Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
sobota, 30 kwietnia 2011
Mam w obronie tej Marii uczonego sojusznika

Ewangelia Marka 16,9
„Po swym zmartwchwstaniu wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia Jezus ukazał się najpierw Marii Magdalenie, z której wyrzucił siedem złych duchów.”

Mam znów sposobność, by napisać o tej niezwykłej Marii. Trzeba zauważyć w tym dopisku do pierwszej ewangelii wersję Janową: że Jezus ukazuje się najpierw samej Magdalenie, nie paru kobietom. Gdy ów dopisek był redagowany, krążyła może już czwarta ewangelia i uznano jej wersję za najbardziej prawdopodobną. Ale nie to chcę głównie odnotować.

Zakład dla Niewidomych w Laskach wydaje kwartalnik o tej nazwie już symbolicznej, w którym pisuje teolog polski wybitny ks. Alfons Józef Skowronek. W numerze najnowszym jest jego refleksja wielkanocna „o kobietach wezwanych na świadków”, a w niej sporo niebanalnych (choć bardzo ciężkim stylem pisanych) myśli o Marii z Magdali.

”Warto ześrodkować baczniejszą uwagę na wymienionej już Marii Magdalenie, konkretnie na historii recepcji tej kobiety. Cały problem tej historii sprowadza się do złożonej rzeczywistości, że od papieża Grzegorza Wielkiego (540-604) pojawia się pod tym imieniem szereg kobiecych postaci, które następnie są przedstawiane w zróżnicowanych wyobrażeniach. Podchodząc do tekstów w sposób historyczno-krytyczny, nie sposób zestawić obrazu trzech kobiet w jeden obraz całościowy. Albowiem właśnie wtedy Maria Magdalena nie utożsamia się z Marią z Betanii (znaną z pary sióstr Marii i Marty) a już w ogóle nie z bezimienną «wielką grzesznicą» z Ewangelii św. Łukasza.

Maria Magdalena nazywa się właściwie - i słusznie: Maria z Magdali. Pochodzi więc z Magdali, małej wioski nad Jeziorem Genezaret. Była prawdopodobnie kobietą zamożną i widocznie niezamężną. Można by też powiedzieć: na swe czasy bardzo wyemancypowaną, co w późniejszym, zdominowanym przez mężczyzn stylu życia budzić mogło naturalnie podejrzenie i pożądliwość. W Nowym Testamencie jest jedyną kobietą, której życie nie wyprowadza się z relacji rodzinnych. W każdym razie była w świecie osobistością względnie obytą, na co wskazuje dodane do imienia nazwy miejscowości jej pochodzenia, jak u Jezusa - «z Nazaretu». Prostytutki nigdy by nie nazwano tak prominentnie po imieniu. Fakt, że obok dwunastu uczniów jest zaliczana do grona zwolenniczek Jezusa, ma do czynienia - podobnie jak u mężczyzn - z przekonującymi racjami, wspartymi o poprzedzające opowiadanie o uzdrowieniu.

W szeregu Ewangelii apokryficznych oraz dalszych, po części odkrytych dopiero w najnowszych czasach nowożytnych tekstach niekanonicznych z okresu wczesnochrześcijańskiego i gnostycznego, Maria Magdalena prezentowana jest w jeszcze mocniejszych barwach, co dzisiejszą teologię feministyczną z jej specyficznym zainteresowaniem dla interpretacji nastraja do nowego zaciekawienia. O ile stara teologia patriarchalna kobiety w kręgu Jezusa spychała na margines, podświadomie kierując się zmysłowymi lub anty-zmysłowymi fobiami, o tyle feministyczne odczytywanie znaków czasu wydobywa na jaw elementy świętości i samodzielną rolę kobiety w procesie zbawienia a przy tym przykłada większą wagę do pism źródłowych, mimo iż w procesie kanonizacji świętych pisma te nie zawsze odgrywają decydującą rolę. A przy tym wszystkim «oficjalne» teksty Nowego Testamentu, czytane w świetle historyczno-krytycznym, rysują już same w sobie imponującą sylwetkę Marii z Magdali.”

Miło czytać u innego, co więcej uczonego autora, że nie była prostytutką. Trzeba odrywać od jej wizerunku tę paskudną łatkę.

09:23, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 29 kwietnia 2011
Kim jest dla mnie Jezus

Dzieje Apostolskie 4,11-12
„On jest kamieniem odrzuconym przez was budujących, który stał się kamieniem węgielnym.”

Rola Jezusa w chrześcijaństwie jest zupełnie szczególna. Zaprawdę jest kamieniem węgielnym tej religii. Nieporównanie bardziej niż na przykład Mahomet w islamie: tamten jest tylko ostatnim, najważniejszym z proroków. Rola Jezusa jest tam porównywalna raczej z Koranem, księgą dosłownie zesłaną z Nieba. Koran z kolei nie jest porównywalny z Biblią, jest dla muzułmanów świętością o wiele większą, jego krytyczna analiza jest absolutnie wykluczona. Co prawda, mocno krytyczna analiza Pisma Świętego to też w chrześcijaństwie zjawisko nowożytne, a w islamie są już jakieś tendencje też w tej sprawie reformatorskie, ale od początku sakralizacja Koranu była o wiele wyraźniejsza. Dlatego wciąż pokutujący termin „mahometanie” jest bardzo błędny.

Mówi się nawet, że chrześcijaństwo nie jest właściwie religią Księgi. Można tę religię przeżywać tylko jako szczególną, osobistą łączność duchową z Nim. Taka jest doktryna, takie było i jest życie duchowe tylu chrześcijan. Choć nie moje: dla mnie religia to ciągle raczej etyka, dobroć wobec bliźnich jako ideał, temat rachunku sumienia - a to oczywiście za mało. W każdym razie nie całkiem po chrześcijańsku.

23:28, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 28 kwietnia 2011
Odpowiedzialność za śmierć Jezusa: próba psychologii

Dzieje Apostolskie 3,17
„Lecz teraz wiem, bracia, że działaliście w nieświadomości, tak samo jak przełożeni wasi".

Słowa Piotra do „całego ludu", zdumionego uzdrowieniem „chromego". Zdjęcie odpowiedzialności, które zaskakuje nawet przekonanych przez Vaticanum Secundum, że nie cały ówczesny lud Izraela winien jest śmierci Jezusa. Nie cały (przymiotnik ten zresztą, jak tutaj widać, nie musiał oznaczać całego narodu), tylko „arystokracja świątynna", jak nazwał ową elitę papież. Tu mamy natomiast jakby uniewinnienie nawet owej arystokracji.

Ksiądz Czajkowski przypomniał mi dodatkowo słowa Jezusa z krzyża: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią" (Ewangelia Łukasza 23, 34): czyli myśl o takiej niewiedzy zdarza się nie tylko w tej księdze. Bo też pomyślmy: zjawił się ni stąd, ni zowąd jakiś przybłęda z pogardzanej Galilei, który ogłosił się Mesjaszem, a nawet wręcz Synem Bożym w sensie znacznie większym, niż znaczyło to w języku ówczesnych Izraelitów. Ktoś zupełnie spoza „establishmentu", obdarzony, owszem, mocą cudotwórczą, ale prowokujący ostrą krytyką dumnej elity. Oczywiście taka jego eliminacja z pomocą władzy okupacyjnej nie daje się usprawiedliwić, ale tylko Bóg zna „nerki i serce człowieka", wszystkie okoliczności, zewnętrzne i wewnętrzne, łagodzące grzech. Może naprawdę Kajfasz bał się, że Jezus sprowokuje Rzymian: Ewangelia Jana 11,50, potem też 18,14? Może nie był to jedyny powód jego działania, nie najważniejszy, ale był?

Nie chodzi o to, by bagatelizować tamtą winę, ale aby próbować zrozumieć tamte motywy. Zresztą przecież w zgodzie z tekstem biblijnym: niewątpliwie nie wiedzieli, kogo zabijają.

18:39, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
środa, 27 kwietnia 2011
Malownicza droga do Emaus: problemy egzegetyczne. Książka o ikonie w XX wieku

Ewangelia Łukasza 24, 13-35
Do posoborowej reformy liturgicznej dzisiejsza perykopa ewangelijna czytana była zawsze w poniedziałek wielkanocny. Sobór uprawomocnił różne rozróbki kościelne, także liturgiczną, także tę na tle całej owej rewolucji malutką.
Może nie wspomniałbym na wstępie o owej zmianie, gdyby nie to, że zapamiętałem piękny esej Ryszarda Przybylskiego, opisujący tamtą drogę uczniów do Emaus poprzez malarstwo wiele wieków późniejsze. Zapamiętałem również pogląd biblistyczny autora, że drugim uczniem oprócz wymienionego po imieniu Kleofasa nie był autor ewangelii Łukasz. Pytałem moich „kontranslatorów", osobliwie ks. Czajkowskiego, mówili jednak, że sprawa wciąż nie jest wcale przesądzona.

