Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
środa, 25 kwietnia 2012
Szczeniak, co z czasem dojrzał, czyli ile mnie łączy z ewangelistą Markiem

1 List Piotra 5,13
„Pozdrawia was (...) Marek, mój syn”.
Są synostwa biologiczne i duchowe, te drugie bywają nawet nieraz serdeczniejsze. O dzieciach apostoła Piotra nic nam jednak nie wiadomo, w każdym razie z Biblii, bo też nie były potrzebne dla autorskiego zamysłu. Żonę miał Piotr niewątpliwie, bo nie sposób jej nie mieć posiadając teściową, o jej uzdrowieniu przez Jezusa patron dzisiejszy Marek pisze jako jedyny z ewangelistów. Ma tę informację właśnie dlatego, że jest to ewangelia jakby Piotrowa: duchowy syn wie dużo od duchowego ojca.
Marek miał w kierownictwie pierwotnego Kościoła innego też opiekuna: Barnabę. Ów jego krewniak, wuj (brat matki) zapewne, pokłócił się kiedyś w jego obronie z Pawłem. Rozpieszczony być może młodzieniaszek nie wytrzymał trudów podróży odbywanej z Barnabą i Pawłem, czym zapaleńca z Tarsu tak oburzył, że odmówił zabrania go w wyprawę kolejną, w którą zatem i wuj się nie wybrał. Potem jednak przebaczył mu owo wygodnictwo wielki podróżnik i wędrowali razem. Przebaczył widząc pewnie, że chłopak mężnieje: ludzie dojrzewają z czasem.
Miał dwa imiona: zwał się także Janem. Jak i ja, bom z bierzmowania Marek. Jeszcze dwa podobieństwa: pierwsze, że ja też szczeniakiem dość długo byłem (nie poznaję się w tamtym głupim Jasiu), drugie, że jak ten ewangelista lubię pisać krótko a węzłowato.

Na koniec informacja osobisto-biblijna: muszę pilnie napisać artykuł na temat Paruzji w 2 Liście Piotra do miesięcznika „Biblia-Krok po Kroku”, zatem zawieszam blog do 3 maja.

15:55, jan.turnau
Link Komentarze (154) »
wtorek, 24 kwietnia 2012
Szczepan, wróg Szawła, ale prekursor Pawła

Dzieje Apostolskie 7,51-59;8,1
No i mamy pierwszego męczennika spośród uczniów Chrystusa: diakona Stefana, którego polska tradycja translatorska nazywa bardziej słowiańsko Szczepanem. Jako żywo nie zajmuje się on tylko wspomaganiem biednych wdów, zdaniem zhellenizowanych Żydów zaniedbywanych przez Żydów mówiących po hebrajsku. Angażuje się ostro w spór elity żydowskiej z zalążkiem Kościoła i ściąga na siebie śmierć. W przytoczonej przez Dzieje Apostolskie mowie, raczej oskarżycielskiej niż obrończej, przedstawia historię Izraela jako nieustanne dokuczanie przezeń prorokom w szerokim znaczeniu tego słowa. Są nimi Józef, którego „patriarchowie z zazdrości sprzedali do Egiptu”, a potem Mojżesz, którego nie posłuchało już w Egipcie dwóch Żydów, gdy usiłował ich pojednać, a potem cały lud, gdy zrobił sobie złotego„cielca” jako swój przedmiot kultu. Ów legendarny przywódca Izraela jest przez Szczepana przedstawiany jako „figura” Jezusa, co więcej mówca kwestionuje faktycznie kult świątynny: „Ale Najwyższy nie mieszka w domach zbudowanych ręką ludzką”.

Szaweł pilnuje szat Szczepana, gdy odbywa się lincz, niedługo jednak potem sam staje się Pawłem, czyli naśladowcą tamtego chrześcijanina w jego reformatorskim zapale.
Rzecz ciekawa: oskarżycielami diakona hellenisty są Żydzi z diaspory, a więc, wydawałoby się, bliscy mu myślowo. Dawne podziały jednak ustępują miejsca nowym: powstanie nowej religii dokonało się, przypieczętowane krwią.
Dziś w kalendarzu liturgicznym Kościoła rzymskokatolickiego dzień świętego Jerzego. Myślę o wszystkich ludziach tego imienia, których tak dobrze znałem. Wszyscy walczyli dzielnie z jakimiś smokami, co na pewno widział dobry Bóg, u którego teraz odpoczywają po swojej walce w niebieskim szczęściu i pokoju.

To w Biblii, a w Polsce badanie CBOS-u: 60 procent respondentów dobrze ocenia mój Kościół, 28 - źle. Niewielka zmiana: we wrześniu ubiegłego roku było 62 procent - nie lekceważyłbym jej jednak. Chodzi oczywiście o Kościół w Polsce: zastanawiam się, czy nie widać w tych drobnych różnicach liczbowych niechęci do dziwnej postawy mojego Episkopatu i wielu księży, broniących mediów ojca Rydzyka jak niepodległości. A widzę w ogóle wzrastanie potęgi kościelnego betonu. Feniks dla Grzegorza Brauna to tego ostatni przejaw.

14:15, jan.turnau
Link Komentarze (67) »
Zostanie samo

Wpis na poniedziałek 23 kwietnia 2012

Ewangelia Jana 12, 24
„Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity".

Zostanie tylko samo: nie chodzi tu o samotność, tylko bezpłodność. przyszło mi jednak do głowy, że można by napisać coś, co skądinąd jest oczywiście w duchu Ewangelii. Że egoista bywa coraz bardziej samotny, a na starość izolacja od bliźnich męczy nieraz jeszcze mniej niż to było w młodości. Ślepota, głuchota to pół biedy, najgorszy jest głuchy czy raczej niemy telefon. Jedni przyjaciele umierają, inni jednak przestają się odzywać jeszcze na tym świecie. Komentarz do aktualności. Icek uciekł kiedyś za granicę, spotkał tam Moszka. - No i jak tam w tym komunizmie: nie ma co jeść? - Nie można narzekać! - Mieszkania drogie potwornie? - Nie można narzekać. - Samochody? Nie można narzekać? - To po cholerę uciekłeś? - Bo tu u was można narzekać.
Oj, można, można teraz także w Polsce. Można modlić się nawet w niezwykłym kościele sióstr wizytek nie mówiąc o innych: ”Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie". Albo ogłaszać straszliwy brak wolności religijnej, bo Telewizja Trwam nie dostała, czego jej się znowu zachciało. Można robić z premiera i prezydenta zbrodniarzy przy nieugiętym milczeniu Episkopatu. Można wszystko.
Icek mógł się nie śpieszyć, doczekać się wraz ze mną szczerozłotej wolności.

Lektury: Andreas Englisch: „Uzdrowiciel Jan Paweł II", tłumaczyła (świetnie) Paulina Filippi-Lechowska, WAM. Tytuł niemiecki jest jeszcze mocniejszy: „Der Wunderpapst", czyli jakby „Papież cudotwórca".
Rzecz czyta się jak kryminał, ale akcja jest potężnie apologetyczna: papież czynił cuda. Autorowi łatwiej uwierzyć nie tylko dlatego, że czaruje nas wartką i barwną narracją. Sama eklezjalna instytucja bynajmniej go nie zachwyca. Duchowni zapełniający książkę wydają mu się mało sympatyczni. Sam papież początkowo też: ot, ultrakonserwatysta i tyle. Jako niezmordowany towarzysz jego podróży, obserwujący go z bliska tyle razy, jest nim jednak coraz bardziej zafascynowany. Tym, że żenował go zwyczaj klękania i całowania go w rękę, że nie cierpiał luksusu, że każdy spotkany człowiek był dlań najważniejszy, że wręcz tonął w modlitwie. Nic to zresztą dziwnego, tym zadziwiał wszystkich, co go znali. Dziennikarza niemieckiego naszła jednak pasja niesamowita: weryfikować plotki na temat cudów, które Jan Paweł II czynił już za życia. Autor niezmordowanie poszukuje świadka podobnych wydarzeń. Cudu eucharystycznego: pewnej Koreance podana przez papieża hostia zamienia się w ustach w kawałeczek ludzkiego ciała. Uzdrowień: i to ludzi, do których papież zmierza wiedziony jakąś nieziemską siłą.

