Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
piątek, 30 kwietnia 2010
Eklezjalne cmoknonsensy

Psalm 2,11

„Służcie Panu z bojaźnią,
ze drżeniem całujcie Mu stopy."


Ten werset przypomniał mi coś, w co dzisiaj trudno uwierzyć: że jeszcze papieża Piusa XII (czyli do roku Pańskiego 1958) całowało się nie w rękę, w pierścień z relikwią, ale w obuwie z taką świętością. Zniósł ten zwyczaj dopiero Jan XXIII, który rozpoczął papieskie schodzenie z piedestału, przyśpieszane usilnie przez Jana Pawła II (rymy „papież - łupież" etc.). Bo też następca rybaka Piotra stawał się stopniowo wcielonym Chrystusem (w wieku XIX padały podobne sformułowania z ust kardynałów!).

Niestety także całowanie papieża w rękę wydaje mi się komiczne. Śmieszą mniej w Polsce, gdzie jeszcze całuje się czasem ręce płci pięknej, jednak Ojciec Święty jest ojcem właśnie, a nie matką.

PS. A XIX-wieczny papież Pius IX był podobno tak przywiązany do tej formy czczenia jego urzędu, że gdy któryś z biskupów nie schylił się dostatecznie nisko, sam go do tego własnonożnie skłonił.

11:19, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
czwartek, 29 kwietnia 2010
Profesorowie prostaczkowie

Ewangelia Mateusza 11, 25-26

„Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom".

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że Bóg Ojciec ani pozostałe Osoby Trójcy nic przed nikim nie zakrywają: to taka dziwność słowna biblijna, która znaczy tylko tyle, że niektórym trudno pojąć „rzeczy" religijne, bo za bardzo mędrkują. Inna „rzecz", że z samym tym zdaniem jest kłopot poznawczy. Przekładów „do diabła i trochę", jak mówiło się w moim domu rodzinnym.

Albowiem może być też o „mądrych i roztropnych" oraz „małych dzieciach" (Biblia Paulińska), o „mądrych i uczonych [w Prawie] oraz „ludziach prostych" (Poznańska), o „mądrych i rozumnych" oraz „małoletnich" (przekład filologiczny Popowskiego i Wojciechowskiego), o „mądrych i rozumnych" oraz „maluczkich" (banda czworga). Ja mam tylko wątpliwość, czy pasują to roztropni, bo przecież roztropność to wręcz cnota. Chyba że chodzi tu o pseudoroztropnych, takich, co kalkulują w nieskończoność i nie pozwolą sobie na żadne szaleństwo. A wiara go wymaga. Już na pewno etyka, ale i dogmatyka poniekąd. Mimo że na przykład Trójca Święta to nie równanie: 3 = 1 ani Eucharystia nie polega na kanibalizmie.

Z dzieciństwa zapamiętałem powiedzenie, że najtrudniej uwierzyć nie inteligentowi, tylko półinteligentowi, co jednak jest twierdzeniem mało eleganckim „antydialogowym". Mówiąc tamte słowa Jezus myślał o „uczonych w Piśmie", którym przeciwstawiał swoich mało obeznanych w Prawie uczniów, ale nie wzywał do wyzłośliwiania się na temat niczyjej inteligencji. Aczkolwiek faktem jest, że do wiary religijnej przyznają się tak absolwenci szkoły tylko podstawowej, jak i profesorowi z dyplomami podpisanymi przez prezydenta RP, natomiast faceci ze środka opowiadają o owej wierze dyrdymały nieprawdopodobne.

14:06, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
Piekło jest w nas - i co z tego?

Wpis na 28 kwietnia 2010

Ewangelia Jana 12, 47-48

„A jeżeli ktoś posłyszy słowa moje, ale ich nie zachowa, to ja go nie sądzę. Nie przyszedłem bowiem po to, aby świat sądzić, ale by świat zbawić. Kto gardzi mną i nie przyjmuje słów moich, ten ma swego sędziego: słowo, które powiedziałem, ono to będzie go sądzić w dniu ostatecznym"

Chyba można powiedzieć, że z Biblii nie wynika w sposób definitywny ani „puste piekło", ani to, że jednak niektórych ludzi nikt nie da rady zmienić. Że Jezus przyszedł świat zbawić, ale człowiek ma wolną wolę i tyle. Niemniej uprawniona jest według mnie nadzieja, że Bóg jest mocniejszy od szatana i tyle. Niektórzy ludzie zachowują się jak wcielone diabły, ale czy naprawdę Bóg mógł stworzyć świat, w którym nie dość, że jest tyle potwornego cierpienia ludzie (i zwierząt) zupełnie niewinnych, ale na domiar złego cierpienie owo nie ma kresu. Co z tego, że jest to cierpienie na własne życzenie ostatnich „sukinsynów" (słowo przechowujące zadawnioną pogardę dla zwierząt tak nas na ogół kochających!)? Po pierwsze, akurat różne tsunami to nie ich dzieło, po drugie, czy naprawdę Bóg musi czasem przegrywać z Szatanem?

Ten mój ciągły spór z tymi, co jednak uważają ową nadzieję za złudną, zakończę zdaniem z książki Bartłomieja Dobroczyńskiego „Listy profana. Między psychologią a religią" (ciekawe z nim rozmowy, drukowane w miesięczniku „List", teraz wydane przezeń książkowo), że „w stworzonych przez Kościół ramach jest jeszcze sporo miejsca na indywidualne wybory i rozstrzygnięcia, które mogą się od siebie różnić, nawet znacznie". Przykład ze szczytów tegoż Kościoła (oczywiście chodzi o rzymskokatolicki): Jan Paweł II wydawał się bliższy owej nadziei eschatologicznej niż Benedykt XVI.

Co zaś jeszcze do piekła: książka Dobroczyńskiego kończy się cytatem z listu, który do kogoś napisał Franz Kafka: „Jesteśmy opuszczeni jak zbłąkane dzieci w lesie. Kiedy stoisz przede mną i patrzysz na mnie, co wiesz o moich bólach i co ja wiem o twoich? A gdybym padł przed tobą na kolana i płakał, i opowiadał, co wiedziałbyś o mnie więcej niż o piekle, które ktoś określił ci jako gorące i straszne. Już dlatego my, ludzie, powinniśmy stać naprzeciw siebie tak zamyśleni i współczujący, jak przed wejściem do piekła".

Albowiem piekło w nas jest. Ale to wcale niekoniecznie diabeł. Albo jeżeli nawet, to jest ktoś, kto wie o nas wszystko i jest to wiedza, która zbawia.

14:05, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
wtorek, 27 kwietnia 2010
Megakomplement, czyli o dwóch Dorotach

Dzieje Apostolskie 11,26

„W Antiochii też po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami."

I tak już zostało.

Kto to jest chrześcijanin? Przede wszystkim wyznawca najliczniejszej (jak dotąd) religii świata. Co więcej, religii, na podstawie której powstała najpotężniejsza cywilizacja naszego globu. I która związawszy się z władzami państwowymi kolejnych imperiów, sojuszami z kolejnymi tronami, ponosi teraz tego konsekwencje na niemal wszystkich kontynentach. Era konstantyńska przeminęła, ale trwała zbyt długo, by tamte kompromitujące związki zostały doszczętnie zapomniane. Chociaż dzisiaj chrześcijanie są najczęstszym obiektem prześladowań religijnych.

Kto to jest chrześcijanin, a kto katolik, protestant, prawosławny? Pojęcie ogólniejsze? Także, ale nie tylko. Mówiąc syntetycznie, tamte nazwy wyznaniowe to dogmatyka, tamto określenie rodem z Antiochii to etyka. Chrześcijanin to człowiek dzielnie naśladujący kogoś, od kogo słowo to wzięło nazwę: Chrystusa.

Chrześcijaninem rzeczywiście być.... „Chrześcijanin w Trzeciej Rzeszy" to tytuł książki Anny Morawskiej o pastorze Bonhoefferze, teologu równie śmiałym, jak bojowniku antyhitlerowskim. „Biedny chrześcijanin patrzy na Getto" - skojarzenie zupełnie inne.

Znak wydaje serię książek pod tytułem „Świadkowie". Ostatnio o dwóch Dorotach.

Bardziej znana jest Dorothy Day. Przez większość życia niewierząca religijnie, pozwoliła sobie na aborcję. Pisarka, lewicowa dziennikarka, działaczka społeczna, w latach trzydziestych XX wieku założyła ruch Catholic Worker i gazetę o tym tytule, zajmujące się służbą potrzebującym i akcjami pacyficznymi. Nawet jako mocno starsza pani brała udział w manifestacjach biorących w obronę wyzyskiwanych robotników rolnych lub Afroamerykanów. Książka o niej nazywa się po polsku „Będziemy sądzeni z miłości" i napisał ją bliski współpracownik Doroty, Jim Forest, działacz międzynarodowego ruchu pokojowego, obecnie członek wspólnoty prawosławnej w Amsterdamie i redaktor holenderskiego periodyku poświęconego teologii, liturgii i tradycji tego wyznania.

Opowieść dziennikarki Binki Le Breton nazywa się po polsku „W dżungli zabija się anioły" i dotyczy Doroty Stang, zakonnicy ze zgromadzenia sióstr Notre Dame de Namur, która walczyła w Brazylii w obronie chłopów, niszczonych najbezwzględniej przez wielkich latyfundystów. Sześć strzałów oddanych przez płatnego mordercę w lasach Amazonii zakończyło jej walkę w r. 2005.

Pod znakiem krzyża walczono ogniem stosów i mieczem krucjat bardzo długie wieki. Ale wtedy i teraz byli i są ludzie zasługujący na owo miano będące komplementem niebywałym. Imię owych ludzi legion...

13:39, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Doktryna obrzezana: apostołowie Piotr i Józek

Dzieje Apostolskie 11,2

„Kiedy Piotr przybył do Jerozolimy, ci, którzy byli pochodzenia żydowskiego, robili mu wymówki, mówiąc: - Wszedłeś do ludzi nieobrzezanych i jadłeś z nimi."

Na co Piotr odpowiedział, że miał wizję, z której jasno wynikało, że rytualne rozróżnienia zoologiczne nie obowiązują uczniów Chrystusa. Mogą być nimi również poganie, wystarczy wiara w Jego zbawczą misję i moc. W samej dzisiejszej perykopie nie ma nic o niekonieczności obrzezania, ale oczywiście rewolucja chrześcijańska też na tym polegała.

