Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
czwartek, 30 kwietnia 2009
Nie byk, baranek
Dzieje Apostolskie 8,26-40

”Anioł Pański powiedział do Filipa: - Wstań i idź około południa na drogę, która prowadzi z Jerozolimy do Gazy: jest ona pusta. A on poszedł. Właśnie wtedy przybył do Jerozolimy oddać pokłon Bogu Etiop, dworzanin i urzędnik królowej etiopskiej, Kandaki, zarządzający całym jej skarbcem, i wracał czytając w swoim wozie proroka Izajasza. Duch powiedział do Filipa: - Podejdź i przyłącz się do tego wozu! Gdy Filip podbiegł, usłyszał, że tamten czyta proroka Izajasza, i zapytał: - Czy rozumiesz, co czytasz? A tamten odpowiedział: „Jakżeż mogę rozumieć, jeśli mi nikt nie wyjaśni?". I zaprosił Filipa, aby wsiadł i spoczął przy nim. A czytał ten urywek Pisma: «Prowadzą Go jak owcę na rzeź, i jak baranek, który milczy, gdy go strzygą, tak On nie otwiera ust swoich. W Jego uniżeniu odmówiono Mu słuszności. Któż zdoła opisać ród Jego? Bo Jego życie zabiorą z ziemi». Dworzanin zapytał Filipa: - Proszę cię, o kim to prorok mówi, o sobie czy o kimś innym?. A Filip wychodząc z tego tekstu Pisma opowiedział mu Dobrą Nowinę o Jezusie. W czasie podróży przybyli nad jakąś wodę. Dworzanin powiedział: - Oto woda; cóż przeszkadza, abym został ochrzczony? Odpowiedział Filip: - Można, jeśli wierzysz z całego serca. Odparł mu: - Wierzę, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. I kazał zatrzymać wóz, i obaj, Filip i dworzanin, zeszli do wody. I ochrzcił go. A kiedy wyszli z wody, Duch Pański porwał Filipa i dworzanin już nigdy go nie widział. Jechał zaś z radością swoją drogą. A Filip znalazł się w Azocie i głosił Ewangelię od miasta do miasta, aż dotarł do Cezarei.”


Szczegóły historyczno-obyczajowe: owa Kandaki czy też Kandake powinna być pisana właściwie małą literą, bo to nie było imię własne, ale tytuł monarchini (jak faraon był tytułem monarchy). Z kolei ów dworzanin nazywany jest w innych przekładach konkretniej: eunuch lub Wujkowy rzezaniec; po prostu urzędnicy dworscy często byli kastratami i tak byli ogólnie nazywani, ale nie była to reguła.
Droga z Jerozolimy do Gazy: skojarzenia aktualne, szczególnie z pielgrzymką majową Benedykta XVI.
No i ów obraz z Księgi Izajasza 53,7 (przekład Septoaginty): cierpiący Sługa Jahwe. Nic dziwnego, że owego Etiopa zaciekawiły tam te słowa, dziwnie antycypujące Ewangelię. Bo też i ona sama brzmiała zagadkowo: bogowie tamtocześni byli raczej bykami pełnymi mocy i żywotności, nie bezsilnymi barankami. I dzisiaj to niepojęty symbol Boga przecież wszechmocnego. „Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan Niebiosów obnażony..."
12:11, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 kwietnia 2009
Jarzmo i brzemię
„Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie".

Czy jarzmo Jezusa jest słodkie, a Jego brzemię lekkie? Czy etyka Ewangelii jest słodziutka i leciutka? Kwestia jest po prostu relatywna: bohaterowie nie zwykli narzekać.
21:57, jan.turnau
Link Komentarze (43) »
Skała schronienia. Styl Jezusa

Wpis na wtorek 28 kwietnia

Psalm 31,3-4.6-8.17.21

”Bądź dla mnie skałą schronienia,
warownią, która ocala.
Ty bowiem jesteś moją skałą i twierdzą,
kieruj mną i prowadź przez wzgląd na swe imię.
W ręce Twoje powierzam ducha mego:  
Ty mnie odkupisz, Panie, wierny Boże.
Ja zaś pokładam ufność w Panu.  
Weselę się i cieszę Twoim miłosierdziem.
Niech Twoje oblicze zajaśnieje nad Twym sługą:
wybaw mnie w swym miłosierdziu.
Osłaniasz ich Twą obecnością  
od spisku mężów.”


Do tych wersetów wybranych na dzisiaj z psalmu bibliści-liturgiści watykańscy dodali refren będący też wołaniem Jezusa na krzyżu, które mamy u Łukasza: „W twe ręce, Panie, składam Ducha mego". Tak samo umierał bohater dzisiejszego fragmentu Dziejów Apostolskich (7.51-89;8,1) diakon Szczepan (po prostu Stefan w wersji niegdyś spolonizowanej). Tak samo powinniśmy wołać zawsze, gdy zdołuje nas los.

Lektury: zacząłem czytać „Spotkania akademickie" arcybiskupa Życińskiego (wyd. Petrus). Zaraz na początku passus ciekawy chrystologicznie.
„W bogactwie treści czytań jest jedno zdanie, do którego chciałbym nawiązać, zaczynając nasze rekolekcje: «Kiedy zaś bracia Jego udali się na święto, wówczas poszedł i On, jednakże nie jawnie, lecz skrycie» (J 7, 10). Te szokujące słowa wyraźnie ukazują Bożą obecność w naszym życiu. Chrystus Pan, dyskretnie, w ukryciu, idący na uroczystość do Świętego Miasta, szokuje naszą logikę. Żydzi czekali na Mesjasza, ale wyobrażali sobie, że to będzie spektakularny Mesjasz, który przyjdzie wśród chmur, na obłokach objawi swoją potęgę, przywróci wspaniałość Izraelowi, przywróci wolność i idealne struktury polityczne. A tymczasem On, przychodząc, przez cały czas był inny niż oczekiwano. Nie przyszedł wśród chmur, tylko w sercu stepu, w stajni, na odludziu, wśród pasterzy. Potem nie objawiał się w splendorze Świętego Miasta, tylko mieszkał na prowincji, w zaciszu Nazaretu. Kiedy zaczął czynić znaki, w Jego cudach nie było nadzwyczajnego olśniewania tłumów, które natychmiast zaśpiewałyby Mu: «hosanna!». Można sobie wyobrazić inny styl Jezusa, kiedy na weselu w Kanie uczyniłby cud - tak «po amerykańsku» - mówiąc: «Ladies and gentlemen, proszę spojrzeć, teraz jest to zwyczajna woda, ale za chwilę spróbujecie i zobaczycie, jaki będzie miała smak. Proszę wyprowadzić wnioski teologiczne co do mojej roli w historii świata». Jezus działał zupełnie inaczej. Chyba nawet Jego Matka nie wiedziała, co mogą znaczyć słowa: «Jeszcze nie nadeszła godzina moja», tylko ufając sercem, powiedziała: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie» (J 2, 5). I tę wodę nosili tak, że nawet gospodarz wesela nie zauważył, skąd się wzięło wino. Nieefektowny, niespektakularny Chrystus, dyskretnie obecny, przemieniający historię świata. I tak było często. Gdy jedli chleb cudownie rozmnożony, to też nie wiadomo było, skąd się on wziął. Gdy przywracał wzrok niewidzącemu, nieestetycznie pluł na ziemię, nakładał błoto na powieki, poprawiał. I potem, kiedy dźwigał krzyż, nie było w Nim nic z greckich bohaterów, którzy imponowali stylowym cierpieniem. Był przeciętnym skazańcem, takim jak dziesiątki innych. Wydawało się, że nie dojdzie, więc przymuszono Szymona Cyrenejczyka, aby niósł krzyż Jego. Dyskretny Chrystus, nierozpoznany, nieolśniewający, ale obecny w historii świata, w historii każdego z nas.”

12:05, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Los polityka. ”Gęba” Kościoła
Pslam 119, 23-24.26-27.29-30

„Chociaż się schodzą książęta, by przeciw mnie spiskować,

Twój sługa rozmyśla o Twoich ustawach.

Mój los Ci ukazałem, a Ty mnie wysłuchałeś -

naucz mnie swoich ustaw!

Pozwól mi pojąć drogę twoich nakazów,

a będę rozważał Twoje cuda

oddal ode mnie drogę kłamstwa

i obdarz mnie swoim Prawem.

Wybrałem drogę prawdy,

Twoich praw przestrzegam"
.

Pismo Święte Starego Testamentu. księgi dydaktyczne. Przekład ekumeniczny. Księga Psalmów w tłumaczeniu ks. Alfreda Tschnirschnitza z Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego.

Wydało mi się nie tylko z powodu mej uporczywej ekumeniczności, że będzie to dobre tłumaczenie na dzisiaj, kiedy myślę o losie polityków przyznających się do religii, ba, czasem deklarujących ją usilnie. W tym tłumaczeniu mamy słowo „los" w miejsce „dróg" Biblii Tysiąclecia, czy „postępków" rabina Cylkowa, co mi pasuje, bo to właśnie może sprawa losu, czyli czegoś nie całkiem dobrowolnego. Oczywiście: sam go sobie wybrał, nikt mu nie kazał - ale w końcu ktoś musi uprawiać tę działalność, a jej złe strony nie zależą tylko od woli samego polityka. Mamy tu dużo o ustawach, czyli gdy się słowo zrozumie współcześnie, dziedzinie działań politycznych. Mamy tu jeszcze „kłamstwo" i „prawdę": pojęcia ważne dla każdego człowieka, ale dla polityka szczególnie, jeśli chce je traktować poważnie. Wszelako los jego taki, że musi iść na kompromisy, dyplomatyzować, lawirować wręcz. Każdy człowiek musi, ale w polityce każdy czyn jest „makro", ma skutki potężne. I każdy kompromis ma swoje granice.

Polityka nigdy nie była moim życiem. Nawet nie była tematem mojej publicystyki, a już na pewno nie mego działania. Niemniej musiałem się o politykę ocierać, bo od każdej publicystyki do polityki droga niedaleka. Chyba że się pisze o hodowli kanarków, bo jeśli nawet tylko o teologii, to może nie autor i podrzędny redaktor, ale naczelny jakoś politykować musi. Oby tylko nie za bardzo oglądał się na władzę inną niż religijna, oby ta całkiem laicka nie kazała mu robić tego i tamtego albo i właśnie nie robić. Oby nie słuchał bardziej Cezara niż Boga.

Mamy na szczęście z głowy dyktaturę komunistyczną. Jeśli nawet w Polsce była to raczej „demokratura" (choć tego słowa używa się w sensie bardziej pochlebnym), to jednak - by rzec do rymu - karykatura demokracji.

„Miej stanowisko,

wybory blisko,

marszałek Kliszko

zna twe nazwisko" - dworował sobie bodaj ówczesny współredaktor „Tygodnika Powszechnego" Marek Skwarnicki. Odszedł Kliszko, przyszedł Kania, ale zawsze wybory do Sejmu przypominały ów wybór w Raju, kiedy Adam mógł najwyżej powiedzieć Bogu, że nie chce Ewy - a i to z trudem. Co napisałem jednak nie po to, by twierdzić, że bliskie mi Koło „Znak" było prawie jak ”Pax”. Kilka razy pokazało, że umie powiedzieć: nie. Aż zostało zdominowane przez ludzi bardziej ugodowych.

Przechodzę wreszcie do książki, o której chcę tu napisać. Instytut Pamięci Narodowej wydał mianowicie pierwszy tom „Dzienników" Janusza Zabłockiego, ogromny zapis jego działalności publicznej z lat 1956-1965. Autor książki to jeden z działaczy „Paxu", który odszedł z tej organizacji w 1955 roku, przewodząc wraz z Tadeuszem Mazowieckim grupie zwanej wówczas „Frondą", która już wtedy miała dosyć dyktatury Bolesława Piaseckiego. Zawikłała ona ”Pax” nawet w konflikt z Watykanem, bo ów wódz katolik w akceptacji komunizmu posunął się dziwnie daleko.