W przeciwieństwie do Englischa nie musiałem się nigdy przekonywać do wiary chrześcijańskiej. Nie są mi do tego potrzebne cuda. Może raczej przeszkadzają: cuda, cudeńka... Sprzeczność z naturą? Ale co my o niej wiemy? Właściwie coraz mniej. Nawet i z samej książki Englischa dowiadujemy się, że niezwykłych uzdrowień jest o wiele więcej niż te, które służą wynoszeniu na ołtarze. Tylko tyle, że tam mamy tak zwany „kontekst religijny": świadectwo, że ktoś się modlił o to do „obiektu", beatyfikacji czy kanonizacji. Czyż jednak nie są bardziej oczywiste właśnie cuda zdziałane znacznie wyraźniej z pomocą samego świętego już za jego ziemskiego życia?
Gdyby jednak miały służyć ”sanktyfikacji" papieża, to byłaby z nim najcięższa sprawa. Bo on kazał je chować pod korcem żelaznym. To właśnie czyni książkę swoiście sensacyjną: autor docierał do prawdy z najwyższym trudem. Musiał przysięgać, że ujawni fakty dopiero, gdy cudotwórca umrze.
Taki już był ten JP II.

14:12, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
niedziela, 22 kwietnia 2012
Boże, wysłuchaj tę modlitwę moją! Dziękuję Ci bardzo za ojca Puciłowskiego

Psalm 4,2
„Kiedy Cię wzywam, odpowiedz mi, Boże,
który wymierzasz mi sprawiedliwość.
Tyś mnie wydźwignął z utrapienia,
zmiłuj się nade mną i wysłuchaj moją modlitwę."

Dźwigasz mnie, Boże, od przeszło pół wieku, dając mi stale sensownych księży, ukazujących mi zawsze dobrą, jasną, pociągającą twarz Kościoła. Świecą mi podobnie środowiska w rodzaju mojej od początku „Więzi", również „Znaku", „Tygodnika Powszechnego", „Przeglądu Powszechnego", „Listu", „W drodze", KIK-u warszawskiego i wielu innych. Zmiłuj się jednak nie tylko nade mną, także nad tyloma innymi katolikami polskimi, skazanymi praktycznie na swego proboszcza, który nic nie czyta, a słucha nie tego, co trzeba, i swoim owieczkom robi wodę z mózgu albo wystrasza ich z Kościoła skuteczniej niż jakikolwiek mason. Czemu tak jest, czy tak być musi? Boże, wysłuchaj tę modlitwę moją.

Ale oprócz tamtych tak mądrych środowisk jest jeszcze na szczęście zakon dominikański i wielu tam duchownych przemądrych. W najnowszym krakowskim „Liście", poświęconym problemowi władzy w Kościele, mój znakomity przyjaciel, dominikanin, doktor historii Józef Puciłowski, tak o historii Kościoła napisał był:

”Religia była instrumentem władzy, gdy hołdowano zasadzie cuius regio, eius religio (czyje państwo, tego religia), by nie rzec: religio glebae (religia do ziemi przypisana). Sposób wyznawania wiary w Boga, Ojca wszystkich, utożsamiany był wtedy z jednym narodem, oczywiście lepszym niż inne. Tak było, by nie sięgać daleko, z państwem krzyżackim. Powstało stworzone przez katolicki zakon, ale w XVI w., wraz z przejściem wielkiego mistrza zakonu Albrechta Hohenzollerna na luteranizm, stało się protestanckie. Wszyscy mieszkańcy musieli zmienić wyznanie. W Polsce echa tej zasady słychać było jeszcze całkiem niedawno. Członkowie Obozu Narodowo-Radykalnego „Falanga", którego przywódcą był Bolesław Piasecki (po II wojnie światowej twórca Stowarzyszenia PAX i członek Rady Państwa w PRL), w latach 30. ubiegłego wieku twierdzili, że obywatelem RP może być tylko Polak katolik!

Szczególnym przykładem państwa, w którym religia łączyła się ze sprawowaną władzą, było Państwo Kościelne. Czasem mam wrażenie, że i dziś niektórzy katolicy w Polsce chętnie zaprowadziliby w naszym kraju porządek tegoż państwa z czasów papieża Leona XII (1823-1829). Za jego czasów mieszkańcy tejże monarchii, «poddani ścisłej inwigilacji policyjnej, mogli opuszczać dom tylko w określonych godzinach, co czternaście dni musieli meldować się na policji, co cztery tygodnie odbywać spowiedź, z czego musieli legitymować się kartką policyjną; każdego roku musieli odbywać trzydniowe rekolekcje w wybranym klasztorze. Za niedopełnienie tych powinności szło się na trzy lata ciężkich robót» (cytuję ks. Zygmunta Zielińskiego). Grzegorz XVI podtrzymywał policyjny charakter państwa, w którym nikt nie miał żadnych praw. Było to oczywiście jawne nadużycie władzy, wszak Państwo Kościelne kojarzyło się ludziom niemal z Państwem Bożym, bo rządy sprawował Ojciec Święty i kardynałowie. Jaka była jednak różnica między znanym z historii Polski carskim samodzierżawiem a systemem władzy Państwa Kościelnego? Żadna. Tu i tu panował absolutyzm, a interes władcy był interesem państwa. Tyle, że w tym drugim przypadku odbywało się to ze szkodą dla chrześcijaństwa, bo ze swej natury władza w państwie kościelnym powinna być władzą miłości. (...).

Nadużycia w Państwie Kościelnym, które zajmowało znaczną część Półwyspu Apenińskiego, z czasem - raczej krótszym, niż zdawało się to współczesnym - doprowadziły do powstania ruchów antypapieskich, antykościelnych i antychrześcijańskich. Włoski ruch zjednoczeniowy zyskał na sile w okresie Wiosny Ludów. W odpowiedzi Pius IX starał się początkowo robić wszystko, by zneutralizować antykościelne ostrze ruchu (mianował świeckiego premiera Państwa Kościelnego, nadał państwu nową konstytucję, odsuwając część kardynałów od władzy), ale z czasem stawał się coraz bardziej zachowawczy. Państwo Kościelne ostatecznie zlikwidowano, co było rzekomo wielkim ciosem dla papiestwa. Niezależność i silną pozycję papieża w świecie utożsamiano bowiem z posiadaniem państwa. Takie były wtedy realia. (...)
Wiele się zmieniło od czasów Leona XII. Nie ma już Państwa Kościelnego pokaźnego obszarem, ale z opinią papieży liczą się politycy na całym świecie, a sam Kościół stał się wielkim obrońcą praw człowieka.”
Święte słowa uczonej Jegomości!

08:38, jan.turnau
Link Komentarze (63) »
sobota, 21 kwietnia 2012
Diakoni, słudzy ciała i ducha

Dzieje Apostolskie 6,1-7
Opowieść o siedmiu mężach, których pewnie słusznie nazwano diakonami, choć nie określił ich tak autor Dziejów: termin ten pada natomiast w 1 Liście do Tymoteusza 3,8-13, gdzie jest o tym słudze (dosłowne znaczenie terminu greckiego diakonos) sporo. Zostali powołani do „obsługiwania stołów" tylko dla jednej społeczności pierwotnego Kościoła, czyli dla tak zwanych hellenistów: Żydów greckojęzycznych, mieszkających w diasporze, którzy czuli się w tej pomocy pokrzywdzeni przez Żydów mówiących po hebrajsku. Tak to niemal od razu zaczynają się waśnie. Jak to zwykle bywa między ludźmi, tyle tylko, że ci mieli wzór szczególny.