Doktryna religijna jest może trochę jak owoc, który można obierać ze skórki: tylko trzeba wiedzieć, co jest samą skórką. W pierwotnym Kościele, najpewniej właśnie dzięki tej wizji Piotra, dość szybko obrano religię żydowską z jej przepisów gastronomicznych i rytualnych, w tym z obrzezania, które jest dziwnym znakiem nie tylko żydowskim. W tej hellenizacji rola Piotra Opoki była ogromna, choć potem dzielili się z Pawłem rejonami misyjnymi i Paweł zająwszy się poganami stał się symbolem owej rewolucji; Piotr - jak czytamy w Liście do Galatów - łatwiej zresztą szedł na kompromisy.

W chrześcijaństwie nie było dotąd i chyba dalej nie będzie zmiany tej miary, takiej, co wręcz zmienia religię, tworzy nową - ale reform wciąż pełno. Czasem trzeba na przykład katolicyzm obrzezać z czegoś, czego nikt w zasadzie za doktrynę nie uważa, ale odrzucenie tego gorszy. Znak wydał właśnie książkę o księdzu Tischnerze pod tytułem „Kapelusz na wodzie" Wojciecha Bonowicza. Autor napisał swego czasu świetną biografię swego duchowego mistrza, tym razem jest to też o nim znakomita opowieść, ale zrobiona pod pewnym kątem. Namawiałem Wojtka, by spisał słynne dowcipy góralskiego filozofa, żebyśmy mogli poczytać sobie „Kwiatki Józefa Tischnera". Przecież był z niego „jajcarz" niesłychany: Jan Paweł II rozśmieszał już samym schodzeniem z tronu, Tischner był w tej mierze chyba bardziej twórczy. Otóż „Kapelusz" to - jak głosi podtytuł - gawędy na temat niezwykłego duchownego, przeplatane anegdotami.

Czy Tischner rewolucjonizował doktrynę rzymskokatolicką? Niby nie. Nawet w tomiku ”Znakowym” jego rekolekcji jest coś, co i mnie zdziwiło: sprzeciw moralny wobec antykoncepcji. Zdziwiło, bo dużo wcześniej słyszałem, że zapytany prywatnie po bardziej młodzieńczych rekolekcjach, co myśli o tej zakazanej wciąż przez jego (i mój) Kościół regulacji poczęć, odpowiedział, że nie ma poglądu, bo sam nie używa... Odpowiedź ta jest zresztą dlań dość typowa, bo żartować uwielbiał (zarzucał mu zresztą ktoś nie mniej odważnie myślący, że on za często skrywa się za dowcipem). Dowcipy to słowa „skrzydlate", więc wnet znali je wszyscy i niektórzy ganili. Bo też czasem były to twierdzenia mocne, jak na przykład to słynne, że więcej ludzi traci wiarę z winy swojego proboszcza niż po lekturze Marksa. Albo bardziej dosadne w formie, że jeżeli w seminarium duchownym jest dialog, to jakby dupy z kijem. W ogóle nie bał się słów w rodzaju tego czteroliterowego, a i w pięcioliterowe, oznaczające we włoszczyźnie zakręt (ale źródłosłów jest raczej słowiański), nie było mu niemiłe. Chociaż bodaj najlepsza z jego anegdot, ta, która podobno okropnie rozśmieszyła Papieża, jest subtelną krytyką rodzinnego zubożenia języka. Wchodzi postawny baca do karczmy i groźnym głosem pyta: - Kto, kurwa?! Na co wstaje jeszcze potężniejszy góral i oznajmia: - Jo, kurwa! Wówczas ten pierwszy chowa ogon pod siebie i wychodzi mrucząc: - O, kurwa...

W książce Bonowicza jest zaduma nad dziwnym zjawiskiem (chyba specyficznie polskim, a już na pewno szczególnie katolickim): „Gdybym na przykład powiedział, że w Trójcy Świętej są cztery osoby, a nie trzy, pewnie by tego nie zauważono. Cała moja krytyka dlatego jest bolesna, że nie jest dogmatyczna". Bo też taki jest nasz katolicyzm, dziwnie mało intelektualny.

Owszem, Tischner w młodości rozrabiał niewąsko w sprawie mocno intelektualnej: był głównym krytykiem tomizmu, z którego zrobiono jedyną filozofię chrześcijańską. Niełatwo było uwierzyć polskim strażnikom doktryny, że to skórka na owocu, a nie religijny miąższ (prowokował KUL-owską szkołę Krąpca i Swieżawskiego). Ale to była awantura raczej tylko rodzima: na Zachodzie był Maritain i Gilson, ale równocześnie sporo innych filozofów przyznających się do chrześcijaństwa. A Wojtyła do ortodoksji tomistycznej nie czuł pociągu, wolał jakąś drogę pośrednią między tamtym myśleniem a fenomenologią - którą świetnie popularyzował Tischner.

Owszem, ksiądz Józef nie oszczędzał struktur. Bonowicz cytuje jego powiedzenie do kleryków: „Wiecie, dlaczego Wojtyła został papieżem. Bo do seminarium nie chodził." Podobno był kandydatem na prymasa i na metropolitę krakowskiego, ale do urzędów kościelnych zgoła nie pasował - i sam nie pchał się. Ze zbyt wielu spraw pokpiwał sobie i bliźnim.

A przecież był wspaniałym kapłanem właśnie dlatego, że także błaznem. Twierdził, że Pan Bóg wysłuchał na pewno dwóch jego modlitw, z których jedna brzmiała: „Boże, spraw, bym był siewcą niepokoju". W książce Bonowicza cytowany jest na końcu list do „Gazety Wyborczej", napisany trzy tygodnie po pogrzebie Tischnera: „Nie wiem, czy wy, ludzie wierzący wiecie, jak wielki był ks. Tischner, jaki wpływ jego apostolstwo wywierało na ludzi takich, jak ja - do całkiem niedawna ideowy komunista (...), wręcz programowo niewierzący, który od kontaktów ze słowem tego nieświętego-świętego zaczął o sobie myśleć jako o poszukującym Boga. Zacząłem odczuwać brak i potrzebę wiary, którą może kiedyś odzyskam."

Tak, ksiądz Tischner był apostołem. Zdejmował z katolicyzmu skorupę nieznośnej wzniosłości, ukazując owoc nieporównanie smaczniejszy.

15:46, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
niedziela, 25 kwietnia 2010
Łzy męczenników. Etyka krytyków

Księga Apokalipsy 7,17

„I każdą łzę otrze Bóg z ich oczu".


Piękna metafora: synteza wiary chrześcijańskiej, że Bóg jest Miłością. Że łzy załogi tamtego samolotu ociera On teraz tam, gdzie się nigdy nie płacze.

Ale jak postępować, by samemu nie doprowadzać bliźnich do bólu? Jak ich krytykować? Na podobne pytania siostra Małgorzata odpowiada w cytowanym tu już wywiadzie ”Znakowym” tak:

”Kościół - mój Kościół - jest taką szczególną wspólnotą, która powinna wiele razy dziennie robić rachunek sumienia. Każdy z nas powinien wciąż zadawać sobie pytanie, co zrobił, aby było lepiej, bo sama krytyka Kościoła do niczego nie prowadzi. Oczywiście, należy nazywać zło po imieniu: jeśli znana jest nam sytuacja molestowania seksualnego dziecka przez księdza, należy to natychmiast zgłosić do prokuratury. Jeżeli uważamy, że biskup X żyje zbyt bogato, powinniśmy wprost mu to powiedzieć, bo taka jest ewangeliczna kolejność rzeczy: najpierw powiedzieć w cztery oczy...”

Tyle tylko, że publicysta z natury swego zawodu (powołania) krytykuje publicznie. Nie może inaczej, szczególnie gdy chodzi o biskupią wypowiedź publiczną, a przecież jest mi nieprzyjemnie, gdy spotkam potem owego hierarchę.

17:52, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
sobota, 24 kwietnia 2010
Między metaforą a kanibalizmem

Ewangelia Jana 6,55.60

„Albowiem ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a krew moja jest prawdziwym napojem. Wielu więc Jego uczniów, usłyszawszy, powiedziało: - Okrutne jest to słowo. Któż może go słuchać?"

Komentarz Biblii Poznańskiej: „Zwroty: »jeść ciało« i »pić krew« zrozumieli słuchacze dosłownie. Nie mogli zresztą zrozumieć ich inaczej, ponieważ wyrażenie »pić krew« nie istnieje w języku hebrajskim w sensie metaforycznym (rzecz zabroniona surowo przez Prawo),a »gryźć ciało« oznacza w Starym Testamencie metaforycznie obmawianie, rzucanie oszczerstw, nienawiść."

Mamy tu katolicką polemikę z egzegezą kalwińską czy zwingliańską (nie z luterańską). Metafor w tym tekście biblijnym zapewne nie ma, Poznanianka słusznie twierdzi, że gdyby były, uczniowie by nie mówili, że to mowa „okrutna" (tak przetłumaczyliśmy, inni mają mowę „trudną" czy „twardą") i niektórzy odchodzili. Niemniej nie chodzi przecież w Komunii o żaden „kanibalizm", a tak to chyba zrozumieli Jezusowi słuchacze: swoją drogą dziwne, że autor czy redaktor Ewangelii nie zapobiegł jakoś temu nieporozumieniu. Sytuacja podczas Ostatniej Wieczerzy była jednak inna, bo Jezus mówił tamte słowa nad konkretnym chlebem.

A my, ludzie dzisiejsi, nie metaforyzujmy, owszem, ale też nie materializujmy.

18:38, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
Śmierć: dla jednych ofiara, dla innych atuty. Jubileusz Jacka Woźniakowskiego

Wpis na piątek 23 kwietnia 2010

Ewangelia Jana 12,24

„Amen, amen, mówię wam: - Jeśli ziarno pszenicy, padłszy w ziemię, nie obumrze, samo pozostaje; jeśli zaś obumrze, wielki plon przynosi."

Zacytowałem nasz przekład ze względu na to oryginalne (bo tak jest w oryginale!) „amen". Ale nie o tym dziś napiszę.

Mamy tu ewangelijną filozofię i teologię śmierci: jako motoru dziejów . Ona odmienia lasy ludzkie. Tych ludzi, co zostają.

Czy tragedia 10 kwietnia odmieniła losy polskie? Nie myślę oczywiście o innym życiu wdów, sierot, wdowców. Myślę najpierw o teologii ofiary: bez niej nie ma szczęścia. Teza niejednej religii, chyba niemożliwa w kontekście laickim. Na śmierć dla innych idą także ateiści, ale bez wiary w aż taki skutek męczeństwa.