W 1958 roku z inicjatywy owej Frondy powstał w Warszawie, bardzo blisko tutejszego KIK-u, miesięcznik „Więź", miejsce mojej pracy przeszło 30-letniej. Mazowiecki zajął się samym pismem, Zabłocki tworzeniem jego bazy finansowej, nazwanej „Libellą". Każdy z nich odniósł na swoim polu sukces, niestety jednak podział ról nie był całkowity, Zabłocki nie wyrzekł się odpowiedzialności za linię pisma, był zresztą formalnie zastępcą Mazowieckiego. A poglądy miał odeń inne. Mówiąc po mojemu i najkrócej, Mazowieckiemu bliższa była uczciwa lewica laicka, Zabłockiemu prawica katolicka. Nie jakaś skrajna, nie endecja pełną parą, raczej polska chadecja. Endekoidalna jednak, co więcej tamten sposób myślenia połączył z dwoma lojalizmami. Janusz był od Mazowieckiego bardziej zauroczony Prymasem (oczywiście Wyszyńskim, napisał potem książkę „Prymas Stefan Wyszyński. Opór i zwycięstwo 1948-1956"), mniej krytyczny wobec jego tradycjonalizmu, był też bardziej uległy wobec władzy państwowej. Najwyraźniej wyszło to na jaw, gdy został szefem Koła „Znak" i szedł na kompromisy nie do przyjęcia dla Mazowieckiego, Stommy i większości ruchu „Znakowego". Nie był jednak żadnym TW, co stwierdził zażarty ideolog IPN-u Jan Żaryn we wstępie do owego potężnego tomu (przeszło 700 stron!). I był na pewno mniej uległy niż PAX, gdy tam obalono odważnego Reiffa. A nawet tenże Zabłocki w końcu został przez panów zwanych przez nas „ubendekami" wywalony z organizacji, którą założył (Polskiego Związku Katolicko-Społecznego), przy czym argumentacja jednego z tamtych facetów była taka, że Zabłocki nie ma co powoływać się na poparcie sekretarza Episkopatu arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego, bo matka tegoż hierarchy była Żydówką...

Tom I „Dzienników" to jednak lata wcześniejsze, gdy konflikt w „Więzi" i w całym ruchu „Znakowym" dopiero się zaczynał, a poza tym dużo tam pisanych na gorąco po prostu informacji o sprawach kościelnych. Przytoczę dwie.

Pierwsza to wiadomość, że w dyskusjach Soboru Watykańskiego II arcybiskup Wojtyła przeciwstawił w październiku r. 1964 autorytatywny sposób nauczania Kościoła „heurystycznemu", w którym „chodzi przede wszystkim o to, by niejako wspólnie ze światem szukać prawdziwych i słusznych rozwiązań trudnych problemów życia ludzkiego". Czyli dialog.

I druga notatka Zabłockiego, jeszcze ciekawsza. Wyszyński powiedział mu w sierpniu 1965 roku, że można uznać laicki charakter państwa, jak również rozdział religii od szkoły, byleby państwo było rzeczywiście wobec religii bezstronne. Nauczanie religii nie musi odbywać się w szkołach publicznych, możemy się zgodzić, by odbywało się poza nimi, ale wówczas - jak to się dzieje na przykład we Francji - musi być zagwarantowane prawo do tworzenia szkół o kierunku katolickim tam, gdzie rodzice sobie tego życzą. Szkoły te byłyby prywatne, choć obecnie na Zachodzie w wielu wypadkach są częściowo dotowane przez państwo. Natomiast nie domagamy się zwrotu majątków kościelnych - ich strata jest dobrodziejstwem. Księża przestają być latyfundystami, są bliżej ludu. Zabłocki zapytał wtedy Prymasa, czy ofiarność wiernych na dłuższą metodę wystarczy, zwłaszcza wobec zwiększania działalności Kościoła. Prymas odpowiedział, że przynajmniej w skali najbliższych dziesięciu lat nie widzi w tym problemu. Po odebraniu owych dóbr ziemskich w archidiecezji gnieźnieńskiej najpierw był kryzys, potem jednak wierni przyzwyczaili się do obowiązku utrzymywania struktur kościelnych i świadczą wystarczająco.

Ciekaw jestem, co by mówił Prymas Tysiąclecia, gdyby dożył wolności (zmarł w r. 1981). Wiem tylko tyle, że w r. 1956, gdy prymas węgierski Mindszenty na fali tamtejszej rewolucji domagał się zwrotu latyfundiów (w tamtym kraju ogromnych), Wyszyński był w ogóle nieporównanie bardziej rozważny. No i podobno pomysł powrotu katechezy do szkół nie wyszedł od lokalnych biskupów polskich, nie od prymasa Glempa w każdym razie, tylko od Papieża.

Natomiast wątpię, by Jan Paweł II popierał teraźniejsze rewindykacje majątkowe mojego Kościoła. Nie wchodzę nawet w to, ile w nich nadużyć prawnych: te starania, choćby nawet zgodne z prawem i z moralnością (myślę o ich celach charytatywnych), robią Kościołowi okropną „gębę". Tak jak i zresztą ciągłe stopniowe „upaństwowianie" katechezy. Więcej z tego zgorszenia niż prawdziwego pożytku.

Albowiem polityka wymaga różnych kompromisów, ale również oglądania się na opinię publiczną. Co świeccy „książęta" na ogół rozumieją, ale duchowni chcąc być „znakami sprzeciwu" prowokują opinie o Kościele przecież niezamierzone.

Wracam jeszcze do Zabłockiego. Politycznie i kościelnie byłem w tamtych czasach i teraz bliższy Mazowieckiemu, ale konflikt wydawał mi się także po prostu personalny. Nie jest dobrze, gdy w środowisku są dwie duże indywidualności: muszą być to ludzie bardzo, bardzo dobrzy, żeby się nie pokłócili i nie spowodowali rozłamu. A gdy do tego działają w warunkach „demokratury", nie mogą się spokojnie rozejść, stworzyć dwa ośrodki, gdy ten ich konflikt jest rozgrywany przez władzę polityczną - mamy to, co mieliśmy, a co było dla mnie dużym dramatem. Z Januszem przyjaźniłem się, razem przez jaki czas zajmowaliśmy się kręcącą się wokół „Więzi" młodzieżą - i nagle znalazłem się rozdarty wewnętrznie. Bolały mnie bardzo wzajemne zaczepki dwóch części środowiska. Mazowiecki jest znacznie mądrzejszym politykiem i publicystą, Zabłocki ma natomiast niedoceniony dorobek w postaci książek cennych informacyjnie. Poza wspomnianą rzeczą o Prymasie (gdzie jest ciekawe przypuszczenie, że była na niego próba zamachu) napisał, gdy jeszcze był w „Więzi" książkę o soborowym „Schemacie XIII" pt. „Kościół i świat współczesny" A „Dziennik" jest wręcz kopalnią wiedzy o sprawach publicznych!
22:21, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
niedziela, 26 kwietnia 2009
Radość nie do uwierzenia
Ewangelia Łukasza 24,41

„Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli..."
Była by to jakaś radość niedowiercza, niepozwalająca uwierzyć? Ciężki problem egzetyczny, jakoś pomijany przez uczonych w Piśmie, nie znalazłem wyjaśnienia; ksiądz Czajkowski przypuszcza, że to może jakiś semityzm, który wkradł się do greki Łukasza. Może, ale ja trochę psychologizuję. Czasem radość jest tak wielka, że nie do wiary: nie możemy uwierzyć we własne szczęście. A przecież tu mamy uczniów, którzy byli jeszcze niedawno w skrajnej rozpaczy.

PS. Bibliści robią, co mogą, by Pismo zbłądziło pod strzechy. Od dzisiaj mamy wewnątrzkatolicki Tydzień Biblijny, od 4 maja Ekumeniczne Dni Biblijne. Szczęść Boże!
09:41, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
sobota, 25 kwietnia 2009
Kto nie uwierzy...?

Ewangelia Marka 16,16

„Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, będzie potępiony."
Znowu słowa trudne dla nas dzisiaj, gdy Kościół katolicki nie wysyła do piekła nieochrzczonych. Pamiętam, że dzisiejszy biskup Bronisław Dembowski zwrócił mi kiedyś uwagę na to, że w drugim zdaniu nie ma mowy o chrzcie, tylko o samej wierze. Chodzi tu jednak o wiarę w Chrystusa jako Syna Bożego i Zbawiciela, więc te zdania są wciąż niejasne. Przychodzi mi na pomoc pojęcie chrześcijaństwa anonimowego, o którym pisałem w środę, albo też wiary chrześcijańskiej „implicite" - termin ukuty bodaj przez teologa francuskiego księdza Sixa. Kaperowanie ludzi z innych obszarów myślowych? Nie. Przeciwnie: szukanie szacunku dla nich we własnej doktrynie.

A dziś święto ewangelisty Marka, co przedstawił przesłanie Jezusa krótko i węzłowato.

12:17, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
piątek, 24 kwietnia 2009
Gamaliel, wielki mistrz Szawła
Dzieje Apostolskie 5,34-42

”Pewien faryzeusz, imieniem Gamaliel, uczony w Prawie i poważany przez cały lud, kazał na chwilę usunąć Apostołów i zabrał głos w Radzie. Przemówił do nich: - Mężowie izraelscy! Zastanówcie się dobrze, co macie uczynić z tymi ludźmi. Bo niedawno temu wystąpił Teodas, podając się za kogoś niezwykłego. Przyłączyło się do niego około czterystu ludzi; został on zabity, a wszyscy jego zwolennicy zostali rozproszeni i ślad po nich zaginął. Potem podczas spisu ludności wystąpił Judasz Galilejczyk i pociągnął lud za sobą. Zginął sam i wszyscy jego zwolennicy zostali rozproszeni. Zatem i teraz wam mówię: odstąpcie od tych ludzi i puśćcie ich. Jeżeli bowiem od ludzi pochodzi ta myśl czy sprawa, rozpadnie się, a jeżeli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć i może się czasem okazać, że walczycie z Bogiem. Usłuchali go. A przywoławszy Apostołów kazali ich ubiczować i zabronili im przemawiać w imię Jezusa, a potem zwolnili. A oni odchodzili sprzed Sanhedrynu i cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla imienia Jezusa. Nie przestawali też co dzień nauczać w świątyni i po domach i głosić Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie.” 

Uporczywie przypuszczam, że Szaweł, uczeń Gamaliela, mógł mieć gdzieś bardzo głęboko zakodowane te jego słowa o uczniach Chrystusa. I potrzeba było tylko uderzenia Ducha, by przyszły apostoł wyciągnął z tamtego ostrzeżenia radykalne wnioski.
13:21, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
czwartek, 23 kwietnia 2009
Chrześcijanin nie ma lekko
List do Filipian 1,29, Ewangelia Jana 12,24.

„Nie tylko w Niego wierzyć, ale i dla Niego cierpieć"

Może nawet weń wierzyć to znaczy cierpieć. Nie wszędzie chrześcijanie bywają prześladowani politycznie (i policyjnie), nie wszędzie zabrania im się wyznawać swoją wiarę. Kto jednak chce być naprawdę uczniem Chrystusa, ten nie może mieć rajskiego życia nawet w kraju ogromnie chrześcijańskim, gdzie wręcz wypada się tak deklarować. Kto chce być naprawdę uczniem Chrystusa, ten ma cierpliwie znosić bliźnich swoich: małżonka, kolegę, własne dzieci mądrzejsze od kury.
Dziś uroczystość świętego Wojciecha. Zabili go pogańscy Prusowie, ale przedtem w swej rodzinnej, chrześcijańskiej już Pradze jako biskup miał życie bardzo trudne, musiał stamtąd uciekać.

Dla chrześcijanina życie nigdy nie może być romansem nie tylko z powodu przykazania „nie cudzołóż". Z Ewangelii Janowej mamy na dzisiaj słowa: „Jeśli ziarno pszenicy, które wpadło w ziemię, nie obumrze...". Nie ma lekko.
15:42, jan.turnau
Link Komentarze (38) »
środa, 22 kwietnia 2009
Bez przerwy o piekle
Ewangelia Jana 3,16-18

„Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego.”

