Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 29 kwietnia 2018
O dominikaninie Ludwiku Wiśniewskim, benedyktynce Małgorzacie Borkowskiej i krytykowaniu kościelnej władzy

Dzieje Apostolskie 9,26-30
Kościół rzymskokatolicki przeznacza dzisiaj swoim wiernym do czytania opowieść o konsekwencjach sławnej zmiany poglądów: przyjęcia wiary w Chrystusa przez Pawła z Tarsu, który wyznawców tej wiary dotąd potężnie prześladował. A była to konwersja zgoła historyczna. Trudno powiedzieć, co by było, gdyby się coś nie zdarzyło, w każdym razie późniejsza rola Pawła okazała się kolosalna. Owszem, otwarcie nowo powstałego Kościoła na świat pozażydowski zaczęło się nie od Pawłowej wizji mistycznej
w drodze do Damaszku, ale tamtej apostoła Piotra, w której zrozumiał, że nie musi przestrzegać żydowskich zasad religijno-gastronomicznych i może usiąść do stołu z poganami (Dzieje Apostolskie 10,11-18, potem 11,5-10). Paweł przyjął chrześcijaństwo już potencjalnie zdolne do odrzucenia religijnego ekskluzywizmu, ale okaże się jego przeciwnikiem bardziej zdecydowanym niż Piotr (List do Galatów 2), w nawracaniu pogan jestniewątpliwym przywódcą. Na razie jednak uchodzi za wroga chrześcijan bardzo niebezpiecznego: w tak wielką zmianę poglądów, w jej szczerość uwierzyć było niełatwo. Czytamy dzisiaj, że groziła mu z ręki jego nowych współwyznawców wręcz nawet śmierć: „Przemawiał też i rozprawiał z hellenistami, którzy usiłowali go zgładzić”.
Dlaczego jednak właśnie ci, którzy powinni byli uważać go za kogoś im bliskiego? Trudno mi powiedzieć, bibliści dyskutują.
Przecież pochodził tak jak i tamci z kraju dalekiego od Palestyny, ów jego Tars był miastem w Cylicji, dzisiejszej południowej Turcji. Język grecki, którym się posługiwali, nie aramejski Jezusa i Jego apostołów, nie powinien był mu bardzo przeszkadzać. Tak jak i ich swoboda w interpretowaniu Tory oraz życzliwość wobec pogan właśnie. Może jednak on jako wówczas jeszcze ortodoksyjny faryzeusz wtedy jeszcze brzydził się ich „rewizjonistycznymi” skłonnościami myślowymi, a „hellenizm” szedł w
otwarciu na religijność grecką naprawdę daleko? Podobnie niejasna jest przyczyna, dla której prowodyrami w konflikcie, tamtym śmiertelnym, Stefana (Szczepana) też byli owi helleniści, choć tamten pasował do nich jak ulał jako sam hellenista, nawet według niektórych ich zwierzchnik. W każdym razie bracia w nowej wierze wysłali Pawła przezornie do rodzinnego Tarsu i to na długo, na lat około dziesięciu. Zupełnie nie wiadomo, co się tam z nim działo. Na przykład to, czy się ożenił, jak przystało na rabina, w ogóle Żyda, choć nic o jego żonie nie wiadomo. Może rzuciła go jako nawróconego na ową okropną sektę? Postać apostoła równie sławna, jak tajemnicza trochę.
A teraz felieton niejakiego Jonasza. Mundurowi dzielnie niepokorni
„Przez kilkanaście wieków zakonnice słuchały kazań, konferencji, rekolekcji, pouczeń, a zawsze w pokornym milczeniu, jak te nieme bydlątka: cokolwiek im mówiono, umiały tylko potakiwać. Czasem się któraś wyłamała, ale bardzo rzadko! Założenie ze strony kaznodziejów było niewątpliwie takie, że zawsze, w każdej sprawie i w każdych okolicznościach oni wiedzą lepiej; zakonnice zaś nauczyły się to akceptować, najpierw dlatego, że potrzebują celebransa i muszą przyjmować jego warunki, a potem już z
tradycji i przyzwyczajenia. To była forma pokory, której od nich oczekiwano.”
To najpierwsze słowa benedyktynki Małgorzaty Borkowskiej z książeczki „Oślica Balaama. Apel do duchownych panów”. „Mundurowi” ludzie Kościoła bywają zatem równie krytyczni, jak tak zwany laikat, który miewa przecież o kierowanych do nich kazaniach i innych sprawach zdanie nieraz podobne.