Czy tragedia smoleńska odmieni polityków, publicystów? Sprawa „image`u" prezydenta. Oczywiście nie chodzi mi o coś, co ktoś nazwał dosadnie „grą trupem". Nie chodzi mi o wykorzystywanie taktu politycznych przeciwników, przestrzegających zasady „de mortuis nihil nisi bene", do triumfowania: poszli do Canossy, te platfusy i inni krytykanci! Chodzi mi natomiast o to, co często piszę na Zaduszki: że czas pośmiertny leczy rany, ludzie nielubiani wydają się po latach milsi, pamięta im się raczej, co dobre, niż to, co złe. Ale - podkreślam - nie ma to nic wspólnego z kampanią wyborczą nad trumnami. W którą niestety angażują się liczni nasi biskupi. Nie mówiąc o mediach: wczorajsze „Wiadomości" wydały mi się wręcz bezwstydne. Jak tak będzie dalej, będziemy mieli wszystko to, co było przed katastrofą, albo i więcej.

Dziś imieniny wszystkich Wojciechów i większości Jerzych (w mojej rodzinie te dwie uroczystości rozdzielano: brata Jurka świętowaliśmy 24 kwietnia). Najlepsze życzenia!

Oraz 90-lecie urodzin Jacka Woźniakowskiego: publicysty, historyka sztuki, założyciela i wieloletniego szefa „Wydawnictwa „Znak". Napisaliśmy z Kasią Wiśniewską o nim sporo do jutrzejszej „Arki Noego", więc tutaj tylko życzenia bardzo serdeczne. Też dla całej jego rodziny: żony Majki kochanej, córki Euroróży, zięcia Niemca, co dzielnie Polsce naszej służy (poezja!), dla wnuczek i wnuków wspaniałych z księżniczką Sofką - zdrobnienie okropne - na czele!

A oto z kwietniowego „Znaku" próbka świetnego pisarstwa Jubilata w postaci felietonu drukowanego w tymże miesięczniku w maju 1962 roku, ale aktualnego dziś, a jakże!

”Przerzuciłem kiedyś w leniwej chwili kilka starych „Paris Matchów". Kiedy sobie przypomniałem jeszcze starsze numery tego pisma, uderzyło mnie, jaka degrengolada. Nie bez racji zauważył niedawno któryś publicysta francuski, że gdyby ktoś na podstawie tego tygodnika próbował za lat - powiedzmy - trzysta wyrobić sobie zdanie, co było najważniejsze dla ludzi drugiej polowy XX wieku, to by musiał dojść do wniosku, że: 1) romanse aktorek filmowych, 2) małżeństwa królewskie, 3) morderstwa i katastrofy lotnicze. Na dalszych miejscach znalazłyby się sprawy takie, jak loty kosmiczne, wojna w Algierii itd., a już jakieś tam rewolucje naukowe, cywilizacyjne lub ekonomiczno-społeczne... a dajcie spokój. Że „Match" ustalił sobie taką hierarchię zainteresowań, ostatecznie jego rzecz: może takie są gusty jego czytelników; szkoda tylko, że nakłady tego pisma są bezkonkurencyjne, a pozory mylące, bo niby ma ambicję informowania o wszystkim, co w świecie najciekawsze. Gusty czytelników można z pewnością w dużej mierze kształtować, ale „Match" nie wykazuje w tym kierunku najmniejszych ambicji: jeśli je kształtuje, to dosyć obrzydliwie. Coraz obrzydliwszy jest zwłaszcza patetyczno-liryczny ekshibicjonizm, z jakim „Match" reklamuje zgony, rozwody, flirty i puszczania się, wszystko w jednym tygielku. Załzawiona twarz aktorki, na całą stroną, wpatrzona w fotografię zmarłego męża: „Brutalnie przerwana została nić jedynej miłości... Zmiażdżone zostało serce, którego bicie znają wszystkie ekrany świata..." czy coś w tym guście. O stronę dalej inna babka pryska wodą na opalonego dryblasa: „I znów wiosna w sercu naszej... W promieniach jej wielkiej, największej miłości grzeje się córeczka z poprzedniego małżeństwa i bliźnięta z pierwszego...". Dwa miesiące później - rozpacz, rozstanie, zmiażdżone serce. Znów miesiąc - „i znów wiosna... największa miłość rozkwita jak pąk róży w sercu naszej...". Prawdziwe dramaty i zwykłe paskudztwa podglądane przez tę samą dziurkę od klucza, rzewnie wykrojoną w kształt serduszka. Naturalnie i tutaj rekordy bije Brigitte Bardot: między Vadimem a Charrierem „Match" zdążył zamieścić reportaż o Diestelu, były więc fotografie nadmorskiej willi, w której zamieszkiwała z nim BB, i opis tej wielkiej, jedynej miłości, który kończył się mniej więcej tak: „W oknie młodych narzeczonych gaśnie światło"... Choćby ze względów leksykalnych zmartwiło mnie nazywanie „narzeczoną" kobiety, która dopiero co wyszła za mąż za kogoś całkiem innego. Jeśli verba valent usu, to jakiż usus przyjmie się w „Matchu" dla nazwania mężczyzny i kobiety, którzy pragną zawrzeć małżeństwo? Ale i słowo „małżeństwo" w odniesieniu do pani Brygidy z Bardotów primo voto Vadimowej etc. brzmi całkiem nowymi treściami: któżby z nim kojarzył nasze poczciwe, staroświeckie koncepcje monogamiczne. To swoiste wyjęcie spod prawa aktorki filmowej, to pozamoralne traktowanie jej postępków i zarazem strojenie ich śmieszną sankcją „narzeczeństwa" - to wszystko przypomina zamierzchłe czasy, kiedy aktorów nie wolno było grzebać w poświęconej ziemi, a reguły militarne przewidywały, że w razie oblężenia i głodu pierwsze z murów zrzucone mają być aktorki. Traktowano bowiem ten zawód jako hańbiący, wyjmujący człowieka ze społeczności, stawiający go poza przyjętymi przez ogól normami moralnymi. Dzisiejsza prasa w typie „Matcha" robi to samo, tylko niby w odwrotną stronę: z owej rzekomej pozamoralności buduje aktorom i aktorkom sensacyjny, jakże w istocie żałosny piedestał.” Przypominam, że pół wieku temu tabloidy były tylko za żelazną kurtyną. Komuno, wróć...

18:37, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 kwietnia 2010
Któż to ten baranek?

Dzieje Apostolskie 8, 26-40

”Anioł Pański powiedział do Filipa: - Wstań i idź około południa na drogę, która prowadzi z Jerozolimy do Gazy: jest ona pusta. A on poszedł. Właśnie wtedy przybył do Jerozolimy oddać pokłon Bogu Etiop, dworzanin i urzędnik królowej etiopskiej, Kandaki, zarządzający całym jej skarbcem, i wracał czytając w swoim wozie proroka Izajasza. Duch powiedział do Filipa: - Podejdź i przyłącz się do tego wozu!. Gdy Filip podbiegł, usłyszał, że tamten czyta proroka Izajasza, i zapytał: - Czy rozumiesz, co czytasz?. A tamten odpowiedział: Jakżeż mogę rozumieć, jeśli mi nikt nie wyjaśni? I zaprosił Filipa, aby wsiadł i spoczął przy nim. A czytał ten urywek Pisma: «Prowadzą Go jak owcę na rzeź, i jak baranek, który milczy, gdy go strzygą, tak On nie otwiera ust swoich. W Jego uniżeniu odmówiono Mu słuszności. Któż zdoła opisać ród Jego? Bo Jego życie zabiorą z ziemi». Dworzanin zapytał Filipa: - Proszę cię, o kim to prorok mówi, o sobie czy o kimś innym?. A Filip wychodząc z tego tekstu Pisma opowiedział mu Dobrą Nowinę o Jezusie. W czasie podróży przybyli nad jakąś wodę. Dworzanin powiedział: - Oto woda; cóż przeszkadza, abym został ochrzczony? Odpowiedział Filip: - Można, jeśli wierzysz z całego serca. Odparł mu: - Wierzę, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. I kazał zatrzymać wóz, i obaj, Filip i dworzanin, zeszli do wody. I ochrzcił go. A kiedy wyszli z wody, Duch Pański porwał Filipa i dworzanin już nigdy go nie widział. Jechał zaś z radością swoją drogą. A Filip znalazł się w Azocie i głosił Ewangelię od miasta do miasta, aż dotarł do Cezarei.”

Filip to nie jeden z Dwunastu o tym imieniu, tylko jeden z siedmiu ich pomocników, wyznaczonych do służby charytatywnej, ale i ściśle ewangelizacyjnej. Dworzanin mógł być eunuchem albo nie, tym słowem greckim nazywano czasem dworzan w ogóle, nie tylko kastratów. Główny jednak problem egzegetyczny postawił sam Etiop, mówiąc: ”O kim to prorok mówi?"

Autor Dziejów odpowiada oczywiście, że o Jezusie Chrystusie, to jest jednak interpretacja specyficzna, chrześcijańska, a warto wiedzieć, co mówią bibliści niekoniecznie wyznaniowi.

Otóż z Biblii Poznańskiej dowiedziałem się, że są cztery główne hipotezy. Streszczam: pierwsza, że to grupa ludzi, cały naród izraelski albo jego część wierna Bogu. Druga, że to jeden człowiek: Mojżesz, Jozue, cierpiący Hiob, Jeremiasz, sam autor tej części księgi (Deutero-Izajasz), Zorobabel lub jeszcze ktoś inny. Trzecia hipoteza jest mitologiczna: byłaby to postać mityczna, przejęta z mitologii babilońskiej lub ugaryckiej. Czwarta hipoteza, według Poznanianki najbardziej prawdopodobna, jest taka, że chodzi tu o Mesjasza. Co, rzecz jasna, najbardziej pasuje chrześcijanom, mniej chyba Żydom, bo w ich wizji Mesjasz to nie tyle baranek, ile lew wyzwalający naród, w każdym razie radykalnie naprawiający świat.

A mnie się wydaje, że ów sługa cierpiący to i Izrael, męczennik wieków, szczególnie ostatniego, i jego dawni bohaterowie, jeśli byli prześladowani jak Jeremiasz, i każdy człowiek, jeśli jest niszczony niewinnie. Oni wszyscy razem są mistycznie Jezusem Chrystusem.

