno dziwić, że odezwał się tak właśnie Jan. Że znany nam ze słodyczy swoich wezwań do miłości umiłowany uczeń Mistrza jest tu tak ciasny duchowo i jakby zawistny. Nie powinno dziwić, bo przecież to Jan wraz ze swym bratem Jakubem dopominał się u Jezusa o poczesne miejsce w Królestwie Niebieskim! No cóż, apostołowie rozwijali się duchowo - i tyle.

Ciekawsze jest coś innego. Otóż niedługo przedtem Marek podaje, że uwalnianie od demonów było wyczynem bardzo trudnym, uczniowie Jezusa nie dawali rady. A tu występuje jakiś duchowy mocarz, co dziwniejsze - anonimowy: nic o nim poza tym nie wiadomo. Jakiś uczeń Jana Chrzciciela? Uczniowie tego proroka - czytamy w Dziejach Apostolskich 18 i 19 - dotarli aż do Efezu, było ich zatem chyba sporo, a w każdym razie byli dynamiczni, więc może mógł być wśród nich jakiś egzorcysta potężny?
17:17, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
wtorek, 20 maja 2008
Być ostatnim
Ewangelia Marka 9,35

„Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich".

Nie rozpychać się. Nie przechwalać się. Siedzieć cicho, gdy inni mówią jeden przez drugiego. Słuchać największych gadułów i nudziarzy, takich, co gdy nawet zapytają, to zaraz sami sobie odpowiadają, dla których mówienie jest wręcz potrzebą fizjologiczną, i jeszcze udawać, że to bardzo ciekawe, podtrzymywać rozmowę, choć kusi milczenie. Oczywiście nie pchać się do władzy i zaszczytów. A jednocześnie mieć poczucie odpowiedzialności nie tylko za siebie. Mieć odwagę cywilną, by powiedzieć swoje zdanie, gdy słychać chór głosów przeciwnych. Odezwać się w dyskusji, choć przedmówcy tak plotą, że odechciewa się wszystkiego. Wykazywać inicjatywę, choć paraliżuje wrodzona nieśmiałość albo i starcza depresja.

Służyć nie znaczy siedzieć w kącie i tylko patrzeć. Sługa jest bardziej czynny niż pan. Pół wieku temu w środowiskach katolickich modne było słowo „angażować się". Modne, ale i  mądre. Być ostatnim, sługą - owszem, ale mądrym. Bo też Ewangelia znaczy też roztropność.
13:56, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 19 maja 2008
Kto jest mądry
List Jakuba 3,13-18

13. Któż z was jest mądry i posiadł wiedzę? Niech w pokorze mądrości pokaże dobrym postępowaniem swoje uczynki.
14. Jeśli jednak gorzką zazdrość i żądzę sporu w sercach swoich macie, to nie wynoście się nad innych i nie występujcie przeciw prawdzie.
15. Nie jest to mądrość przychodząca z góry, lecz ziemska, zmysłowa, demoniczna.
16. Bo gdzie jest zazdrość i żądza sporu, tam nieład i wszelka zła sprawa.
17. Mądrość zaś z góry jest najpierw czysta, następnie pełna pokoju, wdzięczna, uległa, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, nie osądzająca, nieobłudna.
18. Owoc zaś sprawiedliwości w pokoju siany jest dla tych, co czynią pokój.

Znów List Jakuba. Całkiem to inne pisarstwo niż Pawłowe. Mam na myśli przede wszystkim to, że autor tej książki o wiele mniej jest niż Paweł teologiem. Tamten był myślowym rewolucjonistą, tworzył teologię różną od starotestamentalnej, nie tylko zresztą inną teologię, coś więcej: inną doktrynę. W Liście Jakuba oczywiście doktryna jest też nowa, mowa jest o Jezusie Chrystusie, który jest Panem, a znaczy to, że uczestniczy w Bóstwie, bo w Starym Testamencie Pan to Jahwe - ale autor zajmuje się głównie konsekwencjami tej wiary, czyli etyką. Napomina, moralizuje.

W tekście dzisiejszym wychodzi się od pojęcia mądrości, które panowało wtedy w myśli hebrajskiej i helleńskiej, i pyta się, któż jest mądry. Odpowiedź jest, można by rzec, ogólnoludzka: mądry, kto dobry. Zazdrosny na pewnie nie: oj, ta zazdrość... Jest w nas jakaś „nienasycalna" żądza wartości powierzchownych: im więcej mamy, tym więcej chcemy. Bo przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto od nas bogatszy.

Żądza sporu. Przyczyna kościelnych rozłamów również. Dzisiejszy fragment Biblii przepisałem z przekładu moich biblistów trzech wyznań („bandy czworga", jak nas nazywam, żeby było zabawniej). Mianowicie przed publikacją Dziejów Apostolskich i Listu do Rzymian w Bibliotece „Więzi", List Jakuba (wraz z Listem Judy) wydał nam pan Ryszard Tomaszewski, ewangelik, więc sposób zapisywania tekstu był tradycyjnie ewangelicki: każdy werset jako osobny akapit. Jak widać na powyższym obrazku... Na szczęście nie jest to po żadnej stronie  konfesyjny dogmat.