A jest za Łukaszowym w on czas podróżowaniem argument zdaniem moim mocny: właśnie owo milczenie, któż to był. Albowiem taka luka informacyjna pojawia się również parokrotnie w ewangelii Jana, gdy sytuacja wskazuje wyraźnie, że był to uczeń umiłowany, i raz u Marka, kiedy tekst milczy, cóż to za chłopak „ szedł za Nim w prześcieradle narzuconym na gołe ciało; gdy go chwycili, wyskoczył z prześcieradła i uciekł nago " (14, 51-52). Dokładna znajomość takiego detalu bez „personalium"? Piotr, podobno źródło wielu danych pierwszej ewangelii, pamiętałby tylko fakt troszkę sensacyjny, zapomniałby imienia owego golaska?
Tak mogło być i z Łukaszem: nie było wówczas w zwyczaju chwalić się ani autorstwem tekstu, ani uczestnictwem w opisywanych wydarzeniach. Ten, komu przypisano trzecią Ewangelię, mógł już wtedy należeć do uczniów Jezusa. Uważa się go za Greka oczywiście, ale raczej za „Syrogreka", czyli osiadłego w okolicach bliskich Ziemi Świętej.

Opowieść dzisiejsza nasuwa ważniejszy teologicznie problem: czy owo „łamanie chleba", czyli posiłek, podczas którego uczniom otwarły się oczy, było eucharystią. Znów poglądy rozmaite: Jan Paweł II w dokumencie „Ecclesia de Eucharistia" jest za taką egzegezą, Biblia Jerozolimska i „Komentarz praktyczny do Nowego Testamentu" także, ale Poznańska komentuje, że nie. Aczkolwiek „ewangelista zdaje się podsuwać w tym opowiadaniu myśl, że pełne zrozumienie męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa dokonuje się przez eucharystię".
Komentarz Jana Pawła II z cytowanej już tu książki Janusza Poniewierskiego „Oby w każdym [z nas] powtórzyło się jak doskonalej to, co się stało w drodze do Emaus. Niech każdy zaprosi Chrystusa, tak jak ci uczniowie, którzy szli z Nim drogą, nie poznając, z Kim idą. »Zostań z nami (...)«. [I] niech Jezus zostanie..."
Jednak niełatwo Go rozpoznać. Należałoby Go zobaczyć w każdym bliźnim, ale ów czasem zupełnie Go nie przypomina, na przykład, gdy żebrze bezczelnie, choć widać, że mógłby znaleźć jakąś pracę. Należałoby też rozpoznać Go w każdym księdzu, ale ten bywa dziwnie mało ciekawy na kazalnicy. No i trzeba by było naprawdę uwierzyć, że zwykła nasza msza parafialna jest Chrystusową eucharystią, gdy wydaje się tylko zgromadzeniem ludzi nawzajem sobie obojętnych.

Wracam do malowniczości drogi do Emaus. Może zresztą prawie każda scena biblijna jest „obrazotwórcza": tyle razy czytana przez tylu ludzi, także artystów, inspiruje do użycia pędzla. I tu skojarzenie z nowością książkową: PROMIC (Wydawnictwo Księży Marianów) wydał bogato ilustrowaną pracę Iriny Jazykowej „Oto czynię wszystko nowe. Ikona w XX wieku" (przekład z rosyjskiego ks. Henryka Paprockiego). Jest tu też o Polsce, głównie o Jerzym Nowosielskim.
”W drugiej połowie XX wieku także w Serbii, Bułgarii, Rumunii i Słowacji miało miejsce ożywienie sztuki ikony. Artyści pod wieloma względami naśladują malarzy greckich, ale można też zauważyć próby przyswojenia tradycji narodowych.
Na szczególną uwagę zasługuje sytuacja w Polsce, gdzie szkoła malarstwa ikonowego rozwija się głównie pod wpływem tradycji rosyjskiej. I tak jeden z ważniejszych ośrodków w Polsce (gdzie wykonuje się ikony i naucza ikonografii), w Bielsku Podlaskim, kierowany przez o. Leoncjusza Tofiluka, został zorganizowany na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku przy pomocy znanego ikonografa moskiewskiego Aleksandra Sokołowa, który przez kilka lat w nim nauczał. W Polsce istni eją także inne szkoły ikonograficzne, na przykład w Krakowie, w których ikonografowie starają się naśladować kanon bizantyjski i staroruski.

Od tych szkół odległa jest twórczość Jerzego Nowosielskiego, uważanego za jednego z największych polskich malarzy XX wieku. W ostatnim dwudziestoleciu pracował on dla polskiego Kościoła prawosławnego. Jego twórczość wywołuje wiele sporów. Jerzy Nowosielski stał się bardzo znany w Polsce jako niezwykle błyskotliwy, samodzielny artysta awangardowy, który w tym stylu zaczynał pracować już w latach pięćdziesiątych. Z czasem przeszedł od awangardy do ikony, wypracowując własny, bardzo osobisty styl. Trudno go nazwać tradycyjnym, chociaż artysta aktywnie wykorzystuje ikonografię bizantyjską. Styl Jerzego Nowosielskiego można obrazowo scharakteryzować jako «przezwyciężenie czarnego kwadratu», ponieważ wychodzi od czarnej płaszczyzny, wyraźnie przypominającej «Czarny kwadrat» Kazimierza Malewicza. Na tle zionącej czerni pojawiają się, dosłownie jak jaśniejące rozbłyski, obrazy: oblicza, postacie, grupy - przy tym łatwo rozpoznawalne dzięki wykorzystaniu tradycyjnej ikonografii.

Widoczne jest, że artysta szczególnie mocno przeżywa doświadczenie zmartwychwstania Chrystusa jako zstąpienia do otchłani, do królestwa śmierci, gdzie nie ma światła, gdzie panują ciemności, z których Zbawiciel wyprowadza dusze ludzkie.

Z punktu widzenia tradycyjnego malarstwa ikonowego w dziełach Nowosielskiego   jest mało światłości. Podczas gdy ikonę zwykle maluje się nakładając światło na światło (światłem po świetle), tu działa zasada kontrastu: czarne-czerwone, czarne-białe itd. Wyraźnie widać w tych dziełach nadmiar napięcia, walkę duchowych mocy, którą widz przeżywa niemal fizycznie - ale wynik tego zmagania jest ledwo zaznaczony przez artystę. Dzięki dynamicznej formie widz zostaje wciągnięty w walkę, która dokonuje się na jego oczach i staje się uczestnikiem starcia sił ciemności i światłości.

Tradycyjna ikona malowana jest z punktu widzenia wieczności, w której wynik walki jest już rozstrzygnięty; ikona z definicji jest świadkiem Zmartwychwstania, znakiem zwycięstwa Chrystusa. Tymczasem u Nowosielskiego obraz jest dany jakby w przedsionku wieczności, przed zakosztowaniem zwycięstwa - ukazuje proces, a nie rezultat. Artysta czynnie posługuje się językiem ikony, ale po swojemu, wręcz przesadnie używa wszystkich tradycyjnych sposobów. Rysunek dominuje nad kolorem traktowanym jak plama, której całkowita płaskość tłamsi przestrzeń, tło wydaje się być wyrwą do otchłani, wydłużone postacie i zastygłe oblicza czynią   świętych podobnymi do rzeźb i masek. Najważniejsze w twórczości Nowosielskiego jest to, że jego styl jest zbyt indywidualny i ekstrawagancki, żeby mógł wyrazić zasadę wspólnotowości (soborową), czego wymaga się od ikony jako sztuki Kościoła. Niemniej Jerzy Nowosielski jest artystą pełnym wyrazu, zwykłym, bardzo wyrazistym i bez wątpienia utalentowanym. Możliwe, że jej odkrycia przydadzą się ikonografom przyszłych pokoleń.

Szczególnie interesujące są jego kompozycje przestrzenne, z których wiele znalazło sobie miejsce w świątyniach w Polsce. Artysta nie pokrywa polichromią wnętrza całej świątyni, lecz nakłada ją fragmentarycznie, dosłownie jakby z brakami, niosącymi ślady cierpień. Tak myśli człowiek XX wieku, epoki wojen, kataklizmów, zniszczeń i strat, epoki Apokalipsy. Jest to jednak człowiek, który przeżył katastrofę, przeżył ją cudem i oddaje chwałę Panu, zwycięzcy otchłani i śmierci. Fragmentaryczność kompozycji Nowosielskiego przypomina także o tym, że nie wszystko można wyrazić i wypowiedzieć do końca. Zwłaszcza gdy chodzi o objawienie Boże, to ludzki język jest ograniczony i zawsze coś pozostaje poza granicami słów i obrazów.
Stosunek do twórczości Jerzego Nowosielskiego nie jest jednoznaczny. Jedni nie chcą nazywać jego dzieł ikonami, uważając taką twórczość za rodzaj malarstwa awangardowego, inni twierdzą, że jest to sztuka przyszłości, że taką, przynajmniej na Zachodzie, może stać się ikona w XXI wieku. Kto ma rację - krytycy czy apologeci Nowosielskiego - pokaże czas. Bez wątpienia jednak sztuka Jerzego Nowosielskiego jest interesująca przez to, że łączy w sobie dwie tradycje: awangardę, dziecię zachodniej kultury epoki modernistycznej oraz tradycję ikony, zrodzoną na Wschodzie w początkach średniowiecza. Artysta starał się znaleźć punkt połączenia tak różnych kierunków i tym punktem okazało się być miejsce przecięcia ramion krzyża.
Głos w dyskusji o niedawno zmarłym malarzu chyba ciekawy dla pasjonujących się twórczością tego niezwykłego człowieka. A tę książkę posyłam do Kielc Michałowi Płoskiemu, jednemu z polskich ikonopisów katolików (są tacy w Polsce mimo niedorozwoju polskiej ekumenii).