15:21, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
środa, 21 kwietnia 2010
Gdzie wstaje słońce

Psalm 66,1-7
”Wszystka ziemia, wszystkie kraje, 
I gdzie jasne słońce wstaje 
I gdzie w bystre szumne morze 
Zapadają późne zorze,
Wykrzyknijcie w słodkiem pieniu 
Gwoli Pańskiemu imieniu, 
Sławę jego wynaszajcie, 
Dobrodziejstwa wyznawajcie.
Mówcież, komu słów dostanie 
Twoją siłę sławić, Panie? 
Twój strach Tobie wszystkie ściele 
Pod nogi nieprzyjaciele.
Tobie niechaj chwałę daje 
Wszystka ziemia, wszystkie kraje, 
Tobie niechaj bije czołem, 
Cokolwiek świat obszedł kołem.
Ku mnie wszyscy się podajcie, 
A sprawy Pańskie poznajcie; 
Dziwny to Pan, dziwnie radzi 
O swej na świecie czeladzi.
Morze w twardy grunt obraca. 
Bystre rzeki na wspak wraca, 
Aniśmy stóp omoczyli, 
A brody wielkie przebyli.
On światem, jako chce, toczy,
Nad wszystkiemi trzyma oczy, 
Zmiennikom uciera rogi; 
Nie rozumiej, byś był srogi”

„Psałterz Dawidów".

Niełatwo tak wykrzykiwać po 10 kwietnia. Dziwny to Pan zaiste. „Nie rozumiej, byś był srogi" - to dodatek Kochanowskiego. Czy Bóg jest srogi? W każdym razie - powtarzam to jak mantrę - srogość Jego nie jest aż tak wielka, żeby „zmiennikom ucierał rogi" na wieki wieków. Inaczej Stwórca byłby brakorobem absolutnym.

Dzisiaj jednak też cytat z kwietniowego „Znaku": z rozmowy Łukasza Tischnera z siostrą Małgorzatą Chmielewską.
Tischner: ”W jaki sposób walczy Siostra z trudnościami, kiedy ma Siostra przed sobą ścianę smutku, choroby, agresji, która normalnego człowieka mogłaby zabić czy zniszczyć? Co oprócz modlitwy może pomóc w tej niekończącej się walce?”
Małgorzata: ”Oprócz modlitwy jest oczywiście... modlitwa. To bardzo ważne pytanie, bo kiedy żyje się w getcie cierpienia, to można w pewnym momencie próbować przyjąć postawę Boga, który chce wszystko uleczyć, albo Gombrowicza, który próbował stawiać na nogi żuczki na plaży, ale ponieważ były ich tysiące, po prostu poszedł sobie, uznając, że to nie ma sensu.
Wydaje mi się, że istnieje inna postawa. Dla mnie jest to głębokie przekonanie, że nie ja jestem panem historii, tylko Bóg, Chrystus. Po drugie - to, że ktoś umarł na alkoholizm, ale w czystym łóżku, jest już chyba jakimś krokiem ku polepszeniu świata. Nie spodziewam się osobiście i nigdy się chyba nie spodziewałam, że jak się dobrze postaram, to zniknie cierpienie, łzy i całe zło. Widzę natomiast i głęboko wierzę w to, że nawet niewielkie dobro powoduje efekt lawiny. I nawet niewielkie dobro potrafi, jak zapalona zapałka, rozjaśnić ciemność, a później zapala się już całe słońce.”

Jasne słońce wstaje przy siostrze Małgorzacie - to na pewno.

13:32, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
wtorek, 20 kwietnia 2010
Znak ojca Malachiasza. „Znak" o Rosji

Ewangelia Jana 6, 30

„W Kafarnaum lud powiedział do Jezusa: - Jakiego dokonasz znaku, abyśmy go widzieli i Tobie uwierzyli? Cóż zdziałasz?"

Bruce Marshall, świetny pisarz angielski, walczący śmiechem z agnostycyzmem swoich rodaków, napisał opowiadanie pod tytułem „Cud ojca Malachiasza". By nawrócić niedowiarków, pobożny ksiądz dokonał cudu: restauracja, w której siedzieli rozbawieni sceptycy, przefrunęła na drugi brzeg jeziora. Na nic jednak: niedowiarkowie pozostali przy swoim.

Albowiem cud jest znakiem. Wyraźniejszym lub mniej dobitnym, ale w dzisiejszych czasach „natura" świata jawi się jako zbyt skomplikowana, by coś określić jako z nią sprzeczne. I dzisiaj oczywiście translokacja budynku na sporą odległość wywołałaby szok u widzów, pewnie również u niektórych jakieś przebudzenie religijne, ale znaleźliby się też ludzie, którzy wątpiliby dalej w istnienie czegoś poza prostą empirią. Znak jest zawsze jakoś subiektywny. Poza tym zawsze można powiedzieć, że zadziałał nie Bóg, tylko diabeł. Dzisiaj trudniej o taką interpretację niż za czasów Jezusa, ale też się zdarza. Zresztą, jak mówią niektórzy, w istnienie Szatana łatwiej dzisiaj uwierzyć niż w istnienie Boga.

Zuchu, Twój mail z adresem nie doszedł. Mój odnośny adres jest: jan.turnau(at)agora.pl

Lektury
Sygnalizowałem już tutaj felieton Janusza Poniewierskiego w kwietniowym „Znaku", teraz ogłaszam, że redakcja krakowskiego miesięcznika wpisała się proroczo w czas bieżący. Na okładce Miedwiediew, w numerze parę tekstów na temat Rosji. Przeczytałem rozmowę z Adamem D. Rotfeldem. Nie przewidział oczywiście tragedii smoleńskiej, ale dostarczył sporo wiadomości i ocen potrzebnych do dzisiejszej refleksji. Zapamiętałem szczegół hydrologiczny: Rosja dzięki jeziorze Bajkał dysponuje piątą częścią światowych zasobów słodkiej wody! Szczegół politologiczny: jest, owszem, wspólna publikacja na temat jeńców rosyjskich w polskiej niewoli, książkę w Moskwie wydrukowano, ale nie rozpowszechniono. Ocena: ogromna rola nowego kursu Cerkwi dla pojednania narodów, bo Kościoły docierają do znacznie większej liczby ludzi niż politycy.

15:13, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
Zapracować na Komunię. Bronię Benedykta XVI

Wpis na 19 kwietnia 2010

Ewangelia Jana 6,27

„Pracujcie nie dla jedzenia, które ginie, lecz dla jedzenia, które pozostaje na życie wieczne, a które da wam Syn Człowieczy. Jego właśnie uwierzytelnił Ojciec, Bóg."

Znów pomysły bandy czworga, oczywiście dyskusyjne; wynik naszych dyskusji, oczywiście nie nieomylny...
Tysiąclatka ma „troszczcie się", Paulistka - „zabiegajcie", tłumaczenie filologiczne ks. Remigiusza Popowskiego i Michała Wojciechowskiego - „wypracowujcie".
Mój komentarz do tej pracy dla Komunii: chodzi, owszem, o produkcję chleba i wina, którą uświęca w ten sposób Syn Człowieczy. Ale praca dla Eucharystii to też praca nad sobą. Żeby w Komunii najmocniej połączyć się ze wspólnotą liturgiczną, z tą grupą ludzi - w Synu Człowieczym.

Lektury.
„Ostateczne rozszerzenie się Ewangelii najbardziej zahamowała wcale nie nienawiść świata, zresztą przewidziana w programie ewangelizacji. Tym, co najbardziej wiarygodność i ciąży Kościołowi, nie jest sprzeciw, jaki napotyka on na zewnątrz. To letniość i miernota jego członków. To ich gorszące świadectwo, ich podziały wewnętrzne, trwożliwe zeświecczenie, zasiedziałość w tym, co materialne, zanurzenie w instytucjonalizmie, ich interesy i ograniczoność. Oczywiście, powinno to być Kościołowi wybaczone, bo jest on ludzki, tak jak każdy z nas..." To cytat z książki Pierre-Marie Delfieux „Mnich w mieście", założyciela Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich (PROMIC Wydawnictwo Księży Marianów, przekład: Mniszka Jerozolimska, Warszawa 2010).

Te słowa skojarzyły mi się z tym, co napisał w swoim stałym felietonie wstępnym Janusz Poniewierski w kwietniowym numerze „Znaku":

”Skandal pedofilii, przez lata tolerowanej w cieniu ołtarza i konfesjonału, zatacza coraz szersze kręgi. I - to dla mnie rzecz zdumiewająca! - nie wzbudza żalu za grzechy ani pragnienia pokuty w Kościele w Polsce (piszę tu wyłącznie o naszym kraju, nie mam bowiem dostatecznej wiedzy, jak to wygląda gdzie indziej). Tak jakby to nie była sprawa tegoż Kościoła ani jego problem. No cóż, o ile wiem, nauka św. Pawła o Kościele powszechnym jako «jednym ciele», w którym grzech i rana jednego wpływa na pozostałych, nie została nigdy odwołana. A gdzie tak chętnie deklarowane w innych okolicznościach «braterstwo w Chrystusie»? O tym, że Kościół w Irlandii czy w Niemczech :nie jest «samotną wyspą», i kryzys wiary, dotykający tamtejszych katolików, prędzej czy później (raczej prędzej) dotrze nad Wisłę, w ogóle tu nie wspominam.”

Poniewierski pisze dalej o reakcjach Benedykta XVI na te - to słowa papieża - „ohydne przestępstwa". Dziś, w piątą rocznicę jego wyboru na papieża, czuję się w obowiązku go pobronić. W „Tygodniku Powszechnym" z 4 kwietnia ks. Adam Boniecki informuje, że głównym oskarżycielem papieża w „New Timesie" jest biskup Weakland, który sam molestował studenta teologii Paula Marcoux i zapłacił z pieniędzy diecezjalnych 450 tysięcy dolarów za jego milczenie. Komu jak komu, ale jemu nie wypadało oskarżać. A w ogóle - patrząc z Polski, na polskim tle kościelnym - papież Benedykt wydaje mi się naprawdę pokorny.

15:08, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
niedziela, 18 kwietnia 2010
Zwierzęta mówią „Amen"

Księga Apokalipsy 5, 11-14

”Ja, Jan, ujrzałem i usłyszałem głos wielu aniołów dokoła tronu i Zwierząt, i Starców, a liczba ich była miriady miriad i tysiące tysięcy, mówiących głosem donośnym: - Baranek zabity jest godzien wziąć potęgę i bogactwo, i mądrość, i moc, i cześć, i chwałę, i błogosławieństwo. A wszelkie stworzenie, które jest w niebie i na ziemi, i pod ziemią, i na morzu, i wszystko, co w nich przebywa, usłyszałem, jak mówiło: - Siedzącemu na tronie i Barankowi błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc na wieki wieków. A czworo Zwierząt mówiło: - Amen. Starcy zaś upadli i oddali pokłon.”