Napisałbym krótko, że liczni biskupi i księża wypaczają Dobrą Nowinę, albowiem straszą piekłem zamiast pocieszać, gdyby nie Ewangelii ciąg dalszy. Przecież wynikałoby zeń, że kto nie wierzy, do piekła pójdzie. Na szczęście jednak teologowie poszli po rozum do głowy i wymyślili, że ostatecznie liczą się uczynki, nie deklaracje doktrynalne i na przykład Korczak jest w niebie, choć był raczej żydowski agnostyk. Wielki myśliciel katolicki jezuita Karl Rahner ukuł termin „chrześcijaństwo anonimowe”: to o takich, co nie chwalą się Najświętszym Imieniem, ale w czynach są mocni. Na co zresztą dowodem jest rozdział 25 Ewangelii Mateusza, gdzie mamy wykład takiej humanitarnej eschatologii („cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci najmniejszych...”).

Co zaś do potępienia, gdyby miało być wieczne, to lansuję od wieków nadzieję ojca Hryniewicza, że dla nikogo wieczne nie jest. Co ów oblat Maryi Niepokalanej głosi z godnym podziwu uporem w kolejnych książkach, ostatnio w dziele „Świadkowie wielkiej nadziei. Zbawienie powszechne w myśli wczesnochrześcijańskiej” - Orygenes, Grzegorz z Nyssy and Co (Verbinum). A w ogóle to jest ekumenistą wspaniałym, co doceni prawosławno-protestancko-starokatolicka Chrześcijańska Akademia Teologiczna, doktorat honorowy w czwartek 23 kwietnia o godzinie 11 mu odważnie dając.
Tu o innej jego książce nie sposób nie wspomnieć. Znak wydał mianowicie nieco wcześniej rzecz pod tytułem „Credo. Symbol naszej wiary”, trzech autorów trzech wyznań: wyżej wymienionego księdza Wacława, świeckiego luteranina Karola Karskiego (nie mylić go z posłem PiS-u!) oraz prawosławnego księdza Henryka Paprockiego.

Wracam jednak do piekła, czyli potępienia na wieki wieków. Od wieków jest spór na ten temat, w którym Wschód jest bardziej optymistyczny niż Zachód. Dziś na owym Zachodzie też są na szczęście optymiści: nadzieję eschatologiczną wyraźnie głoszą. Poza Hryniewiczem świętej pamięci teologowie kardynał Urs von Balthasar oraz wielki protestant Karl Barth (zaznaczający jednak mocno, że to nadzieja, nie doktryna). Bliski był temu świętemu uczuciu papież Jan Paweł II, ale daleki papież Benedykt XVI, do niedawna kardynał Joseph Ratzinger. W encyklice o nadziei „Spe salvi” dał owemu pesymizmowi wyraz, a przedtem na przykład w wykładzie w Monachium w roku 1974 (spolszczonym świeżo w książce Paxu „Wykłady bawarskie z lat 1963-2004”). Głosił tam:
”Odnosząc się do pytania, jakim dla każdej ludzkiej nadziei jest śmierć, wskazaliśmy na niebo, nie wspominając jednakże o piekle, które nie jest żadną nadzieją, lecz końcem nadziei i w tym sensie radykalizacją fenomenu śmierci. W każdym razie warto wspomnieć o tym, że znany socjolog P. L. Berger, poszukując nowego, indukcyjnego uzasadnienia wiary w transcendencję, czyli w Boga, przywołuje argument potępienia: «Chodzi tu o doświadczenia, które nasze pojęcie o tym, co jest możliwe dla człowieka, przekraczają do tego stopnia, że jedyną stosowną reakcją może być nadnaturalnych rozmiarów przekleństwo (...) Nie zajmuje mnie pytanie, jak wyjaśnić fenomen Eichmanna czy w jaki sposób należało z nim postąpić (...). Albowiem mamy tutaj (...) do czynienia z przypadkiem, w którym potępienie jest absolutną i narzucającą się koniecznością... Odmowa potępienia w tym przypadku, odmowa absolutna, byłaby nie tylko dowodem prima facie fałszywie pojętej sprawiedliwości, ale czymś o wiele jeszcze gorszym: groźnym zamachem na człowieczeństwo». Powtórzmy raz jeszcze: nadzieja chrześcijańska ma na imię niebo; a jeśli nauczaniu chrześcijańskiemu znane jest również słowo „piekło", oznacza to, że nadzieja chrześcijańska jest pewnością prawdziwej sprawiedliwości, która bywa również przekleństwem, kiedy życie ludzkie aż do dna stało się niesprawiedliwością.”
Można i tak.
13:50, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
wtorek, 21 kwietnia 2009
Wiatr, Duch, Marks, Komunia
Ewangelia Jana 3,8

„Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża.”

Słynne słowa, podstawa dla różnych pomysłów interpretacyjnych. O które łatwo, bo po grecku pneuma i po łacinie spiritus to wiatr, tchnienie i duch; zresztą po polsku wiatr i tchnienie to też coś podobnego, również ruch powietrza, a przecież jest powiedziane, że Jezus tchnął Ducha. W tym wersecie mamy teologię, nie meteorologię.

Mamy tu definicję trzeciej Osoby Trójcy. Akcent na Jej „niekontrolowalność”. A z tej cechy Ducha wynika między innymi, że trzeba słuchać wszystkich ludzi, bo mogą mieć coś mądrego do powiedzenia. Nie tylko biskupi, nie tylko księża, nie tylko świeccy katolicy, ba, także inni chrześcijanie, inni ludzie religijni albo i ateiści zgoła. To jest podstawa wszelakiego ekumenizmu: zupełnie nie wiadomo, skąd przychodzi jakaś myśl genialna, na skrzydłach Ducha przyleciawszy. Walka bez walki Gandhiego, może trochę nawet walka klasowa Marksa, choć to według nas zjawisko nie chwalebne, ale smutne. 

A Marks przyszedł mi też do głowy, bo czytamy dzisiaj z Dziejów Apostolskich (4,32) że „jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne”. Owszem, był to komunizm, ale mało marksistowski, a już zupełnie nie stalinowski. Inna rzecz, że mocno utopijny, co widać na obrazie dalszej historii Kościoła, bo się nie ostał. Wykonalny jest w małych grupach, na przykład klasztorach, gdzie indziej rozbija się o ludzką naturę, co dla dobra wspólnego pracować nie lubi, musi mieć własny interes.

I tak doszliśmy do komunii, która przetrwała historię, bo nie jest wspólnotą ekonomiczną, jeżeli już, to ekumeniczną (choć to dopiero przyszłość). Za pasem maj, miesiąc „pierwszokomunistów”. Melduję niniejszym, że Pax wydał cenną książkę dla dzieci biskupa Andrzeja Dziuby „Jezus nam przebacza. Przygotowanie do sakramentu pojednania”. Przed pierwszą komunią mamy pierwszą spowiedź, więc koniecznie trzeba tłumaczyć dzieciom, o co i po co. Nie strasząc, nie stresując, nie dodając obsesyjnie problemów ludzi dorosłych. Myślę, że autor jest dobrym pedagogiem, a Janusz Tycner świetnym rysownikiem.
18:03, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Nikodem,, czyli kto. Księdza Rysia rekolekcje drapieżne
Ewangelia Jana 3,1-8

Opowieść o faryzeuszu, co przyszedł do Jezusa nocą.

Może jestem zbyt przekorny, ale jak w przypadku Magdaleny, rzekomej prostytutki i Tomasza, rzekomego niedowiarka (patrz wpisy poprzednie) muszę się tu trochę posprzeczać. Nikodem jest postacią dla wielu trochę dwuznaczną - nie wiem, czemu. Nie rozumie, że człowiek ma się narodzić powtórnie, owszem, ale jeśli nawet była to nierzadka metafora biblijna (jak mówiła Hanna Maria Giza w niedawnej audycji, o której tu wspomniałem), to owo jego niezrozumienie mogło być tylko chwilowe albo było chwytem polemicznym. Nie musiało oznaczać odrzucenia głównego Jezusowego przesłania. Zresztą chyba dał się trochę przekonać, jeśli potem (J 7, 50-52) bronił Jezusa przed innymi faryzeuszami, a po Jego śmierci zafundował sto funtów pachnideł dla namaszczenia zwłok (Ktoś w tamtej audycji radiowej „Dwójki" zastanawiał się, czy ta hojność wzięła się z wyrzutów sumienia, bo Nikodem nie bronił Jezusa w Sanhedrynie; ale zaraz powiedział, że nie wiadomo, czy ów nietypowy faryzeusz w ogóle brał udział w tamtej naradzie.) Trzeba zważyć, że Nikodemowi jako faryzeuszowi i dostojnikowi żydowskiemu było trudniej zdecydowanie pójść za Mistrzem niż rybakom galilejskim. Kiedy wejdziesz między wrony albo jesteś już wśród nich od dawna, trudno wyizolować się od nich zupełnie. Co więcej, faryzeuszowi może trudniej było podjąć radykalną decyzję jako intelektualiście: tacy zwykli dzielić włos na czworo.

Ta postać ewangelijna kojarzy mi się przy tym z jej imiennikiem dzisiejszym. Był w Cerkwi rosyjskiej za powojennej komuny człowiek tajemniczy: arcybiskup Leningradu, cerkiewny szef dyplomacji. Na zewnątrz arcyposłuszny sługa reżymu, wśród ludzi dobrze poinformowanych uchodzi za wallenroda, czego dowodem byłaby jego dziwna śmierć na audiencji u Jana Pawła I: można przypuszczać, że wynik olbrzymiego wzruszenia w rozmowie, w której mógł odkryć swoje karty, do tego przed człowiekiem takiej wiary i miłości, jak tamten papież.

I na koniec refleksja o różnych tajnych współpracownikach, którzy teraz smutno kończą życiowe kariery. Taki będzie chyba los biskupa polskiego Kościoła ewangeliczno-augsburskiego (luterańskiego) Janusza Jaguckiego, któremu jego własna wspólnota religijna odmówiła zaufania, bo większością głosów synodu uznała go za TW. Mam w tej sprawie uczucia bardzo mieszane, bo w ogóle uważam sługi bezpieczeństwa PRL za tak skłonne do kłamstwa, jak i do innych moralnych paskudztw. A poza tym komuniści bali się mojego Kościoła, bo był w Polsce potężny statystyką i międzynarodowym autorytetem Watykanu, a malutkie Kościoły innowiercze mogli zastraszyć o wiele skuteczniej, po prostu faktyczną likwidacją. Słonia trudno zdeptać, myszki można udusić jedną ręką.
Lektury.

Rzecz ks. Grzegorza Rysia „Jałmużna uwalnia nas od śmierci. Rekolekcje. Są to dołączone do marcowego ”Znaku” nauki wielkopostne wygłoszone w r. 2008 do kleryków krakowskiego seminarium duchownego. Autor jest rektorem tej księżej uczelni, według mnie księdzem wielorako znakomitym, autorem bardzo śmiałej książki „Celibat", wreszcie świetnym duszpasterzem - czego właśnie ta jego nowa książka jest dowodem. Nie znam tak mocnego, wręcz drapieżnego wezwania Kościoła do ubóstwa. Takiego rozdrapywania kościelnych sumień. Cytaty.