14:59, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
wtorek, 26 kwietnia 2011
Dobrze o Magdalenie, której wielki grzech się wmawia

Ewangelia Jana 20,11-18
Opowieść o Marii z Magdali, która wzięła Jezusa za ogrodnika, a gdy Go już poznała, usłyszała od Niego wciąż niejasne słowa. Tysiąclatka tłumaczy je: „Nie zatrzymuj mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca”, tak samo Poznanianka; ekumeniczna Jedenastka ma jednak wersję bardziej tradycyjną: „Nie dotykaj mnie”, która i nam, tłumaczom trzech wyznań, wydała się najlepsza. Co nie znaczy, że zgodnie zgadujemy, o co tam chodziło. Magdalena miała do Jezusa stosunek szczególny, to chyba nie ulega kwestii, dyskusyjny jest jednak na przykład pogląd biblistycznych erotomanów, że Jezus nie miał ochoty być przez nią dotykany (sprawa zatem byłaby z jej strony zgoła cielesna). A będąc już u Ojca, mógłby jej na to pozwolić...?

Są w prawie każdym dziele słowa albo i zdania niezrozumiałe, mimo wysiłków różnych badaczy niejasne. Mickiewiczowskie „czterdzieści cztery” to chyba dotąd liczba zagadkowa. Nie śledzę kwestii, nie wiem, czy hipoteza profesora Pigonia, że chodzi tu o licznych ludzi heroicznych, przyjęła się bezdyskusyjnie; mnie wydała się pewnikiem (u nas w domu taką liczbą oznaczającą wielość było piętnaście, gdzie indziej pięćdziesiąt), ale jam żaden tu autorytet. W każdym razie z tą zagadką Magdaleny trzeba jakoś żyć.

Wracam do tej postaci w ogóle zagadkowej. W książeczce Janusza Poniewierskiego „Pascha z błogosławionym Janem Pawłem II” jest bowiem na dzisiaj taki cytat z Papieża: „Zwracamy się do Ciebie, Mario z Magdali, któraś klęczała pod krzyżem, całując stopy Jezusa konającego. Przynaglona miłością, pobiegłaś do grobu i odkryłaś, że jest pusty; jako pierwsza mogłaś zobaczyć. Zmartwychwstałego i z Nim rozmawiałaś. Nawrócona grzesznico, którą Chrystus uczynił poniekąd równą apostołom i na której wargach złożył orędzie Zmartwychwstania.”

Ale właśnie: czy aby na pewno Maria Magdalena była nawróconą grzesznicą? Na pewno grzeszyła i na pewno mniej dzięki obecności przy Jezusie, czy jednak była wręcz prostytutką, ladacznicą jakowąś? Wyrzucił z niej aż siedem czartów, ale czy ta liczba oznacza obowiązkowo zanurzenie w seksie? Papież uległ tu poglądowi swego wielkiego poprzednika Grzegorza, pomysłowi niemal zdogmatyzowanemu w tradycji zachodniej, ale niemającym żadnych wyraźnych podstaw w ewangeliach. Papież feminista uległ bardzo rozpowszechnionej opinii, pod którą kryje się chyba przekonanie, że kobietę szczególnie ciągnie do łóżka, że jak grzeszy, to koniecznie w ten prymitywny sposób.

16:37, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Nieśmiertelność, nieśmiertelność...

Psalm 16,9-10
„Dlatego cieszy się moje serce i dusza raduje,
a ciało moje będzie spoczywać bezpiecznie,
bo w kraju zmarłych duszy mej nie zostawisz
i nie dopuścisz, bym pozostał w grobie.”


Nadzieja na nieśmiertelność. Czwartą linijkę tłumaczy się różnie. Biblia Poznańska: „Nie dopuścisz, by wierny Twój czciciel doznał skażenia”, Biblia 11 Kościołów: „I nie skażesz wiernego na zagładę”.
Ale w przypisie Poznanianki mamy opinię, że wyraz hebrajski „szachat” może oznaczać skażenie, zniszczenie, jednak też dół, grób. Starożytni Żydzi wyobrażali sobie zmartwychwstanie jako ożywienie zakopanych w grobie ciał ziemskich, tak też długo myśleliśmy my, chrześcijanie, dzisiaj, jednak oczywiste jest chyba, że nowe istnienie nie będzie miało tak konkretnego związku ze starym. Ciało Jezusa zniknęło, bo gdyby grób nie był pusty, nikt by nie uwierzył, że Jezus umarł, ale żyje, nasze ziemskie ciała jednak zamieniają się nieodwołalnie w proch, czyli w ziemię, która jest pramaterią wszystkiego.

To wszakże raczej technologia niż teologia. Najważniejsza jest sama nieśmiertelność. Konkretów żadnych nie znamy i nie poznamy za ziemskiego życia, ale ono nie będzie naszym jedynym.

10:27, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 24 kwietnia 2011
Jedenastu niedowiarków

Ewangelia Mateusza 28,1-10
Opowieść o dwóch kobietach, Marii Magdalenie i „drugiej Marii”, jako pierwszych świadkach (świadczyniach?) Zmartwychwstania. Ukazał im się anioł, a potem sam Jezus, od obu otrzymują polecenie przekazania tej Nowiny uczniom. Tyle tylko, że ci okazują się bardzo oporni.
Mateusz ich sceptycyzm zaznacza tylko lekko. Mówi wprawdzie, że wykonywali przekazane im przez kobiety polecenie Jezusa, by poszli do Galilei, i gdy Go zobaczyli, pokłonili Mu się, „niektórzy jednak powątpiewali”.
U Marka najpierw mamy dziwną wiadomość, że kobiety w ogóle nikomu nic nie powiedziały, „ponieważ się bały”, w późniejszym dopisku jednak jest powiedziane, że ukazał się Marii Magdalenie i apostołowie jej nie uwierzyli, nie uwierzyli nawet męskim wędrownikom do Emmaus.
Łukasz męską niewiarę kobietom określa najmocniej: słowem, które można przetłumaczyć jako brednie. Jan natomiast opowiada tylko o niewierze (czy raczej powątpiewaniu) Tomasza Bliźniaka, który nie był przy pierwszej chrystofanii i potrzebował osobistego zobaczenia, nawet dotknięcia Zmartwychwstałego.
Gdy bardzo mi życzliwe redaktorki „Turystyki” poprosiły mnie o tekst wielkanocny, napisałem tam apokryf niewątpliwie feministyczny. Dośpiewałem sobie sporo, ale nic sprzecznego z ewangeliami. Można się przecież domyślać, że apostołowie byli ludźmi swej patriarchalnej epoki. Oto moje pomysły.

Może było trochę tak.
Siedzieli zamknięci ze strachu przed Żydami. Tak to napisał zupełnie żydowski ewangelista Jan, nie przypuszczając, że to kiedyś zabrzmi antysemicko. Powinien napisać o tylko niektórych Żydach, o ”arystokracji świątynnej”, jak ją nazwał Benedykt XVI.

Ale to, co przeżywali apostołowie, to nie był przede wszystkim strach. Oczywiście przytłaczało ich przede wszystkim co innego. Jakaś przeraźliwa rozpacz, połączona z potwornym rozczarowaniem. Ich Mistrz, mocarz cudotwórczy, dał się po prostu zamordować. Nie, nie po prostu: dał się zabić śmiercią najhaniebniejszą z możliwych. Sam się zgodził na klęskę: powiedział przecież, że gdyby chciał, mógłby prosić swego Ojca o legiony aniołów, które by pokonały Jego przeciwników. Czemu nie chciał? Mówił wprawdzie czasem coś takiego, że będzie zabity i zmartwychwstanie i nawet faktycznie faryzeusze wierzą w jakieś przywrócenie do życia na końcu świata, ale to przecież w każdym razie zupełnie inna sprawa. Teraz jedno jest pewne, że Go nie ma, że przegrał straszliwie i Jego uczniowie z nim.

Oczywiście też bali się, że i ich dosięgnie żydowska, a może i rzymska władza. W końcu obie uznały Go za zbrodniarza, choć każda z innych powodów, a współpracownicy takiego człowieka są sami też niebezpieczni społecznie i religijnie.