PS. Patrzę pilnie na serial „Ranczo" z obowiązku zawodowego: chcę wiedzieć, jak wygląda mój rzymskokatolicki Kościół w programie tak masowo oglądanym. No i mam wrażenie, że nie wygląda źle. To znaczy po pierwsze, że jego tamtejszy obraz nie jest karykaturą ani, przeciwnie, słodkim oleodrukiem. Oczywiście są uproszczenia - na przykład nie ma chyba w Polsce takich fanatycznie ascetycznych wikarych - ale to przecież komedia, nie dramat psychologiczny Po drugie, Kościół tam nie wygląda źle w tym sensie, że jego księża nie są przedstawieni jako moralnie najgorsi, są lepsi niż postkomunistyczny wójt i inni mieszkańcy Wilkowyj. Cieszę się też, że zwyciężyła na plebani opcja sensowna: nie pochwalać grzechu, ale grzeszników traktować po ludzku, zauważając także ich duże cnoty. Kościół trochę otwarty...

Naturalnie oglądam też „Ranczo" dla relaksu, rozrywki chyba godziwej, podziwiając aktorów zaprawdę genialnych.
14:10, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
niedziela, 18 maja 2008
Trzech w Jednym
2 List do Koryntian 13,13

„Łaska Pana, Jezusa Chrystusa, miłość i udzielanie się Ducha Świętego  niech będzie   z wami wszystkimi".

Uroczystość Najświętszej Trójcy. Końcówka tej Pawłowej księgi jest jednym z biblijnych dowodów na bardzo wczesną wiarę w trójosobowość Boga, choć nie używano jeszcze  terminu ”Trójca”, który wprowadził dopiero Tertulian (II-III wiek). Pisałem tu niedawno o dojrzewaniu wiary w Ducha wśród Żydów już w czasach przedchrześcijańskich. Podobnie było ze Słowem, Logosem: ówczesna myśl helleńska przygotowywała chrześcijańskie przekonanie, że to też osobna Osoba.

Tak to powstawała wizja boskiej syntezy Jedności z Wielością.
16:13, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
sobota, 17 maja 2008
”Język bezcześci ciało”
List Jakuba 3,1-10

Barwny opis strasznych szkód, które może wyrządzić główny organ mowy. Dodam od siebie, że język potrafi napsuć okropnie nawet wtedy, gdy nie chcemy nikomu dokuczyć, tylko paplamy, ile wlezie. Albowiem mowa jest srebrem, ale milczenie złotem. Więcej szkód bywa z głupiego gadania niż z „milkliwości", choćby nawet ponurej.
12:16, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 16 maja 2008
Bobola, czyli ból rozłamu
1 List do Korytian 1,10-11

„Błagam was, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście wszyscy mówili to samo i aby nie było wśród was rozłamów. Żyjcie w zgodzie, bądźcie wszyscy tej samej myśli i tego samego zdania. Bracia  moi! Powiadomili mnie o was ludzie Chloe, że są wśród was spory”.

Tłumaczenie Biblii Poznańskiej. Zamiast wzruszającego „błagam" Tysiąclatka ma „upominam", a przekład ks. Remigiusza Popowskiego i Michała Wojciechowskiego - „zachęcam". Tak czy inaczej wołanie Pawła okazało się przysłowiowym głosem na puszczy. Jeśli już w samym zalążku Kościoła były rozłamy, to i przez następne wieki nie mogło ich brakować.

Dziś Kościół rzymskokatolicki w Polsce wspomina liturgicznie mianowanego patronem Polski Andrzeja Bobolę, który był właśnie ofiarą rozłamu. Niezależnie od wszystkich różnic w poglądach na tego „duszochwata" - prawosławni oceniają go źle - wydaje mi się oczywiste, że gdyby nie śmiercionośny spór chrześcijańskiego Wschodu z Zachodem, Bobola nie zostałby zabity. Po obu stronach była pogarda, a nieraz i nienawiść.
Nie chodzi nawet o to, by mówić to samo - dyskusja bywa twórcza - ale by nie wściekać się na dyskutanta i nie walić go swoją wiarą w łeb.
14:13, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
czwartek, 15 maja 2008
Jak siebie samego
List Jakuba 2,1-9

Oto mamy na dzisiaj fragment listu, którego autorstwo jest kwestią skomplikowaną.

Po pierwsze nie jest pewne, czy napisał go faktycznie Jakub, mówiąc językiem dzisiejszym, biskup Jerozolimy, osoba bardzo ważna w całym pierwotnym Kościele. Księga „jest prawdopodobnie zbiorem napomnień utrwalonych na piśmie przez palestyńskich chrześcijan pod nadzorem Jakuba" („Encyklopedia biblijna").

Po drugie, jeśli nawet napisał go sam Jakub, to nie wiadomo, który. Potocznie sądzi się, że w pierwszym Kościele było dwóch ważnych Jakubów: zwany starszym, „większym", syn Zebedeusza i brat Jana, oraz młodszy, „mniejszy", syn Alfeusza. Mogło być jednak trzech. „Brat Pański", figurujący jako autor tej księgi Nowego Testamentu, nie musiał należeć do Dwunastu jako Jakub młodszy, mógł stać się gorącym zwolennikiem Chrystusa dopiero po Jego śmierci, przedtem należąc do Jego sceptycznych krewnych (braci rodzonych, przyrodnich, kuzynów?).