Ekologia, zoologia to mało widoczny wątek Biblii. A jak już jest mowa o jakimś zwierzęciu i to dobra mowa, to zaskakuje: oślica Balaama była mądrzejsza od swego pana proroka (Księga Liczb 22, 21-35), osioł jako symbol pokoju („Encyklopedia biblijna"). W Liście do Rzymian (8, 19-22) mowa jest jednak o zbawieniu całego stworzenia. Co prawda, te dzisiejsze apokaliptyczne stwory to zwierzęta w sensie bardzo szerokim, bo to oczywiście cheruby, czyli chyba już bardziej anioły (por. choćby ich skomplikowany wizerunek w Księdze Apokalipsy 4,6 -11) niż zwierzęta, ale nawet ten fakt teologiczny nie przeszkodzi mi w przytoczeniu pewnego zoologicznego tekstu.

Mój przyjaciel Czarek Gawryś, były redaktor naczelny „Więzi", teolog, publicysta religijny, napisał o zwierzętach księdza Adama Możdżyńskiego w Koniuszy prześlicznie.

”W progu plebanii witają nas hałaśliwie Rudy i Bąbel. Rudy, mały piesek o gładkiej, żółtawej sierści, niezbyt urodziwy, to podrzutek. W grudniu, podczas rekolekcji adwentowych, kiedy zjechało do Koniuszy kilkunastu księży pomagać przy spowiedzi i w kościele było dużo ludzi, ksiądz Adam zauważył siedzącego pod domem psa: był zabiedzony, miał odstające żebra, nad brwiami chodziły mu wszy. Drżał z zimna. Nazajutrz rano, kiedy ksiądz szedł odprawiać mszę roratnią, pies przyłączył się do niego, zaplątał mu się pod sutanną i wszedł do kościoła. Niech się przynajmniej zagrzeje, pomyślał proboszcz, a może znajdzie w kościele swojego właściciela. Pies najwidoczniej jednak nie miał kogo szukać, bo pobiegł prosto do zakrystii. Kościelny oznajmił, że pies już od kilku dni błąka się wokół kościoła, śpi w krzakach, a w ciągu dnia biega pod szkołę, gdzie dzieciaki dają mu czasem coś do jedzenia. Po mszy proboszcz przemówił od ołtarza: - Nie wiem, czyj to pies, ale nie pozwolę, żeby zamarzł na mrozie i biorę go do siebie.

Bąbla z kolei przynieśli mu chłopcy - leżał przy drodze potrącony przez samochód. Miał złamane biodro. Ksiądz Adam zawiózł go samochodem do weterynarza, zapłacił za zastrzyki i lekarstwa, a potem pielęgnował tak długo, aż pies się wylizał. Bąbel jest nieufny, szczeka na mnie bez końca, zachowując dystans, chowa się za stół albo za nogi swojego pana, łypiąc na mnie podejrzliwie. Nie wiem, co o tobie sądzić - mówi jego spojrzenie. Musiał być bity, dlatego teraz boi się ludzi. Bity, porzucony i sponiewierany - tak tłumaczy ksiądz Adam dziwną psychikę swego psa. Podobno psy, które nie są pieszczone w dzieciństwie, później stają się agresywne. Niektórzy hodowcy specjalnie izolują szczeniaka, ograniczają się tylko do tego, i że dają mu jeść, nie rozmawiają z nim, a nawet drażnią go, żeby był zły. Potem dorosły osobnik odbija to sobie na reszcie świata. Podobnie bywa z ludźmi.

Czyż psy nie mają ludzkich uczuć? Jak potrafią patrzeć na swego pana, jak potrafią mu współczuć! Ksiądz Adam miał sukę Maję. Kiedy siadał w fotelu, zmęczony czy zamyślony, zaraz przychodziła do niego, trącała go łbem, a gdy nie reagował, lizała w policzek - wyraźnie chciała go pocieszyć. Maję potrącił na drodze pijany kierowca. Była okrutnie pokiereszowana - ciało zdarte miejscami aż do kości, złamany kręgosłup. Pielęgnował ją przez tydzień, sam robił zastrzyki. Nigdy nie zapomni, jak mu z miłością patrzyła w oczy. Weterynarz powiedział jednak, że nawet jeśli się wyliże, będzie sparaliżowana, i ksiądz Adam zdecydował się ją uśpić. Oddali mu zwłoki, zakopał je w ogrodzie.

Miał też psa podrzutka, którego nazwał Pirat. Pirat lubił się wałęsać. Któregoś dnia powędrował za dziećmi do innej wsi i zaginął. Zdarzyło się to w czerwcu. Pół roku później, w środku zimy, ksiądz Adam chodził w tamtej wsi po kolędzie. W pewnym domu powitano go, jak to jest w zwyczaju, z wielkim szacunkiem, cała rodzina ustawiona na baczność, aż się czuł zażenowany, a tu nagle drzwi otwierają się na oścież, wpada z impetem pies i skacze księdzu na kolana. Matka zagniewana woła: - A nie mówiłam, żebyście zamknęli tego psa! Ksiądz na to: - Spokojnie, przecież to mój Pirat. I opowiedział im, w jakich okolicznościach i kiedy pies mu zaginął. Zgadza się, mówią tamci ludzie, faktycznie przybłąkał się do nas w czerwcu, niech go ksiądz zabierze. Nie zabiorę go - odpowiedział ksiądz Adam - bo pies w końcu zwariuje od tych zmian, przecież zanim trafił do mnie, już był u kogoś. Widzę, że u was ma dobrze, jest czysty i odkarmiony, niech tu zostanie.

Miesiąc później odprawiał w tamtej wsi pogrzeb. Był luty, ale padał deszcz i zrobiło się błoto. Właśnie wyprowadzono nieboszczyka z domu, ludzie ustawili się już do procesji, zaczęły się śpiewy, a tu nagle przez parkan przeskakuje ubłocone psisko i rzuca się ze skowytem prosto na białą komżę księdza. To był Pirat, który z daleka poznał głos swego pana.

Oprócz Rudego i Bąbla, trzecim współtowarzyszem księdza Adama jest Harnaś, wielki, ośmioletni - a więc już wiekowy - owczarek podhalański. W dzień przebywa na zewnątrz domu, w obszernej zadaszonej zagrodzie z metalowej siatki. Co jakiś czas odzywa się swoim ciepłym, zachrypniętym basem. Wieczorem wypuszczany jest na swobodę. Najpierw przybiega tanecznym krokiem do kuchni, gdzie czeka na niego pełna misa dobrego jedzenia. Harnaś skubnie trochę i wybiega z powrotem na dwór. Następuje cały ceremoniał radości. Po chwili wraca, znowu podje i skacze na swojego pana, opiera się łapami o jego barki, liże go po twarzy. Bąbel i Rudy, zazdrosne, patrzą z dołu i szczekają. Wreszcie Rudy, który jest z nich trzech najmniejszy, nie wytrzymuje nerwowo, łapie Harnasia zębami za koniec puszystego, białego ogona i próbuje go odciągnąć od pana. Harnaś na to nie zwraca uwagi - Rudy dla niego to pchła.

Zdarza się, kiedy ksiądz Adam stoi wieczorem na trawniku przed plebanią paląc papierosa, że Harnaś skacze na niego znienacka i całym swoim ciężarem obala na ziemię. Ksiądz leży wtedy przez chwilę nieruchomo, udając nieżywego - aż się Harnaś niepokoi, trąca go mokrym nosem i pomaga mu się podnieść.

Proboszcz z Koniuszy żyje bardzo samotnie i nieraz ta samotność daje mu się we znaki. Brakuje mu czasem kogoś, z kim mógłby po prostu porozmawiać. Rano budzi się skoro świt, wstaje i zapala papierosa. Otwiera drzwi na ganek, a wtedy przybiega do niego umorusany, zmęczony, ale szczęśliwy Harnaś. No, powiedz, Harnaś, coś tam widział tej nocy we wsi? Harnaś na to przekrzywia łeb, nastawia ucho, i tak ze sobą rozmawiają. - Psy mnie tu trzymają - wyznaje ksiądz Adam. - Mógłbym przecież w ciągu tygodnia wyjechać na dzień-dwa, zostawiając parafię pod okiem wikarego, ale z kim zostawić psy? Żeby móc się nimi opiekować, trzeba je kochać. Nie wystarczy, że raz na dzień postawi im się miskę z żarciem. Bąbel nie wyjdzie z domu beze mnie nawet za potrzebą - zawsze muszę mu asystować, tak się boi, że po powrocie zastanie drzwi zamknięte. Kiedy wyjeżdżam na kilka godzin do pobliskiego Krakowa, do teatru albo powłóczyć się po księgarniach, to psy asystują mi w przygotowaniach niczym marszałkowie, a gdy w końcu wychodzę zamykając je w środku, patrzą żałośnie.

Jeśli ktoś nie wyniósł miłości do zwierząt z domu rodzinnego - mówi ksiądz Adam - to nikt go już tego nie zdoła nauczyć.

Każdego roku na początku lata zaczyna się „wysyp" psów. Wakacje to zły czas dla miejskich zwierząt. Wielu ludzi, wyjeżdżając na urlop, bez skrupułów pozbywa się swoich czworonożnych domowników, na ogół wywożąc je na wieś albo do lasu, albo po prostu wyrzucając z samochodu. Takie porzucone psy błąkają się także w okolicach Koniuszy. Ale są też i inni ludzie. W Krakowie, na rondzie Grunwaldzkim, ma stanąć pomnik Dżeka, wiernego psa, który ponad rok czekał w tym miejscu na powrót swego pana. Pana zabrało stąd pogotowie ratunkowe ze śmiertelnym zawałem serca. Im lepiej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta - mówi ksiądz Adam.

W zeszłym roku wyszło rozporządzenie, zabraniające trzymania chartów przez osoby, które nie mają uprawnień myśliwskich. Ponoć chłopi kłusowali. Dwa wyrzucone charty pojawiły się na plebanii pewnego młodego proboszcza, i ten je przygarnął. Po paru dniach zjawia się u niego dwóch policjantów: wiadomo nam, że ksiądz nielegalnie trzyma charty, musimy je niestety zastrzelić. Proboszcz, widząc nadjeżdżający wóz policyjny, zdążył psy schować i odmówił ich wydania, ale poprosił policjantów, żeby mu powiedzieli, kto na niego złożył donos. Okazało się, że sąsiad, zapalony myśliwy. Pewnie z obawy, że charty księdza puszczane wolno wyłapią mu zające. Ksiądz Adam sam w młodości przez krótki czas uprawiał myślistwo. Pewnego razu w trakcie polowania przez lornetkę ujrzał oko w oko płaczącą sarnę. Jakby przeczuwała czającą się śmierć. Od tamtego dnia przestał polować.