Strach to jednak z kolei rzecz mniej straszna od wyrzutów sumienia: Piotra Opokę gryzły okropnie. Nie żeby inni uczniowie mu to wypominali: nie byli bezczelni. Co z tego, że się Go zaparł, jeśli w ogóle poszedł za Jezusem, kiedy inni uciekli, gdzie pieprz rośnie. Co prawda, poszedł za Nim również Jan i nie załamał się; tylko że on miał może to szczęście, że jego nikt nie zapytał jak Piotra, czy „i on” nie jest Jego uczniem. Ale może zapytał: Ewangelia Jana ma wyraźnie spójnik ”i”, sugerujący, że chodzi o dwóch ludzi: „i on”, czyli może owa groźna odźwierna zindentyfikowała także Jana, który jednak przyznał się do Mistrza. W każdym razie nie pochwalił się tym na szczęście. Siedział teraz i po prostu płakał: był z nich najmłodszy, Jezusowy beniaminek.

Nagle stukanie. Zamarli. Co prawda, jakoś dziwnie ciche, policja jest głośniejsza. Otwórz - szepnął któryś do Opoki. - Czemu ja, zresztą może pomyślą, że nas nie ma. Ale nie pomyśleli, pukanie głośniejsze. - Lepiej jednak otworzę, i tak się w końcu włamią, a będą może mniej wściekli: Piotr nabrał teraz odwagi. Ale za drzwiami stały kobiety, ich dobre znajome, bo też towarzyszyły Jezusowi: z Marią Magdaleną na czele.

Odetchnęli. Niemniej zaraz zagrały im nerwy, bo zaczęły bredzić. Mówiły, że poszły do grobu Jezusa, by namaścić Jego ciało, ale ciała nie było, zobaczyły natomiast aniołów, którzy im powiedzieli, że zmartwychwstał. I że im uwierzyły.

Nawet nie dyskutowali, wyprosili te wariatki dość grzecznie. Ale gdy wyszły, pozwalali sobie na całkiem sporo złośliwości. Na warsztat wzięli przede wszystkim Magdalenę. Nie mówili, że się puszczała, bo to i nieprawda, dopiero parę wieków później wymyślił coś takiego pewien skądinąd wielki papież Grzegorz. Komentarze apostołów dotyczyły natomiast wypędzenia z niej złego ducha. Nawet siedmiu: twierdzono, że było ich aż tylu, bo rzucała się na ludzi i bluzgała nieopisanie. Potem zaś wyraźnie kochała się w Nim, oczywiście bez wzajemności. Wygadywali też na Joannę, żonę niejakiego Chuzy, co zarządzał domem Heroda. To już była z ich strony bezczelność, albowiem ona, bogata z tego królewskiego domu, finansowała ich pielgrzymki za Jezusem, podczas których żaden z nich przecież nie pościł. To na pewno dziwne, ale seksizm pokonał w nich strach, rozwiązał im męskie języki. Wydziwiali nawet na temat samego Jezusa. Że On tak traktował kobiety, jakby nie rozróżniał płci. Rozmawiał nawet z Samarytanką, półpoganką przecież. Dobrze, że chociaż nie zrobił tych niewiast apostołami. Dopiero mieliby z nimi życie. Szczególnie ta Magdalena wiedziała wszystko lepiej i chciała wszystkim rządzić, nawet Jezusem. Nie uczestniczył w tym narzekaniu tylko Jan. Odezwał się nagle: - A może jednak On naprawdę żyje? Zgromił go Tomasz zwany bliźniakiem: - Przecież ty byłeś do końca pod krzyżem, to najlepiej wiesz, że umarł.
Poszedł do domu jeszcze bardziej zrozpaczony.
I wtedy pierwszy raz ukazał się im Chrystus.

13:49, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
sobota, 23 kwietnia 2011
Sobota wielkiego milczenia

Jedyny dzień w katolickim roku liturgicznym, w którym nie przystępuje się do Komunii, nie odprawia się w ogóle żadnych nabożeństw. Późnowieczorna, właściwie już nocna (ma być już ciemno) msza wigilii paschalnej należy już obecnie do Wielkiej Niedzieli.

07:31, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
piątek, 22 kwietnia 2011
Piłat, prawda, papież

Ewangelia Jana 18,1-19,42
Przeznaczono na dzisiaj nam, katolikom „rzymskim”, czytanie opisu męki i śmierci Jezusa z ewangelii Jana. Opisy te są we wszystkich czterech ewangeliach dość podobne, ale różnią się szczegółami niepozbawionymi znaczenia. Przyjęta przez większość biblistów jest opinia, że Mateusz i Jan akcentują bardziej rolę elity żydowskiej, umniejszając tym samym winę władz rzymskich. Piłat wypada w tych dwóch ewangeliach lepiej.

U Mateusza żona wielkorządcy okupacyjnego przysyła mu ostrzeżenie: „Nie rozsądzaj sprawy tego niewinnego człowieka, gdyż dzisiaj we śnie wiele wycierpiałam z Jego powodu”. „Cały lud” woła: „Krew jego na nas i na nasze dzieci”, co papież Benedykt XVI komentuje krytycznie w drugim tomie swego „Jezusa z Nazaretu”: „Mateusz nie podaje tu z pewnością faktu historycznego. Jak w tym momencie mógłby być tam obecny cały lud i domagać się śmierci Jezusa?”

Już tu pewnie pisałem, że papież kwestionuje jednak twierdzenie niektórych biblistów, iż takie przesuwanie akcentów w ewangeliach wynikało z polityki pierwotnego Kościoła. Benedykt XVI pisze: „Józef Flawiusz, a zwłaszcza Filon Aleksandryjski przedstawiają go [Piłata] w całkowicie negatywnym świetle, w innych natomiast świadectwach ukazuje się on jako człowiek rezolutny, pragmatyczny i realistyczny. Często mówi się, że ulegając politycznie motywowanej tendencji filoromańskiej, Ewangelie ukazywały go coraz bardziej pozytywnie i odpowiedzialnością za śmierć Jezusa obciążały coraz wyraźniej Żydów. W historycznej sytuacji ewangelistów tendencja taka nie miała jednak żadnych podstaw. W okresie, kiedy tworzyły się ewangelia, prześladowanie wywołane przez Nerona odsłoniło już ciemne strony państwa rzymskiego i całą samowolę cesarskiej potęgi. Jeśli Apokalipsę można datować mniej więcej na ten sam czas, w którym powstała Ewangelia Jana, widać wtedy, że czwarta ewangelia nie powstała w kontekście, który by skłaniał do prezentacji filoromańskiej.”

Można jednak odrzec na to, że prześladowania wzbudzają niechęć, ale i każą myśleć, jak im zapobiegać, jak obłaskawiać prześladowcę, jak retuszować w tym celu jego obraz we własnych pismach. Może wszakże było tak, że owo przesunięcie akcentów wynikało tylko ze wzrastającej niechęci chrześcijan do elity żydowskiej, ale nie było w tym żadnej gry? Nie wiem. W wydanej właśnie w Polsce książce „Jezus. Dowody zbrodni” (Wyd. Carta Blanca) Bryan Bruce twierdzi, że oczywiście była gra i to perfidnie antysemicka. Autor Kościoła nie kocha, folguje sobie mocno. Wolę spokojniejsze publikacje. W każdym razie nie używałbym wobec ówczesnych chrześcijan określenia antysemityzm: za dużo tam było Żydów, nie będących masochistami...

Przyznam się, że obraz Piłata w ewangelii Jana wzbudza we mnie odruchową sympatię. Widzę w nim każdego człowieka troszczącego się bardziej o własną karierę niż o sprawiedliwość i los człowieka niewinnego, ale to drugie biorącego też poważnie pod uwagę. A jego pytanie, co to jest prawda, nie brzmi mi wcale cynicznie, tylko sceptycznie. Kojarzy mi się z tak wciąż krytykowanym przez Benedykta XVI relatywizmem myśli współczesnej. Trochę tę myśl rozumiem, w każdym razie jej przyczyny: gdy zawaliło się wiele systemów myślowych z ideologią komunistyczną na czele (zakochało się w niej tylu intelektualistów na Zachodzie), niełatwo o optymizm poznawczy. Żaden jednak ze mnie filozof, znawca myśli zachodniej tym bardziej nikły.

14:38, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 kwietnia 2011
Ksiądz, pokorny pocieszyciel

Księga Izajasza 61,1-3a.6a.8b-9
”Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim, by opatrywać rany serc złamanych, by zapowiadać wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę: aby obwieszczać rok łaski u Pana, i dzień pomsty dla naszego Boga; aby pocieszać wszystkich zasmuconych, by rozweselić płaczących na Syjonie, aby dać im wieniec zamiast popiołu, olejek radości zamiast szaty smutku, pieśń chwały zamiast zgnębienia na duchu. Wy zaś będziecie nazywani kapłanami Pana, mienić was będą sługami Boga naszego. Tak mówi Pan: - Oddam im nagrodę z całą wiernością i zawrę z nimi wieczyste przymierze. Plemię ich będzie znane wśród narodów i między ludami ich potomstwo. Wszyscy, którzy ich zobaczą, uznają, że oni są szczepem, który Pan pobłogosławił.”