I ostatnia wątpliwość, ta już miniona, czy list włączyć do kanonu. Na Zachodzie chrześcijańskim (Wschód był mniej sceptyczny) nastąpiło to po długich dyskusjach dopiero pod koniec IV wieku, a wątpliwości odżyły za czasów Reformacji. Protestantom nie podobał się akcent położony na uczynkach, jakoby deprecjonujących wiarę (2,14-26) i jakoby będący polemiką z teologią Pawłową. Dziś jednak protestanci mają tę księgę w swoim kanonie i chyba można powiedzieć, że między nauczaniem Pawła i Jakuba jest tylko różnica akcentów. Paweł miał na myśli nie tyle etykę, czynną miłość bliźniego, ale „legalistykę", przepisy rytualne. Mówiąc inaczej, zajmował się mocno intencjami, a Jakub raczej samym działaniem.
W przepisanym na dzisiaj fragmencie księgi autor nawołuje do równego traktowania bogatych i biednych. Cytuje przykazanie „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego", nazywając go królewskim (czyli bardzo ważnym, a nie obowiązującym tylko ważnych...). Przypomniała mi się w tym miejscu Irena Sendlerowa, osoba daleka formalnie od Kościoła, ale miłująca bliźniego nawet bardziej niż siebie samego, gdy sama narażała się na śmierć, ratując tysiące żydowskich dzieci.
 Albo lepiej: miłowała siebie samą najgoręcej jak można, bo rozumiała znakomicie, że kto zgubi życie swoje, ten je odnajdzie. Odnajdzie się blisko Miłości.
13:29, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
środa, 14 maja 2008
W kółko Macieju
Dzieje Apostolskie 1, 15-17, 20-26

Dziś święto, bo dzień Apostoła (przez duże „A", czyli należącego do Dwunastu). Co prawda - Macieja, który nie należał do tuzina wybranego osobiście przez Jezusa, dostąpił tego zaszczytu później, bo mu zrobił miejsce Judasz; niemniej stał się jednym z fundamentów Kościoła. Fundamentu, co prawda, nie zawsze widać, o Macieju wiemy minimalnie, w każdym razie z Pisma Świętego. Tylko tyle, że był za życia Chrystusa Jego uczniem, towarzyszył Mu od Jego chrztu w Jordanie aż do wniebowstąpienia, zapewne (ale to już nie aksjomat biblijny) należał do 70 (72) uczniów rozesłanych przez Mistrza w celach ewangelizacyjnych.

Co innego - pisma pozabiblijne, apokryficzne. Istniała jakaś ”Ewangelia Macieja”, powstała w II wieku, ale co w niej było, niemal nie wiemy, bo zaginęła. Co gorsza, nazywana jest różnie, bo imiona Maciej i Mateusz są w grece jeszcze podobniejsze, więc nie jest pewne, czy wiadomości o dziele lub cytaty z niego są Maciejowe czy Mateuszowe. Żeby było jeszcze niepewniej, w chrześcijańskiej tradycji piśmienniczej mówi się o dwóch tekstach przypisywanych Maciejowi, też o jego „Tradycjach" („Przekazach"), choć dzisiejsi uczeni na ogół je utożsamiają.

Według paru tamtoczesnych krytyków chrześcijańskich było to dzieło /dzieła/ w duchu gnostyckim. Ks. Marek Starowieyski w swoim trzytomowym wydaniu apokryfów cytuje takie zdanie Klemensa Aleksandryjskiego: „Podobno również Maciej tak nauczał, że trzeba walczyć z ciałem i lekceważyć je, w najmniejszym zaś stopniu nie folgować jego pragnieniu rozkoszy, lecz stosować karę, duszę natomiast rozwijać za pośrednictwem wiary i poznania". To mi przypomina dowcip zasłyszany na KUL-u, że należy dbać raczej właśnie o ciało, bo dusza jest nieśmiertelna...

A wracając do ksiąg księdza Starowieyskiego, to cytuje on również starożytne „dementi", że Maciej nie głosił wcale poglądów gnostyckich, choć mu są przypisywane. Na szczęśnie nie głosił! Pogardy ciała dosyć w chrześcijaństwie - choć w okołochrześcijańskim świecie laickim folgowania natomiast brak.

O Macieju czytamy również oczywiście w scjencji pełnej  KUL- owskiej „Encyklopedii Katolickiej". Np. to, że jego ciało znalazła matka Konstantyna Wielkiego Helena w Egipcie lub Judei i przewiozła do Rzymu (obecnie miałoby być w bazylice Santa Maria Maggiore); tylko możliwe, że jest to ciało innego Macieja, biskupa Jerozolimy z II w. Na prośbę Heleny papież Sylwester I przekazał relikwię głowy Macieja do Trewiru, inne części jego ciała znajdują się w kościele S. Giustina w Padwie, a jeszcze inne są czczone w Kolonii  i w Pradze. Ale co o relikwiach sądzić należy, pisałem tu już sporo.
18:14, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 maja 2008
Czwarta tajemnica fatimska?
Ewangelia Marka 8,14-21

Uczniowie spostrzegli się, że nie mają chleba, więc Jezus przypomina im dwa swoje cuda rozmnożenia tej strawy; tematem perykopy jest jednak raczej nie tyle nerwowa troska o żołądek, ile przestroga przed chlebowym kwasem  faryzeuszy i Heroda, oczywiście zatrutym.

Cuda... Wydawnictwo Literackie wydało właśnie książkę (w dobrym przekładzie Barbary Piotrowskiej) na dzisiejszy dzień Maryjny, czyli o Fatimie. W tej miejscowości portugalskiej przed 89 laty wydarzały się cuda mające swoją aktualność do dnia dzisiejszego. O różnych sprawach związanych z tamtym ujrzeniem Maryi przez troje dzieci rozmawiają obecny sekretarz stanu, czyli kardynał Tarcisio Bertone, z dziennikarzem włoskim Giuseppem di Carli. Mówią sporo o siostrze karmelitance Łucji dos Santos, jednej z tamtych pastuszków, która dożyła prawie do naszych czasów (zmarła w r. 2005). Prawie 90 lat była świadkiem wydarzeń i tekstów wielce sensacyjnych.