”W starym penitencjale irlandzkim z roku 800 jest napisane: ktokolwiek gromadzi dobra ponad miarę, jeśli czyni to z niewiedzy (!), powinien trzecią część oddać ubogim. Wyjdźcie dzisiaj na ambonę i powiedzcie to ludziom.”
”W encyklice ”Deus caritas est” Papież mówi: «we wspólnocie wierzących nie może być takiej formy ubóstwa, by komuś odmówiono dóbr koniecznych do godnego życia». Na własności, na majątku spoczywa też obowiązek społeczny. To wszystko jest ważne w każdym społeczeństwie, ale w chrześcijańskim potrójnie. A tam, gdzie społeczeństwo jest superchrześcijańskie, na przykład w III czy IV Rzeczpospolitej, istnieje absolutny obowiązek takiego myślenia.”
”Teodor z Orleanu pisze, że post bez jałmużny jest pomnażaniem jedzenia, a nie zasług. No bo jeśli nie zjesz teraz, to zjesz wieczorem. Pamiętam środy popielcowe z czasów, kiedy sam byłem w seminarium. Warto było o północy przejść się po korytarzach - unosiły się tam wszystkie możliwe zapachy... Czego się tam wtedy nie smażyło po całodziennym poszczeniu! A więc post bez jałmużny to pomnażanie jedzenia - odłożysz sobie na potem i zjesz oczywiście z jeszcze większym smakiem i dwa razy tyle, bo przecież pościłeś, biedaku, przez cały dzień.”
”Święty Jan Kanty w swoim życiu przepisał czternaście tysięcy stron, ale tekstów oryginalnych, napisanych przez niego samego, jest w tym niewiele. Jest jednak sześć kazusów sumienia. To, co uderza podczas ich lektury, to jego wiara w moc jałmużny. Za pokutę najchętniej zadawał jałmużnę. Rozpatruje tam między innymi kazus kobiety, która złożyła Bogu ślub pielgrzymki do sanktuarium św. Leonarda. Ślubowała, ze pójdzie tam na kolanach, prawie czołgając się. Potem uznała, że nie jest w stanie tego wykonać. Zapytała św. Jana, co ma zrobić. Poradził, żeby dała w zamian jałmużnę. Przy tej okazji pisze: «pokuta nie musi być uciążliwa, ale musi być prawdziwa». A prawdziwa pokuta to taka, która w człowieku powoduje wzrost miłości, Jan Kanty uważa, ze jałmużna jest najlepszym narzędziem do tego, żeby w człowieku pomnożyć miłość. Kiedy obmyśla pokutę dla innego człowieka, który nie potrafi się dużo modlić, zaleca mu hojną jałmużnę. Nie taką «wyznaczoną», ale hojną. Rozpatruje też przypadek pokuty dla karczmarza. Czy jest pokuta dla kogoś, kto żyje z cudzego grzechu, nałogu, słabości drugiego człowieka i rujnuje go w ten sposób, niszczy jego rodzinę? Czy dla takiej osoby jest jakaś nadzieja? Jan Kanty mówi: trudno sobie wyobrazić rzetelną pokutę kogoś takiego. Ale jeśli cokolwiek może go ruszyć, to hojna jałmużna. Od tego trzeba zacząć. To też jest leczenie przeciwnego przeciwnym: chciałeś wziąć cudze - dawaj swoje, i to dawaj hojnie. Jeżeli jałmużna ci nie pomoże, to już nic nie pomoże. Nie ma dla ciebie innej prawdziwej pokuty. Rada od Jana Kantego: jak masz problem z jakimś grzechem, nałogiem, wszystko jedno jakim, jak sobie nie radzisz z własną grzesznością, przełamuj się jałmużną. W pokucie chodzi to, żeby rosła w tobie miłość.”
”Istnieje prosta zasada, której zapomnienie jest dowodem na przepaść, jaka dzieli Kościół współczesny od starożytnego. Według tej zasady jedna czwarta majątku kościelnego przeznaczana miała być na ubogich. Pozostałe części dzielone były po jednej czwartej między biskupa, duchownych i fundusz budowlano-remontowy. Takie zapisy istnieją jeszcze w IX-wiecznych pismach kościelnych. Ostatnio nigdzie nie czytałem o takich regulacjach.
Zachęcam na zakończenie tych rekolekcji do składki na poziomie jednej czwartej - na zasadzie wolności, nie obowiązku. Nikogo nie zmuszam. Jałmużna jest dziełem wolnego człowieka. Masz w portfelu sto złotych, to daj dwadzieścia pięć, masz dwadzieścia złotych, to daj piątkę. Masz cztery złote w portfelu, daj złotówkę. Masz tysiąc, daj dwieście pięćdziesiąt. Karty kredytowe się nie liczą [śmiech]. Nie ma żadnego przymusu. Ale spróbujcie, bo to jest pewna miara. Miara, którą Kościół starożytny wypracował i żył nią przez tysiąc lat. Kościół średniowieczny również był jej wierny. A nie wiem, czy jest teraz gdzieś parafia, w której jedną czwartą zebranych pieniędzy przeznacza się na ubogich. To, co uzbieramy, przekażemy ubogim. ”
”My się bez przerwy ścigamy: jak kto wygląda, jakim jeździ autem, jaki ma telewizor itd. Wszystko chcemy mieć na poziomie XXI wieku. Najpierw w seminarium, potem na każdej plebani.”
Dopisek. Oglądajcie „Rodzinę zastępczą"? Na mój heretycki gust jest to serial „Polsatu", który powinien dostać jakiś złoty order od Episkopatu a może i od samego Watykanu. Promuje wartości rodzinne jak żaden list biskupów i jak cały legion homilii. Kwiatkowscy odchowali dwójkę własnych dzieci i trójkę cudzych (w tym dwie dziewczynki innobarwne, szczególnie urocze), podchowali dalszą dwójkę nie swoich - i teraz przyjęli na wychowanie bliźniaków ze wsi. Owszem, może współdecydowała potrzeba scenariusza oraz reżyserska: odmiana w akcji zawsze dobrze robi, nowi aktorzy również, szczególnie gdy rokują lepsze nadzieje. Ale - to już moja nadzieja - myślę, że twórcom serialu chodziło też o coś niezawodowego, zasadniczego. Chrześcijańskiego, katolickiego jak jasna cholera.
Dlaczego dopisałem tu tutaj? Bo ofiarnego Jacka Kwiatkowskiego chwali jego sąsiad mówiąc, że tacy jak on nazywają się „ludzie w starych samochodach". Co mi się skojarzyło z tamtym powiedzeniem księdza Rysia, że księża ścigają się, który jeździ lepszym autem.
14:32, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
niedziela, 19 kwietnia 2009
Tomasz empiryk
Ewangelia Jana 20,19-31

Wczoraj napisałem o Magdalenie, z której zrobiono prostytutkę, dziś kolej na Tomasza, z którego zrobiono symbol niedowiarstwa. A przecież ten apostoł niewiele różnił się tutaj od innych z Dwunastu. Różnica polegała głównie na tym, że chciał weryfikacji nie tylko wzrokowej, też dotykowej: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę".

Zresztą wcale nie wiadomo, czy gdy przyszło co do czego i Jezus zaprosił go do takiej weryfikacji, z tego zaproszenia skorzystał. A że sam Jezus powiedział: „Nie bądź niedowiarkiem, ale wierzącym"? Mówiąc ściśle, to jest imperativus, nie indicativus, a zresztą do Piotra powiedział: „Idź precz, szatanie" (Mk 7,33), a przecież nie nazywamy arcyapostoła diabłem.
14:40, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
sobota, 18 kwietnia 2009
Magdalena, czyli plotka uporczywa

Ewangelia Marka 16,9

„Jezus ukazał się najpierw Marii Magdalenie, z której wyrzucił siedem złych duchów."

Pechowa ta Maria z Magdali. Pisałem tu nieraz, że supozycja, jakoby była prostytutką, nie ma zgoła mocnego oparcia w tekście, jeżeli w ogóle ma jakieś. Dowcip polega na tym, że w ewangeliach są dwie sceny namaszczenia Jezusa. Bohaterką jednej jest faktycznie „jawnogrzesznica" (Łk 7), drugiej faktycznie Maria (J 12), tyle tylko, że ta druga to Maria z Betanii i do tego wcale nie wiadomo, czy tożsama z ową prostytutką. Muszę tu nie pierwszy raz pokłonić się prawosławiu, które uważa Magdalenę za apostołkę czy nawet apostołkę apostołów, bo przecież według wszystkich ewangelii to ona była pierwszym świadkiem Zmartwychwstania i to właśnie świadkiem wobec męskich apostołów. Papież Grzegorz Wielki, który wymyślił prostytuowanie się Magdaleny, był w tej sprawie niewielki, choć plotka, którą puścił, okazała się stugębna i nawet wielu uczonych autorów robi apostołce gębę. Ucieszyłem się, że chociaż we współczesnym apokryfie, powieści Anne Rice „Chrystus Pan. Droga do Kany", mamy barwną scenę, w której Magdalena szaleje psychicznie w pętach Złego, ale jej zachowanie nie ma nic wspólnego z seksem.

20:47, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
piątek, 17 kwietnia 2009
Realizm szczegółów
Ewangelia Jana 21,1-14

”Jezus znowu ukazał się nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: - Idę łowić ryby. Odpowiedzieli mu: - Idziemy i my z tobą. Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie złowili. A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus rzekł do nich: - Dzieci, czy nie macie nic do jedzenia? Odpowiedzieli Mu: - Nie. On rzekł do nich: - Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie. Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć. Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: - To jest Pan!. Szymon Piotr usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę, był bowiem prawie nagi, i rzucił się w morze. Reszta uczniów dobiła łodzią, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko, tylko około dwustu łokci. A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na nich ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: - Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili. Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości sieć się nie rozerwała. Rzekł do nich Jezus: - Chodźcie, posilcie się!. Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: «Kto Ty jesteś?», bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im, podobnie i rybę. To już trzeci raz, jak Jezus ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał.” 

Nie odrzucam biblistycznej krytyki tekstu, nie jestem zarozumiałym laikiem, niemniej zadziwia mnie dokładność Jana: trudno uwierzyć, że to teologia, nie faktografia, nie dowód dobrej pamięci staruszka, któremu pewne sceny zostały w oczach na całe życie. Zapamiętał, że do brzegu było blisko, że Piotr nie musiał długo płynąć. Pewnie, że nie sam Jan wszystko pisał, zresztą dzisiejsza perykopa pochodzi z fragmentu, który jest niewątpliwie dodatkiem innego autora, o czym świadczy przedostatni werset tej ewangelii. Pewnie ilość ryb jest symboliczna, choć też nie można wykluczyć, że uczniowie przeliczyli wynik tego cudownego połowu. Pewnie nie jest to po prostu reportaż, ale może pamiętnik trochę zbeletryzowany.
16:22, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
czwartek, 16 kwietnia 2009
Nie było bogobójstwa: nie bój się Żyda!
Dzieje Apostolskie 3,17

„Teraz jednak wiem, bracia, że działaliście w nieświadomości, tak samo jak wasi przywódcy.”

Tak Piotr powiedział do Izraelitów, którzy poruszeni jego uzdrowieniem paralityka zbiegli się do portyku Salomona. Ważne słowa: oto „książę apostołów” ogłasza, że nie było czegoś, co potem przez długie wieki nazywano bogobójstwem. Gdyby Sanhedryn wraz z inspirowanym przezeń ludem wiedział, że skazuje na śmierć Syna Bożego, oczywiście nie podjąłby takiej decyzji. Nie jest to usprawiedliwienie całkowite, ówczesna elita żydowska nie była bez winy. Kwestia jej odpowiedzialności za tamtą śmierć jest przedmiotem dyskusji z historykami żydowskimi, którzy akcentują odpowiedzialność Rzymian, ale trudno zrzucić całą winę na okupanta. Niemniej Piotr wiedział, co mówi.
Kwestia żydowska odezwała się ostatnio w publikacjach polskich za sprawą wywiadu książkowego, jaki dwaj działacze neokonserwatywnej „Frondy” zrobili z księdzem Waldemarem Chrostowskim. Ów niegdysiejszy lider dialogu chrześcijańsko-żydowskiego rozczarował się doń, przechodząc w odwrotną stronę drogę, jaką przebył jego Kościół. Polemizował z nim ostro w „Gazecie Świątecznej” arcybiskup Józef Życiński, potem zrobiła to równie ostro Kasia Wiśniewska, wreszcie szef „odnośnej” komisji episkopalnej biskup Mieczysław Cisło nazwał jego stanowisko w „Gazecie na Wielkanoc” schizofrenią.

Mordowanie proroków i mędrców było zjawiskiem niemal normalnym. Grecy wykończyli Sokratesa i jakoś nikt im tego dziś nie wypomina. Co prawda, też nikt z nich dzisiaj nie twierdzi, że są bez winy, i jeśli można by mieć o coś do dzisiejszych Żydów pretensję, to o to, że na otwarcie chrześcijan odpowiadają twardym zamknięciem. Ale dowcip polega na tym, że nie jest z nimi tak źle. To właśnie im zarzuca ks. Chrostowski - ale niesprawiedliwie. 