A diakoni byli nie tylko od spraw ciała. Zobaczymy to w przyszłym tygodniu, gdy poczytamy o pierwszym z siedmiu, Szczepanie, który zginął w walce o kwestie zgoła duchowe.

14:05, jan.turnau
Link Komentarze (35) »
piątek, 20 kwietnia 2012
Gamaliel, autorytet też dla Szawła

Dzieje Apostolskie 5,34-42
Opowieść o faryzeuszu Gamalielu, który przekonał Sanhedryn, by uwolnił Apostołów, „jeżeli bowiem od ludzi pochodzi ta myśl czy sprawa, rozpadnie się, a jeżeli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć i może się czasem okazać, że walczycie z Bogiem”. Jak wiadomo, sprawa się nie rozpadła, choć po dwudziestu wiekach potomkowie tamtych Żydów nie uważają na ogół, że ich przodkowie walczyli z Bogiem. Nie wiem, co współcześni historycy żydowscy myślą o Gamalielu, mnie wydaje się, że słusznie - jak powiadają Dzieje - był „poważany przez cały lud”, bo na przykład tutaj wykazał dużą mądrość. No i trzeba go tu skojarzyć z uczniem jego Szawłem: może jakoś po trosze wpłynął na jego nawrócenie?

16:47, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
czwartek, 19 kwietnia 2012
Po czyjej stronie Bóg?

Dzieje Apostolskie 5,29
„Odpowiedział Piotr i Apostołowie: - Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi.”

Zwracam uwagę na formułę „Piotr i Apostołowie”: Piotr też był Apostołem, ale jako najważniejszy z nich jest w ten sposób wyodrębniony z grona Dwunastu, podobnie jak teraz powiada się „papież i biskupi”, choć biskup Rzymu też biskupem jest. Myślę, że jego rola w pierwotnym Kościele była rzeczywiście wielka (raz tylko Paweł w Liście do Galatów 2,9 wymienia przed nim Jakuba), co nie znaczy, że monarchiczna, jak jest wciąż jeszcze u dzisiejszych papieży.

A odpowiedzieli apostołowie w ten sposób arcykapłanowi, który ich zapytał, czemu nie są posłuszni Sanhedrynowi. Nauczają „w to imię”, napełniają Jerozolimę swoją nauką, chcą ściągnąć na władze żydowskie krew tego człowieka. Czyli uczynić je odpowiedzialnymi za jego śmierć: wyrażenie, które pada w ewangelii Mateusza 27,25, gdy ”cały lud” odpowiedzialność tę bierze na siebie (gdyby był to rzeczywiście cały lud żydowski, jak by się tam zmieścił? Wątpi w to także Benedykt XVI w swojej książce „Jezus z Nazaretu”).

No cóż, Dwunastu miało sytuację zupełnie dla nich jasną: wiedzieli, po czyjej stronie jest Bóg, przy których jest mianowicie ludziach. Gdy jednak owi ludzie są podzieleni wściekłymi konfliktami, ciężko jest tym, co starają się nie być w takiej sytuacji stronniczy.

12:38, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
środa, 18 kwietnia 2012
Moje wyznanie o zaufaniu. Jubileusz Tadeusza Mazowieckiego

Ewangelia Jana 3,16-18
„Albowiem Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby nikt wierzący w Niego nie zginął, lecz miał życie wieczne. Bo nie posłał Bóg Syna na świat, aby sądził świat, ale aby świat był przez Niego zbawiony. Wierzący w Niego nie jest sądzony, niewierzący zaś już został osądzony, albowiem nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego.”

Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Wspaniałe słowa, krzepiące. Krzepią, bo Jezus mówi Nikodemowi, że Bóg Go nie posłał na świat, aby ów świat sądził, ale po to, by go zbawił. Zaraz jednak potem są słowa, które trochę trwożą: o tym, że jednak w tym cały jest ambaras, iżby dwoje chciało na raz. To, co prawda, nie Biblia, tylko Boy, ale tu akurat są jakby zgodni: nikogo się nie zbawi wbrew Jego woli. Niby to jednak oczywiste, ale jak tu nieraz wyznawałem, nie mogę uwierzyć, żeby ktokolwiek smażył się w piekle na wieki wieków. Nie ma tu, co prawda, u Jana ani słowa o potępieniu wiecznym, nawet w naszej wersji translatorskiej jest mowa tylko o sądzeniu, nie potępieniu, niemniej rzecz wygląda groźnie. Chyba że właśnie przyjmiemy, iż Bóg jest nieskończenie miłosierny, więc taki los człowieka byłby dla Niego nie do zniesienia, i że jest rzeczywiście wszechmocny, to znaczy radzi sobie jakoś z każdą ludzką wolą, z każdym wściekłym uporem, choćby niemal demonicznym. Sądzi, ale nie skazuje.

Idę tu nie tylko za księdzem Hryniewiczem, kardynałem Ursem von Balthasarem i Sergiuszem Bułgakowem, nie mówiąc o teologach poprzednich wieków, którzy szli dzielnie pod prąd niemiłosiernych wyobrażeń. Pomocą w takiej nadziei jest mi również święta Faustyna. Jezus kazał jej ufać, mnie również. Myślała, co prawda, że w momencie śmierci klamka zapada, ale ufam, że w tej ostatniej chwili każdy obrzydliwiec daje się złamać. A jeśli nie, to złamie go Duch już tam w zaświatach. Na Sądzie Ostatecznym piekło okaże się absolutnie puste.

(uaktualnienie notki, przez pomyłkę nie zostało wklejone do bloga)
Wydarzenia: u prezydenta RP jubileusz Tadeusza Mazowieckiego. Genialnie świętowany, bo imprezę prowadził Jacek Fedorowicz. Tak nienudnie, że gdy okazało się, że zapomniał dopuścić do głosu samego Jubilata, to myślałem, że zrobił tak specjalnie, żeby było zabawniej. A Mazower, jak go nazywaliśmy go w ”Więzi” wyśmiewając antysemityzm, wyznał coś, co chyba z pożytkiem usłyszało trzech biskupów, w tym jeden kardynał i jeden prymas. Że jego wierze przydawali się ludzie niewierzący, dialog z nimi, na przykład z Michnikiem, dla Kościoła naprawdę zasłużonym. Natomiast w opowieści Fedorowicza o byłym premierze było o jego ekumenizmie wewnątrzchrześcijańskim (miał wuja mariawitę, na szczęście teraz już stosunki tego Kościoła z katolikami ”rzymskimi” są o niebo lepsze).

17:39, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
niedziela, 15 kwietnia 2012
Czy komunizm jest możliwy?

Dzieje Apostolskie 4,32
„Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne.”

Czyli jednak taki ustrój jest możliwy? Owszem, ale tylko w małej grupie społecznej, złączonej szczególnymi więzami. Dziś jedynie we wspólnotach zakonnych czy innych ożywianych rzeczywiście jakimś ogólnym ideałem życia. Nie jest to, jak się jawnie okazało, system dla zwykłych śmiertelników. Pewien ideowy komunista marksistowski zobaczywszy, co się stało z jego ideologią, powiedział mi, że ustrój był dobry, tylko ludzie niedobrzy. I poniekąd miał rację, ale nie przyznał się samokrytycznie, że popełnił zasadniczy błąd myślowy.

Nie popełnię natomiast błędu, jeżeli zawieszę blogowanie na poniedziałek i wtorek: wyjeżdżam, nie dam rady.