Książka jest ważna i ciekawa, nie piszę jednak recenzji ani streszczenia, tylko wynotuję, co mi się wydało nowe w tej głośnej sprawie i wokół niej.

Trochę wiadomości o owych dzieciakach. Oczywiście zgoła nieuczone, lat dziewięć, dziewięć i siedem. Hiacynta i Franciszek zmarli parę lat po wizjach: po wojnie szalała grypa hiszpanka i inne choróbska. Franciszek był chyba najpobożniejszy. To on sformułował modlitwę, która na stałe weszła w skład różańca, odmawiana między dziesiątkami „Zdrowasiek": ”O mój Jezu, przebacz nam nasze winy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia".

Co do kardynała Tarcisiego: jest on głównym kościelnym „fatimologiem", bo jako legat papieski kilkakrotnie spotykał się w klasztorze w portugalskiej Coimbrze z Łucją. Owe wizyty były po to, żeby wyjaśnić definitywnie kwestię rzekomo zatajonych przed światem fragmentach „trzeciej tajemnicy fatimskiej". Stało się mianowicie tak, że Jan Paweł II postanowił ujawnić ów szczególny dokument i potrzebował od Łucji jego ostatecznej interpretacji. Kardynał chciał od zakonnicy uzyskać potwierdzenie, że nie istniały żadne inne części „tajemnicy" oraz inne jej zapiski dotyczące tej sensacyjnej sprawy.
Z owym dokumentem było tak, że został przez Łucję przekazany do Watykanu w r. 1957, starannie zapieczętowany, przeznaczony tylko dla papieża. Pius XII najprawdopodobniej nie zdążył jej przeczytać, zrobił to dopiero Jan XXIII, którego nie przejęły. Co mnie nie dziwi, mistykiem nie był, ojciec Pio go drażnił, był nastawiony oczywiście na modlitwę i przemianę własnej duszy, ale nadzwyczajności duchowych nie lubił. Przeczytał potem Paweł VI, też postanowił nie publikować. Takiego również zdania byli chyba kolejni szefowie Kongregacji Doktryny Wiary. Zmiany dokonał dopiero Jan Paweł II, bo tekst „tajemnicy" skojarzył mu się z jego przeżyciem dokładnie w rocznicę tamtego fatimskiego wydarzenia (był tak bliski śmierci, że - czego nie wiedziałem - postanowiono  przygotować komunikat, że już nie żyje).

Jak chyba Czytelnikom (-czkom) wiadomo, w tekście „tajemnicy" występuje „biskup odziany w Biel", który tam zostaje zamordowany. Papież nosi białą sutannę, ale ocalał, więc to prawdziwe proroctwo czy nie? Bertone, tak jak i ówczesny kardynał Ratzinger w obszernym i ważnym teologicznie komentarzu, tłumaczą, że proroctwo to nie tyle bezbłędna wizja przyszłości, ile ostrzeżenie przed tym, co może się stać, gdy ludzie się nie nawrócą (taki jest zresztą sens prorokowania w Piśmie Świętym). Chcę tu w ogóle od razu powiedzieć, że cały wydźwięk doktrynalny książki bardzo mi odpowiada, bo niejako obniża rangę objawień prywatnych. Ratzinger powiada nawet, że „przyjęcie objawień prywatnych przez wiarę powszechną nie jest obowiązkowe, nie jest nawet możliwe". Chyba znaczy to, że mogę traktować różne szczegóły albo i całość wydarzenia fatimskiego ze sporym dystansem. A czynię tak dlatego, że nawet objawienie publiczne, czyli biblijne, też jest przecież ważne jako przesłanie Dobrej Nowiny, a nie reportaż historyczny. Nawet tam podmiot widzący wnosi swój poważny wkład interpretacyjny.

Zarazem jednak książka dostarcza sporo wiadomości potwierdzających szczegóły Maryjnego objawienia. Ot, choćby ów, że pastuszkowie nie mogli wymyślić sobie słów Maryi na temat nawrócenia Rosji, bo nie słyszeli o takim kraju: Franciszek myślał, że chodzi o oślicę wujka, co zwała się Russa....
Prawdziwość podobnych szczegółów to problem, ale poniekąd większy jest z tym, czy sprawa została zakończona na płaszczyźnie zgoła naturalnej: czy wszystko zostało przez Kościół ujawnione?

Dziennikarz Antonio Rossi (i nie tylko on, też jakiś ksiądz „fatimista", ojciec Nicholas Gruner.) jest innego zdania: że jeszcze jedna tajemnica, czwarta, została przekazana papiestwu w innej kopercie i zapowiada, że Rzym utraci wiarę i stanie się siedzibą Antychrysta. De Carli o to pyta, a Bertone odpowiada, że to „czyste brednie, wymysł typowy dla dawnej masonerii". Powołuje się na zaprzeczenie Łucji, ale De Carli mówi rzecz dziwną: „Kardynał Alfredo Ottaviani twierdził, [w czasie, gdy pół wieku temu tekst dotarł do Rzymu}, że trzecia tajemnica była zapisana odręcznie na jednej kartce i liczyła dwadzieścia, dwadzieścia pięć linijek, podczas gdy część zaprezentowana w Stolicy Apostolskiej 26 czerwca 2000 r. liczyła 62 linijki zapisane na czterech kartkach." Na to jednak właśnie kardynał zaklina się, że winna jest tu mentalność masońska...