1 List do Koryntian 11,23-26
”Ja otrzymałem od Pana to, co wam przekazuję, że Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy połamał i rzekł: « To jest Ciało moje za was wydane. Czyńcie to na moją pamiątkę. Podobnie skończywszy wieczerzę, wziął kielich, mówiąc: - Kielich ten jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę.» Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie.”

Wielki Czwartek to w Kościele rzymskokatolickim jakby dwa święta jednego dnia. Przed południem przedmiotem liturgicznego zainteresowania są głównie duchowni. Kapłani, prezbiterzy, czyli po prostu księża odprawiają w katedrze tak zwaną Mszę Krzyżma pod przewodnictwem biskupa. Wyraz „krzyżmo” brzmi podobnie jak „krzyż”, niemniej tylko w języku polskim: pochodzi od greckiego wyrazu „chrisma”, co znaczy (święty) olej: służy on między innymi do namaszczania kapłanów. Jak powiada Księga Izajasza, mają oni pocieszać wszystkich zasmuconych, przygniecionych ciężarem krzyża. Mają radować ich raczej niż rugać.
Z tomiku „Pascha z błogosławionym Janem Paweł II”, opracowanym przez Janusza Poniewierskiego, odnotuję takie słowa Papieża: „Nie możemy się łudzić: tylko po wzajemnej miłości i trosce o potrzebujących zostaniemy rozpoznani jako prawdziwi uczniowie Chrystusa. To właśnie jest kryterium, wedle którego będzie mierzona autentyczność naszych celebracji eucharystycznych.”
No właśnie, eucharystia. Dzisiaj wieczorem pamiątka jej ustanowienia w przeddzień śmierci Jezusa: Msza Wieczerzy Pańskiej. Niemniej z Ewangelii Jana czyta się coś jakby na inny temat: o tym, że Jezus przed Ostatnią Wieczerzą umył uczniom nogi. Ale była to lekcja pokory, bez której sakrament ten nie ma sensu. Eucharystia, msza, jest głoszeniem śmierci Jezusa, aktu pokory absolutnej. Głoszeniem, aż przyjdzie w chwale.

14:33, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
środa, 20 kwietnia 2011
Los proroka

Psalm 69, 9-10.31.33-34

”Dla braci moich stałem się obcym,
cudzoziemcem dla synów mej matki.
Bo gorliwość o dom Twój mnie pożera
i spadły na mnie obelgi złorzeczących Tobie”.


To między innymi los ludzi, którzy usiłują zreformować swoją wspólnotę. Napotykają sprzeciw innych jej członków oraz obelgi wrogów. Znikąd nie mają zrozumienia. Prorok musi być samotny, taki już jego los. Samotny wśród ludzi, ale Bogu ufa. Czytam dalej:

„Pieśnią chcę chwalić imię Boga
i wielbić Go z dziękczynieniem.
Patrzcie i cieszcie się ubodzy,
Niech ożyje serce szukających Boga.
Bo Pan wysłuchuje biednych
I swoimi więźniami nie gardzi”.


Aby tylko wytrwać. Uwierzyć, że ma się rację. Okazać nie pychę, ale zdecydowanie. Pokorę, ale twardość. Niełatwe to, niełatwe. Jezus dał radę, choć opory miał u swoich i nieswoich olbrzymie. Stworzył nam ideał, do którego mamy dążyć w miarę naszych sił niewielkich.

19:13, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 19 kwietnia 2011
Pascha według Jana Pawła II. O stępieniu na starość własnym

Księga Izajasza 49,1-2
„ Posłuchajcie mnie, wyspy, ludy najdalsze, uważajcie: Pan mnie powołał już z łona mej matki, od jej wnętrzności wspomniał moje imię. Ostrym mieczem uczynił me usta, w cieniu swej ręki mnie ukrył. uczynił ze mnie strzałę zaostrzoną, utaił mnie w swoim kołczanie".
Wyspy? Geografia czy teologia? Zależy to od kontekstu. Niezawodna „Encyklopedia biblijna" wyjaśnia, że tu chodzi o narody przestrzennie dalekie, ale w tejże księdze wyspy oznaczają też czasem narody pogańskie. Prawdę mówiąc, różnica zresztą niewielka: wszystkie inne ludy były dla Izraela pogańskie: te dalekie i te bliskie.
Słownik dzisiejszy został w ten sposób zaliczony, teraz trochę głównej treści. Zabawiłem się w ten sposób, że odniosłem te słowa biblijne do siebie. To raczej tylko zabawa, bo moja megalomania nie aż tak wielka. Otóż czasem przycinam i kłuję, ale na miarę swoją mierną i nie od łona matki, choć już wtedy byłem tam sobą. Zresztą na starość stępiałem, może umysłowo, ale też w tym sensie, że ostre polemiki zostawiam młodym. Nie tylko z racji minimalizacji emocji (trzy podobne wyrazy obce!). Po prostu różne sprawy widzę teraz w półcieniach, ze znakami zapytania, bliżej złotego środka. I tylko czasem ponoszą mnie nerwy oraz bezsporne zasady.
Na pewno natomiast czuję się w ręku Boga i w Jego kołczanie w tym sensie, że czuję Jego opiekę nade mną. Mam tyle możliwości strzelania własnym słowem - i nieraz chyba celnego.

Oczywiście jednak nie ja tu jestem ważny, ale Prorok, którego śmierć i zmartwychwstanie zaczynamy świętować. Pascha nasza już za progiem. A w księgarniach książeczka specjalisty w papieskim temacie Janusza Poniewierskiego, który wybrał i opracował komentarze i rozważania do liturgii Wielkiego Tygodnia i Wielkiej Nocy, napisane przez za chwilę już Błogosławionego (Wydawnictwo SALWATOR, Kraków 2011). Niedziela Palmowa, Wielki Czwartek, Wielki Piątek, Wielka Sobota, Wigilia Paschalna, Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego, Oktawa Wielkiej Nocy (będę pewnie cytował). Czas szczególnie ważny dla Papieża, niech będzie choć trochę ważny i dla nas, co się na tym blogu spotykamy, potykamy...

13:58, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Bądź mężny, nie bój się. Film „Ludzie Boga”, rekolekcje w kinie „Luna”

Psalm 27,1-3,13-14
”Pan moim światłem i zbawieniem moim,
A kogo miałbym się lękać?
Pan obrońcą mego życia,
przed kim miałbym czuć trwogę?
Gdy mnie osaczają złoczyńcy,
którzy chcą mnie pożreć,
oni sami, moi wrogowie i nieprzyjaciele
chwieją się i padają.
Nawet gdy wrogowie staną przeciw mnie obozem,
moje serce nie poczuje strachu.
Choćby napadnięto mnie zbrojnie,
nawet wtedy zachowam swą ufność.
Wierzę, że będę oglądał dobra Pana
w krainie żyjących.
Oczekuj Pana, bądź mężny,
nabierz odwagi i oczekuj Pana.”


Wzywa psalmista, wzywa wielki poeta polski: „Bądź mężny”! Wszelako jak to zrobić? Jak być mężny? Nie załamać się na torturach fizycznych, psychicznych? Nie załamać się trudnościami, kiedy już „komunę” mamy z głowy, ale rynek też nie ma litości, wyścig szczurów zużywa wszystkie siły
Oczekuj Pana, uwierz, że mimo wszystko nie jest Godotem, przyjdzie, kiedy zechce. Nic więcej nie umiem powiedzieć, bo i sam mężny nie jestem.
A propos odwagi: „Ludzi Boga” obejrzałem dopiero wczoraj. No cóż, to kapitalne rekolekcje, szkoda, że niewykorzystywane w ten sposób przez wszystkich katechetów (oby chociaż przez niektórych!). Najpobożniejszy chyba film w historii kina, w każdym razie z tych tak nagradzanych. Uhonorowany wielką nagrodą w laickiej Francji! Może właśnie nie takiej znów laickiej, jak się twierdzi w Polsce katolickiej. Może Xavier Beauvois, główny twórca tego dzieła, nie jest tak niewierzący, jak się pisze w jego kraju. Może trzeba zapytać, co to jest wiara. Jest najgłębiej chrześcijańska, jeśli istotą chrześcijaństwa jest po prostu Ewangelia. Jeśli istotą chrześcijaństwa jest radykalne niestosowanie przemocy i radykalna solidarność z otaczającymi nas ludźmi w potrzebie. A takie były przecież idee, które kazały bohaterskim mnichom odrzucić ochronę wojskową, tym bardziej ucieczkę do Francji. Jeśli istotą chrześcijaństwa jest radykalne zaufanie Bogu, czyli nadzieja wbrew nadziei: taka, co sięga poza ziemskie życie, co za najważniejszy uważa sukces moralny. Jeśli istotą chrześcijaństwa jest ekumenizm, jeśli prawdziwym chrześcijaninem jest ten, co szanuje inne religie, co odróżnia islam od jego wyrodnych wyznawców, jeśli...