10:01, jan.turnau
Link Komentarze (60) »
sobota, 14 kwietnia 2012
Poza historią

Ewangelia Marka 16,12
„Potem ukazał się w innej postaci dwóm z nich, gdy szli na wieś.”

Nawet w tak lakonicznej informacji zaznaczono, że Zmartwychwstały już jakby wyglądał inaczej. „Jakby”, bo przecież nie zmienił się po prostu, po „ziemsku”, tak jak człowiek postarzały czy po jakichś wielkich przejściach. Zmienił się zasadniczo, co Biblia wyraża takim językiem, ułomnym, nieporadnym, jak wszystko, co ludzkie. Istnieje, żyje, ale już w „czwartym wymiarze”, poza naszą doczesną historią.

12:27, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
Przy połowie ryb... ”Ślad” dla Jacka Moskwy

Wpis na piątek 13 kwietnia 2012

Ewangelia Jana 21,1-14
”Jezus znowu ukazał się nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: - Idę łowić ryby. Odpowiedzieli mu: - Idziemy i my z tobą. Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie złowili. A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus rzekł do nich: - Dzieci, czy nie macie nic do jedzenia? Odpowiedzieli Mu: - Nie. On rzekł do nich: - Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie. Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć. Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: - To jest Pan! Szymon Piotr usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę, był bowiem prawie nagi, i rzucił się w morze. Reszta uczniów dobiła łodzią, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko, tylko około dwustu łokci. A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na nich ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: - Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili. Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął, na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości sieć się nie rozerwała. Rzekł do nich Jezus: - Chodźcie, posilcie się! Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania «Kto Ty jesteś», bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im, podobnie i rybę. To już trzeci raz, jak Jezus ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał.”

No i mamy znowu opowieść o trudnym rozpoznawania Zmartwychwstałego. Problemy identyfikacyjne mają tym razem nieco liczniejsi uczniowie: aż siedmiu. Ewangelia podaje taką liczbę może dlatego, że jest ona symboliczna. „Siedem oznaczało prawdopodobnie pełnię i doskonałość, co znajduje wyraz w siedmiu dniach stworzenia i siedmiodniowym tygodniu” - zaczyna swoją informację na ten temat „Encyklopedia biblijna”. Może jednak właśnie tylu uczniów naliczył Jan (raczej nie on sam, bo według wielu biblistów jest to dodatek innego pióra), a symboliczność to tylko przypadek. Podobnie rzecz się ma z liczbą wielkich ryb. Czwarta ewangelia jest mistyczna i „symbolizująca”, ale zarazem dokładna w niektórych szczegółach, więc kategorycznych sądów należy unikać.

Co mnie jednak w tym tekście bardziej interesuje, to znowu początkowa nierozpoznawalność Jezusa. Orientują się, że to On, dopiero po sporym czasie, nawet jakby „uczeń umiłowany” nie od razu to pojął. Może zamiast snuć przypuszczenia laickie, co to było, trzeba coś powiedzieć ogólnie: autorom biblijnym chodziło tu o to, żeby zaznaczyć zasadniczą odmienność egzystencji Chrystusa po zmartwychwstaniu.

Fakty: pisarz i dziennikarz Jacek Moskwa otrzymał wczoraj Nagrodę ”Ślad” im. Bp. Jana Chrapka, przyznawaną przez zespół dziennikarzy z różnych mediów, działający obecnie pod przewodnictwem naczelnego ”Więzi” Zbigniewa Nosowskiego. Nagrodzono Moskwę za kilka ważnych książek, przede wszystkim za wydane w zeszłym roku najobszerniejsze dotąd w piśmiennictwie polskim czterotomowe dzieło biograficzne o Janie Pawle II; napisał przedtem między innymi niemal jedyną dotąd książkę o księdzu Ziei. Nominowani do naszej nagrody byli Grzegorz Górny (”Fronda”), Marcin Jakimowicz (”Gość Niedzielny”) oraz ks. Andrzej Luter i bp Grzegorz Ryś. Napisałem ”naszej”, bo jestem w kapitule; jak łatwo się domyślić, nie głosowałem na Grzegorza Górnego. Moim kandydatem był inny Grzegorz, od niedawna biskup pomocniczy krakowski, od dawna duchowny równie duchowy, jak inteligentny i odważnie myślący, autor takich właśnie książek o inkwizycji i celibacie. A ksiądz Luter to jedyny polski ksiądz, co spowiada w lokalu laickiej gazety, tak - w ”Wyborczej”! Skądinąd dobry ”filmolog”.

Gdy jestem przy filmach, obejrzałem wczoraj w TVP ”Rewers”, bo mówiono, że to dobre. Na mój gust kiczowate. Co Państwo na to?

12:27, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
czwartek, 12 kwietnia 2012
Gdyby...

Dzieje Apostolskie 3, 17
„Lecz teraz wiem, bracia, że działaliście w nieświadomości, tak samo, jak przełożeni wasi".

Jeden werset, a taki ważny. Nie jedyny: główny jego odpowiednik to słowa Jezusa z krzyża w Ewangelii Łukasza 23,34: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią". Mamy też w 1 Liście do Tymoteusza 13 powiedzenie Pawła: „(...) dostąpiłem miłosierdzia, gdyż postępowałem nieświadomie, jak niewierzący", ale chyba na tym koniec. Są jeszcze modlitwy za prześladowców, to jednak nie całkiem to samo. Zaznaczanie owej nieświadomości w Ewangelii Łukasza i w Dziejach wynika zapewne z właściwego autorowi trzeciej ewangelii akcentowania miłosierdzia Bożego, które uwzględnia wszystkie okoliczności łagodzące. Nie równa się naturalnie przekonaniu, że grzechu nie było w ogóle.

To myśli rzadkie bardzo, gdyby jednak prześladowcy Żydów działający tyle wieków zwrócili na nie uwagę, może ostygliby trochę w morderczym zapale. Gdyby...

13:01, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
środa, 11 kwietnia 2012
Zobaczyć Go w drugim człowieku

Ewangelia Łukasza 24, 13-35
Opowieść o dwóch uczniach uciekających z Jerozolimy do pobliskiego Emaus. Napisałem komentarz do tej podróży na otwarcie ciekawego blogu teologicznego „Kleofas” (blog-teologiczny.cba.pl), a że nie stać mnie dziś na nic więcej, więc za zgodą Redakcji tamtego blogu zamieszczam tamtą pisankę skróconą także tutaj.

Kiedyś była to stała lektura biblijna w Poniedziałek Wielkanocny, w tym roku awansowała wręcz do liturgii Wielkanocnej Niedzieli. Bo też ma przesłanie zgoła zasadnicze. Droga: obraz życia ziemskiego. Idziemy zmieniając się z każdym krokiem. Nieraz zwijamy się raczej zamiast rozwijać, ale stagnacji nie widać. I tu powinno być zaraz o niewidzeniu, ale najpierw jeszcze o bohaterach perykopy. Kim był ów uczeń nienazwany z imienia? Byłby to autor relacji, sam Łukasz? Opisać tak wspaniale taką podróż mógłby tylko jej uczestnik? W takim razie jednak Łukasz słyszałby też może osobiście Maryję wyśpiewującą „Magnificat”, a to hipoteza naukowa raczej wątpliwa. Podejrzenie, że mamy tu relację z autopsji, bierze się także stąd, że inny ewangelista, Jan, napisał o sobie wielokrotnie, ale nigdy się nie nazywając, więc może również ten wolał podobną anonimowość.