Co do mnie, masonem nie jestem, już raczej Żydem (pradziadek czystej krwi semickiej), ale chyba dziennikarzem kiepskim, bo ta faktograficzna sprawa podnieca mnie średnio. Jeżeli nawet Biblia jest nieomylna inaczej, to nie przejmuję się pytaniem, czy wizjonerzy nie przekazali jednak czegoś więcej - i to brzydkiego na temat Rzymu. Ciekawsze są dla mnie w książce np. informacje, czy różaniec jest nabożeństwem liturgicznym (według Pawła VI jednak nie całkiem, według ”Katechizmu Kościoła katolickiego" to religijność ludowa, tak jak pielgrzymki i relikwie, według Jana Pawła II -  coś poważniejszego). Czy Maryja jest Współodkupicielką (co by wynikało z orędzia fatimskiego, jednak kongregacja doktrynalna ma opory, „zwłaszcza ze względu na dialog ekumeniczny"). Co myśleć o Medjugorje, objawieniach Maryjnych nieuznanych, ale i nieodrzuconych przez Watykan (tylko przez biskupa miejscowego)? No i analiza psychoteologiczna objawień prywatnych: jak się one dzielą (Ratzinger przedstawia aż trzy kategorie)? Rola Rosji w tej całej sprawie, także Holocaustu, wreszcie islam: niektórzy muzułmanie twierdzą, że Fatima to przecież święta ich religii, córka Mahometa (matka Jezusa co prawda też u nich święta), więc przywłaszczyliśmy sobie ich dobro duchowe.

I sporo różnych wiadomości, ważnych dla tych, którym nie tylko lustracja i in vitro w głowie!
17:57, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 12 maja 2008
Jezus frasobliwy. Bozowski. Dekalog
Ewangelia Jana 2,1-11 albo 19,25-27

Uroczystość Zesłania Ducha Świętego, podobnie jak Boże Narodzenie i Wielkanoc, jest dwudniowa. Podobnie jednak, jak Boże Narodzenie, ma drugi dzień poświęcony również od  1964 r. innej osobie. Dzisiaj jest nią Matka Jezusa jako Matka Kościoła. Można czytać ewangelię opowieść o interwencji Maryi podczas wesela w Kanie Galilejskiej albo o oddaniu Jej pod opiekę Janowi.

Opowieść pierwsza pełna jest problemów. Zagadkowa jest  w ogóle odpowiedź Jezusa na prośbę Maryi, by uczynił cud rozmnażania wina. Można by sądzić, że jest chłodna - jak na to, że mówi to syn do matki, a raczej że mówi to Syn Boży, człowiek bez grzechu.

Zacznijmy od nazwania rodzonej matki niewiastą. Otóż trzeba uwierzyć biblistom, którzy tłumaczą, że nie było w tym żadnego dystansu: podobnie Jezus zwrócił się do Maryi z krzyża w rozdziale 19, a przecież tamta sytuacja wykluczała brak szacunku i serdeczności. Po prostu tak wtedy zwracano się do matki, by okazać jej właśnie szczególną cześć.

Większy problem jest z całym zdaniem: „Co mnie i tobie, niewiasto?" Znaczy ono na pewno: „Co mamy z tym wspólnego?" Brzmi to też trochę chłodno, wobec biesiadników również, zamiast jednak dowodzić, że tak nie było, jak komentuje np. Biblia Poznańska, proponuję prostą interpretację również zdania następnego, brzmiącego dosłownie „Jeszcze nie nadeszła godzina moja". Po prostu Jezus nie miał ochoty debiutować jako cudotwórca. Nie był żądny chwały i sławy, więcej nawet: przewidywał, jaki będzie Jego los jako kogoś wyrastającego ponad pełne samouwielbienia i zazdrości elity żydowskie. Wiedział, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Nie odmówił w końcu, bo zawsze spełniał wolę Ojca, ale możemy sobie wyobrazić, jak bardzo frasobliwy siedział wśród weselących się biesiadników.

PS. Dziś 100 lat minęło od dnia, w którym przyszedł na świat ks. Bronisław Bozowski, jeden z najwybitniejszych polskich duszpasterzy może nie tylko współczesnych: w ogóle jeden z najwybitniejszych. W każdym razie - najoryginalniejszych.

Syntetycznie napisałbym tak: absolutnie nie był „księżowski", a jednak był księdzem totalnie. Owszem, wszystko robił na to, żeby nie kojarzyć się z tą grupą społeczną, stanem kapłańskim, by nie rzec - kastą. Wygłupiał się nieustannie właśnie po to, żeby zlikwidować dystans do swoich „owieczek", których miał tysiące, i to z najróżniejszych środowisk: od profesora uniwersytetu do chuliganka. A jednocześnie był cały, absolutnie cały - księdzem, dusz-pasterzem, łowcą dusz.

Był nastawiony bardzo - jak na tradycyjną Polskę -  reformatorsko, dojrzewał duszpastersko we Francji. Był - także jako spowiednik, co wiem jako jego penitent - nastawiony na dialog, wzajemne uczenie się z rozmówcą. A równocześnie nie było w nim nic z nowinkarskiej płycizny, nalegał twardo, by Boga i bliźniego traktować na serio.

Polecam książki na jego temat: właśnie wydany przez „Bernardinum" tom wspomnień o nim pt. „Będę się do was zawsze uśmiechał", biografię ks. Jana Pałygi „Proboszcz niezwykłej parafii" (Pallottinum) oraz tomiki zbierające jego własne teksty: „Świeccy wielcy i nieznani" oraz „Kazania (nie) zwykłe" (oba wydane przez Apostolicum). Można o te książki pytać także chyba w kościele Sióstr Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu (koło uniwersytetu), gdzie pasł dusze lat wiele.