Prawie trzystu ich rabinów w historycznej deklaracji „Dabru emet” wezwało ich lud do wzajemności wobec chrześcijan, a niektórzy z nich w tej „wicewersie” idą naprawdę daleko. Miesięcznik „Znak” swój zeszyt styczniowy z r. 2003 poświęcił owemu spóźnionemu dialogowi pod hasłem „Chrześcijaństwo wobec Żydów” i jest tam między innymi tekst Irvina Greenberga. Ten rabin judaizmu ortodoksyjnego, jednak niezmiernie otwarty na chrześcijaństwo, powiada na przykład tak: po zburzeniu Świątyni religią Żydów stała się jej formą realizowaną w synagogach. „Zwycięstwo rabinów przyniosło nieprawdopodobną przemianę judaizmu. Widoczna na zewnątrz, sakramentalna religia Biblii została wyparta przez zinternalizowaną, bardziej uczestniczącą i »laicką« religię okresu rabinów.” Bardziej - dopowiadam - intelektualną niż ta świątynna. Słowo „sakramentalny” trzeba rozumieć szeroko: sakrament to znak widzialny, bardziej widzialny niż samo słowo, myśl. Greenberg uważa ją za wyższą formę religijności, ale zaznacza, że droga sakramentalna, czyli chrześcijaństwo, jest bardziej właściwa dla nie-Żydów. Sugeruje, że to pierwszy etap, czyli że ten, na którym są obecnie Żydzi, z czasem osiągnie też chrześcijaństwo, ale zaraz potem powiada: „Moja analiza nie wyklucza możliwości, że sakramentalne chrześcijaństwo jest rzeczywiście wyższą formą religii biblijnej, to znaczy taką, w której Bóg jest bardziej obecny i widoczny.” Brak konsekwencji, niejasność? Może, ważne jest jednak tutaj to, że Greenberg uważa chrześcijaństwo za drogę religijną równoległą do judaizmu.

Co zaś do intelektualizmu religijnego, to jeszcze taka myśl moja religioznawcza: mamy ten intelektualizm, swoisty racjonalizm w protestantyzmie, gdzie rola sakramentu została zminimalizowana. Głównym elementem nabożeństwa jest kazanie. Otóż po początkowym zauroczeniu protestantyzmem dziś myślę sobie, że zubaża on religijność. Trzeba nam pożywki nie tylko dla intelektu, także dla uczuć. Prawosławie rozumie to świetnie, ma ikonę i genialną muzykę kościelną. Inna rzecz, że chyba faktycznie lekceważy rolę samego słowa: kaznodziejstwo nie jest najmocniejszą stroną Cerkwi.
16:46, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
środa, 15 kwietnia 2009
Eucharystia w Emaus. Kazania księdza Tischnera
Ewangelia Łukasza 24, 13-35

Cudowna - w najlepszym tego słowa znaczeniu - opowieść o dwóch uczniach, którzy szli z Jerozolimy do wsi Emaus w towarzystwie Jezusa, dłuższy czas nie wiedząc, kto im towarzyszy. Realizm połączony z mistycyzmem.

Trzy pytania.

Uciekali przed sankcjami wobec uczniów Ukrzyżowanego? Lęk taki panował, owszem, uczniowie zgromadzeni w sali zwanej wieczernikiem zamknęli się tam „ze strachu przed Żydami" (J 20, 19), więc może ci dwaj uciekali, gdzie pieprz rośnie. Pewnie tak, ale w końcu mogła być inna przyczyna owej podróży.

Imię drugiego ucznia. Prastara hipoteza, że drugim uczniem, obok nazwanego z imienia Kleofasa, był sam autor Ewangelii, przypisywanej Łukaszowi,  jest dziś podawana w wątpliwość. Na pewno nie jest to pewnik, owszem. Bibliści nie są pewni nawet, czy „drugi uczeń" w Ewangelii Jana to sam ewangelista, więc tu też nic pewnego nie ma. Niemniej właśnie też hipoteza, że to Łukasz, nie jest wykluczona. Uważa się dzisiaj, że był Syrogrekiem, czyli Grekiem (Hellenem) mieszkającym w tym rejonie Bliskiego Wschodu, mógł zatem zabłądzić wtedy do Jerozolimy, przybyć tam jako prozelita. A potem mógł, pamiętając świetnie tamtą niebywałą przygodę, opisać ją w swoim dziele dokładniej niż Marek, który tylko o niej wspomniał. A nie pochwalił się, że to był on, bo - podobnie jak Jan - nie chciał autoreklamy.

Pytanie trzecie: poznali Go dopiero przy posiłku, „łamaniu chleba" - była to Eucharystia? Nie, bo ta Jego obecność potrzebna jest  wtedy, gdy Go już nie ma? Ale przecież wtedy On był/nie był tak samo, jak w każdej Eucharystii: przecież podczas tego posiłku w Emaus On też był już poza ziemią. A łamanie chleba to termin „techniczny" oznaczający w Dziejach Apostolskich (2, 42.46) właśnie Eucharystię.

Lektury - Józef Tischner: „Wiara ze słuchania. Kazania starosądeckie 1980-1992". Społeczny Instytut Wydawniczy „Znak". Kraków 2009.

Od kilku wieków kazanie ma jako gatunek literacki niedobrą sławę. Kojarzy się z natrętnym morałem, religijnym banałem, z nudą. Jest to kwestia języka kościelnego, który wyobcował się z kultury świeckiej. To nie tylko sprawa doboru słów i składni, także dykcji: ten świętobliwy ton duchowny złośliwcy zwą brewiarzowym. Jednym z bardzo nielicznych księży mówiących zwyczajnym świeckim głosem był Józef Tischner. Pewnie dlatego przyciągał takie tłumy. Pewnie też dlatego mój gliwicki krewniak pytał, czemu musi słuchać kiepskiego kazania, kiedy można puścić płytę z nagraniem Tischnera.

Pisał dużo, mówił też wiele. Parę razy w roku jeździł do swego rodzinnego Starego Sącza, by tam „kazać" w prastarym klasztorze sióstr klarysek, tam był nagrywany, nagrania zachowały się i znakomity biograf Tischnera Wojciech Bonowicz zrobił z nich książkę.

Literatura ciekawa, bo pokazuje sławnego filozofa jako duszpasterza zwykłych ludzi, górali z niewielkiego miasteczka. Czy umiał do nich trafić? Chyba ich nie porywał, w każdym razie nie zawsze, o czym świadczyłyby jego nagrane narzekania, że się spóźniają, nie słuchają, w najlepszym razie różaniec odmawiają.

O czym mówił? O polityce: przecież były to lata stanu wojennego. Mówił bardzo spokojnie, jeśli porównać te teksty z gromami innych sławnych księży. Była w tym spokoju zapewne strategia: nie chciał podburzać. Ale on w ogóle nie był gromowładny: nigdy nie zwykł zamieniać ambony w armatę.

Owszem, moralizował, ale dbał o język. Chyba odświeżał go zbyt radykalnie: w książce pojawiają się takie uczone terminy, jak iluzja, nawet melancholia. Dużo mówił o roli cierpienia, krzyża, męczeństwa. Czytając te teksty pedantycznie, dostrzegam tu i ówdzie niekonsekwencją myślową i przypominam sobie opinię Jerzego Turowicza, że Tischner to poeta, nie filozof: jakakolwiek skłonność do tworzenia zamkniętego systemu była mu absolutnie obca.

Zresztą rozwijał się: na początku książki wysyła jeszcze paskudników do piekła, z czasem łagodnieje. Potrafi powiedzieć, że każdy człowiek ma w sobie gdzieś najgłębiej Boga. Potrafili błysnąć oryginalnym twierdzeniem, że grozi nam egoizm we dwoje: ja i Bóg - a gdzie bliźni? Mówi, że trzeba uwierzyć w Boga, ale też w człowieka. I że trzeba także uwierzyć w siebie.

Tematy dyżurne jak aborcja prawie nieobecne. Trochę mnie zadziwiło z kolei mówienie o Żydach po staremu: jakby wszyscy wtedy zabili Jezusa. Nie był w tej sprawie tak uczulony, jak ksiądz Czajkowski. Ale może się czepiam, bo gdzie indziej mamy obrazek jak ze „Strachu" Grossa.

Książka zaczyna się dość tradycyjnie, stopniowo narasta moralna rewolucja: coraz wyraźniej widzimy Tischnera jako barda liberalnej demokracji, głosiciela świętej wolności. Zdarza mu się nawet powiedzieć coś niebywałego: „Jeśli czujesz się w religii istotą zniewoloną, to rzuć tę religię, bo ona nie jest twoją religią prawdziwą, bo to jest w gruncie rzeczy zabobon, a nie religia. Religia, wiara, łaska niesie z sobą doświadczenie wolności. Wolności służącej, wolności obowiązkowej, wolności związanej - niemniej jednak wolności. (...) Wobec Boga niczego się nie musi, ale wszystko się może." Wszelako nie był zaślepiony: widział, jak w nowej Polsce samochód staje się bożkiem.

Mój krewniak nie miał racji: kaseta nie nadaje się jako kazanie: to musi być żywy człowiek, nie maszynka. Problem tylko, że ci żywi księża bywają czasem strasznie szarouści.
18:35, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 kwietnia 2009
„Noli me tangere", czyli „nie czepiaj się mnie". Jezus i Abigail
Ewangelia Jana 20,11-18

Tajemnicza scena spotkania Magdaleny z Jezusem zmartwychwstałym. Maria z Magdali nie poznaje Go od razu, myśli, że to ogrodnik. Przeróżnie można tłumaczyć to niepoznawanie: nie tylko jej, także uczniów idących do Emaus, również apostołów, którzy po Zmartwychwstaniu powrócili na trochę do rybackiego zawodu (końcówka Ewangelii Jana). Mnie oni mniej dziwią, bo mam odziedziczony po matce antytalent do identyfikowania znajomych. Dziwię się, gdy kogoś rozpoznam po latach, czuję wtedy jakby jakieś odgórne oświecenie: wydaje mi się, że sam w tym niewiele mogę, musi mnie ktoś potężny wspomóc. Rozpoznawanie drugiego człowieka jest w końcu procesem psychicznym dość skomplikowanym, zależy od wielu czynników, czasem widać wymaga jakiegoś niezwykłego. Szczególnie wtedy, gdy spotkanie, po Zmartwychwstaniu, wymagało wiary.

Ta dzisiejsza scena jest jednak dziwna także dlatego, że dziwne są słowa Chrystusa do Magdaleny: no właśnie, co jej właściwie powiedział? Żeby Go nie dotykała czy też nie zatrzymywała? Dziś przeważa to drugie tłumaczenie, ale i ono nie usuwa fundamentalnego problemu, czemu Jezus mówi, że nie wstąpił do Ojca, jeżeli jest już po Jego prawicy. Przecież przekroczył ramy historii już w momencie swego powstania z martwych. Jego późniejsze wniebowstąpienie da się zrozumieć tylko jako obrazowe pokazanie uczniom, że już nie będzie się im ukazywał. Ale nawet przy przyjęciu „optyki" ewangelistów, że Jezus jest jeszcze w jakimś okresie przejściowym - co znaczy Jego polecenie, żeby Go nie zatrzymywała, do czego się właściwie tak śpieszył? Przyszła tu z pomocą profesor Świderkówna, obdarzona poza wiedzą filologiczną kobiecym zdrowym rozsądkiem: według niej słowa Jezusa znaczą właściwie: „nie czepiaj się mnie". Dalej moja może trochę „maskulinistyczna" interpretacja. Twierdzenie, jakoby łączyło ich uczucie męsko-damskie, jest prawdziwe tylko w połowie: Magdalena kochała się w Mistrzu bez wzajemności. Nie ona jedna zresztą: ilu księży dzisiaj otacza wianuszek kobiet... Gdy mają osobowość mocno zintegrowaną, są jakoś ponad te sprawy. Nie żeby nimi gardzili: broń Boże! Po prostu mają jasną świadomość innego powołania. Taki był Karol Wojtyła i wielu moich przyjaciół duchownych. Jezus miał tę świadomość w stopniu najwyższym. Psychologizuję? Może - ale dlaczego zakładać, że Jan czy też redaktor Ewangelii powstałej z jego inspiracji miałby nigdy nie opowiadać o zwyczajnych ludzkich zachowaniach? Że w ogóle nie miałby opowiadać o czymś, co się naprawdę wydarzyło. Minęły czasy, gdy niewątpliwie mistyczną ewangelię Jana uważano za mało realistyczną. A przecież jest ona uderzająco dokładna. W swoim opisie pełnym szczegółów Janowej lustracji pustego grobu, w opisie obecnym z takim na przykład detalem, że Magdalena nazywa Go Mistrzem po hebrajsku, nie aramejsku. Nieufność biblistów bywa dogmatyczna.  