Trzeba zresztą zaznaczyć, że rzecz wydali też jednak „panowie”, bo benedyktyni tynieccy. Podobnie zachowuje się dominikanin Ludwik Wiśniewski. W „Tygodniku Powszechnym” z 22 kwietnia walnął w popierany przez Episkopat polski projekt poselski „Zatrzymaj aborcję” oceną, że jest wręcz antychrześcijański. Paragraf prawny nic nie pomoże, tylko rozeźli ludzi do reszty. Trzeba stworzyć fundusz pomocy rodzicom dzieci upośledzonych z datków, na który mogłyby się składać ofiary pieniężne czynione na ręce księży z okazji ślubów czy chrztów (referowałem tamten tekst w moim blogu jan.turnau.blox.pl). Ciekawe, że podobnego zdania jest posłanka PiS-u Joanna Lichocka: na spotkaniu z wyborcami w Bochni nazwała tamten projekt „nieludzkim”.
Co zaś jeszcze do ojca Ludwika, to właśnie jezuicki WAM wydał mu zbiór dotychczasowych publikacji (bez tej ostatniej, ukazała się na to za późno) pod tytułem „ Nigdy nie układaj się złem. Pięćdziesiąt lat zmagań o Kościół i Polskę”. Ten znakomity pasterz młodych dusz zmagał się arcyodważnie z „komuną” oraz ze swoimi współwyznawcami, którzy byli mniej w owej materii odważni. Na przykład w artykule „Chrześcijanie wobec walki o sprawiedliwość”, wydrukowanym w piśmie „podziemnym” „Spotkania” z r. 1978. Otóż pod tamtym tekstem jest w książce fundamentalny przypis: „Trzydzieści pięć, czterdzieści lat temu stawialiśmy sobie pytanie, czy chrześcijanie z racji swego chrześcijaństwa ma obowiązek walczyć z niesprawiedliwością i bronić krzywdzonych. To pytanie jest zawsze aktualne, także dziś. Ale stają przed chrześcijaninem także inne pytania, choćby takie - czy ma on prawo i obowiązek krytykować ludzi Kościoła, którzy nie postępują po chrześcijańsku? Dawniej wielu odpowiadało - nie. I dziś także wielu mówi - nie.”
No właśnie: oto jest wielki problem wewnątrzkościelny. Czy istnieje prawo, nawet jeśli trzeba obowiązek krytyki nawet i kościelnej władzy, nawet i samych biskupów? Ja też uważam, że istnieje. Amen!

23:20, jan.turnau
Link Komentarze (90) »
niedziela, 22 kwietnia 2018
Pasterz, owce i barany. O. Wiśniewski: projekt „Zatrzymaj aborcję” antychrześcijański

Ewangelia Jana 10,11-18
Perykopa o dobrym pasterzu. Jezus przedstawia się jako opiekun owiec troskliwy radykalnie: taki, który jest gotów oddać za nie własne życie - i tak się rzeczywiście stało. Oto model międzyludzkich relacji dla wszystkich, którzy nazywają się dusz-pasterzami albo nawet arcypasterzami. Taka duchowa opieka musi być głęboko przemyślana, oparta na doskonałej znajomości podopiecznych. Jezus powiedział, że zna swoje owce i one Go znają, papież Franciszek powiedział nawet, że pasterze powinni czuć ich zapach. 