Plebania w Koniuszy otoczona jest polami i łąkami. Którejś zimy pod same okna regularnie podchodziło stadko bażantów i ksiądz Adam zaczął im sypać ziarno. Po jakimś czasie były już na tyle oswojone, że nie uciekały przed ludźmi. Kiedyś zjawili się myśliwi z Krakowa i pytają księdza, co to za bażanty. Moje własne - odpowiedział buńczucznie proboszcz z Koniuszy. - A co, nie wolno mi hodować bażantów? Następnym razem myśliwi przyjechali w niedzielę, kiedy akurat odprawiał w kościele mszę świętą - i urządzili rzeź na łące pod plebanią. Wszystkie ptaki, ufne wobec człowieka, wystrzelali, z wyjątkiem jednego, który podfrunął, wybił szybę w oknie kościoła i wpadł do środka, szukając ocalenia.”  


Przedrukowałem tekst z wydanej własnym sumptem autora książeczki pt. „Proboszcz, ludzie i zwierzęta", zilustrowanej przez Andrzeja Płoskiego.

Ekologia nie jest w polskim Kościele rzymskokatolickim tematem dużego zainteresowania. Ostatnio w „Dużym Formacie" bronił zwierząt ksiądz, ale już były. Ważna jest postawa tego, co nie wyzbył się sutanny. Nie on jeden w gronie aktualnych polskich kapłanów zoofili (wiem, że to brzmi dwuznacznie, redakcja wywaliła mi to słowo z felietonu, niemniej blog ma swoje prawa), ale w tej sytuacji każdy duchowny głos się liczy. A jeszcze bardziej liczą się czyny.

13:53, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
sobota, 17 kwietnia 2010
Od jałmużny i od Słowa

Dzieje Apostolskie 6, 1-7

Tamta siódemka powstała z konfliktu: „Gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciw Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy". Ustanowiono zatem urząd posługi charytatywnej, z którego pewnie potem powstał diakonat, specjalny stopień hierarchiczny. Od początku byli to jednak ludzie zajmujący się nie tylko sprawami - by tak rzec brzydko - brzucha: także ducha. Wymieniony wśród siedmiu na pierwszym miejscu Stefan (Szczepan), pierwszy męczennik Kościoła, został zamordowany za poglądy, ale też Filip nie chował ich pod korcem, nawrócił na przykład dworzanina etiopskiego (Dz 8,26-39), nazwany został potem ewangelistą (Dz 21, 8-9).

W Polsce mamy już przynajmniej czterech stałych (żonatych) diakonów: w diecezjach toruńskiej, pelplińskiej, warszawskiej, ełckiej. Diakon warszawski

Bogdan Sadowski ewangelizuje między innymi przez pisanie komentarzy homilijnych w ”Przeglądzie Powszechnym”.

09:25, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
piątek, 16 kwietnia 2010
Przez śmierć

Ewangelia Jana 6,15

„Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów w górę". Moi bibliści przetłumaczyli „uszedł" zamiast „usunął": uszedł śmierci. Królowałby krótko: Rzymianie pozbyliby Go się przecież, a Sanhedryn nie obronił. Byłoby tak samo, jak wtedy, gdy rozwścieczył nazaretan i chcieli strącić w przepaść (Łk 4,29). Los Jego był przesądzony. Zbawienie musiało przyjść przez śmierć.

W myślach napisałem taki tekst:

Do prezydenta Federacji Rosyjskiej,

pana Dmitrija Miedwiediewa

Szanowny Panie Prezydencie,

dowiedziałem się z Katolickiej Agencji Informacyjnej, że w roku 1988, jako dwudziestotrzyletni człowiek, przyjął Pan chrzest, podzielę się z Panem zatem taką teologiczną refleksją.

Chrystus swoją śmiercią i zmartwychwstaniem nauczył nas, chrześcijan, że postęp moralny wymaga ofiary: czy można powiedzieć, że wszystkie ofiary rosyjskie i polskie w naszej wspólnej historii były potrzebne, żebyśmy się wreszcie pojednali? Żeby Pan, prezydent Rosji, przyjechał na pogrzeb prezydenta Polski? Pańską obecność w Krakowie odczytam w taki mistyczny sposób. Bóg zapłać!

23:47, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
czwartek, 15 kwietnia 2010
Bóg, sumienie, banda czworga

Dzieje Apostolskie 5,29

„Boga należy bardziej słuchać niż ludzi."

Mam nieodpartą skłonność, by upodobniać do siebie różne poglądy, zacierać różnice, więc w tym duchu interpretuję także te słowa „Piotra i Apostołów". Zauważyłem tutaj dopiero teraz wyodrębnienie Piotra z grona Dwunastu: formuła „papież i biskupi" przestała mnie razić, choć papież to też biskup - ale napiszę tu po swojemu nie o Kościele, tylko o Bogu.

Kogo należy bardziej słuchać? Ktoś zacietrzewiony powie może, że trzeba słuchać raczej ludzi niż Boga, bo Bóg to Kościół, a Kościół to ta władza, co żyć sensownie przeszkadza.

Nie: Bóg to Dobro, czyli trzeba Go słuchać bardziej niż ludzi niekoniecznie dobrych: tu w Biblii - władzy aż nadto ludzkiej.

Tyle tylko, że ludzie na ogół nie mówią szeptem, a Bóg wręcz milczy. Mówi przez swoich przedstawicieli kościelnych, ale dla ludzi pozakościelnych to jeśli nie „mowa-trawa", to w każdym razie żaden moralny radar. Niemniej w doktrynie katolickiej powiedziano wyraźnie, że mamy słuchać przede wszystkim własnego sumienia. Powinniśmy troszczyć się o jego dobre uformowanie, ale ono ma głos decydujący. A głos sumienia jest głosem Boga.

Tyle tylko, że ten element doktryny nie jest raczej na eklezjalnych sztandarach ani za kratkami konfesjonałów.

I tyle tylko, że innego człowieka dość trudno zagłuszyć bez łamania prawa, a sumienie łatwo. Łamiąc tylko moralność.

PS. A cytat biblijny dzisiejszy był w tłumaczeniu bandy czworga. Co zaznaczam, żeby pochwalić się książką „Cztery Ewangelie i Dzieje Apostolskie", którą nam wydał miłościwie nasz nieustanny dobroczyńca dr Henryk Ryszard Tomaszewski. Sygnalizowałem już tu chyba swego czasu wydanie czterech Ewangelii, dodaliśmy Dzieje wydane przedtem w Bibliotece „Więzi" w tomie pod tytułem „Paweł Apostoł, dzieło i myśl" - i wyszła książka chyba pożyteczna.

20:38, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
środa, 14 kwietnia 2010
Zazdrość - parowóz dziejów

Dzieje Apostolskie 5,17-18

„Arcykapłan i wszyscy jego zwolennicy, należący do stronnictwa saduceuszów, pełni zazdrości zatrzymali Apostołów i wtrącili ich do publicznego więzienia."

Jakże by mogli nie zazdrościć: uczniowie tego przybłędy z Galilei, co uważał się za Mesjasza, wręcz Syna Bożego, po jego śmierci odnoszą olbrzymie sukcesy. Uzdrawiają chorych, wypędzają demony, nowa religia zyskuje błyskawicznie wyznawców.

Sparafrazuję Broniewskiego:

„Zazdrość parowóz dziejów,
biada jej maszynistom."

Kto jednak nigdy nie był o niczyje sukcesy zazdrosny, niech w tamtych saduceuszy rzuci kamieniem.

15:14, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
wtorek, 13 kwietnia 2010
Dlaczego komunizm nie może się udać?

Dzieje Apostolskie 4, 32

”A u tych wszystkich wierzących było jedno serce i jedna dusza i nikt z nich nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne.”

Przekład tak zwanej Biblii Warszawskiej, ewangelickiego odpowiednika Tysiąclatki.

Przez kilkanaście wieków taki ustrój wydawał się wielu ludziom idealny. Pewien współczesny komunista, który do końca życia wierzył w to, co ideałem nie było (zresztą człowiek wielkiej uczciwości), powiedział mi kiedyś nawet, że ten jego ustrój był dobry, tylko ludzie źli. Zezłościła mnie początkowo taka opinia, ale teraz myślę, że przecież jest ona poniekąd pewnikiem teologicznym. Gdyby nie grzech pierworodny...

Ale w kapitalizmie niektórzy ludzie są o wiele lepsi: o ileż uprzejmiejsi bywają przecież sprzedawcy w sklepach...

17:18, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Niedola Nikodemów

Ewangelia Jana 3,1-2a

„Był wśród faryzeuszów pewien człowiek imieniem Nikodem, dostojnik żydowski. Ten przyszedł do Jezusa nocą."

Postać symboliczna. Bohater powieści Jana Dobraczyńskiego „Listy Nikodema" uosabia dialog z Jezusem na temat Jego nauczania, którego nie odrzuca, ale przyjmuje z trudem. Nie przychodzi mu to łatwo, niemniej broni Go. „Czy nasze Prawo osądza człowieka, jeśli go wpierw nie wysłucha i nie rozpozna jego uczynków" - pyta swoich kolegów faryzeuszy (7,51). W końcu wraz z Józefem z Arymatei przygotowuje hojnie ciało Jezusa do pogrzebu (19,39)

Otóż wraz z tamtym Józefem (19,38) Nikodem symbolizuje również lękliwe ukrywanie swoich poglądów. Oportunizm? Bywają gorsze: są przecież - według dowcipu z minionej epoki - tacy, co to mają, owszem, własne poglądy, ale się z nimi nie zgadzają. Milczeć to nie to samo, co mówić wbrew sobie, zresztą właśnie Nikodem przynajmniej raz przerwał swoje milczenie.

Kiedy wejdziesz między wrony... Ciężko samemu być innym: wystarczy nawet ktoś drugi będący odmieńcem, by się odważyć. Może Józef był przy Nikodemie wtedy, gdy został poddany próbie.

Zresztą może działać nie tylko strach: niektórzy ludzie są z jednej bryły, nie dzielą włosa na czworo, w ogóle się nim nie zajmują, hamletyzowanie im nie grozi, wiedzą swoje i cześć! Taki był papież Jan XXIII, zrobił w Kościele rewolucję, na którą nie zdobyłby się pewnie w jego sytuacji dużo bardziej uczony niż on arcybiskup Montini, późniejszy Paweł VI, klasyczny intelektualista, który bez przerwy ważył racje. To też może nie przypadek, że przez płot stoczni przeskoczył robotnik Wałęsa a nie któryś z inteligentów, choć to głównie oni tworzyli ruch opozycyjny. Czasem nie jest dobrze za dużo wiedzieć.