Co zaś do owego niewidzenia, to na temat początkowej ślepoty dwóch uciekinierów z morderczego miasta mam do powiedzenia myśli swoje poniższe. Że, po pierwsze, podobna „niewidomość” zdarza się w sytuacjach całkiem codziennych. Energia świetlna swoją drogą, intelektualna swoją. Gdy jestem zmęczony albo czymś za bardzo przejęty, nie dostrzegam obiektu, którego szukam jak szalony: oczy zobaczyły, ale nie rozum. I tak było może z podróżnikami naszymi. Zatem to według mnie nie było zjawisko nadprzyrodzone, więc heretycko podważam Biblię albo i wiarę religijną wręcz? Nie, ponieważ wierzę, że Bóg stworzył świat niewymagający Jego częstej poprawki: natura jego jest nieporównanie bogatsza niż myślimy, prawidła jej znacznie bardziej skomplikowane. Po drugie, może rozpoznanie Go przez dwóch uczniów przy „łamaniu chleba” (Eucharystia to była albo nie - kolejny problem dla uczonych?) było, co prawda, definitywne, ale świtało wędrowcom coraz jaśniej z każdym ich ku Emaus krokiem. Tak jak i nam w życiu naszym doczesnym czasem przybywa bystrości umysłu, choć zdarza się też, że ubywa. Jest tak w sprawach, by tak rzec, cielesnych, ale duchowych również. Bywa rozmaicie. Jedni są w stanie zobaczyć szybko, że istnienie nasze sensowne jest, a nawet i to, że sens mu nadaje Logos - Jezus Chrystus, drudzy błądzą, choć (dlatego że?) pędzą przed siebie galopem.

Może jednak trzeba rzecz ująć etycznie. Może rozpoznanie Go jest pełne dopiero wtedy, gdy zobaczy się Go w każdym innym osobniku naszego gatunku. Albo też jakby pełne jest już wtedy, gdy każdego traktuje się prawie tak, jakby był Bogiem samym, choć co do tego, czy On istnieje, rozpościera się przed oczyma patrzącego mgła nieprzebita.

14:28, jan.turnau
Link Komentarze (82) »
wtorek, 10 kwietnia 2012
Ogrodnik i „noli me tangere”

Ewangelia Jana 20,11-18
Magdalena i Jezus wzięty za ogrodnika. Nie pamiętam, żeby ktoś namalował Go jako owego opiekuna ogrodu, a przecież gdyby ukazał się tej Marii w grobowym dezabilu, bo i tak Go się widziało, albo w podniosłej szacie Pana dziejów, taka pomyłka byłaby trudniejsza. Musiał być ubrany zwyczajnie. Czemu jednak nie został rozpoznany w jakimś ziemskim stroju przez osobę, która Go przecież tak kochała? W procesie poznawczym - by tak rzec po laicku - potrzebne są dwa akty. Najpierw widzą oczy, potem mózg. Nieraz zdarza mi się patrzyć a nie widzieć przedmiotu, którego szukam, a on stoi jak wół przede mną: umysł mam pełen innych spraw. Tłumacząc tę rzecz po swojemu nie kwestionuję przekonania, że owa ślepota była zdziałana przez Boga. Zakładam jedynie, że Bóg jest architektem absolutnym: stworzył Wszechświat o wiele doskonalszy niż nasze wyobrażenia; „naturę” o wiele bogatszą niż widzą ją nasze szkiełka i oczy: umożliwiającą odstępstwa od tego, co zawsze. Kłania się święty Augustyn, nie Akwinata ze swym przyjętym wciąż dualizmem natury i nadnatury. Co jednak zaprzątało głowę Magdaleny tak, że „zniewidomiała”? Może właśnie to, że Go nie ma. Rozpacz zakrywa rzeczywistość!

Co zaś znaczą słowa: „Nie dotykaj mnie (nie zatrzymuj, nie czepiaj się mnie), bo jeszcze nie wstąpiłem do Ojca”? A gdy wstąpi, będzie bardziej dotykalny? Bóg raczy wiedzieć. Paradoksalnie - bo przecież Ewangelia paradoksem stoi - może tak jest właśnie. Bo Bóg-człowiek daleko, ale Jego Duch blisko. A On tchnie, kędy chce, i tyle znaków Jego obecności w ludziach świętych wyznań rozmaitych albo i bez żadnych deklaracji konfesyjnych.

13:15, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Antynowina

Ewangelia Mateusza 28,8-15

W Poniedziałek Wielkanocny czytamy o machinacji arcykapłanów i starszych. Dowiedziawszy się, że wśród uczniów Jezusa rozeszła się nowina o Jego zmartwychwstaniu, przekupili strażników Jego grobu, by rozpowiadali wiadomość przeciwną: że Jego ciało wykradli Jego uczniowie. „I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego.” Trwała do milionów dni dzisiejszych, teraz już raczej też, choć stosunki dwóch naszych religii poprawiły się zasadniczo. Historyk bliski optyce żydowskiej Geza Vermes uważa, że nastąpiła taka kradzież: co prawda, nie dokonali jej uczniowie Jezusa, ale ktoś inny, niemniej zmartwychwstania nie było. A że dokonał tego ktoś inny, to napisano w antyewangelii ”Toledot Jeszu”: zrobił to tam jakiś Jehuda, czyli jakby Judasz.

14:44, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
niedziela, 08 kwietnia 2012
Miejmy oczy etycznie otwarte

Ewangelia Łukasza 24,13-35
Opowieść o podróży dwóch uczniów Jezusa do Emaus, w czasie której nie od razu rozpoznali Jezusa. Tekst ten, czytany dawniej w Poniedziałek Wielkanocny, watykański liturgista biblista przeznaczył w tym roku na Niedzielę Wielkanocną, na mszę w pełny dzień (uroczystość zaczyna się już w Wielką Sobotę wieczorem nocną liturgią eucharystyczną niezwykłego uroku). Pomyślałem sobie, że my w naszej drodze życiowej też na ogół nie rozpoznajemy Jezusa - w naszych bliźnich.

Wszystkim moim Czytelniczkom i Czytelnikom (a jest ich dziennie już około pięciuset) składam najlepsze życzenia paschalne. Byśmy patrząc na drugiego człowieka mieli zawsze oczy etycznie otwarte.

08:33, jan.turnau
Link Komentarze (44) »
sobota, 07 kwietnia 2012
Wielka cisza

Dziś Wielka Sobota, czas oczekiwania, wtedy potwornej depresji, rozpaczy wręcz, dziś dzień zadumanej ciszy: bez liturgii, zatem również bez liturgicznego czytania Biblii. Czas jednak na lekturę prywatną, według własnego uznania.

Śmierć Chrystusa wspominaliśmy wczoraj, dziś najbardziej prawdopodobna data tego wydarzenia. Wydarzenia, które - trudno mi tego nie powiedzieć - wstrząsnęło światem. Jeśli nawet - w co trzeba by uwierzyć - było tylko wydarzeniem myślowym, wyłącznie subiektywnym, w istocie wymyślonym, to i tak ten wymysł okazał się niesłychanie ważny, sprawił, że powstała religia najliczniejsza na świecie, ruch myślowy, który przyczynił się walnie do rozwoju pojęć etycznych i powstania globalnej cywilizacji.

Trochę lektury „postbiblijnej". A propos ciszy: ukazała się książka Michała Płoskiego pt. „Mała cisza", wydana przez Dom Środowisk Twórczych w Kielcach. W mieście tym mieszka mianowicie postać niezwykła: Michał Płoski jest dla mnie symbolem tej przepięknej postawy duchowej, jaką jest cisza wewnętrzna. Z wykształcenia prawnik, nigdy jednak nie wykonywał tego zawodu, bo absolutnie nie pasuje do niego jakakolwiek działalność gadana. Pracował jako bibliotekarz, a od 24 lat maluje ikony. Bez dyplomu uczelni artystycznej, bez wyznania prawosławnego, jest już obecnie wziętym „ikonopisem", także w środowiskach cerkiewnych. A książka wydana przepięknie, bo z autorskimi rysunkami ikon oraz świetnymi fotografiami Stanisława Zbigniewa Kamieńskiego, artysty mieszkającego w Radomiu. Płoski opowiada we wstępie, że teksty pisze zwykle w leśnej chatce (u stóp Świętego Krzyża), właśnie daleko od zgiełku miasta. „Próbowałem zapisać tak ważną tutaj ciszę, jeśli ciszę można zapisać". Po wstępnej lekturze książki stwierdzam autorytatatywnie, że w każdym razie Michał może.