Ta rocznica jest dzisiaj. A przedwczoraj w Toruniu świętował 50-lecie tamtejszy KIK. Jeden z jego kolejnych prezesów opowiadał, jak doszło do partyjnego pozwolenia na otwarcie tej katolickiej placówki (chętnych klubów była bodaj setka, pozwolono wówczas tylko na pięć). Otóż na fali popaździernikowego krytycyzmu jakiś student zaproponował publicznie, żeby bydgoską wojewódzką wierchówkę partyjną „zdefenestrować", i nastrój uspokoił dopiero profesor Karol Górski, katolik wierny przykazaniu „Nie zabijaj". Wdzięczna PZPR zaproponowała mu wtedy fotel poselski, ale odmówił, prosząc natomiast, żeby mógł powstać w Toruniu Klub Inteligencji Katolickiej. Był ten KIK potem prześladowany, zamknięty, znów otwarty - ale istnieje do dzisiaj. Niech żyje on sam - i Dekalog!
17:47, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 maja 2008
Duch Nieporządziuch
Dzieje Apostolskie 2,1-11

Wybrałem ten tekst z mnóstwa innych (jest też msza wigilijna), bo dotyczy dokładnie wydarzenia, które dziś liturgicznie wspominamy, mianowicie zesłania na Dwunastu Ducha Świętego.

Trzecia Osoba Trójcy jest częstym bohaterem Biblii. Toczy się nawet między teologami spór, czy nie pojawia się już w Starym Testamencie. Chodzi w szczególności o zdanie z samego początku Pisma Świętego, że „Duch Boży unosił się nad wodami" (Księga Rodzaju 1,2). W opracowanej przez Stanisława Marię Kałdona OP antologii różnych „Duchowych" tekstów pt. „Przyjdź, Duchu Święty" (Astraia, Kraków 2008) czytamy o tej różnorodności opinii. Ale jest tam również informacja, że „znaczna większość współczesnych egzegetów katolickich, opierając się na tekście hebrajskim, widzi tu jedynie uosobioną moc Bożą („Bożą Obecność" w nowym tłumaczeniu żydowskim), porządkującą chaos i wyprowadzającą zeń świat zorganizowany a zwłaszcza życie." Uosobioną, ale nie będącą ”osobną” Osobą. Blisko też było myśli starożytnych Żydów do uznania Ducha Bożego za odrębną Osobę, gdy wysławiano Mądrość Bożą - ale decydujący krok nastąpił dopiero w myśli chrześcijańskiej.

W Nowym Testamencie Bohater dzisiejszy nazywany jest w pismach Janowych ”Parakletos”, co tłumaczy się czasem na polski po prostu jako „Paraklet". Chodzi o to, że termin ten ma dość różne znaczenia. W myśli świeckiej, pozabiblijnej to właściwie „adwokat", a w Piśmie Świętym Orędownik, Obrońca, Rzecznik. Ale też Ożywiciel (encyklika Jana Pawła II „Dominum et Vivificantem"), Uświęciciel, Oświeciciel. W książce księdza Kałdona jest modlitwa Papieża, o której można by powiedzieć, że zbiera te różne role Ducha:
”Prosimy Cię, Duchu Święty, abyś poszerzył pragnienia naszego serca i żebyś napełnił je tym, czego nasze serca pragną, co jest treścią naszych próśb, jakie mogą pochodzić z naszych serc, nawet jeśli może nie znajdujemy słów, które byłyby odpowiednie.

Tak, prosimy, abyśmy byli coraz bardziej narzędziami zbawczej woli Boga, Jego życzenia jedności i królestwa: przyjdź, królestwo Twoje!

Duchu Święty, Duchu Zielonych Świąt, wspomagaj nas w wyjaśnianiu tego, co niepewne, w ogrzewaniu tego, co letnie, w wyświetlaniu tego, co ciemne, abyśmy wobec świata byli autentycznymi i szlachetnymi świadkami miłości Chrystusa, ponieważ »nikt nie może żyć bez miłości»". Amen.

Duch jest jeszcze kimś, mianowicie rewolucjonistą. Przysłowiowe jest niemal zdanie z Ewangelii Janowej (3,8). Cały werset jest taki: „Duch wieje, dokąd chce, i głos Jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd idzie. Tak jest z każdym zrodzonym z Ducha."

Jest tu problem transatorski: Duch czy wiatr? W grece jedno i to samo „pneuma" (tchnienie), w łacinie też świecko brzmiący „spiritus". Tak czy inaczej, mamy tradycyjne przekonanie, że Trzecia Osoba specjalizuje się w ruchu, zmianie, świętym nieporządku. Przeciwdziała skostnieniu, sklerozie. Oczywiście przede wszystkim w Kościele - choć mamy anegdot wiele (rym zamierzony), że lubi się tam spóźniać. Co i święta prawda, ale też prawdą jest, że co nagle, to po diable.
11:05, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
sobota, 10 maja 2008
Proroctwo spełnione inaczej
Ewangelia Jana 21,26

„Jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, a które - gdyby je szczegółowo opisać - to sądzę, że cały świat nie pomieściłby ksiąg, które trzeba by napisać."