12:15, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 kwietnia 2010
Wiara, dar życiorysu

Ewangelia Jana 20,29

„Szczęśliwi, którzy nie widzieli, a uwierzyli".

Tak się kończy opowieść o rzekomo niewiernym Tomaszu-Bliźniaku (historia dodaje niektórym słowom sens polityczny). Rzekomo - bo sceptycyzm metodyczny czy też raczej empiryzm teologiczny to nie zaraz niewierność ani nawet twarda niewiara. Jezus powiedział mu, owszem, żeby nie był niedowiarkiem (dosłownie: „tym, który nie wierzy"), ale ów Tomaszowy stan umysłu nie trwał przecież w nieskończoność: uwierzył.

Ale w tym cytacie z dzisiejszego przydziału ewangelijnego mamy już inny problem: tych wszystkich, którym nie było dane zobaczyć, a jednak uwierzyli. Tych milionów, miliardów chrześcijan....

Banda czworga wybrała tłumaczenie dosłowne, bardziej przyjęta jest wersja „błogosławieni", choć ten imiesłów (albo już przymiotnik) ma w grece dwa własne odpowiedniki (eulogetoi lub eulogemenoi). Mniejsza o to, można powiedzieć, że ci, co uwierzyli, są szczęśliwi, ale również błogosławieni, czyli godni uznania. Ale jak uwierzyć? Mój niegdysiejszy mistrz wrocławski, profesor Franciszek Longschamps de Berier, czlowiek głęboko wierzący, ale również dowcipniś uroczy, mówił, że wiara jest cnotą i właśnie dlatego łatwo ją stracić...

Łatwo stracić w młodości, a potem trudno odzyskać. Wiara jest łaską - czyli darem, jedni go dostają, inni nie. Wcale nie albo też dostają go z powrotem, gdy po latach „bezkościelności" wrócą do wiary już nie dziecinnej.

Jest to między innymi dar życiorysu. Miałem całkiem inny niż moja siostra. Spotkało ją nieszczęście szkolnej nauki w zakładzie zakonnym, zresztą dydaktycznie dobrym, ale z absurdalną dyscypliną, pruderią i wiarą obowiązkową. Potem miała środowisko naukowe raczej niereligijne - wróciła do Kościoła dopiero przed śmiercią. Mnie ominęły kościelne układy, aż trafiłem do środowiska inteligencji katolickiej, najpierw krótko w „PAX-ie", potem 31 lat w „Więzi" i KIK-u, gdzie miałem starszych kolegów mądrze wierzących. Bogu dzięki.

Komentarz do tego, co się stało: niezbadane są wyroki Boże. Reszta jest milczeniem.

13:46, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
sobota, 10 kwietnia 2010
Maria mocno opętana

Ewangelia Marka 16,9

„Po swym zmartwychwstaniu, wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia, Jezus ukazał się najpierw Marii Magdalenie, z której wyrzucił siedem złych duchów."

Znów ciekawa liczba, tylko że ta na pewno symboliczna: któż policzył tamte diabelstwa? A Maria z Magdali musiała być chyba postacią niezwykłą: najpierw opętana demonicznie, potem równie silnie religijno-etycznie, czyli miłością do Mistrza. Istotę tej miłości analizowałem trochę we wpisie wtorkowym - jako Eros z Agape ożeniony, czyli zakochanie bez finału łóżkowego. Bibliści fantaści robią z niej albo prostytutkę (śladem papieża Grzegorza, Wielkiego nie w egzegezie), albo też jeszcze potem małżonkę Jezusa. Co do mnie, myślę, że może nawet miał On, zgodnie z powieścią Kazantzakisa, ochotę na normalne życie, może właśnie jako jej mąż (tyle że taka naduczuciowa żona to życie mało normalne...) - ale wybrał najświętszą niedolę Zbawiciela.

09:34, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 09 kwietnia 2010
Sto pięćdziesiąt trzy?

Ewangelia Jana 21,11

„Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu piędziesięciu trzech".

Jest mały problem: „poszedł" (na polecenie Jezusa) czy „wszedł" (do łodzi). Tę drugą wersję przyjęła banda czworga, tak czy inaczej jednak większy problem jest z owymi rybami. „Wielkimi"? To akurat wiadomo: w Morzu (Jeziorze) Galilejskim rekiny nie pływały, tu chodzi o ryby większe niż drobiazg, który się nie liczył. Ale owa liczba większych? Tajemnicza. Interpretowana symbolicznie, alegorycznie albo raczej arytmetycznie: że to niby wszystkie gatunki żyjące w tamtym „morzu" (tu zagadka: większe ono niż nasze Śniardwy, czy nie?). Odpowiedzi pewnej jak nie było, tak nie ma: co i nie dziwne, gdy wspomnimy na Mickiewiczowskie „czterdzieści cztery". Co prawda, nie śledzę publikacji polonistycznych, może już zwyciężyła hipoteza profesora Pigonia, że to po prostu dużo. A to mi pasuje, bo przecież są też dziś różne liczby oznaczające w mowie potocznej mnogość: „mówiłem ci sto razy..."

20:23, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 kwietnia 2010
Żydzi nie wiedzieli, co czynią

Dzieje Apostolskie 3,17

„A teraz, bracia, wiem, że to z niewiedzy uczyniliście, podobnie jak przywódcy wasi".

Przekład bandy czworga. Bardzo ważne słowa, wciąż zaskakujące, mimo że mają odpowiednik w Ewangelii Łukasza, w słowach Jezusa na Krzyżu: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią" (23, 34). Niestety to usprawiedliwienie Żydów, także ich ówczesnej władzy, przez długie wieki było ignorowane: zarzut bogobójstwa rodził potworne prześladowania (zarzut absurdalny zresztą: jak można zabić Boga?).

Pewnie jednak prześladowania wynikały także z tego, że przesłanie Pisma Świętego nie jest tu jednolite. Widać podział: dwie ewangelie, Mateusza i Jana, są surowsze wobec Żydów; u Mateusza jest nawet „logion" wkładający jakby w usta tłumu stwierdzenie jego odpowiedzialności za śmierć Jezusa: „Krew jego na nas i na syny nasze" (napisałem, „jakby", bo spotkałem też gdzieś egzegezę, że nie mamy tu po prostu samooskarżenia). U Mateusza jest też opowieść o perfidii arcykapłanów, którzy przepłacili strażników grobu, by twierdzili, że ciało Jezusa wykradli uczniowie (28, 11-15). W tych dwóch ewangeliach widać próby usprawiedliwiania Piłata kosztem Sanhedrynu. Inaczej jest u Marka i Łukasza. Pasuje mi to do tych słów Piotra, przedstawionych w dziele Łukasza. Piotr to główne źródło ewangelii Marka, a Łukasz to z kolei uczeń Pawła, który też nie daje podstaw do mieszania Żydów z błotem.

Aczkolwiek stosunek Apostoła do jego byłych współwyznawców jest przedmiotem dyskusji. Stwierdza on, że wybranie Izraela nie zostało cofnięte, czy nie? W wielce pożytecznym miesięczniku „Biblia krok po kroku" (nr 8, marzec 2010) mamy podstawowe dzieło Pawła „List do Rzymian" oraz artykuł ks. Waldemara Rakocego na temat Pawłowej koncepcji Bożego wybrania. Profesor KUL-u powiada tak: „Nie należy więc stawiać na równi wyboru społeczności Izraela z wyborem wiernej reszty. Dla jasności: pierwsze można nazwać wybraniem, drugie wybraństwem. Choć Paweł nigdzie nie przeczy, że Izrael jest miejscem szczególnego działania Boga, to jednak nie utożsamia tego z Bożym wybraństwem. Inaczej mówiąc, wybór Izraela nie skutkuje automatycznie wybraństwem, wejściem na drogę zbawienia, o tym decyduje odpowiedź człowieka. To dlatego w lepszej sytuacji jest poganin, który przyjmuje Chrystusa, niż Żyd, który Go odrzuca".

Muszę to przemyśleć, przegadać z innymi „uczonymi w Piśmie".

16:14, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
środa, 07 kwietnia 2010
Duch oślepia, kiedy chce

Ewangelia Łukasza 24, 13-35

”W pierwszy dzień tygodnia dwaj uczniowie Jezusa byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni ze sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali ze sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: - Cóż to za rozmowy prowadzicie ze sobą w drodze? Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: - Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało. Zapytał ich: - Cóż takiego? Odpowiedzieli Mu: - To, co się stało z Jezusem z Nazaretu, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że właśnie On miał wyzwolić Izraela. Teraz zaś po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Co więcej, niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli. Na to On rzekł do nich: - O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?. I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: - Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: - Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał? W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: - Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak Go poznali przy łamaniu chleba. ”

Opowieść ta przypomina mi moją swoistą wadę wzroku (umysłu?), polegającą na tym, że z trudem rozpoznaję ludzi. A że jeszcze na domiar złego sam mam wygląd dość charakterystyczny, więc o gafy bardzo łatwo. Szczególna przydarzyła mi się w zeszłym roku. Było to na jubileuszu ks. Bonieckiego, narodu więcej niż miejsc do siedzenia, stałem. Podszedł do mnie miły pan skądś mi znany, odstąpił mi najuprzejmiej swoje krzesło. Gdy potem siedziałem gdzie indziej z przyjaciółmi, dosiadł się bardzo nieśmiało - i nagle domyśliłem się wreszcie, że to jest pan profesor Karol Tarnowski, filozof wybitny, którego znam od wieków, a zachowałem się, jak bym go nie znał, nie podziękowałem dość serdecznie. Potem widzę go rozmawiającego ze wspólnymi znajomymi; chcę nadrobić tamten chłód - ale z rozmowy wnioskuję, że to inny filozof, pan Alfred Gawroński! Jezus Maria!

Oczywiście casus Magdaleny i Kleofasa to co innego niż mój, może jednak nie absolutnie „insza inszość". Przecież ja czasem rozpoznaję ludzi, których nie widziałem wiele lat, a kiedy indziej nie umiem zidentyfikować kogoś oglądanego niedawno. Duch oślepia, kiedy chce...