„Ludzi Boga” trzeba koniecznie zobaczyć. Przed Wielki Piątkiem.
PS. Ale patrzę też czasem w mały ekran. „Ranczo” oglądam stale. Prywatnie - dla czystej przyjemności, ale i „publicznie” - dla tego, zresztą też nie brudnego chyba blogu. Ciekaw jestem, jaka jest według PT. Komentatorów pedagogia (nie pedagogika - nie nauka, praktyka) tego serialu. Co mówi się tam w istocie o Kościele? Moim laikalnym zdaniem księża są tam przedstawiani w sposób w sumie wyważony. Bez kościołożerstwa, ale i bez apologii. Uszanuję jednak każdy inny ogląd i pogląd.

15:08, jan.turnau
Link Komentarze (37) »
niedziela, 17 kwietnia 2011
Co się wydarzyło w Ogrodzie Oliwnym

Ewangelia Mateusza 26,14-27,66

Opowieść o męce i śmierci Jezusa z tej ewangelii (w Wielki Piątek będzie z Janowej). Spraw do skomentowania co nie miara, postanowiłem zamyślić się nad sceną w Ogrodzie Oliwnym zwanym u nas Ogrójcem, nad tym, co się stało na terenie zwanym u Mateusza i Marka ”Getsemani”. U Mateusza i Marka opowieść jest dłuższa, u Łukasza krótsza, Jan w ogóle wydarzenie pomija.

Niedawno przeczytałem gdzieś pytanie, skąd ewangeliści wiedzieli, co przeżywał wtedy Jezus, jeżeli - jak zgodnie twierdzą - uczniowie, których wziął ze sobą, nie byli z Nim ani fizycznie (na odległość rzutu kamieniem - precyzuje Łukasz), ani psychicznie, bo przecież spali. Pytałem trochę biblistów i myślę teraz, że jest to jedno z tych miejsc w ewangeliach, gdzie ”tkanka” faktograficzna, historyczna została rozwinięta literacko czy raczej teologicznie przez autorów, których Duch Święty zgoła nie zaniedbywał. Mateusz i Marek informują tylko o fakcie podstawowym, że oddalając się, powiedział uczniom: „Smutna jest dusza moja aż do śmierci”, czyli że nie ukrył przed nimi stanu swego ducha. Potem już im się jednak pewnie nie zwierzał. My zaś uwierzmy wreszcie w to, co w tej ogrójcowej opowieści najważniejsze: że był w pełni człowiekiem, że bał się śmierci i przewidywał, iż będzie straszna - ale wiedział również, że nie powinien się bronić, choć miał siłę nadludzką. Że ma dać przykład, jak zwyciężać zło wyłącznie dobrem. I że dobrze byłoby, abyśmy naśladowali Go choćby cokolwiek.

12:34, jan.turnau
Link Komentarze (35) »
sobota, 16 kwietnia 2011
Czy muszą być dwie Polski?

Księga Ezechiela 37,22
„I uczynię ich jednym ludem w kraju, na górach Izraela, i jeden król będzie nimi wszystkimi rządził, i już nie będę tworzyć dwóch narodów, i już nie będą podzieleni na dwa królestwa.”

Znów idę za homilijką Zbigniewa Nosowskiego w „Gościu Niedzielnym” i wybieram te właśnie słowa do skomentowania mego dzisiejszego. Jesteśmy, my, Polacy, jako ci Izraelici i trudno nam się nie kłócić. Tworzymy jakby dwa narody, skupione wokół dwóch partii politycznych. Co prawda, adherenci PO to w sporej mierze ci, co nie zachwycają się ową platformą (ktoś twierdził, że za duży tam dla niego przeciąg...), ale uważają, że niech będzie wszystko, byle nie PiS. Tak czy inaczej podział Polski jest ewidentny.

Ale mam pociechę historyczną. Przypominam, że dwudziestolecie międzywojenne zaczęło się od zamordowania prezydenta, a dziś nikt nie upiera się jednak, że Donald Tusk osobiście strącił TU 154 sowiecką rakietą. Potem był w II RP zamach majowy, czyli bitwa bardzo bratobójcza, a Jarosław Kaczyński jak dotąd uprawia tylko zamachy werbalne i mam nadzieję, że na nich skończy. Co prawda, podobnie jak Piłsudski, nie znosi Sikorskiego, ale to zbyt mała analogia, by obawiać się wojny domowej.

Tyle mego pocieszenia; jak ktoś ma lepsze, to proszę bardzo. Moje brzmi jednak czysto biblijnie: trzeba mieć nadzieję wbrew nadziei (Paweł z Tarsu, List do Rzymian).

09:45, jan.turnau
Link Komentarze (35) »
piątek, 15 kwietnia 2011
Wśród najlepszych przyjaciół ludzie się zjadają

Księga Jeremiasza 20,10
„Wszyscy zaprzyjaźnieni ze mną wypatrują mojego upadku”.
Pośród żalów wielkiego proroka są i te słowa. Prorok narażony jest na wszystko. Także na takie rozczarowanie. Przyjaciel może zawieść, ta wielka więź międzyludzka może się zerwać z różnych powodów, ale zerwanie zbiorowe boli szczególnie. Nagle potworne osamotnienie. Wśród najlepszych przyjaciół psy zjadają zająca, a ludzie człowieka.

Przypomina mi się osamotnienie proroka Jezusa. Najpierw zdrada Judasza, też poniekąd przyjaciela. U Mateusza 26,50 mieliśmy tu problem translatorski: jak Jezus nazywa tam apostoła, który przyszedł go aresztować, jak mówi do Niego: „Przyjacielu” (Tysiąclatka), „Towarzyszu”, (tłumaczenie filologiczne), „Druhu”? Wybraliśmy to trzecie, choć termin brzmi nazbyt harcersko, ponieważ „towarzysz” kojarzył nam się o wiele gorzej, a „przyjaciel” nazbyt serdecznie. Zresztą w przypowieści o uczcie weselnej (Mt 22,12) król nazywa gościa bez szaty godowej tym samym słowem greckim, a tam przecież o przyjaźni mowy być nie mogło: słowo miało sens lekko ironiczny. Niemniej i wersja ”Przyjacielu” jest możliwa: w końcu owa dwunastka to byli ludzie bardzo Mu bliscy.
Nie wypatrywali Jego upadku, ale i nie bronili Go, niemal zostawili samego. Piotr chciał Go bronić, nawet użył miecza, którym uciął jednemu z aresztującej Go drużyny ucho (tylko Jan napisał, że zrobił to on właśnie), ale potem się zaparł. Pod krzyżem był tylko Jan. Przedtem, podczas duchowej męki Jezusa w Ogrójcu, trzej Mu najbliżsi (poza Piotrem Jakub i Jan) spali spokojnie.

Wracam do obrazu osamotnienia pośród wrogów, którzy do niedawna wydawali się przyjaciółmi. Takie sytuacje to „normalki” w każdym ustroju i są możliwe w każdym środowisku, ale w systemie totalitarnym są oczywiście groźniejsze. Pamiętam ze studiów uniwersyteckich koleżeński sąd nad kolegą, który zataił, że miał ojca policjanta, ale znam i opowieści jakże podobne z czasów późniejszych: gdy wypominano również pochodzenie, tyle że żydowskie. Wtedy też obrońców nie było na pęczki.

17:16, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
czwartek, 14 kwietnia 2011
Praojciec mnóstwa

Księga Rodzaju 17,5
„Nie będziesz odtąd nazywał się Abram, lecz imię twoje będzie Abraham, bo uczynię ciebie ojcem mnóstwa narodów".

Nie wchodźmy w problem pochodzenia biologicznego, zauważmy potomstwo duchowe. A jest ono przeliczne. Żydów niewielu, wierzących religijnie jeszcze mniej, ale doszli w ciągu wieków chrześcijanie i muzułmanie. Otóż wszyscy razem stanowią pokaźną część ludzkości. Taka jej część przyznaje się do monoteizmu, w wersji chrześcijańskiej trynitarnego.

Sprawa nie jest całkiem prosta, ponieważ istnieje kwestia interpretacji innych doktryn religijnych. Powiedział mi kiedyś któryś znawca tematu, że politeizm hinduizmu wcale nie jest oczywisty. Że Brahma, Wisznu i Śiwa to nie tyle trzech bogów, ile raczej jakby jeden trójosobowy, jak w chrześcijaństwie. A - to już uwaga moja -buddyzm, religie chińskie i japońska to też przecież wierzenia bliższe chyba raczej jakiemuś monoteizmowi; zresztą w ogóle teizmy to szczególne.