Przekład Biblii Tysiąclecia. Ostatni werset Ewangelii, ostatnie zdanie dodatku, który dopisał wyraźnie ktoś, gdy cały tekst już był zredagowany (dodatkiem późniejszym kończy się też Ewangelia Marka). Widać tu literacką przesadę, ale można by powiedzieć, że proroctwo spełniło się inaczej: książek o Jezusie pełne są biblioteki.
10:24, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
piątek, 09 maja 2008
Jakiś zmarły Jezus
Dzieje Apostolskie 25,18-19

Przetłumaczyliśmy tak: „Obstąpiwszy go, oskarżyciele nie zarzucili mu żadnego czynu, który ja uważałbym za zły. Lecz sprzeczali się z nim o jakieś sprawy dotyczące ich własnej religii i o jakiegoś zmarłego Jezusa, o którym Paweł twierdził, że żyje. Powiedział tak Festus królowi Herodowi Agryppie II.”

Jakiś zmarły Jezus... Jak i dlaczego zmarły, to już Festusa nie obchodziło. Zadaję sobie pytanie, na które odpowiadało już mnóstwo ludzi uczeńszych ode mnie, wpisuję je jednak tutaj w ramach „głośnego myślenia". Jak to się stało mianowicie, że właśnie ta religia przyjęła się z czasem tak szeroko? Konkretniej: czy zawładnęła tak dużą częścią ludzkości w dużej mierze dlatego, że głosiła jakiegoś Jezusa, który dał się zamordować, żeby dać przykład odrzucenia przemocy? Czy poważną przyczyną jej zwycięstwa było jej radykalne przesłanie etyczne, nakaz miłości nieprzyjaciół? Czy sukces swój zawdzięcza głównie swojej etyce?

Zakładam tutaj, że przesłanie Krzyża jest wyjątkowo wrażliwe etycznie. Wrażliwsze nawet niż buddyzm, religia mi po mojej najbliższa. Nie jestem jednak religioznawcą, nie upieram się, chodzi mi w ogóle nie tyle o ocenę chrześcijaństwa, ile o ocenę ludzkości. Czy tak licznie przyjęła Krzyż, bo homo sapiens jest jednak mocno wrażliwy moralnie?

Zakładam również, że nikt nie posądzi mnie o to, że ignoruję nawracanie krzyżem przerobionym na miecz, w ogóle wszystkie świństwa czynione pod świętym znakiem. Ja tylko pytam o moralną atrakcyjność Krzyża.
17:45, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
czwartek, 08 maja 2008
Hymn o nadziei
List do Rzymian 8,31b-39

”Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim wszystkiego nam nie darować? Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł za nas śmierć, co więcej, zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami? Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak to jest napisane: „Z powodu Ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce przeznaczone na rzeź". Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.”

Przekład Biblii Tysiąclecia. A tekst wspaniały. Hymn o nadziei porównywalny do tego o miłości z 1 Listu do Koryntian. Jakby nadzieja powszechnego zbawienia, bo przecież powiedzenie o tych, których Bóg wybrał, nie oznacza wiary w bezlitosną predestynację. Nawet aniołowie nie zdołają nas odłączyć od miłości Boga... A demony? Bóg mocniejszy!
13:39, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
Ojciec Święty to tylko Bóg
                                                Wpis na środę 7 maja 2008
Ewangelia Jana 17,11

„Ojcze Święty, ustrzeż w imię Twoje tych, których mi dałeś, aby byli jedno jak my."

Aby byli jedno: hasło ruchu ekumenicznego. Ale tu też problem ekumeniczny: wiadomo, że wielką kością niezgody jest prymat papieża, nie mówiąc o nieomylności. Do ognia sporu dolewa oliwy rzymskokatolicka terminologia „Ojciec Święty". W Biblii nazywa się tak wyłącznie Boga Ojca, zatem nazywanie tak człowieka, choćby najgodniejszego, braci protestantów (i pewnie prawosławnych) okropnie razi. Można by chyba z tego zrezygnować, szczególnie że nie jest to tytuł w pełni oficjalny, raczej forma grzecznościowa, jakoś podobna do wyrażenia „Wasza Świątobliwość".
13:39, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 06 maja 2008
Co kto lubi
Dzieje Apostolskie 20,35

„Szczęśliwiej jest dawać raczej niż brać".

Tak przetłumaczyliśmy cytowane tu przez Pawła jedyne słowa Jezusa znajdujące się w chrześcijańskim kanonie biblijnym poza Ewangeliami. Zaznaczam: w kanonie biblijnym, bo niektórzy uczeni nie wykluczają autentyczności niektórych powiedzeń Chrystusa w pozakanonicznej Ewangelii Tomasza.

A maksyma jest fundamentalna. Można by rzec, że streszcza Dobrą Nowinę. Biblia Poznańska tłumaczy: „Lepiej jest dawać aniżeli brać", ale dosłowny przekład ks. Remigiusza  Popowskiego i Michała Wojciechowskiego mówi o szczęściu, nie o dobru: „Szczęśliwe jest raczej dawać niż brać". Recepta na szczęście ogólnohumanistyczna: któż ją zakwestionuje? Ale i któż powie, że z niej korzysta konsekwentnie?
19:12, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 05 maja 2008
Przez przypowieści. Wniebowstąpienie
Ewangelia Jana 16, 29

„Mówią uczniowie Jego: - Oto teraz mówisz wprost, bez żadnej przypowieści" (przekład naszej bandy czworga).