Otóż mam pytanie, czy decyzja moich biskupów, by poprzeć projekt „Zatrzymać aborcję”, była właściwa. W nowym „Tygodniku Powszechnym” ojciec Ludwik Wiśniewski ocenia tę propozycję jako faryzejską, nieludzką, wręcz antychrześcijańską. Przyjście na świat takiego dziecka to w rodzinie trzęsienie ziemi. Proponując takie rozwiązanie dba się jedynie „o poprawną formułę prawną, a nie o człowieka. Gdyby w chrześcijańskim narodzie, a takim podobno jest polski naród, uchwalono ustawę, że opiekun nieuleczalnie chorego dziecka otrzymuje comiesięczne wynagrodzenie równe przeciętnej pensji, a lata opieki nad chorym dzieckiem wliczają się do świadczeń emerytalnych, gdyby ponadto ustawa gwarantowała bezpłatne lekarstwa i bezpłatną terapię dla takich dzieci - byłaby to prawdziwa troska o nienarodzonych, godna Dumnej Polski.” Owczy gatunek to przecież także barany ostro trykają rogami: biskupi swoim stanowiskiem wywołali gniew ludu, który - powiada duszpasterz dominikański - my sami, gorliwi katolicy, kapłani i biskupi sprowokowaliśmy można było przewidzieć. Owszem, „popłynęły haniebne okrzyki, których nie godzi się tu powtarzać”, ale nie można komentować ich biskupimi epitetami «chorzy z  nienawiści», «czarownice», «ludzie bez sumienia» , bo wydawały je nasze siostry i bracia, w większości przyznający się do chrześcijaństwa. Teraz są pretensje do PiS-u, że zwleka z uchwaleniem: no cóż, kiedy słupki ostrzegają... Dziwne, że i tego nie przewidziano. Ojciec Wiśniewski komentuje: „Jeden z biskupów powiedział nawet: «Nie można dłużej zwlekać, tego domaga się zdrowe sumienie». A ja chciałbym zapytać, czyje sumienie domaga się uchwalenia takiej ustawy zamiast podania ręki zrozpaczonym rodzicom? Każde życie jest święte! I skoro państwo nie zapewnia warunków do przyjęcia i wychowania nieuleczalne chorych dzieci, a sprawa jest arcyważna, ba, najważniejsza, to powinien to uczynić Kościół. Nasz polski potężny Kościół może to zrobić i powinien! Trzeba stworzyć ogólnopolski fundusz, z którego będą wypłacane świadczenia dla takich rodzin. Stworzenie takiego funduszu jest bajecznie proste. Wystarczy, że jura stolae ze ślubów i chrztów, czyli ofiary składane przy okazji tych sakramentów, będą przesyłane z całej Polski na konto takiego funduszu. Albo można wybrać inną drogę - ofiary składane przy okazji odwiedzin wiernych w okresie Bożego Narodzenia tworzą taki fundusz. Nie trzeba się obawiać, że duchowieństwo oddając te pieniądze umrze z głodu. Trzeba wierzyć w Opatrzność, a także w hojność wiernych, którzy potrafią docenić prawdziwie ludzkie gesty.” Ojciec Ludwik kończy stwierdzeniem, że taka troska o nienarodzonych mogłaby być „wręcz manifestem, że ludzkie życie jest naprawdę święte”.
Po takim obszernym odniesieniu do współczesności wracam jeszcze do ewangelijnego tekstu dzisiejszego. Są tam też słowa Jezusa: „Mam także inne owce, które nie są z tej zagrody. I te muszę przyprowadzić, i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz”. Któryś egzegeta wyjaśnił mi, że te inne to narody nieżydowskie, co jest zresztą chyba oczywiste, bo przecież nie nierzymskokatolickie. Czyli to logion pasujący do czwartkowych obchodów rocznicowych. Jak na razie, jedności powyższej raczej nie widać, oby tylko nie zdarzył się tylko Holokaust następny. Pewnie jednak głupio kraczę: od czasów, gdy możliwa była Zagłada, dokonała się w światowym chrześcijaństwie rewolucja. To już nie bogobójcy, parchy zresztą, ale starsi bracia w jednej monoteistycznej wierze! Amen! 
Natomiast mój sobowtór Jonasz napisał do „Magazynu Świątecznego” o księżej pedofilii tak oto. Żeby nie było zgorszenia. Taki jest mianowicie tytuł niewielkiego tomu „Wydawnictwa Krytyki Politycznej” na temat pedofilii (podtytuł: „Ofiary mają głos”). Otóż owo zdanie tytułowe można rozumieć różnie. Ironicznie albo jednak serio. Gorszeniem jest według jednych ujawnianie księżych podłości i trudno z taką mentalnością nie walczyć, lecz według innych, również kochających Kościół, właśnie ich zakrywanie. Odkrywa się je po to, żeby następnych ofiar było mniej. Żeby przestano gorszyć maluczkich, deprawując je, a w inny sposób resztę społeczeństwa takim kościelnym zachowaniem. Albowiem Ewangelia powiada, że „nie może się ukryć miasto położone na górze”, a przecież Kościół widać z bardzo daleka. Żadne zło nie ukryje się zresztą na wieki wieków, a co jest brudne, musi oczyszczać się dla własnego dobra.   