To nawias niefachowy, przeciwdziałający myślowym schematom. Niezależnie odeń próbuję zadumać się nad tamtym „prepatriarchą", postacią jakże piękną, poetyczną.

14:22, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
środa, 13 kwietnia 2011
Czyim jestem niewolnikiem? Antykatyń

Ewangelia Jana 8, 34
„Amen, amen, mówię wam, że każdy czyniący grzech jest niewolnikiem grzechu".
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Niemal jedyna nasza translacyjna oryginalność to tutaj owo „amen", „amen", termin hebrajski zamiast „sakramentalnego" „zaprawdę, zaprawdę" czy też „zapewniam, zapewniam" Jedenastki i „uroczyście zapewniam" Paulistki.

Niewolnik grzechu: to brzmi przeraźliwie moralistycznie, zalatuje - chyba to wyrażenie Wańkowicza - dydaktycznym smrodkiem. A przecież najbardziej wolny jest bohater. Choćby rzucony do lochu, jeśli nie wyda współbojowników, jest bardziej wolny niż ci, co go więżą. To zresztą łatwo nam przyjąć, nietrudno też uznać, że niewolnikami są „ćparze", alkoholicy czy nałogowi palacze. Etyka liberalna obrusza się jednak czasem, gdy zaczyna wychodzić na to, że wolność wewnętrzna jest o wiele ważniejsza od zewnętrznej, że wolność wyboru prawdziwa jest w istocie tylko wtedy, gdy wybór jest właściwy (w domyśle: zgodny z etyką katolicką - takie są chyba antykościelne podejrzenia). Jeśli do tego na kwestię nakłada się wspomnienie o niedawnej awersji Kościoła katolickiego do demokracji liberalnej, to spór jest jeszcze ostrzejszy.

Jako niedouczony filozof próbuję tu pogodzić liberałów z chrześcijanami prostym twierdzeniem, że jedno słowo ma dwa znaczenia, że wolności są dwie i tyle.

PS.
Wczoraj w ośrodku kultury rosyjskiej przy ambasadzie tego kraju w Warszawie odbyła się uroczystość kapitalna. Zespół kilku młodych Polek pokazał, jak można dzielnie bratać braci zza Buga z tymi, co są po lewej stronie rzeki. Zademonstrowano cudowną internacjonalistyczną pasję zbierania ludowych pieśni rosyjskich. Nagrywano, filmowano i uczono się tej muzyki, by ją wczoraj odtworzyć własnym głosem, również tańcem.
Występ w Ambasadzie Rosyjskiej, fot. Anna Biała

Wczorajszy wystę w ambasadzie rosyjskiej, fot. Anna Biała
I to widowisko odbyło się właśnie w tych dniach, w których w obu krajach myślimy o sobie nawzajem. Zespół pokazał bez patosu, ale tym mocniej, że jeżeli wtedy było ludobójstwo, to przecież totalne: uderzono w liczne ludy, których nie da rady podzielić żadna diabelska władza. Dziewczyny, Bóg wam zapłać!

21:20, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
Święty wąż

Wpis na wtorek 12 kwietnia 2011
Księga Liczb 21,4-9
”Od góry Hor szli Izraelici w kierunku Morza Czerwonego, aby obejść ziemię Edom; podczas drogi jednak lud stracił cierpliwość. I zaczęli mówić przeciw Bogu i Mojżeszowi: - Czemu wyprowadziliście nas z Egiptu, byśmy tu na pustyni pomarli? Nie ma chleba ani wody, a uprzykrzył się nam już ten pokarm mizerny. Zesłał przeto Pan na lud węże o jadzie palącym, które kąsały ludzi tak, że wielka liczba Izraelitów zmarła. Przybyli więc ludzie do Mojżesza, mówiąc: - Zgrzeszyliśmy szemrząc przeciw Panu i przeciwko tobie. Wstaw się za nami do Pana, aby oddalił od nas węże. I wstawił się Mojżesz za ludem. Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: - Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu. Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i umieścił go na wysokim palu. I rzeczywiście, jeśli kogo wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu.”

Mamy tu obraz Boga mało miłosiernego czy raczej bardzo popędliwego: najpierw reaguje wściekłością, karze bez opamiętania, potem jednak po łatwej skrusze i prośbie o litość tworzy mocny środek ratunku.
I ów środek właśnie prosi o komentarz. W świetle naszych wyobrażeń zooteologicznych mamy tu paradoks: przecież ten gad to diabeł. Otóż - jak tu pisałem nieraz - wąż w świadomości ludu Bożego staje się symbolem zła stopniowo, długo jest głównie uosobieniem chytrości. Tutaj można by powiedzieć, że jest trochę jak człowiek: zabija, ale może też zbawiać. Tak jak ludzie są obrzydliwi moralnie, lecz jest również Syn Człowieczy. A druga moja myśl jest taka, że widać tu ambiwalencję znaku jako takiego: z istoty swojej może wskazywać na to lub tamto, zależnie od okoliczności.

12:42, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Kto jest bez grzechu? Łóżko meblem moralnie głównym?

Ewangelia Jana 8,2-11
[ 2. Wczesnym rankiem przybył znowu do świątyni i cały lud przyszedł do Niego i, usiadłszy, nauczał ich.
3.A uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzają kobietę na cudzołóstwie przyłapaną i, postawiwszy ją pośrodku,
4. mówią Mu: - Nauczycielu, kobieta ta została przyłapana na jawnym cudzołożeniu.
5. Mojżesz w Prawie nakazał nam takie kamienować. Ty zaś co mówisz?
6. To mówili, próbując Go, aby mieć o co Go obwinić. A Jezus, pochyliwszy się, pisał palcem po ziemi.
7. Gdy zaś nie przestawali Go pytać, wyprostował się i powiedział im: - Ten, kto z was bezgrzeszny, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem.
8. I znowu, schyliwszy się, pisał po ziemi.
9. Oni zaś, usłyszawszy to, odchodzili jeden po drugim, poczynając od starszych; pozostał sam i kobieta pośrodku.
10. Jezus zaś, wyprostowawszy się, powiedział jej: - Kobieto, gdzież są? Żaden cię nie osądził?
11. Ona zaś odpowiedziała: - Żaden, Panie. Powiedział jej Jezus: - Ani ja cię nie osądzam. Idź i odtąd więcej nie grzesz.
]
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Drobiazg translatorski: to „jawne cudzołożenie”. Co to znaczy: tajne cudzołóstwo byłoby mniejszym grzechem? Tysiąclatka, Poznanianka, Paulistka „Jedenastka” (dzieło tyluż Kościołów) nie przejęły się i mają po prostu „przyłapaną na cudzołóstwie” , ale jest się czym przejąć, bo w oryginale mamy słowo „autoforo”, co tłumaczenie interlinearne (filologiczne) oddaje wyrażeniem „na gorącym uczynku” i dokładnie o to chodzi. Nie znam greki, ale zajrzałem do innych przekładów: „Warszawianka” (tłumaczenie ogólnoprotestanckie powojenne) ma to, co i my, a autorytatywna Biblia Jerozolimska francuska (jest już i polska z tekstem Tysiąclatki) - „en flagrant delit d`adultere” , co właśnie ów gorący uczynek oznacza. Ale wyrażenie „na gorącym uczynku cudzołóstwa” byłoby trochę dziwne.

Zaznaczyłem jednak, że to detal (mam taką manię filologiczną). Ciekawsze są dane historyczne na temat dzisiejszego tekstu. Poznanianka: „Nie znają tej perykopy najstarsze rękopisy greckie (z wyjątkiem kodeksu D), przekłady syryjskie i koptyjskie, greccy pisarze kościelni do XI w. Znajduje się ona w niektórych rękopisach Wulgaty i przekładu starołacińskiego. Wiedzą o niej pisarze łacińscy od Pacjana z Barcelony (+ przed 392) i Ambrożego z Mediolanu (+ 397) i powstała ok. roku 250 w Syrii lub Palestynie Didaskalia (tzw. syryjska). Według Euzebiusza przytacza ją Papiasz z Hierapolis (ok. 135) i apokryficzna ewangelia Hebrajczyków. Po J 7,53 wstawiona została ze względu na 8,15 („nikogo nie sądzę”) . Różne rękopisy przytaczają ją jednak w innych miejscach (po J 7,36 lub 21,24; albo po Łk 21,38 i Mk 12,17). Przynależność do kanonu i natchniony charakter perykopy nie ulega wątpliwości.”

Napisał bodaj w „Znaku” ks. Grzegorz Ryś, że pomijano tę opowieść w rękopisach z obawy, że zgorszy czytelników (może raczej czytelniczki). W sensie ścisłym: że ich zdemoralizuje swoim etycznym liberalizmem. Co do mnie, nie wiem, jak było, ale wiem, jak powinno być: żeby tekst uczył dwóch rzeczy. Przede wszystkim nieosądzania (niepotępiania). Albowiem to skłonność tych, co nie widzą belki w oku własnym. Nie chodzi o to, żeby nie mieć żadnych poglądów etycznych, ale aby bardzo uważać z przymierzaniem ich do ludzkich przypadków. No i żeby nie czynić przykazania „nie cudzołóż” pierwszym, kiedy jest dopiero szóste (w Biblii siódme). Bynajmniej nie najważniejsze, jedno z dziesięciu. Amen!