Audycje: w jak zawsze mądrej „Dwójce" radiowej Hanna Maria Giza rozmawiała w Wielką Sobotę z trzema księżmi o ewangelijnym Nikodemie. Świetna to dziennikarka, zawsze wzorowo przygotowana do swoich sobotnich programów. Tu też błysnęła wiedzą, w tym przypadku biblistyczną, a na domiar dobrego zaprosiła trzech duchownych trzech wyznań: dominikanina Matusiaka, prawosławnego Sawickiego i luteranina Gasia. I mówią niektórzy, że w ekumenii zastój a nawet regres: przecież taka medialna wielowyznaniowość jeszcze niedawno nie przychodziła nikomu do głowy. Nikodem jest dziś u nas symbolem jakiegoś kryptokatolicyzmu: postawy ludzi, którym nie wolno było przychodzić do Kościoła. Iluż takich było za komuny. Pionier katolicyzmu otwartego pallotyn Jan Pałyga pół wieku temu urządzał w Gdańsku rekolekcje po ciemku: żeby utrudnić donosy. A swoją drogą naprawdę niektórzy księża rozmawiali z ubekami, żeby im przybliżyć Kościół. Tu złota myśl z kwietniowego „Listu" - rysunek Maćka Rybickiego z podpisem „tatusiu, jaka jest różnica między wziętym ilustratorem a zawziętym lustratorem?" Mój komentarz: nie byliby tacy zawzięci, gdyby nie byli wzięci. Gdyby ich zapał nie popłacał.

W tymże numerze świetnego miesięcznika katolickiego też wspomnienie dominikanina Marka Pieńkowskiego., że dawna liturgia nie przewidywała żadnych tekstów biblijnych na dany dzień powszedni: można było takowe wziąć ze wspólnych tekstów o świętych, a jeśli żaden święty nie był przewidywany któregoś dnia, czytano „lekcję" z ostatniej niedzieli. Teksty starotestamentalne pojawiały się w ilościach raczej śladowych. Autor wspomina także inne ówczesne zwyczaje dziś dla nas przedziwne, celnie polemizując z lefebrystycznym („soft - w ramach ortodoksji - albo hart - u współwyznawców biskupa Williamsona and Co) chwalstwem wieków minionych. Co do mnie, ten sposób myślenia jest mi bardzo obcy, tylko myślę sobie, że nie możemy wybrzydzać się ze względów ekumenicznych: przecież liturgia prawosławna jest zgoła „trydencka": kapłan nie tylko tyłem do wiernych, ale wręcz za ikonostasem sprawuje Eucharystię. Inna rzecz, że pewnie właśnie dlatego prawosławie przegrało z „diamatem" w Rosji: ktoś powiedział, że zgubiły je tam parafialne chóry, bo koncertowały pięknie, ale liturgia stała się dzięki nim wyłącznie koncertem.

Z „Listu", ze śmiałego jak zawsze tekstu księdza Jacka Prusaka SJ taka myśl też (nazbyt) śmiała, ale dla kogoś z niereligijnej strony: „Człowiek szuka w życiu sensu, a religia go dostarcza. Pamiętajmy jednak: to, że nam się chce pić, nie oznacza, że woda nie istnieje." No właśnie: z potrzeby duchowej nie wynika niezbicie, że przedmiot potrzeby rzeczywiście jest, ale i jego nieistnienie nie jest oczywistością. Dowód istnienia Boga z tego, że chcielibyśmy, by był, nie jest absurdalny.

I jeszcze jedna lektura paschalna: druga część powieści Anne Rice „Chrystus Pan" pt. „Droga do Kany" (pierwsza zwie się „Wyjście z Egiptu") w dobrym tłumaczeniu Aleksandra Gomoli (Dom Wydawniczy „Rebis", Poznań 2009). W ogóle to nie lubię apokryfów. I tych dawnych, i dzisiejszych. Doskonale rozumiem, czemu tamte dawne nie weszły do kanonu: za dużo w nich bajania. Złości mnie też współczesne robienie literatury z literatury. To tak, jakby ktoś napisał powieść na kanwie „Trylogii" Sienkiewicza. Pomyślałem sobie jednak, że ewangelie same proszą o fabularne rozwinięcie: są cudownie zwięzłe, ale właśnie to rodzi pokusy uzupełnień. I może chodzi tylko (aż!) o to, żeby ta literacka nadbudowa nad genialnie artystycznym tekstem nie była malowanką, kiczem., Otóż mniejsza o moją ocenę części pierwszej (byłaby chyba teraz mniej surowa), w każdym razie część druga mnie wzięła. Może zresztą główny jej pomysł nie jest zbyt oryginalny, przecież mieliśmy go już w „Ostatnim kuszeniu Chrystusa" Kazantzakisa: Jezus, któremu nie jest obca potrzeba kobiety. Tu jednak na szczęście nie jest nią Maria Magdalena, na szczęście, bo to pomysł już banalny, zarazem skompromitowany wrednym bajaniem „Kodu Leonarda da Vinci". Anne Rice wymyśliła inną kobietę, imieniem Abigail, znanym z Biblii, ale w całkiem innym kontekście. Jezus jest przedstawiony jako ten, który walczy w ogóle z zabijaniem, z kamienowaniem każdego, kogo plotka uczyniła winnym, w szczególności jednak ratuje ową Abigail od śmierci, grożącej jej, bo została posądzona o dobrowolną utratę dziewictwa. Otóż Jezus ratuje, ale przy okazji zaplątuje się na pozór erotycznie. Wszystko zresztą byłoby w porządku, gdyby chciał się żenić - ale jest świadom innego powołania. Do tej innej, boskiej misji dojrzewa nie od razu: tu autorka idzie śladem między innymi samych biblistów, którzy powołując się na słowa ewangelii Łukasza, że On „dojrzewał (czy też „wzrastał") w mądrości i łasce u Boga i u ludzi" (2,52), takie stopniowe „samoubóstwienie" głoszą. Warto przeczytać, szczególnie gdy się taki apokryf traktuje jako midrasz, czyli beletrystyczny komentarz do kanonicznego tekstu.
19:33, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Nie zostawisz

Psalm 16,10

„W kraju zmarłych duszy mej nie zostawisz i nie dopuścisz, bym pozostał w grobie"

Przekład ekumeniczny 11 Kościołów i Towarzystwa Biblijnego ma tutaj inną wersję: „Nie opuścisz mej duszy w Szeolu i nie skażesz wiernego na zagładę".

Bardzo długo wyobrażaliśmy sobie, jak napisałem wczoraj, że zmartwychwstaniemy w ciałach ziemskich, zostawiając puste groby. Bóg miał oblekać w ciało kości ocalałe od rozsypania się w proch albo z owego prochu lepić nas na nowo. Dziś myślimy inaczej o aspekcie „technicznym" sprawy, ale wierzymy dalej w naszą ostateczną nieśmiertelność.

22:41, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
piątek, 10 kwietnia 2009
Radość

11-12 kwietnia 2009

Ewangelia Jana 20,1-9
Wielkanoc. W nowym porządku liturgicznym Wielka Sobota jest jedynym w roku dniem bez żadnej liturgii, bo nabożeństwo, które odprawiane jest tego dnia koniecznie już o zmroku, należy - jak każda wigilia - do Wielkiej Niedzieli. W ten największy dzień mamy potem też oczywiście Eucharystię w świetle dnia z malowniczą, bogatą w szczegóły opowieścią ewangelijną.

Maria Magdalena zobaczyła kamień odsunięty od grobu, zaalarmowała Szymona Piotra i drugiego ucznia (Jan tak się określa), że „zabrano Pana i nie wiemy, gdzie Go położono" Apostołowie biegną do grobu na wyprzódki, Jan nie wchodzi do środka, ale widzi leżące płótna, Piotr wchodzi i widzi jeszcze dokładniej, wtedy Jan też wchodzi - i uwierzył.

Do „Gazety na Wielkanoc" napisałem o pustym grobie jako dowodzie na Zmartwychwstanie i innych dowodach, według współczesnych biblistów bardziej przekonujących. Oto ten tekst.

Jezus zmartwychwstał, na dowód czego podaje się fakt, że Jego grób okazał się pusty. Jego ciało złożone tam po śmierci na krzyżu zniknęło. Starszyzna żydowska obawiała się, że uczniowie Jezusa zabiorą stamtąd Jego zwłoki, by dowieść w ten sposób, że zgodnie ze swoją zapowiedzią powstał z martwych, więc uprosiła Piłata, by grobowca pilnowała rzymska straż, i nawet go opieczętowała. Ale grób mimo wszystko był pusty. Różniące się od siebie w różnych szczegółach cztery Ewangelie stwierdzają to zgodnie.

Niemniej współcześni bibliści nie w tym widzą główny dowód na to, że Jezus zmartwychwstał. Ksiądz Hans Küng w wydanej także w Polsce książce „Życie wieczne?" pisze: „Pustego grobu nie da się zweryfikować historycznie, to wyjaśniło się w toku dyskusji teologicznej. Także krytyczni egzegeci biorą pod uwagę możliwość, że grób mógł być pusty. Czego to jednak dowodzi? Pusty grób nie jest przecież sam w sobie żadnym dowodem na Wskrzeszenie. Wyjaśnień  jest tu wiele i już Ewangeliści donoszą o kilku możliwościach, chcąc dać zapewne odpór tendencyjnym plotkom żydowskim: oszustwo uczniów, kradzież zwłok, pomyłka co do osoby, pozorna śmierć. To oznacza, że sam przez się pusty grób mówi jedynie: nie ma Go tu."

Teraz w sprawie  pustego grobu myśl moja zupełnie własna. Sprawa ta skomplikowała się współcześnie dlatego, że dziś inaczej wyobrażamy sobie nasze własne zmartwychwstanie. Chodzi nie tylko o to, że nie będzie powrotu do życia ziemskiego, takiego, jakiego na przykład doświadczył według Ewangelii Łazarz, gdy go Jezus wskrzesił. Dzisiaj nie przypuszczamy, że zmartwychwstaniemy po prostu w ciałach, które mieliśmy w życiu ziemskim, doczesnym, które nasi bliscy zakopali lub spalili. Nie wydaje nam się, że nasze pośmiertne istnienie będzie odbywało się w naszym ziemskim ciele wyciągniętym z grobu, tylko trochę przemienionym. To będzie ciało zupełnie nowe. I w związku z tym problem z pustym grobem Jezusa. Nie zmartwychwstał On przecież inaczej niż my mamy zmartwychwstać. Dlaczego w takim razie Jego ziemskie ciało jednak zniknęło? Moja osobista hipoteza jest taka, że po to, żeby Jego uczniowie uwierzyli, iż zmartwychwstał. Gdyby znaleźli Jego ciało, nie mogliby w żaden sposób uwierzyć, że znów żyje.