Autorzy książki to adwokat Artur Nowak i Małgorzata Szewczyk-Nowak, psycholog, seksuolog. Chcieli także kościelnej odnowy. Napisali we wstępie: „ Nie chcemy dokładać kolejnych argumentów zacietrzewionym wrogom Kościoła, którym śnią się po nocach puste świątynie. Chcemy, by Kościół wysłuchał ofiar. Indywidualne przeproszenie każdej z nich i zadośćuczynienie  za krzywdy jest bardzo ważne. Zło należy nazwać złem, to istotny element procesu terapeutycznego”. Niemniej to ma być także moralna terapia instytucji kościelnej. Podobnie myśli jeden z kilku rozmówców autorów. „Wśród kapłanów i zakonników jest wielu wspaniałych ludzi. Kapitalna większość to ludzie głębokiej wiary. Mają powołanie, to widać (...). W związku z tym nie rozumiem, czemu Kościół tuszuje te sprawy. W oczach ludzi wiele by zyskał, gdyby stanął w słońcu prawdy”. Ciekawe, że wśród występujących w książce są także inni, których potworne przeżycia nie odgoniły od Kościoła. To również powoduje, że publikację państwa Nowaków trudno uważać za atak na Kościół. Na to jednak trzeba się radykalnie wyzbyć przekonania o jego nieskazitelności, zrozumieć, że największym wrogiem Kościoła jest on sam. A ów wstęp do książki zaczyna się od informacji rodzinnej. Para autorska napisała tak: „Nasza córka ma za kilka miesięcy po raz pierwszy przystąpić do komunii. Zastanawialiśmy się, czy to, że zajmujemy się tematem pedofilii wśród duchownych, jakoś jej nie zaszkodzi, nie zmąci jej obrazu świata. Umie już czytać. Gdy ukaże się ta książka, na pewno będzie się chciała dowiedzieć, czym jej rodzice zajmowali się przez tyle miesięcy. Na razie jest dumna, że książkę będzie można kupić w księgarni. Choć pewnie niekiedy brak nam czasu i cierpliwości, staramy się ją wychowywać najlepiej, jak potrafimy. (...) Widziała wiele kreskówek: o świętym Antonim z Padwy, o ojcu Pio, o Franciszku z Asyżu. Sporo słyszała od cioć i babci o Janie Pawle II. Te postacie są dla niej archetypami dobra.” Nie wątpię, że państwo Nowakowie z rodziną poradzą sobie z owym problemem wychowawczo-religijnym znakomicie. 
Ukazała się tymczasem również publikacja książkowa na ten potworny temat, wydana przez uczelnię kościelną. Nie zdążyłem jeszcze jej zdobyć i przeczytać, póki co, taka była o niej wiadomość Katolickiej Agencji Informacyjnej. Oto jej tekst.
„Książka «Seksualne wykorzystywanie małoletnich w Kościele. Problem – odpowiedź Kościoła – doświadczenie polskie» pod redakcją ks. Adama Żaka SJ i Ewy Kusz stanowi cenną publikację, najszerzej jak dotąd omawiającą problem seksualnego wykorzystywania małoletnich w Kościele oraz zasady prewencji wobec tego typu przestępstw. Publikacja jest owocem międzynarodowej konferencji zorganizowanej przez Centrum Ochrony Dziecka przy Akademii Ignatianum w Krakowie z 2014 roku.
Książka ta – jak podkreśla we wstępie o. Józef Augustyn SJ - ofiaruje czytelnikowi rozległą orientację w problematyce wykorzystywania dzieci i młodzieży w Kościele. Pokazuje długotrwałe skutki i głębię krzywdy wyrządzoną małoletnim oraz sposoby pomagania im. Publikacja wyjaśnia i precyzuje pojęcia wykorzystywania seksualnego małoletnich w ogóle oraz specyficznie w Kościele. Kreśli też bolesną historię wykorzystywania seksualnego małoletnich przez niektórych duchownych w Kościele katolickim w różnych krajach w ostatnich dziesięcioleciach. Podaje też typologię sprawców i charakteryzuje ich reakcje i postawy, w tym odsłania zróżnicowane i złożone motywy, jakimi się ci sprawcy kierują. Prezentuje stosowaną przez sprawców czynów pedofilskich taktykę, mechanizmy stosowanej przez nich manipulacji i przemocy. Prezentuje ponadto metody identyfikacji sprawców, co wcale nie jest łatwe. Cenne jest to, że prezentowana publikacja dokładnie przedstawia zaangażowanie Stolicy Apostolskiej i wybranych Kościołów lokalnych, w tym i Kościoła w Polsce, w kwestię rozwiązania problemu przestępstw pedofilskich i wdrażania profilaktyki w tym zakresie. Szczegółowo więc przedstawia przebieg postępowania kanonicznego, od dochodzenia wstępnego po wykryciu przestępstwa, aż do wydania wyroku wobec przestępcy. Określa tez ramy współpracy z państwowym wymiarem sprawiedliwości. Publikacja jest też wymownym świadectwem cierpienia i upokorzenia Kościoła, jaki został spowodowany zarówno przez same przestępstwa osób duchownych, jak i chęć ich ukrywania przez własne środowisko, co często mylone jest z «obroną Kościoła».