PS. A perykopa jest w naszym przekładzie w nawiasie kwadratowym, bo tak zaznacza nieobecność tekstu w niektórych rękopisach greckich autorytatywna podstawa naszego tłumaczenia (opracowanie Nestlego-Alanda, Stuttgart 1993).

17:20, jan.turnau
Link Komentarze (42) »
niedziela, 10 kwietnia 2011
Marta nie mniej warta

Ewangelia Jana 11,1-45
Polecam dzisiejszą lekturę ewangelijną wszystkim Martom, które mają „patronalne” kompleksy, bo pamiętają tylko słowa Jezusa z Ewangelii Łukasza, że „Maria lepszą cząstkę wybrała”. Tu pierwszą witającą Jezusa jest Marta. Może Maria nie wiedziała, że On się zbliża, w każdym razie „siedziała w domu”, zanim ją zawołała Marta. Ewangelijny obraz obu sióstr jest w sumie bardzo podobny.

14:08, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
sobota, 09 kwietnia 2011
Kiedy wejdziesz między wrony...

Ewangelia Jana, 7,50-51
„Odezwał się do nich jeden spośród nich, Nikodem, ten, który przedtem przyszedł do Niego: - Czy nasze Prawo potępia człowieka, zanim go wpierw przesłucha i zbada, co czyni?”

Komentuję, jak często w sobotę, idąc za Zbigniewem Nosowskim. Tak, Nikodem, ten faryzeusz, który przyszedł do Jezusa potajemnie, tu okazuje się wroną kraczącą inaczej niż całe stado. Odwaga cywilna to cnota ogromna. Na przykład pobronić Kościoła, księży, gdy wokół antyklerykalizm niemądry, pokrytykować, gdy wokół chór chwalców nadętych...

10:07, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
piątek, 08 kwietnia 2011
„Zasądźmy go na śmierć haniebną”

Księga Mądrości 2,1a.12-22
”Mylnie rozumując bezbożni mówili sobie: - Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny; sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Chełpi się, że zna Boga, zwie siebie dzieckiem Pańskim! Jest potępieniem naszych zamysłów. sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne. Uznał nas za coś fałszywego i stroni od dróg naszych jak od nieczystości. Kres   sprawiedliwych ogłasza jako szczęśliwy i chełpi się Bogiem jak ojcem. Zobaczmyż, czy prawdziwe są jego słowa, wybadajmy, co będzie przy jego zejściu. Bo jeśli spraw iedliwy jest synem Bożym, Bóg ujmie się za nim i wyrwie go z ręki przeciwników. Dotknijmy go obelgą i katuszą, by poznać jego łagodność i doświadczyć jego cierpliwości. Zasądźmy go na śmierć haniebną, bo, jak mówił, będzie ocalony. Tak pomyśleli i pobłądzili, bo własna złość ich zaślepiła. Nie pojęli tajemnic Bożych, nie spodziewali się nagrody za prawość i nie docenili odpłaty dusz czystych.”

Widzimy tutaj dojrzewanie myśli o świętym męczenniku (przypomina się Sługa Jahwe Izajaszowy), która niedługo (księga pochodzi z I wieku przed Chrystusem) stanie się ciałem. W Starym (Pierwszym) Testamencie są nawet prześwity myśli o Trójcy: jest i Duch Święty (w tej księdze 1,5), choć jeszcze nie jako osobna Osoba, tylko Boża Mądrość; występujący tutaj syn Boży to też termin starotestamentalny, choć również jeszcze nie trynitarny; no i Logos, pojęcie genetycznie greckie, niezwykle pojemne.

Tłumaczenie Tysiąclatki zawodzi na końcu perykopy: powinno być jak w Poznaniance: „i nie docenili zaszczytnej nagrody dla czystych dusz”.
Iluż było w dotychczasowych dziejach ludzi zaszczutych przez nienawistników. W męce Jezusa skupiła się mistycznie tragedia tysięcy, jeśli nie milionów.

16:20, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
środa, 06 kwietnia 2011
O więźniach, o wolności, której brak przecież wszędzie

Księga Izajasza 49,9
„Aby rzec więźniom: - Wyjdźcie na wolność!”
W wizji proroka widać też i takie szczęście. Pomyślałem sobie najpierw, że te słowa nie brzmią już aktualnie, bo przecież nie ma już u nas więźniów politycznych, nie brzmią jakoś szczególnie sympatycznie, bo nie jak kiedyś antyrządowo, nie budzą mocnych uczuć. Ale była to myśl głupia, bo po pierwsze, każdy więzień to człowiek, kryminalny również. A kryminał to przecież nie tylko zamknięcie, czyli kajdany fizyczne, także - to przecież banał - moralne. Za niewielkie nieraz stosunkowo przestępstwa człowiek skazany jest na środowisko wielorako groźne. Nie wiem, ile mogą zdziałać kapelani tamtejsi oraz wspaniali wolontariusze świeccy, jaki procent skazanych nosi już tylko elektroniczne obrączki. Nieważna jest zresztą właściwie statystyka - choćby jeden przypadek deprawacji w wyniku wymiaru sprawiedliwości powinien budzić grozę.

A po drugie, nie cały świat leży nad Wisłą. Nam, Europejczykom, udało się obalić zbrodnicze dyktatury, ale są jeszcze Chiny z tysiącami obozów pracy, z pracą niewolniczą także w Europie, jest Korea Północna...

Więźniowie wszystkich krajów...

A kapelani polowi są potrzebni, ale nie jako wojskowi.

14:44, jan.turnau
Link Komentarze (50) »
wtorek, 05 kwietnia 2011
Woda. wojsko. Ewangelia

Księga Ezechiela 47,1-9.12
Ewangelia Jana 5,1-3a.5-16
Temat wiążący oba te teksty: woda. U Ezechiela mamy obraz źródła bijącego spod Świątyni, oczywiście symboliczny, tak jak w ogóle oczywista jest symbolika tego warunku wszelkiego życia. W dzisiejszej Ewangelii woda też jest źródłem szczęścia - w Sadzawce Siloe, choć nie kąpiel w niej uzdrowiła paralityka, ale sam Jezus. No i dodać można werset 5 dzisiejszego Psalmu 46, gdzie jest mowa o „nurtach [odnogach?] rzeki, rozweselających miasto Boże.” Co prawda, mowa tam również o morzu pochłaniającym góry, gdy trzęsie się ziemia, skojarzenia nie są zatem jednoznacznie radosne, ale nic dziwnego, że podstawowy sakrament chrześcijański nawiązuje do kąpieli (Jan Chrzciciel dosłownie zanurzał - taki pierwotny sens ma bezokolicznik „baptidzein”). Związek między przyrodą a życiem duchowym jest na całym naszym globie w tej mierze ścisły.

Tak oczywisty, że ucieknę w inną symbolikę. Woda w miarę rozwoju kultury przestaje kojarzyć się tak pozytywnie. Gdy wymyśliliśmy literaturę, ów płyn w nadmiarze zaczął oznaczać słów brzydki nadmiar.
A rozmyślałem na ten temat uczestnicząc w nabożeństwie ewangelickim, w czasie którego poświęcano tablicę upamiętniającą piękną postać proboszcza, który zginął 10 kwietnia. Ksiądz Adam Pilch był jednak duszpasterzem nie tylko cywilów, pełnił także służbę ewangelickiego wicenaczelnego duszpasterza polowego. Nabożeństwo niedzielne stało się w ten sposób swoistą akademią, gdzie na wstępie czczono także wszystkich po kolei, bardzo licznych dostojnych gości urzędowych, wojskowych i cywilnych, mnożąc słowa, których i tak w stylu ewangelickim nie brak.
Ale to jeszcze pół biedy. Ewangelizacja wojska powoduje u nas militaryzację Ewangelii: oto dźwięczały nie tylko słowa, waliły o posadzkę wielokrotnie także żołnierskie buty; dobrze, że chociaż nikt nie strzelał... To już jednak nie wina ewangelików: w końcu religię z armią ożenił najpierw mój Kościół, z innymi wspólnotami nie mogło być inaczej. Poza tym zaś - i to jest najważniejsze - gdy wróciłem do domu, żona opowiedziała mi o kazaniu mojego rzymskokatolickiego proboszcza, o wystąpieniu pełnym radiomaryjnych dyrdymałów. Ewangelicy za dużo mówią, nie dokonała się jeszcze u nich podobna do naszej reforma kaznodziejstwa - ale od ilości ważniejsza jakość: nie służą żadnej partii, tej toruńskiej nie słuchają pokornie. A to już w moim Kościele jest zaprawdę antyewangelia.

14:54, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
 
1 , 2
Archiwum