A o depresji czytałem w książce Joëla Pralonga „Terapia dla duszy", wydanej u nas przez mariański PROMIC. O tym, że doświadczenie tej męki duchowej prowadzi nas w końcu do samego sedna Ewangelii. „Kiedy dotknięty chorobą człowiek przychodzi do szpitala, nosi pancerz pychy i roszczeń. Doświadczenie cierpienia stopniowo dziurawi ową zbroję". U każdego?

00:23, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
piątek, 06 kwietnia 2012
Kto jest winien Jego śmierci?

Ewangelia Jana 18,1-19,42

Wielki Piątek. Jak tu pisałem nieraz, ewangelie różną się trochę w rozkładaniu odpowiedzialności za śmierć Jezusa. Mateusz i Jan jakby trochę odciążają Rzymian, akcentują bardziej winę elity żydowskiej. Tłumaczy się to tym, że im dalej, tym ostrzejszy był konflikt pierwotnego Kościoła z Synagogą, co rzutowało na interpretację wyjściowych wydarzeń. Pewnie tak było, ale nie przesadzajmy: niezależnie od stopnia odpowiedzialności spoczywa ona tak na Piłacie, jak na Sanhedrynie. Może bardziej na jednym, jak na drugim, ale na obu. Również być może wina faryzeuszy i „uczonych w Piśmie" (te grupy niemal pokrywały się) była mniejsza niż to może wynikać z ewangelii, a większa formalnej elity władzy - to znaczy arcykapłanów, kapłanów i „starszych ludu": arystokracji żydowskiej. Może rzeczywiście - jak przypuszczają niektórzy bibliści - konflikt z faryzeuszami narastał stopniowo (za czasów Jezusa nie był taki duży, łączyło Go z nimi niejedno) i to też rzutowało na redakcję ewangelii. Niemniej znów nie przesadzajmy! Struktury religijne w ogóle nie lubią proroków, nie tylko te ówczesne żydowskie, każde. W ogóle społeczne struktury: Sokrates nie był prorokiem, tylko mędrcem, ale również robił burzę mózgów, za co też zginął. Budda także nie był prorokiem we własnym kraju. Dzisiejsi żydowscy interpretatorzy historii i bliscy im bibliści chrześcijańscy powinni spokojnie przyznać, że kiedyś jacyś ich rodacy działali do spółki z okupantem - i tyle.

Zresztą Biblia zdejmuje z nich po trosze odpowiedzialność, gdy mówi na przykład do ludu ustami Piotra (Dzieje Apostolskie 3,17), że działał on (lud) w nieświadomości tak jak żydowscy przywódcy. Na pewno nie rozpoznali w Nim Mesjasza, wręcz Syna Bożego, i to zaślepienie nie było w pełni ich winą. Są wydarzenia, które przerastają nasze pojmowanie.

22:45, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
Kapłani nie kaprale!

Wpis na czwartek 5 kwietnia

Księga Izajasza 61, 1-3a.6a.8b-9
”Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim, by opatrywać rany serc złamanych, by zapowiadać wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę; aby obwieszczać rok Łaski u Pana, i dzień pomsty dla naszego Boga; aby pocieszać wszystkich zasmuconych, by rozweselić płaczących na Syjonie, aby dać im wieniec zamiast popiołu, olejek radości zamiast szaty smutku, |pieśń chwały zamiast zgnębienia na duchu. Wy zaś będziecie nazywani kapłanami Pana, mienić was będą sługami Boga naszego. Tak mówi Pan: - Oddam im nagrodę z całą wiernością i zawrę z nimi wieczyste przymierze. Plemię ich będzie znane wśród narodów i między ludami ich potomstwo. Wszyscy, którzy ich zobaczą, uznają, że oni są szczepem, który Pan pobłogosławił".
Dziś taka „lekcja" starotestamentalna, bo w Kościołach zachodnich Wielki Czwartek. Przed południem we wszystkich katedrach „dzień księdza": koncelebrowana Eucharystia całego duchowieństwa pod przewodnictwem biskupa. Jest to tak zwana msza krzyżma: bo tak się od łacińskiego „chrisma" nazywa olej, którym się namaszcza kandydatów na prezbiterów (księży). Brzmi to podobnie jak „krzyż", źródłosłów co prawda inny, ale coś jest na rzeczy, bo dola duchownego trudna, jeśli chce być duchowy naprawdę. Oczywiście bowiem celibat, skazanie na samotność, do tego jeszcze osadzenie w strukturach instytucji, która zapewnia na ogół wikt i opierunek (choć są parafie naprawdę ubogie), ale jest trochę jak armia, czasem nawet całkiem.

Ale też kapłani nie mogą być kapralami. Piszę to w czasie kolejek do konfesjonałów, więc przepisuję z marcowego miesięcznika „LIST" trochę wskazówek dla spowiadających. Niech - zgodnie z Pismem Świętym - „pocieszają wszystkich zasmuconych". Niech nie dodają im smutku. Kapucyn o. Mateusz Hinc pisze m.in., że „kierownik duchowy może wskazywać, nakierowywać, ukazywać prawdę o Jezusie, który jest kochający, a nie restrykcyjny, i o Bogu, który jest miłosierny, a nie czeka tylko, żeby nas ukarać".
A ks. Andrzej Draguła powiada: „Może zatem dobrze by było, gdyby kaznodzieje, katecheci i wszyscy inni mówcy Kościoła (wraz ze spowiednikami) skupiali się bardziej na świętym wymiarze sumienia, a nie tylko na jego oskarżycielskich właściwościach. Własnego sumienia nie należy się bać, nie jest ono bowiem przede wszystkim forum, na którym zasiada Sędzia, ale przybytkiem, w którym podejmuje się z Nim dialog, wsłuchuje się w Jego słowa, konfrontuje się je z własnymi. Im częściej będziemy wstępowali do tego sanktuarium, tym rzadziej będzie się ono nam kojarzyło z policjantem, prokuratorem, sędzią i katem w jednym. Takie sumienie będzie rzeczywiście czyste. I to nie dlatego - jak sugerował Stanisław Jerzy Lec - że »nieużywane«. Przeciwnie".
Święte słowa Jegomościów!

22:45, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 04 kwietnia 2012
Jeszcze o Judaszu. Kardynał Martini o homoseksualistach

Ewangelia Mateusza 26,24
„Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak jest o nim napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził.”
Czy aby na pewno to oznacza potępienie na wieki? Czy nie jest to język świadomie przesadny, którym Jezus stale się posługiwał? Czy nie jest tu tak, jak z nakazem wyłupienia sobie oka, które gorszy?

Lektury: przeczytałem w tygodniku archidiecezji fryburskiej (chodzi o Fryburg Bryzgowijski, nie szwajcarski) „Konradsblatt” wiadomość niebywałą. Kardynał Carlo Maria Martini, zawsze bardzo odważny, chyba w owej odwadze przeszedł sam siebie. Tygodnik w kronice kościelnej podał jego pogląd na temat homoseksualizmu, że „w odróżnieniu od przelotnych kontaktów nie jest to nic złego, jeśli tylko dwie osoby zachowują pewną stabilizację w swoim stosunku. Nie podzielam poglądów ludzi w Kościele, którzy się taką życiową wspólnotą denerwują.”
No, no...
Szkoda tylko, że nie napisano, gdzie to kardynał napisał. Podano tylko, że „w pewnej książce”. 