Książka «Seksualne wykorzystywanie małoletnich w Kościele» - podkreśla o. Augustyn - może pomoc osobom odpowiedzialnym za duszpasterstwo dzieci i młodzieży w zdobywaniu: pełniejszej świadomości potrzeby sformułowania jasnych norm i zasad ochrony w pracy duszpasterskiej z nieletnimi; wrażliwości na krzywdę, jaka spotyka małoletnich wykorzystywanych seksualnie; realnej oceny zachowań księży mających kontakt z nieletnimi. Publikacja może być również pomocą w odzyskiwaniu nadwerężonego zaufania u wiernych do Kościoła i jego pasterzy. Publikacja zawiera też cenny aneks, w którym publikuje m.in. „Wytyczne Konferencji Episkopatu Polski dotyczące wstępnego dochodzenia kanonicznego w przypadku oskarżeń duchownych o czyny przeciwko szóstemu przykazaniu Dekalogu z osobą niepełnoletnia poniżej osiemnastego roku życia”.
«Seksualne wykorzystywanie małoletnich w Kościele. Problem – odpowiedź Kościoła – doświadczenie polskie», redakcja Adam Żak i Ewa Kusz, Wydawnictwo Naukowe Akademii Ignacjanum w Krakowie, 2018.”
Dodam na koniec zupełny, że ksiądz Żak, jezuita zresztą, występuje w książce, o której sam tu napisałem, jako jeden z ekspertów. A sprawa jest dla duchownego trudna, bo słowa musi ważyć, skłonność do ukrywania owych świństw potężna i niełatwo ją niedyplomatycznie piętnować.

19:29, jan.turnau
Link Komentarze (135) »
Nie wiedzieli, co czynią. Ojciec Święty o świętości

Wpis na niedzielę 15 kwietnia 2018
Dzieje Apostolskie 3,17
„Lecz teraz wiem, bracia, że działaliście w nieświadomości, tak samo jak zwierzchnicy wasi.” Termin grecki „agnoja” tłumaczą też inni jako „niewiedzę”. Ale to słowa Piotra bardzo zagadkowe, choć mające potwierdzenie w słowach Jezusa, które powiedział do Boga, gdy znalazł się na krzyżu: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Ewangelia Łukasza 23, 24a). Nie chodziło Mu chyba tylko o żołnierzy rzymskich, bo to oni, nie straż żydowska, wykonywali wyrok Piłata. Jak to, to tylko on był winien, nawet nie arcykapłan Kajfasz, nie większość ówczesnej religijno-politycznej elity żydowskiej? Dzisiaj także teologowie katoliccy w dialogu z żydowskimi przyznają, że ciężar tej winy trzeba rozkładać inaczej niż dawniej, nie usprawiedliwiać Piłata, co widać nawet jakby w ewangeliach Mateuszowej i Janowej. Ale tutaj autor, zresztą też najpewniej Łukasz, cytuje słowa Piotra, który usprawiedliwia jakby wszystkich ludzi w tę sprawę zamieszanych. Co na to dzisiejsi uczeni w Piśmie? Otóż mówią, że tu niewiedza nie znaczy niewinność. Myślę, że należy to tłumaczyć tak: oczywiście Piłat, ale również tamta elita naprawdę nie wiedziała, kim był Jezus. Że był wysłannikiem Boga, czyli dla Żydów Mesjaszem, wręcz Bożym Synem. Nie uwierzyli w to, bo zaślepiała ich żywiona do Niego pogarda (co może być dobrego z Galilei...), zazdrość z powodu Jego popularności i wręcz nienawiść. Tak wielka, że podjęli decyzję zabójczą. A już ona sama jest przecież poważnym grzechem.