Przypowieść jest niemal podstawą języka biblijnego. W każdym razie, jeśli słowo to rozumie się po biblijnemu właśnie. „Encyklopedia biblijna”: ”»słowa hebrajskie, aramejskie czy greckie tłumaczone jako »przypowieść« powinno się oddawać szerszym terminem »metafora«. Tradycja biblijna uznała za istotne podkreślenie podstawowej różnicy między językiem realistycznym a metaforycznym. W tym kontekście terminem »przypowieść« trzeba dlatego objąć aforyzmy i opowieści, przysłowia i zagadki, dialogi i mowy, dopóki wszystkie te gatunki mają charakter metaforyczny czy figuratywny. W takim ujęciu przypowieści Jezusa obejmują i metaforyczne aforyzmy, np. o królestwie i wewnętrznie skłóconym domu (Mk 3, 24-25) i metaforyczne opowiadania, np. o synu marnotrawnym (Łk 15, 11-22), i metaforyczne mowy, np. w J 10".
No cóż, Biblia przyjęła się potężnie w Europie, ale jest nieodrodnym wytworem kultury azjatyckiej, w której język metaforyczny, przypowieściowy jest narzędziem mędrca. Przypomina mi się Antony de Mello i cały szum watykański wokół niego, który byłby dużo cichszy, gdyby tego chrześcijańskiego teologa indyjskiego nie traktować jak Tomasza z Akwinu.

Przypowieść jednak jest ze swej istoty nieprosta. A gdy jeszcze mędrzec jest Mesjaszem, mówi rzeczy rewelacyjne - słuchacze narzekają. Nie dojrzeli: pojmą wszystko dopiero po Zmartwychwstaniu.
Czemu Jezus nie mówił prościej? Bo był mędrcem ze Wschodu, bo objawiał swoje synostwo Boże w sensie przekraczającym pojęcia Starego Przymierza, bo - może wreszcie - lubił sobie pożartować trochę: dać uczniom jakąś zagadkę.

PS. Wczoraj w Kościele rzymskokatolickim w Polsce świętowano liturgicznie pamiątkę Wniebowstąpienia. Parę pytań - i odpowiedzi.
Najpierw: czemu wczoraj a nie w ubiegły czwartek, nie 40 dni po Zmartwychwstaniu, jak było przez długie wieki i jak datują ten fakt Dzieje Apostolskie. Otóż niektóre episkopaty krajowe - wiem o francuskim i właśnie polskim - przeniosły święto na niedzielę, żeby  uczestniczyło w nim więcej ludzi niż w dzień powszedni. Pytam jednak, czy nie jest to kalkulacja duszpastersko błędna. Świętuje tę pamiątkę więcej ludzi, ale mniej ludzi bywa w sumie w świątyni i mniej modli się liturgicznie: gdy Wniebowstąpienie święciliśmy w czwartek, poza niedzielnymi bywalcami było też trochę tych, co dzielnie przychodzili na mszę także w dzień niewolny od pracy zawodowej.
Pytanie następne jest natury czysto teologicznej. Jak to właściwie było z Jezusem między Jego zmartwychwstaniem a wstąpieniem do nieba? Gdzie On wtedy przebywał: nie na ziemi, bo przecież zjawiał się tu uczniom tylko na trochę, jak ktoś z innego świata, zresztą zaznaczał tę swoją inność pojawiając się nagle i znikając, przechodząc przez zamknięte drzwi. Z innego świata, to znaczy z jakiego?  Najpewniej właśnie z rzeczywistości, którą nazywamy niebem. „Katechizm Kościoła katolickiego" wyjaśnia to tak: „Ciało Chrystusa zostało uwielbione w chwili Jego zmartwychwstania, jak dowodzą tego nowe i nadprzyrodzone właściwości, które posiada już na stałe. Jednak przez czterdzieści dni, gdy Jezus jadł i pił ze swoimi uczniami oraz pouczał ich o Królestwie, jego chwała pozostawała jeszcze zakryta pod postacią zwyczajnego człowieczeństwa. Ostatnie ukazanie się Jezusa kończy się nieodwracalnym wejściem Jego człowieczeństwa do chwały Bożej, symbolizowanej przez obłok i niebo, gdy zasiada odtąd po prawicy Boga."
Ja bym powiedział tak: malownicza scena wstąpienia do nieba była potrzebna uczniom, żeby zrozumieli, że ich Mistrz jest już z Ojcem, w rzeczywistości, którą nazywamy niebem i która w światopoglądzie geocentrycznym znajdowała się gdzieś nad obłokami.
Ale jeszcze coś. Moja warszawska parafia wydaje miesięcznik pt. „Święty Kazimierz" (imię patrona). Widać chęci poprawienia pisma, które w numerze majowym objawiły się w sposób ciekawy. Zamieszczono mianowicie (nie podpisany) artykuł o Wniebowstąpieniu, napisany jak dla ludzi  obeznanych ze współczesną biblistyką. Mam na myśli zwracanie uwagi na różnice w opowiadaniu o tamtym wydarzeniu przez Pismo Święte. Przede wszystkim przez różne datowanie go. Nawet sam Łukasz jakby różnie umieszcza je w czasie w dwóch księgach biblijnych jemu przypisywanych. W Ewangelii odbyło się jakby wieczorem już w dniu Zmartwychwstania, w Dziejach po owych 40 dniach. Mateusz na ten temat milczy. Marek - zawsze skrótowy - i tutaj jakby skracał okres „chrystofanii”. Według gazetki parafialnej Jan też skraca, bo autor interpretuje słowa Jezusa do Magdaleny (20,17) jako powiedzenie, że już zaraz wstąpi do Ojca.
Co z tych różnic wynika? Autor nie pisze, a ja sobie myślę, że to dla nas wierzących jeszcze jeden sygnał, że dla pierwotnego Kościoła takie różnice nie były ważne. Ważna była wiara, że Jezus zwyciężył, to znaczy jest już ”w niebiesiech”.
15:49, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2
Archiwum