Niemniej pusty grób nie jest na to głównym dowodem. Najwcześniejsze świadectwo Zmartwychwstania, znajdujące się w 1 Liście Pawła do Koryntian, napisane w latach pięćdziesiątych, nie zawiera żadnej wzmianki o pustym grobie. Paweł powiada tylko, że Jezus zmartwychwstał i ukazywał się Piotrowi, apostołom i innym uczniom. Można oczywiście z tego milczenia Pawłowego wyciągać różne wnioski: list to nie ewangelia. Ewangelie nie są biografiami Jezusa, niemniej opowiadają o Jego życiu, czego w listach Pawła ani innych autorów nie było z natury literackiego gatunku. Tak czy inaczej jednak, pusty grób zdaniem wielu teologów to nie główny argument. Głównym argumentem są opisane w ewangeliach spotkania z żyjącym Chrystusem.

  To zatem ma być koronny dowód na historyczność Zmartwychwstania? Nie. Zmartwychwstanie nie było faktem historycznym. To brzmi jak zasadnicza kontestacja wiary chrześcijańskiej. A jednak taki pogląd wyczytałem już dawno u najpoważniejszych teologów, np. u późniejszego kardynała dominikanina Yvesa Congara, i broniłem tej tezy w „Więzi" przed zgorszonym czytelnikiem. Ba, wyczytać ją można w „Katechizmie Kościoła katolickiego" (nr 647), gdzie mówi się, że przekracza ono historię.

„Zmartwychwstania nie można naukowo udowodnić, »pozytywistycznie« zweryfikować. Nikt go  nie widział i nie mógł widzieć. Jezus nie wydostał się z pilnie strzeżonej pieczary grobowej i nie unosił się do góry (z chorągiewką wielkanocną w ręku). Historycznie można tylko stwierdzić najgłębsze przekonanie uczniów, że Zmartwychwstałego w sposób  nadzwyczajny spotkali." To znowu ksiądz Küng? Nie, tym razem ksiądz Michał Czajkowski w książce „Nie wstydzę się Ewangelii".

Jednym słowem „demitologizacja" Biblii? Skrajna subiektywizacja? Teraz wrócę do Künga, który jako znany zachodni kontestator może wydać się bardziej wiarygodny niż biblista polski. Niemiecki teolog głosi, że Zmartwychwstanie nie było faktem historycznym, niemniej było wydarzeniem rzeczywistym., „Wskrzeszenie nie jest aktem czasowo-przestrzennym. Nie oznacza cudu łamiącego prawa natury, stwierdzalnego w obrębie świata, nie oznacza dającej się umiejscowić i datować nadnaturalnej ingerencji w przestrzeń i czas. Do sfotografowania i zarejestrowania nie było tam nic. (...) Wydarzenie zatem niehistoryczne, a przecież rzeczywiste, to znaczy: właśnie dlatego, że w przypadku Wskrzeszenia chodzi o działanie Boga, chodzi tu nie o akcję fikcyjną lub zmyśloną, lecz o akcję w najgłębszym sensie realną."

Dalej jednak u Künga stwierdzenie, które może znów chrześcijanina przestraszyć: chodzi o „akcję realną tylko dla kogoś, kto chce być nie tylko neutralnym obserwatorem, ale kto z wiarą się w nią angażuje”. Aha, więc jeśli trzeba wiary, to jest to rzeczywistość subiektywna? Nie, powiada Küng: to nie jest tak, jak na przykład z wieżą Eiffla: „człowiek umarł, ale żyje nadal w wieży swojego imienia, albo jak z Goethem, który, choć martwy, pozostał żywym i żyje nadal w dziele i wspomnieniu." Nie - odpowiada Küng - „Wielkanoc nie jest funkcją wiary uczniów. Jezus nie żyje za sprawą ich wiary. (...) Nowina Wskrzeszenia jest więc świadectwem wiary a nie jej wytworem."

Twierdzi to - zaznaczam - w tej książce Hans Küng, który traktuje materiał biblijny z dużym krytycyzmem. Zauważa na przykład właśnie to, że opowieści ewangelistów o spotkaniach uczniów z Chrystusem, Jego ukazaniach się („chrystofaniach"), różnią się w istotny sposób między sobą. Niemniej łączy ich właśnie wspólne przesłanie o Zmartwychwstaniu. Nie o nieśmiertelności: owszem, jesteśmy śmiertelni, jak najbardziej. Ale wraz z ówczesnymi uczniami Jezusa wierzymy, że podobnie jak Jezusa Bóg wskrzesi nas do nowego, lepszego życia, któremu nie będzie końca.

Wszystkim moim Czytelniczkom i Czytelnikom na te szczególne święta życzę wiele pomocy Bożej i ludzkiej. Właściwie jest to jedno święto, jedna wielka uroczystość, w której - pomyślałem sobie - jest jakby przedstawiony syntetycznie nasz ludzki los: wspólnota przy posiłku w Wielki Czwartek, nieszczęście w Wielki Piątek, radość w Wielką Noc.

17:52, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
Pod Poncjuszem Piłatem

Ewangelia Jana 18,1-19,42

Wielki Piątek. O ile pamiętam, dawniej czytało się opisy Męki Pańskiej nie tylko w Niedzielę Męki Pańskiej zwaną dawniej palmową i w Wielki Piątek, także w Wielką Środę i Wtorek. Dziś też ten fragment Ewangelii jest lekturą Wielkiego Tygodnia, ale w inny sposób: w Wielki Piątek czyta się zawsze Jana, a w Niedzielę Męki Pańskiej co roku - w trzyletnim cyklu biblijno-liturgicznym - innego synoptyka.

Z Janem jest kłopot z uwagi na Żydów. Ta najpóźniejsza ewangelia powstała w czasie, gdy między Kościołem a Synagogą był już zupełny rozłam. Widać to szczególnie w ciepłym potraktowaniu osoby Piłata, skądinąd wiadomo, że cynicznego okrutnika. W tej Ewangelii jest on tyle że oportunistą: czuje sympatię dla Jezusa i ulega starszyźnie żydowskiej dopiero wtedy, gdy postraszy go ona gniewem cezara. Czyli za śmierć Chrystusa odpowiadają przede wszystkim Rzymianie a nie Żydzi.

Współczesna biblistyka zakwestionowała obraz Piłata bardzo mi bliski. Pewnie w ogóle jestem angelologiem i ludzie widzą mi się na ogół lepsi niż naprawdę są, ale urzekł mnie Jan swoim opisem dialogu Jezusa z rzymskim urzędnikiem.

Przejmująco to napisane; zresztą w ogóle ewangeliści w swoich opisach Pasji osiągają szczyty literatury pięknej. Dramatyzm owych relacji jest niezwykły, a to dzięki między innymi lakoniczności narracji, zadziwiającej powściągliwości uczuciowej pisarzy.

Warto porównywać cztery wersje, zauważać, co który autor dodał do wspólnego obrazu Pasji. Jan dorzuca między innymi informacje, że „inny uczeń”, czyli najpewniej on sam, dzięki swoim znajomościom wśród żydowskiego establishmentu (był chyba lepiej urodzony) „wszedł za Jezusem na dziedziniec arcykapłana, podczas gdy Piotr zatrzymał się przed bramą na zewnątrz”. A jednym z pytających podchwytliwie Piotra o związki z Jezusem jest krewny Malchosa, któremu główny apostoł obciął ucho. To zresztą drobiazgi, są dodatki ważniejsze: Maryja i Jan stoją pod krzyżem, Nikodem odwiedzający Jezusa w nocy przynosi po Jego śmierci dla namaszczenia wielką porcję pachnideł. U Jana Jezus mówi umierając „Dokonało się”, czego nie ma u innych ewangelistów, nie ma u niego natomiast wołania „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił” z ewangelii Mateusza i Marka ani Łukaszowego: „Ojcze, w ręce twoje powierzam ducha mego”.

17:50, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
środa, 08 kwietnia 2009
Kapłan jako pocieszyciel. Niech żyje „Kontakt!
Księga Izajasza 61,1-3a. 6a. 8b-9

Ewangelia Łukasza 4, 16-21

Wracam do swoich pisanek, gdy rozpoczyna się Triduum Paschalne. Takie dziwne chrześcijańskie święto, które trwa trzy dni i mieni się różnymi uczuciami. Dlaczego mówi się, że jest to trzydniówka, jeśli tych dni jest aż cztery: czwartek, piątek, sobota, niedziela? Otóż owo trzydniowe święto chrześcijańskie zaczyna się w czwartek, ale dopiero wieczorem i trwa do nocy z soboty na niedzielę, kiedy to już teraz - a nie w tradycyjny niedzielny ranek - wspomina się liturgicznie Zmartwychwstanie. 

Wielki Czwartek to bowiem dzień liturgicznie podwójny. Przedpołudniowa liturgia gromadzi dzisiaj w centralnej świątyni diecezji reprezentację całego duchowieństwa, by modliło się wspólnie w swej własnej intencji. Jest to tak zwana msza krzyżma: nazwa pochodzi nie od krzyża, ale od świętego oleju (chrisma), którym namaszcza się kapłanów: jednocześnie od imienia „Chrystus”, bo znaczy ono to samo, co Mesjasz, czyli namaszczony. W tej mierze Wielki Czwartek jest - można rzec - Dniem Księdza. Dziś myślę sobie o wszystkich tych księżach, którzy pozostali wśród duchowieństwa. Mimo niełatwej sytuacji, konfliktów z biskupem, konfratrami, z laikatem, który też czasem nie daje im żyć - nie zrzucili sutanny. Modlę się, by wytrwali na swoich redutach. Myślę, że ich głównym powołaniem powinno być to, co w Księdze Izajasza jest powołaniem proroka: Bóg posyła go, aby głosił dobrą nowinę ubogim, opatrywał rany serc złamanych, pocieszał wszystkich zasmuconych, rozweselał płaczących, dawał wieniec zamiast popiołu, olejek radości zamiast szaty smutku. Tę też misję pocieszycielską przedstawia jako swoją Chrystus w nazaretańskiej synagodze. Ksiądz ma być zatem nie tyle groźnym moralizatorem, ile głosicielem radości. Byłoby to zawsze dla wszystkich chrześcijan oczywiste, gdybyśmy pamiętali, że Ewangelia to Dobra Nowina, wesoła, a nie smutna. Nowina o tym, że życie jest okropne i kończy się śmiercią, ale nie jest to koniec wszystkiego: Bóg nas wskrzesi do nowego, lepszego istnienia.
Ta liturgia przedpołudniowa nie należy jednak właśnie do Triduum. Inicjuje je dopiero msza wieczorna, sprawowana na pamiątkę tamtej w Wieczerniku, kiedy to Chrystus ustanowił Eucharystię. Jest to sakrament komunii, wspólnoty, połączonej przez Niego samego, uobecnionego w posiłku chlebem i winem, czyli Jego ciałem i krwią. Tak, komunia to wspólnota, co też nie jest oczywiste, gdy się widzi księdza samotnego duchowo przy ołtarzu i tłum wiernych, w którym każdy sobie swój paciorek skrobie.

Lektury. Upowszechniałem złośliwy podział na inteligencję katolicką i wrodzoną, nazwę „Klub Inteligentnych Katolików”, ale moją organizację macierzystą, warszawski Klub Inteligencji Katolickiej, cenię ogromnie. Ostatnio dlatego, że wychował kolejne młode pokolenie, które robi świetnie miesięcznik pod zgrabnym tytułem „Kontakt”. Pismo wychodzi nie najregularniej, bo KIK jest bez grosza i na każdy numer trzeba mieć sponsora - ale jak już wyjdzie, to zawsze ostro. Co to znaczy młodość: panowie z brzuszkiem a już na pewno starcy mają skłonność do wyważania, oglądania się na lewo i prawo, czyli przynudzania, a dziewczyny i młodzieńcy walą kawę na ławę. Jeżeli nawet sami nie twierdzą, to pytają takich starszych, co nie boją się mieć własne zdanie.

Zeszyt lutowo-marcowy, czyli w ogóle dziewiąty”Kontaktu”, poświęcono sprawie zdrady. Nie, nie tylko tajnym współpracownikom, nawet im prawie nic. Rzecz zaczyna się pryncypialnie, od wywiadu z jezuitą, redaktorem „Tygodnika Powszechnego”, psychoterapeutą, ks. Jackiem Prusakiem na temat sumienia. Najpierw mamy definicję.