A oto, jak tutaj często, felieton Jonasza, może ktoś nie czytał go w „MiŚ”-u sprzed tygodnia.
Świętość znaczy łagodność Franciszek napisał swoje dzieło kolejne. Nazwał je adhortacją, nie encykliką, bo to rzecz mniej doktrynalna, bardziej duszpasterska, i opatrzył łacińskim tytułem: „Gaudete et exsultate”, czyli „Cieszcie się i radujcie”, wezwanie z Ewangelii Mateusza 5,12. Podtytuł wyjaśniający, o jaki temat radosny chodzi, brzmi: „O powołaniu do świętości w świecie współczesnym”. No cóż, Ojciec Święty na niej znać się musi...
Radość to hasło tego pontyfikatu, już w tytułach jego dokumentów widoczne, ale tu Franciszek rozwija myśl Chrystusa zawartą w owym cytacie z Ewangelii: mamy być radośni mimo prześladowań. Tak, o tym - jak rzadko u tego papieża - aspekcie życia chrześcijanina jest mowa w tej adhortacji. Albowiem „prześladowania nie są rzeczywistością z czasów minionych, ponieważ również dzisiaj je znosimy, czy to w sposób okrutny, jak wielu współczesnych męczenników, czy to w sposób subtelniejszy, przez oszczerstwa i fałszerstwa”. Franciszek zaznacza jednak, że mówi „o prześladowaniach nieuniknionych, a nie o tych, które możemy sami sprowadzić na siebie przez niewłaściwy sposób traktowania innych. Święty nie jest osobą ekscentryczną, oddaloną, która staje się nie do zniesienia z powodu swojej próżności, swojego negatywnego podejścia i urazów”. 
No właśnie: papież nie omija tego tematu, ale traktuje go inaczej niż niektórzy Polacy, którzy sugerują, że u nas bywa prawie jak państwach arabskich czy komunistycznych, albo nie rozumieją, że nikt nikogo nie nawrócił złością. „Nawet w mediach katolickich może dojść do przekroczenia granic, tolerowania obmowy i oszczerstwa” - Oj tak... Hasłem Franciszkowym jest właśnie łagodność. Mam być taki nawet za cenę ryzyka, że zostanę uznany za głupca, naiwnego albo słabego. Papież komentuje na ten użytek ewangelijne osiem błogosławieństw, przypominając, że cisi posiądą ziemię. Krytykę naszego Kościoła musimy łagodnie znosić, choćby grzeczna nie była. Na przykład ta na manifestacjach kobiecych, a tam widniały słowa mało dialogowe, co wiem od mojej znakomitej wnuczki Marysi, nie radiomaryjnej zgoła.
W ogóle to „kryterium oceny naszego życia stanowi przede wszystkim to, co uczyniliśmy dla innych”. Ważna jest modlitwa, Franciszek kładzie na nią wielki akcent, ważne są normy etyczne, ale stosunek do innych ludzi jest weryfikacją wszystkiego. „Choć miłosierdzie nie wyklucza sprawiedliwości i prawdy, to trzeba przede wszystkim powiedzieć, że miłosierdzie jest pełnią sprawiedliwości i najjaśniejszą manifestacją prawdy Bożej . Jest ono kluczem do nieba”. No cóż, jakiś ksiądz powiedział arcybiskupowi Rysiowi, że już rzyga tym miłosierdziem, mnie się jednak zbiera na wymioty, gdy słyszę coś wręcz przeciwnego. Bardzo niekatolickie są dla mnie opory wobec papieskiej rewolucji teologicznej, kwestionującej wielowiekowy obraz Boga, okrutnika bez granic.

19:24, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 kwietnia 2018
Tomasz, apostoł wierny. Więźnia Komendy droga zaprawdę krzyżowa. Franciszek, kowadło i młot

Ewangelia Jana 20,19-31
I znowu wnet po niedzieli Zmartwychwstania, perykopa o dwóch, mówiąc z grecka, chrystofaniach. Jezus ukazuje się najpierw dziesięciu apostołom, bo oczywiście bez Judasza, ale i bez Tomasza. Gdy mu powiedzieli potem, że Go widzieli, wypowiedział słowa, które mogą być rozumiane niemal jako manifest osobistego „empiriokrytycyzmu”: nie można dawać wiary opowieściom o zjawiskach niezwykłych, jeśli się ich nie sprawdzi własnym zmysłami, wzrokiem i dotykiem. Potem już jest na spotkaniu z Mistrzem
także ten sceptyk i Chrystus wzywa go do owej weryfikacji, ale Tomaszowi wystarczają już oczy, wyznaje: „Pan mój i Bóg mój”. Na co padają słowa o błogosławionych, którzy nie widzieli, a uwierzyli.