Co zaś do dzisiejszej opowieści ewangelijnej, znamienne jest, że rozpoznanie nastąpiło przy posiłku. Jeśli nawet nie była to Eucharystia (bibliści są różnego zdania), to w każdym razie czas szczególnej bliskości, która potrafi otworzyć oczy.

Wszystkim, którzy złożyli mi życzenia świąteczne, dziękuję z wzajemnością: wszystkiego najlepszego na czas powielkanocny, oby radośniejszy dzięki przeżyciu Paschy!

18:48, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
wtorek, 06 kwietnia 2010
Magdalena, Wanda, Pascalina, czyli Eros ożeniony z Agape

Ewangelia Jana 20,11-18

”Magdalena stała przed grobem płacząc. A kiedy tak płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli siedzących, jednego przy głowie, a drugiego przy nogach, w miejscu, gdzie leżało ciało Jezusa. I rzekli do niej: - Niewiasto, czemu płaczesz? Odpowiedziała im: - Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest, ogrodnik, powiedziała do Niego: - Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: - Rabbuni, to znaczy Nauczycielu. Rzekł do niej Jezus: - Nie zatrzymuj mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: - «Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego». Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: - Widziałam Pana i to mi powiedział".

Niektóre słowa ewangelii stały się przysłowiami, niektóre sceny ewangelii stworzyły historię sztuki. Do tych drugich należy dzisiejsza perykopa ewangelijna. Co do mnie, tego rodzaju inspiracja biblijna widzi mi się w dawnej praktyce dyskusyjna. Jest taki pomysł na rysunek komiczny: jak sobie mały Jaś to i owo wyobraża. Otóż wyobrażenia dawnych arcymistrzów malarstwa na tematy biblijne robią na mnie podobne wrażenie - jakiejś infantylnej ahistoryczności. A już te obrazy Magdaleny obok Jezusa w dezabilu...

Są jednak - rozumiem - rzeczy nie do uniknięcia. Nie tylko w malarstwie, także w literaturze mniej lub bardziej pięknej. Trudno się zatem dziwić, że relacja tej Marii do Jezusa stała się tematem tysiąca plotek. Relacja oczywiście erotyczna. Instrukcję Biernata z Lublina „W każdej sprawie końca patrzaj" przyjmuje się od wieków zamieniając słowo „koniec" na seks. Jakoś ludziom trudno uwierzyć, że może istnieć relacja między mężczyzną a kobietą bez finału łóżkowego - a jednak swoiście erotyczna. Można by powiedzieć, że eros bywa po prostu jednostronny, że jest to na przykład uwielbienie uczennicy wobec mistrza. Tyle że mistrz też bywa w takiej relacji swoiście zakochany, to znaczy potrzebujący kobiecego ciepła tej właśnie, a nie innej kobiety.

Jak było z Jezusem i Marią Magdali, nie wiemy. Mogło być właśnie takie Jego zapotrzebowanie i takie uczennicze zakochanie jednej z towarzyszących Mu kobiet (a że było ich więcej, czytamy u Łukasza 8,2-3, tam też o wspomaganiu ewangelijnej ekipy kobiecym majątkiem). A może było inaczej: może Jezusowi wystarczała w zupełności intymna relacja z Ojcem.

Ewangelie mówią o Nim sporo, ale zgoła nie wszystko: to nie są cztery życiorysy, tylko cztery przesłania religijne. A jeśli mówią, to nieraz nie najjaśniej. Na przykład nie wiemy, co znaczą Jego słynne słowa przetłumaczone na łacinę jako Noli me tangere. Zapewne nie znaczą po prostu „nie dotykaj", tylko raczej „nie zatrzymuj", ale i ta wersja nie jest jasna w połączeniu ze „wstępowaniem do Ojca". Są różne wyjaśnienia, ale ja wrócę do kwestii erotycznej stwierdzając, że jedno wydaje mi się pewne: nie bał się jej dotknięcia, żadną miarą nie lękał się wszystkiego, co ma związek z ciałem, nie miał manichejskiej neurozy, męczącej chrześcijaństwo przez długie wieki. Był jednak jakoś ponad te sprawy.

Pojawiła się niedawno na wokandzie kościelnej i medialnej postać kobieca kojarząca się z moim dzisiejszym tematem: pani Wanda Półtawska. Jakie były jej relacje z Karolem Wojtyłą-Janem Pawłem II? Nie jestem kwalifikowanym znawcą tematu, niemniej blog to nie periodyk naukowy, można w nim ryzykować własne domysły. Otóż myślę, że ona była jakoś zakochana, potrzebowała go bez przerwy, chciała wciąż mieć z nim kontakt, a on? Myślę dalej, że była mu znacznie mniej potrzebna niż vice versa, niemniej i on cieszył się jej kobiecym ciepłem. Przede wszystkim jednak jako człowiek minimalnie egocentryczny czuł się za nią odpowiedzialny. Miał kompleks człowieka, który uniknął obozu, więc chciał to „nadrobić" opieką nad kimś zmaltretowanym w Ravensbrück. Ale ona, osoba bardzo władcza, zapewne żenowała go swoją siłą przebicia.

Kolej teraz na trzecią kobietę obok mężczyzny. Katolickie krakowskie wydawnictwo M wydało książkę niemieckiej autorki Marthy Schad pod polskim tytułem „Szara eminencja Watykanu. siostra Pascalina i papież Pius XII". Postać obrosła legendą, może nie czarną, ale szarą właśnie, w równie sensacyjnej, jak poważnej publikacji okazuje się człowiekiem raczej sympatycznym. Sympatycznieje też Pius XII: znika Jego hieratyczność, wynikła zresztą może nie tyle z jego osobowości, ile z deifikującego papieża systemu, którego sam był więźniem.

Eugenio Pacelli zaprzyjaźnił się bardzo serdecznie z młodą zakonnicą Józefiną Lehnert, nauczycielką robót ręcznych, którą jej władze zakonu Sióstr Szkolnych od Krzyża Świętego przysłały do nuncjatury w Monachium. Maskulinistyczne środowisko duchowieństwa katolickiego stwarza olbrzymią potrzebę kobiecego ciepła, którą miał też przyszły pomnikowy papież. Nie musi być to wcale potrzeba po prostu seksualna - ci, co wszędzie podejrzewają alkowę, mylą się mocno. Czystość moralna w takiej relacji jest możliwa, a jeśli nie jest, to bynajmniej nie w aspekcie łóżkowym.

Niebezpieczeństwo zagraża od zupełnie innej strony: jest to problem władzy. Przyboczny dostojnika niezależnie od płci (może być na przykład kapelanem) łatwo staje się szarą eminencją, a to instytucja moralnie wątpliwa. Eminencja tej barwy czy raczej bezbarwna ma maksimum gestii a minimum odpowiedzialności: nic dziwnego, że nie wzbudza entuzjazmu innych dworzan, którym ta gestia ze względów formalnych bardziej się należy. Przez 40 lat „przyboczności" przy przyszłym Piusa XII Pascalina nie zyskiwała sobie samych przyjaciół. Z książki niemieckiej biografii wynika, że źle znosił jej szarogęsienie się przyszły papież Paweł VI, czyli najpierw wysoki urzędnik Kurii Rzymskiej prałat Giovanni Montini. Istnieje podejrzenie, że odesłanie go z Rzymu do Mediolanu bez kapelusza kardynalskiego było dziełem Pascaliny. Dobroduszny Jan XXIII raczej ją lubił, choć według innych źródeł nastawszy w Watykanie po Piusie XII natychmiast jej się pozbył. W każdym razie docenił ją Jan Paweł II, odnosząc się bardzo życzliwie do jej dziennika, pozwalając chętnie na jego publikację. Ciepło wyraził się o niej także Benedykt XVI.

Różne cienie na obrazie swej bohaterki autorka odnotowuje, bardzo rzadko wpada w ton apologetyczny, ale żywi dla niej wyraźną sympatię. Nie należy mieć o to pretensji, można jednak żałować, że w książce jest bardzo dużo szczegółów mało ważnych, niewiele natomiast wiadomości o tym, co dużo ciekawsze. Czytelnik chciałby wiedzieć więcej, jak Pascalina wpływała na kurs kościelny swego papieża, a wpływała bardzo: wystarczy powiedzieć za biografką, że decydowała o tym, kogo Pius XII przyjmie na rozmowę. Tak było w każdym razie wtedy, gdy walczyła z jego przemęczeniem pracą, ale trudno założyć, że nie było w tym troski o co innego niż tylko zdrowie Ojca Świętego.

Z książki wynika bezpośrednia sympatia Piusa XII do Niemiec. Najbliższe otoczenie, nie tylko Pascalina, składało się wyłącznie z Niemców, rozmawiało się z zasady po niemiecku. O ile zatem zarzut sympatii do hitleryzmu trudno uznać za krzywdzący, o tyle książka potwierdziła mi przypuszczenie różnych badaczy, że temu papieżowi bliżsi byli Niemcy niż Polacy. A Żydzi? Martha Schad broni mocno milczącego papieża, akcentuje jego lęk przed powtórzeniem się doświadczenia biskupów holenderskich, którzy swoją publiczną krytykę Hitlera spowodowali jego wściekłą reakcję. Wtedy - zaznacza Pascalina - zginęła Edyta Stein. Owszem, ale - rzecz także dla biografki dziwna - z ust szarej eminencji nie padło ani jedno słowo współczucia dla tamtej kobiety, Pius XI nigdy nie odpowiedział na jej list, alarmujący go już w r. 1933, Pius XII nie udzieli jej - mimo deklarowanej sympatii - żadnej pomocy. W żydowskiej sprawie jego życiorysu jest także w tej książce znak zapytania.

Prawie nic nie dowiadujemy się z książki o stosunku Pascaliny do reform kościelnych. Tyle tylko, że bardzo jej się nie podobała modernizacja stroju zakonnic. Czyżby to osoba nie mająca bynajmniej mentalności kucharki nie myślała nic o żadnej innej kościelnej kontrowersji?

Niedosyt czytelniczy zostaje, niemniej pokarmu informacyjnego sporo. No i cenię sobie mój wniosek z książki, że może istnieć między kobietą a duchownym związek, co prawda, nie zwyczajnie przyjacielski, ale też nie po prostu erotyczny. Ot, Eros z Agape pożeniony. Ale też utwierdziłem się w poglądzie, że kościelny awans kobiety jest konieczny, by nie rządziły z tylnego siedzenia. To casus Pascaliny, trochę i pani Półtawskiej (stał jej na przeszkodzie ksiądz Dziwisz). Czy też Marii z Magdali? Myślę, że w każdym razie Jezus umiał się od niej opędzić.

15:18, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2
Archiwum