„Człowiek zdradza samego siebie, gdy jest niewierny temu, co sam uważa w życiu za najważniejsze (...). Kryje się za tym postulat autentyczności”, ale „autentyczność, na którą powołuje się wielu ludzi, często nie oznacza życia zgodnego z sumieniem, lecz sumiennego domagania się przyjmowania własnego punktu odniesienia za jedyną normę”. A to jest subiektywizm moralny. „Sumienie nie jest żadnym głosem Boga, tylko odpowiedzią na ten głos”. Poza sumieniem są jeszcze normy, wartości obiektywne, a sumienie jest po to, żeby je rozpoznawać i kierować się nimi. Niemniej sumienie obowiązuje nas obiektywnie. „W sytuacji konfliktu między sumieniem a nauką Kościoła człowiek ma imperatyw moralny pójścia za głosem sumienia, choć to nie oznacza, że ma rację.” Co prawda, dominikanie kiedyś głosili, że Kościół jest czymś większym niż sumienie, więc należy zawierzyć Kościołowi. Daje to jednak poczucie bezpieczeństwa, ale to nie to samo, co życie w prawdzie. Natomiast mogę odrzucić naukę Kościoła tylko wtedy, gdy mam moralną pewność, że mam rację - a często jest inaczej.

Pytający: Kajtek Prochyra i Misza Tomaszewski sprowadzają rozmowę na etykę seksualną. Antykoncepcja, seks przedmałżeński... Problem prawa naturalnego. Ksiądz Prusak powiada tak:
”Analiza prawa naturalnego prowadzi do pytania, jak bardzo w podejmowaniu aktów moralnych determinuje nas biologia. Co z naszą motywacją? Zarzut jest taki: proszę mi pokazać różnicę w intencji pary katolików, którzy kochają się w okresie niepłodnym dlatego, że wiedzą, że nie mogą mieć dziecka - i to jest dla Kościoła w porządku - od intencji pary, która kocha się, stosując antykoncepcję. Granicą uznania jednego za dopuszczalne, a drugiego za niedopuszczalne, jest biologiczny cykl a nie całość tej sytuacji - cykl, intencja i dobro tej pary. Uważam, że antykoncepcję w małżeństwie można adekwatnie ocenić tylko biorąc pod uwagę te trzy elementy. Teza, że antykoncepcja jest z definicji użyciem drugiej osoby, jest dla mnie tezą empiryczną i chciałbym, żeby empirycznie została zweryfikowana, a nie była traktowana jako teza metafizyczna. Można kogoś gwałcić w małżeństwie i nie traktować tego jako zło, bo współżycie odbywa się pod parasolem sakramentu. Sama biologia nie wystarczy, bo chodzi także o rozum, który mówi, że nie mogę z cyklu kobiecego zrobić boskiego autorytetu.

Dlatego rozumiem wątpliwości tych katolików, którzy uważają, że nauka Kościoła o antykoncepcji w małżeństwie jest zbyt restryktywna. Uważam, że opierając się na przesłankach prawa naturalnego, nie można dojść do tezy, że np. antykoncepcja jest zawsze i wszędzie zła. Nie odrzucam prawa naturalnego, a opowiadam się tylko za rozwojem nauczania Kościoła w tej sprawie. ”(...)

Uważam, że w kwestiach moralnych jest miejsce na rozwój doktryny. Gdyby Kościół zmienił zdanie, nie zaprzeczyłby samemu sobie. Ludzie obawiają się, że podważałoby to fundament, na którym Kościół buduje swój autorytet. A ja twierdzę, że nie, ponieważ nie jest to zamach na prawo naturalne, lecz twierdzenie, że w świetle przesłanek zawartych w prawie naturalnym i odkryć naukowych dotyczących np. ludzkiej seksualności nie można dłużej podtrzymywać wcześniejszych ustaleń.” 

Młodzi redaktorzy dociskają dalej.
”Skoro mówimy o sumieniu, to pomówmy także o sakramencie pokuty. Co w konfesjonale ma zrobić człowiek, który w jakiejś kwestii decyduje się oprzeć na własnym sumieniu wbrew stanowisku Kościoła? Milczeć? Żałować tego, że nie żałuje? W ogóle nie iść do spowiedzi?”
Ks. Prusak odpowiada. ”Do spowiedzi idzie się wtedy, gdy człowiek na podstawie rachunku sumienia uważa, że popełnił grzech. Mówi o tym księdzu i ten może to potwierdzić bądź to podważyć. Ale ksiądz nie jest, a przynajmniej nie powinien być śledczym. W sytuacji, gdy osoba nie wymienia danych spraw jako grzechy, nie powinien się dopytywać, ponieważ odpowiedzialność leży po stronie sumienia penitenta. Oczywiście penitent może powiedzieć, że ma pewne wątpliwości i dlatego chciałby o nich porozmawiać. Ale jeśli stwierdził, że zgodnie z sumieniem musi tak postępować...
Musi czy może?
Musi!
Trudno pomyśleć, żeby sumienie nakazywało komuś np. seks przedmałżeński...
Jeśli osoba się z tego nie spowiada, to musi mieć zupełną pewność, że postępuje słusznie. Jeśli ma wątpliwości, niech pyta. I najprawdopodobniej usłyszy, że coś powinna zmienić.
A jeśli nie chce niczego zmieniać, to znaczy, że żyje w grzechu?
Jeśli uważa, że nie ma tu żadnego problemu, to odpowiedzialność za decyzję jest inna. A jeśli mówi: - Co mi tam

Kościół! Robię, bo tak mi dobrze - i się nie spowiada, to jest poważna sprawa.
Niemniej rozmowa kończy się śmiałą opinią ojca Prusaka, że trzeba ryzykować. Jeśli nie podejmuję decyzji, żeby nie popełnić grzechu, prawdopodobnie w swoim życiu skapcieję. Apostrofa do młodych: ” Skonfrontujcie się z Kościołem, który będzie zadawać niewygodne pytania, ale odpowiedź ostatecznie będzie wasza. Tu okaże się, czy podejmujecie decyzję dla własnej wygody, czy z powodu ochrony pewnego dobra - choć decyzja ta jest dla was niewygodna, bo wprowadza was w konflikt z nauką Kościoła. Ale nawet jeśli tak, to zmagacie się o naprawdę ważne sprawy w życiu i jeśli pozostaniecie szczerzy, to znajdziecie rozwiązanie.”

W numerze też rozmowa z innym księdzem, mianowicie Piotrem Dzedzejem, autorem książki „Porzucone sutanny”. Kasia Wiśniewska omówiła ją kiedyś w „Arce Noego”: to wywiady z byłymi księżmi, ale opowieść nie tylko o nich, także o aktualnym Kościele, jego władzach, które nie ułatwiają księżom życia, za mało przejmują się ich kłopotami, a seminarium duchowne źle wychowuje przyszłych duchownych. Z rozmowy w „Kontakcie” dowiedziałem się, że dominikańskie wydawnictwo „W drodze” zamówiło serię takich rozmów z „eksami”, ale gdy przeczytało trzy na próbę, przestraszyło się i w końcu dwadzieścia ze stu wydał Znak. W rozmowie „Kontaktu” ksiądz Dzedzej podkreśla, że „wbrew utartej opinii rzadko zdarzają się odejścia motywowane miłością do kobiety”. Związek z kobietą jest częściej sprawą wtórną.

A gdy już mowa o takich związkach, odnotuję jeszcze z ”Kontaktu” opinię o seksie w małżeństwie psychoterapeuty i mediatora rodzinnego Rafała Milewskiego. ”Są ludzie, którzy katolicyzm przeżywają po prostu jako prawo. Doskonale wiedzą, co wolno a czego nie (zwłaszcza temu drugiemu). Zamykają się w gorsecie zasad, bardzo silnie się kontrolują i obwiniają. Spojrzenie na inną kobietę wywołuje wyrzuty sumienia i zarzuty, a uczucie do niej - katastrofę. Seks jest skontrolowany i znormalizowany do tego stopnia, że można współżyć tylko przez prześcieradło z dziurką albo ubranymi od stóp do głów. Pewnie są pary, które w ten sposób żyją szczęśliwie, ale jak długo człowiek jest w stanie taki ciężar nosić? W którymś momencie tłumienie i kontrola, takie samokastrowanie się powoduje, że coś człowiekowi w środku wybucha, co niestety skutkuje czasem skokami w bok.”

KIK warszawski nie był nigdy i nie jest dzisiaj jednolity politycznie ani kościelnie, są tam w sprawach kościelnych różne opinie. Na szczęście chociaż w „Kontakcie” widać linię redakcyjną, nie jest to wcale organ jednej grupy. Dobrze, że mamy dziś wolność polityczną: za moich czasów dyskusje wewnątrzklubowe dusiły się w braku druku, zatruwały wzajemne stosunki. Dobrze, że jest „Kontakt”.

PS. Ale, Andrzeju Wielowieyski i redakcji miła, I sekretarz nazywał się „Gomułka”, nie „Gomółka”: wybaczcie pedanterię starego redaktora! Natomiast rysunki świetne!
19:43, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 kwietnia 2009
Wolność przenajświętsza
Księga Daniela 3,14-20. 91-92.95

Trzej odważni Żydzi o imionach: Szadrak, Meszak i Abed-Nego zostali oskarżeni, że nie chcą paść na twarz, czyli pokłonić się posągowi. Donieśli na nich królowi Babilonu jacyś Chaldejczycy. Może byli zazdrośni o władzę, jaką ci trzej otrzymali, gdy prorok Daniel zdobył sobie u tegoż króla autorytet niebywały: monarcha przed nim padł na twarz. Prorok objaśnił mu bowiem sen, którego nie umieli wytłumaczyć miejscowi astrologowie i nawet twierdzili, że to niemożliwe. Teraz, co prawda, sam jakoś nie podpadł, ale właśnie owi trzej jego pobratymcy: król kazał ich spalić żywcem. Jednak cudownie ocaleli: nic im się nie stało, mimo że piec był rozpalony siedem razy mocniej niż zwykle. Efekt był taki, że król przekonał się do Boga Żydów - znowu: już raz po wyjaśnieniu snu, ale widać na krótko.

Komentarz Biblii Paulińskiej: „Choć autor umieszcza swe opowiadanie w Babilonie za panowania Nabuchodonozora, to jednak ma na myśli ustawienie posągu Zeusa Olimpijskiego przez Antiocha Epifanesa w świątyni jerozolimskiej. Ponieważ część Izraelitów rzeczywiście uległa groźbom i zaczęła oddawać cześć złotemu posągowi, autor chce wlać w serca wiernych odwagę, aby wytrwale sprzeciwiali się bałwochwalczemu kultowi i byli gotowi na męczeństwo."
Iluż ludzi w ciągu dziejów było gotowych na męczeństwo, nie zaparło się swojej wiary. Nastała co prawda epoka, w której tolerancja religijna objęła sporą część globu, ale zgoła nie cały. Cieszy mnie jednak, że chrześcijaństwo, religia moja, dojrzało do zrozumienia, iż prawdziwa wiara wyklucza przymus. Dobre i to - nawet bardzo dobre. Któż jak nie my, uczniowie Chrystusa, powinniśmy świecić takim przykładem. I właśnie - wydaje mi się - świecimy. Bo nawet i stosowane w Polsce przez mój Kościół metody pedagogiczne, cały ten system kartkowy, kościelna biurokracja - to nie żadna dyktatura religijna. Nawet nie jest nią katecheza w szkole, choć powoduje sytuacje naprawdę nieprzyjemne dla niekatolików.

Przed Świętami pisania na papierze więcej, więc zawieszam blogowanie do odwołania.
Dziękuję za czytanie!
Ogłoszenie wagi ogromnej, nie żaden prima aprilis: od 8 kwietnia (Wielkiej Środy) będzie w sprzedaży co tydzień kolejny tom wieloreligijnej serii Biblioteki ”Gazety Wyborczej”. Będzie Biblia Poznańska, Tora (w przekładzie rabina Cylkowa), Koran. Razem z oksfodzkim słownikiem biblijnym tomów dziewięć. Polecam.
17:10, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
Archiwum