Komentarz mój będzie tutaj taki: po pierwsze, Tomasz niewierny, jak się go nazywa krzywdząco, zgoła nie był, gotów był z Jezusem umrzeć (J,11-16). Termin grecki można tłumaczyć jako „błogosławieni” albo też jednak „szczęśliwi”. Druga wersja tu bardziej mi pasuje: dla mnie ci „empiriokrytycy” to ludzie, którzy czegoś ważnego od Stwórcy nie otrzymali. To się nazywa po teologicznemu „łaska wiary”. Nie mógł jednak na pewno Chrystus ukazać się wtedy na przykład Kajfaszowi i Piłatowi, nie tylko swoim wybrańcom, chociaż potem licznym, bo aż pięciuset (1 Kor 15,6)? Czemu tego świętego daru jakoś dziwnie skąpi? Problem jest oczywiście przepastny, tłumaczony już przez tysiąc lat i tyluż teologów, na przykład tak, jak zrobił to wielki Yves Congar, że ci niektórzy zobaczyli Go po prostu oczami wiary właśnie, ale ja napiszę tu tylko o tym, co sam zobaczyłem w telewizorze. W Wielki Piątek Drogę Krzyżową w rzymskim Koloseum, a w sobotę w opowieści człowieka, który przesiedział się niewinnie w więzieniu jako potworny morderca 18 lat. Skojarzyło to mi się teraz, bo na pytanie dziennikarza, czy jest wierzący, Komenda odpowiedział, że niestety nie. Acz, jak zrozumiałem, pomoc w tej potwornej niedoli zawdzięcza papieżowi Janowi Pawłowi II, chyba raczej jakoś „pozazmysłowo”: chce pojechać na jego grób.
Dołączam coś o człowieku, któremu dana jest wiara radykalna, papieżu Franciszku, czyli tekst, który przeznaczyłem do „Magazynu Świątecznego”.
Głośne myślenie
Franciszek, kowadło i młot
Jonasz
Papież na ustach wszystkich. Zaprawdę arcycelebryta. Książkowe wywiady jeden po drugim, tłumaczone także grzecznie u nas. Po tamtej głośnej rozmowie Dominique’a Woltona dwie śliczne Znakowe książeczki: „Ojcze nasz” i „Bóg jest młody”. W pierwszej pytał Franciszka kapelan więzienny, Marco Pozza, w drugiej też Włoch, dziennikarz Thomas Leoncini. Niektóre odpowiedzi były trochę do przewidzenia. Bóg jest ojcem najdobrotliwszym, tatusiem po prostu, potężnym w swej bezradności, żebrakiem proszącym o uwagę. Obok różnych wykluczanych Franciszek broni także młodych, dla których brak miejsca w dzisiejszych społeczeństwach.
Wracam do papieskiej popularności: może jak na człowieka wzywającego do pokory ten za bardzo dba o rozgłos? Na pewno chce być słyszany, pewnie ma trochę egocentrycznych ambicji, przede wszystkim jednak zrozumiałe poczucie swej nauczycielskiej roli. A wywiadowcy cisną, bo liczą na arcynowatorstwo i na ogół nie czują się zawiedzeni. Co prawda, przeciwstawianie Franciszka Janowi Pawłowi II jako po prostu konserwatyście wynika z braku pamięci: ile tamten papież zrobił choćby dla dialogu z judaizmem, nie mówiąc o islamie, o innych chrześcijanach. Niemniej Franciszek pędzi dalej.