13:10, jan.turnau
Link Komentarze (40) »
wtorek, 03 kwietnia 2012
Opowieść o trzech uczniach, co tworzyli historię

Ewangelia Jana 13,21-33.36-38
”Jezus w czasie wieczerzy z uczniami swoimi doznał głębokiego wzruszenia i tak oświadczył: - Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: jeden z was Mnie zdradzi. Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi. Jeden z uczniów Jego, ten, którego Jezus miłował, spoczywał na Jego piersi. Jemu to dał znak Szymon Piotr i rzekł do niego: - Kto to jest? O kim mówi?. Ten oparł się zaraz na piersi Jezusa i rzekł do Niego: - Panie, kto to jest? Jezus odpowiedział: - To ten, dla którego umaczam kawałek chleba i podam mu. Umoczywszy więc kawałek chleba, wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty. A po spożyciu kawałka chleba wszedł w niego szatan. Jezus zaś rzekł do niego: - Co chcesz czynić, czyń prędzej. Nikt jednak z biesiadników nie rozumiał, dlaczego mu to powiedział. Ponieważ Judasz miał pieczę nad trzosem, niektórzy sądzili, że Jezus powiedział do niego: - Zakup, czego nam potrzeba na święta, albo żeby dał coś ubogim. On zaś po spożyciu kawałka chleba zaraz wyszedł. A była noc. Po jego wyjściu rzekł Jezus: - Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony. Jeżeli Bóg został w Nim chwałą otoczony, to i Bóg Go otoczy chwałą w sobie samym, i to zaraz Go chwałą otoczy. Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami. Będziecie mnie szukać, ale jak to Żydom powiedziałem, tak i wam teraz mówię, dokąd ja idę, wy pójść nie możecie. Rzekł do Niego Szymon Piotr: - Panie, dokąd idziesz? Odpowiedział Mu Jezus: - Dokąd ja idę, ty teraz ze mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz. Powiedział Mu Piotr: - Panie, dlaczego teraz nie mogę pójść za Tobą? Życie moje oddam za Ciebie. Odpowiedział Jezus: - Życie swoje oddasz za mnie? Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się mnie wyprzesz".

Opowieść o trzech apostołach, o każdym mówi coś bardzo ważnego. Także o Janie, niezwykle bliskim Jezusowi. O Janie, bo któż to mógł być ów „uczeń umiłowany”, jak nie on? Pytam, bo bibliści silą się na inne hipotezy: że na przykład ten uczeń to Łazarz; tu zresztą go przecież chyba nie było, bo nie należał do Dwunastu. Przede wszystkim jednak mówi o Piotrze: przypomniało mi się czyjeś tłumaczenie, że miał prawo się zaprzeć Chrystusa, tak jak każdy ma formalne prawo kłamać podczas przesłuchania, w swojej obronie. Tyle tylko że tam było inaczej: osoba, której dotyczyły formalne spytki, była szczególna. No i jest sporo o Judaszu. Mocno: „wszedł w niego szatan”. Przeczyłoby to może hipotezie, że działał znacznie mniej podle, niż się na ogół sądzi: chciał Jezusa zmusić do objawienia Jego nadziemskiej mocy. Ksiądz Hryniewicz broni tego apostoła, mnie w każdym razie wydaje się pewne, że pojął swój błąd, nawet wpadł w potworną rozpacz, tak wielką, że aż popełnił samobójstwo. A o to przecież nikt nie powinien mieć do niego moralnej pretensji; w każdym razie mój Kościół rozumie już, co to jest odbierające zgoła rozum szaleństwo depresji.

14:24, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Czy łamać trzcinę? Księża niepokorni: Lemański, Isakowicz-Zaleski

Księga Izajasza 42,2-3
„Nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi knotka o nikłym płomyku".

Ideał cierpiącego sługi Bożego, przedstawiony w Starym (Pierwszym) Testamencie, potem nieporównanie mocniej w ewangeliach. Ideał człowieka bez „siły przebicia", a raczej z tą siłą wewnętrzną, ale opanowującego ją z racji etycznych. Opanowującego jednak działanie, nie mowę, bo przecież Ten, który ideał ów urzeczywistnił jak nikt w dziejach ludzkości, był par exellence prorokiem, czyli, owszem, wołał - i to bardzo ostro.
Jednak ów wzorzec idealny nie tylko osiągalny niełatwo, ale i nie jest receptą precyzyjną. Praktyka stwarza dodatkowe problemy. Jak krytykować, by nie skrzywdzić moralnie krytykowanych, ile można powiedzieć publicznie, czy można publicznie krytykować zwierzchników, w szczególności kościelnych?

W ostatnim „Magazynie Świątecznym" „Gazety Wyborczej” eksponowana rozmowa z księdzem Wojciechem Lemańskim. Katarzyna Wiśniewska pyta go: „To fair tak publicznie krytykować przełożonego?" Bo ów duchowny rzymskokatolicki sprzeciwił się nie tylko biskupowi Meringowi w sprawie Nergala, ale też swemu zwierzchnikowi, arcybiskupowi Henrykowi Hoserowi, gdy ten hierarcha przemilczał zbezczeszczenie pomnika żołnierzy bolszewickich na terenie jego diecezji. Lemański odpowiada Wiśniewskiej, że jest „daleki od tego, by z lupą śledzić każde potknięcie hierarchów, ale wydarzenie publiczne wymaga publicznej reakcji". Zadawałem sam sobie pytanie o lojalność takich krytyk: przecież na przykład pracownik redakcji nie polemizuje publicznie z naczelnym. Myślę jednak, że w grę tu wchodzi dobre imię nie tylko biskupa, także całej instytucji kościelnej. Ze względów wręcz ewangelizacyjnych niezbędny jest głos innego przedstawiciela Kościoła, by poprawić jego „piar" w środowiskach, których podobne milczenie albo i, co gorsza, mowa mało ewangeliczna mocno gorszy. Mamy tu, uogólniając, problem dyplomacji i świadectwa: która z tych dwóch metod jest lepsza? Myślę, że genialnie radził sobie z tym dylematem zmarły siedem lat temu Jan Paweł II. Chyba na przykład zachowałby się na Kubie inaczej niż Benedykt XVI: spotkałby się z dysydentami, tak jak zaskakiwał władze PRL niezaplanowanymi punktami programu (rozmowa z Wałęsą w Dolinie Chochołowskiej czy niespodziewana wizyta w ukraińskim klasztorze bazylianów w Warszawie na Miodowej).

Ale to sprawy z najwyższej półki, wracam do niepokornych księży. Ksiądz Lemański to duchowny podobny trochę duchem do „Gazety". Należy do takich odmieńców, co odważają się z nią rozmawiać, by tam wyrazić poglądy rzadko spotykane w polskich strukturach mojego Kościoła. Poglądy na przeróżnych „braci odłączonych", „innostrańców" i w ogóle inności. Ma do nich stosunek bliższy „ksenofilii" niż ksenofobii, wyrażający się również w zrozumieniu stanowiska różnych liberałów, że „gdy prawo pozwala na in vitro czy aborcję, to nie znaczy, że kogokolwiek się do tego zmusza".