Owszem, aborcję potępia bardzo mocno bez zmian, owszem, nie zauważa, że antykoncepcja jest dziwnie podobna do tak zwanych metod naturalnych. Polecam tutaj bardzo cenny artykuł Andrzeja Paszewskiego w magazynie „Plus Minus” z 10-11 marca, przedstawiający kościelną historię tej kwestii moralnej. A co do aborcji, to jest duszpastersko istotne, że pozwolił Franciszek wszystkim księżom na rozgrzeszanie z niej, nie tylko specjalnym „penitencjarzom”. Co do prezerwatywy, to bardzo ostrożnie dopuścił jej stosowanie, gdy grozi AIDS, co jednak zrobił już Benedykt XVI. W sprawach uważanych za doktrynalne, czyli niepodlegające ewolucji, Franciszek bardzo uważa, nie tylko z przyczyn taktycznych, naprawdę tak myśli. Zarazem jednak jest naprawdę duszpasterzem, czyli zajmuje się nie tylko zasadami, także samym konkretnym człowiekiem, jego winą albo jednak niewinnością subiektywną. Tak jest ze stosunkiem do „rozwodników”, którym w „Amoris laetitia” otwiera furtkę do sakramentu komunii, co jest doktrynalną nowością ogromną. I z tego nie wycofuje się ani o kroczek, chociaż w ten sposób podzielił nieźle Kościół. Nie mówi ludziom, że nie grzeszą, ale powstrzymuje ich kamienowanie, za przykładem wiadomo czyim. No i wobec rygorystów obrzydliwych jest jak Chrystus bezlitosny: porównałem go z Lutrem, ale jeszcze bardziej przypomina mi ewangelijnego krytyka faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Tacy prorocy podpadają jednak nieraz bardziej niż nowatorzy teoretyczni.
Jest Franciszek z Argentyny między młotem tych, co narzekają, że nic realnie nie zmienia, a kowadłem kościelnego betonu. Tylko Bóg wie, co będzie w moim Kościele dalej.

21:24, jan.turnau
Link Komentarze (285) »
niedziela, 01 kwietnia 2018
Pascha to nie prima aprilis

Ewangelia Jana 20,8
„Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył.” Prima aprilis spotkał się kiedyś ze śmigusem dyngusem, ale żeby z Wielkanocą, tego moja już, co prawda sklerotyczna, pamięć nie zanotowała. W tej niezwykłej sytuacji planowałem napisać w poniższym tekściku, że jednak Jezus nie zmartwychwstał. Że znaleziono Jego rzeczywisty grób, nie ten, który dotąd uważano za owo miejsce święte, i tam było jednak zabalsamowane ludzkie ciało, które najlepsi w tej
dziedzinie specjaliści uznali definitywnie za doczesne Jego szczątki. Nie wiem, czy ktokolwiek dałby się na taką moją informację nabrać, nie wiem też, czy byłby to dowcip taktowny. Zrezygnowałem zatem, pomyślałem sobie natomiast, że problem jest oczywiście fundamentalny. Na imię mu nie tylko prawdziwość chrześcijańskiej części Biblii, wiary wszystkich wyznawców tej religii i pewnie większości innych. To po prostu pytanie zasadnicze egzystencjalne, również „esencjalne” czy jak je uczenie nazwać: istnieje jedynie świat empirycznie stwierdzalny albo jednak jest coś jeszcze, nawet sporo, to coś, co zobaczymy dopiero po śmierci. Tamto coś inne od tego „ziemskiego” absolutnie, ale rzeczywiste, nie mniej niż owo doczesnym zwane. Otóż by wywód myślowy szybko, nieźle upraszczając, skończyć: jesteśmy zatem, a jakże, nieśmiertelni czy to niestety ułuda. Otóż chrześcijanie upatrują na naszą nieśmiertelność dowód w tym, że Jezus z Nazaretu „powstał z martwych”, więc my za Nim również.
Mamy rację albo nie, pokaże się to każdemu z ludzi po śmierci, my jednak, chrześcijanie, do podobnego optymizmu, do takiej nadziei wszystkich nieśmiało zachęcamy, w to nasze największe święto osobliwie. Ze mną naturalnie na czele! Amen!
PS. No i informacja egocentryczna: ukazała się właśnie w Wydawnictwie Książkowym „Agora” moja książka pt. „Moja Arka”. Potężny zbiór moich tekstów dawnych, w szczególności dużo tych z tego blogu w formie „alfabetowej”, także niektóre na tematy ekumeniczne oraz moje glosy komentarzowe do tak zwanego Składu Apostolskiego, przede wszystkim jednak dziennikarskie rozmowy ze mną Doroty Wodeckiej oraz Konrada Sawickiego. Wiadomości takowej pod korcem nie skryłem...

08:58, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
Archiwum