Ale przeczytałem też podczas weekendu wydaną przez Frondę książkową rozmowę Tomasza T. Terlikowskiego pt. „Chodzi mi tylko o prawdę" z innym rozrabiaczem eklezjalnym, ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim. Od razu takie spostrzeżenie: ciągle jeszcze pokutuje w Polsce pogląd, jakoby krytyka zachowań hierarchii kościelnej była specjalnością wyłącznie środowisk nazywanych liberalno-lewicowymi. Przypadek Zaleskiego temu potężnie przeczy. Duchowny krakowski wciąż bardzo źle się wyraża o licznych biskupach. Przede wszystkim o kardynale Dziwiszu, bo też jako ze swoim zwierzchnikiem miał z nim najwięcej do czynienia. Przypisuje mu okropne popieranie PO, jawne sympatie innych biskupów do PiS-u lub partii Marka Jurka jakoś go nie denerwują. Powód konfliktu wcześniejszy: lustracja. W tej sprawie ksiądz Tadeusz reprezentuje stanowisko poprzedniego dyrektora IPN Janusza Kurtyki (spotkałem się nawet z poglądem, że dyrektor wręcz inspirował księdza). W książce nie powtarza zarzutów personalnych wobec kilku biskupów, nawet przyznaje, że kilka razy niepotrzebnie „chlapnął" pewne rzeczy ale zasadniczego stanowiska nie zmienia. Zajmuje się natomiast przyczynami, dla których owych duchownych udawało się rejestrować. I nowa rewelacja: „W tych dokumentach zobaczyłem potężne podziemie homoseksualne w Kościele". Publicystka „Rzeczpospolitej" Ewa K. Czaczkowska słusznie napisała, że ksiądz powinien publicznie podać nazwę kurii diecezjalnej, w której - jak to określił - „od biskupa po kamerdynera rządzą homoseksualiści”, gdyż w przeciwnym wypadku odium tego oskarżenia pada na cały Kościół. Autor książki może na to odpowiedzieć, że właśnie nie chce atakować personalnie, tyle że w ten sposób podejrzanych jest wielu. Nie mówiąc o tym, że sama teza widzi mi się jednak wątpliwa, po prostu dlatego, że sformułowana w sposób wielce przesadny. Dotykam tu kwestii fatalnych skutków obowiązkowego celibatu. Między nim a molestowaniem nieletnich (albo i „letnich", ale podległych molestującemu) nie ma zasadniczego związku w tym sensie, że molestują nie tylko celibatariusze i nie oni głównie. Jest jednak oczywiste, że niejeden młody mężczyzna wybiera drogę duchowną, bo nie czując pociągu do kobiet uważa, że bezżenność dobrze zniesie. Trzeba tu zaznaczyć, że Zaleski kwestionuje księżą obowiązkowość bezżeństwa. Argumentuje prawidłowo: że, owszem, żonatego duchownego trudniej przenieść, ale nie jest to przecież argument teologiczny, a na Zachodzie powołań miejscowych praktycznie brak. Jego zdaniem zmienić prawo mógłby papież z Trzeciego Świata, gdzie łamanie celibatu jest powszechne (Afrykanie są w sprawach seksu na etapie Abrahama - uwaga moja), zresztą nie tylko tam.

Lustracja, celibat, ale też dużo o polityce: tu autor książki okazuje się krytykiem także prezydenta Lecha Kaczyńskiego, choć do PiS-u mu bardzo blisko. Chodzi mu przede wszystkim o sprawę ukraińską, też temat jego ostrych wystąpień. Tamten Kaczyński podpadł mu bardzo, ponieważ późno i bardzo niechętnie zgodził się skrytykować ówczesnego prezydenta Ukrainy Juszczenkę za ogłoszenie Stepana Bandery tamtejszym bohaterem narodowym. Zaleski uważa, że potwornie okrutne mordowanie Polaków na Wołyniu jest praktycznie zamiatane pod dywan przez kolejne rządy polskie. Wspomnienia ojca, który był tamtych wydarzeń świadkiem, każe mu podobnie myśleć. Odrzuca możliwość wczucia się w emocje drugiej strony, głębszego przejęcia się winami po naszej. Równie mało dyplomatycznie myśli o wymordowaniu miliona Ormian przez Turków, tu jednak chętnie przyznaję mu rację: Turcja musi uderzyć się w piersi, jeśli chce wejść do Europy. Odnotowuję również z zadowoleniem dystans autora wobec ojca Rydzyka, i to teraz, gdy Telewizja „Trwam" stała się przedmiotem serdecznej troski całego Episkopatu.
„Platformy obywatelskiej", „Gazety Wyborczej" Zaleski oczywiście nie lubi. To może nic dziwnego, jeśli sprzymierzył się z „Gazetą Polską", gdzie ma stały felieton, zaskoczyło mnie jednak wyjaśnienie, dlaczego zawiódł się na Adamie Michniku. „Pierwszym sygnałem alarmowym była sprawa Jedwabnego. Zawsze byłem wrażliwy na sprawy ludobójstwa i miałem wówczas wrażenie, że ta sprawa została wywołana sztucznie, by także na Polaków rzucić cień podejrzenia o ludobójstwo". Tu wrażliwość moralna księdza Tadeusza najwyraźniej się kończy. Dziwne są też jego słowa: „Niesmaczne wydało mi się również nachalne promowanie Unii Europejskiej": dziś każdy w Polsce widzi, ile daje Polsce, na Kościół również, owa brzydka Unia. Autorowi książki zapewne chodzi o prawdę, tak jak ją rozumie, mam jednak wątpliwość, czy tytułowa formuła „tylko o prawdę" nie jest przesadna. Bo są jeszcze wielkie emocje.

Można go bronić twierdząc, że gdyby nie te emocje, nie byłby tak ofiarnym duszpasterzem Ormian (sporo ciekawych informacji o tym obrządku i wyznaniu) i nie stworzyłby imponującego swoim rozmachem ruchu opieki nad niepełnosprawnymi umysłowo (o czym też w książce). Myślę, że jest na pewno wielką indywidualnością, na pewno zależy mu autentycznie na dobru bliźnich, ale czy każdy społecznik musi tak rozrabiać?

15:31, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
niedziela, 01 kwietnia 2012
Filologia, teologia, Pascha

List do Filipian 2,6-11
„On będąc w postaci Bożej
nie uznał za przywłaszczenie
swej równości z Bogiem,
lecz ogołocił siebie samego
przyjąwszy postać sługi.
Stał się podobny do ludzi,
z wyglądu będąc człowiekiem,
poniżył samego siebie,
stał się posłuszny aż do śmierci,
do śmierci na krzyżu.
Dlatego i Bóg wywyższył Go nad wszystko
i darował Mu Imię,
ponad wszelkie imię,
aby na Imię Jezusa
zgięło się wszelkie kolano,
tych, co na niebiosach, na ziemi i w otchłaniach
i żeby każdy język wyznał,
że Panem Jezus Chrystus
ku chwale Boga Ojca.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Hymn z księgi na pewno Pawłowej (listy „więzienne” do Efezjan i Kolosan są może dziełem któregoś z jego uczniów). Bardzo trudny tekst. Chyba największy problem to zwrot „ouch harpagmon hegesato” - jak to przełożyć? W tłumaczeniu filologicznym ks. Remigiusza Popowskiego i Michała Wojciechowskiego mamy „jako porywanie uznał”, zatem przetłumaczyliśmy „nie uznał za przywłaszczenie”, aleśmy tu dość osamotnieni, bo za nami jest tylko Wujek (i Wulgata). Inni translatorzy poszli w innym kierunku: mają plus minus wersję Tysiąclatki: „nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem”, czyli coś tematycznie innego: u nas sugeruje się Jezusową świadomość równości z Bogiem. Nie ma różnicy doktrynalnej ani nawet teologicznej, bo nasz tekst mówi o czymś innym, nie coś innego: w ogóle o równości z Bogiem, nie o tym, że Jezus tę równość jakby zawiesił. Drugą kwestię stwarza terminologia „postać”, „podobny”, dość chyba pierwotna, nie ma tu jeszcze precyzyjniejszych określeń natury boskiej i ludzkiej Chrystusa.

Ale to tylko filologia: trzeba przede wszystkim podziwiać tu patos tego syntetycznego wyznania wiary. Już niedługo Pascha, dziś Niedziela Męki Pańskiej, zwana dawniej Palmową.

12:25, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
Archiwum